Stronki na blogu

środa, 4 maja 2016

„Narzeczona Re-Animatora” (1989)


Herbert West i Dan Cain wracają z peruwiańskiego pola bitwy, gdzie opatrywali rannych do Szpitala Miskatonic, w którym są lekarzami. W wolnych chwilach West kontynuuje swoje badania nad ożywianiem zmarłych, dzięki czemu wkrótce udaje mu się wynaleźć specyfik zdolny przywracać do życia części ciał, które po połączeniu zachowują jedną świadomość. Początkowo Cain stara się go namówić, żeby opublikował wyniki swojej pracy i skończył z wykradaniem części ciał ze szpitalnej kostnicy, ale znalezisko Westa, serce zmarłej dziewczyny Dana, Megan Halsey, zmienia jego nastawienie. Cain daje się namówić Herbertowi do wspólnego stworzenia kobiety złożonej z fragmentów ciał kilku zmarłych i serca Megan. Tymczasem porucznik Leslie Chapham prowadzi dochodzenie w sprawie niedawnej masakry w kostnicy Szpitala Miskatonic, swoje podejrzenia kierując na Westa i Caina, a jeden z członków personelu placówki medycznej ożywia głowę doktora Carla Hilla, która pragnie zemścić się na Herbercie. Cain natomiast sporo czasu spędza z kobietą poznaną podczas wojny w Peru, Francescą Danelli, która wkrótce zostaje poinformowana przez Chaphama o prawdopodobnych nielegalnych praktykach Dana i jego przyjaciela, Westa.

„Narzeczona Re-Animatora” jest sequelem osławionego „Re-Animatora” Stuarta Gordona stworzonego na podstawie opowiadania H.P. Lovecrafta, który z kolei był wzorowany na „Frankensteinie” Mary Shelley. Reżyserowania drugiej odsłony przygód Herberta Westa i Dana Caina podjął się producent jedynki, Brian Yuzna (wyreżyserował również trzecią i jak na razie ostatnią część), utalentowany twórca mający na koncie wiele horrorów, w tym „Towarzystwo” moim zdaniem prawdziwe arcydzieło gatunku, będące jego reżyserskim debiutem. Ale Brian Yuzna nie ograniczył swojego udziału w tworzeniu „Narzeczonej Re-Animatora” wyłącznie do reżyserowania, będąc również producentem produkcji i współautorem scenariusza, do spółki z Rickiem Fryem i Woodym Keithem. Podczas, gdy w „Re-Animatorze”, poza nawiązaniami do twórczości Lovecrafta, fani gatunku zgodnie z zamysłem autora literackiego pierwowzoru doszukiwali się zbieżności z „Frankensteinem”, w drugiej odsłonie dopatrywano się inspiracji „Narzeczoną Frankensteina”, rzecz jasna w nieco prześmiewczym wydaniu. Ale choć sequel legendarnego obrazu gore kosztował twórców przeszło dwa razy więcej, aniżeli pierwsza odsłona (szacuje się, że dwa miliony dolarów) opinia publiczna nie obdarzyła go taką czcią, jak „Re-Animatora”, co wcale mnie nie dziwi.

W mojej ocenie jedynym, ale jakże istotnym mankamentem „Narzeczonej Re-Animatora” jest mnogość różnych wątków, z których przynajmniej jeden był raczej zbędny, a pozostałe wątki poboczne chwilami nieprzyjemnie wybijały z rytmu narzuconego przez płaszczyznę przewodnią. Głównym tematem scenariusza są starania Herberta Westa (który jednak przeżył masakrę w jedynce, co może wydać się odrobinę naciągane) i Dana Caina (w tych rolach ponownie Jeffrey Combs i Bruce Abbott), celem stworzenia kobiety złożonej z fragmentów ciał nieboszczek, z sercem zmarłej dziewczyny tego drugiego, który nadal nie może pogodzić się z jej śmiercią. W międzyczasie twórcy skupiają się na dochodzeniu porucznika Lesliego Chaphama, co wpływa korzystnie na aurę zaszczucia, niebezpieczeństwo postawienia Westa i Caina przed wymiarem sprawiedliwości. Ale tylko do pewnego momentu, bo śledząc perypetie młodych lekarzy zabawiających się w Boga trudno nie kibicować przedstawicielowi organów ścigania. Los, jaki z czasem spotyka Chaphama na powrót przywołuje atmosferę zagrożenia, ale już zupełnie innej natury, a sporą rolę odgrywa w tym głowa nemezis Herberta Westa, doktora Carla Hilla. Nie wiem, czy twórcy aż tak bardzo przywiązali się do tej znanej z „Re-Animatora” postaci, że postanowili wskrzesić ją w kontynuacji, czy zwyczajnie nie mieli innego pomysłu na ostateczną konfrontację, bo pomijając finał (który przecież można było przedstawić w nieco odmienny sposób) rola głowy doktora Hilla została znacząco zredukowana, przez co wydawało się, że wtłoczono ją w scenariusz na siłę. Wskrzesza ją jeden z członków personelu Szpitala Miskatonic, wykorzystując specyfik Westa znaleziony w kostnicy po niedawnej masakrze. Scenarzyści akcentują jego niecne zamiary względem Westa i zawiązanie współpracy z innym jego wrogiem, po czym aż do ostatniej partii o nim zapominają. Oczywiście, na końcu wkracza do piwnicy młodych lekarzy w wielkim stylu, bo w formie głowy napędzanej skrzydłami nietoperza, co było bardzo pomysłowym akcentem, ale niestety niezmieniającym mojego przekonania, że wątek Hilla był kompletnie niepotrzebny. Kolejnym tematem poruszonym przez scenarzystów „Narzeczonej Re-Animatora” był romans Dana Caina i Francesci Danelli, specyfiką zbliżony do jego miłostek z Megan Halsey w części pierwszej. Tak samo, jak w przypadku Meg młodzi lekarze ukrywają przed Francescą proceder, na jaki porywają się w piwnicy swojego domu, nie wiedząc, że porucznik Chapham zwierzył jej się ze swoich podejrzeń. Na szczęście wszystkim wątkom towarzyszy współmierny do jedynki gęsty klimat grozy, wypływający głównie z ciemnej kolorystki, ale również nastrojowej ścieżki dźwiękowej i charakteru czołowego miejsca akcji – prywatnej pracowni Westa, zatęchłej piwnicy pełnej fragmentów ludzkich i zwierzęcych ciał. Właśnie zwierzęta mają niemałą rolę w budowaniu dramatyzmu, co jak zawsze w takich przypadkach mocno mnie przygnębiło. Dość wspomnieć smutny koniec pięknej iguany, czy przeszywający wrzask ożywionego, cierpiącego nietoperza, ale największy cios nastąpił w chwili brutalnego morderstwa psa i widoku jego zdruzgotanej właścicielki. Czułabym się zdecydowanie lepiej, gdyby Yuzna darował sobie udział zwierząt i nie dokładał takich starań, żeby wzruszyć widza ich smutnym końcem, bo… ta sztuka niestety mu się udała.

Mówi się, że sequele krwawych horrorów powinny bazować na większej drastyczności niż ich poprzednicy, ale nie wiem, czy ta zasada sprawdza się w przypadku „Narzeczonej Re-Animatora”. Doprawdy ciężko jest doliczyć się litrów sztucznej krwi przelanej w obu filmach, żeby na tej podstawie orzec, która z tych produkcji jest bardziej makabryczna. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że twórcy sequela wykazali się większą pomysłowością w eksperymentowaniu z częściami ciał, co wcale mnie nie dziwi, gdyż Brian Yuzna swoim „Towarzystwem” już mi udowodnił, że w jego głowie aż roi się od osobliwych pomysłów niedostępnych „zwykłym śmiertelnikom”. Pomysłowe wykorzystanie fragmentów ciał nie miało za zadanie jedynie szokować, czy zdumiewać oglądającego, ale również sportretować psychiczną kondycję Herberta Westa. Młodego naukowca determinuje przede wszystkim obsesyjne pragnienie dokonania czegoś wielkiego na polu naukowym – pokonał już śmierć, ale to mu nie wystarcza, teraz dąży do połączenia fragmentów kilku ciał jedną świadomością. I jeśli wcześniej ostał się jeszcze jakiś widz, który nie uznał go za szaleńca to haniebne eksperymenty, jakie przeprowadza w „Narzeczonej Re-Animatora” nikomu nie powinny pozostawić wątpliwości, odnośnie jego kondycji psychicznej. U Westa kompleks Boga zostaje pociągnięty do absolutnego ekstremum, do stopnia, który w jego mniemaniu daje mu prawo do profanowania ciał, tworzenia odstręczających hybryd, będących wyrazem jego specyficznego poczucia humoru. W jednym przypadku nawet udało mu się rozbawić mnie wcielaniem w życie swoich infantylnych wizji. Mowa o zmyślnym „pajączku”: małym, zwinnym organizmie składającym się z ludzkich palców i jednego oka, którego śmierć autentycznie mnie przygnębiła. Kolejnymi dokładnie sportretowanymi wyrazami specyficznego poczucia humoru Westa są połączenie ręki z nogą oraz hybryda człowieka i psa. Więcej, aczkolwiek jedynie w migawkach będziemy mieli okazję obejrzeć pod koniec seansu, do tego czasu jednak twórcy uraczą nas jeszcze kilkoma makabrycznymi ujęciami zgoła odmiennej natury. Okaleczeniami i oczywiście konstrukcją potwornej kobiety złożonej z fragmentów różnych ciał, której efekt końcowy robi spore wrażenie. Na wzmiankę zasługuje również postać Dana Caina, towarzysza Herberta Westa, który z tęsknoty za ukochaną zaczyna osuwać się w otchłań szaleństwa. Francesca w pewnym momencie stwierdza, że obaj są potworami i w sumie jest w tym sporo racji, bo chociaż motywację Caina łatwiej zaakceptować to nie zmienia to faktu, że jego dążenia do wskrzeszenia ukochanej powstały z samolubnych pobudek, pragnienia zażegania poczucia straty, a nie chęci pomocy Megan (która chyba nie chciałaby powrócić zza grobu w takim kształcie i z taką mentalnością...), nie wspominając już o jego oburzającym przywiązaniu do szaleńca. Innymi słowy scenarzyści zadbali o intrygującą warstwę psychologiczną, dzięki czemu „Narzeczona Re-Animatora” nie jawiła się niczym horror powstały dla samego szokowania, ale również obraz mający coś ciekawego do przekazania, który grzeszył jedynie mnogością wątków pobocznych, które zmuszały mnie do odwracania uwagi od interesującego motywu przewodniego również po to, żebym troszkę się wynudziła podczas nazbyt rozwleczonych, mało produktywnych wątków pobocznych.

Nie zasilę pokaźnego grona osób uważających „Narzeczoną Re-Animatora” za zwykłą pomyłkę, nakręconą z chęci dorobienia się poprzez dopięcie do znanego tytułu, bez oferowania widzom czegokolwiek godnego uwagi. Oczywiście na miejscu scenarzystów dopracowałabym wątki poboczne, albo w ogóle z nich zrezygnowała, ale poza tym nie mam większych obiekcji pod adresem tego konkretnego dokonania Briana Yuzny. Jako całość sequel bez wątpienia jest słabszy od swojego poprzednika, ale polemizowałbym, czy aspekty gore w „Narzeczonej Re-Animatora” nie wypadają bardziej pomysłowo i czy warstwy psychologicznej nie wyłuszczono bardziej szczegółowo, choć w ogólnym zarysie powiela schemat zobrazowany w „Re-Animatorze”. Rzecz jasna Briana Yuznę stać na więcej, co udowodnił swoim reżyserskim debiutem, ale w moim odczuciu kontynuacją osławionego dzieła Stuarta Gordona z pewnością się nie skompromitował.  

wtorek, 3 maja 2016

„The Boy” (2016)


Po rozstaniu z agresywnym chłopakiem młoda Amerykanka, Greta Evans, znajduje pracę opiekunki ośmioletniego chłopca w Wielkiej Brytanii, Brahmsa, pod nieobecność jego rodziny. Pracodawcy Grety i zarazem rodzice dziecka to państwo Heelshire, zamożne małżeństwo w podeszłym wieku, mieszkające w starej rezydencji położonej w zacisznym angielskim zakątku. Jak się okazuje również ekscentryczne, gdyż tuż po przyjeździe Greta, ku swojemu rozbawieniu, odkrywa, że Brahms w rzeczywistości jest lalką, nad którą państwo Heelshire od śmierci w pożarze swojego syna mającej miejsce przed dwudziestoma laty, roztacza troskliwą opiekę w przekonaniu, że dusza Brahmsa zagnieździła się w lalce. Pomimo kuriozalności sytuacji Greta przyjmuje tę posadę, ale po wyjeździe pracodawców nie zamierza stosować się do wytycznych odnośnie opieki nad lalką. Dopóki nie dostaje dowodów na zasadność przekonań państwa Heelshire.

„The Boy” to zrealizowany za dziesięć milionów dolarów horror nastrojowy głównego nurtu, reżyserii którego podjął się William Brent Bell, z którego dotychczasowej twórczości najbardziej przypadł mi do gustu film „Stay Alive”. Scenariusz „The Boy” spisał debiutant, Stacey Menear, samodzielnie, co zapoznanych z pracą Bella widzów może odrobinę zaskoczyć, gdyż jak do tej pory artysta współtworzył scenariusze swoich produkcji. Choć akcję filmu umiejscowiono na angielskiej prowincji główne zdjęcia zrobiono w Kanadzie, co dla wizualnej strony filmu nie miało większego znaczenia, bo wybrano miejsce silnie nacechowane chłodno-surową atmosferą, tak często kojarzoną z angielskimi plenerami. Kampania reklamowa i szeroka dystrybucja kinowa przyniosła „The Boy” całkiem przyzwoite wpływy, ale komercyjny sukces nie odzwierciedlał ocen krytyków, zawiedzionych przede wszystkim stereotypowością wizji Menear i nieudolnymi technikami straszenia. Zwykli odbiorcy byli nieco łaskawsi, choć przesadą byłoby stwierdzenie, że dziełko Bella wprawiło większość opinii publicznej w czysty zachwyt. Dla wielu okazało się ni miej, ni więcej niż zwykłą rozrywką przeznaczoną na jednorazową „konsumpcję”. A szkoda, bo pomysł wyjściowy obiecywał może nie oryginalną fabułę, ale przynajmniej zawierającą jakąś głębię.

Skrótowy opis „The Boy” może niektórym potencjalnym widzom nasunąć skojarzenie z „Manekinem” Sandora Sterna, ale w takim wypadku radziłabym nie wierzyć podszeptom intuicji, bo jak się okazało zamiarem Staceya Meneara nie było rozpisanie historii nacechowanej psychologiczną głębią. Swoją opowieść zbudował na wyświechtanych w kinematografii motywach, a Bell jakoś nie wykazywał większego zainteresowania straszeniem widza, choćby tylko klimatem. Niemniej lekkość, z jaką scenarzysta sportretował powszechnie znane, acz w tym gatunku nadal nośne wątki, zręcznie prześlizgując się przez konwencję sprawiło, że zatęskniłam za Jamesem Wanem. Wydawało mi się po prostu, że w jego rękach „The Boy” mógłby pochwalić się zdecydowanie częstszymi technikami obliczonymi na choćby chwilowe poruszenie odbiorcami, przynajmniej przez wykorzystanie dynamicznego montażu. Bell natomiast postawił na bardziej subtelną narrację, co zdałoby egzamin, gdyby dobitniej bazował na nastroju i gdyby nie przynależność scenariusza „The Boy” do grupy mainstreamowych straszaków, nastawionych na czystą rozrywkę, a nie wyszukaną stylistykę i nieoczywiste rozwiązania fabularne. Wizja Meneara w moim odczuciu kolidowała z zapatrywaniami Bella - może dlatego, że reżyser nie ma doświadczenia z przekładaniem na język filmu fabuł, w procesie powstawania których nie brał dużego udziału, a może zwyczajnie nie potrafił spotęgować niepokojącego wydźwięku nastawionych na straszenie sekwencji, w efekcie wielce rozczarowując swoim upartym wycofaniem. Na początku jest całkiem interesująco, głównie przez osobliwy wydźwięk problematyki filmu i obiecujące miejsce akcji. Mamy młodą Amerykankę po przejściach, moim zdaniem bezbłędnie wykreowaną przez Lauren Cohan, która dostaje pracę opiekunki do dziecka w starej, wielkiej posiadłości położonej w cichym, angielskim zakątku. Budowla robi naprawdę imponujące wrażenie, tak z zewnątrz, jak i wewnątrz – surowa architektura, mnogość mrocznych, acz urządzonych z przepychem pomieszczeń nasuwają skojarzenia ze starymi, dobrymi gotyckimi horrorami, szczególnie wziąwszy pod uwagę mglistą, zimną scenerię angielskiego pustkowia roztaczającego się dookoła posiadłości Heelshireów. Moment zawiązujący właściwą akcję „The Boy” ma miejsce niedługo po przyjeździe Grety Evans w te zaciszne strony i pobieżnym obejrzeniu niektórych pomieszczeń w domu, ale zanim to nastąpi twórcy delikatnie sygnalizują nam rychłe niebezpieczeństwo już w chwili pojawienia się pracodawców Amerykanki. Szczególny niepokój wzbudza szorstka w obyciu pani domu, zauważalnie zdystansowana, dystyngowana kobieta w podeszłym wieku bardzo poważnie podchodząca do kwestii wychowania swojego ośmioletniego syna. I nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby tylko latorośl Heelshire’ów nie była lalką z porcelanową twarzą, co ku swojemu rozbawieniu wkrótce odkrywa Greta. Ją to bawi, widzów do pewnego stopnia pewnie też, ale komiczny wymiar tej nadzwyczajnej sytuacji nie przysłania w całości czającej się gdzieś na obrzeżach zapowiedzi niebezpieczeństwa, z jakim najpewniej z czasem będzie musiała się zmierzyć główna bohaterka. Gdyby jednak ktoś miał wątpliwości tuż przed wyjazdem pani Heelshire wyznaje Grecie, że bardzo jej przykro, co każe sądzić, że Amerykanka nieświadomie została wmieszana w jakiś spisek, którego cel przez długi czas będzie skrzętnie skrywany przed widzem.

Każdy, kto oglądał chociażby „Annabelle” w dalszej części seansu zapewne będzie się spodziewał akcentowania nadnaturalnej natury tytułowego chłopca. Podobnie, jak we wspomnianym obrazie twórcy nie wprawiają w ruch porcelanowego oblicza Brahmsa, często koncentrując kamerę na jego niewinnej, acz w pewnym stopniu demonicznej twarzyczce, sugerując rychłe przymknięcie oczu, ale każdorazowo rezygnując z takiej formy straszenia. Lalka daje wyraz swojego ożywienia jedynie wówczas, gdy pozostaje poza wzrokiem Grety i oglądającego, przemieszczając się z miejsca na miejsce, włączając muzykę, czy rozrzucając rzeczy Amerykanki. Wiemy, że złośliwe zachowanie lalki jest spowodowane niewywiązywaniem się z obowiązków narzuconych Grecie przez wymagających pracodawców, ale raczej trudno się dziewczynie dziwić, że nie roztacza troskliwej opieki nad materią nieożywioną… Widz przez cały czas zdaje sobie sprawę, że z tą lalką coś jest nie tak, że sytuacja nie jest tak prosta, jak myśli Greta (ot, bogaci ludzie nie poradzili sobie ze stratą syna, więc przerzucili swoje rodzicielskie obowiązki i uczucia na zabawkę), ale główna bohaterka przez długi czas nie dopuszcza do siebie takiej możliwości. Kiedy jej rzeczy znikają, a ona sama zostaje zamknięta na noc na strychu podejrzewa obecność jakiegoś intruza i prosi pracownika Heelshire’ów, Malcolma, o przeszukanie domostwa. Jego obecność, jak można się tego spodziewać generuje wątek romantyczny – typowe poznanie nowego mężczyzny, do którego główna bohaterka z czasem zapała głębszym uczuciem, i który będzie jej towarzyszył w niedoli. Nawet nie będę tego komentować, wystarczy, że byłam zmuszona przetrwać te wszystkie pospolite, mdłe ustępy romantyczne, które miejscami przysłaniały warstwę nadnaturalną, i tak mało dobitnie akcentowaną. Poza wizualizacjami koszmarnych snów Grety, z dwiema dobrze obliczonymi w czasie jump scenkami podkreślonymi głośną muzyką (ręka wychodząca zza ściany, nagły ruch lalki) właściwie nie uświadczymy tutaj zdecydowanych form straszenia. Bell próbował bazować na klimacie grozy, akcentowanym tajemniczą obecnością w formie przemykających cieni i wspomnianego rozrzucania rzeczy Grety, ale próbował to w tym przypadku „słowo klucz”, bo nie udało mu się wprawić mnie w pożądany nastrój – uczulić na rychłe niebezpieczeństwa, tak abym w pełnej gotowości wyczekiwała wizualizacji zagrożenia. Ubolewam również nad tak szczątkowym zarysowaniem relacji Grety i jej byłego, agresywnego chłopaka – jego rolę potraktowano po macoszemu, a przecież motyw fizycznego i psychicznego znęcania się nad kobietą mógł stanowić przyjemne urozmaicenie właściwej problematyki filmu, gdyby tylko nieco go rozbudować. Gwoli sprawiedliwości zaznaczę tylko, że chociaż akcja „The Boy” w przeważającej większości podąża utartym w kinie grozy torem scenarzystka nieco zboczyła z konwencjonalnej trasy w końcówce. Owszem, nie wykorzystała nadzwyczaj innowacyjnego wątku, bo w paru filmach już podobny widziałam, ale w kontekście tego konkretnego scenariusza trochę pograła sobie na oczekiwaniach widza. Następnie przeskakując do typowo hollywoodzkiej finalizacji, ażeby przypadkiem nikogo nie pozostawić z negatywnymi emocjami…

Tak jak się spodziewałam „The Boy” okazał się typowym przedstawicielem kinematografii grozy głównego nurtu, obliczonym na jednorazową rozrywkę i właściwie niczym niewybijającym się ponad przeciętność. Nie męczyłam się zanadto podczas seansu, to fakt, ale też nie mogę powiedzieć, żeby cokolwiek wymusiło na mnie baczniejszą uwagę. Ot, pogapiłam się w ekran bez konieczności zwalczania pokusy przerwania projekcji, ale też bez żywszych emocji, które sprawiłyby, że „The Boy” na dłużej zająłby moje myśli. Średniak, jakich wiele, bez aspiracji do czegoś bardziej wartościowego, aniżeli jako taka rozrywka przeznaczona „do jednorazowego użytku”.

poniedziałek, 2 maja 2016

„Cloverfield Lane 10” (2016)


Niedługo po zerwaniu z narzeczonym Michelle ma wypadek samochodowy, po którym budzi się skrępowana w betonowym pomieszczeniu. Osobą, która przetransportowała ją w to miejsce jest Howard, który szybko informuje ją, że na Ziemi najprawdopodobniej z winy ludzi doszło do katastrofy, na skutek której powietrze zostało skażone. Howard zdradza Michelle, że przebywa w schronie, skonstruowanym przez niego na wypadek właśnie takiej ewentualności i że gdyby nie jego interwencja byłaby już martwa. Kobieta nie potrafi jednak uwierzyć w tę historię, nawet wówczas, gdy odkrywa, że w schronie przebywa jeszcze jeden mężczyzna, Emmett, który podziela zdanie Howarda, gdyż świadkował czemuś, co udowadnia przedstawiony przez niego przebieg wydarzeń. Przez jakiś czas Michelle wychodzi z założenia, że Howard więzi ich w schronie i używa podstępu, żeby wymusić na nich posłuszeństwo, ale wkrótce dostaje dowód jego prawdomówności.

„Cloverfield Lane 10” to pełnometrażowy debiut Dana Trachtenberga, na podstawie scenariusza Josha Campbella, Matthew Stueckena i Damiena Chazelle’a. Od czasu pojawienia się pierwszych zapowiedzi filmu spora część opinii publicznej była przekonana, że debiut Trachtenberga będzie sequelem „Projekt: Monster”, tym bardziej, że poczet producentów zasilili J.J. Abrams i Bryan Burk, którzy jak pamiętamy byli głównymi producentami „Projekt: Monster”. Kiedy ujawniono tytuł przedsięwzięcia Trachtenberga mgliste podejrzenia powstawania kontynuacji wspomnianego popularnego obrazu found footage w wyobrażeniach publiczności nabrały nieco bardziej realnych kształtów. Jednak ostatecznie ogłoszono, że „Cloverfield Lane 10” będzie, jak to nazwano, „duchowym następcą” „Projekt: Monster”, którego nie należy rozpatrywać w kategoriach bezpośredniej kontynuacji.

Nie przypominam sobie, żebym od czasu „The Divide” widziała jakiś thriller traktujący o niedobitkach dowolnej globalnej katastrofy egzystujących w jakiegoś rodzaju schronie, który urzekłby mnie czymś szczególnym. „Cloverfield Lane 10” w przeciwieństwie do „The Divide” jest dreszczowcem głównego nurtu, szumnie reklamowanym w kilku krajach i zrealizowanym za dwanaście milionów dolarów więcej (w sumie na realizację „Cloverfield Lane 10” przeznaczono piętnaście milionów dolarów), co jeszcze przed seansem kazało mi podejrzewać, że nie będę miała do czynienia z bezkompromisową, brutalną wizją postapokaliptycznego świata, ujętego z perspektywy kilku ocalałych ukrywających się w schronie, jak to miało miejsce w „The Divide” odważnie konfrontującym widzów z ciemnymi stronami ludzkiej natury. Okazało się, że moje doświadczenie z mainstreamowym kinem bezbłędnie przygotowało mnie na rodzaj rozrywki, jaką zaserwował mi Dan Trachtenberg, jeszcze przed projekcją pozwoliło nastawić się na uładzoną wizję pastapokaliptycznych realiów ujętych z takiej, a nie innej perspektywy. Nie byłam więc dalece rozczarowana wycofaniem twórców, odżegnywaniem się od poruszania śmiałych zagadnień ukazujących człowieka w złym świetle i nawet z wielkim entuzjazmem przyjęłam inny od powszechnie poruszanego w kinie grozy motyw przewodni scenariusza. Moment, w którym główna bohaterka, Michelle, bardzo dobrze wykreowana przez Mary Elizabeth Winstead, po wypadku samochodowym budzi się w betonowym, ascetycznym pomieszczeniu zwiastuje wpadnięcie w sidła zastawione przez jakiegoś szaleńca, który znajduje umiłowanie w porywaniu i terroryzowaniu kobiet. Jednak rozmowa z rzekomym oprawcą wiele zmienia, być może nie spychając całkowicie, co bardziej podejrzliwych widzów ze ścieżki interpretacyjnej, jaką chwilę wcześniej obrali, ale na pewno zasiewając ziarno wątpliwości. Osobą odpowiedzialną za aktualne położenie Michelle jest Howard (w tej roli niezastąpiony John Goodman) typowy przedstawiciel paranoików wieszczących rychły koniec świata i prężnie przygotowujący się do tego wydarzenia. W okresie zimnowojennym niejeden Amerykanin zapewniał sobie odpowiednio wyposażony schron na wypadek zmasowanego ataku Sowietów i choć czasy się zmieniły Howard nasuwa silne skojarzenia z właśnie takimi jednostkami. Mężczyzna bowiem większość swojego życia poświęcił na przygotowania do jakiejś globalnej katastrofy, w jego mniemaniu najpewniej z winy Rosjan, szykując w pełni wyposażony schron, w którym mógłby przetrwać lata. Wystrój jego bunkra, nieco fikuśny, w którym bardziej znać kobiecą rękę, aniżeli męską kojarzy się z latami 50-tymi i 60-tymi XX wieku, czyli środkiem zimnowojennego okresu, w którym to paranoja wielu Amerykanów sięgała zenitu. Nie można się więc dziwić Michelle, która delikatnie mówiąc nie przyjmuje do wiadomości fantastycznie brzmiącej historyjki Howarda, z miejsca klasyfikując go w swoim umyśle w szufladce opatrzonej podpisem „świr”. Do czasu uzyskania wiarygodnego dowodu na poparcie jego słów – ujrzenia kobiety z okaleczoną twarzą uderzającej w drzwi bunkra i błagającej o udzielnie jej schronienia. Ten incydent zmusza Michelle do przeformułowania swoich zapatrywań, do uwierzenia, że powietrze na zewnątrz jest skażone, a co za tym idzie, jeśli opuści bezpieczny kompleks Howarda z całą pewnością umrze. Ale choć główna bohaterka „Cloverfield Lane 10” przyjmuje do wiadomości, że świat, jaki znała już się skończył znający zamiłowanie twórców thrillerów do zmyślnych zwrotów akcji widz przez cały czas nie będzie mógł pozbyć się wątpliwości, szczególnie na widok autorytarnej postawy Howarda, który nie pozwala pozostałym dwóm lokatorom zapomnieć, kto tutaj sprawuje władzę i jego coraz to okrutniejszych zachowań.

Dosyć żywa kolorystyka, w jakiej utrzymano produkcję, zaskakująco przyjemnie kontrastuje ze złowieszczą problematyką, podobny sukces twórcy osiągnęli na polu budowania emocjonalnego napięcia, z wyłączeniem kawałka usytuowanego w środkowej partii filmu. Po intrygującym wstępie, stawiającym przed widzami ważne pytanie, na które odpowiedzi nie poznają, aż do finału przychodzi pora nie tyle na spowolnienie akcji, co jej zatrzymanie. Chyba, że ktoś za interesujące uzna migawki z dnia codziennego lokatorów przestronnego bunkra i ich pospolite życiowe historie. Z czasem jedna z takich skrótowych biografii w połączeniu ze znalezionym rzeczowym tropem nieco ożywia wcześniej tak monotonną fabułę – na szczęście, bo szczerze powiedziawszy zaczęłam już odbiegać myślami od wydarzeń rozgrywających się na ekranie, co może wskazywać na to, że scenarzystom zabrakło chwytliwego pomysłu na zapełnienie kilkudziesięciu minut seansu. Po tych dłużyznach zawiązano jednak kolejną intrygę i podzielono lokatorów schronu na dwa obozy. Choć towarzyszymy trójce bohaterów największe emocje wzbudzają Howard i Michelle, głównie przez powracające podejrzenia kobiety względem gospodarza. Emmet, wykreowany przez Johna Gallaghera Jr. pełni rolę tła, właściwie nie rzucając się zanadto w oczy, nawet po zawiązaniu swoistego paktu pomiędzy nim i jednym ze współtowarzyszy niedoli. To konflikt Michelle i Howarda wzbudza największe emocje i nawet jeśli nieco rozczarowuje wycofanym sfinalizowaniem (kwas siarkowy obiecywał wiele, ale twórcy nie zdecydowali się szczegółowo ukazać skutków jego użycia) to faktem jest, że wespół z poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie zadane już na początku seansu (czy jakaś katastrofa rzeczywiście miała miejsce, czy raczej to wszystko wykluło się w głowie jednego paranoika?) relacje pomiędzy tą dwójką są elementem nośnym fabuły, wątkiem, który sprawia, że chce się obejrzeć „Cloverfield Lane 10” do końca. Do zaskakującego końca dodajmy, choć raczej daleka jestem od zachwytów. Pierwszy zwrot akcji dla mnie żadnym zwrotem nie był, bo od początku wychodziłam właśnie z takiego założenia, dlatego wielce rozbawiły mnie końcowe perypetie jednej z postaci, ale chwilę potem twórcy starli mi uśmiech z twarzy serwując… coś doprawdy niespodziewanego, acz nieoddanego na ekranie w sposób, który w pełni by mnie zadowolił.

„Cloverfield Lane 10” to całkiem przyzwoity thriller, poruszający szeroko wyeksploatowaną w kinie grozy postapokaliptyczną tematykę, ujętą z perspektywy kilku niedobitków, która co już nie jest takie powszechne może się okazać jedynie ułudą, teorią ukutą w umyśle paranoicznej jednostki. Oczywiście można to było sportretować nieco odważniej, a kilkadziesiąt minut aż prosiło się o jakieś ożywienie, ale summa summarum debiut Dana Trachtenberga wypada całkiem znośnie, w czym dużą rolę odgrywa pomysłowe ujęcie tematu, kameralność i kilka dynamicznym sekwencji umiejętnie bazujących na podskórnym napięciu i zasiewających coraz to innego rodzaju ziarna wątpliwości u oglądającego. Dla wielu widzów doskonałe mogą okazać się również końcowe twisty, choć akurat mnie nie zadowoliły w takim stopniu, w jakim bym tego oczekiwała od obrazu przez wielu widzów określanego, jako jeden z najbardziej zaskakujących thrillerów ostatnich lat. Ale choć pod wrażeniem nie jestem, ogólnie oceniam „Cloverfield Lane 10” na plus i w sumie polecam tę pozycję fanom postapokaliptycznych klimatów.

niedziela, 1 maja 2016

„Piwniczne drzwi” (2007)


Więziona w piwnicy przez niezrównoważonego Hermana, młoda kobieta Jennifer, próbuje ucieczki, ale mężczyźnie udaje się ją schwytać i zabić. Krótko po tym Herman rusza na poszukiwania kolejnej dziewczyny i w supermarkecie znajduje Rudy, którą następnie porywa z jej własnego domu i umieszcza w skonstruowanej przez siebie klatce stojącej w jego piwnicy. Początkowo Rudy trwa w przekonaniu, że nieznajomy oprawca chce ją zabić, ale szybko staje się jasne, że Herman przede wszystkim łaknie towarzystwa. Wykazuje również niezdrową fascynację osobliwym kolekcjonerstwem, zbierając paznokcie oraz próbki krwi, moczu i kału niewolonych kobiet i przechowując je w szczelnie zamkniętych słoikach. Kiedy mija pierwszy szok na zaistniałą sytuację, Rudy stara się wykorzystać słabości oprawcy, celem wydostania się z pułapki, jaką jej zgotował.

„Piwniczne drzwi” to pełnometrażowy debiut Matta Zettella, zawierający zarówno elementy filmowego horroru, jak i thrillera. Scenariusz spisał niedoświadczony w tym fachu Christopher Nelson, a na realizację produkcji przeznaczono zaledwie dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Jak można było oczekiwać tak tani twór, w dodatku stworzony przez praktycznie nieznanego reżysera nie zwrócił uwagi wielu widzów, ale komercyjna porażka chyba nie zniechęciła Zettella, bo niektóre źródła donoszą, że przygotowuje sequel „Piwnicznych drzwi”. W każdym razie do pierwszej odsłony jego filmu szybko przylgnęła etykietka obrazu wzorowanego na innym przedsięwzięciu, „Kolekcjonerze” Williama Wylera z 1965 roku, ale przez wzgląd na moją nieznajomość wspomnianej produkcji póki co nie jestem w stanie tego zweryfikować - do „Piwnicznych drzwi” byłam zmuszona podejść z pozycji osoby nieobytej z prawdopodobną inspiracją Zettella, niejako z „otwartym umysłem”, co do pewnego stopnia umiliło mi seans.

Jak na (w przeliczeniu na dolary) ćwierćmilionowy budżet realizacja prezentuje się całkiem solidnie. Oczywiście, kamera miejscami była zanadto rozchwiana, a sceny rozgrywające się poza głównym miejscem akcji nasycono zbyt rażącym światłem, ale lwią część filmu zamknięto w mrocznej piwnicy, gdzie intryga co znacząco ułatwiło zadanie operatorom, nie wymagała dynamicznej pracy kamer. Sporadyczne ożywienia statecznej akcji, podczas których uwidaczniały się wszystkie techniczne mankamenty, wyłączając finał, miały miejsce na zewnątrz, czy to w supermarkecie, czy w pobliżu przyjaciółki porwanej Rudy oraz rzecz jasna w trakcie dynamicznego prologu. Pierwsze minuty projekcji dosłownie wrzucają nas w sam środek koszmaru, jaki Herman zgotował młodej kobiecie Jennifer. Już podczas jej szaleńczej ucieczki możemy zaobserwować wspomniane nieumiejętne oświetlenie, chaotyczne zdjęcia i zupełnie nierealistyczną substancję imitującą krew, którą obficie oblano uciekającą Jennifer. Kolor i konsystencja sztucznej posoki znacząco odstaje od obrazu prawdziwej krwi, co w efekcie ani razu nie pozwoliło mi zareagować na zbrutalizowane sekwencje w taki, sposób, w jaki zapewne chcieli tego twórcy. Choć na planie wylano całkiem sporo litrów substancji imitującej posokę, choć wtłoczono kilka śmiałych ataków na bezbronne ofiary, które zmyślnie zmontowano w szybkich migawkach pokazując nam bezpośredni kontakt narzędzia zbrodni z ciałem, przez ten nieszczęsny wygląd krwi nie byłam w stanie wykrzesać z siebie odrazy na widok makabrycznych ujęć. Równie niewiarygodnie, w moim pojęciu wypadły oniryczne wstawki z koszmarnych snów Rudy. Dość powiedzieć, że cała otoczka, oprawa wizualna sprawiała wrażenie, jakby żywcem wyjęto ją z taniego spektaklu teatralnego, ale żeby tego było mało twórcy efektów specjalnych pokusili się również o groteskową rozkładającą się upiorzycę, z białymi, wijącymi się robakami zauważalnie poprzyklejanymi do ciała. Na obronę filmowców przemawia oczywiście niedostateczny budżet – dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów to za mało, żeby porwać się na realistyczne sceny gore, czy doskonale ucharakteryzowane maszkary mające przerazić widzów, zwłaszcza jeśli dysponuje nimi tak niedoświadczony reżyser z jedynie zalążkami twórczych predyspozycji korzystający z usług niezbyt wizjonerskich charakteryzatorów, bo przecież historia uczy nas, że dla niektórych szczególnie utalentowanych twórców kina grozy pieniądze nie były większą przeszkodą. Wspomniałam jednak, że jak na tak tani obraz realizacja wypada dosyć solidnie i przez większą część seansu rzeczywiście niedostatki techniczne nie uwidaczniają się zanadto. Oczywiście, szkoda tej makabry, bo zgrabny montaż mógł przyczynić się do powstania kilku naprawdę odstręczających sekwencji, gdyby nie ta nieszczęsna substancja służąca za krew, ale faktem jest, że „Piwniczne drzwi” przede wszystkim egzystują na płaszczyźnie psychologicznej, a akurat tę warstwę operatorom udało się przedstawić przystępnie.

Scenarzysta, Christopher Nelson, cały ciężar intrygi wrzucił na barki dwójki aktorów: Jamesa DuMonta, który urzekł mnie swoją oślizgłą aparycją, pożądaną w kreacji mocno zaburzonej jednostki i Michelle Tomlinson, która w ogólnym rozrachunku wypadła całkiem wiarygodnie, acz na jej miejscu popracowałabym trochę nad mimiką, bo swoją nadmierną wyrazistością chwilami ocierała się o groteskę. Scenarzysta jasno artykułuje podział na „dobro” i „zło”, nawet nie starając się złagodzić psychopatycznej osobowości Hermana, chyba że za takowe uznamy jego obsesyjne pragnienie bliskości drugiego człowieka, towarzystwa, którego w swoim pustym życiu właściwie nie zaznał. Moim zdaniem to jednak nie usprawiedliwia zbrodniczego procederu, na jaki się porwał i Nelson dosyć wyraźnie daje to do zrozumienia. Destrukcyjną naturę Hermana zaakcentowano również kilkoma bezpośrednimi, brutalnymi atakami na postacie drugoplanowe, a za pośrednictwem jego dziwacznego hobby starano się wzbudzić w widzu potężną odrazę do niego. Otóż, nasz antagonista kolekcjonuje między innymi krew (również menstruacyjną), mocz i kał swoich niewolnic, tym samym znajdując spełnienie nie tylko w ich towarzystwie, tak upragnionych długich konwersacjach, ale również w przebywaniu w pobliżu swoich kuriozalnych zbiorów, którym może się godzinami przyglądać. „Po drugiej stronie barykady” stoi jego „najnowsza zdobycz”, Rudy, mająca uosabiać niewinną ofiarę, sterroryzowaną przez szaleńca, która przez wzgląd na swój stereotypowy charakter nie wypada tak interesująco, jak oprawca, ale już samo jej położenie nakazuje odbiorcy skierować swoją sympatię w jej stronę, kibicując jej w walce z Hermanem, w dużej mierze zasadzającej się na technikach manipulacyjnych, niezbyt wyszukanych, ale z jakiegoś powodu to wystarczyło, żeby zaangażować mnie w psychologiczną rozgrywkę czołowych postaci. W pewnej mierze zapewne dopomogła realizacja, w przeciwieństwie do ujęć poczynionych na otwartej przestrzeni i w supermarkecie odpowiednio mroczna i klaustrofobiczna, jeśli spojrzeć na ciasną klatkę, w której przebywa ubezwłasnowolniona ofiara prawdziwego szaleńca.

„Piwniczne drzwi” to konwencjonalna hybryda horroru i thrillera, której przebieg łatwo przewidzieć, a realizacja głównie przez niedostatki budżetowe miejscami jest niedopracowana. Ale tylko miejscami, bo główny wątek sportretowano na tyle przystępnie, żeby jako tako zaangażować mnie w opowiadaną historię, której przewidywalność właściwie w najmniejszym stopniu mnie nie irytowała. Czego nie można powiedzieć o przejaskrawionych aspektach gore i onirycznych ustępach, ale na obronę „Piwnicznych drzwi” przemawia fakt, że produkcja traktuje głównie o psychologicznej rozgrywce pomiędzy zniewoloną kobietą i jej mocno zaburzonym oprawcą, a tę płaszczyznę oddano na ekranie całkiem zgrabnie i chociaż brakuje jej głębi nie mogę powiedzieć, żebym śledziła ten wątek z całkowitą obojętnością.