Stronki na blogu

wtorek, 7 czerwca 2016

„Żołnierze kosmosu” (1997)


Przyszłość. Ziemia jest federacją, w której pełne prawa obywatelskie przysługują osobom mającym za sobą służbę wojskową. Podczas próby skolonizowania innych planet okazuje się, że niektóre z nich zostały zawłaszczone przez ogromne, agresywne robale przybyłe z planety Klendathu. Rasa ludzka bierze sobie za cel zniszczenie wszystkich robali, które bynajmniej nie zamierzają się poddać. Pochodzący z bogatej rodziny Johnny Rico niedługo kończy szkołę i zastanawia się nad wstąpieniem do Służby Federalnej. Motywuje go sytuacja jego dziewczyny, Carmen Ibanez, która wstępuje do floty, ziszczając swoje marzenie o pilotowaniu latających maszyn bojowych. Wbrew obiekcjom rodziców Rico w końcu decyduje się wstąpić do piechoty. Do tego samego oddziału trafia jego znajoma ze szkoły, podkochująca się w nim Dizzy Flores. W trakcie intensywnego, wyczerpującego szkolenia świat obiega wiadomość, że ich rodzinne Buenos Aires zostało zniszczone przez robale. To wydarzenie mobilizuje wszystkie oddziały do zmasowanych ataków na kolonie ich wrogów, które najprawdopodobniej znalazły sposób na zyskanie niemalże ludzkiej inteligencji.

Scenariusz „Żołnierzy kosmosu” spisał Edward Neumeier w oparciu o powieść Roberta A. Heinleina z 1959 roku, aczkolwiek z bardzo licznymi modyfikacjami. Reżyserii podjął się Paul Verhoeven, twórca między innymi „RoboCopa”, „Pamięci absolutnej” i „Nagiego instynktu”, przyznając, że choć się starał nie zdołał doczytać do końca pierwowzoru literackiego, ze względu na to, że śmiertelnie go nudził. Powieść Heinleina była krytykowana za propagowanie faszyzmu i militaryzmu, ale Neumeier i Verhoeven nie zamierzali pociągnąć jej adaptacji w tych kierunkach. Zdecydowano się na satyryczne ujęcie owych tematów, ukazanie faszyzmu w swoistym „krzywym zwierciadle”, co nie było takie oczywiste dla wszystkich widzów. Choć Verhoeven starał się wyraźnie drwić z nacjonalistycznej ideologii i gotowości oddawania życia za bezpieczeństwo ogółu, nie wszyscy widzowie to dostrzegli. Znalazły się również osoby, które miały twórcom „Żołnierzy kosmosu” za złe upodobnienie bohaterów filmu pochodzenia amerykańskiego do hitlerowców, na co Verhoeven odpowiadał, że starał się dać do zrozumienia, że wojna z każdego jej uczestnika robi faszystę, bo jego koncepcja zakładała między innymi krytykę militaryzmu, czyli odwrotność myśli rzuconej przez Heinleina w jego literackim utworze.

Jednymi z najbardziej czytelnych aluzji wskazujących na satyryczne ujęcie zagadnień faszyzmu i militaryzmu są co jakiś czas pojawiające się spoty propagandowe zachęcające młodych ludzi do czynnego udziału w wojnie – gloryfikujące ideę umierania na polu bitwy z uśmiechem na ustach i starające się zaszczepić w ich umysłach przekonanie, że to najbardziej chwalebna forma pokazywania swojego patriotyzmu. Krótkie filmiki mają formę podnoszących na duchu reklamówek, cenzurujących niektóre drastyczne ujęcia (jak na przykład rozszarpywanie krowy przez robala, ale już zakrwawionym ludzkim zwłokom można się dokładnie przyjrzeć) i starających się wzbudzić w oglądających niechęć do przerośniętych wrogów ludzkości. Oczywiście nikt nie uważa za stosowne wyjaśnić widzom prawdy o genezie tej krwawej wojny – ich autorzy, to jest władze, portretują jedynie „jedną stronę medalu”, czyli okrucieństwo, do jakiego zdolne są robale, celowo pomijając grzeszki rasy ludzkiej. Typowa dla systemu totalitarnego propaganda, zasadzająca się na tezie, że to robale są agresorami, a ludzie ich niewinnymi ofiarami. Nic więc dziwnego, że od najmłodszych lat karmieni takimi jednostronnymi informacjami młodzi ludzie po ukończeniu szkoły chętnie zaciągają się do Służby Federalnej. Napędza ich nie tylko idea przyczynienia się do poprawy bezpieczeństwa swojej rasy, ale również obietnica zostania Obywatelem, czyli pełnoprawnym członkiem społeczeństwa, bohaterską jednostką gotową poświęcić wszystko dla dobra narodu. Jeśli wychwyci się kpinę twórców wymierzoną w tego rodzaju przekonania, „Żołnierze kosmosu” mogą stanowić doskonałą rozrywkę dla zatwardziałych pacyfistów – błyskotliwy traktat o manipulowaniu ludźmi, wykorzystywaniu ich patriotyzmu do własnych celów przez rządzących, którzy ani myślą zejść z wysokich stołeczków i dołączyć do walczących obywateli. Ale, co zresztą udowodniły reakcje co poniektórych widzów, satyryczne spojrzenie na militaryzm nie musi być takie oczywiste – widać istnieje możliwość odczytywania tego obrazu przez pryzmat gloryfikacji wojny (choć ja nigdy nie umiałam patrzeć na niego w ten sposób) i jeśli przyjąć taką interpretację „Żołnierze kosmosu” mogą z kolei zachwycić entuzjastów militaryzmu. Myślę, że wątpliwości, co do właściwego odczytania myśli podrzuconych w scenariuszu, w głównej mierze zasiewają portrety głównych bohaterów, których pomimo ich podatności na manipulację rządzących nie sposób nie polubić. Casper Van Dien przekonująco wcielił się w rolę na początku wewnętrznie rozdartego młodego mężczyzny, Johnny’ego Rico, który w przeciwieństwie do swoich kolegów decyduje się wstąpić do Służby Federalnej nie z potrzeby czuwania nad bezpieczeństwem swojej rasy, czy z pragnienia zostania Obywatelem. Jego motywacja jest bardziej przyziemna – wstępuje do piechoty dla dziewczyny, Carmen Ibanez (nieco drętwa Denise Richards), która „od zawsze” wiedziała, że zostanie pilotką, w czym wspierał ją ojciec. Bogaci rodzice Johnny’ego nigdy nie byli entuzjastycznie nastawieni do wojny, dlatego też w obawie o życie syna starają się odwieść go od tych planów. Początkowe sekwencje, mające miejsce tuż przed ukończeniem szkoły przez głównych bohaterów „Żołnierzy kosmosu” oddano w teen obyczajowych realiach, po czym skręcono w stronę filmu wojennego oddanego w uniwersum typowym dla obrazu science fiction. Najczęściej chwali się efekty specjalne, szczególnie portret podróży kosmicznych oraz sylwetki przerośniętych robali, które stworzono w oparciu o CGI i animatronikę, które rzeczywiście przetrwały próbę czasu, robiąc nawet bardziej wiarygodne wrażenie, aniżeli niektóre dzisiejsze komputerowe twory widziane na ekranie. Szacuje się, że Paul Verhoeven dysponował stoma milionami dolarów – nie ma się więc co dziwić, że efekty nawet teraz prezentują się tak widowiskowo. Ale choć doceniam wkład ludzi odpowiadających za oprawę wizualną „Żołnierzy kosmosu” zawsze największą przyjemność sprawiała mi warstwa fabularna - oddana ze swoistą lekkością, niosąca ważne przesłania historia wewnętrznej przemiany młodego mężczyzny i swego rodzaju zacietrzewienia rasy ludzkiej oraz kolonii robali.

Niedługo po wstąpieniu Johnny’ego Rico do piechoty pomiędzy nim i od dawna wzdychającą do niego koleżanką ze szkoły, Dizzy Flores (niezastąpiona Dina Meyer) zawiązuje się bliska przyjaźń, która z czasem przekształca się w coś głębszego. Wątek miłosny jest na szczęście jedynie tłem dla dużo ciekawszych wydarzeń obrazujących niszczejący konflikt pomiędzy rasą ludzką i ogromnymi robalami. Twórcy unikają potępiania bądź gloryfikowania wprost którejkolwiek ze stron, ale odczytanie podtekstu nigdy nie nastręczało mi żadnych problemów. Pokazywano zarówno zakrwawione, rozczłonkowane zwłoki ludzkie, jak i oślizgłe, oblane zieloną mazią truchła robali i w sumie w obu przypadkach niezmiennie wielce mnie owe widoki przygnębiały. Chyba między innymi taki był cel Paula Verhoevena – pokazać prawdziwe, nieupiększone skutki wojny, uświadomić oglądającemu, do czego prowadzi niemożność kompromisowego rozwiązania sporów. Cierpią obie strony konfliktu, a tych „dobrych” właściwie nie sposób jednoznacznie wytypować. Zarówno ludzie, jak i zapewne robale wychodzą z założenia, że to oni walczą „po jasnej stronie mocy”, że racja jest po ich stronie, gdy tymczasem, patrząc na ten konflikt z pozycji bezstronnego obserwatora owe proporcje wcale nie są oczywiste. Verhoevenowi i Neumeierowi udało się wzbudzić we mnie ogromną sympatię do Johnny’ego Rico, Dizzy Flores i Carmen Ibanez, ale taki sam stosunek miałam do ich wrogów, co bez wątpienia było o wiele trudniejszym zadaniem dla twórców. Współczuć odrażającym robalom, a nawet lubić te kreatury dziesiątkujące ludzkość to fenomen „Żołnierzy kosmosu”, który zachwyca mnie, ilekroć bym po ten obraz nie sięgała, równocześnie wprowadzający pewien ciekawy dysonans. Patrząc na zrealizowane z dużym rozmachem starcia żołnierzy z przerośniętymi robalami właściwie nigdy nie wiem komu kibicować, wszak śmierć każdego walczącego, z obu stron, robi jednakie przygnębiające wrażenie. Chce się, żeby coraz bardziej oddany piechocie Rico oraz waleczna Flores przeżyli, ale jednocześnie nie pragnie się zniszczenia robali. Najlepszy byłby więc kompromis, ale twórcy konsekwentnie trzymają się koncepcji obranej już na początku, czyli demonizowania wojny i wykazywania, że ma ona zgubne skutki dla obu stron. Z czasem wzbogacając fabułę wątkiem myślącego robala, który może całkowicie odmienić bieg wojny, udowodnić narcystycznej ludzkości, że nie tylko ona może być obdarzona wysoką inteligencją, zapewniającą jej pozycję przodującego gatunku we wszechświecie. Co w sumie zamiast niepokoić napełnia nadzieją, że może robale będą potrafiły lepiej ukierunkować inteligencję niż przedstawiciele naszej rasy.

„Żołnierze kosmosu” to jeden z moich ulubionych filmów science fiction, oglądany tyle razy, że już nie zliczę. Dokręcono jeszcze dwa pełnometrażowe filmowe sequele, ale w moim odczuciu pozostają daleko w tyle za dokonaniem Paula Verhoevena. Reżyser „Żołnierzy kosmosu” swego czasu zdradził, że uważa tę pozycję za swoje najlepsze przedsięwzięcie. Ja tak daleko nie wybiegam, bo jednak „Nagim instynktem” i „Pamięcią absolutną” bardziej mnie oczarował, ale to nie zmienia faktu, że uważam „Żołnierzy kosmosu” za jedną z najciekawszych produkcji gatunku - celowo przejaskrawiony obraz niosący ważne przesłania, którego na dodatek chyba można interpretować w dwojaki sposób. Dla mnie wydźwięk zawsze był jeden, ale to wcale nie oznacza, że inni widzowie nie zdołają obrać zgoła odmiennej ścieżki interpretacyjnej i w zależności zarówno od interpretacji, jak i od swoich osobistych przekonań albo znienawidzić tę pozycję, albo zapałać do niej wielką sympatią. Ja od lat jestem jej wielbicielką, ale to nie znaczy, że „Żołnierze kosmosu” zaskarbią sobie uznanie wszystkich. Najprawdopodobniej przede wszystkim zniechęcając antyfanów nieco przejaskrawionych obrazów podanych w swoistym „krzywym zwierciadle”, nawet jeśli owa stylistyka w gruncie rzeczy nie cechuje się nachalnością.

niedziela, 5 czerwca 2016

„Udręka” (1987)

UWAGA Na początku filmu ma miejsce pierwszy zwrot akcji. Poniższa recenzja zdradza jego szczegóły.

Dwie zaprzyjaźnione nastolatki, Linda i Patty, oglądają w kinie film zatytułowany „The Mommy”. Produkcja traktuje o mieszkającym z matką Alice, asystencie okulisty Johnie Pressmanie, który przez postępującą chorobę najprawdopodobniej niedługo straci wzrok. Kiedy zaczyna mieć problemy w pracy przez skargę niezadowolonej pacjentki Alice hipnotyzuje go i nakłania do zamordowania wymagającej pacjentki i wydłubania jej oczu. Oglądająca to Patty odczuwa coraz większy dyskomfort emocjonalny, ale Linda nie chce ulec jej błaganiom i opuścić kino. Z czasem sugestie hipnotyczne Alice zaczynają oddziaływać na Patty. Nie mogąc dłużej tego znieść przerażona dziewczyna wychodzi z sali i udaje się do toalety, gdzie zaczyna nabierać przekonania, że wydarzenia rozgrywające się na ekranie wkrótce znajdą odbicie w rzeczywistości.

„Udręka” to hiszpański horror wyreżyserowany przez Bigasa Lunę, na podstawie jego własnego scenariusza. Efekty specjalne wykorzystane w filmie zostały uhonorowane Goya Award, do tej samej statuetki nominowano reżysera, ponadto „Udręka” zdobyła Sant Jordi Award w kategorii „najlepszy film”. Przedsięwzięciu Luny najbliżej do slashera, choć narracją fabuła nieco wyłamuje się ze zwyczajowej konwencji owego nurtu. Pomysł na film w filmie zdaje się być najbardziej charakterystycznym i docenianym również przez krytykę elementem „Udręki”, aczkolwiek nie tylko on natchnął swoistą świeżością slasherową konwencję. Drugim ciekawym zabiegiem okazały się sugestie hipnotyczne oddziaływujące zarówno na bohaterów „The Mommy”, jak i część publiczności przebywającej w kinie.

Na początku scenariusz koncentruje się na asystencie okulisty, Johnie Pressmanie, dorosłym mężczyźnie uzależnionym od swojej matki, Alice. Przez kilka pierwszych sekwencji Luna utrzymuje widza w przekonaniu, że wydarzenia, którym właśnie świadkuje składają się na właściwy film, przez co lepiej zasiąść do seansu nie znając konstrukcji jego dzieła. Śledząc losy maminsynka wprost niepokojąco wykreowanego przez Michaela Lernera i jego władającej zdolnością hipnotyzowania ludzi rodzicielki, fenomenalnej Zeldy Rubinstein, której naturalny, dziecięcy głosik wydawał się wprost stworzony do tej roli, miałam wrażenie, że Luna proponuje mi celowo przejaskrawiony, psychodeliczny obraz o dwóch zwyrodnialcach, w pewnym sensie fascynujących swoimi osobliwymi cechami. Alice poza zdolnością hipnotyzowania ludzi posiadła dar odbierania na odległość różnych wydarzeń, myśli i konwersacji oraz rozmawiania ze swoim przebywającym z dala od niej synem. Ponadto oboje hodują ptaki (co nie jest aż takie dziwne) oraz ślimaki (co już jest odrobinę dziwaczne) oraz dają dowody swoistej obsesji na punkcie oczu. W przypadku Johna jest to nawet zrozumiałe, wszak sam niedługo może stracić wzrok, ale wydaje się, że tak chorobliwą fascynację oczami uwarunkowała w nim matka, poprzez sugestie hipnotyczne zaszczepione w jego podświadomości. Prawdziwa psychodela i potwierdzenie poprzedniego zdania ma miejsce z chwilą poddania Johna hipnozie, celem przymuszenia go do zamordowania niedawnej pacjentki. Twórcy efektów specjalnych, zresztą słusznie docenieni Goya Award za trud włożony w „Udrękę”, sugestywnymi obrazami i dźwiękami poprzez symbole akcentujące wnikanie w umysł Johna, rozchwiane, niemalże wzbudzające mdłości wręcz oniryczne wstawki w mistrzowski, nadzwyczaj klimatyczny sposób zobrazowali siłę sugestii - dali dowody na to, jak potężnym narzędziem włada Alice, gotowa pomścić krzywdę swojego syna. Kochająca mamusia, rzec by można, gdyby nie fakt, że świadomie bądź nie, naraża swoją latorośl na reperkusje prawne i psychiczne. Robiąc z niego bezwzględnego mordercę Alice tak naprawdę karmi własne obsesje, być może w imię źle pojmowanej matczynej miłości, ale na pewno celem połechtania swojego oczarowania ludzkimi oczami. Pierwszy mord nacechowano swoistym artystycznym sznytem, korzystając z licznych zbliżeń na zakrwawioną szyję ofiary, uderzając kontrastującą z posoką, wręcz rażącą bielą otoczenia i pobudzając wyobraźnię skrytą przed wzrokiem widza odstręczającą czynnością wydłubywania oczu z martwego ciała. Niniejszy mord stanowi zapowiedź umiarkowanie krwawej, acz nakreślonej z wielkim smakiem rozrywki portretującej coraz to bardziej postępujące szaleństwo Johna Pressmana w dalszej części seansu, ale jak się okazuje koncepcja Bigasa Luny jest nieco bardziej złożona.

Sekwencja pierwszych dwóch morderstw jest zarazem momentem pierwszego zwrotu w osi fabularnej. Scenarzysta zdradza nam, że wszystko, co widzieliśmy wcześniej składało się na film aktualnie wyświetlany w kinie. Od tej chwili naprzemiennie będzie koncentrował się zarówno na losach Alice i Johna, jak i publiczności śledzącej ich dzieje na dużym ekranie. Sam zamysł poraża pomysłowością, udowadniając, że Luna nie pragnął kręcić kolejnego, sztampowego slashera tylko spojrzeć na ten nurt w dużo bardziej wizjonerski sposób, ale przewrotność scenariusza nie zasadza się tylko na tym jednym akcencie. Wykorzystując proste, nieprzekombinowane środki przekazu, celując w minimalizm twórcy parę kolejnych minut poświęcili na zaznaczanie siły oddziaływania filmu na ludzką psychikę. Najbardziej skupili się na nastoletniej Patty, z narastającym przerażeniem i niesmakiem obserwującej zbrodnicze poczynania Johna. Towarzysząca jej przyjaciółka, Linda, ze skupieniem wpatruje się w ekran, stanowiąc chyba modelową fankę kina grozy, odporną na okropieństwa na nim wyświetlane i zirytowaną panicznymi reakcjami Patty. Przerażenie tej drugiej wkrótce zaczyna przekształcać się w coś zgoła poważniejszego, co można zaobserwować również u paru innych widzów. Luna wyraźnie daje do zrozumienia, że sugestie zaszczepiane przez Alice jej synowi trafiają do publiczności, wprawiając ich w nader chorobliwy dyskomfort emocjonalny. Tak jakby „The Mommy” zrealizowano z myślą o hipnotyzowaniu publiczności i dzięki temu naginaniu ich do woli twórców, ale myślę, że Bigasowi Lunie bardziej zależało na doszukiwaniu się w tym wątku podtekstu, zamiast odczytywaniu go dosłownie. Wszak nietrudno dostrzec tutaj przestrogę przed kinematografią, ostrzeżenia bazującego na hipotezie, że bardziej podatne na sugestię jednostki w zderzeniu ze szczególnie sugestywnym obrazem mogą zatracić poczucie rzeczywistości – przestać odróżniać fikcję od prawdziwego życia. Przy czym zachowanie Lindy zdaje się wskazywać, że to ryzyko nie dotyczy wszystkich, że są ludzie uodpornieni na w tym przypadku krwawe obrazy, w domyśle między innymi wielbiciele gatunku. Ciekawe, bo na ogół fanów horrorów uważa się za jednostki potencjalnie niebezpieczne dla społeczeństwa, nie osoby takie, jak Patty: kompletnie nieobyte z krwawymi produkcjami… W każdym razie wydarzenia mające miejsce tuż po wyjawieniu właściwej konstrukcji fabuły koncentrują się na swoistym przenikaniu się fikcji z rzeczywistością, nie dosłownym, raczej uwidaczniającym zgubny wpływ filmu na psychikę oglądających. Szczególnie pewnego mężczyzny, który tak dalece zatracił poczucie rzeczywistości, że zaczęło mu się wydawać, iż jest Johnem Pressmanem, co jak można się spodziewać będzie miało opłakane skutki dla pozostałych widzów. Czyli z czasem „Udręka” przewodnią płaszczyzną twardo osiądzie w stylistyce slashera, jednakże serwując odbiorcom ogromne smaczki za pośrednictwem pokazywanych co jakiś czas wydarzeń rozgrywających się w „The Mommy”, które znajdują odzwierciedlenie w równolegle toczącej się rzezi w kinie. Choć prawdę powiedziawszy rzeź jest nieco przesadnym określeniem, bo choć trochę krwi się leje Luna większy nacisk kładzie na stopniowanie napięcia i kreślenie chwytliwej klaustrofobicznej atmosfery z równoczesnym silnym akcentowaniem zdefiniowanego zagrożenia. Bardziej poszalał podczas portretowania morderczych poczynań Johna na dużym ekranie, zwłaszcza podczas długich zbliżeń na zakrwawione oczodoły, ale poczucia niedosytu nie miałam, nawet cieszyłam się, że większą wagę przyłożono do stworzenia gęstego klimatu grozy, aniżeli standardowej makabry. Na pochwałę zasługuje również końcówka, pozostawiająca widza w niepewności i po raz kolejny próbująca uświadomić nam, jakie niebezpieczeństwo stwarza obcowanie co poniektórych jednostek z krwawymi obrazami, choć akurat w tym przypadku w zestawieniu z traumatycznymi wydarzeniami, mającymi miejsce w rzeczywistości.

Niestety nieżyjący już Hiszpan, Bigas Luna, stworzył naprawdę nietuzinkowego reprezentanta kina slash, który udowodnił, że w zdawać by się mogło ciasnej konwencji owego podgatunku tak naprawdę jest miejsce na pomysłowe rozwiązania oraz że można z wprawą bawić się ogranym schematem i dzięki temu natchnąć go nową jakością. „Udręka” wydaje się więc być idealną propozycją nie tylko dla wielbicieli slasherów, ale również widzów łaknących ciekawych rozwiązań fabularnych, podanych w naprawdę gęstym klimacie grozy. Dlatego też polecam ten obraz sympatykom wszystkich odłamów kina grozy, nie tylko wspomnianego jednego nurtu.

sobota, 4 czerwca 2016

„Forteca” (1985)


Sally Jones jest nauczycielką w wiejskiej australijskiej szkole, składającej się z jednej klasy, do której przynależą dzieci w różnym wieku. Pewnego dnia prowadzone przez nią zajęcia zostają przerwane przez grupę zamaskowanych, uzbrojonych mężczyzn, którzy porywają Sally i jej uczniów, licząc na wyłudzenie okupu od rodziców dzieci. Przestępcy przewożą ich do podziemnej jaskini usytuowanej na rozległych terenach leśno-trawiastych, barykadują wyjście i odjeżdżają. Początkowo Sally wychodzi z założenia, że najbezpieczniej będzie podporządkować się woli porywaczy i czekać na pomoc z zewnątrz, ale w końcu daje się przekonać starszym chłopcom, którzy opowiadają się za ucieczką. Wraz z nastoletnim Sidem znajduje drugie wyjście z jaskini, ale to jeszcze nie koniec ich koszmaru. Na rozległych, dzikich terenach czyhają bowiem ich porywacze, którzy nie zawahają się ich skrzywdzić.

„Forteca” to zrealizowany dla telewizji australijski survival Archa Nicholsona, posiadający cechy zarówno filmowego thrillera, jak i horroru. Scenariusz napisał Everett De Roche na podstawie powieści Gabrielle Lord, po raz pierwszy wydanej w 1980 roku. Fabuła książki była luźno oparta na prawdziwym wydarzeniu, mającym miejsce w latach 70-tych w Australii. Dwaj bezrobotni przyjaciele Edwin John Eastwood i Robert Clyde Boland porwali wówczas sześć uczennic i ich nauczyciela, w celu wyłudzenia okupu. Ofiarom udało się uciec, a ich oprawców osądzono i skazano. Niedługo potem Eastwood uciekł z więzienia i znowu dopuścił się porwania kilku osób, jednakże organom ścigania szczęśliwe udało się udaremnić jego dalsze plany. Połowę budżetu na realizację adaptacji powieści Lord przekazała telewizja HBO, która uparła się, aby główną rolę powierzono jakiejś znanej aktorce. Zdecydowano się na Sigrid Thornton, ale ciąża udaremniła jej udział w filmie. Projekt został na jakiś czas odłożony, dopóki w Australii nie pojawiła się Rachel Ward, którą ostatecznie zaaprobowano. Pod koniec 1985 roku „Fortecę” wyemitowano na kanale HBO w Stanach Zjednoczonych, zaskakując publiczność śmiałymi, jak na standardy ówczesnej telewizji scenami mordów, a w 1986 roku film Nicholsona wyświetlono w australijskich kinach.

Akcję „Fortecy” umiejscowiono w słabo zaludnionym zakątku Australii. Skąpane w gorących promieniach słonecznych, połacie suchej ziemi, gdzieniegdzie porośnięte żółtą trawą, rozciągające się w oddali gęste lasy i ubogo się prezentująca wioska, ze znacznie oddalonymi od siebie zabudowaniami. Arch Nicholson już podczas wstępnych, sielankowych ujęć samym krajobrazem sygnalizuje widzom potężne wyobcowanie protagonistów, ale równocześnie dba o lekko familijny wydźwięk, głównie dzięki wykorzystaniu chwytliwego muzycznego motywu przewodniego skomponowanego przez Danny’ego Beckermanna charakteryzującego się sielską tonacją, acz delikatnie podszytą jakąś złowrogością. Oprócz wspomnianych dwóch elementów niejaką podejrzliwość może zasiać zachowanie co poniektórych uczniów głównej bohaterki, Sally Jones. W drodze do szkoły jeden z chłopców z fascynacją szturcha rozkładające się ciało zwierzęcia, nie zapominając „poczęstować go śliną”, natomiast nieco później już w klasie z pasją opowiada o okrutnym traktowaniu ssaków. De Roche tym wątkiem ostrożnie zasygnalizował widzom podszytą okrucieństwem naturę co poniektórych dzieci, ale zaraz potem na jakiś czas zrezygnował z ciągnięcia tej myśli, błyskawicznie przechodząc do właściwej tematyki „Fortecy”. Przebywających w szkole Sally i jej uczniów w pewnym momencie zaskakuje grupa uzbrojonych mężczyzn, z twarzami przysłoniętymi pomysłowymi, w pewnym sensie złowieszczymi maskami, wyobrażającymi Świętego Mikołaja, kaczkę, mysz i kota. Mężczyźni wymuszają na nich wejście do ciężarówki, ale już w trakcie transportu ma miejsce pierwsza komplikacja. Sally udaje się wykorzystać chwilę ich nieuwagi i nakazać jednemu z chłopców odłączenie się od grupy, celem sprowadzenia pomocy. Niniejszy ustęp podobnie, jak wcześniejszą sekwencję porwania nacechowano sporą dozą podskórnego napięcia, jednakże tym razem podszytego nadzieją. Nie na długo, bo porywacze szybko orientują się, że zostali oszukani i niezwłocznie wracają po małego uciekiniera, tym samym udaremniając próbę ucieczki. Jedne z najciekawszych wydarzeń mają miejsce w podziemnej jaskini, do której w końcu trafiają zakładnicy niezidentyfikowanych mężczyzn. Ogromna przestrzeń, spowita gęstą ciemnością, odrobinę rozpraszaną przez ofiary za pomocą naprędce skonstruowanych, prowizorycznych świec. Kiedy protagoniści bezczynnie siedzą w mrocznej jaskini, czekając na pomoc scenarzysta na chwilę skupia się na kreśleniu ich rysów psychologicznych, szybko dając do zrozumienia, że najzaradniejszy jest nastoletni Sid (bardzo charyzmatyczna, wręcz zachwycająca kreacja Seana Garlicka), zdający się doskonale odnajdywać w tych ciężkich warunkach, lepiej nawet niż jedyna dorosła osoba zasilająca to grono. Jednakże Sally przez długi czas nie chce oddać Sidowi inicjatywy, drżąc o jego bezpieczeństwo, co zresztą dotyczy wszystkich jej podopiecznych, również nastoletniego Dereka, który zauważalnie konkuruje z kolegami o przywództwo w grupie. Everett De Roche scharakteryzował młodych bohaterów z taką starannością, dbając o akcentowanie ich najprzeróżniejszych, ze względu na wiek wprost zdumiewających cech, że właściwie nie miałam innego wyjścia, jak gorąco kibicować im w nierównej walce, do jakiej zostali przymuszeni. Swoją uwagę koncentrowałam głównie na dzieciach - odtwórczyni roli Sally Jones, Rachel Ward, warsztatowo znacznie od nich odstawała, w moim odczuciu zbyt często uderzając w podniosłą dykcję, wręcz teatralny sposób ekspresji. Młodzi aktorzy, szczególnie przodujący w grupie chłopcy byli za to całkowicie naturalni – przekonujące kreowanie postaci zauważalnie nie sprawiało im żadnych trudności.

„Forteca” to jeden z nielicznych przykładów filmu grozy umiejętnie wykorzystującego lekko familijną otoczkę. Arch Nicholson porwał się na coś niebywale trudnego, ale wyszedł zwycięsko z tej próby. Naprawdę niełatwo jest utrzymać wysokie napięcie w obrazie, który tak często uderzałby w familijną narrację, prawdziwą sztuką jest przekucie stricte familijnych elementów w coś podszytego potężną dawką grozy. Poza sielankowo-złowieszczą ścieżką dźwiękową twórcy wykorzystali lekko familijną narrację przy portretowaniu kilku młodych protagonistów, przez długi czas kreując ich na nieustraszonych bohaterów. Choć zamaskowani oprawcy, niestrudzenie ścigający ich po trawiasto-leśnych australijskich terenach są gotowi ich zabić paru chłopców pragnie stawić im czoła, stanąć do walki zamiast ciągle tylko uciekać. Nie zniechęca ich nawet całkiem mocna, jak na telewizyjny obraz, przygnębiająca scena zastrzelenia starszego małżeństwa, do domu którego w końcu trafiają bohaterowie „Fortecy”. Najbardziej zasmuca przeszywający wrzask przerażonych młodszych dzieci i zachowanie nastoletniej dziewczyny klęczącej w kałuży krwi i starającej się uratować spoczywające na podłodze rybki. Krzywda dzieci, czy to fizyczna, czy psychiczna, wzbudza najwięcej emocji i twórcy rzeczywiście nie wahali się pogrywać na tego rodzaju uczuciach, choć należy zaznaczyć, że unikali skrajności. Nade wszystko starali się (i to z sukcesem) nakreślić zagubienie protagonistów, rozczulające pragnienie życia i niedogodności (głód, chłód, zmęczenie), jakie wiązało się z sytuacją, w której ich postawiono i oczywiście widmo śmierci wiszące nad nimi w postaci agresywnych mężczyzn, wściekłych z powodu nieprzewidzianych komplikacji w realizacji ich planu. Scenarzysta nie ograniczył się jedynie do podejmowania prób zawiązywania swoistej więzi pomiędzy odbiorcą i zwłaszcza młodymi protagonistami tylko i wyłącznie za sprawą akcentowania ich cierpienia, skutecznie zmuszając mnie do sympatyzowania z nimi również dzięki ich przebiegłości i hardości ducha, gotowości stanięcia do walki oraz oczywiście pomysłowości w konstruowaniu różnych pułapek. Właściwie byłam dosłownie zachwycona postaciami Sida i Dereka, tak potężnie, że szybko straciłam zainteresowanie główną bohaterką, która w końcu oddała inicjatywę zaprawionym w egzystowaniu na łonie natury, sprytnym uczniom. W „Fortecy” pomimo miejscami ewidentnie familijnej narracji (podszytej jednak ogromnym napięciem) pojawia się kilka umiarkowanie krwawych ujęć, które przede wszystkim zwracają uwagę realistycznym wykonaniem i w dwóch przypadkach pomysłowością – mowa o sekwencji, w której głowa trupa zostaje "w powietrzu", a reszta ciała odpada i oczywiście nadzianiu na zaostrzone gałęzie. Aczkolwiek największe emocje wzbudza ostatnie zabójstwo, niepokazane w całej drastycznej postaci, ale niosące przygnębiające przesłanie. Wiele widzów narzeka na zakończenie „Fortecy”, ale akurat mnie całkowicie ukontentowało, UWAGA SPOILER ponieważ tylko pozornie jawiło się szczęśliwie – jeśli wejrzeć głębiej sygnalizowało pewne negatywne, być może nieodwracalne skutki wcześniejszych wydarzeń na psychikę dotychczas niewinnych dzieci KONIEC SPOILERA.

„Forteca” to solidny australijski survival, pokazujący jak z korzyścią dla jakości filmu przemieszać narrację typową dla kina grozy z elementami kojarzonymi głównie z kinem familijnym. W dziele Archa Nicholsona nader zaskakująco to drugie potęguje wydźwięk pierwszego, sprawiając, że właściwie nie sposób oderwać oczu od ekranu, aż do napisów końcowych. Moim zdaniem „Forteca” to wyśmienita survivalowa rozrywka, którą każdy wielbiciel gatunku powinien znać, choćby po to, żeby przekonać się, że można stworzyć coś niebanalnego na kanwie prostego pomysłu, równocześnie dbając o niezwykle wysoki poziom techniczny, nie tylko jak na standardy telewizyjne, ale kina grozy w ogóle.

czwartek, 2 czerwca 2016

„Unearthed” (2007)


Nieopodal małego, pustynnego miasteczka w Nowym Meksyku dochodzi do wypadku samochodowego, który najprawdopodobniej przyczynił się do przerwy w dostawie prądu do całego miasta. Sprawę bada miejscowa szeryf, Annie Flynn, uzależniona od alkoholu od czasu tragicznego wydarzenia, za które czuje się odpowiedzialna i które sprawiło, że część tutejszej społeczności straciła do niej zaufanie. Na miejscu wypadku Annie znajduje strzęp dziwnego organizmu. Przekazuje go młodej Indiance, Nodin, parającej się biologią i mającej doświadczenie w badaniach laboratoryjnych. Krótko po tym Annie dostaje wezwanie na farmę jednego z mieszkańców miasteczka, któremu w nocy jakieś zwierzę rozszarpało część bydła. Z czasem zaczynają ginąć ludzie, a Nodin odkrywa, że fragment organizmu znaleziony przez Annie nie pasuje do niczego znanego ziemskiej naturze. Szybko wychodzi na jaw, że na tych terenach od niedawna grasuje odporne na wszelkie obrażenia, niezwykle agresywne monstrum, które ma blisko dziewięćset lat i nie cofnie się dopóki nie zniszczy całej tutejszej społeczności.

Reżyser i scenarzysta „Unearthed”, Matthew Leutwyler, nie ma wielkiego doświadczenia w filmowym horrorze. Poza omawianą pozycją nakręcił jedynie „Hotel umarlaków”, na dodatek niebędący czystym reprezentantem gatunku – przypisano go również do komedii i fantasy. Patrząc na jakość „Unearthed” nie mogę powiedzieć, żeby było mi przykro z powodu nieczęstego uciekania Leutwylera w stronę stylistyki horroru. Ambicje artysty nie były wygórowane, ot pragnął stworzyć konwencjonalny monster movie, który nawiązywałby do dokonań jego poprzedników, co w sumie nie było takim złym pomysłem, przynajmniej jeśli wziąć pod uwagę długoletnich wielbicieli tego nurtu. Ale od koncepcji do wykonania jeszcze długa droga, co udowodnił szczególnie scenariusz Leutwylera, będący sztandarowym przykładem niewybaczalnie zaprzepaszczonego potencjału.

Przyznaję, że pierwsze sceny „Unearthed” rozbudziły moją ciekawość, głównie za sprawą obiecującego miejsca akcji. Wyjałowione, skąpane w pełnym słońcu pustynne tereny Nowego Meksyku, malownicze wzgórza, które porasta wyblakła, rzadka trawa, wszędobylski piach i przede wszystkim przytłaczająca cisza spowijająca to miejsce. Małe miasteczko usytuowane pośrodku tej samotni zdaje się być kompletnie odcięte od świata, co tylko wzmaga poczucie alienacji u oglądającego. Jednak szybko staje się jasne, że nasuwające się skojarzenia ze „Wstrząsami” Rona Underwooda, tak plenerem, jak zagadkowym monstrum grasującym w tych terenach są złudne. Bo choć Leutwyler najprawdopodobniej inspirował się tą kultową produkcją nie zdołał nawet zbliżyć się do jej poziomu. Niestety, nie ta liga, co najdobitniej udowadnia scenariusz. Wydawać by się mogło, że tak prościutki schemat nie powinien żadnemu scenarzyście przysporzyć większych kłopotów z właściwym przełożeniem na ekran, ale jak się okazało Leutwyler w tej materii poniósł sromotną porażkę. Początkowymi, owianymi nutką tajemnicy atakami ukrywającego się w cieniu potwora, sfinalizowanymi kilkoma dosyć realistycznymi, umiarkowanie krwawymi ujęciami i warstwą dramatyczną koncentrującą się przede wszystkim na losach głównej bohaterki rozbudził moja nadzieję, na jeśli nawet nie wyśmienite w swoim gatunku widowisko to przynajmniej zapewniający jako taką rozrywkę, bez większych zgrzytów przyswajany obraz na tak zwany jeden raz. Szczególnie zaintrygowała mnie skrócona biografia głównej bohaterki, miejscowej szeryf Annie Flynn, w którą wcieliła się jedna z moich ulubionych aktorek, Emmanuelle Vaugier. Leutwyler przedstawia nam kobietę, która powoli dobija do dna, nie wykazując żadnej inicjatywy, żeby temu zapobiec. Nadużywanie alkoholu pomaga jej zapomnieć o tragicznym w skutkach wypadku, za który czuje się odpowiedzialna, a który aż do końcówki w dużej mierze utrzymywany jest przez scenarzystę w tajemnicy. Wiemy jedynie, że Annie zrobiła coś strasznego, coś co przyczyniło się do krzywdy niewinnego dziecka i wygenerowało niechęć do jej osoby ze strony części tutejszych mieszkańców, którzy to z utęsknieniem wyczekują mającego nastąpić za tydzień dnia, w którym będą mogli pozbawić ją funkcji szeryfa. Konflikt pomiędzy samoumartwiającą się Annie i antypatycznie nastawioną do niej częścią tutejszej społeczności stworzył okazję do rozsnucia ciekawego wątku o podłożu dramatycznym, pełnego angażujących uwagę słownych, czy fizycznych potyczek głównej bohaterki z rozżalonymi mieszkańcami małego miasteczka w Nowym Meksyku. I Leutwyler na początku rzeczywiście sugerował taki rodzaj ożywienia fabuły, poprzez starcie Annie z hodowcą bydła, Robem Hornem i dwoma mężczyznami w barze, ale ku mojemu ubolewaniu właściwie na tych dwóch wydarzeniach zakończył akcentowanie nienawiści, jaką żywią co poniektórzy obywatele tej małej mieściny do swojej szeryf. Po obiecujących, profesjonalnie zrealizowanych wstępnych sekwencjach, pomimo realizacji w pełnym świetle dziennym generujących zgrabny klimat osaczenia i wyobcowania oraz zawiązujących dwa interesujące wątki Leutwyler brutalnie przechodzi do właściwej tematyki „Unearthed”, dosłownie wdeptując w ziemię wszystkie superlatywy wypracowane chwilę wcześniej.

Scenariusz „Unearthed” jest tak dalece niewyważony, że właściwie nie sposób na czymkolwiek na dłużej zawiesić oka. Po zgrabnym zawiązaniu akcji Leutwyler nazbyt pośpiesznie przechodzi do frontalnych ataków potwora, zamiast nieco bardziej rozciągnąć w czasie uprzednie atakowanie z ukrycia pojedynczych jednostek. W ten sposób przez większą część filmu jesteśmy zmuszeni do świadkowania coraz to mniej widowiskowym i coraz to bardziej chaotycznym starciom z agresywnym stworem. Wygląd monstrum, pomimo lekkiej ingerencji komputera właściwie mnie nie rozczarował, w czym dużą zasługę miała rezygnacja z pokazywania jego postaci w całej okazałości – przytomnie zdecydowano się jedynie na zbliżenia na poszczególne części jego grudkowatego, oślizgłego ciała i przemykanie w oddali jego skąpanej w cieniu sylwetki. Twórcy efektów specjalnych zadowalająco wywiązali się ze swojego zadania, pokazując nawet kilka całkiem realistycznych scen mordów, z których najbardziej pomysłowo jawiły się małe gąbczaste organizmy posyłane przez potwora w stronę ofiar, które miały zdolność skraplania ich organów wewnętrznych. Tego samego nie mogę jednak powiedzieć o scenarzyście, któremu to wydawało się, że sprowadzenie fabuły do ciągłych, wyjałowionych z napięcia pościgów i starć z bestią jest tym, czego fani monster movies przede wszystkim oczekują. Natomiast operatorzy i oświetleniowcy chyba wychodzili z założenia, że odpowiednio mroczny klimat z nutką dramaturgii zagwarantują szaleńcza praca kamery w trakcie bezpośrednich starć, rozmazane zdjęcia pojawiające się w denerwujących migawkach i uniemożliwiające dostrzeżenie właściwie czegokolwiek oraz niemalże całkowita rezygnacja ze sztucznego oświetlenia. Równie dobrze niemalże wszystkie sekwencje walk z potworem można było oddać za pomocą tylko i wyłącznie dźwięków (te chwilami nawet zdawały egzamin, szczególnie, gdy uderzano w jazgotliwe, niezsynchronizowane tony) przy czarnym ekranie, bo pomimo starań nie udało mi się dostrzec zbyt wiele. A to co mignęło mi w polu widzenia w przeważającej mierze nie przedstawiało się szczególnie atrakcyjnie.

Wyłączając całkiem klimatyczny początek, postać głównej bohaterki, która jako jedyna z całej zgrai miałkich protagonistów posiadała strzępki indywidualizmu i całkiem zadowalające wyniki pracy twórców efektów specjalnych, które w sumie wypadłyby dużo lepiej, gdyby nie chaotyczna realizacja w dalszych partiach filmu, „Unearthed” nie może pochwalić się niczym, na co warto by tracić swój cenny czas. Nieliczne superlatywy niestety nie rekompensują multum niedostatków – mankamenty wręcz przysłaniają plusy sprawiając, że cały ten spektakl śledzi się z całkowitą obojętnością, żeby nie rzec nieznośnym znużeniem. A przynajmniej ja w takim właśnie stanie trwałam przed ekranem, niepotrzebnie katując się tym przedsięwzięciem Matthew Leutwylera.