Stronki na blogu

środa, 24 marca 2021

Stephen King „Później”

 

James 'Jamie' Conklin przyszedł na świat z niezwykłą zdolnością. Chłopiec nie tylko widzi zmarłych, ale ma powody przypuszczać, że muszą szczerze odpowiadać za każde pytanie, które im zadaje. Jamie mieszka w Nowym Jorku z samotnie wychowującą go matką, agentką literacką Tią Conklin, która przez długie lata jest jedyną osobą wiedzącą o tym przekleństwie lub darze. Zdarzały się wprawdzie nieprzyjemne momenty, ale zazwyczaj Jamie nie zwraca na duchy uwagi. Nawet jeśli uda mu się odróżnić zmarłego od osób żyjących, co nie zawsze jest proste, traktuje ich jako część krajobrazu. Dla niego to coś normalnego, ale już od najmłodszych lat wie, że lepiej nie afiszować się z tym talentem. Zdolnością, która może ocalić wiele ludzkich istnień, co chłopiec uświadamia sobie w związku ze sprawą bombera zwanego Grzmociarzem. Jamie nieoczekiwanie zostaje w to zaangażowany, w efekcie ściągając na siebie uwagę jakiejś mrocznej siły.

Podczas gdy spora część wiernych fanów Stephena Kinga, króla tak zwanego Nowego Horroru, od lat cierpliwie czeka na jego wielki powrót na te gatunkowe tory, na pełnokrwistą opowieść grozy na miarę jego najsłynniejszych powieści (na przykład „Lśnienie”, „Cmętarz zwieżąt”, „To”, „Miasteczko Salem”), ich pisarskie bożyszcze uparcie eksperymentuje (co nie znaczy, że wcześniej tego unikał). Chociaż w jego nowszych książkach też przeważnie odnajdujemy elementy fantastyki, to takiej grozy, do jakiej przyzwyczaił nas dawny King w jego ostatnio wydawanych utworach raczej nie uświadczymy. King kryminalny i King sentymentalny – takie pisarskie oblicza już od dłuższego czasu unaocznia nam ten gigant literackiego horroru. Amerykanin, który zawojował świat, a teraz, w jesieni życia... cóż, rozmawia z nami o życiu. Dając przy tym wyraz tęsknocie za czasem minionym. Za tym co było i nie wróci. I korzystając z motywów, które już nieraz wypróbowywał. Przeważnie z jak najbardziej zadowalającym skutkiem.

Później” (oryg. „Later”) to takie trochę echo po „Joylandzie” czy zbiorku minipowieści „Jest krew...” - przesycona zapachem melancholii opowieść o dorastaniu, częściowo w cieniu groźby niepochodzącej z tego świata, którą nasz bohater „zawdzięcza” swojej nadzwyczajnej zdolności. Tym bohaterem, i jednocześnie narratorem, jest James 'Jamie' Conklin, który spisuje te słowa (umownie) już po wkroczeniu w okres dorosły, ale skupia się na dawnych dziejach. Przytacza wybrane wydarzenia z czasów, gdy był dzieckiem i nastolatkiem. Pierwsze polskie wydanie „Później” (Albatros, rok 2021) liczy sobie niespełna trzysta dziewięćdziesiąt stron, ale gdyby nie rozstrzelona i w dodatku nie najmniejszych rozmiarów czcionka, to zapewne ostałoby się najwyżej dwie trzecie tego. Można więc powiedzieć, że to minipowieść – krótka historyjka o człowieku widzącym zmarłych. Stephen King widać zdawał sobie sprawę z tego, że utwór ten będzie kojarzony z „Szóstym zmysłem” M. Nighta Shyamalana. Widać, bo wprost o tym pisze na kartach omawianego dzieła. W ten sposób ucieka do przodu. Odbiera argument wszystkim tym, którzy już (choćby czytając skrótowych opis fabuły udostępniony przez wydawcę) szykowali się do ujawnienia tego swojego wielkiego odkrycia. Oczywiście wciąż można wyrzucać „Później” zbyt duże podobieństwo do „Szóstego zmysłu”, ale trudno gratulować sobie spostrzegawczości, skoro sam autor przytacza tamtą historię o chłopcu widzącym zmarłych ludzi. Widzących umarłych w sumie tak w literaturze, jak na ekranie trochę się już przewinęło. Nawet tak zwany największy konkurent Stephena Kinga zdążył już skorzystać z tego modelu postaci – mowa o Deanie Koontzu i jego cyklu powieści z Oddem Thomasem. Ale myśląc o dziecku z takim przekleństwem bądź darem, bo i tak to można odbierać, wielu ma przed oczami Cole'a Seara z „Szóstego zmysłu”. Tak to już jest. Takie to pamiętne, nieśmiertelne dzieło Shyamalanowi się stworzyło. „Obecność” Jamesa Wana, serie „Pił” i „Oszukać przeznaczenie”, „Frankenstein” Mary Shelley, „Dracula” Brama Stokera – te tytuły też Stephen King podrzuca w „Później”, ale trzeba zaznaczyć, że nie mają one większego, a właściwie to żadnego znaczenia dla fabuły książki. Może poza „Draculą”, ale i tutaj mam poważne wątpliwości. Jeśli już wskazywać inne dzieło (po „Szóstym zmyśle”), na którym King w pewnym sensie się podpiera, to będzie to jego własna powieść. Będzie to „To”. „Później” to (mini)powieść obyczajowa z elementami fantastycznymi. Od czasu do czasu King skręca w stronę thrillera, oczywiście nadprzyrodzonego, ale horror, wbrew zapewnieniom jego pierwszoplanowego bohatera, że „Później” przynależy do tego gatunku, jeśli nawet się objawia, to jest to groza bardziej w stylu R.L. Stine'a niż dawnego Stephena Kinga. Jeśli, bo mam opory przed używaniem takiego nazewnictwa w stosunku do „Później”. Prawdę powiedziawszy nie miałam z najmniejszego problemu z brakiem „horroru w horrorze”. Zdążyłam już przyzwyczaić się do łagodniejszego oblicza „najbardziej przerażającego człowieka Ameryki”, używając słów, którymi sam King opisał Jacka Ketchuma, innego strasznego gościa:) Nawet nie nastawiałam się na rasową powieść grozy. Minął już czas, kiedy to zasiadałam do nowej publikacji Kinga z nadzieją, że to już, że to ten moment, w którym po latach rozłąki zdecydował się wreszcie powrócić do klimatów, z którymi głównie się go kojarzy. Mimo że wcześniej też zdarzało mu się odchodzić od horroru, próbować czegoś innego. Zwykle z sukcesami, bo to King, ale etykietki „pana od horrorów”, nawet gdyby bardzo chciał (a chce?) niewątpliwie nigdy się już nie pozbędzie. A teraz napiszę coś zabawnego. Czytając „Później” przez moją głowę najczęściej wcale nie przemykały kadry z „Szóstego zmysłu”. Nie myślałam też głównie o utrzymanych w podobnym klimacie, też uderzających w sentymentalną strunę, takich wzmiankowanych już publikacjach Kinga, jak „Joyland”, czy „Jest krew...”. To może powrót do krainy „To”? Też nie. Może Was to zaskoczy, ale obcując z „Później” najczęściej uciekałam myślami do... „Małych ludzi w żółtych płaszczach”, mojego ulubionego opowiadania (nie wliczać powieści!) Stephena Kinga o dorastaniu, zamieszczonego w zbiorze „Serca Atlantydów”.

Jak już ustaliliśmy nie przeszkadzało mi, że podejście Stephena Kinga do motywu widzącego umarłych, horrorem nie jest. Chyba że takim w stylu „Gęsiej skórki” R.L. Stine'a. Tak czy owak, (mini)powieść skupia się głównie na prozie życia codziennego. Rzecz jasna nie odstępuje nas przekonanie, że James 'Jamie' Conklin nie wzrasta w zwyczajnych warunkach. Co prawda on zdążył już oswoić się ze swoim niepokojącym talentem – niepokojącym, ale przy odpowiednim podejściu gwarantującym ogromne korzyści – jednak od najmłodszych lat zdaje sobie sprawę, że jego życie różni się od życia jego rówieśników. Wie, że jest niezwyczajne, ale w miarę możliwości stara się normalnie ze swoim unikalnym talentem egzystować. Tak jak małoletni czołowy bohater „Małych ludzi w żółtych płaszczach”, Bobby Garfield, mieszka tylko z matką, agentką literacką Tią Conklin. W przeciwieństwie do Bobby'ego, Jamie nie ma jednak powodów do narzekania na kobietę, która sprowadziła go na ten świat. Owszem, w ich wspólnym życiu zdarzają się gorsze chwile; tak, Jamiemu zdarza się pogniewać na matkę, zresztą niebezpodstawnie, ale ogólnie rzecz biorąc oboje są do siebie bardzo przywiązani. Są najlepszymi przyjaciółmi. Oni kontra reszta świata. Patrząc na nich nie ma się wątpliwości, że gdyby zaszła taka potrzeba skoczyliby za sobą w ogień. Nikt i nic nie jest w stanie osłabić ich więzi. Ta pewność z czasem może się jednak nadkruszyć. Kiedy w życie tej dwójki wkroczy nowa miłość Tii, czytelnik zapewne będzie się zastanawiał, czy Jamiemu jeszcze dane będzie zaznać takiego szczęśliwego, niemal beztroskiego (nie licząc przykrych przeżyć w związku z jego nadzwyczajnym talentem) życia, jakie toczył przed pojawianiem się kobiety, która stała się dla jego matki prawie tak bliska jak on. O ile nie jeszcze bliższa... Opisując wymyśloną na potrzeby „Później” powieściową sagę przygodowo-historyczno-erotyczną, King zauważa, że w późniejszych tomach szlachetnych Indian zamieniono na szlachetnych rdzennych Amerykanów. Chodzi o tak zwaną poprawność polityczną. Zbyt daleko posuniętą czy nie – King powstrzymuje się od wysyłania jednoznacznych przekazów, można to więc rozumieć dwojako, ale ja odbierałam tego rodzaju zawoalowane wtrącenia jako swego rodzaju zapytania, czy aby z tą poprawnością nie przesadzamy. Zaznaczam jednak: to całkowicie subiektywne odczucie, które nie musi pokrywać się z intencjami autora, który notabene miał już okazję na własnej skórze przekonać się, że w dzisiejszych czasach trzeba bardziej uważać na słowa niż jeszcze parę lat wcześniej. Jeśli nie chce się zostać oskarżonym o bycie osobą nietolerancyjną. Nie dziwi mnie więc, że po takich doświadczeniach, jakie King niedawno miał w prawdziwym życiu, w tym fikcyjnym umieścił parę homoseksualną. I to nie gdzieś w tle, tylko w eksponowanym miejscu, tak żeby przypadkiem żadnemu wątpiącemu w jego osobisty stosunek do różnych mniejszości, ten akcent nie umknął. Bo najwyraźniej niektórym, wbrew temu, czemu King dawał wyraz w wielu swoich utworach (w najszerszym zakresie w „To”), nie wspominając już o wypowiedziach w przestrzeni publicznej (wywiady, media społecznościowe etc.), ten stosunek dotychczas jakoś w oczy się nie rzucił. Czy to zostanie docenione, nie wiem. W sumie nawet nie zdziwiłabym się, gdyby nad Stephenem Kingiem znowu zebrały się burzowe chmury. Przez to w jakim świetle ośmielił się przedstawić jedną z postaci. Idzie King w „Później” z duchem czasu, to nie ulega kwestii, ale myślę, że też prze odrobinkę pod prąd. Tak czy inaczej mamy tutaj przede wszystkim dość zwyczajną historię dziecka, a potem nastolatka, obdarzonego niezwykłymi mocami. A więc po staremu – ileż to już takich małoletnich talentów się w utworach Stephena Kinga przewinęło? Czy taki model postaci, w wielokrotnych praniach wykonywanych przez tego pisarza, już się zużył? Może i nie ma w tym świeżości, może i pachnie to aż nazbyt znajomo, ale podejrzewam, że sile narracji – chwilami naprawdę zabawnej, ale głównie przebija z tego smutek, jakaś tęsknota oraz tragizm czasami z nutką romantyzmu, czarownego i po dziecięcemu naiwnego marzycielstwa - Jamiego Conklina i tak mało kto zdoła się oprzeć. Sile narracji Stephena Kinga. Człowieka, który do perfekcji opanował kierowanie postaciami. W jego genialnych rękach nawet najmniej wyszukane sylwetki, takie, które w innych okolicznościach, zapewne odbieralibyśmy w kategoriach niczym się niewyróżniających, niewybijających się z „szarego tłumu”, zyskują tę niezwykłą charyzmę, jakąś tajemną zdolność do maksymalnego skupiania na sobie całej uwagi czytelnika. Choć pewnie nie każdego. Oczywiście, jeśli rozpatrywać głównego bohatera i narratora „Później”, w ziemskich kategoriach, to nie można uznać go za osobę na wskroś zwyczajną. Nie można powiedzieć, że jest to opowieść o tak zwanym szaraczku, który zostaje wrzucony w wir niezwykłych i groźnych wydarzeń. Tak, nasz bohater przedzie przez piekło, ale ani owo piekło, ani rzeczony bohater w beletrystycznym światku z całą pewnością nie odznaczają się ani wielką kreatywnością, ani złożonością, ani widowiskowością, ani nawet nieprzewidywalnością. Choć na jeden zdumiewający zwrot akcji można liczyć. W ostatniej partii tej, jakimś sposobem mocno wciągającej i całkiem emocjonującej, niedługiej opowiastki o chłopcu mającym moc odpytywania, jak się wydaje, tylko niedawno zmarłych ludzi.

Sentymentalny Stephen King znowu w natarciu. Znowu porozmawiamy sobie ogólnie o życiu. Raz lepszym, raz gorszym, ale w gruncie rzeczy pełnym magii, którą zwykle przestaje się dostrzegać, gdy wkroczy się w mniej barwny okres dorosłości. „Później” to niedługa opowieść o Twoim i moim dzieciństwie. O dzieciństwie, za którym wielu, czy to skrycie, czy zupełnie jawnie, tęskni. W „Później” King w pewnym sensie żywi się tą tęsknotą. Tym (pod)świadomym pragnieniem, by wrócić choćby tylko na chwilę do najbardziej magicznego okresu w życiu - nie każdego – człowieka. Przy tej okazji opowie nam też King o zmarłych. Zobaczymy, co oni mają do powiedzenia i jak mocno mogą zamieszać w życiu małego, a potem już większego chłopca. Nie jest to szczyt możliwości tego niezwykle zasłużonego amerykańskiego pisarza, ale też nie nazwałabym tego drastycznym spadkiem formy. Radzę jednak nie spodziewać się rasowego horroru, wielkiego powrotu „strasznego Kinga”. To jeszcze nie teraz. Później?

poniedziałek, 22 marca 2021

Helen Phillips „Wizyta”

 

Molly i David są szczęśliwym małżeństwem z dwójką dzieci, czteroletnią Vivian i młodszym Benem, którzy pochłaniają prawie cały ich czas. Teraz, kiedy David wyjechał na parę dni w sprawach zawodowych, Molly musi sobie radzić z większą niż dotychczas liczbą obowiązków. Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze, że w jej domu pojawia się zamaskowany intruz. Człowiek z łbem jelenia, który może stanowić jedynie wytwór jej przemęczonego, zestresowanego umysłu. Albo może być realnym zagrożeniem dla niej i jej nieświadomych niebezpieczeństwa dzieci. Nieznajomy czegoś od niej chce. I choć Molly nie ma żadnej gwarancji, że jeśli zastosuje się do jego wskazówek, intruz nie skrzywdzi jej i jej dzieci, pozwala mu sobą pokierować. Bo gdyby postąpiła inaczej to groźba tego tajemniczego osobnika mogłaby się ziścić. Molly mogłaby już do końca życia żałować, że go nie posłuchała.

Nagradzana amerykańska pisarka, prowadząca warsztaty z twórczego pisania w Brooklyn College, absolwentka Yale University, żona artysty Adama Douglasa Thompsona i matka dwójki dzieci, Helen Phillips, na rynku literackim istnieje od 2011 roku, kiedy to ukazał się jej zbiór opowiadań zatytułowany „And Yet Were Happy”, który został wyróżniony przez jury The Story Prize. Jej pierwsza powieść dla starszych czytelników, „The Beautiful Bureaucrat” (pol. „Kancelaria”) swoją światową premierę miała w roku 2015. Ale największy rozgłos przyniósł jej pierwotnie wydany w 2019 roku thriller psychologiczny pt. „The Need” (pol. „Wizyta”). Niekonwencjonalna powieść o macierzyństwie, której publikacja była sporym wyzwaniem dla autorki. Bo to najbardziej osobiste z dotychczasowych dzieł Helen Phillips, choć zasadniczo nie jest to utwór autobiograficzny. Tak czy inaczej autorka była świadoma niebezpieczeństwa, jakie się z tym wiąże. Odważyła się na ten krok przede wszystkim dlatego, że na niej samej największe wrażenie zawsze wywierały głównie dzieła, w których autorzy pokazali się od nieustraszonej strony.

Helen Phillips zdaje sobie sprawę, że na początku „Wizyta” upodabnia się do hollywoodzkiego filmu - thrillera czy nawet horroru z nurtu home invasion - ale nie to było źródłom jej inspiracji. Pomysł zrodziło samo życie. Pewnej nocy, gdy jej męża nie było w domu, a ona zupełnie naga karmiła piersią swoją córeczkę, zaalarmował ją jakiś dźwięk. Szybko domyśliła się, że to wiatr, ale jej umysł opanowały myśli w rodzaju: Co bym zrobiła, gdyby do domu wszedł teraz jakiś intruz? Jak miałabym ochronić swoje dziecko? Główną bohaterkę „Wizyty” poznajemy mniej więcej w takim właśnie momencie. Jest wieczór, a ona ukrywa się we własnym domu wraz ze swoimi dziećmi: rozgadaną córeczką Vivian, która niedługo skończy cztery lata i niemającym jeszcze dwóch lat, wesoło gaworzącym synkiem Benem. Trudno stwierdzić, czy to tylko zabawa z dziećmi, ale nawet jeśli od tego się zaczęło, to teraz przez głowę Molly przemykają straszne myśli. Wygląda na to, że kobieta jest przekonana, iż dom nawiedził jakiś nieproszony gość. Ktoś jest w środku. Ktoś lub coś zagraża jej i jej dzieciom. Maluchy nie zdają sobie sprawy z zagrożenia. Nie wiedzą, że w cieniu czai się upiór. Czy to człowiek, czy jakaś zjawa, która chce ich skrzywdzić? A może to tylko wybujała wyobraźnia Molly? Może to efekt przemęczenia połączonego ze stresem. A może coś jeszcze gorszego. Objaw choroby psychicznej? Jakkolwiek by nie było, kobieta stara się stłumić te straszne przeczucia. Uciszyć myśli o intruzie. Jak gdyby nigdy nic wraca więc do cowieczornych obowiązków. Kończy tę niepokojącą zabawę i kiedy już wydaje się, że nic złego się nie wydarzy, Molly kątem oka zauważa coś, co na powrót przywołuje najczystszy lęk. Lęk, który poznać może jedynie kochający rodzic. Obezwładniający strach o swoje potomstwo. Strach wypierający wszystko inne. Strach, który natychmiast uruchamia instynkt silniejszy od wszystkich innych. Chronić dzieci. Za wszelką cenę, choćby nawet miało to oznaczać wystawienie się na skrajne niebezpieczeństwo. Nawet jeśli trzeba będzie „złożyć w ofierze” siebie, Molly się nie zawaha. Bo cenniejsze od własnego życia, jest dla niej życie jej dzieci. Bo przede wszystkim jest matką. Nie żoną , nie kobietą sukcesu, zajmującą się paleobotaniką, tylko matką. Nie brzmi po myśli feministycznej? Można to tak odebrać, ale... Zastanówmy się. Pomyślmy, czy Helen Phillips definiując Molly przede wszystkim jako matkę, naprawdę deprecjonuje płeć żeńską? Czy to jakoś uwłacza dzietnej kobiecie? Myślę, że wraz z rozwojem fabuły nawet najbardziej wątpiący w ten pozornie niefeministyczny przekaz czytelnik, będzie coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że to jednak pozycja na wskroś feministyczna. Rzecz o kobietach, ale nie tylko dla kobiet. Helen Phillips zdradziła, że zdarzyło jej się już przyjmować podziękowanie od mężczyzny, któremu „Wizyta” pozwoliła niejako na własnej skórze odczuć to, co swego czasu przeżyła jego partnerka. Lepiej zrozumieć kobietę. Zrozumieć matkę. Takich uświadomionych zapewne jest więcej. I założę się, że nie tylko w męskiej grupie czytelniczej. Nie wiem, czy istnieje inna powieść, w której tyle miejsca poświęcono laktacji. Karmieniu piersią, sposobom pozbywaniu się nadmiaru mleka i niekontrolowanym, w niektórych sytuacjach dość krępującym, wyciekom z sutków. Chodzeniu w wiecznie poplamionych biustonoszach i podkoszulkach. Ja w każdym razie takich nie znam. Za to nie po raz pierwszy obracałam się w tak osobliwych klimatach. Zdarzało mi się już obcować z równie, a nawet jeszcze bardziej osobliwymi historiami. Ale w kontekście macierzyństwa? Nie, takich eksperymentów sobie nie przypominam. Tak surrealistycznego i realistycznego zarazem ujęcia trudnego, ale i rozkosznego, ekstatycznego macierzyństwa. Tego błogostanu, w którym zapewne trwa niejedna kobieta, która doczekała się cudownego potomstwa. W „Wizycie” Helen Phillips przedstawia to tak, że ma się wrażenie, jakby macierzyństwo na tym wczesnym etapie, na jakim jest jej bohaterka, trwało gdzieś poza czasem i przestrzenią. Jakby w oderwaniu do twardej rzeczywistości, z którą jednocześnie się stapia. Wiem jak to brzmi, ale nie potrafię w bardziej zrozumiały sposób opisać tego stanu, w jaki wprawiła mnie Helen Phillips swoją „Wizytą”. Thrillerem psychologicznym, który z biegiem lektury coraz mniej przypomina klasyczny dreszczowiec, a coraz bardziej... coś, na co prawdopodobnie nikt nie będzie przygotowany. Nie po takim wstępie.

Zawsze uważała, że jest coś podstępnego w tym, jak rodzice kładą dzieci do snu w miękkich piżamkach, jak dają im mleko, czytają bajeczki, przynoszą ich pluszaki, mówią, że wszystko jest w porządku, że nie ma się czego bać, jakby sen nie był jedną szesnastą śmierci. Gdy dzieci opierają się zaśnięciu, długim samotnym godzinom w ciemności, wyczuwając intuicyjnie, że to przymiarka do śmierci, szepczą do nich, masują im plecy, udają, że nigdy nie umrą.”

Wiemy, jak musi rozwinąć się opowieść o zamaskowanej postaci wdzierającej się z nagła do czyjegoś domu. A raczej tylko wydaje nam się, że wiemy. Jesteśmy gotowi na zaciekłą walkę z tajemniczym agresorem. Walkę, w której główną stawką jest życie dwójki małych dzieci. A zawalczy o nie ich matka. W pojedynkę. Tylko Molly stoi na drodze człowieka, lub nie-człowieka, w czerni, który ukrywa swoje oblicze pod maską wyobrażającą głowę jelenia. Jeśli ona zawiedzie, jej dzieci spotka śmierć. Umrą jeszcze tego samego wieczora, może nawet w niewyobrażalnych męczarniach. Tego feralnego wieczora, kiedy to jej niejasne lęki przybrały realny kształt. Spotkały się w tej ludzkiej sylwetce, którą otacza jakaś nierzeczywista aura. Patrząc na tego jeleniopodobnego milczącego człeka nie można oprzeć się irracjonalnemu wrażeniu, że jest i nie jest. Widzimy intruza, ale jego tutaj nie ma. On nie ma prawa tu być, ale jednak jest. Nie ma prawa istnieć w tym świecie, w tej dobrzej znanej nam rzeczywistości – naszej rzeczywistości – ale trudno powiedzieć dlaczego. Jak to poczujecie, to nie będziecie zadawać tego pytania. Wystarczy jedno spojrzenie, byście nabrali pewności, że to nie jest zwyczajna (w ramach konwencji home invasion) sytuacja. To coś z pogranicza jawy i koszmarnego snu. Coś zrodzonego w chorym umyśle? Tak, to jest to! Molly ma halucynacje. To stąd to poczucie nierealności. Mamy już więc punkt zaczepienia, znajdujemy stabilne podłoże w tym wcześniej niemożliwie rozchwianym świecie przedstawionym, ale do komfortu nam jeszcze daleko. Bo w ślad za konkluzją, że Molly widzi rzeczy, których nie ma, przychodzi pewnie niesprawiedliwe, mocno krzywdzące, ale też naturalne w kontakcie z tego rodzaju opowieściami, przekonanie, że Molly zagraża nie tylko sobie, ale i również swoim ukochanym dzieciom. A właściwie to jakiego rodzaju opowieściami? O co konkretnie tutaj chodzi? Bo chyba nie jest to opowieść o zamaskowanym człowieku terroryzującym pewną rodzinę i raczej nie będzie to kolejna historia o jednostce powoli, acz nieuchronnie tracącej zmysły. Chyba. Tak jak chyba nie jest to opowieść o Jamie. Wykopaliskach archeologicznych, w których czynny udział bierze czołowa bohaterka (antybohaterka?) omawianej książki. O zastanawiających znaleziskach, wśród których znalazło się też takie, które wzbudziło gniew wielu. Takie, przez które uwaga niektórych radykalnych środowisk skupiła się na Molly i jej kolegach z pracy. Czy groźby ze strony fanatyków religijnych zostaną wprowadzone w życie? A może już zostały? Czyżby ten intruz, który wyszedł z ukrycia już w pierwszej partii „Wizyty”... Tak, to musi się jakoś łączyć. Ale jakoś inaczej. Nie tak jak można się spodziewać czytając tylko te moje słowa. Dość szybko bowiem dopełnia się najbardziej zdumiewające odkrycie w życiu Molly. A już wydawało się, że czas dziwów bezpowrotnie przeminął, że znaleźliśmy już odpowiednie oparcie w rzeczywistości. Phillips dmuchnęła i rozsypał się ten domek z kart. Cały świat zwalił nam się na głowę i teraz to już na pewno wiemy, że nic nie wiemy. Więcej nie zdradzę. Kolejne warstwy tej magicznej cebuli najlepiej odkrywać podróżując przez tę publikację. Doprawdy niezwykłą, doprawdy dręcząco, uwierająco niekonwencjonalną. Phillips wszak bezpardonowo, bezlitośnie pogrywa sobie z naszymi oczekiwaniami, wyobrażeniami uwarunkowanymi doświadczeniami z innymi gatunkowymi plonami tak na polu literackim, jak filmowym. W sumie tyczy się to więcej niż jednego-dwóch gatunków. Trochę mi wprawdzie zajęło przekonanie się do uporczywego szczędzenia słów w „Wizycie”. Obsesyjny minimalizm, tak to w myślach nazywałam. Krótko, krótko, krótko, za mało szczegółów... nie, chwileczkę, zobacz głupia, ile w tym treści. Zobacz, jaka diabelna precyzja. Jaka celowość. Każdy wyraz, każdy znak interpunkcyjny wydaje się być tak samo mocno przemyślany, tak starannie wybierany, jak składniki składające się na tę raz po raz zaskakującą opowieść. I uparcie dezorientującą (zagubienie w przynajmniej na pozór groźnym świecie, w którym usilnie szukamy jakiegoś punktu stabilniejszego podparcia), płynną, wciąż opierającą się krystalizacji, również w odniesieniu do źródła śmiertelnego niebezpieczeństwa, jeśli takowe w ogóle istnieje, dającą do myślenia, trzymającą w napięciu, ale i wzruszającą. Zakończenie nie mogło być inne. To musiało się tak skończyć. Ale jednak, czym zaskoczyłam samą siebie, miałam cichą nadzieję...

Wizyta” Helen Phillips prawdopodobnie będzie jedną z najdziwniejszych rzeczy, jakie w życiu przeczytacie. Dla niektórych może nawet być to „największy dziwoląg” z dotychczas przeczytanych powieści. Zapnijcie pasy, bo czeka Was wyprawa do świata nie-do-wiary. Do Strefy Mroku. Patrzycie na wiecznie zaganianą, wiecznie zmęczoną matkę dokazujących, ciekawskich i przeuroczych maluchów, która ma poważne powody do obaw. Obaw o bezpieczeństwo tego, co dla niej najdroższe. Patrzycie na kobietę, która co prawda ma w sobie ogromną wolę walki, ale czy jej nie straci? „Wizyta” to szczera opowieść o macierzyństwie, głęboki i poruszający thriller psychologiczny, w którym świat realny coraz bardziej zdecydowanie przenika się ze światem niby marzeń sennych. Robi się coraz bardziej surrealistycznie, aż w końcu... W końcu przeżyjecie tę oszałamiającą Wizytę. Może jeszcze nie jesteście co do tego przekonani, ale prędzej czy później pewnie po tę lekturę sięgniecie. Ciekawość Was przywiedzie. Zobaczycie.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


sobota, 20 marca 2021

Kate Simants „W zamknięciu”

 

Londyn, rok 2011. Dziewiętnastoletnia Eleanor 'Ellie' Power cierpi na dysocjacyjne zaburzenie tożsamości. Jej alter ego, agresywna Siggy, ujawnia się gdy dominująca osobowość zapada w sen, więc matka Ellie, Christine, każdej nocy zamyka ją w pokoju. Robi też wszystko, co w jej mocy, by nikt nie odkrył ich mrocznej tajemnicy. Teraz pojawia się kolejna. Wiele wskazuje bowiem na to, że to Siggy odpowiada za nagłe zniknięcie chłopaka Ellie, Matthew Corshama. Śledztwo w tej sprawie prowadzi sierżant Ben Kwon Mae z Wydziału Poszukiwań i Identyfikacji Osób, a partneruje mu posterunkowa Catherine 'Kit' Ziegler. Mężczyzna po raz pierwszy zetknął się z Powerami przed paroma laty, kiedy to pracował nad swoją najbardziej pamiętną sprawą. I bynajmniej nie pozostał w przyjacielskich stosunkach z tymi dwiema wiecznie ukrywającymi się kobietami.

W zamknięciu” (oryg. „Lock Me In”) to debiutancka powieść byłej brytyjskiej dziennikarki śledczej Channel 4 i BBC, Kate Simants, która szesnaście lat mieszkała na łodzi. Obecnie wraz z rodziną mieszka w Bristolu. Pierwotnie wydany w 2019 roku thriller psychologiczny „W zamknięciu” zrodził się między innymi z zainteresowania autorki różnego rodzaju chorobami psychicznymi i tożsamością jako taką oraz ich postrzeganiem w społeczeństwie. Simants wyznała, że zawsze chciała być częścią ruchu, który „oswajałby” społeczność z przypadłościami psychicznymi – przekonywał, że osoby nimi dotknięte są też zupełnie normalni, tak naprawdę niczym nie różnią się od nas. Mają takie same potrzeby, podobne marzenia, troski, problemy dnia codziennego, które w związku z ich chorobą nierzadko są dla nich dużo bardziej uciążliwe, dużo trudniej im je przezwyciężyć niż ludziom zdrowym. Powieść „W zamknięciu” została finalistką CWA Debut Dagger Award. W 2020 roku swoją światową premierę miała natomiast druga książka Kate Simants, „A Ruined Girl”, którą jeszcze przed wydaniem uhonorowano The Bath Novel Award.

Kate Simants swoją pierwszą powieść oparła na wielokrotnie już wykorzystywanym, tak w literaturze, jak w kinie, motywie rozszczepienia osobowości. Trudno jednak zarzucić jej bezrefleksyjne powielanie pomysłów innych – autorka „W zamknięciu” zdecydowanie miała swój własny pomysł na przedstawienie historii kogoś, kto od wielu lat zmaga się ze wspomnianą dolegliwością. Pomysł z gruntu prosty, ale dość mocno alarmistyczny. Bo trzymanie własnej córki pod kluczem mimo wszystko może rodzić poważne wątpliwości. Mimo przekonania - tak naprawdę ich obu - że to najlepszy sposób na zapewnienie ochrony nie tylko im samym, ale również innym, czy to zupełnie przypadkowym osobom, czy ludziom z ich najbliższego otoczenia. Eleanor 'Ellie' Power ma już dziewiętnaście lat, ale nadal jest całkowicie zależna od matki. Niegdyś znanej reporterki wojennej, Christine Power, która poświęciła dosłownie wszystko dla swojego jedynego dziecka. Zrezygnowała z kariery, a i można powiedzieć, że z czasem wyrzekła się swojej tożsamości. Życie tych dwóch, wyjątkowo mocno ze sobą związanych kobiet, polega na ciągłym uciekaniu. Ellie nie przypomina sobie, żeby kiedykolwiek gdzieś osiadły na dłużej. W jej życiu nigdy nie było, tak potrzebnej chyba każdemu człowiekowi, stabilizacji. Nauczyła się nie przywiązywać do miejsc zamieszkania, bo zawsze wiedziała, że to sytuacja przejściowa, że prędzej czy później, naprędce spakują swój skromny dobytek, tj. jedynie niezbędne rzeczy, i ruszą na poszukiwanie nowej chwilowej przystani. Takie życie wybrała dla nich Christine. A autorka daje nam do zrozumienia, że to najlepsza opcja, jaką miała ta dwójka, że lepsza droga nie istniała. W każdym razie nie po tragedii, do jakiej doszło w 2006 roku. Tragedii, która znacznie skomplikowała ich i tak już ciężki żywot. Szczegóły tego katastrofalnego wydarzenia poznamy w międzyczasie – ze wspomnień niektórych postaci. Zapoznamy się też z transkrypcjami nagrań z sesji terapeutycznych, potajemnych spotkań Ellie z rozchwytywanym wówczas psychoterapeutą, do jakich dochodziło w tamtym pamiętnym okresie. Pamiętnym również dla policjanta Bena Kwona Mae, obecnie (czyli w roku 2011, w którym toczy się główna akcja książki) w stopniu sierżanta, pracującego w londyńskim Wydziale Poszukiwań i Identyfikacji Osób. Teraz już w duecie z posterunkową Catherine 'Kit' Ziegler, stażystką śledczą, którą Mae ma wyszkolić. Rozdziały, w centrum których stoi sierżant Mae spisano w trzeciej osobie, ale mamy też rozdziały podane w pierwszej osobie, z perspektywy, trzeba powiedzieć, niezbyt bystrej Ellie Power. Tak, niektóre posunięcia tej dziewiętnastoletniej, mocno doświadczonej kobiety, mogą być odebrane jako „wypadki przy pracy”, potknięcia samej autorki. Tak zwane szkolne błędy początkującej, dopiero uczącej się, jak Simants sama przyznaje, niełatwej sztuki powieściopisarstwa. Jednakże nie można zapominać w jakich warunkach wzrastała ta mocno pokrzywdzona, wciąż bardzo młoda osoba. Ellie nie miała okazji działać na własną rękę. No może poza jednym razem, nigdy wcześniej nie wzięła spraw w swoje ręce, nie decydowała w pełni o sobie. Osobą decyzyjną zawsze była jej matka. Jedyna stała w życiu Ellie. Kotwica, której uporczywie się trzymała. Zniknięcie ukochanego, Matta Corshama, zachęca tę młodą kobietę do zdobycia się wreszcie na większą niezależność. Porzucenia twardej skorupy, którą stworzyła dla niej niezwykle troskliwa (chorobliwie nadopiekuńcza, czy raczej przewidująca, zapobiegliwa kochająca matka, której Ellie dla swojego dobra powinna nadal pozwalać kierować swoim życiem?). Koniec końców można więc „rozgrzeszyć” nielogiczne, nieprzemyślne, naiwne posunięcia Ellie Power. Albo inaczej: nie spoglądać niedowierzającym okiem na tę ponad wszelką wątpliwość nieobytą w świecie, dopiero wchodzącą w dorosłość, uczącą się zupełnie nowego dla niej, ale zasadniczo normalniejszego życia, pozytywną postać, w ciele której mieszka też czarny charakter. Druga tożsamość o imieniu Siggy.

Nie dopuszczaj tego […] do siebie. Musisz sobie po prostu powiedzieć, że to nie tak, że ludzie są tacy. Jeśli to do siebie dopuścisz, to już nigdy nie wyjdzie.”

Najbardziej problematyczny dla mnie był sposób podania tej, bądź co bądź, całkiem pomysłowej i, jak się okazało, dość złożonej, wielowątkowej opowieści. Tłumaczenie, jak przypuszczam, też mogło być lepsze, ale już w gestii autorki leżało rozbudowanie fragmentów opisowych. Tego najbardziej mi w debiutanckiej powieści Kate Simants brakowało. Bardziej pogłębionych opisów przede wszystkim postaci, ale i miejsca, do których ta początkująca autorka nas w omawianej powieści zabiera też przydałoby się wzbogacić o szczegóły. Zbyt ogólnie się to wszystko prezentuje. Nie tak plastycznie, jak bym sobie życzyła. Nie tak, żebym mogła całkowicie pogrążyć się w lekturze. Zatopić się w niej, a więc i z całą mocą odczuwać każdą emocję, jaką autorka „W zamknięciu” starała się rozbudzić. Przyznaję, że zdarzało mi uronić łezkę czy dwie, że autentycznie wzruszyły mnie niektóre potworności wrzucone w tę dość skomplikowaną intrygę. Ale całą resztę przyjmowałam, nie tyle beznamiętnie, ile niezbyt intensywnie. Przez jakiś czas napięcie zamiast rosnąć raczej opadało. Kate Simants zaczyna w stylu Alfreda Hitchcocka, czyli od „trzęsienia ziemi”, ale potem wytraca ten pęd. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że Simants stępiła ten pazur, który pokazała już na początku. Wyszła od obiecującego, doprawdy chwytliwego wątku, rodzącego naprawdę mroczne, całkiem niepokojące podejrzenia względem przynajmniej dwóch osób zaludniających tę powieść. Ale kiedy sprawą zajęła się policja akcja może i nabrała większego dynamizmu, ale tego rodzaju, który zamiast potęgować napięcie, przez większość czasu je osłabia. Trwałam w takim trochę zawieszeniu, choć trzeba zaznaczyć, że w tej nieszczęsnej środkowej partii zdarzały się chwile, które wybijały mnie z tego niewygodnego stanu, który co prawda marazmem jeszcze nie był, ale niebezpiecznie przechylał się w tę stronę. Po autorce z takim dziennikarskim doświadczeniem spodziewałabym się staranniejszego, wnikliwszego podejścia do warstwy kryminalnej. Policyjne śledztwo w sprawie zaginięcia Matthew Corshama, chłopaka Ellie Power, czyli płaszczyzna reprezentowana przez Bena Kwona Mae, to taka trochę przebieżka po ogólnikach. W sumie standard. Para niezbyt błyskotliwych, niezbyt domyślnych śledczych na tropie mrocznych tajemnic, których korzenie najprawdopodobniej sięgają kilku lat wstecz. Na dobrą sprawę z większym zainteresowaniem przyglądałam się ich sprawom prywatnym. Na temat Catherine 'Kit' Ziegler autorka niestety nie ujawnia tyle, co na temat sierżanta Mae. Niestety, bo ta przebojowa, wygadana, bezpośrednia kobieta, gdyby tylko poświęcić jej więcej uwagi, pewnie bez widocznego trudu zorganizowałaby dla nas dodatkowe atrakcje. Simants moim zdaniem nie wykorzystała całego potencjału drzemiącego w tej postaci, ale i tak uważam, że ta Kit błyszczy najjaśniej. Jaśniej nawet od Ellie Power, bohaterki, której szczerze współczułam, z którą właściwie od początku sympatyzowałam, którą wytrwale dopingowałam w jej małych-wielkich poszukiwaniach nie tylko chłopaka, który wniósł radość w jej bardzo smutne życie. Przy okazji i innych prawd, które równie dobrze mogą poprawić, co pogorszyć jej byt. Prawda czasami oczyszcza, ale może też niszczyć. Jak zadziała na Ellie? I co to za prawda? Powiem tylko, że składa się z kilku elementów – dość złożona sprawa, której w całości nie udało mi się przedwcześnie złożyć. Co nieco właściwie od początku było dla mnie oczywiste - już na wstępie wybrałam właściwą perspektywę i podejrzewam, że niejeden odbiorca też niezachwianie będzie patrzył na tę historię od tej strony – ale niespodziewane uderzenia, dość mocne ciosy prosto w szczękę, też zostały wyprowadzone. Całkiem przygnębiający, nawet trochę wstrząsający obrazek Simants summa summarum wykreśliła. Jeśli chodzi o wiarygodność, w paru pomniejszych punktach, to można polemizować - różne dziwy na świecie się zdarzają, więc... - ale nawet biorąc to pod uwagę, chyba każdy przyzna, że choćby tylko dla samej tej końcówki warto było zapoznać się z tą propozycją. Jestem jednak pewna, że miłośnicy powieściowych thrillerów psychologicznych bez trudu odnajdą w tej powieści więcej plusów. Mam tutaj też na myśli osoby preferujące bardziej rozbudowane opisy i wolniejszy rozwój akcji - choć, gwoli sprawiedliwości, fabuła „W zamknięciu” nie jest jakoś nadzwyczaj zawrotna, na rynku literackim można znaleźć jeszcze szybsze opowieść z tej gatunkowej półki - tyle że ich satysfakcja z tej przygody prawdopodobnie (nie czytaj: na pewno) będzie mniejsza.

Matka i córka. Jasna i ciemna strona człowieka. Tajemnice z przeszłości i potworne podejrzenia w teraźniejszości. Policyjne śledztwo w sprawie zaginięcia młodego mężczyzny. Rodzicielskie rozterki, zaniedbania, ale i gotowość do wszelkich poświęceń. Nawet wkroczenia na zbrodniczą ścieżkę? To już sami musicie sprawdzić. W tej oto debiutanckiej powieści. Dobrze przyjętej powieści brytyjskiej autorki Kate Simants. Thrillerze psychologicznym w Polsce wydanym pod tytułem „W zamknięciu”, któremu moim zdaniem do ideału jeszcze daleko, ale też nie żałuję, że zdecydowałam się na tę lekturę. I przypuszczam, że mimo wszystko, skuszę się na kolejny utwór tej pani, gdy tylko pojawi się na polskim rynku. Mimo że niniejszy w nieznośnie silnym napięciu mnie nie trzymał.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 18 marca 2021

„Head Count” (2018)

 

Student Evan odwiedza swojego starszego brata Peytona mieszkającego na pustyni. Wędrując po okolicy napotykają grupę zaprzyjaźnionych młodych ludzi, którzy zapraszają ich do swojego towarzystwa. Evan ochoczo korzysta z propozycji, ale Peyton woli trzymać się na uboczu. Kiedy dzień zaczyna dobiegać końca bracia się rozdzielają: Peyton wraca do swojej przyczepy kempingowej, a Evan postanawia spędzić najbliższą noc ze swoimi nowymi znajomymi w domku wypoczynkowym, który wynajęli na weekend. Najbardziej zależy mu na towarzystwie dziewczyny imieniem Zoe, która też nie kryje zainteresowania jego osobą. Już krótko po dotarciu na miejsce, chłopak zauważa coś, co napawa go niepokojem. Z biegiem czasu jego uwagę przykuwa więcej alarmujących sygnałów.

Pracując nad „Krampusem: Duchem Świąt” Elle Callahan od reżysera tego przedsięwzięcia, Michaela Dougherty'ego, niejako zaraziła się pasją tworzenia horrorów. Lekcje, jakie odebrała na planie tego filmu, bardzo przydały jej się na planie jej pierwszego pełnometrażowego obrazu, którego scenariusz napisała sama. Amerykański horror o zjawiskach nadprzyrodzonych zatytułowany „Head Count” łączy w sobie miłość Callahan do mitologii, folkloru i... Parku Narodowego Joshua Tree. Duży wpływ na tę historia miały jej rodzinne strony – klimat, tradycja Nowej Anglii - co nieco zaczerpnęła też z internetu, ale przede wszystkim inspirowała ją mitologia między innymi indiańska. Zrealizowany niewielkim kosztem obraz wpisujący się w tak zwaną nową falę kina grozy, swoją premierę miał we wrześniu 2018 roku na LA Film Festival, a szerszej publiczności został zaprezentowany w 2019 roku: wybrane amerykańskie kina i platformy streamingowe.

Head Count” debiutującej w długim metrażu Elle Callahan podzielił widzów na dwa dość skrajne obozy. Można co prawda też znaleźć wypośrodkowane opinie, ale łatwiej natrafić na wyrazy czystego zachwytu oraz srogiego rozczarowania. Szczerze mówiąc, zdziwiłabym się, gdyby było inaczej. Co by nie mówić nie żyjemy w epoce, w której, praktycznie we wszystkich sferach życia, szczególnie ceni się subtelności. Z drugiej strony w kinie grozy już od paru dobrych lat obserwujemy proces rozkwitania tego właśnie trendu. Obok dosadnych, dynamicznych, naszpikowanych wymyślnymi efektami specjalnymi, horrorów, pojawiają się pozycje bardziej skoncentrowane na fabule i towarzyszącej jej atmosferze, na powolnym, cierpliwym budowaniu niewygodnych (a więc jak najbardziej pożądanych od tego rodzaju kina) emocji. Elle Callahan miała coś, czego nie ma wielu, jeśli nie większość, współczesnych filmowców. Miała ciekawy pomysł na swoje reżyserskie wejście do świata horroru. Tutaj horroru nadnaturalnego. „Head Count” celuje w tajemniczości z rodzaju tych, które ja nazywam nagłym przeniesieniem do Strefy Mroku. Rzeczywiści, w której dosłownie wszystko może się wydarzyć. Obcując z takimi filmami czuję się (w każdym razie powinnam się tak czuć, bo faktem jest, że nie wszystkie podejścia do tej specyfiki uznaję za udane), jakbym wraz z ich bohaterami ni z tego, ni z owego wskoczyła do innego, mroczniejszego wymiaru. Tylko na pierwszy rzut oka, na pozór przypominającego ten, w którym wszyscy egzystujemy. Reżyserka i scenarzystka „Head Count” chciałaby, żeby jej debiutancki film był oglądany dwukrotnie. Bo dopiero przy drugim razie mamy szansę znaleźć wszystkie, używając słów samej Callahan, wielkanocne jajka, pochowane w tym osobliwym świecie przedstawionym. Pochowane na widoku... Najciemniej jest pod latarnią – to powiedzonko, uważam, najlepiej podsumowuje „Head Count”. Film porównywany do jednego z najgłośniejszych horrorów Johna Carpentera, tj. część widzów dopatrzyła się pewnych podobieństw, potencjalnych zapożyczeń od Carpentera, ale autorka tej historii wskazuje bardziej na niektóre mity, legendy. UWAGA SPOILER Jej potwór, Hisji, powstał w jej wyobraźni z połączenia Wendigo, zmiennokształtnych i magii, mistycyzmu zapamiętanego z jej rodzinnej Nowej Anglii KONIEC SPOILERA. Callahan, co może nasunąć na myśl choćby „Midsommar: W biały dzień” Ariego Astera, postanowiła nieco sobie rzecz utrudnić. Uznała, że straszenie nocą jest zbyt oczywiste. Z dzieciństwa zapamiętała, że najbardziej przerażały ją te momenty w horrorach, które kręcono w nocy, ale już od jakiegoś czasu fascynuje ją sztuka straszenia w pełnym świetle dziennym. W „Head Count” naturalne światło obejmuje ogromną przestrzeń; teren, który w oczach widza będzie uchodził za bezkresny. Gdzie spojrzeć tylko piach, kamienie, skaliste wzniesienia i gdzieniegdzie odrobina roślinności. Jesteśmy na pustyni - konkretnie w Parku Narodowym Joshua Tree - której końca nie widać. Od początku towarzyszymy studentowi imieniem Evan (przekonujący występ Isaaca Jaya, czego niestety nie mogę powiedzieć o całej obsadzie, ale moim zdaniem większość aktorów dobrze się spisała), który przybył w te strony celem spędzenia weekendu z rzadko widywanym starszym bratem Peytonem. Ale potem następuje zmiana planów – Evan wybiera towarzystwo nowo poznanych młodych ludzi, weekendowych najemców domku na pustyni, w pobliżu którego nie ma innych nieruchomości. Poza pustą szopą stojącą na tej samej posesji. W każdym razie, oprócz tych w sumie dziesięciorga młodych ludzi, nie ma tutaj nikogo. Chociaż... Niedługo po przybyciu do tego odizolowanego miejsca Evan zauważa intruza. A przynajmniej wydaje mu się, że ktoś przyczaił się w pobliżu. Ktoś nieproszony, jakiś obcy człowiek zachowujący się dość podejrzanie (stoi i patrzy). Chłopak, którego sympatii Evanowi nie udało się zyskać, chłopak, który nawet nie stara się ukryć swojej niechęci do głównego bohatera filmu, ma jednak inną teorię. Trudno powiedzieć, czy faktycznie w to wierzy, czy mówi tak tylko po to, by przygadać Evanowi, ale cichy obserwator, jakim jest widz, przypuszczalnie weźmie tę możliwość pod rozwagę. Możliwość, że na zewnątrz czai się osoba bliska Evanowi. Osoba, która miała prawo poczuć się odrzucona. Osoba, którą bez wątpienia nasz protagonista mocno zranił wybierając towarzystwo tak naprawdę zupełnie obcych ludzi...

Head Count” to film o wyborach, których po czasie często się żałuje. Wyborach pomiędzy rodziną i znajomymi. Powiedzmy stawianiu rówieśników ponad osobami, z którymi jesteśmy spokrewnieni, a którzy wyraźnie łakną naszego towarzystwa. O stawianiu nowo poznanej dziewczyny ponad dość długo niewidzianym rodzeństwem. Przekonanie, że Evan dokonał niewłaściwego wyboru pojawia się właściwie natychmiast. W każdym razie ja nie miałam najmniejszych wątpliwości, że chłopak gorzko pożałuje tego, jak by nie patrzeć, trochę ryzykownego posunięcia. Bo w końcu nie zna tych ludzi, z którymi postanawia spędzić najbliższą noc. Wprawdzie nic nie wskazuje na to, żeby knuli coś niedobrego, ale horror (i życie) uczy, że pod maskami niegroźnej, niewinnej wręcz powierzchowności czasami kryją się istne bestie. Czyżby więc pierwszoplanowa postać „Head Count” przypadkiem „wlazła w gniazdo żmij”? Czy można być pewnym, że wcześniej czy później nowo poznani ludzie przypuszczą atak na nieostrożnego studenta? Nie. Tak naprawdę to niczego nie można być pewnym. Nawet tego jeszcze mocniej uwypuklonego elementu, głośnego sygnału alarmowego uruchomionego w następnym „akcie”, już w obrębie tymczasowej przystani dziewięciorga zaprzyjaźnionych młodych ludzi, którzy „przygarniają” dopiero co poznanego Evana. Mowa o spodziewanym skręcie w stronę typowego home invasion. Bo jeśli nawet z takowym mamy do czynienia, to podejście Elle Callahan pospolitością nie grzeszy. Nie nazwałabym może tego jakąś wielką innowacją w filmowym horrorze, ale też nie powiedziałabym, że „Head Count” jest obrazem pozbawionym świeżości. Ogólna koncepcja, motyw, na którym Callahan zbudowała swoją opowieść, w ogólnym zarysie długoletnim fanom szeroko pojętego horroru przypuszczalnie jest już znany, ale gdy spojrzeć na całość? Wziąć pod uwagę wszystkie szczegóły, i te łatwo rzucające się w oczy, i te przewijające się w tle, pozostające bardziej w cieniu, na dalszym planie – taki wysiłek może zaprocentować całkiem zaskakującymi odkryciami. W takiej konfiguracji rzecz raczej niespotykana. Ale już rozbijając to na części, rozkładając na czynniki pierwsze można zauważyć, że Elle Callahan zrobiła coś na kształt nowej budowli z paru już istniejących. Chcę przez to powiedzieć, że świadomie, czy nie, powyciągała cegiełki z różnych konwencji, które następnie dopasowała do swojego pomysłu wyjściowego. UWAGA SPOILER To znaczy potwora, którego wolałabym nie zobaczyć. Filmowcy wykorzystali specjalnie skonstruowaną do tego filmu marionetkę, którą poddali obróbce komputerowej. Dodali cyfrowe, nieprzekonujące mnie efekty, ale nie o to chodzi. Rzecz w tym, że „Head Count” aż prosił mi się o niejednoznaczne, otwarte na różne interpretacje, niedopowiedziane zakończenie KONIEC SPOILERA. Tak tajemnicze, jak cała reszta tego bardzo klimatycznego i diablo wciągającego horroru o rzeczach nader osobliwych. Powiem wprost: w zestawieniu z pozostałymi jego partiami, końcówka filmu wypada wyjątkowo banalnie. Nie wiem, co Callahan podkusiło, żeby pokazać... no to, co na deser pokazała. Ale wszystko co dzieło się przedtem, cała ta oszczędna w środkach, kameralna opowieść z dreszczykiem całkowicie mną zawładnęła. Przepiękna, pomysłowa, efektywna praca kamer – te wędrówki po pustyni – i naprawdę dopasowana, współgrająca z obrazem skuteczna w swojej subtelności ścieżka dźwiękowa. Prawdę mówiąc byłam martwa dla świata. Tak się wkręciłam w ten przepyszny nastrój niezdefiniowanego zagrożenia. W tę wymykającą się racjonalnemu rozumowaniu, niejako gwałcącej twarde, ponoć niezbywalne naturalne prawa rządzące naszym światem, wycieczkę w głąb posępnej pustyni. W tę emocjonującą opowieść o doprawdy niecodziennych przeżyciach młodych ludzi na malowniczym, ale i odczuwalnie „gnijącym” pustkowiu. Pustkowiu, które za dnia wcale nie wydaje się mniej groźne niż w nocy. Callahan, przynajmniej u mnie, udało się wykrzesać intensywne, bardzo silne przeczucie, a właściwie to absolutne przekonanie, że coś złego tu się skrada, także w pełnym świetle dziennym. Niby jest słonecznie, ale tak jakoś ponuro, co nie mam wątpliwości, było efektem zamierzonym, wykalkulowanymi i starannie wyeksponowanym przez prawdziwych profesjonalistów. Ludzi czujących ten gatunek właściwie każdą komórką swojego ciała. A przynajmniej dobrze czujący się w takich nie-do-wiary klimatach. Jak ja to sobie nazywam, w Strefie Mroku. W krainie, w której nie ma rzeczy niemożliwych. W krainie, gdzie żaden zbłąkany wędrowiec nigdy nie poczuje się bezpiecznie. W krainie, w której nie powinno się nawet na sekundę tracić czujności. W krainie, w której przetrwają nie tyle najsilniejsi, ile ci, którzy najszybciej zdołają otworzyć swoje umysły, poszerzyć swoje horyzonty myślowe o... nieskończoność.

Wiem, że pełnometrażowy debiut Elle Callahan, tak w roli reżyserki, jak scenarzystki, nie ma najmniejszych szans mocno zaistnieć w przestrzeni publicznej. Prawie na pewno nie będzie podziwiany przez wielu. Nawet w kręgu długoletnich fanów horrorów nadprzyrodzonych, klimatycznych, tajemniczych opowieści, w których zachodzą zjawiska ze wszech miar dziwne, niecodzienne, dezorientujące, wręcz nieprawdopodobne, „Head Count” najpewniej nie będzie cieszył się powszechną sympatią. Bo mało akcji, mało efektów specjalnych, mało skocznych momentów? Wszystko to prawda, ale pewnie znajdzie się całe mnóstwo innych powodów do skreślenia tego filmu. Rozumiem to, choć sama bawiłam się wprost wyśmienicie. Tylko ta końcówka... A niech tam: i tak bardzo smakowity był to dla mnie kąsek.

wtorek, 16 marca 2021

Dolores Redondo „Świadectwo kości”

 

Mężczyzna oskarżony o gwałt i zabójstwo swojej pasierbicy popełnia samobójstwo w celi jeszcze przed zapadnięciem wyroku. Zostawia wiadomość zaadresowaną do szefowej wydziału zabójstw Policji Statutowej Nawarry, inspektor Amai Salazar. Jedno słowo: Tarttalo. Krótko potem Amaia odkrywa, że to nie jedyna sprawa, w której pojawił się ten, najprawdopodobniej nawiązujący do mitologii baskijskiej, wyraz. Byli inni mężczyźni, którzy niedługo po dokonaniu brutalnego morderstwa popełnili samobójstwo. Co więcej ich ofiarom brakowało jednej ręki, a inspektor Salazar ma powody przypuszczać, że za ten jeden szczegół nie odpowiadali sprawcy tych zabójstw. Tymczasem w dolinie Baztán dochodzi do profanacji kościoła, którą zespół Amai chcąc nie chcąc musi się zająć.

Druga odsłona głośnego powieściowego cyklu stworzonego przez hiszpańską autorkę Dolores Redondo, „Świadectwo kości” (oryg. „Legado en los huesos”), swoją światową premierę miała w roku 2013, mniej więcej rok po „Niewidzialnym strażniku”, otwarciu tak zwanej Trylogii Baztán (Redondo dopisała też jej prequel, powieść „Kształt serca” pierwotnie wydaną w 2019 roku). Podczas gdy „Niewidzialny strażnik” rozsławił nazwisko jego autorki na arenie międzynarodowej, to „Świadectwo kości” jeszcze tę, moim zdaniem zasłużoną, sławę wzmocniło. Filmowa wersja środkowej części Trylogii Baztán wyszła w 2019 roku, a wyreżyserował ją Fernando González Molina, który przełożył również na ekran „Niewidzialnego strażnika” i „Ofiarę dla burzy”, trzecią cegiełkę tego wyśmienicie sprzedającego się nie tylko kryminalnego cyklu.

Niewidzialny strażnik” Dolores Redondo to bardzo dobra rzecz, ale to... Wygląda na to, że poprzednio ta hiszpańska mistrzyni pióra tylko się rozgrzewała, że tamta, bądź co bądź, elektryzująca opowieść, była jedynie wprawką, podczas której udało jej się pokazać jedynie ułamek swoich pisarskich umiejętności. Choć niektórym odbiorcom pierwszej części mrocznych przygód inspektor Amai Salazar może się to wydawać niemożliwe, Redondo dopiero w „Świadectwie kości” rozwinęła swoje przepiękne skrzydła. Rok po zakończeniu sprawy seryjnego mordercy nazywanego basajaunem, inspektor Amaia Salazar, która teraz jest szefową wydziału zabójstw Policji Statutowej Nawarry, zderza się ze zdecydowanie bardziej frapującą zagadką. Wszystko zaczyna się od sprawy, którą zajmowała się wcześniej - przedstawioną w „Niewidzialnym strażniku” - ale jak się okazuje to tylko jedna z jej dość licznych gałęzi. Główna bohaterka Trylogii Baztán szybko bowiem odkrywa, że rzecz dotyczy paru zamkniętych już spraw brutalnych mordów dokonanych na kobietach. Mordów dokonanych przez różnych, możliwe że nawet nieznających się, mężczyzn. Właściwie prawie na pewno się nieznających. Niedziałających w porozumieniu, niebędących w zmowie, ale jednak pośrednio powiązanych. Ich zbrodnie łączą słowo Tarttalo, samobójstwa sprawców i brakujące kończyny. Wszystkie te zamordowane przez różne osoby kobiety zostały pozbawione jednej ręki, a ich oprawcy wkrótce po zatrzymaniu z powodzeniem targnęli się na własne życie. Jeden z nich zostawił wiadomość zaadresowaną do inspektor Amai Salazar, to samo słowo („Tarttalo”), które, jak się okazuje, znaleziono na kilku innych scenach zbrodni. Już wokół tego jednego pomysłu można by zbudować całkiem zawiłą, pobudzającą do myślenia kryminalną intrygę, ale autorka „Świadectwa kości” na tym nie poprzestaje. Rozpościera oto przed nami kolejny wątek, którego śledczy, przynajmniej na początku, w żaden sposób nie łączą z sprawą Tarttalo. Miłośnicy kryminalnych opowieści zapewne wyjdą ze zgoła innego założenia, choć na pierwszy rzut oka nic nie wskazuje na to, że profanacje kościoła we wsi Arizkun w dolinie Baztán mają cokolwiek wspólnego z nieporównanie bardziej zagadkową sprawą, w którą niejako została wmieszana czołowa postać „Świadectwa kości”. Komuś niewątpliwie zależało na tym, by nowym okiem spojrzała na niektóre zamknięte już i pozornie niezwiązane ze sobą sprawy zabójstw. Natomiast archidiecezji, a więc i jej przełożonym, zależy na tym, by „gwiazda hiszpańskiej policji” skupiła się na, formalnie rzecz biorąc, błahszej sprawie zniszczenia/sprofanowania kościelnego mienia. Amaia uważa, że mają do czynienia ze zwykłym aktem wandalizmu, prawdopodobnie dokonanym przez jakichś małolatów. Szczeniackim wybrykiem, którym powinien zająć się inny wydział policji. Z drugiej strony nie wyklucza, że te ataki na uświęcony budynek to przemyślane akcje mające na celu zwrócić uwagę opinii publicznej na dawne grzechy duchownych z Kraju Basków. To może być akt zemsty za całe wieki prześladowań, piętnowania, terroryzowania wręcz pewnej mniejszości. Innymi słowy Dolores Redondo, podobnie jak w „Niewidzialnym strażniku” odnosi się do historii chrześcijaństwa. Do jej czarnych kart. W poprzednim tomie wspominała polowania na tak zwane czarownice, jakie przed wiekami miały miejsce w Kraju Basków, oczywiście z inicjatywy Kościoła. W „Świadectwie kości” tymczasem kieruje naszą uwagę na inną mniejszość, społeczeństwo agotów. Tych gorszych, roznoszących zarazę (z czymś się kojarzy?), na każdym kroku poniżanych przez „bogobojnych” krajan. Duchowni brali czynny udział w tym haniebnym procederze właściwie dehumanizacji ludzi. Wybranych ludzi. Wskazanych jako tych gorszych, niezasługujących na takie prawa, jakimi cieszyła się cała reszta hiszpańskiego społeczeństwa. „Niewidzialny strażnik” i „Świadectwo kości” na dobra sprawę są też swoistą przebieżką przez wieki prześladowań kościelnych. Inicjowanej bądź „tylko” popieranej przez tę potężną, wręcz wszechmocną instytucję, działalności wymierzonej przeciwko różnych grupom społecznym.

Cisza w Elizondo obiecywała spokój, który nie istniał, który był jedynie czymś powierzchownym, cieniutką powłoką, pod którą wrzał strumień lawy, jakby istniała druga, podziemna rzeka Baztán, przekazująca mieszkańcom tych okolic telluryczną energię wyzwalającą się z otchłani, z samej głębi piekieł.”

Obawiałam się, że Dolores Redondo w „Świadectwie kości” zrezygnuje z elementów fantasy/dark fantasy, ucieknie od całej tej mistycznej otoczki, jaką wypracowała wcześniej, zracjonalizuje wszystkie co bardziej zagadkowe, w „Niewidzialnym strażniku” mogące uchodzić za nadnaturalne, przeżycia inspektor Amai Salazar. Wygląda jednak na to, że autorka miała świadomość, że tym samym pozbawiłaby swoje najgłośniejsze kilkutomowe przedsięwzięcie największego atutu. Składowej, dzięki której te kryminalne opowieści w oczach wielu uchodzą za coś absolutnie świeżego. Tak innego, tak osobliwego, bo w końcu łączenie kryminału z fantasy nie jest praktyką powszechną. Ze świecą można szukać takich twórczych eksperymentów, jak ten tutaj. A jeśli dodać do tego solidną, skrupulatnie wykreśloną płaszczyzną psychologiczną, ewidentne ukłony w stronę thrillera psychologicznego, to już w ogóle człowiek zaczyna się zastanawiać, czy aby można to jeszcze nazywać kryminałem. Tak czy inaczej „Świadectwo kości” wzorem „Niewidzialnego strażnika” wymaka się twardemu gatunkowemu porządkowi. Minęłabym się z prawdą stwierdzając, że to tylko powieści kryminalne, choć nimi są. Krzywdzące byłoby również stwierdzenie, że to tylko thrillery psychologiczne, choć też nimi są. I wreszcie analogiczna sytuacja w moim poczuciu zaistniałaby, gdyby zamknąć to w szufladce z napisem „fantasy”. W środkowym tomie Trylogii Baztán Redondo dorzuca do puli kolejne przesłanki wskazujące na wyjątkowy charakter jej bohaterki. Niezwykłą naturę tej konkretnej pani detektyw. Albo inaczej: niezwykłej natury zainteresowanie, jakie przyciąga. Inspektor Amaia Salazar wykorzystuje nader niekonwencjonalne metody śledcze – wszystko wskazuje na to, że jest wspierana przez postacie z innego, mitologicznego, świata, które dają jej niezbyt zawoalowane wskazówki nie tylko odnoszące się do jej sfery zawodowej, ale także prywatnej. Wszystko wskazuje też na to, że w Amai od urodzenia tkwi jakaś nietypowa moc, że jest obdarzona czymś w rodzaju szóstego zmysłu, który naturalnie bardzo przydaje jej się w pracy. Na bohaterce ciąży też jednak pewne przekleństwo. Redondo daje nam do zrozumienia, że inspektor Salazar przyciąga też moce nieczyste. Działa niczym magnes także na siły, czy istoty, które z sobie tylko znanego powodu starają się wepchnąć ją w czarną otchłań nieistnienia. Jedną z takich istot jest osoba, z którą Amaię łączą więzy krwi. Osoba, która równie dobrze może być tylko narzędziem w rękach potężniejszych od niej stworzeń, które na dodatek nie przynależą do tego świata, jak i uosobieniem, czymś w rodzaju ich personifikacji, albo najzwyczajniej mimowolnym ludzkim nośnikiem dla siły nieczystej, jakiejś demonicznej postaci, która najpewniej realizuje niecny plan wymierzony w Amaię. Plan, którego szczegółów jeszcze nie znamy. W „Świadectwie kości” Redondo odkryje kolejne obszary mrocznej przeszłości rodziny Salazar. Przeszłości najbardziej bolesnej dla najmłodszej członkini tej cieszącej się powszechnym szacunkiem w miasteczku Elizondo w dolinie Baztán, familii. Fragmentów retrospektywnych jest mniej niż w „Niewidzialnym strażniku”, ale możecie być pewni, że autorka przygotowała dla nas nowe rewelacje na temat Salazarów. Redondo dokłada cierpień głównej bohaterce, która, jak wiemy z poprzedniego tomu, już w dzieciństwie doznała więcej krzywd, niż niejeden zazna przez całe życie. Właściwie to spokojnie można by nim obdzielić miliony istnień. Ale nie, sadystyczny los widać uznał, że „zabawniej” będzie zrzucić cały ten niewyobrażalny ciężar na wątłe braki jednej małej istotki. Istoty, która wyrosła na silną, inteligentną, błyskotliwą policjantkę z wydziału zabójstw, kochającą żonę oraz oddaną, troskliwą matkę. Ale też taką, która pomimo usilnych starań nie może zwalczyć demonów przeszłości. W „Świadectwie kości” wreszcie spojrzy „temu straszydłu” prosto w oczy. Zostanie do tego zmuszona przez kogoś lub przez coś żywotnie zainteresowanego jej osobą. Czołowa postać Trylogii Baztán, ta naprawdę pieczołowicie scharakteryzowana, charyzmatyczna, niezwykle barwna i przede wszystkim ożywiająca najróżniejsze emocje (od współczucia, przez podziw, po niepokój lub lekkie potępienie), protagonistka, na fali stricte zawodowej dotrze do zupełnie nowych dla niej, nieznanych dotychczas, ale i tych na jej nieszczęście znajomych, tak niesamowicie bolesnych, obszarów osobistych. Rodzinne sekrety, odrażające trupy przez dziesiątki lat pochowane w szafach, a teraz nieśpiesznie, acz konsekwentnie wyciągane na światło dzienne. Troski początkującej matki i żony wodzonej na pokuszenie. Mitologiczne odniesienia, tajemnicza aura – atmosfera magii, ale i nieustannie zagęszczającego się niedookreślonego zagrożenia – i wreszcie wielowątkowe, skomplikowane i co ważniejsze przemyślane w najdrobniejszych szczegółach, policyjne śledztwo, w którym nie brakuje niespodziewanych zwrotów akcji, zatrważających niespodzianek i zręcznej żonglerki emocjami, z idealnie dawkowanym napięciem na czele. Pomysłowa i doskonale, genialnie wręcz opowiedziana rzecz. Powieść kompletna, która jak już wspomniałam porusza się po przynajmniej trzech gatunkowych poletkach. Porusza się z imponującą gracją, z naturalnością, która wręcz nie przystoi historii, w której połączyły się tak różne światy: rasowy kryminał, ale i thriller psychologiczny oraz fantasy/dark fantasy. Naprawdę nie mogę nadziwić się, jak ślicznie się to dopasowuje, jaka przepyszna koegzystencja, zaskakująco ścisła symbioza się, w wyniku godnej pozazdroszczenia pracy Redondo, zrodziła. Niczego bym nie ujmowała, niczego nie dodawała. No chyba że więcej tomów o dolinie Baztán.

Podobał Ci się „Niewidzialny strażnik” Dolores Redondo? A może jesteś zdania, że to najlepsza powieść, z jaką w ostatnich latach dane Ci było się zapoznać? Jeśli tak myślisz, to przypuszczalnie zmienisz zdanie nawet nie tyle po, ile już w trakcie lektury „Świadectwa kości”. Drugiego tomu cyklu z między innymi inspektor Amaią Salazar. Kryminalnej serii thrillerów psychologicznych fantasy/dark fantasy. Przydługa i w sumie dziwaczna nazwa, ale i nie o wprowadzanie nowego nazewnictwa chodzi (to pozostawiam tęższym umysłom), tylko o wskazanie gatunkowych obszarów, na jakie Dolores Redondo w tym kilkutomowym przedsięwzięciu się zapuszcza. Druga wyprawa do doliny Baztán pod przewodnictwem tej hiszpańskiej powieściopisarki wywarła na mnie jeszcze potężniejszy efekt niż pierwsza. Uważam, powieść doskonała pod każdym względem. Aż strach pomyśleć, co będzie dalej. Da się lepiej? Nie, nie ma takiej możliwości. Wy-klu-czo-ne!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


niedziela, 14 marca 2021

„Blob - zabójca z kosmosu” (1958)

 

Pewnego wieczora w małym miasteczku w stanie Pensylwania rozbija się kosmiczny obiekt. Starszy mężczyzna mieszkający w pobliżu postanawia rzecz sprawdzić. W efekcie jego rękę pokrywa kleista maź, której nijak nie potrafi się pozbyć. Gdy w panice wybiega na drogę, zwraca na siebie uwagę siedemnastoletniej pary, Steve'a Andrewsa i Jane Martin. Młodzi zabierają go do miejscowego lekarza i zauważają, że substancja pokrywająca dłoń pacjenta nieco zwiększyła swoją objętość. Szybko okazuje się, że galaretowata istota rośnie w błyskawicznym tempie, dosłownie pochłaniając każdego napotkanego mieszkańca Ziemi. Steve i Jane próbują przekonać tutejszych policjantów do wszczęcia odpowiednich kroków, ale dorośli mają mocno sceptyczny stosunek do ich opowieści o potworze pożerającym ludzi. Młodzi nie zamierzają jednak biernie czekać na rozwój wypadków. Zamierzają jakoś zapobiec masowym zgonom w ich rodzinnym miasteczku.

Blob - zabójca z kosmosu” (oryg. „The Blob”), kultowy amerykański horror science fiction ze stajni Paramount Pictures i w reżyserii Irvina S. Yeawortha Jr.. Wyprodukowany przez debiutującego w tej roli Jacka H. Harrisa, który później został też producentem remake'u „Bloba”: filmu z 1988 roku pod tym samym oryginalnym tytułem (pol. „Plazma” aka „Blob zabójca”) wyreżyserowanym przez Chucka Russella, który, wespół z Frankiem Darabontem, stworzył również jego scenariusz. Scenariusz oryginału napisali natomiast Theodore Simonson i Kay Linaker, opierając się na pomyśle Irvine'a H. Millgate'a. Historię jakoby zainspirowała galaretowata substancja, która pojawia się czasami na trawach i gałęziach drzew. Nazywana galaretką gwiaździstą, astromyksyną i galaretką astralną, która wedle legendy pochodzi z kosmosu – z meteorów spadłych na Ziemię. W 1953 roku na łamach „Weird Tales” opublikowano opowiadanie „Slime” autorstwa Josepha Payne'a Brennan, pojawia się substancja podobna do „ożywionego” parę lat później Bloba, o czym wspominam tylko dlatego, że autor tamtego tekstu pozwał Paramount Pictures przez owo łudzące podobieństwo. Niektórzy są jednak zdania, że jeszcze wcześniej był H.P. Lovecraft – w jego opowiadaniu „Kolor z przestworzy” (to był rok 1927) znajdujemy meteoryt o niezwykłych właściwościach, ale już próżno szukać takiej istoty jak nieśmiertelny Blob. Jedne źródła podają, że budżet omawianego obrazu wyniósł sto dziesięć tysięcy dolarów, inne mówią o dwustu czterdziestu tysiącach. Tak czy inaczej film odniósł kasowy sukces – wpływy z biletów kinowych oszacowano na cztery miliony dolarów, co w tamtych czasach było przyzwoitym wynikiem.

Po latach „The Blob” trafił na listę czterystu najbardziej ekscytujących amerykańskich filmów w historii, sporządzoną przez Amerykański Instytut Filmowy – właściwie była to nominacja, bo ostatecznie w zestawieniu z 2001 roku znalazło się tylko sto tytułów. Miejsce pierwsze zajęła „Psychoza” Alfreda Hitchcocka. Jeden z mistrzów literatury grozy, Stephen King, zamieścić zaś umiarkowanie pozytywną recenzję „Bloba - zabójcy z kosmosu” w swojej książce „Danse Macabre”, a w jego opowiadaniu „Tratwa”, które można znaleźć w zbiorze „Szkieletowa załoga” (jej filmową wersję znajdziemy natomiast w „Creepshow 2”) łatwo dopatrzeć się inspiracji tym dziełem Irvina S. Yeawortha Jr. „Blob - zabójca z kosmosu” powstał na fali popularności, głównie w kręgach młodzieżowych, filmów grozy zrealizowanych niewielkim kosztem, których czołowymi bohaterami zwykle byli nastoletni ludzie. Centralną postacią tego małego-wielkiego filmu jest siedemnastoletni Steve Andrews, w którego wcielił się dwudziestoośmioletni wówczas, nieżyjący już, Steve McQueen, który nawiasem mówiąc nie był miłośnikiem tej produkcji. Przez długi czas nie chciał nawet o niej wspominać. Niemniej to właśnie jego występ, według wielu, „ratował honor obsady”. W oczach ówczesnych amerykańskich krytyków, z których większość nie podzielała sympatii, jaką tak zwani zwykli zjadacze chleba (w tym przypadku mowa głównie o nastolatkach, bo to oni przede wszystkim oblegali kina, w których wyświetlano ten obraz, wtedy w parze – seanse podwójne - z „Wyszłam za kosmicznego potwora” Gene'a Fowlera Jr.) darzyli to, jak się okazało, ponadczasowe widowisko. Owszem, „Blob - zabójca z kosmosu” nadal zbiera nieprzychylne recenzje i od tzw. znawców kinematografii, i od tzw. zwykłych widzów, ale nie zmienia to faktu, że obraz o morderczej galarecie dodał swoją cenną cegiełkę do rozwoju całego gatunku. Można go chyba nazwać jednym z kamieni milowych horroru fantastycznonaukowego. Przynajmniej jednym z pomniejszych, takim co najwyżej średnich rozmiarów. W mojej całkowicie subiektywnej ocenie „Blob - zabójca z kosmosu” obronną ręką wyszedł z próby czasu. Powiem nawet więcej: według mnie omawiany obraz wyprzedził swoją epokę. Co prawda po namyśle filmowcy zdecydowali się wyciąć najśmielszą sekwencję pokazującą, jak tytułowy potwór pożera człowieka, ale weźmy choćby taki widok kończyny pierwszej ziemskiej ofiary Bloba – obrazek ameboidalnego organizmu przyklejonego do ciała ludzkiego. Zupełnie jakbym oglądała body horror z lat 70-tych albo 80-tych XX wieku. Czego jak czego, ale takiego widoku nie spodziewałam się po filmie powstałym przed ekspansją kina gore. Swoją drogą ciekawe, że ten, uważam najdosadniejszy kadr, nie jest tak rozpowszechniony, jak inne efekty wykorzystane w filmie. Czerwona galareta (silikon zmieszany z barwnikiem roślinnym: masa ta podobno nigdy nie stwardniała i była przechowywana w wiadrze; w 1965 roku została sprzedana kolekcjonerowi rekwizytów filmowych Wesowi Shankowi) pełzająca samopas najpewniej w poszukiwaniu pożywienia, czy już trącąca myszką makieta wykorzystana w finalnej partii filmu - produkt ten nieporównanie częściej promuje się takimi obrazkami. Nie powiem, że kleista masa robiąca za obcą formę życia nie przykuwała mojej uwagi (w sumie znakomita robota!), ale będę się upierać, że szczytowym osiągnięciem twórców efektów specjalnych jest tutaj portret małego Blobka opasującego ludzką kończynę. Zjawisko zaobserwowane w gabinecie lekarskim. Czyli trochę później, bo gdy pierwsza ofiara kosmicznej istoty przypadkiem spotyka się z głównym bohaterem filmu, nastoletnim Steve'em Andrewsem i jego dziewczyną Jane Martin (taka sobie kreacja Anety Corsaut) jego dłoń dostrzegalnie opasa twardsza masa, która dopiero u miejscowego lekarza przybierze płynniejszą formę. Tym samym bardziej upodabniając się (a raczej niejako zwiastując ich nastanie) do cielistych, rozlazłych, ohydnych cielsk, które zaczną wyrastać niczym grzyby po deszczu dopiero w siódmej i ósmej dekadzie tego samego stulecia.

Akcja „Bloba - zabójcy z kosmosu” rozgrywa się podczas jednej nocy. W niewielkiej amerykańskiej miejscowości. W uroczym, spokojnym miasteczku w Pensylwanii, gdzie właśnie wylądował meteoryt, jak szybko się okazuje wypełniony jakąś kleistą substancją. Mazią, która się przylepia. Zupełnie jak pasożyt wszczepia się w inny żywy organizm, ale wraz z postępem akcji coraz mniej będzie przypominać (nie)zwykłego pasożyta. Z czasem to kosmiczne coś przekształci się w samowystarczalny, odrębny organizm. Galaretkę truskawkową, czy jak kto woli mocno zagęszczony kisiel, który nie wozi się na człowieku ani zwierzęciu tylko w mgnieniu oka nieboraków pożera. Niektórzy uważają, że „Blob - zabójca z kosmosu” jest dziełem niezamierzenie zabawnym, ale ja bardziej skłaniam się ku temu, że dowcip był jak najbardziej przemyślanym zabiegiem. Weźmy na przykład akcję z dziadkiem, którego z łóżka zrywa kakofonia bijących na alarm dźwięków. Toż to ewidentnie z lekka prześmiewcze ujęcie nastrojów panujących w powojennym amerykańskim (i nie tylko) społeczeństwie. Nieustającej czujności, ciągłej gotowości na nalot wrogiej armii. Jak się domyślam nie o takie incydenty głównie się niektórym nieprzychylnym odbiorcom „Bloba” rozchodzi, ale o wygląd samego tego antybohatera. Potwora, który w gruncie rzeczy jest jedną wielką galaretopodobną kupą. Bez twarzy, bez kończyn – ot góra mazi, która nieśpiesznie, wręcz ślamazarnie toczy się, tak naprawdę to pełza, po małym amerykańskim miasteczku w poszukiwaniu pożywienia. Im więcej je, tym bardziej rośnie, a biorąc pod uwagę fakt, że historia zamyka się w ciągu jednej nocy, to przyznacie chyba, że proces ten (tj. wzrost kosmicznej ameby) przebiega nadzwyczaj błyskawicznie. Tylko czekać, aż osiągnie rozmiary tej miejscowości, a jeśli się jej nie zatrzyma, to swoim cielskiem przykraje cały kraj. A na końcu planetę. Takie przekonanie bez wątpienia starali się wytworzyć w oglądających twórcy tego zwariowanego obrazu. Stąd przede wszystkim bierze się groza tej niecodziennej sytuacji, z jaką pewnej nocy zderzają się mieszkańcy niewielkiej mieściny gdzieś w Stanach Zjednoczonych. Temu właśnie starają się zapobiec młodzi ludzie, którzy jako pierwsi zwietrzyli zagrożenie. Do takiego scenariusza Steve Andrews i jego przyjaciele starają się nie dopuścić. Nawet choćby musieli przy tym zginąć. W każdym razie Steve i jego dziewczyna, Jane, ponad wszelką wątpliwości liczą się z tą ewentualnością. Są w pełni świadomi ryzyka, ale to nie osłabia ich woli walki. Bo to bardzo dzielne nastolatki są. Prawdziwi amerykańscy bohaterowie. Tacy, na których zawsze można liczyć, gdy trzeba zawalczyć o naszą kochaną planetę. Znamy ten nieskromny model przeciętnego Amerykanina, który w sumie wciąż bywa forsowany w kinie (wiadomo, głównie amerykańskim), ale widać już dość duży postęp w nabywaniu samokrytycyzmu. Ujmę to tak: moim zdaniem amerykańskie kino, generalnie rzecz biorąc, nie nosi już tak wyraźnych znamion samouwielbienia, jak niegdyś. Tak naprawdę to jeszcze w latach 90-tych XX wieku nader chętnie raczono nas opowieściami o nieulęgłych Amerykanach ratujących nas wszystkich. Muszę przyznać, że ma to swój urok. To znaczy zawsze mnie rozczula i bawi takie ujęcie filmowych postaci. W „Blobie - zabójcy z kosmosu” Irvina S. Yeawortha Jr. szczerze mówiąc ładnie mi się ono zsynchronizowało z całością. Jakoś pasowało mi do słodko-gorzkiej, raz śmiertelnie poważnej, innymi razy wesolutkiej i/lub romantycznej tonacji, w jakiej utrzymano ten wybornie rozrywkowy obraz. Zręcznie poukładany, tj. dobrze rozplanowany, opowiedziany w sposób, który praktycznie nie pozwalał mi na choćby moment nieuwagi. Z prawdziwymi wypiekami na twarzy śledziłam tę bezpretensjonalną, nieprzekombinowaną, nic-na-siłę opowieść o porządnych nastolatkach (takich, co to rzadko kłamią i równie rzadko broją, a jak im się zdarzy, to szczerze żałują, głośno przyznają, że przesadzili), mężnie stawiających czoło wyjątkowo groźnej obcej formie życia. UWAGA SPOILER Swoją drogą ciekawy zwrot zastosowano w przypadku „bandy trojga” - wydawało się, że chuligani, klasyczni bad boye, a tu taka niespodzianka. I skoro już w spoilerze jesteśmy: gdzie się podział piesek? Odnalazł drogę do Jane? KONIEC SPOILERA. Odprężający, ale i stosownie ponury klimat, który jak to zazwyczaj w XX-wiecznym kinie bywało, praktycznie na równych prawach budują i zdjęcia Thomasa E. Spaldinga, i zróżnicowana ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Ralpha Carmichaela, czarował mnie z siłą porównywalną do tej, jaką niosła fabuła. Cały ten nadzwyczaj angażujący, genialny w swojej prostocie tekst. Aha, gdyby ktoś się zastanawiał, skąd ten dym, w jednym ujęciu, za placami Steve'a McQueena (ja się zastanawiałam), to dokopałam się do informacji, że aktor na planie „Bloba” jarał jak smok. Gdy nagrywano tę scenkę trzymał odpalonego papierosa za plecami. Chował, bo jego bohater, oczywiście, po żadne używki nie sięgał. Ani on, ani nikt z jego towarzystwa. Bo kiedyś to młodzież grzeczna była, nie to co teraz... yhm.

Piękny film, po który sięgnęłam stanowczo zbyt późno. Aż mi wstyd, że tak długo to spotkanie odwlekałam. Uznałam, że remake Chucka Russella na razie mi wystarczy, z tego prostego powodu, że co do zasady, jeśli chodzi o filmowy horror, zdecydowanie bardziej cenię sobie klimaty z ósmej dekady XX wieku (moja ulubiona). Założyłam więc, że „Blob - zabójca z kosmosu” Irvina S. Yeawortha Jr. w moich oczach zapewne nie wypadnie tak dobrze, jak wspaniała „Plazma” Chucka Russella. A tu proszę, poziom dość wyrównany. No dobrze, gdybym koniecznie musiała wybrać, to jednak przygarnęłabym nowszą wersję (są też plany nakręcenia współczesnej, XXI-wiecznej, wersji „Bloba”), ale tym pierwszym filmem o galaretowatym potworze pożerającym wszystko, co się rusza, o istocie znanej jako Blob, też jestem w niemałym stopniu zachwycona. No urzekła mnie ta historia.

piątek, 12 marca 2021

Zakupy

 
Książkowe łupy. Czyli garść zakupionych w ostatnim czasie tytułów, które niekoniecznie zostaną zrecenzowane. Ale na pewno będą czytane. Kiedyś tam:) W każdym razie może cosik z tej listy komuś w oko w wpadnie.

Stephen King „Później”
Joe Hill „Pudełko w kształcie serca”
Agustina Bazterrica „Wyborny trup”
Dolores Redondo „Kształt serca”
Dean Koontz „Oczy ciemności”
Jenny Blackhurst „Tak cię straciłam”
 

B.A. Paris „Za zamkniętymi drzwiami”
B.A. Paris „Pozwól mi wrócić”
Andrew Mayne „Naturalista”
Daniela Petrova „Matka jej córki”
Anna Ekberg „Tajemnicza kobieta”
Mariette Lindstein „Biała krypta”
 

Guillaume Musso „Zjazd absolwentów”
Guillaume Musso „Potem...”
Corrie Jackson „Fashion Victim”
Jesper Stein „Niepokój”
Sanjida Kay „Skradzione dziecko”
Louise Penny „Najokrutniejszy miesiąc”