Stronki na blogu

środa, 7 kwietnia 2021

Izabela Janiszewska „Amok”

 

Recenzja przedpremierowa

Komisarz Bruno Wilczyński zajmuje się sprawą zaginięcia swojej koleżanki z pracy, która spotykała się z jego zaprzysięgłym wrogiem, niebezpiecznym człowiekiem prowadzącym z policjantem skomplikowaną grę. Tymczasem przyjaciółka Brunona, dziennikarka Larysa 'Lara' Luboń, angażuje się w sprawę tajemniczej śmierci bezdomnej zwanej Lady Di. Trop prowadzi ją do bogatego rodu, z którym Larysa już wcześniej miała do czynienia. Teraz ma okazję lepiej przyjrzeć się tym ludziom, co, jak dobrze wie, wiąże się z ogromnym ryzykiem. Podczas gdy ona stara się zgłębić mroczne tajemnice powszechnie znanego klanu, Bruno staje się jednym z głównych podejrzanych w sprawie zaginięcia policjantki. Nie zamierza jednak poddać się bez walki. Nawet jeśli miałoby to oznaczać dotarcie do punktu, z którego nie będzie powrotu.

Zaskakujący finał głośnej kryminalnej trylogii Izabeli Janiszewskiej! Dziennikarki prasowej i telewizyjnej, która na rynku literackim zadebiutowała w 2020 roku powieścią „Wrzask”, pierwszą częścią trylogii z Brunonem Wilczyńskim i Larysą Luboń. Histeria", ciąg dalszych burzliwych dziejów tych barwnych postaci, ukazała się w tym samym, 2020 roku, a ostatni etap ich mrocznej podróży, powieść „Amok”, przygotowano na drugi kwartał roku 2021. Szybko poszło. Poza tym trzytomowym przedsięwzięciem publikowanym pod szyldem Czwartej Strony, Izabela Janiszewska zasiliła swoim tekstem antologię opowiadań kryminalnych zatytułowaną „Awers”, również wydaną przez Czwartą Stronę. Tyle jak dotąd, ale wziąwszy pod uwagę pisarskie zdolności Janiszewskiej, rozgłos, jaki zyskała i po prostu przyjemność, jaką daje jej to zajęcie, można bezpiecznie założyć, że już niebawem (wnosząc po jej dotychczasowym tempie pracy) przedstawi nam swój kolejny literacki projekt.

Dwie sprawy, dwie tajemnice, które stopniowo się rozrastają i dwie silne osobowości balansujące na granicy życia i śmierci. Losy komisarza Brunona Wilczyńskiego i dziennikarki Larysy 'Lary' Luboń rozstrzygną sprawy, które w pewnym sensie już od jakiegoś czasu się za nimi ciągną. Sprawy, w które jak wiele na to wskazuje, zamieszani są ludzie, z którymi w niedalekiej przeszłości mieli już do czynienia. Ludzie, których mają prawo się obawiać, ale zamierzają doprowadzić rzecz do końca. Za wszelką cenę. Izabela Janiszewska, swoim zwyczajem, zaczyna od otwarcia dwóch, na pierwszy rzut oka banalnych, w kontekście współczesnego literackiego kryminału, spraw. Zagadek, które raczej nie wróżą niczego dobrego dla wytrawnego czytelnika tego typu utworów. Chyba że jest się orędownikiem twardej konwencji. Bo na konwencjonalne dzieło się zapowiada. Prosty schemat wyrastający z motywu porwania jednej kobiety i zabójstwa innej. Reprezentantem tego pierwszego wątku jest znany i lubiany, nieprzebierający w słowach komisarz Bruno Wilczyński, który ma osobisty stosunek do śledztwa, które prowadzi. Domniemana ofiara porwania była jego koleżanką z pracy. Co więcej, od jakiegoś czasu była w związku z mężczyzną, z którym Bruno ma rachunki do wyrównania. Wyjątkowo sprytnym, ponadprzeciętnie inteligentnym zbrodniarzem, ale i troskliwym ojcem dwóch chłopców. Problem w tym, że Wilczyński jest jedyną osobą pracującą nad tą sprawą, która zna morderczą naturę tego człowieka. Co gorsza, on sam ma coś do ukrycia w związku z zaginioną policjantką. A jakby tego było mało pojawiają się dowody świadczące przeciwko Brunonowi. Jego koledzy mają podstawy, by sądzić, że to on odpowiada za zniknięcie ich koleżanki. Jeden z głównych bohaterów trylogii Izabeli Janiszewskiej powoli z myśliwego przeistacza się w zwierzynę. Chociaż nie do końca, bo jak można się tego spodziewać, Bruno Wilczyński, nie zrezygnuje ze swojej życiowej misji. Nie przerwie polowania na człowieka, który właśnie realizuje swój misterny plan zemsty na Brunonie. Drugą kryminalną zagadkę roztoczoną na kartach „Amoku” reprezentuje też już dobrze znana fanom tego powieściowego cyklu, dziennikarka Larysa Luboń, która w przeciwieństwie do Brunona najwyraźniej zmierza wreszcie „w stronę słońca”. To znaczy wychodzi ze swojej twardej skorupy, nie jest już tak niedostępna jak jeszcze niedawno, tak aspołeczna, trzymająca na dystans nawet tych, którzy niewątpliwie stoją po jej stronie. Jest też ostrożniejsza niż wcześniej. Być może dlatego, że teraz ma więcej do stracenia. Potrzebuje czasu, żeby zastanowić się nad ofertą, którą jeszcze niedawno natychmiast by przyjęła. W końcu oczywiście decyduje się „wejść do tego gniazda żmij”, jakim w jej mniemaniu jest jedna z najbogatszych polskich rodzin, ale z silnym postanowieniem, by ani na chwilę nie tracić czujności. Lara zdecydowanie bardziej się pilnuje. Również dlatego, że ma przed sobą potężnego przeciwnika, może nawet najpotężniejszego, ze wszystkich zbrodniarzy, z jakimi Larysa dotychczas się spotkała. Na domiar złego dziennikarka nie może wykluczyć, że ten ktoś nie działa sam. Innymi słowy istnieje duże prawdopodobieństwo, że sprawa, nad którą pracuje dotyczy całej rodziny, że wszyscy członkowie tego powszechnie szanowanego rodu są w to zamieszani.

Od strachu gorsi są tylko ludzie, którzy lęk innych wykorzystują do własnych celów.”

Najpierw było trochę pod górkę, bo zarówno śledztwo prowadzone przez komisarza Brunona Wilczyńskiego, jak i sprawa, w którą zaangażowała się dziennikarka Larysa Luboń, rozwijały się dość opornie. Początkowe fazy obu tych spraw nie rozbudziły we mnie większej ciekawości. Ot, sprawdzone elementy, które jakoś nie chcą wyjść poza stały schemat. Mozolne zbieranie informacji, które do niczego konkretnego nie prowadzą. Tak Bruno, jak Larysa „zwąchują” jednak też tropy, które leciutko pchają rzeczy do przodu. Z mojego punktu widzenia do jeszcze zbyt mało atrakcyjnego przodu. Wilczyński coraz bardziej utwierdza się, niekoniecznie w słusznym, przekonaniu, że za zaginięcie jego koleżanki z pracy odpowiada jej chłopak, wyjątkowo przebiegły człowiek, który ma już doświadczenie w zbrodniczej działalności. Tymczasem koledzy Wilczyńskiego, inni policjanci pracujący nad tą sprawą oraz jego przełożony, stopniowo nabierają pewności, że ich sprawcą jest nie kto inny, jak Bruno Wilczyński. Larysa Luboń natomiast staje przed zdumiewającym faktem, który z kolei naprowadza ją na sprawę tak zwanej Lady Di, bezdomnej, która prawdopodobnie została zamordowana. Larysa, tak jak i Bruno w sprawie porwania lub zabójstwa policjantki, ma osobisty stosunek do tajemniczej śmierci nieznajomej bezdomnej kobiety. Żeby za dużo nie zdradzać, napiszę tylko, że dziennikarka stara się pomóc komuś, na kim jej zależy. Przede wszystkim musi więc poznać tożsamość osoby, która „podpisała wyrok śmierci” na Lady Di. Bo wygląda na to, że ta sama osoba z jakiegoś sobie tylko znanego powodu chce skrzywdzić też osobę bliską Larysie. Jak można się tego spodziewać, tym sposobem dziennikarka też stanie się celem. Tak to w każdym razie wygląda, kiedy „na scenę” wkracza wpływowa rodzina najwyraźniej chowająca więcej trupów w szafie, niż Larysie się wydawało. I odtąd było już z górki. Tym bardziej, że równolegle prowadzony wątek, w centrum którego stoi Bruno Wilczyński (na dokładkę mamy fragmenty przedstawiające też nielekkie położenie kogoś innego), też nabiera dość długo wyczekiwanego kolorytu. Sytuacja Brunona zaognia się jeszcze bardziej od też przecież śmiertelnie niebezpiecznej rozgrywki, w jaką, chcąc nie chcąc, uwikłała się Larysa. Charyzmatyczni bohaterowie Izabeli Janiszewskiej wyraźnie są rozgrywani przez bezwzględnych ludzi, którzy mają interes w tym, żeby raz na zawsze się ich pozbyć. Różnie się to może potoczyć, ale autorka każe nam sądzić, że Bruno i Larysa nie mierzą się z tym samym „mistrzem zbrodni”, że każdy z nich toczy własną walkę. Na śmierć i życie. A w jednym przypadku również o być albo nie być po stronie tych dobrych. Bo „Amok” to nie tylko opowieść o mrocznych tajemnicach rodzinnych i „grach w szachy” z psychopatycznymi, sadystycznymi jednostkami, na które, myślę, czytelnicy starannie utkanych prozatorskich płócien Izabeli Janiszewskiej, można chyba powiedzieć, nowej mistrzyni polskiego literackiego kryminału, szykowali się już od pierwszego tomu tej porywającej trylogii. „Amok” to też opowieść o odkrywaniu swojej mrocznej strony. W tym pościgu za, jak to się mówi, bestią w ludzkiej skórze, łatwo można stać się takim samym potworem. Mało tego: człowiek do niedawna twardo opowiadający się za jasną stroną mocy jest przekonany, że to jedyny sposób, by zwyciężyć swojego nieodwracalnie zdeprawowanego wroga. Wyjść zwycięsko z tej ostatecznej konfrontacji ze złem. Tym straszniejszym, bo niepozbawionym też dobrego, a nawet zasługującego na współczucie, oblicza. W „Amoku” ci dobrzy mogą stać się więc złymi, a źli... albo jeszcze gorszymi, albo lepszymi od tych, z którymi mogliśmy już się zaprzyjaźnić. Niełatwe były dla mnie początki tej niestety ostatniej już cegiełki przemyślanej wielopiętrowej, solidnej budowli wzniesionej przez dziennikarkę Izabelę Janiszewską. Ale w końcu nadszedł ten magiczny moment, od którego jak najbardziej pożądane emocje już tylko rosły. Czas kompletnego zatracenia w tej nie tak przewidywalnej, tak rażąco oczywistej i irytująco uproszczonej historii, jak wcześniej miałam czelność założyć. A przecież znając „Wrzask” i „Histerię” powinnam raczej dać duży kredyt zaufania tej autorce. Mieć niezachwianą pewność, że prędzej czy później historia ta nabierze intensywności, w kotle tym będzie aż buzowało od najróżniejszych, bez wyjątku serdecznie witanych emocji i niespodziewanych zwrotów akcji. Właściwie to jednej niespodzianki, ale takiej, która... może nieco skomplikować „Waszą relację” z Izabelą Janiszewską. Zmienić Wasz stosunek do tej pani:) Ja w każdym razie chylę czoła, także za to, moim zdaniem, idealne zakończenie tej dobrze pomyślanej, trzymającej w napięciu, mrocznej trylogii kryminalnej, z którą „Amokiem” się żegnamy. I czekamy na kolejne gatunkowe opowieści nowej gwiazdy polskiego kryminału. Miejmy nadzieję, że z nie mniej barwnymi bohaterami od Lary Luboń i Brunona Wilczyńskiego. Zadanie trudne, ale nie niewykonalne. Doskoczyć do tej poprzeczki, stworzyć kolejne tak elektryzujące postaci, jak główni bohaterowie „Wrzasku”, Histerii” i „Amoku”, Cóż, pozostaje mi tylko życzyć powodzenia Izabeli Janiszewskiej, bo jakby nie patrzeć, choć egoistycznie to zabrzmi, mam w tym też swój interes. Jej sukces dla mnie, ale też dla Ciebie, będzie oznaczał kolejną pełną wrażeń, miejmy nadzieję równie mroczną i skłaniającą do refleksji wyprawę, jak ta na którą, w pewnym sensie, zabrali nas Brunon i Larysa.

To już jest koniec. Koniec ciężkich przeżyć bezpośredniego, nieokrzesanego komisarza warszawskiego wydziału zabójstw, Brunona Wilczyńskiego i jeszcze mniej towarzyskiej, aspołecznej wręcz, dziennikarki Larysy Luboń, specjalizującej się w tematach dotyczących przemocy wobec kobiet i dzieci. Udany finał, choć początek zapowiadał coś zgoła przeciwnego. Pierwsze stacje „Amoku” pokonywałam z narastającą pewnością, że nic z tego nie będzie, że nie wykluje się z tego choćby w połowie tak wciągająca opowieść, jaką Izabela Janiszewska skonstruowała na kartach „Wrzasku” czy „Histerii”. Na szczęście byłam w błędzie. I teraz, po skończeniu lektury, ogłaszam, że „Amok” w mojej ocenie... przewyższa poprzednie tomy tej kryminalnej trylogii. A to ci zaskoczenie, co? Warto więc było przemęczyć początek. Warto też czytać ten cykl od początku – taka mała rada dla tych, którzy dopiero planują swoją podróż z Janiszewską. Moim zdaniem dobrze robicie uwzględniając w swoich czytelniczych planach to trzytomowe osiągnięcie naszej rodaczki. Tędy droga.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 5 kwietnia 2021

„Slaxx” (2020)

 

Libby McClean dołącza do zespołu sieci sklepów odzieżowych CCC, która właśnie czyni przygotowania do prezentacji nowej kolekcji. Ekipa zarządzana przez mężczyznę imieniem Craig, który stara się o awans, ma całą noc na wyłożenie towaru w jednym ze sklepów, który przez ten czas będzie szczelnie zamknięty. Hitem tego sezonu mają być spodnie jeansowe, które automatycznie dopasowują się do rozmiaru noszącego. Pracownicy CCC nie wiedzą jeszcze, że spodnie te żyją i są opętane żądzą mordu. Jeszcze przed nastaniem świtu wszyscy oni mogą być martwi. Chyba że w porę zidentyfikują wroga i znajdą sposób na przerwanie tej rzezi.

W 2001 roku mająca jeszcze znikome doświadczenie w branży filmowej Kanadyjka Elza Kephart wybrała się w samochodową podróż ze swoją przyjaciółką Patricią Gomez, którą umilały sobie rozmową o nielubianych słowach. Gomez powiedziała, że nienawidzi słowa „slacks” (pol. spodnie), a Kephart zaczęła drażnić się z nią w kółko je wypowiadając. W pewnym momencie ona też uświadomiła sobie, jak okropnie to brzmi. Jak materiał na horror. Horror o morderczych spodniach. Ich pierwsza koncepcja zakładała rzeź w szkole średniej, ale kiedy - po siedmiu latach - wróciły do tego pomysłu zdecydowały się umieścić akcję w sklepie, a kolejne cztery lata później Kephart postanowiła dodać do tego materiału polityczne przesłanie - destruktywne praktyki niektórych firm odzieżowych. „Slaxx” to trzeci pełnometrażowy film Elzy Kephart i drugi horror komediowy, po „Graveyard Alive” (2003), którego scenariusz też napisała razem z Patricią Gomez. Dobrze przyjęty przez krytykę kanadyjski obraz, który po raz pierwszy został pokazany w sierpniu 2020 roku na Fantasia International Film Festival. W 2021 roku w kilku krajach rozpoczęto dystrybucję internetową – na platformie Shudder.

W horrorze każdy może stać się mordercą. Twórcy kina grozy już dawno udowodnili nam, że w tym zakresie nie ma absolutnie żadnych ograniczeń. Wystarczy rozejrzeć się wokół siebie, by znaleźć materiał na zabójcę. Może to być opona samochodowa, może to być fotel, kurtka, pochwa, cysta, a nawet stolec. Elza Kephart i Patricia Gomez wybrały spodnie jeansowe. Ostatni krzyk mody. Ostatni krzyk w swoim życiu. Horror komediowy „Slaxx” trwa niespełna osiemdziesiąt minut – jest więc dość krótki – i skupia się na pracownikach sklepu odzieżowego będącego częścią fikcyjnej sieci o swojsko brzmiącej nazwie CCC. Rzecz rozgrywa się w jedną noc. Noc, po której ma nastąpić wielkie wydarzenie: prezentacja nowej kolekcji CCC. Zespół zarządzany przez marzącego o awansie Craiga (zadowalający występ Bretta Donahue), ma tylko parę godzin na przygotowanie wszystkiego. Ekipa musi się więc sprężać. Ale już na starcie zostaje osłabiona, minie jednak trochę czasu zanim ten fakt wyjdzie na jaw. Główną bohaterką filmu jest młodziutka, dość naiwna kobieta (z rodzaju tych, które zwykle określa się jako jeszcze nieznających życia), Libby McClean, która dopiero co dołączyła do zespołu Craiga. Dla Libby to spełnienie marzeń, bo od dawna ma lekką obsesję na punkcie działalności CCC. Wierzy bowiem, że to jedna z nielicznych firm młodzieżowych z silnym kręgosłupem moralnym. Ujmując rzecz w skrócie: taka, której leży na sercu dobro planety. Taka, która nie tylko nie zanieczyszcza środowiska, ale i nie zmusza ludzi, w tym osób nieletnich, do katorżniczej pracy. Jak widać Libby nie jest jedną z tych pannic, które myślą wyłącznie o swoim wyglądzie. Nie przypomina innej wielkiej fanki CCC, popularnej vlogerki modowej, która nie może się już doczekać otwarcia ich najnowszej kolekcji. Libby to idealistka z krwi i kości. Kobieta z zasadami, których niewielu w tym kapitalistycznym świecie się jeszcze trzyma. Ale CCC na pewno tak. Libby nie ma co do tego wątpliwości. Święcie wierzy, że to jeden z ostatnich bastionów szlachetności w świecie mody. Jeśli nie ostatni... Moim zdaniem największą wadą „Slaxx” jest podejście do ludzkich postaci. Bo mordercze spodnie to też postacie. Patrząc na nie, łatwo zapomnieć, że to tylko spodnie. Nie dlatego, że chodzą sobie samopas. Twórcy wyraźnie przypisują im ludzkie cechy – mamy przed sobą spodnie, ale widzimy człowieka. Tak, te spodnie mają ludzką twarz. Gniewną, ale i smutną. Pewnie dziwnie to zabrzmi, ale to jeansowe ubranko to najbardziej rozwojowa postać. Niektórzy mogą nawet powiedzieć, że bardziej ludzka od Craiga. Kapitalistycznej hieny, korporacyjnego trybiku, dla którego nie ma nic ważniejszego od pokonywania kolejnych szczebli tej wyjątkowo niestabilnej drabiny. Jeden fałszywy krok może skończyć się bolesnym upadkiem. Degradacją albo wypadnięciem z zespołu, któremu Craig zapewne oddał najlepsze lata swojego życia. Trudno mu jednak współczuć, gdy sprawy zaczynają wymykać mu się z rąk. Właściwie to świat Craiga tej jednej, niezwykle ważnej dla niego nocy, nieubłaganie obraca się w gruzy. A wszystko przez złośliwe spodnie. Wredne ciuchy sabotujące wielkie dzieło wspaniałej firmy, której Craig nie jest tak ważną częścią, jak najwyraźniej mu się wydaje. Już na początku „Slaxx” nabrałam pewności, że ten kierownik zespołu, do którego właśnie dołącza Libby McClean, wyrasta z wielokrotnie już wykorzystywanego w kinie grozy modelu postaci. Wiadomo więc, jak się zachowa, kiedy zrobi się naprawdę gorąco. To samo zresztą można powiedzieć o głównej bohaterce „Slaxx”. Wypada jednak zaznaczyć, że w przypadku Libby widać jakieś niewielkie starania w kierunku nadania jej pewnej nieobliczalności. Na mnie wprawdzie zamierzonego efektu to nie wywarło, ale przynajmniej próbowano. Czego nie można powiedzieć o Craigu i w sumie wszystkich pozostałych pracownikach sklepu z modną odzieżą właśnie przejmowanego przez krwiożercze spodnie.

Reżyserka i współscenarzystka „Slaxx”, Elza Kephart, nie jest wprawdzie przeciwniczką efektów komputerowych (widziała już trochę filmów, które w jej oczach od tej strony prezentowały się bardzo realistycznie), ale uznała, że ta propozycja lepiej się sprawdzi, jeśli wykorzysta się prawdziwe spodnie. W napisy końcowe (swoją drogą po napisach jest jeszcze domknięcie tej historii) wmontowano wybrane zdjęcia z planu, na pierwszy ogień biorąc, moim zdaniem, najzabawniejszą scenkę ze „Slaxx” - tańcujące spodnie. Możemy więc przyjrzeć się jednemu z wybranych przez filmowców sposobów wprawiania zwykłych jeansów w ruch. Innym były „magiczne sznureczki”, czyli stara sztuczka „przywiąż i ciągnij”. Obróbka cyfrowa tak czy inaczej się odbyła. Tyle że zamiast wklejania było staranne gumkowanie. Zaś w scenach gore ingerencja komputera mogła być większa, dopuszczam taką możliwość, choć prawdę mówiąc niczego takiego nie zarejestrowałam. Innymi słowy: wyglądało na dodatki praktyczne. Dosyć przekonujące, ale niekoniecznie za główny cel mające zniesmaczenie, rozbudzenie jakiegoś tam wstrętu w odbiorcach. To horror komediowy, więc nikogo nie powinno dziwić humorystyczne podejście do rzeczy, w których zdrowy na umyśle człowiek normalnie nic śmiesznego nie dostrzega. Tak, tylko że normalnie spodnie „nie dostają nagle nóżek” i nie rzucają się na ludzi... W każdym razie jest w „Slaxx” parę momentów, w których widać więcej od czerwonej substancji robiącej za krew. A tak naprawdę spodziewałam się tylko chodzenia po tej linii najmniejszego oporu. Tylko rozlewania na prawo i lewo „czerwonej farby”. A tu proszę – flaki na wierzchu, latające kończyny, obranie ze skóry (w tym przypadku widać tylko ostatnie stadium tej... wyżerki). Przydałoby się co prawda jeszcze trochę dołożyć do tego makabrycznego kotła, ale jak na standardy współczesnego tak zwanego krwawego kina grozy, „Slaxx” stopniem drastyczności i tak może zaskoczyć. Mnie w sumie zaskoczył, chociaż jak już nadmieniłam tą sklepową rzeź trudno traktować z powagą. Ludzie giną, a my zaśmiewamy się do rozpuku. Myślę, że taki był główny cel Elzy Kephart i Patricii Gomez, że z taką myślą spisywały tę zwariowaną historię. Nie po to, by szokować, a w każdym razie nie przede wszystkim. Owszem, na ekranie rozgrywa się istna jatka, dzieją się rzeczy, którym można przykleić łatkę „obrzydliwości”, ale tonacja jest lekka i... przyjemna. Jest wesoło, choć krwawo, bo jakże mogłoby być inaczej, skoro to film o morderczych spodniach. Czyli rzecz, od której trudno wymagać jakiejś głębi, od której trudno oczekiwać jakiegoś ważnego przesłania, trudno spodziewać się jakiegokolwiek materiału do przemyśleń. Spodziewamy się regularnej rąbanki i przy odrobinie szczęścia przynajmniej jednej postaci, która nie będzie nam zupełnie obojętna. Dużo krwi, flaków i śmiechu. A tu proszę, twórcy zapraszają nas do dyskusji o okrucieństwie w świecie mody. O tym, że najważniejszy jest zysk oraz oczywiście kształtowanie trendów. Moda stała się ważniejsza nawet od ludzkiego życia. Nie wspominając już o planecie, ale kto by się tam nią przejmował... Kasa, kasa, kasa. I nie tyle ładny, ile po prostu modny ciuch. A że uszyty przez ubogie dzieci, którym na dodatek płaci się przysłowiowe grosze... Znowu, kogo to obchodzi? Na pewno nie wielkie korporacje wmawiające nam, że nie obejdziemy się bez tej kurtki, tamtych skarpet, czy (o-matko-muszę-je-mieć!) tych spodni. Będzie też o potworze znanym jako GMO. I jak przy tym wszystkim mają wypaść nasi mordercy? Kto tutaj jest prawdziwym agresorem? Po czyjej stronie ma opowiadać się widz? Wesprzeć członków swojego gatunku w tej walce na śmierć i życie, czy może jeansowe spodnie, które mówią „dość!”. Dość tego (nie)dobrego przeklęta ludzkości! Choć krótki, „Slaxx” zdążył mnie z lekka wymęczyć. Nuda niestety chwilami niepostrzeżenie się wkradała, bynajmniej nie dlatego, że dzieje się powoli. Przeciwnie: dzieje się za szybko. Gdyby tylko poświęcono więcej miejsca na przedstawienie przynajmniej tych ważniejszych postaci (nie mówię o spodniach) i może dodano z jeden wątek. Już niekoniecznie oryginalny, ale w jakikolwiek sposób podkręcający emocje – na przykład jakaś większa wojenka w zespole Craiga, jakiś dodatkowy konflikt. Nie wiem, mam wrażenie, że nie wykorzystano całego potencjału drzemiącego w tej szalonej opowieści. Opowieści w gruncie rzeczy wychodzącej od niepospolitego motywu. Bo ile widzieliście filmów o zabójczych spodniach? No ile?

Proszę o fanfary, bo oto w świecie horroru narodziła się kolejna egzotyczna postać. A w zasadzie to postacie. Kanadyjska reżyserka i scenarzystka (i producenta, choć akurat nie w tym przypadku) Elza Kephart przedstawia jeansowe spodnie o niezwykłych właściwości. One żyją! Chodzą, tańczą i... zabijają. Wraz ze swoją przyjaciółką Patricią Gomez, Kephart dała życie takiemu oto kuriozum. I choć moim zdaniem dziewczyny mogły trochę bardziej się postarać przy tworzeniu scenariusza „Slaxx”, to prawdę mówiąc przygotowałam się na coś gorszego. Jest trochę makabry (jak na współczesny horror komediowy, to nawet więcej niż trochę), sporo śmiechu i jest też ważne, jakże aktualne przesłanie w tej historii o krwiożerczych portkach. Modnych portkach, którym wprost nie można się oprzeć. Po włożeniu ich można już, a nawet trzeba, (nie)spokojnie umierać.

sobota, 3 kwietnia 2021

Sherri Smith „Weekend”

 

Katie Manning w dzieciństwie zbiła fortunę grając główną rolę w popularnym serialu telewizyjnym. Teraz ma dwadzieścia siedem lat i żadnych widoków na dalsze realizowanie się w aktorstwie. Ani w żadnym innym zawodzie. Wciąż jest osobą majętną, ale jej zasoby finansowe szybko się kurczą. Do tego ma problemy ze snem, które zwalcza alkoholem, a jakby tego było mało mieszka pod jednym dachem z kobietą, której nie darzy sympatią. Swoją przyszłą bratową, Ellie-Rose. To ona proponuje Katie wspólny weekend w ustronnym spa, tak zwanym Sanktuarium prowadzonym przez doktora-szamana Dave'a Lundgrena i jego żonę Naomi. Katie bez konsultacji z Ellie decyduje się zabrać też, na własny rachunek, swoje przyjaciółki ze studiów, Carmen i Ariel. W tym zacisznym miejscu w Catskills nieoczekiwanie rozegra się prawdziwy koszmar. Koszmar czterech kobiet, które mają swoje mroczne tajemnice.

Weekend” (oryg. „The Retreat”) to literacki thriller psychologiczny autorki między innymi powieści „Spacer na krawędzi” (oryg. „Follow Me Down”), Kanadyjki Sherri Smith. Światowa premiera książki przypadła na 2019 rok, a w Polsce, nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka, wyszła w roku 2021. Swoją pisarską karierę Smith zaczęła od powieści historycznych, ale potem przerzuciła się na dreszczowce. W przygotowaniu ma już dwa kolejne utwory utrzymane w tym gatunku. Tym, co odróżnia Smith od wielu innych powieściopisarzy jest przywiązanie do postaci pełnych wad. Takich, które trudno polubić. Smith jest zdania, że to dodaje im realizmu i sprawia, że ich ciężkie przeżycia są bardziej ekscytujące. Autorka „Weekendu” obecnie mieszka w Winnipeg w Kanadzie z rodziną i dwoma psami wziętymi ze schroniska, w wolnych chwilach zajmując się odnawianiem starych mebli.

W „Weekendzie” Sherri Smith centralnymi postaciami uczyniła cztery kobiety, który razem wybrały się do ośrodka odnowy biologicznej, w którym świadczy się również, a raczej przede wszystkim, usługi psychoterapeutyczne z wykorzystaniem niekonwencjonalnych metod. Katie, Ellie, Ariel i Rose – każda z nich ma swoje rozdziały (narracja trzecioosobowa), podawane naprzemiennie prawie zawsze w tej samej konfiguracji. Taka forma, moim zdaniem, tylko wspiera proces zapoznawania się z każdą z nich i daje nam szerszy obraz sytuacji. Pomimo tego, że Sherri Smith nie zabiegała o sympatię dla swoich postaci, raz po raz łapałam się na czymś zgoła przeciwnym. Najwięcej ciepłych uczuć miałam dla Katie Manning, aktorki telewizyjnej, której gwiazda dawno wygasła. Oczywiście nadal jest łakomym kąskiem dla tabloidów i portali plotkarskich, ale jej kariera w show biznesie wydaje się być już definitywnie zakończona. Katie to tak naprawdę aktorka jednej roli, roli Shelby Spade, małoletniej detektyw w sitcomie dla dzieci i młodzieży. Serialu komediowym sfinalizowanym przed kilkunastoma laty. Od tego czasu Katie, choć nie można powiedzieć, że o to nie zabiegała, nie miała okazji sprawdzić się w innej roli. Raz było blisko, ale jeden wpis w mediach społecznościowych popełniony w stanie zamroczenia alkoholowego przekreślił tę szansę. Alkoholem Katie zwalcza swoje problemy ze snem – ta dwudziestosiedmioletnia kobieta boryka się nie tylko z chroniczną bezsennością, ale i somnambulizmem. Mieszka z bratem Nate'em, który przedsięwziął odpowiednie środku mające na celu zapewnienie jej bezpieczeństwo na wypadek chodzenia we śnie. Od pewnego czasu mieszka z nimi poważna kandydatka na bratową Katie, pochodząca z Wielkiej Brytanii (akcja książki osadzona jest w Stanach Zjednoczonych, a ściślej w stanie Nowy Jork) Ellie-Rose. Pomiędzy kobietami trwa coś w rodzaju cichej wojny. Autorka daje nam wprawdzie do zrozumienia, że Ellie już wielokrotnie podejmowała próby w kierunku ocieplenia relacji z Katie, ale z drugiej strony zawsze napotykała mur wrogości. Katie i Ellie mają skrajnie odmienne charaktery, ale można domniemywać, że głównym problemem są pieniądze. A ściślej fakt, że Katie czuje, że Ellie wykorzystuje ją finansowo. Nie ma nic przeciwko utrzymywaniu brata (który stara się rozkręcić własny biznes), ale zapewnianie dachu nad głową i wyżywienia również jego dziewczynie, która na dodatek nie wykazuje chęci znalezienia sobie jakiejś stałej pracy, to nawet dla tak hojnej osoby, jaką niewątpliwie jest Katie, stanowczo za dużo. Choć na pierwszy rzut oka to w Katie Manning uwidaczniają się nieprzyjemne cechy, choć Smith wyraźnie daje nam odczuć, że to Ellie jest tą, która pragnie zgody pomiędzy nimi, a Katie tą, która niezmiennie torpeduje jej usilnej starania w kierunku zakopania tego topora wojennego, to szczerze mówiąc od początku stałam po stronie Katie. Na Ellie z jakiegoś niewiadomego powodu patrzyłam złym okiem. Nie wiedziałam, czy na to zasługuje, ale nie mogłam nic poradzić na to, że najbardziej niechętny stosunek mam do osoby, która wydaje się mieć najmniej obciążone sumienie. Najczystsze intencje? Wiele na to wskazuje, ale z drugiej strony wiemy, że wyjazd do ośrodka funkcjonującego pod nazwą Sanktuarium, wbrew temu co powiedziała swoim przyjaciółkom, dla Katie wcale nie był podyktowany chęcią zabawienia się kosztem nielubianej przyszłej bratowej. Niegdysiejsza gwiazda telewizyjna ma ukryty motyw – powód, do którego nie przyznała się nawet Ariel i Carmen, choć tak naprawdę to, co Katie zachowuje dla siebie, lepiej o niej świadczy, niż to, co przekazuje koleżankom. Podczas tego weekendu zdarzy się jednak coś, co samej Katie każe myśleć o sobie jak najgorzej. W Sanktuarium ludzie mają odkrywać się na nowo, odnaleźć lepszą wersję siebie, a więc i znacząco poprawić jakość swojego życia. Ale w przypadku Katie dzieje się odwrotnie. Ta niespełna trzydziestoletnia kobieta dowie się o sobie rzeczy, których zapewne wolałaby nie poznawać. I być może nie tylko ona.

Bieda przypominała seryjnego mordercę pod koniec horroru: kiedy […] już myślała, że uciekła, bieda wyskakiwała jeszcze silniejsza, wymachując rachunkiem za prąd jak maczetą.”

Sherri Smith w „Weekendzie” dużo miejsca poświęca programowi samodoskonalenia opracowanemu przez małżeństwo, które spokojnie mogłoby stanąć na czele jakiejś fundamentalistycznej sekty. O ile już nie stoją. Dave i Naomi Lundgren, właściciele ustronia, w którym Katie, Ellie, Ariel, Carmen i parę innych nieznanych im osób spędzają ten nieszczęsny tytułowy weekend, z całą pewnością nie zdobędą takiego zaufania czytelników, jakim darzą ich klienci. Nie wszyscy, ale faktem jest, że wśród ich gości nie znalazłam ani jednej osoby, która w swoich podejrzeniach względem tych ludzi zapuszczałaby się tak daleko jak ja. Od początku miałam wrogi stosunek do Lundgrenów, który z biegiem lektury bynajmniej się nie poprawiał. Przeciwnie – tylko utwierdzałam się w przekonaniu, że mam do czynienia z kolejną opowieścią o nawiedzonym guru, który w „Weekendzie” ma do pomocy wierną, maksymalnie oddaną mu (co niekoniecznie działa w obie strony) małżonkę. Ten psychiatra-szaman, wierzący w cudowne właściwości swojej halucynogennej herbatki, którą zwykle raczy swoich klientów pod koniec pobytu w Sanktuarium. Nieskromnych progach, w których, oczywiście za sowitą opłatą, wraz z żoną (mają też służbę) gości ludzi „szukających siebie”. Ale jak się okazuje też takich, którzy nie mają najmniejszej ochoty poddawać się tej niekonwencjonalnej terapii praktykowanej przez Lungrenów na odludnym kawałku amerykańskiej ziemi. Gdzieś w Catskills, na terenie otoczonym lasami i w pobliżu jeziora. Czyli w iście bajkowej scenerii, która, jak można się tego spodziewać, z czasem zamieni się w śmiertelnie niebezpieczną pułapkę. Bo w thrillerach takie odizolowane, malownicze miejsca, rzecz jasna, nigdy nie wróżą spokoju. Bohaterowie zwykle relaksu oczekują, ale postronny obserwator ich losów (czytelnik, widz) przez cały czas ma mieć absolutną pewność, że to będzie raczej największy błąd w ich życiu. Z którego prawdopodobnie nie wszyscy ujdą z życiem. Jeśli w ogóle komuś uda się przeżyć to „niezwykłe doświadczenie” zorganizowane przez... mordercze małżeństwo? To bardzo możliwe, ale Sherri Smith uczula nas nie tylko na otoczenie czterech kobiet postawionych w centrum swojej historii. Podejrzenia kieruje też do wewnątrz, do tego niewielkiego żeńskiego kręgu złożonego ze skrajnie różnych osobowości. Łączy ich chyba tylko to, że każda coś ważnego o sobie ukrywa. Jakieś mroczne, wstydliwe sekrety. Zbrodnie? Ariel ma powody przypuszczać, że jest ścigana przez policję, ma powody zakładać, że ten weekend będzie jej ostatnim spędzonym na wolności, ale na bliższe szczegóły będziemy musieli poczekać. Wcześniej dowiemy się jednak, że Ariel ma skłonności do obsesji i samookaleczeń, że jest osobą pełną kompleksów, która desperacko pragnie być lubiana/kochana. Carmen ma nieporównanie silniejszą osobowość od niej. Jedni powiedzą, że to wyrachowana, zimna kobieta, która myśli tylko o pieniądzach. Ale i zapewne będą też tacy, którzy będą mieli dla niej wiele współczucia, a może i nawet podziwu. Za poświęcenie, na które w dzisiejsze czasach nie każdy się zdobywa. Poświecenie dla rodziny. Trzeba też dodać, że to Carmen wydaje się być tą bohaterką czy antybohaterką „Weekendu” (kto jest kim dopiero się okaże), która najmocniej stąpa po ziemi. Widzi rzeczy takimi, jakie są. Może dlatego, że wbrew pozorom ma najmniejszy bagaż życiowy, że nie musi przepracowywać żadnej większej traumy. Tak czy inaczej moim zdaniem największą siłą „Weekendu” są portrety tych czterech kobiet. Stopniowe odkrywanie ich złożonych osobowości, które przynajmniej dla niektórych tych kobiet będą mocno zaskakujące. Dla odbiorców być może również, ale choćby na przykładzie Katie Manning – jednym z pierwszych wyraźniejszych zwrotów w tym kierunku – widać, że bez względu na to, jak rzecz się rozwinie, niektóre postacie, zgodnie z obietnicą Lundgrenów, dowiedzą się o sobie zupełnie nowych rzeczy. I nie mamy powodów zakładać, że będą one przyjemne, że to doświadczenie uczyni je lepszymi, czy w jakikolwiek inny sposób im się przysłuży. Prędzej w Sanktuarium dopełni się dzieło zniszczenia tych poszkodowanych przez los? innych ludzi? młodych kobiet, na które trudno patrzeć jak na zupełne niewiniątka. Te obrazy mogą się zmienić, ale równie dobrze Sherri Smith może wytrwać w postanowieniu stworzenia wprawdzie odbiegających od ideału, pełnych wad, ale jednak bardziej bohaterek niż antybohaterek. Może też „postawić kropkę na i”, finalnie rozwiewając już wszelkie wątpliwości co do tego, że to toksyczne kobiety są. Kobiety po trupach dążące do celu. Wszystkie bez wyjątku? Nie zdradzę, ale czuję się w obowiązku zaznaczyć, że intryga przedstawiona w „Weekendzie” jest dość przewidywalna. Nie należę do najbardziej domyślnych czytelników, a bez najmniejszego trudu rozpracowałam sprawę, która zawiązała się już w ustroniu (choć autorka usilnie starała się – aby nie za bardzo? czy idealnie się to skleja? - narzucić mi zafałszowaną, uważam niestarannie obrobioną perspektywę). Główną zagadkę, ale nie jedyną. I dobrze, bo gdyby Smith nie dobudowała do tego, mniejszych czy nie (zależy jak na to patrzeć) tajemnic, to w ogóle nie byłoby niespodzianek na tym niespokojnym weekendzie. Jednakże nawet z tą przewidywalnością emocje były. Niezbyt silne, ale praktycznie nie było chwili kompletnej beznamiętności, więc summa summarum wyszłam z tego ustronia w całkiem niezłym nastroju.

Moje pierwsze spotkanie z twórczością kanadyjskiej powieściopisarki Sherri Smith uważam za w miarę udane. Owszem na ten „Weekend” mogła przygotować więcej atrakcji, mogła zdobyć się na większą nieprzewidywalność, mogła wykazać się większą kreatywnością, ale coś w tej historii na pewno jest. Coś, co sprawia, że chce się doczytać rzecz do końca, nawet jeśli ma się pewność, że zakończenie nie zaskoczy. Mimo wszystko śledzi się to z napięciem. Ten weekendowy pobyt (nie tylko) czterech młodych kobiet. Różnych interesujących osobowości, które łączy nieszczerość, niechęć do zwierzania się ze swoich problemów i... straszne czyny, których się dopuściły, czy których dopiero zamierzają się dopuścić? Wybierzcie się na ten weekendowy wypad to się przekonacie. Nie obiecuję, że będzie to jeden najbardziej pamiętnych thrillerów, jaki przeczytacie w swoim życiu, ale też nie sadzę, żeby ten „Weekend” dla wielu okazał się boleśnie rozczarowujący.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


czwartek, 1 kwietnia 2021

„Found” (2012)

 

Prześladowany przez rówieśników, zakochany w horrorach dwunastoletni Marty odkrył mroczną tajemnicę swojego starszego brata, Steve'a. Jest jedyną osobą, która wie, że jego krewniak jest seryjnym mordercą, mającym w zwyczaju krótko przechowywać głowy swoich ofiar w swoim pokoju. Steve nie wie, że jego brat zna całą prawdę o nim, a Marty boi się, że gdy się tego dowie, sam też stanie się jego ofiarą. Mimo to z nikim nie dzieli się swoją wiedzą. Zamiast tego przy każdej sprzyjającej okazji zakrada się do pokoju Steve'a, żeby między innymi pooglądać jego makabryczne trofea. Ponadto ostatnimi czasy Marty zauważa, że jego starszy brat poświęca mu więcej uwagi niż zwykle. Interesuje się jego problemami i okazuje mu zrozumienie, czego chłopiec nie znajduje u rodziców. Mówi mu jak radzić sobie z dzieciakami, które mu dokuczają. Uczy, że na przemoc należy odpowiadać przemocą.

Amerykański thriller psychologiczny z elementami gore, „Found”, to niezależna produkcja w reżyserii debiutującego w pełnym metrażu Scotta Schirmera, który dotychczas nakręcił jeszcze takie filmy grozy, jak „Harvest Lake” (2016), „Plank Face” (2016) i „The Bad Man” (2018). Wszystko zaczęło się od przeczytania przez Schirmera minipowieści Todda Rigneya pod tym samym tytułem. Filmowiec był pod tak wielkim wrażeniem tego utworu, że zasięgnął informacji o miejscu zamieszkania autora i nie zwlekając udał się do niego z prośbą o zgodę na przełożenie „Found” na ekran. Ku jego zaskoczeniu, Rigney od razu mu jej udzielił. Co więcej razem ze Schirmerem napisał scenariusz... filmu, który przez mniej więcej dwa lata był pokazywany wyłącznie na festiwalach filmowych. Na szerszą dystrybucję (prawa kupiła firma The October People) nie tylko w rodzimym Stanach Zjednoczonych, przyszło mu czekać, aż do drugiej połowy 2014 roku. W 2015 roku swoją światową premierę miał „film z filmu”, horror w reżyserii Arthura Culliphera pod tytułem „Headless”, który był odpowiedzią na prośby niektórych odbiorców „Found”. Prośby kierowane do Scotta Schirmera podczas objazdu po festiwalach filmowych z „Found”, gdzie pojawiają się sceny z rzekomo stworzonego w 1978 roku slashera zatytułowanego właśnie „Headless”. Sceny, które w rzeczywistości nakręcono specjalnie na potrzeby „Found”. Scott Schirmer powiedział, że choć lubi sobie pooglądać „Piątki trzynastego” czy „Koszmary z ulicy Wiązów”, to jego marzeniem nigdy nie było kręcenie obrazów slash. Dlatego prośbę odbiorców „Found” przekierował do Arthura Culliphera, z którym dane mu już było współpracować – Cullipher to jeden z twórców efektów specjalnych do „Found” i „Harvest Lake”.

Found” to film o braterskiej więzi. I o makabrycznej tajemnicy strzeżonej przez obu braci. Tak zbrodniarza, jak jego o kilka lat młodszego brata. Zaledwie dwunastoletniego Martina 'Marty'ego', głównego bohatera omawianego obrazu, który od czasu do czasu przyjmuje też rolę narratora. Widz zostaje dopuszczony do tej mrocznej tajemnicy już na samym początku „Found”. Marty prowadzi nas do pokoju Steve'a i pozwala dokładnie obejrzeć straszną zawartość torby, którą starszy brat naszego małoletniego przewodnika trzyma w szafie. Patrzymy na ludzką głowę i małego chłopca, który jak gdyby nigdy nic wpatruje się w tę martwą twarz. Przy okazji zapoznajemy się z jego niezwyczajnym położeniem (głos z offu). Marty bez ogródek mówi nam, że mieszka z seryjnym mordercą, który na swoje ofiary najczęściej wybiera osoby czarnoskóre. Główny bohater „Found” już od jakiegoś czasu wie o tej krwawej działalności swojego starszego brata, ale Steve jak na razie nie jest tego świadom. Nie wie, że Martin poznał całą prawdę o nim, że ma zwyczaj oglądać makabryczne trofea, które Steve chowa w swoim pokoju. Jak widać „Found” wyróżnia się już samym podejściem do motywu serial killer. Wchodzimy w dość niepospolitą opowieść, opowieść snutą bez zbytniego pośpiechu, w której, jak już zresztą zdążyli zauważyć niektórzy recenzenci, uwidacznia się coś w rodzaju tęsknoty za tańszym kinem z lat 90-tych XX wieku. Właściwie nie jestem pewna, czy w ten sposób twórcy chcieli po prostu zwalczyć przeszkody wynikające z niskich nakładów pieniężnych, czy faktycznie od początku chcieli, by „Found” przypominał nam niskobudżetowe dreszczowce czy horrory z ostatniej dekady poprzedniego stulecia. Cokolwiek nimi kierowało, najważniejszy jest efekt. Czyli - w pewnym sensie - powrót do przeszłości. Różnie się to przedsięwzięcie Scotta Schirmera klasyfikuje – dla jednych horror, a dla innych thriller co najwyżej z dodatkiem horroru. Ja skłaniam się ku temu drugiemu. Psychothriller z elementami gore. Jak na dreszczowiec dosyć krwawy, jak na horror już nie tak bardzo. Tak czy inaczej nie ulega kwestii, że ważniejsze od epatowania graficzną przemocą dla twórców „Found” było zagłębianie się w umysł dwunastoletniego chłopca i już w mniejszym stopniu jego starszego brata-seryjnego zabójcy. Nie należy jednak przez to rozumieć, że portret psychologiczny Steve'a wydawał mi się nieco zaniedbany, że w moim pojęciu nie został dostatecznie rozwinięty. Właściwie to pozostaje mi jedynie przyklasnąć skupieniu, z jakim filmowcy podeszli do czynnika ludzkiego. To jedna z tych historii, którą napędzają głównie postacie. To one najprężniej pracują nad warstwą emocjonalną. Całkiem złożoną, trzeba dodać. Pełnometrażowy debiut reżyserski Scotta Schirmera nie jest filmem łatwym w odbiorze głównie dlatego, że doprowadza do konfliktu emocji. Dostarcza przeciwstawnych doznań. Skrajnie różnych, ale bez wyjątku niewygodnych. Tak niekomfortowych, jak przystało na solidny film grozy. Bo choć niektóre zdjęcia trąciły o amatorkę, głównie z winy oświetleniowców, i choć kreacje aktorskie pozostawiają sporo do życzenia (może poza Gavinem Brownem w roli Marty'ego), to nie mam oporów przed posumowaniem go właśnie tymi słowami. Patrzcie twórcy wysokobudżetowych thrillerów, ale i horrorów. Patrzcie i płaczcie, bo oto po raz kolejny okazuje się, że za przysłowiowe grosze można zrobić coś nieporównanie efektywniejszego. Nieważne, że od strony technicznej bardziej niechlujnego, tandetnego, a przynajmniej o niewskazany kicz się ocierającego, bo i tak „Found” działa zdecydowanie lepiej od wielu jego droższych i zdecydowanie bardziej rozreklamowanych „kolegów”.

Spokojne, malownicze przedmieście i na pierwszy rzut oka niczym niewyróżniająca się rodzina. Ojciec, matka i dwóch synów, których dzieli dość spora różnica wieku. Martin jeszcze uczęszcza do szkoły podstawowej, a Steve (zauważalnie wymuszona, uderzająco „teatralna” gra Ethana Philbecka) już sam się utrzymuje. Nadal mieszka w rodzinnym domu (fani kina grozy z pewnością zwrócą uwagę na plakaty starszych, mniej znanych filmów, porozklejane w pokojach braci), z rodzicami i młodszym bratem, ale nie za darmo – płaci czynsz matce i ojcu, do których wyraźnie nie jest przywiązany. Z całą pewnością za nimi nie przepada. Początkowo może się wydawać, że ludzie ci całą swoją rodzicielską miłość przelali na młodszego syna, ale z czasem staje się jasne, że Marty też nie dostaje od matki i ojca tego, czego rozpaczliwie potrzebuje. Należytej uwagi, zrozumienia, wsparcia na tej trudnej drodze, na jakiej bynajmniej nie ze swojej winy, się znalazł. Ten dwunastoletni chłopiec ma dwa zmartwienia. Jeden dużo poważniejszy od drugiego. Wygląda jednak na to, że hierarchia ważności Marty'ego jest inna niż nasza. Wygląda na to, że dla niego większym problemem jest męka, jaką zapewne codziennie przechodzi w szkole od morderczej natury jego starszego brata. Marty ma absolutną pewność, że Steve jest seryjnym zabójcą i tak, boi się, że brat prędzej czy później skrzywdzi także jego, ewidentnie nie czuje się w pełni bezpieczny w swoim rodzinnym domu, ale z jakiegoś powodu zatrzymuje tę wstrząsającą wiedzę dla siebie. Wstrząsającą, ale też budzącą w nim jakąś niezdrową(?) ciekawość, jakąś mroczną fascynacją. Podszytą strachem, ale jednak fascynację. Fakt, że zarówno seryjny morderca, jak i strzegący jego tajemnicy chłopiec, mają obsesję na punkcie horrorów, niektórych odbiorców „Found” może doprowadzić do wniosku, że Scott Schirmer i Todd Rigney chcieli nam przekazać między innymi tę starą nieprawdę, że fan zwłaszcza tych krwawych horrorów, ujmując rzecz delikatnie, wymaga pilnej konsultacji z psychiatrą. Tak, istnieje ryzyko, że sympatycy kina gore, do których notabene „Found” też był kierowany, poczują się osobiście dotknięci, choć sama nie uważam, że film ten miał być swoistym traktatem o szkodliwym wpływie horrorów na ludzką psychikę. Już na początku scenarzyści w usta Marty'ego wtłaczają wypowiedź, z której wynika, że sprzeciwiają się oni takiemu postrzeganiu osób, które, tak jak główny bohater „Found”, szukają ucieczki od szarej codzienności w horrorach. W „Krzyku” Wesa Cravena pada zdanie, że filmy nie produkują morderców, mogą najwyżej uczynić ich bardziej kreatywnymi. Kiedy już lepiej poznałam Steve'a nabrałam pewności, że Schirmer i Rigney „takimi kredkami” malują tę zaburzoną jednostkę. Inny słowy byłam przekonana, że na ścieżkę zbrodni Steve'a wcale nie zawiodły brutalne filmy, nawet nie pewien wyjątkowo krwawy slasher, że zabijałby tak czy inaczej, ale już niekoniecznie w taki sposób obchodziłby się z jeszcze żywymi, a potem już martwymi ciałami. Konkretnie głowami swoich ofiar, które służą Steve'owi do... do czegoś, co u niektórych może wywołać przynajmniej lekkie mdłości. Swoją drogę makabryczne efekty specjalne (zwłaszcza finalne ujęcie robi wrażenie – jedno z tych, które na trwale wbijają się w pamięć), praktyczne dodatki, wypadają całkiem realistycznie. Może i przydałoby się trochę częściej po nie sięgać, ale kiedy już się pojawiają... Nie, inaczej. Większość tego rodzaju sekwencji odznacza się dość wysokim stopniem drastyczności; jest dość obficie podlana substancją w miarę udanie imitującą krew i co ważniejsze twórcy nie uciekają od prezentacji poszarpanego ludzkiego mięsa, z czym w sumie dość często się spotykam nawet w tak zwanych krwawych horrorach. A cóż dopiero w psychothrillerach, bo jak już wspomniałam, uważam, że „Found” więcej ma w sobie z thrillera. Thrillera psychologicznego o przerażającej, ale i rozczulającej przyjaźni dwóch braci. O niszczącym, ale i budującym wpływie, jaki starszy wywiera na młodszego. O wsparciu, jakie prześladowany przez rówieśników dwunastolatek znajduje tam, gdzie chyba nikt by się nie spodziewał. To jest w tej historii najciekawsze, że pomoc oferuje człowiek, który dopuszcza się nader ohydnych, niewybaczalnych czynów. Największą troskę okazuje Marty'emu ktoś, kto aż nadto zasłużył sobie na miano zwyrodnialca. Jak to niektórzy mówią: potwór w ludzkiej skórze. Ale w „Found”, i to jest w tym wszystkim najboleśniejsze, to sieje największe spustoszenie w umyśle, bezwzględny morderca to również kochający, oddany starszy brat. Co więcej, jedyna osoba w otoczeniu tego zagubionego, cierpiącego chłopca, która realnie pomaga mu poczuć się lepiej. Nie twierdzę, że metody Steve'a są odpowiednie, nie twierdzę, że będziecie je pochwalać, ale czy będziecie patrzeć na niego tylko jak na ludzką bestię? To wątpliwe, bo twórcy uczynili nieomal nadludzki wysiłek w kierunku ocieplenia jego wizerunku. Nie tyle mamy ignorować jego mroczną stronę, ile po prostu przyjąć do wiadomości fakt, że ten oto seryjny morderca jest osobą, która wlewa najwięcej światła w życie chłopca. Dziecka, które najbardziej pragnie akceptacji rówieśników i prawdziwej, nie jak to odbiera tylko pozorowanej, troski ze strony rodziców.

Found”, pierwsze pełnometrażowe reżyserskie osiągnięcie Scotta Schirmera, niskobudżetowy obraz oparty na minipowieści pod tym samym tytułem pióra Todda Rigneya, z którym Schirmer połączył siły na etapie tworzenia scenariusza, to jeden z lepszych thrillerów, jaki w całym swoich życiu obejrzałam. Mimo wyraźnych technicznych niedociągnięć - w sferze wizualnej, w żadnym razie nie dźwiękowej, bo akurat zróżnicowane utwory muzyczne, uważam, wytrwale pracują wyłącznie na użytek tej produkcji. Posępny, mroczny, depresyjny, ale i momentami też nieco rozpraszający to uparte poczucie beznadziei i cuchnącej zgnilizny panoszących się pod idyllicznym płaszczykiem uroczego amerykańskiego przedmieścia, czy małego miasteczka. Film, który sprawił, że patrzyłam na siebie z lekką odrazą, że wstydziłam się uczuć, jakie momentami we mnie ożywiał. Jakie przywoływała ta poruszająca relacja dwóch braci. Niepokojąca, z lekka szokująca, bez wątpienia tragiczna, bez wątpienia groźna, ale też na swój chory sposób piękna, wzruszająca. Wiem, jak to brzmi, ale uprzedzałam, że „Found” to thriller psychologiczny z elementami gore (klasyfikowany też jako horror), który bezlitośnie wybija ze strefy komfortu. A niewiele jest rzeczy bardziej nieprzyjemnych, niż patrzenie na jednostkę dopuszczającą się naprawdę odrażających czynów nie tylko jak na bezdusznego „potwora”, ale także, jak na po prostu człowieka, który potrafi kochać, któremu nie jest obojętny los drugiej osoby. Los młodszego brata, który przypadkiem poznał jego morderczą naturę. I bynajmniej nie uciekł z krzykiem. Wy raczej też nie uciekniecie od „Found”. Jest nawet spora szansa na to, że się tym niedrogim dziełkiem zachwycicie. Ja w każdym razie jestem pod dużym wrażaniem.

wtorek, 30 marca 2021

Dolores Redondo „Ofiara dla burzy”

 

Wydział zabójstw Policji Statutowej Nawarry pod kierownictwem inspektor Amai Salazar otrzymuje zgłoszenie dotyczące nagłego zgonu niemowlęcia, które zostaje uznane za śmierć łóżeczkową. Babcia zmarłego dziecka rzuca jednak podejrzenia na jego ojca. Śledczy znajdują dowody potwierdzające wersję starszej kobiety i zatrzymują podejrzanego o zabójstwo swojego własnego dziecka. Amaia i jej koledzy dowiadują się o podobnych sprawach, które miały miejsce w dolinie Baztán w mniej i bardziej odległej przeszłości. W śledztwie przewija się też demon z baskijskiej mitologii, Inguma, sprowadzający na swoje ofiary koszmary senne, paraliż, a na końcu często śmierć przez uduszenie. Trop prowadzi do domniemanej sekty, w skład której wchodzą odnoszący sukcesy, powszechnie szanowani ludzie z tych okolic.

Finał Trylogii Baztán, najbardziej dochodowego osiągnięcia hiszpańskiej powieściopisarki Dolores Redondo. „Ofiara dla burzy” (oryg. „Ofrenda a la tormenta”) swoją światową premierę miała w 2013 roku, tym samym, w którym wydano drugą odsłonę cyklu, „Legado en los huesos” (pol. „Świadectwo kości”) i mniej więcej rok po otwierającym Trylogię Baztán „El guardián invisible” (pol. „Niewidzialny strażnik”), a jej filmowa wersja – tak jak poprzednie w reżyserii Fernando Gonzáleza Moliny - ukazała się w roku 2020. W 2019 roku cykl wzbogacono o prequel, powieść „La cara norte del corazón” (pol. „Kształt serca”). W posłowiu dodanym do „Ofiary dla burzy” Dolores Redondo przytacza autentyczną sprawę kryminalną, dotyczącą rytualnego zabójstwa czternastomiesięcznej dziewczynki imieniem Ainara, która popchnęła ją do stworzenia tej serii.

Ofiara dla burzy” swój początek znajduje miesiąc po wydarzeniach opisanych w „Świadectwie kości” i przeszło rok po sprawie basajauna, seryjnego mordercy grasującego w dolinie Baztán, którego poznaliśmy w „Niewidzialnym strażniku”. W drugiej odsłonie intrygę kryminalną autorka wzniosła na fundamencie zaakcentowanym już w „Niewidzialnych strażniku” - jeden szczegół z tamtej powieści dał początek nowej sprawie. Ten ruch powtórzyła w „Ofierze dla burzy”, tyle że tym razem odniosła się do motywów delikatnie zaznaczonych w „Świadectwie kości”. Tak jak poprzednio Redondo rozwija wątki, którym wcześniej nie nadawała aż takiej wagi. Mowa o domniemanej sekcie okultystycznej prawdopodobnie zawiązanej w latach 70-tych XX wieku w dolinie Baztán oraz, jak podejrzewa inspektor Amaia Salazar, ściśle powiązanymi z tą sprawą nagłymi zgonami dzieci, które nie przekroczyły drugiego roku życia. Pamiętamy, że w „Świadectwie kości” emerytowana pielęgniarka z Elizondo przyznała się Amai do odrażającego procederu pozbywania się niechcianych noworodków. Stąd wyrasta intryga przedstawiona na kartach „Ofiary dla burzy” - to wyznanie stanowi podstawę nowej i chyba najbardziej przygnębiającej sprawy w dotychczasowej karierze policyjnej Amai Salazar. Żeby było jeszcze ciekawiej, „Ofiara dla burzy” kwestionuje wnioski, do jakich śledczy doszli w sprawach basajauna i Tarttala, odpowiednio z „Niewidzialnego strażnika” i „Świadectwa kości”. Czyli w zgodzie z tradycją – tak to zazwyczaj odbywa się w trylogiach. W finale dosłownie wszystko może odwrócić się o sto osiemdziesiąt stopni. Drastycznie zmienić się mogą obrazy, których dotąd nie mieliśmy powodu podważać. Kryminalne sprawy, które wydawały się rozwiązane, teraz prześledzimy nowym okiem. Redondo wydobędzie na światło dzienne wszystko to, co w poprzednich tomach nie zostało odkryte, a ma, być może, decyduje znaczenie tak w sprawach basajauna i Tarttala, jak w sprawie podejrzanych zgonów niemowląt, którą w „Ofierze dla burzy” rozpracowuje zespół Amai Salazar. Nieoficjalnie, bo brakuje dowodów na poparcie dość śmiałej tezy wystosowanej przez tę nadzwyczaj błyskotliwą panią inspektor, która jak wiele na to wskazuje może liczyć na wsparcie istot nie z tego świata, ale i musi uważać na przeciwstawne siły tej samej, nadprzyrodzonej, natury. Właściwie cała Trylogia Baztán jest naznaczona potężnym, chwilami trudnym do wytrzymania, cierpieniem, niewyobrażalną męką, katuszami człowieczego istnienia, potwornościami zgotowanymi bliźnim. Także własnym dzieciom. Mając na uwadze wstrząsającą autentyczną sprawę, która natchnęła Dolores Redondo do spisania tej kilkutomowej historii, a którą przytacza na końcu omawianej publikacji, nie mam wątpliwości, że ta ciężka atmosfera stanowiła swoiste odbicie stanu ducha samej autorki. Uczuć, jakie wlała w nią sprawa śmierci czternastomiesięcznej dziewczynki o imieniu Ainara. Okrucieństwo zrodzone z fanatycznej wiary, niewyobrażalnego egoizmu i materializmu. Nadzwyczaj rozbuchanego, chorobliwego wręcz pragnienia poprawienia swojego statusu społecznego. W „Ofierze dla burzy” policyjne śledztwo częściej niż w poprzednich tomach, ustępuje miejsca bardziej osobistym kwestiom. Prywatnej sferze życia inspektor Amai Salazar, która już w „Świadectwie kości” znalazła się na rozstaju, stanęła na życiowym rozdrożu, ale tak naprawdę dopiero teraz dokonuje wyboru. A przynajmniej stawia parę dużych kroków, które oddalają ją od jednej z najbliższych jej osób. To nie jest ta Amaia, którą zdążyliśmy tak dobrze poznać. Silna, stanowcza, prawie nieomylna, wiedząca czego chce od życia, inteligentna policjantka, kochająca żona, a od niedawna także matka przeuroczego chłopca. W „Ofierze dla burzy” Amaia Salazar jest mocno pogubiona. Ona sama dochodzi do wniosku, że popełnia karygodne błędy w pracy, ale takiego rachunku sumienia nie dokonuje już w przypadku tej drugiej sfery swojego życia. Odbiorca „Ofiary dla burzy” w przeciwieństwie do niej, zapewne będzie śledził jej poczynania z narastającym niepokojem. Będzie coraz bardziej obawiał się o jej przyszłość, aczkolwiek nie można wykluczyć, że znajdą się i tacy, którzy szybko dojdą do wniosku, że Amaia potrzebowała takiej zmiany, że dobrze robi otwierając ten nowy rozdział swojego życia i jednocześnie zamykając inny, który niewiele miał już jej do zaoferowania.

Jest taki moment, taki gest, taka rozmowa telefoniczna, takie słowa, które zmieniają wszystko. A kiedy to się zdarza, kiedy nadchodzi ten moment, kiedy padają te słowa, rozbijają na drobne kawałki stery, którym – jak ci się wydawało – kontrolowałeś swoje życie, rujnują złudzenia i plany, które snułeś, i ukazują ci surowe oblicze rzeczywistości. Pokazują ci, że to, co wydawało się niezmienne, nie jest takie, że wszystkie starania są absurdalne, że jedyną rzeczą absolutną jest chaos, który zmusza się do zgięcia karku, do poddania się i poniżenia przed potęgą śmierci.”

Mistyczna aura znana z poprzednich tomów cyklu Dolores Redondo nie odstępuje od doliny Baztán. W „Ofierze dla burzy” też obracamy się w takich magicznych klimatach obciążonych jakąś nadnaturalną groźbą, ale autorka już dużo rzadziej pozwala sobie na dobitniejsze emanacje nieznanego. Rzadziej eksploatuje ziemie fantasty/dark fantasy, ale to nie znaczy, że odstępuje od swojego zwyczaju naprowadzania śledczych na trop kolejnej postaci z mitologii baskijskiej. Do basajauna i Tarttala, dołącza Inguma, demoniczna istota atakująca ludzi we śnie. Istota tak naprawdę obecna w wielu kulturach, tyle że różnie nazywana – polskim czytelnikom może być znana jako zmora lub mara. Oczywiście w Trylogii Baztán przewija się więcej istot z mitologii baskijskiej, ale wyszczególniona trójca, że tak to ujmę, reprezentuje śledztwa prowadzone przez inspektor Amaię Salazar. Trzy śledztwa, które ponad wszelką wątpliwość łączą się w drobniejszych punktach, ale w miarę rozwoju „Ofiary dla burzy” w czytelniku będzie rosło przekonanie, że te związki są dużo większe, że autorka przez cały czas nas zwodziła, że prawda jest bardziej złożona, niż się nam wydawało. Albo nie. Albo sprawa nagłych zgonów niemowląt, której teraz przygląda się Amaia Salazar, jeśli w ogóle jest w niej coś podejrzanego, nie pokrywa się aż tak bardzo jak myślimy ze sprawami basajauna i Tarttala. Może Amaia Salazar pobłądziła i na tym polu, może błędnie odczytuje poszlaki, może nawet jej dotychczas praktycznie niezawodny policyjny instynkt, w tym przypadku okazuje się mylący. Co prawda główna bohaterka cyklu Baztán ma już doświadczenie w prowadzeniu spraw, w które jest też osobiście zaangażowana, które dotykają jej prywatnego życia, ale być może doszła już do granicy swojej wytrzymałości. Może psychicznie nie jest już w stanie udźwignąć kolejnego śledztwa, które jak jej się wydaje, dotyczy także jej osoby. Wiąże się ono z historią jej rodu, z demonami przeszłości, których Amaia jeszcze nie zwalczyła i co gorsza patrząc na nią teraz, nie można oprzeć się wrażeniu, że się poddała. Oddała zwycięstwo Złu, tym samym godząc się z tym, że już do końca swoich dni na tym smutnym padole będzie rozpamiętywać straszliwą przeszłość na jawie i we śnie. Pogodziła się z tym, że jej wróg nigdy jej nie odstąpi, że już zawsze będzie kładł się cieniem na jej życiu? Że jego duch zawsze będzie jej towarzyszył, już zawsze będzie ją dręczył? Moim zdaniem największą siłą „Ofiary dla burzy” jest właśnie ta zmiana, jaka zachodzi w dotychczas tak walecznej, nieustępliwej i niezmiennie fascynującej postaci, jaką jest czołowa postać tej niebanalnej serii. W omawianej powieści Amaia Salazar fascynowała mnie chyba jeszcze bardziej niż dotychczas. Proces, jaki tym razem w niej zachodzi jest nie tylko bardziej złożony, ale i zdecydowanie bardziej niepokojący. Oblicze, jakie ta nadzwyczaj ciężko doświadczona przez życie bohaterka pokazuje w „Ofierze dla burzy”, nie tylko oddala ją od przynajmniej jednej z najbliższych jej osób, ale wręcz w ogóle od światła. Innymi słowy, od pewnego momentu nie odstępowało mnie przeczucie, że prawie rozstrzygnęła się już walka nadnaturalnych istot, które ciągle toczą zajadły bój o jej duszę. I to, jak szczerze mówiąc od początku zakładałam, na jej niekorzyść, bo szala w moim pojęciu, coraz to mocniej przechylała się tam, gdzie stoi jej największy wróg. W środkowej części książki Dolores Redondo moim zdaniem zbyt mało miejsca poświęca kryminalnej sprawie, którą nieoficjalnie zajmuje się zespół śledczych, któremu szefuje nasza już nie tak dzielna i nie tak imponująco domyślna jak wcześniej – co w moich oczach tylko dodawało, w żadnym razie nie ujmowało, jej wiarygodności, a przecież już wcześniej nie miałam powodów do narzekań w tej materii - inspektor Amaia Salazar. Przydałoby się bardziej rzecz rozwinąć, ale muszę zaznaczyć, że natężenie niewygodnych emocji, których przecież oczekuje się od tego rodzaju literatury („Ofiara dla burzy” to przede wszystkim thriller psychologiczny, a dopiero w dalszej kolejności kryminał z domieszką dark fantasy) było u mnie bardzo wysokie. Właściwie to nie jestem pewna, czy zniosłabym jeszcze więcej szczegółów tej domniemanej zbrodniczej działalności rozpoczętej dziesiątki lat wcześniej przez pseudosatanistyczną sektę. Taką teorię wysnuwa inspektor Amaia Salazar, ale tym razem może się mylić. Dolores Redondo niekoniecznie więc podepnie się pod znany motyw morderczej sekty, ludzi których wiara, ale i skrajnie egoistyczna natura, popchnęły do wyjątkowo ohydnych zbrodni. Ten wątek łączy się z demoniczną istotą z mitologii baskijskiej, która osobom zaznajomionym z poprzednimi odsłonami tej trylogii (tak, tak, jest jeszcze prequel) niekoniecznie będzie się jawiła jedynie jako wytwór chorej wyobraźni bandy zwyrodnialców, którym prawdopodobniej jakiś nawiedzony guru wyprał mózgi. Rzecz jasna, jeśli przyjąć wersję, której przynajmniej przez jakiś czas twardo trzyma się... jedna z najlepszych literackich postaci, jaką miałam przyjemność poznać. I mam nadzieję, że obietnica, którą Dolores Redondo kończy „Ofiarę dla burzy” znajdzie pokrycie. Sugestia, że historia Amai Salazar i innych będzie miała swój ciąg dalszy. Liczę na to, bo uzależniłam się od tej oszałamiającej prozy.

Ofiara dla burzy” w moim osobistym rankingu powieści wchodzących w skład cyklu Baztán autorstwa Dolores Redondo, zajmuje drugie miejsce. Moim numerem jeden pozostaje „Świadectwo kości”, a „Niewidzialny strażnik” siłą rzeczy spada na sam dół podium, a przecież już to „uroczyste otwarcie” Trylogii Baztán wysoko zawiesiło poprzeczkę. Wysoko postawiła ją ta hiszpańska autorka, ta mistrzyni pióra, ten ogromny talent, który mam nadzieję będzie pożytkowany również na dalsze dzieje między innymi inspektor Amai Salazar. Prequel Trylogii Baztán jeszcze przede mną, ale już chciałabym trzymać w rękach część czwartą, a portem piątą, a potem jeszcze jedną i jeszcze... Takie mam marzenie, żeby to trwało i trwało. Ta wspaniała przygoda z Amaią Salazar, którą nie ja jedna pragnę kontynuować. Jest więc nadzieja, że Dolores Redondo ugnie się po presją:) czytelników z różnych stron świata.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 28 marca 2021

„Trick” (2019)

 

W 2015 roku w Benton w stanie Nowy Jork podczas imprezy halloweenowej licealista Patrick 'Trick' Weaver zaczyna nagle zabijać swoich kolegów i koleżanki. Zabójcę udaje się schwytać, ale niedługo po przetransportowaniu do szpitala podejmuje próbę ucieczki, w trakcie której odnosi poważne obrażania, a następnie znika. Zajmująca się tą sprawą szeryf Lisa Jayne jest przekonana, że Trick zginął, ale współpracujący z nią detektyw Mike Denver ma co do tego wątpliwości. W następne Halloween w innej miejscowości dochodzi do podobnej masakry, a Denver jest jedynym przedstawicielem organów ścigania, który wierzy, że sprawcą jest Trick. Nie ma również wątpliwości, że za ataki przypuszczone w kolejnych latach, zawsze w Halloween, też odpowiada Patrick Weaver. Dopiero w 2019 roku, kiedy zabójca znów zawita w Benton, koledzy detektywa Mike'a Denvera zaczną poważniej brać pod uwagę tę nieprawdopodobną możliwość, przy której on od lat się upierał.

Wydany w 2019 roku amerykański slasher pod tytułem „Trick” został wyreżyserowany przez ucznia Wesa Cravena, Patricka Lussiera, który ma na koncie takie filmy, jak: „Armia Boga 3: Proroctwo” (2000), „Dracula 2000” (2000), „Dracula II: Odrodzenie” (2003), „Dracula III: Dziedzictwo” (2005), „Głosy 2” (2007), „Krwawe walentynki” (2009), remake „Mojej krwawej walentynki” George'a Mihalki z 1981 roku, oraz „Piekielną zemstę” (2011). Scenariusz Lussier napisał wespół z Toddem Farmerem, z którym wcześniej współpracował nad „Krwawymi walentynkami”. A w obsadzie znalazł się między innymi Tom Atkins, także związany z remakiem „Mojej krwawej walentynki”. Film kręcono w stanie Nowy Jork, w pobliżu rzeki Hudson, w zimnej marcowej atmosferze – pracę utrudniał zacinający, marznący deszcz, śnieg i porywisty wiatr. Premierowy pokaz horroru „Trick” odbył się piątego października 2019 roku na Sitges Film Festival.

Wśród ulubionych filmów Patricka Lussiera są „Obcy - ósmy pasażer Nostromo” Ridleya Scotta, „Coś” Johna Carpentera, „Inwazja łowców ciał” Philipa Kaufmana, „Szczęki” Stevena Spielberga, „Zemsta po latach” Petera Medaka i „Zodiak” Davida Finchera. Ale najwięcej zawdzięcza nieodżałowanemu Wesowi Cravenowi. To on wywarł na Lussiera największy wpływ - pracował dla niego od 1991 do 2009 roku, chłonąc jego ogromną wiedzę o filmie, ucząc się fachu od jednego z niekwestionowanych mistrzów filmowego horroru. Patrick Lussier i Todd Farmer chcieli by „Trick” stanowił połączenie slashera z filmem noir. Pomny nauk Cravena, reżyser i współscenarzysta tego przedsięwzięcia szczególną wagę przywiązywał do postaci: ich charakterów i sposobu prowadzenia. Tak twierdzi, ale ja odnotowałam w „Tricku” coś wprost przeciwnego. Bo i trudno skupiać się na postaciach, gdy człowiek ciągle w biegu. Z drugiej strony Lussier w swojej „Piekielnej zemście” udowodnił mi już, że to potrafi. Tutaj jednak naiwnie myślałam, że akcja zwolni, gdy już zakończy się wyjątkowo długi prolog. Założyłam, że to prolog, ale potem w to zwątpiłam. Teledyskowa forma, szybko następujące po sobie obrazki z brutalnych ataków przypuszczanych przez zamaskowanego mężczyznę, który pod maską skrywa pomalowaną twarz (makijaż w duchu Halloween) oraz migawki ze śledczymi zajmującymi się sprawą Patricka „Tricka” Weavera, który może ma swojego naśladowcę/naśladowców, jak uważa szeryf Lisa Jayne (taki sobie występ Ellen Adair) z Benton w stanie Nowy Jork, gdzie historia Tricka w 2015 roku znalazła swój początek. A może rację ma współpracujący z nią detektyw Mike Denver (też poprawna, ale ogólnie niezbyt wymagająca kreacja Omara Eppsa; swoją drogą aktor ten miał małą rólkę w „Krzyku 2” Wesa Cravena, o którym już tu wspominano i co też warte odnotowania w „Tricku” pojawia się Randy Meeks, to znaczy Jamie Kennedy), który nie wierzy, że Patrick Weaver zginął krótko po masakrze, jakiej dokonał w Halloween 2015. Z prologu-nie prologu przedmiotowej produkcji wynika, że morderca zwany Trickiem pojawia się w każde Halloween, oczywiście począwszy od roku 2015. Najpierw uderza w Benton, a w kolejnych latach wybiera okoliczne miejscowości. On albo jego naśladowca, ale szczerze mówiąc ani przez chwilę nie brałam pod uwagę tej drugiej ewentualności. To w końcu slasher, czyli rodzaj horroru, w którym niezniszczalność seryjnego mordercy nikogo dziwić nie powinna. Tak czy inaczej trudno nie skojarzyć Tricka z Michaelem Myersem, popkulturowym fenomenem, zabójcą ze slasherowego cyklu „Halloween”, zapoczątkowanego w 1978 roku przez Johna Carpentera. Co nie znaczy, że widzę jakąkolwiek szansę na to, że Trick sławą dorówna tamtemu obsesjonatowi okresu halloweenowego. Kiedy go poznajemy ma na głowie dwustronną maskę wyobrażającą wyciętą dynię, ale szybko okazuje się, że nie jest przywiązany tylko do tej jednej. Wkłada też inne halloweenowe maski, ale pokazuje się też bez takich dodatków – w tych chwilach chwali się starannym makijażem kościotrupa. Myślę, że długoletnim fanom slasherów już podczas pierwszego morderczego występu Tricka nie umknie poważna kandydatka na final girl, choć wtedy jeszcze nie jest zbyt eksponowana. Wśród postaci pozytywnych już wówczas na pierwszy plan wysuwa się detektyw Mike Denver, działający ramię w ramię z szeryf Lisą Jayne. Razem udaremniają próbę ucieczki licealisty, który urządził istną rzeź na halloweenowej imprezie. Zabił kilkoro swoich rówieśników, a wśród tych, którym udało się przeżyć jest nasza potencjalna final girl Cheryl Winston - przyzwoity występ Kristiny Reyes, choć tak naprawdę dopiero w dalszej partii jej bohaterka mocniej przykuwała moją uwagę. Wcześniej tak jakby trzymano ją w cieniu rzucanym przez Denvera i Jayne.

Kiedy wreszcie zakończył się sprint po halloweenowej krwawej działalności Tricka – choć czerwona substancja leje się dość obficie, choć odrywa się trochę kończyn, a i trochę ludzkich wnętrzności (jelita chociażby) rzuca się w oczy, wszystko dzieje się tak szybko i emanuje z tego taka beznamiętność, że raczej nie trzeba szykować się na nudności, poczucie wstrętu, niesmaku etc. - twórcy kazali mi sądzić, że dobrze zrobiłam przeczekując ten przesadnie dynamiczny, długi wstęp do właściwej historii. Moim oczom ukazały się bowiem ponure zdjęcia miasta, w którym Trick przed paroma laty, jak wszystko na to wskazuje, urządził swoją pierwszą masakrę. Tym samym dając początek nowej urban legend, której głównym nośnikiem stał się oczywiście internet. Mamy rok 2019 i znowu jesteśmy w Benton w stanie Nowy Jork. Kamera powoli przesuwa się po szarawym krajobrazie miejskim, a ze mnie wreszcie zaczyna wyparowywać straszliwa obojętność. Wreszcie mogę skupić się na fabule, wreszcie widzę klimat bardziej odpowiedni dla horroru, niż, jak to miało miejsce wcześniej, kina akcji. To drugie wprawdzie zostało ze mną na dłużej. Albo inaczej: atmosfera, jak się wydaje, zdefiniowanego zagrożenia, lekkie ponurości, trochę mroku, a przede wszystkim widoczna już „w poprzednich latach” halloweenowa aura, ta charakterystyczna dla tego okresu jarmarczność, to tu, to tam przebijało z tej rozpędzonej jak Pendolino historyjki. Zamiast obiecanej stylistyki noir dostałam coś na kształt taniej sensacji. Trick pojawia się, robi demolkę, po czym znika. A musicie wiedzieć, że jest jak ninja ten nasz antybohater. Bo kogo w XXI wieku przeraziłby ślimaczący się slasherowy zabójca, taki jak na przykład Michael Myers, czy Jason Voorhees? Toż to przeżytki! Teraz tacy antagoniści muszą działać błyskawicznie – z kopa tu, ciach-ciach tam, a teraz z półobrotu, na dokładkę parę szybkich dźgnięć i już go nie ma. Mało? No to uderzymy z grubszego działa – tego pozbawimy głowy, tamtą palców, a następnym razem zmiażdżymy kogoś wielkim kamiennym krzyżem. Ale najlepsze szykujemy na koniec. Prawdziwe widowisko odbędzie się w halloweenową noc roku 2019. A już całkiem na poważnie, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że scenariusz „Tricka” składa się jedynie ze wstępu i zakończenia. Nie ma rozwinięcia. Gdzie te postacie, co to ponoć miały napędzać ową opowieść? Gdzie to satysfakcjonuje towarzystwo, które miało być głównym czynnikiem determinującym zainteresowanie widza? Widzicie to? Bo ja, choć się starałam, nie potrafiłam wypatrzeć tych nośnych osobowości. Z małym, wspomnianym już, wyjątkiem – Cheryl później. Jako że jestem osobą starej daty, na praktycznie wszystkie te nadzwyczaj liczne akcje Tricka patrzyłam z przykrością, pobłażaniem, ale i lekkim zdumieniem. To horror, czy film akcji? Normalnie jak Daredevil. Tyle że tym razem opowiadający się po stronie zła. Skuszony przez ciemną stronę mocy. Ulegający jej potędze... Dobra, zostawmy te odniesienia. Spójrzmy na „Tricka” jak na oddzielne dzieło, którym zresztą jest. Pochylmy się na tą konkretną historią, która wprowadza do światka filmowego horroru nowego zamaskowanego, ale i odpowiednio umalowanego seryjnego, ale i masowego mordercę o „złowieszczo brzmiącej” ksywie Trick. Co by tu jeszcze można o nim napisać? Mówiłam już, że to niezwykle szybki, nadzwyczaj sprawny, przynajmniej na pozór niezniszczalny, nieśmiertelny człowiek-duch? To tyle o nim. Każdą postać pozytywną, która dosłownie przewija się w tym rozpędzonym do granic możliwości, mimo wszystko, slasherze, też można opisać jednym zdaniem. Detektyw Mike Denver jest człowiekiem sceptycznym, zwykle twardo stąpającym po ziemi, ale też nieignorującym dowodów, które wydają się być sprzeczne z jego światopoglądem, dlatego nie ma problemu z przyjęciem do wiadomości faktu, że Trick ma w sobie coś nadprzyrodzonego. Szeryf Lisa Jayne wręcz przeciwnie: na co dzień jest mniejszym niedowiarkiem, ale akurat w masakrach dokonywanych w Halloween w Benton, gdzie urzęduje, i jego okolicach, nie widzi niczego niezwykłego, bo jest przekonana, że Trick zginął, a potem pojawił się jego naśladowca, ewentualnie naśladowcy. A Cheryl Winston? Dowiedziałam się o niej tyle, że skończyła liceum, a teraz odwiedza w szpitalu swojego ojca - jedynego rodzica, jaki jej pozostał – który niedawno miał wypadek albo, w co Cheryl nie chce wierzyć, targnął się na własne życie. No dobrze, dodam jeszcze jedno zdanie: Cheryl nadal przyjaźni się z koleżanką ze szkolnej ławy, która, jak to zazwyczaj z takimi duetami w slasherach bywa, jest osobą dużo bardziej przebojową, najwyraźniej nie tak odpowiedzialną, nie tak sumienną, tak grzeczną, jak Cheryl. Nie ukrywam, że dałam się twórcom zaskoczyć, że informacja ujawniona pod koniec tego wątpliwej jakości widowiska, była dla mnie w sumie dość dużą niespodzianką, ale z reakcji niektórych widzów wnoszę, że i ten strzał nie był całkiem trafiony. Nie wszystkich to przekonało. Nie wszystkim się to odpowiednio posklejało.

Utrzymany w zawrotnym tempie amerykański slasher, za którym, wydaje mi się, prędzej opowiedzą się miłośnicy kina akcji. I to tego niewymagającego od widza większego skupienia na fabule. Bo fabuła w „Tricku” jest marginalna, nadzwyczaj szczątkowa. Powiecie: przecież filmy slash nie słyną z rozbudowanych, wielowątkowych scenariuszy. Ale żeby aż tak? Żeby aż tak migawkowo rzecz opowiadać? Żeby aż tak zaniedbywać postacie? Żeby sprowadzać praktycznie cały film do starć z niezwykle zwinną maszyną do zabijania? No powiedzcie sami, czy dokładnie czegoś takiego spodziewacie się po slasherze? Na to liczycie? Jeśli tak, to w porządku. Tym lepiej dla Was, jeśli zdecydujecie się sprawdzić ten oto „Trick” Patricka Lussiera. Ja byłam w mniej dogodnej pozycji. Ja miałam gorzej. I doprawdy nie wiem, jakim cudem dotrwałam do napisów końcowych. Normalnie nadziwić się nie mogę.

piątek, 26 marca 2021

„Krwawe ostre cięcie” (2020)

 

Claire jest zdolną stylistką fryzur, której mocno doskwiera samotność. Jest też seryjną morderczynią, która swoje ofiary wybiera również wśród klientek. Zdejmuje z nich skalpy i gromadzi je w przydomowej piwnicy. Trofea te pozwalają jej choć przez chwilę poczuć się jak ktoś inny. Ktoś, kim chciałaby być. Kiedy Claire bardziej zbliża się do jednej ze swoich klientek, Olivii, która niedługo ma wyjść za mąż, jej życie wreszcie nabiera barw. Stylistce brakuje obycia towarzyskiego, ale w obecności Olivii i jej znajomych stara się zachowywać tak, jak według niej trzeba. Nie zawsze jest zadowolona z efektów, ale nie ustaje w wysiłkach, by przypodobać się Olivii.

W 2016 roku ukazał się piętnastominutowy filmik pod tytułem „The Stylist” wyreżyserowany przez fankę kina grozy, Jill Gevargizian. W roli głównej obsadziła Najarrę Townsend, która po paru latach „powtórzyła ten występ”. W pierwszym pełnometrażowym obrazie Gevargizian, będącym rozszerzoną wersją „The Stylist”. I noszącym ten sam tytuł. Scenariusz Gevargizian napisała razem z Erikiem Stolze i Erikiem Havensem, scenarzystą krótkometrażówki, od której to wszystko się zaczęło. Pomysł na historię o morderczej stylistce fryzur wyszedł od Gevargizian, która także zajmuje się fryzjerstwem, ale nic nie wiadomo o tym, by zabijała niektóre ze swoich klientek. Inspirację czerpała przede wszystkim ze swojego ukochanego filmu, „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” Tobe'a Hoopera, a jednym z jej głównym dążeń było nakłonienie publiczności do wejścia w skórę morderczyni. W żadnym razie nie zabiegała o akceptację dla krwawego procederu Claire, zależało jej tylko na tym, by widz spojrzał na nią również jak na cierpiącego człowieka, nie tylko „potwora w ludzkiej skórze”. Pierwszy pokaz „The Stylist”, thrillera psychologicznego z elementami gore, odbył się we wrześniu 2020 roku na Fantastic Fest w swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych. Potem gościł jeszcze na innych filmowych festiwalach, a szersza dystrybucja (internet) rozpoczęła się pierwszego marca 2021 roku.

Jill Gevargizian omawiając w mediach swój debiutancki film wspomniała kobietę, którą skazano na śmierć za coś, czego nie zamierza usprawiedliwiać. Dopuściła się ona czegoś naprawdę niewybaczalnego, ale według Gevargizian można było temu zapobiec. Już w okresie nastoletnim bowiem zwróciła ona uwagę odpowiednich organów. Organów, które mogły, pewnie nawet powinny, jej pomóc, ale jak to często bywa pozostawiły ją samej sobie. System zadziałał dopiero wówczas, gdy dopuściła się zbrodni – postawiono ją przed sądem i skazano na karę śmierci, którą jakiś czas później wykonano. Zwykle na ludzi, którzy dopuszczają się naprawdę odrażających czynów patrzy się jedynie przez pryzmat tychże. Przykleja się im łatkę „potwora” i nawet nie próbuje spojrzeć na nich jak na człowieka. Odmawia się im człowieczeństwa, dehumanizuje, bo tak jest prościej, wygodniej. Jill Gevargizian należy do tej mniej licznej grupy osób, które mają chęć i odwagę odkrywać też tę drugą stronę medalu. To dość ryzykowne, choć spotykane już w kinie, podejście do czarnego charakteru, ponieważ łatwo zasiać w widzach przekonanie, że próbuje się usprawiedliwić kogoś, kto ponad wszelką wątpliwość dopuszcza się potwornych czynów. Usprawiedliwić seryjną morderczynię. Porywając się na takie historie trzeba bardzo się pilnować, ażeby przypadkiem nie zapracować sobie na niechlubną etykietkę artystki sympatyzującej z ludźmi przelewającymi krew bliźnich. W moim poczuciu Gevargizian i jej ekipie udało się znaleźć tę równowagę. Skierować na tytułową postać dwa reflektory – pokazać ją zarówno w ciemnym, jak i w jaśniejszym świetle. To drugie warunkuje wprawdzie pierwsze, ale nie rozgrzesza. Nie w moich oczach. W sumie już dla samego występu Najarry Townsend warto było zobaczyć „The Stylist”. W tej niewątpliwie niełatwej roli, aktorka spisała się wprost obłędnie. Pokazała ogromną paletę emocji tak by przekładały się one na oglądającego. Kiedy Claire rozpaczała, smutek ogarniał i mnie. Kiedy w jej serce wlała się nadzieja, i we mnie ona zaiskrzyła. Kiedy zaś „wstępował w nią demon”, we mnie wstępowała odraza. Ze zgrozą patrzyłam na jej mroczną działalność, na jej sposób radzenia sobie z trudami dnia codziennego. Claire desperacko szuka sposobu na wyrwanie się z kleszczy samotności. Chciałaby mieć przyjaciół, marzy o założeniu rodziny i toczeniu takiego prostego, acz satysfakcjonującego życia, jakim cieszą się na przykład jej klientki. Kobiety, które opowiadają jej o sobie, kiedy zajmuje się ich włosami. Właściwie tylko w ten sposób Claire czuje się bliżej innych. To jedyna forma nawiązywania stosunków międzyludzkich, jaką praktykuje przed przyjęciem oferty Olivii (przekonująca kreacja Brei Grant), jednej ze swoich wiernych klientek. Claire robi dla niej wyjątek – zwykle nie zajmuje się fryzurami ślubnymi, ale Olivii daje się uprosić. Z perspektywy Claire ta decyzja okazuje się strzałem w dziesiątkę. Wreszcie dostaje szansę na nawiązanie bliższej relacji z drugim człowiekiem. Wreszcie znajduje prawdziwą przyjaciółkę. I nie ma już potrzeby kraść życia innym. Claire zamyka ten rozdział swojego życia (zabija dechami) i nie bez obaw wkracza w zupełnie nowy dla niej świat. Poznaje smak życia, jakie zawsze chciała wieść. Smak, który zauważalnie jest dla niej nieco cierpki. Claire choć bardzo się stara (za bardzo), nie potrafi odnaleźć się ani w większym, ani nawet w jednoosobowym towarzystwie. Trudno, żeby przychodziło jej to naturalnie, skoro dotychczas jej kontakty z ludźmi ograniczały się jedynie do niezobowiązujących rozmów z klientami i ekspedientkami.

The Stylist” Jill Gevargizian może być odbierany albo jako dość makabryczny psychothriller, albo jako umiarkowanie krwawy horror psychologiczny. Ja bardziej skłaniam się ku pierwszemu z wymienionych, choć obraz ten przywiódł wspomnienia „Maniaca” Francka Khalfouna, remaku kultowego filmu z 1980 roku w reżyserii Williama Lustiga. Podobny klimat? Wrażliwość? Trudno powiedzieć. Wiem tylko, że śledząc dzieje Claire myślałam głównie nie o tej oryginalnej, ale właśnie uwspółcześnionej wersji „Maniaka”. Pomimo to uważam, że pierwszy długometrażowy film Jill Gevargizian jest filmem z charakterem. Jest w tych obrazach i dźwiękach hipnotyczna stylowość, od czasu do czasu nawet ewidentna zmysłowość. Bije z tych zręcznie zmontowanych zdjęć (warto wyróżnić: dzielenie obrazu à la Brian De Palma) jakaś żywotność, specyficzna plastyka: mnóstwo wystudiowanej, starannie obliczonej jaskrawości. Ciekawie komponuje się to ze ścieżką dźwiękową – spokojnymi, melancholijnymi, ale i obarczonymi nienachalną, nieagresywną, ledwo zaznaczaną groźbą (jest w tym coś trwożliwego, choć tak smutnego) - utworami wygrywanymi na prawdziwych instrumentach. Magiczne trio, które pracowało też nad krótkometrażówką stanowiącą podstawę omawianego filmu: Robert Patrick Stern (zdjęcia), Nicholas Elert (muzyka) i John Pata (montaż). Wspólnymi siłami wytworzyli efektywną i charakterną warstwę audiowizualną. Oczywiście przy wsparciu pozostałych członków ekipy, którym profesjonalizmu też nie zamierzam odmawiać oraz pod kierownictwem kobiety, która jest szaleńczo zakochana w kinie grozy. To czuć w „The Stylist”. Choć poszukiwacze oryginalnych motywów mogą poczuć się nieco rozczarowani. Modus operandi wymyślonej przez Jill Gevargizian seryjnej morderczyni to jest jakiś pomysł. Co prawda ona sama nie ukrywa, że owoc ten wydała „Teksańska masakra piłą mechaniczną” Tobe'a Hoopera, ale szczerze mówiąc nie domyśliłabym się tego, gdyby reżyserka i współscenarzystka omawianego dziełka nie podała tej informacji do wiadomości publicznej. Owszem, Claire wzorem Leatherface'a, wykorzystuje swoje makabryczne trofea w charakterze czegoś na kształt ubioru. A konkretnie na naszych oczach (realistycznie się prezentujące – nawet substancja imitująca krew – praktyczne efekty specjalne) odkrawa z głów jeszcze żywych kobiet (ofiary tracą przytomność po spożyciu jakiegoś środka, który Clair zazwyczaj ukradkiem dodaje do ich napojów) fragment skóry, z którego wyrastają włosy. Gdy już pozyska swój cenny łup, dopełnia dzieła zniszczenia jednostki ludzkiej, czego już z taką dokładnością twórcy nie unaoczniają. Nie ulega jednak wątpliwości, że Claire nie tylko pozbawia życia swoje wcześniej okradzione z interesującej ją części ciała, ofiary, ale również pozbywa się ich zwłok. Stara się je ukryć, ale nie można powiedzieć, że wykazuje się przy tym jakąś wielką inwencją, a już na pewno nie wkłada w to dużo wysiłku. Bo i nie ma takiej potrzeby. To się sprawdza. Do czasu? To bardzo prawdopodobne. Nawet jeśli Claire wytrwa w swoim postanowieniu niepozyskiwania większej liczby skalpów, pomagających jej poczuć się jak nie ona. Przedzierzgnąć w kogoś innego. W którąś z kobiet, które w domyśle zdążyła poznać jedynie powierzchownie i które zdążyła już ograbić z życia... i włosów. Chore? Z pewnością. Godne najwyższego potępienia? Pewnie, że tak. A czy warte zbadania? Warte bliższego poznania tej bez wątpienia chorej młodej kobiety? Mnie jak najbardziej zachęcili twórcy do zagłębienia się w ten przypadek. Nie twierdzę, że było to przeżycie łatwe i przyjemne, bo i nie taki był cel „The Stylist”. Miałam czuć się nieswojo, niekomfortowo z emocjami, które chcąc nie chcąc, we mnie rozkwitały. Ścierały się. Kłóciły. Kłóciła się odraza ze współczuciem. Kłócił się przytłaczający smutek z nadzieją. Pewność, że Claire nie zasługuje na szczęśliwy żywot, o który teraz tak zdecydowanie zabiega, ale też żałowanie takiego stanu rzeczy. Żałowanie, że nie może być to jedna z tych historii, w której unicestwienie/zdemaskowanie czarnego charakteru przynosi oczyszczenie. Takie historie zwykle nie mają happy endu. Bo nawet jeśli pozytywnej bohaterce (Olivii) uda się wyjść z tego cało, to zostaje jeszcze antybohaterka. Mordercza stylistka fryzur, która najbardziej pragnie kontaktu z drugim człowiekiem. Od potrzeby zabijania, a właściwie gromadzenia skalpów bez oporów zdzieranych z nieszczęsnych kobiet, silniejsze zdaje się być w Claire łaknienie bratniej duszy, choćby tylko jednej, ale niewątpliwie nie pogardziłaby też jakimś większym gronem zaufanych ludzi. Osób, którzy pokolorowaliby jej szary, smutny światek. W ten sposób w Claire rodzi się nowa obsesja. Obsesja na punkcie Olivii, kobiety, która zaprosiła ją do swojego świata. Wyszła z inicjatywą, jakiej dotychczas nie okazywała w kontaktach ze swoją stylistyką. Dała odczuć Claire, że jest gotowa na stworzenie z nią bliższej więzi. I nie ma podstaw, by zastanawiać się, czy Olivia naprawdę chce widzieć w niej przyjaciółkę, czy jedynie utrzymać Claire w postanowieniu, o które nasza protagonistka usilnie zabiegała. Innymi słowy, nie wydaje się, żeby Olivią kierowały egoistyczne pobudki. Tak, zależy jej by to właśnie Claire uczesała ją do ślubu, ale to jeszcze nie oznacza, że celowo wprowadza swoją stylistką w błąd zacieśniając ich relację. Nie widziałam w tym wyrachowania, cynizmu, egoizmu. Widziałam po prostu dwie kobiety, pomiędzy którymi powoli rodzi się przyjaźń. W co jedna musiała wkładać heroiczny wręcz wysiłek, podczas gdy drugiej przychodziło to zupełnie naturalnie. Jak można się spodziewać z czasem rzecz trochę bardziej się skomplikuje, a w finale... Mocna, ale też, jakkolwiek to zabrzmi, trochę zabawna rzecz. Raczej niezamierzenie. W dodatku przynajmniej od kilku-kilkunastu minut można się tego spodziewać. Przewidzieć to makabryczne uderzenie. Tę makabreskę.

Myślę, że przydałoby się dodać „The Stylist” ze dwie sceny mordów, bo chwilami opowieść traci pęd. Wkradają się w to przestoje, dla mnie drobne, ale dla niektórych mogą to być naprawdę potężne utrudnienia. Pełnometrażowy debiut reżyserski Jill Gevargizian nieśpiesznie (ale patrząc całościowo, nie szczegółowo, powiedziałabym, że nie tak znowu przesadnie) przeprowadza nas przez historię morderczej stylistyki fryzur, która nade wszystko pragnie nawiązać bliższą relację z drugim człowiekiem. Klimatyczną, zmysłową, makabryczną i depresyjną opowieść o seryjnej morderczyni i jej rodzącej się obsesji na punkcie jednej z klientek. Stylowy thriller psychologiczny, jak na ten gatunek dość szczodrze podlany krwią albo umiarkowanie krwawy horror psychologiczny, jak kto woli. „Kierowniczka tego zamieszania” woli horror.