Stronki na blogu

wtorek, 4 maja 2021

„Krew pelikana” (2019)

 

Zaklinaczka koni, Wiebke Landau, mieszka ze swoją dziewięcioletnią adoptowaną córką Nicoliną na prowincji, na terenie stadniny, którą prowadzi. Kobieta już jakiś czas temu rozpoczęła starania o adopcję drugiego dziecka i teraz wreszcie pod jej dach trafia pochodząca z Bułgarii Raya. Pięcioletnia dziewczynka, która przeżyła ogromną traumę. Od dawna marząca o siostrze Nicolina, przyjmuje Rayę nie mniej ciepło od Wiebke, ale szybko przestaje cieszyć się z jej obecności. Boi się jej i tak samo jak wszyscy znajomi jej matki, uważa, że powinna ją oddać. Raya bez wątpienia stanowi zagrożenie dla innych, Wiebke zdaje sobie z tego sprawę, ale jest zdecydowana zrobić wszystko, co w jej mocy, by jej pomóc. Dziewczynce, która twierdzi, że prześladuje ją jakaś nadnaturalna istota.

Krew pelikana” (oryg. „Pelikanblut”, międzynarodowy: „Pelican Blood”) to niemiecko-bułgarska koprodukcja wyreżyserowana, na podstawie jej własnego scenariusza, przez Katrin Gebbe, której międzynarodowy rozgłos przyniósł jej pełnometrażowy debiut z 2013 roku, kontrowersyjny dramat pt. „Tore tanzt” (pol. „A jeśli Bóg jest?”), który notabene sprawił, że zaczęto kojarzyć ją głównie z horrorem. Przede wszystkim takie oferty zaczęły do niej napływać, choć ona sama utrzymuje, że nie kręci horrorów. No może z jednym wyjątkiem: segment „A Nocturnal Breath” w antologii filmowej „Atlas zła” (2018). „Krew pelikana” według Katrin Gebbe jest dramatem społecznym, który wprawdzie posiada elementy horroru, ale reżyserka zaznacza, że chciała, aby fabularny konflikt był mocno zakotwiczony w twardej rzeczywistości. W efekcie powstało coś, co dla mnie stanowiło swoistą mieszankę dramatu społecznego, thrillera psychologicznego i właśnie horroru. Horroru z tak zwanej nowej fali (powolna, intensywna narracja i silna koncentracja na, w tym przypadku, bardzo ponurym klimacie). Pierwszy pokaz drugiego pełnometrażowego filmu Katrin Gebbe odbył się w sierpniu 2019 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji, gdzie był nominowany do Venice Horizon Award. A laureatem w kategorii „najlepszy film” został na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Fantastycznych w Bucheon.

W trakcie prac nad swoim pełnometrażowym debiutem reżyserskim, niemiecka wschodząca gwiazda kina, Katrin Gebbe, obracała w głowie pomysł na kolejną historię. Zastanawiała się nad osobowością psychopatyczną. Czy jakiś uraz może przyczynić się do zahamowania emocjonalnego rozwoju, a jeśli tak, to czy można temu jakoś zaradzić? Poszukując informacji na ten temat, Gebbe natrafiła między innymi na krótkometrażowy film dokumentalny „Child of Rage” (1990), a potem producentka „A jeśli Bóg jest?”, Verena Gräfe-Höft, która potem wyprodukowała „Krew pelikana”, podrzuciła jej artykuł o kobiecie, która miała podobne problemy ze swoim adoptowanym synem, jakie miała dziewczynka z „Child of Rage”. To przekonało Gebbe, że trafiła na temat tabu, problem, który rzadko w przestrzeni publicznej jest poruszany, choć jak pokazały jej dalsze poszukiwania, takich przypadków jest całkiem sporo. Przypadków dzieci z upośledzonym rozwojem emocjonalnym po przebytej traumie. Niektórzy mogą mieć za złe scenarzystce i zarazem reżyserce „Krwi pelikana”, że „dołączyła do kampanii zniechęcania do adopcji”. To znaczy wykorzystała motyw, który w kinie żyje od dawna, ale nie można powiedzieć, że ma się coraz lepiej. Rośnie wszak grono widzów reprezentujących pogląd, że wątek „złego dziecka” pochodzącego z adopcji, jest wielce krzywdzący, szkodliwy społecznie. Uważają oni, że kino powinno zachęcać ludzi do adopcji dzieci, miast przekonywać, że w domach dziecka aż roi się od „demonów w ludzkiej skórze”. Katrin Gebbe jednakże wybrała ten motyw z tego prostego powodu, że poszukując artykułów o dzieciach z zahamowanym rozwojem emocjonalnym na skutek przebytej traumy, więcej takich problemów znalazła w rodzinach zastępczych. Zauważyła też, że nierzadko przy takich trudnych dzieciach zostaje tylko adopcyjna matka. Główna bohaterka „Krwi pelikana”, Wiebke Landau (wspaniała kreacja Niny Hoss), została zainspirowana właśnie tymi osamotnionymi w swojej walce na rzecz adoptowanego dziecka, kobietami. Tytuł filmu ma nawiązywać do chrześcijańskiej ikonografii – w heraldyce motyw ten pojawił się już w średniowieczu, a z czasem został wcielony do sztuki sakralnej. Pelikan karmiący swoje młode własną krwią symbolizuje najwyższe poświęcenie. W ujęciu sakralnym: symbol ofiary poniesionej przez Jezusa Chrystusa lub znak eucharystyczny: Jego krew. Nie zauważyłam jednak tutaj żadnych prób utożsamienia, powiązania Wiebke z Jezusem Chrystusem. To po prostu historia o poświęceniu, na jakie godzi się kochająca matka w imię ratowania tak zwanego trudnego dziecka. Pięcioletnia Raya (ależ podobała mi się ta mała: mała-wielka aktorka Katerina Lipovska) pochodząca z Bułgarii jest drugą adoptowaną córką Wiebke, ale znacznie różni się od swojej dziewięcioletniej przybranej siostry Nicoliny (też dobra kreacja Adelii-Constance Ocleppo), co szybko wychodzi na jaw. Wiebke nie była przygotowana na taki rozwój wypadków – w agencji adopcyjnej nie poinformowano jej, że dziewczynka jest agresywna – ale nie zamierza iść śladami tych wszystkich osób, które traktują dzieci adopcyjne trochę jak towar przechodni. Nie zamierza pozbywać się żywej przecież istoty, kiedy ta zaczyna sprawiać problemy. Bardzo poważne problemy, z którymi, jak sądzą znajomi Wiebke, sama sobie nie poradzi. Ludzie z jej otoczenia, z jej drugą córką włącznie, są zdania, że najlepiej zrobi oddając dziewczynkę na przykład w ręce specjalistów – do ośrodka ukierunkowanego na leczenie dzieci po przejściach z upośledzonym rozwojem emocjonalnym. Jakże łatwo byłoby nastawić widza przeciwko tym wszystkim „wygodnickim jednostkom”, którzy są przekonani, że Wiebke popełnia błąd, uparcie trzymając pod swoim dachem tak niebezpieczną istotę, jak Raya. Ale trzeba Katrin Gebbe oddać, że wykazała się tu większą przebiegłością, a właściwie to zrozumieniem racji obu stron tego bardzo życiowego konfliktu. Wzbogaconego o elementy, które mogą, ale nie muszą, być dowodem ingerencji jakiejś nadnaturalnej siły. Mrocznej istoty, która fanów kina grozy przypuszczalnie naprowadzi (widać to już w niektórych recenzjach) na trop czy to „Egzorcysty” Williama Friedkina, czy „Omenu” Roberta Richarda Donnera, czy „Babadooka” Jennifer Kent.

Musimy porozmawiać o Kevinie” Lynne Ramsay to kolejny obraz, do którego drugi pełnometrażowy film Katrin Gebbe bywa „doklejany”. Najczęściej jednak porównuje się go – częściej na niekorzyść „Krwi pelikana” - do „Błędu systemu” Nory Fingscheidt, niemieckiej produkcji, która swoją premierę też miał w 2019 roku. Tej drugiej pozycji jeszcze nie miałam okazji obejrzeć, a jeśli chodzi o „Musimy pozmawiać o Kevinie”, to owszem, jakieś podobieństwa są. Podobny klimat i troszkę zbliżona problematyka, szkielet fabularny - ta namacalna wręcz matczyna udręka, dojmujące osamotnienie w swoich straszliwych i bynajmniej nie bezzasadnych podejrzeniach względem dziecka – ale to na tyle nośny temat... Powiem tam: wypatrzyłam w „Krwi pelikana” bardziej charakterystyczne „spinacze”. Nie wiem, czy to celowe ukłony lub, jak kto woli, świadome zapożyczenia, czy tylko moja fanaberia. Niemniej połączenie koni z niepokojącą adoptowaną dziewczynką automatycznie nasunęło mi skojarzenie z „The Ring” Gore Verbinskiego. A - jak ja to nazywam – bekające, w zamyśle upiorne, odgłosy wychodzącej z aparatu mowy jednej postaci, kazały mi pomyśleć o Toshio z „The Grudge” Takashiego Shimizu. „Krew pelikana” zbiera głównie (przynajmniej na razie) pozytywne recenzje od krytyków, ale oczywiście są też głosy niezadowolenia. Jedną z rzeczy, które zarzuca się Katrin Gebbe jest niezdecydowanie, zbytnie rozproszenie po gatunkach. Innymi słowy, mówi się, że autorka scenariusza i jednocześnie reżyserka tego, moim zdaniem, oszałamiającego filmowego przedsięwzięcia, tak jakby sama nie do końca wiedziała, czy to ma być horror, thriller psychologiczny, czy dramat społeczny. A nie może być trzy w jednym? No dobrze, chyba wiem, o co chodzi. Zauważyłam w każdym razie, że Gebbe nie zawsze jest konsekwentna w łączeniu tych trzech klimatów. Style nie zawsze ładnie się zazębiają. Momentami wręcz odnosiłam wrażenie, jakby zapominało się jej o czymś, co wcześniej sugeruje. Mówię o czymś, czego jakaś część widzów wolałaby w „Krwi pelikana” w ogóle nie zobaczyć, czyli o sferze horroru nadnaturalnego. O tym obszarze scenariusza, który podrzuca nam wizję pięcioletniej dziewczynki prześladowanej albo raczej opętanej przez demoniczną istotę, która tak naprawdę odpowiada za wszystkie napady agresji przypisywane temu niewinnemu, okrutnie doświadczonemu przez los dziecku. Dziecku, które ma prawo nie ufać ludziom. Ma powody, by czuć się odrzucone przez społeczeństwo, niekochane, traktowane jak rzecz, którą zawsze można zwrócić „sprzedawcy”. Niedługo po przybyciu Rayi do domu Wiebke i jej starszej córki, znajdującym się na terenie stadniny prowadzonej przez tę pierwszą - gówna bohaterka filmu jest zaklinaczką koni aktualnie realizującą zlecenie dla policji, która w swojej „mądrości” wykorzystuje te zwierzęta między innymi do zabezpieczania ulicznych demonstracji – naszym oczom ukazuje się jakiś zagadkowy cień, który nie umyka też uwadze nowej opiekunce dziewczynki. Nie wygląda na to, żeby Wiebke uznała to za nic, żeby nie widziała w tym niczego niezwykłego, czy choćby tylko podejrzanego. Z jakiegoś jednak powodu nie podąża za tym tropem. Nie stara się znaleźć dla tego niespodziewanie zaobserwowanego zjawiska jakiegoś wyjaśnienia. Więcej: ignoruje opowieści Rayi o nadnaturalnej istocie, która jakoby się do niej przyczepiła. Może nie do końca, bo ma powody, by uznawać to za halucynacje – mózg pięciolatki w ten sposób może chronić jej świadomość przed niewygodnymi faktami na temat niej samej, jej agresywnych skłonności. Wiebke nie wyklucza też, że dziewczynka celowo próbuje wprowadzić ją w błąd, ażeby uniknąć spodziewanej kary. Trzeba jednak zaznaczyć, że kobieta ma dla niej dużo cierpliwości. Jest wyjątkowo wyrozumiałą matką, choć nie oznacza to, że przymyka oczy na wszystkie wybryki dziewczynki. Najlepiej widać to po wysmarowaniu przez niesforne dziecko łazienki swoim własnym stolcem (na marginesie: spotkałam się z czymś podobnym na żywo). Niemniej spokojnie można to uznać za tak zwane wychowanie bezstresowe. Bez uciekania się do przemocy fizycznej, Wiebke próbuje, jak to się mówi, wyprowadzić tę zagubioną dziewczynkę na ludzi. Wychować ją i to od podstaw. Widać w tym desperację, a nawet można na to patrzeć jak na osuwanie się w otchłań szaleństwa. Jakby Wiebke powoli traciła zmysły w tym swoim wytrwałym dążeniu do rozbudzenia w dziewczynce emocji. Dziecku, które ma tylko ją i bynajmniej nie wygląda na to, żeby było jej wdzięczne za pozostanie na placu boju, kiedy praktycznie wszyscy inni już z niego zeszli. Ten intensywny przekaz, ta ponura oprawa wizualna (profesjonalna robota pod kierownictwem Moritza Schultheißa), ta wyważona, oszczędna ścieżka dźwiękowa (nasycone groźbą kompozycje Johannesa Lehnigera), ta depresyjna tonacja i powolna, skoncentrowana na szczegółach, zgrabnie zniuansowana ekspozycja, i wreszcie te wpadające w czysty artyzm zdjęcia (na przykład trwoga z wolna odmalowująca się na twarzy Wiebke, za którą bez ruchu stoi jej późniejsza sojuszniczka w wojnie o pięcioletnią dziewczynkę, równolegle zyskująca na upiorności). Myślę, że to dość, by wybaczyć twórcom drobne niekonsekwencje, małe potknięcia podczas przyrządzania tej potrawki złożonej z różnych gatunków. Przeszło dwugodzinnego seansu, który może i powinien być nieco krótszy... Nie, po przeszukaniu pamięci dochodzę jednak do wniosku, że nie ma w „Krwi pelikana” Katrin Gebbe momentów, które uznawałabym za zbędne.

Empatyczny, przygnębiający, skąpany w szarościach, emanujący tragizmem i zdefiniowanym poczuciem beznadziei, ale i niedookreśloną wrogością, jakimś nie do końca sprecyzowanym zagrożeniem, które wyczuwa się nawet w spokojniejszych, nieomal idyllicznych momentach (prawie, bo najpewniej coś złego już za momencik, się wydarzy). Taki to film, ta niemiecko-bułgarska „Krew pelikana” wyreżyserowana i rozpisana przez Katrin Gebbe, która specjalizuje się w dramatach przypominających horrory:) No to niech dalej robi takie nie-horrory, bo więcej w nich grozy, więcej mroku, zdecydowanie więcej niewygodnych emocji i jakże przeze mnie pożądanych ponurości niż w niejednym „pełnoprawnym” horrorze. Kręć, Pani, więcej takich filmów, jak „Krew pelikana”, a zostanę fanką nie-horrorów. Właściwie za fankę tego oto przedsięwzięcia już mnie można uznać. Dramatu społecznego, thrillera psychologicznego i... nie-horroru o (hipotetycznych) zjawiskach nadprzyrodzonych.

niedziela, 2 maja 2021

Zakupy

 
Ostatnie łupy książkowe. Łowy szczególnie udane, bo wreszcie - po dłuuugim czekaniu na taniej wycenione egzemplarze - udało mi się ustrzelić „Kubę Rozpruwacza. Portret zabójcy” i „Musimy porozmawiać o Kevinie”. Reszta też się przyda, ale nie ukrywam, że te dwie pozycje są w poniższych zbiorach najważniejsze:)

Patricia Cornwell „Kuba Rozpruwacz. Portret zabójcy”
Lionel Shriver „Musimy porozmawiać o Kevinie”
Thierry Jonquet „Tarantula”
Robert A. Heinlein „Kawaleria kosmosu” (lepiej znana jako „Żołnierze kosmosu”)
Barbara Erskine „Na progu ciemności”
Allie Reynolds „Rozgrywka”
Sarah Schmidt „Zobacz, co zrobiłam”
 

Darcey Bell „Zwyczajna przysługa”
Arthur Conan Doyle „Pies Baskervillów”
Emily Craig „Tajemnice wydarte zmarłym”
Liane Moriarty „Dziewięcioro nieznajomych”
Donato Carrisi „Dziewczyna we mgle”
Samantha King „Wybór”
Kaira Rouda „Ten jeden dzień”
Alice Feeney „Czasami kłamię”

sobota, 1 maja 2021

Mendal W. Johnson „Zabawmy się u Adamsów”

 

Lata 70-te XX wieku, wieś w stanie Maryland. Dwudziestoletnia studentka pedagogiki, Barbara Miller, w czasie wakacyjnej podróży państwa Adams po Europie, odpłatnie zajmuje się ich domem i dwójką dzieci, trzynastoletnim Bobbym i dziesięcioletnią Cindy. Ma dobre relacje ze swoimi podopiecznymi, więc jest tym bardziej zdziwiona, gdy staje się ich więźniem. Ich i dzieciaków z sąsiedztwa: siedemnastoletniej Dianne McVeigh i jej trzynastoletniego brata Paula oraz szesnastoletniego Johna Randalla. Banda nazywająca siebie Wolną Piątką przetrzymuje ją związaną w domu Adamsów, dając jej zrozumienia, że traktują to jak zabawę. Co prawda zdają sobie sprawę, że mogą zostać za to ukarani przez swoich rodziców, ale wszystko wskazuje na to, że nie uważają, aby Barbarze działa się jakaś wielka krzywda. Z perspektywy zniewolonej kobiety, naturalnie, wygląda to inaczej, a sytuacja cały czas się pogarsza.

Zabawmy się u Adamsów” (oryg. „Let's Go Play at the Adams'”) to jedyny wydany utwór Amerykanina Mendala W. Johnsona, który zmarł w 1976 roku, dwa lata po wypuszczeniu pierwszego wydania jego kontrowersyjnej książki. Książki, która podzieliła krytyków, a z czasem dołączyła do grona „usilnie poszukiwanych”. Nakłady wszak dawno się wyczerpały, choć w samej tylko Wielkiej Brytanii wznawiano ją kilkunastokrotnie. Tyle że w XX wieku. W 2020 roku niezależne amerykańskie wydawnictwo Valancourt Books uśmiechnęło się do części poszukiwaczy „Zabawmy się u Adamsów” (trzeba dodać, że dwa lata wcześniej „wskrzeszono” tę pozycję w Niemczech), wypuszczając nowe wydanie jedynej publikacji Mendala W. Johnsona, tym cenniejsze, że wzbogacone o posłowie Grady'ego Hendrixa, zawierające dotąd nieznane szerzej fakty z życia tego człowieka oraz ważne informacje na temat „Zabawmy się u Adamsów”. Z którym może zapoznać się też polski czytelnik, bo właśnie nad tą edycją pochyliło się wydawnictwo Vesper - pierwsze polskie wydanie z 2021 roku w twardej oprawie zilustrowane przez Michała Loranca, który zaprojektował również, według mnie, zjawiskową okładkę.

W internecie krąży informacja, że powieść „Zabawmy się u Adamsów” została zainspirowana autentyczną sprawą Sylvii Likens, która po długich torturach zgotowanych jej przez grupę dzieciaków i matkę części z nich, Gertrude Baniszewski, zmarła w 1965 roku. Grady Hendrix nie wspomina jednak o tym w swoim dodatku do niniejszej publikacji. A biorąc pod uwagę fakt, że przekazuje sporo pomniejszych ciekawostek – nie pomijając dzieła, które mogło tutaj natchnąć Johnsona, „Władcę much” Williama Goldinga - to trudno mi uwierzyć, że nie uznał za stosowne wskazać też tego materiału źródłowego, którego zdają się być pewni niektórzy recenzenci. Istotnie nie można oprzeć się skojarzeniom ze sprawą nieszczęsnej Sylvii Likens – która jak wiadomo nakłoniła Jacka Ketchuma do napisania jego najgłośniejszego i zapewne najbardziej przerażającego utworu pod tytułem „Dziewczyna z sąsiedztwa” - ale jak na tę chwilę nie mam powodów sądzić, że owe podobieństwa nie są przypadkowe. Niektórzy są zdania, że Jack Ketchum pisząc swoją „Dziewczynę z sąsiedztwa” czerpał także z „Zabawmy się u Adamsów”, ale nawet jeśli to nie wspomina o tym w swoim posłowiu dodanym do niniejszej powieści. Mówi za to o „Władcy much” Williama Goldinga, który to utwór, jak już nadmieniłam, zdaniem Grady'ego Hendrixa zainspirował „Zabawmy się u Adamsów”. Prostą opowieść, która podobnie jak późniejsza „Dziewczyna z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma, przeprowadza nas przez mękę młodej kobiety, tutaj zadawaną wyłącznie przez osoby nieletnie. Bandę, która nazwała się Wolną Piątką, co ma pewien związek z ich ohydnym „wakacyjnym projektem”. Bo dopiero teraz (mamy lata 70-te XX wieku) mają okazję zasmakować prawdziwiej wolności. Teraz, gdy rodzice dwójki z nich, trzynastoletniego Bobby'ego i dziesięcioletniej Cindy wybrali się w podróż po Europie, zostawiając swoje pociechy pod opiekuńczymi skrzydłami dwudziestoletniej studentki pedagogiki i pływaczki Barbary Miller. Kobiety, która nie mieszka w tych stronach – wieś w stanie Maryland – ale bez problemu zjednała sobie tutejszych mieszkańców. Została przyjęta „jak swoja”. Dom Adamsów, tak jak i wiele innych budynków mieszkalnych rozsianych w tym prowincjonalnych zakątku Stanów Zjednoczonych, nie ma bliskiego sąsiedztwa. Stoi w znacznym oddaleniu od innych nieruchomości. Nad rzeką, w której miejscowe dzieciaki zwykły szukać ochłody w upalne dni. Na posesji Adamsów goszczą jednak tylko – w każdym razie tego feralnego lata - najbliżsi znajomi Bobby'ego i Cindy. Pozostali członkowie Wolnej Piątki, rodzeństwo McVeigh, siedemnastoletnia Dianne i trzynastoletni Paul oraz szesnastoletni John Randall. Próżno szukać we wiosce osoby, która miałaby złe zdanie o którymś z nich. Oczywiście, niektórzy wiedzą o emocjonalnych problemach Paula, ale prędzej mu współczują, niż się go obawiają. Podejrzewają też, że jego starsza siostra, Dianne, jest osobą nieco ekscentryczną, mocno zakompleksioną – zresztą wielu uważa, że ma ku temu powody – i zamkniętą w sobie. Ale John to robotny, dobrze wychowany młodzieniec, który na pewno wyjdzie na ludzi; będzie z niego pilny student i dobry sportowiec. A Bobby i Cindy to prawdziwe aniołku. Przeurocze dzieciaczki, pocieszne gwiazdeczki, które zawsze miło poprzytulać. Gdyby tylko wiedzieli... Gdyby choć jedna dorosła osoba przypadkiem zobaczyła, co kryje się pod tymi nieszkodliwymi maskami noszącymi przez wszystkie te dzieciaki (całą Wolną Piątkę), to może Barbara Miller nie musiałaby tyle wycierpieć. Może przynajmniej skróciłoby to jej męki. Albo jeszcze je spotęgowało, bo jak mówi sam Johnson, „nikt, kto poznał ludzi, nie zdzierży bycia człowiekiem”. Znacie to uczucie?

Życie nie byłoby możliwe, gdyby człowiek chodził po świecie ze świadomością, że każda napotkana przez niego osoba – mając taką szansę – zabiłaby go. Ale czy tak nie było? Nie jest? Cały czas? Każdego dnia?”

Grady Hendrix moim zdaniem nie minął się z prawdą, stwierdzając, że Mendal W. Johnson „obdarzył swoich czytelników najwspanialszych darem, jakim jest szczerość”. Czy się to komuś podoba, czy nie, autor „Zabawmy się u Adamsów” pokazuje, jakie ładne wzorce dajemy (jako gatunek) młodszym pokoleniom. Tak było w czasach, kiedy ta książka powstawała, tak jest dzisiaj, i tak niewątpliwie będzie jutro. Bo największym błędem, jaki popełnia Barbara Miller, to desperackie podtrzymywanie w sobie wiary w to, że ludzie są z natury dobrzy. Mendal Johnson w swoim jedynym, jak dotąd dziele – Grady Hendrix w dodatku do nowego wydania „Zabawmy się u Adamsów” zdradza, że Johnson miał więcej tekstów, ale nie udało mu się znaleźć dla nich wydawcy – któremu moim zdaniem najbliżej do thrillera psychologicznego, ale jest też klasyfikowany jako horror, zaprasza nas do chorego świata, który tak naprawdę sami sobie tak poukładaliśmy. „Czy każdy w sprzyjających okolicznościach mógłby stać się sadystą, gwałcicielem i mordercą, czy wystarczyłoby tylko dać mu władzę i zapewnić, że ujdzie mu to na sucho?” - w pewnym momencie główna bohaterka „Zabawmy się u Adamsów” zadaje sobie w myślach to retoryczne pytanie, bo trudno oprzeć się poczuciu, że Johnson miał pewność, że nawet jeśli wcześniej odbiorca jego powieści będzie uparcie odrzucał tę straszną tezę, to na tym etapie pozostanie mu jedynie przytaknąć. Tak, okrucieństwo jest wpisane w DNA ludzkości, ale zanim wypomnicie autorowi „Zabawmy się u Adamsów” niesprawiedliwe, rażąco kłamliwe generalizowanie, z drugiej strony Johnson dobitnie pokazuje, że jeszcze nie można tego powiedzieć o całym naszym gatunku. Wyjątkiem na pewno jest Barbara Miller (z posłowia Hendrixa: mająca uosabiać lewicowy odłam ówczesnego amerykańskiego społeczeństwa), której Johnson wprawdzie przypisuje ogromną, dziecinną wręcz naiwność, przekonuje, że bohaterka żyje jakby w wyimaginowanym świecie, w czymś w rodzaju mydlanej bańki, gdzie wszystko jest różowe, ale też wprost mówi, że to ona jest dobrocią; ambasadorką tych, którzy konsekwentnie odmawiają udziału w odwiecznym projekcie niszczenia. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że „Zabawa u Adamsów”, choć upłynęło prawie pół wieku od jej pierwszego wydania, w ogóle nie straciła na aktualności. Kiedy Johnson mówi, że to, co piękne, to co dobre na tym świecie, to co ma jakąś większą wartość, nie może przetrwać - musi zostać czym prędzej zgładzone - to trudno nie pomyśleć o kiedyś tak oszałamiająco pięknej przyrodzie, która dzisiaj... cóż, dzięki nam, ludziom, zostały już jedynie resztki tego piękna. Ale spokojnie: i to prędzej czy później wyrżniemy. Zastanawiałam się natomiast, ile uchowało się jeszcze jednostek podobnych do Barbary Miller. Ludzi tak brzydzących się wszelką przemocą, tak kompletnie niepotrafiących się odnaleźć w brutalnych realiach, tak kompletnie zagubionych w rzeczywistości prawie całkowicie odartej z empatii, rzeczywistości, w której przejawy zwykłego, niby ludzkiego współczucia, są co najwyżej znikome. Chciałabym wierzyć, że takich Barbar jest na świecie więcej niż takich Wolnych Ludzi, jak ta zdegenerowana piątka, nie mniej pieczołowicie wykreślona przez Mendala Johnsona. Dostajemy bowiem wgląd zarówno w umysł torturowanej dwudziestoletniej kobiety, jak i jej młodocianych oprawców – śledzimy prawie cały ten koszmar (najważniejsze odstępstwo od tej reguły nastąpi pod koniec książki, tuż przed epilogiem) z perspektywy – narracja trzecioosobowa - obu tych obozów. Obozu dorosłych i obozu dzieci, które najwidoczniej mają już serdecznie dość życia pod dyktando starszych. Szczerze nienawidzą osób pełnoletnich, ale widać, że od najmłodszych lat wpajany im szacunek do dorosłych, głęboko się w nich zakorzenił. Za przykład niech posłuży to, że w ich wypowiedziach i przemyśleniach jest „Mama i Tata”, nigdy „mama i tata”.

Dzieciaki tworzące tak zwaną Wielką Piątkę ukrywają przed dorosłymi, z wyjątkiem Barbary, to, że uważają ich za swoich wrogów. Uważają się za lepszych od nich, ale to przekonanie nie przeszkadza im niecierpliwie wyczekiwać chwili, w której przestaną być dziećmi. Nawet bez pomocy Barbary pewnie bez trudu wypatrzylibyśmy te i wiele innych sprzeczności, paradoksów w ich, bądź co bądź, jeszcze raczkującym, niewyrobionym światopoglądzie. Ale czy to oznacza, że jest jeszcze dla nich jakaś nadzieja? Czy rzeczy, których dopuszczą się tego pamiętnego lata, lata definitywnego pożegnania z niewinnością (zakładając, może na wyrost, że już wcześniej jej nie stracili), grubą krechą przekreślą ich przyszłość? Czy ich wolne życie skończy się na tym pierwszym, wykradzionym etapie? Są na najlepszej dobrej drodze ku temu. Co więcej, nie wykazują większej ochoty do czmychnięcia z tej straceńczej ścieżki. Przeciwnie: idą przed siebie, co prawda zdając sobie sprawę z konsekwencji, jakie niechybnie ich spotkają – swoją drogą tylko starsi z nich dopuszczają do siebie, i to też dopiero później, wizję więzienia, bo młodsze, co zrozumiałe, myślą o laniu jakie sprawią im rodzice, gdy odkryją co zrobili Barbarze – a z czasem nawet (przerażająco późno, ale mówiliśmy już o poważnym deficycie empatii) dociera do nich, że wyrządzają komuś krzywdę. Komuś, kto to tak naprawdę niczego złego im nie zrobił. W każdym razie nic gorszego od tego, co zwykli czynić im wszyscy dorośli. Właściwie to Wolna Piątka nawet lubi tę dziewczynę. Tę swoją niewolnicę. W tych młodych umysłach zauważalnie postępuje coś, co można by nazwać procesem uprzedmiotowiania Barbary – właściwie u czwórki z nich, bo w jednym przypadku można zaobserwować odwrotną tendencję – co jak można się tego spodziewać prowadzi do eskalacji przemocy. Odpowiedź na pytanie „dlaczego?”, której tak zawzięcie, tak uporczywie domaga się skołowany umysł Barbary, jest jednak bardziej złożona. Motywów może być dokładnie tyle, ile członków liczy sobie ta zdemoralizowana banda, która nieprzypadkowo łączy dojrzałość, władzę, z zadawaniem bólu swoim bliźnim. Takie wzorce dali im starsi i mądrzejsi, może nie z ich bezpośredniego otoczenia, ale w końcu nie żyją w próżni; mają przecież telewizory, słuchają o czym mówi się we wsi, a że trwa wojna w Wietnamie... Gorzej, że motyw może nie istnieć, że dzieciaki dręczę Barbarę po postu dlatego, że mogą. Dlaczego? A dlaczego nie? „Zabawmy się u Adamsów” to bardziej psychologiczna analiza niż soczysty kawałek prozy ekstremalnej. Johnson wrzuca nas w umysł przechodzącej przez niewyobrażalne męki młodej kobiety (która, jak Jessie Burlingame z późniejszej „Gry Geralda” Stephena Kinga, początkowo szuka wsparcia u swojej współlokatorki, którą oczywiście tylko sobie wyobraża) oraz w pogubione, przerażające umysły jej nieletnich oprawców.

Bolesna ta zabawa u Adamsów. Skłaniająca do nader niewygodnych, ale jakże pilnych refleksji. Warto to porządnie przemyśleć, choćby umysł próbował się temu opierać. Choćby wszystko w Was krzyczało, żeby odrzucić ten mroczny, depresyjny obraz świata, który kreuje Mendal W. Johnson na kartach swojego jedynego wydanego utworu. Poczujcie choćby ułamek tego, co czuje Barbara Miller więziona i torturowana przez Wolnych Ludzi. Przejmijcie choćby tylko odrobinę tego bólu bezsensownie zadawanego przez bliźnich. Ludzi młodych, jeszcze dzieci. Poczujcie. Chyba właśnie tego najbardziej życzyłby sobie autor tej mocnej powieści. Tego bezcennego daru dla świata. W każdym razie dla odważnych. Dla tych, którzy nie tylko nie boją się trudnych tematów, ale też są gotowi zaryzykować niemożność wymazania tej mrożącej krew w żyłach historii z pamięci. Ze mną zapewne zostanie ona już na zawsze, tak jak została „Dziewczyna z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma. Owszem, często do niej wracam – i tak też przypuszczanie będzie z „Zabawmy się u Adamsów”, o ile jeszcze trochę pożyję – ale nie można tego nazwać odświeżaniem pamięci, odzyskiwaniem danych zatartych przez czas, bo to jedna z tych nielicznych książek, którym amnezja niestraszna. I tak, jestem prawie pewna, że teraz do tego szacownego grona dołączyła powieść „Zabawmy się u Adamsów”.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


czwartek, 29 kwietnia 2021

Dan Simmons „Pieśń bogini Kali”

 

Lata 70-te XX wieku. Robert Luczak poeta i dziennikarz pracujący dla amerykańskiego czasopisma literackiego, przyjmuje zlecenie od innej gazety, polegające na dostarczeniu z Kalkuty najnowszego rękopisu od kilku lat zaginionego poety M. Dasa. Luczak ma też napisać artykuł na jego temat i jednocześnie relację ze swojego pobytu w Indiach. Dziennikarz ma nadzieję, że uda mu się przeprowadzić wywiad z ukrywającym się przed opinią publiczną sławnym poetą, bo to znacznie podniosłoby wartość jego tekstu. Zgodnie z życzeniem jego zleceniodawców, Luczakowi w podróży, w charakterze tłumaczki, towarzyszy żona Amrita. Para zabiera ze sobą swoją kilkumiesięczną córkę, Victorię. Do miasta pełnego nędzy, rozpaczy i bezrozumnego okrucieństwa. Miasta, które ma swoje mroczne tajemnice. Które rządzi się okrutnymi prawami. Miasta opanowanego przez jakieś niepojęte siły. Siły, które teraz skoncentrują się na Robercie Luczaku.

Rok 1985 w historii światowej literatury zapisał się między innymi jako rok powieściowego debiutu, uważam, wybitnego amerykańskiego pisarza Dana Simmonsa, protegowanego nieżyjącego już Harlana Ellisona, innego mistrza pióra, który praktycznie przeszedł już do legendy. A na początku była pieśń. Uhonorowana World Fantasy Award „Pieśń bogini Kali” (oryg. „Song of Kali”), horror nadprzyrodzony, psychologiczny i... ekstremalny. Bo Dan Simmons nie lubi się ograniczać. To pisarz wszechstronny, wyśmienicie odnajdujący się w złożonym, szerokim świecie horroru, ale i niestroniący od innych gatunków. Science fiction, powieści historyczne/literatura faktu, thrillery, kryminały noir, proza egzystencjalna, a nawet poezja. Czystsze gatunkowo pozycje w jego dość obszernej bibliografii spotykają się z nie mniej zjawiskowymi mieszankami „różnych kultur”. Czyli dla każdego coś miłego. Ale na początku (tj. pierwsza opublikowana powieść Simmonsa) była mrożąca krew w żyłach pieśń. Na początku był pełnokrwisty horror częściowo zainspirowany osobistymi doświadczeniami Dana Simmonsa w nadzwyczaj przygnębiającym podówczas indyjskim mieście.

Niektóre miejsca są tak złe, że nie powinny istnieć. Niektóre miasta są tak nikczemne, że nie da się ich znieść. Kalkuta jest takim właśnie miejscem. Przed Kalkutą śmiałbym się z takich słów. Przed Kalkutą nie wierzyłem w zło – z pewnością nie w zło jako siłę istniejącą odrębnie od ludzkich działań. Przed Kalkutą byłem głupcem.”

Pieśń bogini Kali” miała być opowiadaniem, ale autor między innymi późniejszego „Terroru” i cyklu „Hyperion Cantos”, w trakcie prac nad tym utworem, uświadomił sobie, że choćby bardzo się starał, nie da rady pomieścić tej historii w takim formacie Doszedł do słusznego skądinąd wniosku, że opowieść o mieszkającym w Stanach Zjednoczonych fikcyjnym poecie i dziennikarzu z polskimi korzeniami, Robercie Luczaku, powinna przybrać kształt powieści. Nowe polskie wydanie „Pieśni bogini Kali”, w twardej oprawie, od wydawnictwa Vesper (rok 2021), standardowo opatrzono mrocznymi grafikami (autorstwa mistrza Macieja Kamudy), a na deser Piotr Gociek przygotował omówienie twórczości Dana Simmonsa, oczywiście ze wskazaniem na przedmiotową pozycję. Niezbyt obszerną powieść - jak na zdolności Simmonsa – którą różnie można interpretować. Autor „Pieśni bogini Kali” nie daje jednoznacznych odpowiedzi; sugeruje, nie wykłada. Naprowadza czytelnika na takie czy inne wyjaśnienie koszmarnych przeżyć swojego bohatera w Kalkucie w drugiej połowie lat 70-tych XX wieku, ale nie przesądza. Bodaj najważniejsza kwestia też pozostaje otwarta. Tytułowa bogini, hinduska bogini czasu i śmierci, bogini Kali, w pieśni Simmonsa zaznacza się w nader zagadkowy sposób. Główny bohater książki i zarazem narrator, Robert Luczak, z całą pewnością widzi ją w snach, ale czy te, bądź co bądź, podniecające koszmary wnikną do realnego świata, przedostaną się do rzeczywistości tego coraz bardziej zagubionego, pognębionego człowieka, takiej pewności Simmons nam nie daje. Czy bezwzględna bogini z czterema rękami i wampirzymi kłami jest jedynie projekcją umęczonego umysłu, albo nadal tylko senną marą, mężczyzny, któremu tak naprawdę zagrażają zwykli śmiertelnicy? Zakładając, że jakieś zagrożenie z zewnątrz dla niego i jego bliskich, w ogóle zaistniało. Bo i tutaj łatwo o wątpliwości. UWAGA SPOILER Kluczem do rozwiązania zagadki może być urodziwa młoda kobieta podająca się za siostrzenicę M. Dasa – zwraca uwagę jej imię, które autor wrzuci również w sen o bogini Kali KONIEC SPOILERA. Tajemnicza to więc opowieść, wielce zagadkowa intryga w mieście, które Simmons przedstawia jak oddzielny, żywy, pulsujący organizm. Kalkuta w „Pieśni bogini Kali” to w istocie główny czarny charakter, najpotężniejszy, gargantuiczny potwór odzierający ludzi z godności, a następnie nieśpiesznie, kawałek po kawałku pożerający ich ciała i dusze. Jak to zwykle u Dana Simmonsa bywa (choć wydaje mi się, że ten wirtuoz pióra poszedł tutaj trochę dalej), dostajemy szczegółowe, tym razem boleśnie plastyczne opisy scenerii. Opisy tego odrażającego, depresyjnego, cuchnącego, aż lepiącego się od brudu, miejsca. Indyjskiego miasta skąpanego w niewyobrażalnej, odbierającej dech beznadziei (przypomnijmy: są lata 70-te XX wieku). Gdyby powieściowy debiut zyskał taki gabaryt, do jakiego Simmons zdążył już przyzwyczaić swoich fanów – w tym miejscu wypada jednak dodać, że nie brakuje też w jego, imponującym pod każdym możliwym względem pisarskim dorobku, krótszych utworów: powieści i opowiadań – to pewnie nie towarzyszyłoby mi tak silne przekonanie, że Kalkuta walczy w nim o centralne miejsce z Robertem Luczakiem. Nie będę sędzią w tej sprawie – nie potrafię wskazać zwycięzcy tej pasjonującej konkurencji. I dobrze, ale z drugiej strony...

myślę, że przydałoby się nieco rzecz rozwinąć. Rozwinąć intrygę, w którą potencjalnie został wmieszany główny bohater „Pieśni bogini Kali”. Poza tym nie zaszkodziło jeszcze poszerzyć, i tak niewąski przecież, portret naszego narratora. Dać jeszcze większy wgląd w udręczony umysł Roberta Luczaka. Pozostałe postacie celowo pomijam, bo mimo że żadna z nich nie wydawała mi się zbędna (praktycznie każda dokłada swoją cegiełkę do tej niejednoznacznej historii), to, że tak to ujmę, rzecz rozbija się o Roberta Luczaka, Kalkutę i tytułową boginię. To w moim pojęciu jest jądro tej raz nieznośnie subtelnej, a innymi razy nieznośnie dosadnej umownej relacji z podróży do Kalkuty. Relacji wysłannika amerykańskiej gazety, Roberta Luczaka, który wbrew ostrzeżeniom swojego przyjaciela, właściciela i redaktora naczelnego czasopisma literackiego, dla którego nasz narrator pracuje na stałe, zabiera do Indii swoją rodzinę: żonę Amritę i ich jedyne dziecko, maleńką Victorię. Łatwo się domyślić, że szybko zacznie tego żałować. Właściwie już zaraz po wylądowaniu w Kalkucie, w drodze z lotniska do hotelu, w którym mają zatrzymać się Luczakowie, rodzi się w nim awersja do tego miejsca, której wprawdzie on sam w pełni nie jest w stanie zrozumieć. Tak jakby odbierał jakieś złe wibracje, wyczuwał jakąś tajemną energię, którą skażony jest ten kawałek indyjskiej ziemi. To wrażenie szybko minie, ale ten bardziej komfortowy stan bynajmniej nie utrzyma się do końca pobytu Luczaków w tym „opuszczonym przez bogów” miejscu. Miejscu, w którym co prawda nie brakuje ludzi głęboko wierzących, gdzie pełno jest świątyń obleganych przez wiernych, w których oddaje się hołd, a może nawet składa krwawe ofiary hinduistycznym bóstwom, Simmons daje nam jednak rozliczne dowody na to, że jeśli szukać jakiegoś miejsca na świecie, w którym ponad wszelką wątpliwość modły nie zostają wysłuchane (chyba że przez demoniczną Kali), to jest nim, a w zasadzie była, Kalkuta w drugiej połowie XX wieku. Na tym okresie w każdym razie autor się skupia, a ściślej „Pieśń bogini Kali” przenosi nas do roku 1977, nie licząc ostatniej partii, która stanowi swego rodzaju przebieżkę po paru kolejnych latach. Taki fragmentaryczny wgląd w epokę „po Kalkucie” (pierwszy pobyt). Podobnie jak w późniejszej, moim zdaniem zjawiskowej powieści Marishy Pessl pod tytułem „Nocny film”, czy choćby w kultowym filmie Johna Carpentera, „W paszczy szaleństwa”, akcję „Pieśni bogini Kali” napędza nie tak znowu silne, ale wystarczająco, by przysporzyć mu kłopotów, postanowienie Roberta Luczaka, by odnaleźć sławnego człowieka. Poetę M. Dasa, o którym wszelki słuch zaginął przed ośmioma laty. Wprawdzie uznano go zmarłego – konkretnie ofiarę zabójstwa – ale policyjne śledztwo nie zostało jeszcze zamknięte. Tak będzie dopóki zwłoki poety się nie odnajdą. Bo choć najnowsze doniesienia wskazują na to, że Das nadal jest wśród żywych, tylko z jakiegoś powodu ukrywa się przed światem, to Luczak nie może mieć takiej pewności, dopóki odmawia się mu spotkania z tym wielkim człowiekiem. Listy i tym bardziej kilkustronicowy rękopis z poematem tak drastycznie odmiennym od wszystkiego, co wcześniej wyszło spod pióra Dasa, o niczym jeszcze nie świadczą. Owszem, nasz bohater jest skłonny uwierzyć, że nie jest to próba oszustwa - czytelnik przypuszczalnie będzie bardziej sceptyczny - ale tak czy inaczej zamierza trochę powalczyć o wywiad z tym wybitnym indyjskim poetą. Błąd? Z taki nastawieniem w każdym razie weszłam w tę coraz bardziej przygnębiającą opowieść, w której swoją drogą nie brakuje opisów, jakich pozazdrościć Simmonsowi mógłby sam Edward Lee (Clive Barker już niekoniecznie - on też tak potrafi). Opisów makabrycznych, odrażających, na które muszę przyznać sama przygotowana nie byłam. Jakoś Simmons nie kojarzy mi się z horrorem ekstremalnym, bo tego rodzaju powieścią „Pieśń bogini Kali”, moim zdaniem, też jest. Na dokładkę do horroru psychologicznego i nadprzyrodzonego, bo bez względu na to, jaką interpretację przyjmiemy, Simmons tę swoją konstrukcję w jakimś stopniu oparł na tych fundamentach. Różne więc tradycje, różne znajome oblicza literatury grozy, spotykają się na kartach „Pieśni bogini Kali” z nie mniej fascynującymi produktami wyobraźni Simmonsa. Soczystymi owocami, które nie prezentują się już tak swojsko. W końcu „Pieśń bogini Kali” to dzieło człowieka, który nie dał się poznać, jako pisarz, który umiłował sobie ciasne konwencje, który przemierza utarte ścieżki, który zwykł uporczywie trzymać się reguł wyznaczanych przez innych. Dan Simmons już raczej jest jednym z tych prozaików, którzy tworzą własne zasady, do których na domiar dobrego, nie przywiązują się na trwałe. Rzadko więc, jeśli w ogóle, wkrada się w ich twórczość straszliwa monotonia, nieprzyjemna powtarzalność, a co za tym idzie ogromna przewidywalność. Były w „Pieśni bogini Kali” momenty jakiegoś zawieszenia. Autor krążył wokół tematu jakby w poszukiwaniu punktu zaczepienia. Sposobu na pchnięcie akcji do przodu - co, jak można się się domyślić, zawsze prędzej czy później następowało. Niemniej uważam, że dałoby się tego uniknąć, gdyby Simmons rozbudował wątki o zabarwieniu kryminalnym (śledztwo policyjne i dochodzenie Roberta Luczaka) oraz jeszcze niżej pochylił się nad motywem sekty i psychicznymi katuszami, przez jakie niewątpliwie przechodzi nasz umowny sprawozdawca w dosłownie wyciskającym łzy z oczu mieście, być może przejętym przez demoniczną boginię Kali. Mroku i bólu w każdym razie Wam nie zbraknie. Podejrzewam, że ta historia skruszy nawet najtwardsze serca. Wstrząśnie nawet częstymi zjadaczami bezkompromisowej prozy. Wy ludzie o mocnych nerwach też nie możecie czuć się bezpieczni, słysząc ten śpiew. Niszczycielską pieśń bogini Kali.

Tu zaczyna się powieściopisarka kariera Dana Simmonsa. Od tej przerażającej pieśni, „Pieśni bogini Kali”. To pierwsza opublikowana powieść jednego z mistrzów literatury... różnej. Czy bez tej pieśni nie byłoby „Terroru”, „Trupiej otuchy”, „Leniej nocy”, „Abominacji, „Hyperiona”? Jakoś w to wątpię. Wątpię, żeby „dało się ukryć”, zmarnować taki chodzący talent, jakim jest Simmons. Fakt, że jego wola walki swego czasu znacznie osłabła, że miał zamiar porzucić swoje pisarskie ambicje, przynajmniej w beletrystyce, ale to było przed opublikowaniem w 1982 roku jego debiutanckiego tekstu, opowiadania „Pod prąd Styksu". Zresztą nawet bez tego sukcesu przypuszczam, że nie wytrwałby w tym postanowieniu. Pan Talent raczej by mu na to nie pozwolił. I Harlan Ellison. Ale dość tych dywagacji. Lepiej posłuchajmy pieśni hinduskiej bogini. Krwiożerczej bogini Kali. Bo warto się w nią wsłuchać. Tak uważam, mimo że nie jest to jedno z najlepszych dzieł Dana Simmonsa, jakie miałam przyjemność poznać. Ale i tak smaczne.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


wtorek, 27 kwietnia 2021

„Dom na Słomianym Wzgórzu” (1976)

 

Paul Martin niedługo po wydaniu jego pierwszej książki, która okazała się bestsellerem, przeprowadził się do położonego z dala od sąsiadów wiejskiego domu, na kawałku ziemi nazwanym Straw Hill. Mężczyzna właśnie pracuje nad swoim drugim dziełem, ale praca posuwa się zbyt wolno, co może mieć związek z przerażającymi wizjami, jakich od czasu do czasu doznaje. Paul uznaje, że rozprasza go też jego dziewczyna Suzanne, więc pozbywa się jej z domu. Zaraz potem jego agent znajduje mu maszynistkę, o którą prosił, młodą kobietę Lindę Hindstatt, która wprowadza się do Domu na Słomianym Wzgórzu. Z jej pomocą praca Paula wreszcie nabiera tempa i choć początkowo ma wrażenie, że jego pracownica coś przed nim ukrywa, szybko zastępuje je zauroczenie tą enigmatyczną kobietą.

Wyreżyserowany przez Jamesa Kenelma Clarke'a w oparciu o jego własny scenariusz, „Dom na Słomianym Wzgórzu” (oryg. „Exposé” aka „The House on Straw Hill” aka „Trauma”) to jedyny brytyjski obraz, który trafił na niesławną listę video nasties. W swojej rodzimej Wielkiej Brytanii film został wydany w kinach w 1976 roku pod tytułem „Exposé” w ocenzurowanej wersji – materiał okrojono o około trzy minuty, na które składały się ujęcia krwawej przemocy i seksu – a w 1979 roku wypuszczono pierwszą edycję video już pod tytułem „The House on Straw Hill”. Potem film został całkowicie zakazany (video nasties) na terenie Wielkiej Brytanii – ponownie wydano go dopiero w 1997 roku w wersji skróconej o pięćdziesiąt jeden sekund. „Dom na Słomianym Wzgórzu” to niskobudżetowy horror, klasyfikowany również jako thriller psychologiczny, z nurtu exploitation z Udo Kierem (pseudonim artystyczny niemieckiego aktora Udo Kierspe), który był tutaj dubbingowany, Lindą Hayden, która potem żałowała, że wystąpiła w tym filmie oraz zwaną symbolem seksu Fioną Richmond. W 2010 roku ukazał się remake „Domu na Słomianym Wzgórzu” pod tytułem „Stalker” w reżyserii Martina Kempa.

Dom na Słomianym Wzgórzu” Jamesa Kenelma Clarke'a: „niesłusznie zapomniany” film grozy nakręcony - o dziwo! - w Wielkiej Brytanii w latach 70-tych XX wieku. Wiele mówi już sam fakt, że to jedyna brytyjska produkcja, która została wciągnięta na, również brytyjską, listę zwaną video nasties. Nie chodziło o faworyzowanie rodzimego kina, pozbywanie się konkurencji, bo takowej ze świecą można było szukać. Mówiąc wprost: brytyjskie kino najzwyczajniej nie słynęło z tak „paskudnych” filmów, jak ten tutaj. To wyklęte dzieło Jamesa Kenelma Clarke'a. Ten zgniły owoc - o zgrozo! - rodowitego Anglika. I dobrze, że znalazł się taki Clarke, który miał odwagę pójść pod prąd. Dobrze dla mnie. „Dom na Słomianym Wzgórzu” to jedno z moim większych filmowych odkryć ostatnich lat. Bodaj częściej klasyfikowany jako thriller niż horror, ja natomiast odebrałam go jako mieszankę obu tych gatunków, i to w równych proporcjach. Nie mam wątpliwości, że narracja omawianej produkcji została też ukierunkowana na szokowanie, ewentualnie budzenie lekkiego wstrętu oraz na straszenie publiczności. To ostatnie najmocniej uwidacznia się w upiornych wizjach - doskonały montaż obrazu i dźwięku, przeraźliwego dźwięku tak niepodobnego do melancholijnej, smutnej, melodyjnej ścieżki przewodniej skomponowanej przez Steve'a Graya. Od strony technicznej to takie małe dzieło sztuki. Istna uczta dla osób złaknionych emocjonalnej niewygody. Bo te wstawki, te koszmarne halucynacje czołowej postaci, naprawdę mogą wytrącić ze strefy komfortu. Zupełnie jakby twórcy wymierzali siarczyste policzki – raz za razem, i tak aż do nagłego przejścia z imaginacji do szarej rzeczywistości. Dosłownie szarej, bo zdjęcia, za które odpowiadał Dennis C. Lewiston (ponoć wspomagał go, niewymieniony w czołówce, Phil Meheux) bardziej ponure już chyba być nie mogły. Nawet w słoneczne dni jest dziwnie szaro i posępnie. Niezmiennie bije z ekranu okropny, a tak naprawdę to wspaniały, chłód. Chwilami robi się wręcz przeraźliwie zimno, ale nie jest tak tajemniczo, jak myślę chciał scenarzysta i zarazem reżyser „Domu na Słomianym Wzgórzu”. Dawniej mogło to działać, ale obawiam się, że dla dzisiejszych odbiorców, fabuła może okazać się nazbyt przewidywalna. James Kenelm Clarke z całą pewnością chciał utrzymywać widza w niepewności nie tylko co do Lindy Hindstatt (według mnie zjawiskowa kreacja Lindy Hayden), maszynistki i sekretarki Paula Martina (zadowalający występ Udo Kiera), jak i samego pisarza. Mężczyzna z jakiegoś powodu seks ze swoją dziewczyną Suzanne zawsze uprawia w lateksowych rękawiczkach UWAGA SPOILER. W sumie to nadal nie wiem, dlaczego. Po co je wkładał? Skąd ten fetysz? Czyżby eksponowano go tylko po to, by zmylić widza, skierować podejrzenia (zabójstwa) na niego KONIEC SPOILERA. I oczywiście nie należy zapominać o halucynacjach Paula, to mogą być bowiem oderwane fragmenty jakichś, być może, wypartych wspomnień. Z Lindą sprawa była trochę bardziej skomplikowana. Bo prawdę mówiąc trochę się pogubiłam w roli, jaką dla niej przewidziano. Dopóki jej zagadkowość opierała się jedynie na zdjęciach, póki to była jedyna wyraźna sugestia świadcząca przeciwko niej, to znaczy wskazująca na to, że ma jakieś ukryte zamiary względem swojego nowego pracodawcy, to sprawa była jasna. Ale potem straciłam już rozeznanie, czy Clarke'owi bardziej zależało na tym, byśmy mieli pewność, że za zbrodnie dokonywane w otoczeniu Paula odpowiada jego urodziwa podwładna (scena na polu pszenicy z udziałem dwóch gwałcicieli albo i nie, trudno to rozsądzić, co zapewne było celowym zabiegiem filmowców), czy to miał być raczej kolejny fałszywy trop. To by wyjaśniało, dlaczego przy kolejnych zabójstwach skrzętnie skrywano oblicze sprawcy. Czy to autor scenariusza trochę się zamotał, czy faktycznie mordercą jest kto inny? Ej, może o to chodziło? Może nad tym mieliśmy się zastanawiać? UWAGA SPOILER Jeśli tak, to dlaczego Linda nie uznała za stosowne podzielić się z kimkolwiek, choćby z Paulem, tym co przydarzyło jej się na polu tuż po przybyciu do Domu na Słomianym Wzgórzu? Odpowiedź może być tylko jedna, a przynajmniej ja tylko jedno uzasadnianie znajdowałam KONIEC SPOILERA. Niestety, chociaż... Tak naprawdę to niezbyt mnie ta przewidywalność dotknęła. Z zachwytu jakoś nie wyszłam.

Otoczony polami z żółtą już pszenicą (czas żniw), choć gdzieniegdzie można jeszcze wypatrzyć trochę zielonych łodyg, oddalony od innych posesji, wiejski domek. W takim miejscu osiadł Paul Martin po wydaniu swojej pierwszej książki, która dała mu sławę i bogactwo. Mężczyzna nie zamierza jednak spoczywać na laurach, raczej chce kuć żelazo, póki gorące, pracuje już więc nad swoim kolejnym wybitnym dziełem. Bo za wybitnego literata on sam się uważa. Lubi wygłaszać peany pod swoim adresem; perorować o swoim ogromnym, niezrównanym pisarskim talencie. Skromnością więc nie grzeszy. Wygląda raczej na to, że nasz „wielki pisarz” jest szaleńczo zakochany w samym siebie. Ślepo zapatrzony w swoją szanowną osobę. I gotowy nieść brzemię sławy, na którą w domyśle w swoim mniemaniu od urodzenia był skazany. Odniosłam wrażenie, że Paul patrzy na siebie jak na męczennika. Cieszy się ze swojego sukcesu, wręcz pławi się w blasku sławy, ale i w swoim pojęciu bohatersko znosi wszelkie niedogodności z nią związane. Niesie ten krzyż, pokornie przyjmuje na siebie to okrutne brzemię. Poświęca się dla innych, dla ogólnoświatowej kultury, która rozpaczliwie domaga się jego talentu. Jego wkład w literaturę nie ma bowiem sobie równych. To bezcenny skarb, jakim Martin wspaniałomyślnie dzieli się z bliźnimi. Rzecz jasna, tymi co bardziej inteligentnymi, bo ktoś taki, jak Paul Martin nie będzie przecież zaspokajał kulturalnych potrzeb pospólstwa. Nie, nie, on zajmuje się tak zwaną literaturą wysoką. Więcej: na tej wysokości jest zupełnie sam, bo jeszcze nie urodził się drugi pisarz/druga pisarka tego formatu. Jak wiadomo żaden dobry uczynek nie pozostaje bez kary, pierwszoplanowa postać „Domu na Słomianym Wzgórzu” Jamesa Kenelma Clarke'a „płaci więc ogromniasty podatek” od swojej wspaniałomyślności. Płaci za swoją sławę. Nie tyle samotnością, bo ona raczej nieszczególnie mu doskwiera, ile po prostu koniecznością unikania tłumów, trzymania się z dala od metropolii. I lekką paranoją – Martina często ogarnia przekonanie, że jest obserwowany w tym swoim skromnie urządzonym, właściwie to dość biednie się prezentującym (zważywszy na możliwości finansowe tego człowieka; wychodzi więc na to, że jego materialne potrzeby nie są tak rozbuchane jak jego ego) domu na głębokiej prowincji. „Dom na Słomianym Wzgórzu” to właściwie spektakl trzech aktorów. Jednego pana i dwóch pań, choć przewija się w nim też trochę pobocznych postaci. Suzanne (Fiona Richmond z toną tapety na twarzy, ale co kto lubi), dziewczyna Paula Martina, która równie dobrze może być opłacaną panią do towarzystwa, zostaje niezbyt grzecznie wyproszona przez gospodarza pod koniec pierwszego aktu, ale wróci w ostatniej partii filmu. Natomiast środkowa część „Domu na Słomianym Wzgórzu” koncentruje się na pozostałej dwójce, czyli Paulu i Lindzie . Narcystycznym pisarzu i domniemanej femme fatale. W każdym razie świeżo zatrudniona maszynistka i sekretarka Wielkiego Literata, spokojnie mogła wyrosnąć z tego modelu. Właściwie to aby nabrać takich podejrzeń, wystarczyło mi jedno spojrzenie na jej niewinną twarzyczkę, w której, mogłabym przysiąc, kryło się coś mrocznego, jakiś praktycznie niewidzialny, starannie choć ukradkiem podsycany przez nią płomień czystej wrogości. Jeśli tak rzeczywiście jest, to obiektem tej nienawiści musi być nasz, czy to bohater, czy antybohater. Tak czy inaczej niesympatyczny człowiek, który nieświadomie sprowadził pod swój dach wyrachowaną niewiastę, która jest zdecydowana zrealizować swój morderczy plan. Albo bezpiecznik Paula po pojawieniu się Lindy się przepalił. Czyżby ten nowy obiekt westchnień pisarza, narastająca frustracja o podłożu seksualnym, niezaspokojony apetyt na ciało Lindy, był kroplą przepełniającą czarę? Wepchnął go na zakrwawianą ścieżkę, która tak naprawdę już od jakiegoś czasu znajdowała się w jego polu widzenia? A może Paul już wcześniej na nią wkroczył (rękawiczki), w okresie, w który jeśli już, to dostajemy tylko szczątkowy wgląd (wizje Martina). A może wróg kryje się gdzie indziej? Jak już wspomniałam, łatwo rozpracować w zasadzie całą tę intrygę. Odpowiedzieć sobie na wszystkie, nie tylko te kluczowe, pytanie: kto zabija? Wszystkich poza mężczyznami zastrzelonymi w pobliżu tytułowego domu, bo w tym jednym miejscu (jeśli chodzi o sceny okaleczeń i mordów) żadnych wątpliwości Clarke zasiać nie próbuje. Notabene pszenica otaczająca skromny domek, w którym zamknięto dużą część akcji, jest ważnym, drogocennym budulcowym klimatu. Chyba nawet najważniejszym, bo jest w tym jakaś świeżość (chociaż raz nie kukurydza, hehe), jakaś unikatowość, jakaś sugestywność... Hipnotyczny urok, oszałamiająca posępność, duszące poczucie uwięzienia w tej gęstej roślinności, która już za chwilę, już za moment, zacznie gnić. Wydzielać ohydny fetor... Trzeba jeszcze dodać, że sporo w „Domu na Słomianym Wzgórzu” erotyki. Stosunków płciowych (mężczyzna z kobietą oraz kobieta z kobietą) i masturbacji, od której Linda chyba się uzależniła... Mniej jest w tym, bądź co bądź dość odważnym widowisku, okaleczeń i mordów, choć i w tym temacie można się spodziewać paru błysków. Bodaj najczęściej wspominanym, najszerzej komentowanym, najbardziej charakterystycznym krwistym momentem jest „jakże malowniczy” obrazek posoki spływającej po nagim ciele umierającej, zadźganej kobiety – płynie strumyczek, płynie, do intymnego morza. Końcówka filmu niezamierzenie zabawna.

Aż dziw, że „Dom na Słomianym Wzgórzu” Jamesa Kenelma Clarke'a dołączył do smutnego grona zapomnianych. Niekompletnie, bo jednak jest jeszcze trochę „takich wariatów”, jak ja, którzy decydują się rzecz odgrzebać. Wydobyć spod tej grubej warstwy kurzu, która nie wiedzieć czemu zebrała się na tym horrorze/thrillerze, w każdym razie filmie z nurtu exploitation. Albo wiedzieć, bo to rzekome zapomnienie tak naprawdę może być niemożnością dojścia do tej „paskudy” (halo dystrybutorzy filmowi!). Zachwycającej paskudy i nieważne, że fabuła jest zdecydowanie mniej zagadkowa, niż być miała. W zasadzie to wcale. Nic się nie stało, Brytyjczycy, nic się nie stało. I tak jestem pod wrażeniem tego, czyżby ewenementu na brytyjskim rynku filmowym w tamtym okresie? Czy to najbardziej dosadny (seks i przemoc) film z rzeczonego regionu, jaki powstał w całym XX wieku? Może tak, może nie. Ale na pewno jedyny brytyjski film, który trafił na niesławną listę video nasties. Ponury, klaustrofobiczny, z lekka schizofreniczny, paranoiczny, zmysłowy i przesycony potężną, nie tak znowu niejawną, groźbą. Zły, brzydki, brudny. Cudowny!

niedziela, 25 kwietnia 2021

Jennifer Hillier „Ty będziesz następna”

 

Calvin James, seryjny morderca zwany Dusicielem ze Sweetbay, wreszcie zostaje postawiony przed obliczem wymiaru sprawiedliwości. Sąd decyduje, że resztę życia spędzi w więzieniu. W dużo lepszej sytuacji jest natomiast Georgina 'Geo' Shaw, zamieszana w pierwszą i najbardziej makabryczną zbrodnię Jamesa. Mając szesnaście lat Geo wraz ze swoim ówczesnym chłopakiem Calvinem ukryła poćwiartowane zwłoki jej najlepszej przyjaciółki, także szesnastoletniej Angeli Wong, zamordowanej przez Jamesa. I przed długie lata żyła z tą mroczną tajemnicą. Geo idzie na ugodę z prokuraturą: w zamian za złożenie zeznań przeciwko Calvinowi Jamesowi spędzi tylko pięć lat w Zakładzie Karnym w Hazelwood. Zajmujący się sprawą Dusiciela ze Sweetbay detektyw Kaiser Brody jest jedną z nielicznych osób, które nie znienawidziły Geo po ujawnieniu jej udziału w sprawie śmierci Angeli Wong. W okresie nastoletnim Kaiser, Geo i Angela byli nierozłączni. Geo była pierwszą i możliwe że jedyną miłością Kaisera. Ale wybrała Calvina Jamesa, który nigdy o niej nie zapomniał. Niedługo przed zakończeniem kary Georginy Shaw, w pobliżu jej rodzinnego domu zostają odnalezione zwłoki dwóch osób.

Druga wydana w Polce powieść kanadyjskiej autorki Jennifer Hillier. Po „Małych sekretach”, które swoją światową premierę miały w roku 2020. Thriller psychologiczny „Ty będziesz następna” (oryg. „Jar of Hearts”) to trochę starszy utwór Hillier – z 2018 roku – i najbardziej doceniony. Laureat Thriller Award 2019 za najlepszą powieść w twardej oprawie, nominowany do Anthony Award oraz Macavity Award, a zainspirowany autentyczną sprawą Paula Bernardo i Karli Homolki, pary zabójców działającej na przełomie lat 80-tych i 90-tych XX wieku w obecnym Toronto. Hillier skupiła się na Karli, która w zamian za krótszy wyrok zeznawała przeciwko mężowi. Utrzymywała, że również była jego ofiarą, co okazało się nieprawdą, a po wyjściu z więzienia na nowo ułożyła sobie życie – ponownie wyszła za mąż i doczekała się dzieci. W ramach researchu do „Ty będziesz następna”, Hillier zwiedziła zakład poprawczy dla kobiet i przypomniała sobie program telewizyjny pod tytułem „Lock Up”, na punkcie którego swego czasu miała małą obsesję.

Teraz, po lekturze „Ty będziesz następna”, cieszy mnie bardzo, że wydawnictwo Muza zainteresowało się twórczością Jennifer Hillier, Kanadyjki, która przez parę lat mieszkała w Stanach Zjednoczonych, gdzie umieszcza akcję swoich książek. „Ty będziesz następna” tylko na pozór opiera się na motywie serial killer. Prawdą jest, że zbrodnicza działalność tak zwanego Dusiciela ze Sweetbay i tylko być może jego naśladowcy, to ważne składowe tej publikacji, ale jej istota zawiera się gdzie indziej. W miejscu, które stanowi wypadkową potwornych zbrodni dokonywanych przez co najmniej jednego mężczyznę. Georgina 'Geo' Shaw – postać, z której Jennifer Hillier jest najbardziej dumna. To znaczy uważa, że to najciekawsza osobowość, jaką udało jej się powołać do życia w ramach swojej dotychczasowej twórczości. Niejednoznaczna, a więc mogąca budzić w czytelniku ambiwalentne odczucia. Mająca sporo na sumieniu, ale Hillier, w swojej przebiegłości i moim zdaniem mądrości, robi wszystko, by skłonić odbiorcę do spojrzenia na nią nie tylko potępiającym, ale także współczującym okiem. Tak naprawdę wszystkie ważniejsze postaci występujące w „Ty będziesz następna” nie są ani oślepiająco białe, ani bezdennie czarne. Wszyscy nawet, detektyw Kaiser Brody, którego Hillier nazywa kompasem moralnymi, nawet Calvin James zwany Dusicielem ze Sweetbay, mają swoje lepsze i gorsze strony. Ale niewątpliwie największy popis daje Georgina Shaw. Poznajemy ją jako kobietę sukcesu, która niedługo miała poślubić mężczyznę wywodzącego się z bardzo bogatego rodu, ale zamiast tego trafiła do (fikcyjnego) Zakładu Karnego w Hazelwood, gdzie spędzi pięć lat. To kara za to, czego dopuściła się kilkanaście lat wcześniej, kiedy miała szesnaście lat. Najwięcej miejsca Hillier poświęca aktualnym wydarzeniom (umowna teraźniejszość), ale od czasu do czasu autorka przenosi nas w przeszłość. Do okresu, w którym wszystko się zaczęło. Fragmenty retrospektywne są przekazywane w formie wspomnień głównie Georginy Shaw, ale zdarzają się też wspominki detektywa Kaisera Brody'ego, który sporo czasu i energii poświęcił sprawie Dusiciela ze Sweetbay. Seryjnego mordercy, którego pierwszą ofiarą była przyjaciółka Geo i Kaisera, ich rówieśniczka, która w chwili śmierci miała zaledwie szesnaście lat, Angela Wong. Hillier wprawdzie czyni ukłony w stronę twardszej konwencji – podchodzi do motywu seryjnego zabójcy, ewentualnie seryjnych zabójców od pospolitszej strony: policyjne śledztwo – przez którą, swoją drogą, przechodziłam nie tylko bezboleśnie, ale i z narastającą ciekawością, jednak wyraźnie bardziej liczyło się dla niej to, co krążyło wokół sprawy Calvina Jamesa. Właściwie to, co wyrastało z potwornej działalności tego człowieka, który być może (autorka stawia tutaj duży znak zapytania) doczekał się swojego naśladowcy. Jennifer Hillier tak jakby zaczyna rzecz od końca – od osądzenia seryjnego mordercy, wtrącenia go na resztę życia do więzienia o zaostrzonym rygorze. Naszą uwagę kieruje jednak na kobietę, która była zamieszana przynajmniej w jego pierwszą zbrodnię. Przynajmniej, bo już na początku książki autorka daje nam jasno do zrozumienia, że Georgina Shaw nie wyspowiadała się przed sądem ze wszystkich swoich grzechów w tej konkretnej sprawie. Czyżby więc łączyło ją coś więcej z Calvinem Jamesem? Czy ten toksyczny związek trwał dużo dłużej, niż wszyscy myślą? Jak tak naprawdę wygląda relacja Geo i Dusiciela ze Sweetbay? Które z nich jest większym potworem? Mężczyzna, który wziął na siebie całą winę, który przyznał się do zabójstwa kilku kobiet, czy jego pierwsza i najprawdopodobniej jedyna miłość, która ewidentnie coś ukrywa?

Można zacząć nowe życie, pokochać kogoś, iść do więzienia za dopuszczenie się czegoś strasznego... poczucie winy jednak nie zniknie, będzie śmierdzieć jak gnijące pod łóżkiem niewidzialne śmiecie, które wciąż tam będą, niezależnie od tego, jak wiele razy będzie próbowało się je sprzątnąć.”

Ty będziesz następna” Jennifer Hillier to jeden z tych dreszczowców, które bazują na często niedocenianych subtelnościach. Oczywiście Hillier przygotowała trochę mocniejszych uderzeń, czy to w formie makabrycznych obrazków, którym dość dokładnie będziemy mogli się przyjrzeć w przestrzeni poświęconej Kaiserowi Brody'emu, czy gwałtownych zwrotów akcji (szczerze mówiąc co nieco przewidziałam) w płaszczyźnie reprezentowanej przez Georginę Shaw. Ale zasadniczo fabuła buduje się nieśpiesznie, również na drobniejszych detalach, szczegółach, które nie służą windowaniu emocji. W każdym razie nie na pierwszy rzut oka, bo bez tego ogromu informacji, zapewne nie weszłabym w ową tragiczną opowieść tak głęboko. Na runku wydawniczym nie brakuje powieści, które nie wymagają od czytelnika osobistego zaangażowania, ale w przypadku „Ty będziesz następna” utożsamienie się z głównymi postaciami jest bardzo ważne. Powiedziałabym nawet, że to warunek konieczny. Jeśli wejść w świat przedstawiony „tylko jedną nogą”, to raczej nie ujrzy się w nim jakichś „architektonicznych wspaniałości”. Ta literacka wyprawa w takim wypadku przypuszczalnie nie dostarczy jakichś większych przeżyć. Ot, zwyczajna opowiastka o kobiecie pokutującej za grzechy młodości, ale i ciągle kryjącej jakieś mroczne sekrety oraz policyjnym detektywie zaangażowanym w sprawę morderstw, które jak wiele na to wskazuje są związane z jego poprzednią dużą sprawą, sprawą tak zwanego Dusiciela ze Sweetbay. Jeśli jednak pójdziemy dalej, jeśli cali przeniesiemy się do wykreowanego przez Hillier świata – co wyczerpujące, plastyczne opisy autorki mi ułatwiły – to odkryjemy w sobie zaskakujące uczucia na pewno do Georginy Shaw, ale całkiem możliwe, że na niej się nie skończy. Najpierw prześledzimy nie zawsze ciężkie, naznaczone monotonią i oczywiście nieustającą groźbą ze strony innych osadzonych, a możliwe, że też strażników, więzienne życie tej dziwnie sympatycznej zbrodniarki. Żywot przedstawiony interesująco i z zachowaniem z lekka klaustrofobicznej atmosfery. A potem Jennifer Hillier pokaże nam jak w praktyce działa zasada spłacenia długu wobec społeczeństwa. Mówi się, że ludzie, którzy odsiedzieli swoje, którzy odzyskali wolność (po odbyciu wyznaczonej przez sąd kary), spłacili już swoisty kredyt, jaki zaciągnęli u społeczeństwa. Odbyli pokutę i odzyskali pełnię praw obywatelskich. To w teorii, ale w praktyce - i między innymi na tym społecznym zjawisku, skupia się Hillier w „Ty będziesz następna” - takim ludziom nigdy nie zostaje odpuszczone. To zrozumiałe, ale czy tak być powinno? Autorka „Ty będziesz następna” każe nam porządnie się nad tym zastanowić, podejść do tego problemu kompleksowo, nie tylko od, w gruncie rzeczy, najwygodniejszej strony. Bliscy ofiary, sąsiedzi, policjanci zaangażowani w sprawę, w ogóle cała opinia publiczna – ich gniew względem Georginy Shaw jest w pełni zrozumiały, dla niektórych może być nawet całkowicie usprawiedliwiony, naturalny... godny pochwały? Różnie można to odbierać, sporo wszak zależy od osobistych poglądów czytelnika na ten, jakby nie patrzeć, niełatwy temat „zbrodniarki, która dopiero co wyszła z więzienia”. I wróciła do miasteczka, w którym popełniła czyn, za który ją skazano. Miasteczka, w którym nie brakuje ludzi święcie przekonanych, że Geo zasłużyła sobie na więcej, że nie ma prawa do wygodnego życia. Najtrudniejsze i zarazem najbardziej frapujące jest to, że Hillier każe nam patrzeć na to wszystko z perspektywy obiektu tej nienawiści. Nieskrywanej wrogości. Samozwańczych sędziów, czy jak kto woli strażników moralności, ludzi pragnących jedynie sprawiedliwości dla Angeli Wong. Bo niektórzy uważają, że pięć lat więzienia to stanowczo za mało. I pewnie mają rację, ale nie tylko z powodów, które stały się powszechnie znane. Czytelnik w przeciwieństwie do nich ma bowiem świadomość, że Geo ma na sumieniu coś jeszcze. Coś, co najwyraźniej też ma ścisły związek ze sprawą Dusiciela ze Sweetbay. Pierwszej miłości Geo. Chorej miłości, która swoją drogą też porusza wiecznie aktualny problem naszego świata. Przemocowe związki. Przywiązanie do osoby, która nie stroni od przemocy fizycznej i psychicznej – autorka „Ty będziesz następna” przedstawia procesy, jakie mogą zachodzić w głowie niejednej kobiety tkwiącej u boku brutalnego mężczyzny. Poddaje przekonującej, żeby nie rzec błyskotliwej, analizie szkodliwy związek szesnastoletniej dziewczyny z o parę lat starszym od niej, przyszłym seryjnym mordercą. Związek, który może trwać do dziś. Co więcej, Hillier tak sprytnie porusza się po tej pięknie porozwidlanej ścieżce fabularnej, z taką gracją płynie przez nie tak wzburzone wody, do jakich przyzwyczaiły nas współczesne powieściowe thrillery (wspomniane już subtelności), że czytelnik nie będzie mógł mieć nawet pewności, co do tego, kto tak naprawdę rządzi w tym hipotetycznym związku. Hipotetycznym dziś, bo na pewno nie kiedyś...

Umowna teraźniejszość urozmaicana wspomnieniami z okresu nastoletniego dwóch osób, które dzielą między sobą przestrzeń w drugiej wydanej w Polsce publikacji kanadyjskiej powieściopisarki, Jennifer Hillier. „Małe sekrety” były w porządku, ale „Ty będziesz następna” to w mojej opinii trochę wyższa liga. Thriller psychologiczny, który pokazuje, że skromnością też można wiele zdziałać, że mniej znaczy więcej. Nie, nie chodzi o opisy, bo one są wystarczająco szczegółowe (w każdym razie wystarczająco dla mnie). Rzecz w nieagresywności – niezabieganiu nazbyt usilnie o emocje pożądane chyba przez każdego fana gatunku. Nie jest to też opowieść, którą można by nazwać wielce kreatywną, ale też nie powiedziałabym, że odznacza się rażącą pospolitością. Nie jest to powieść, którą mogłabym podsumować słowami: mocno trzymająca w napięciu. Już raczej w niesłabnącym, a wręcz narastającym zafrapowaniu nie tylko mrocznymi sekretami, ale także (nie)zwykłą, szarą codziennością ludzi, którzy mają pod górkę; nie tylko warstwą kryminalną, ale również, jeśli nie przede wszystkim, materią społeczno-obyczajową. I postacie. Złożone, niejednoznaczne postaci, w umysły których Jennifer Hillier daje swoim czytelnikom bardzo szeroki wgląd. Co może budzić spory dyskomfort – niewygodę, jakiej zwykle oczekuje się od tego typu prozy. Czy nie? Tak czy inaczej szczerze polecam zwłaszcza zwolennikom wolniejszych, skłaniających do refleksji literackich thrillerów, którym bardziej, niż na podsycaniu emocjonalnego ognia zdaje się zależeć na... po prostu na odmalowywaniu smutnego, ciężkiego, a nawet tragicznego żywota nie tak znowu niezwyczajnych ludzi. Ludzi, którzy pod pewnymi względami mogą nam przypominać nas samych. Bo nikt nie jest bez winy...

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


piątek, 23 kwietnia 2021

„Cry for the Bad Man” (2019)

 

Starsza kobieta, Marsha Kane, od śmierci męża mieszka sama w małym amerykańskim miasteczku na swojej prywatnej ziemi. Miejscowy deweloper, Bill MacMohan, przedstawił jej ofertę kupna posesji, ale wdowa, wbrew radom innych, w tym własnej córki Helen, nie chce jej przyjąć. Nie ulega nawet gdy w sprawę angażują się synowie przedsiębiorcy zainteresowanego jej ziemią. Uprzywilejowani młodzi mężczyźni, Wayne, Derrek i Billy Jr., nachodzą Marshę, dając jej do zrozumienia, że jeśli nadal będzie upierać się przy swoim, wdrożą bardziej zdecydowane kroki. Komuś stanie się krzywda. Tym kimś niekoniecznie jednak będzie pani Kane. Wdowa nie zamierza bowiem oddać swojej ziemi bez walki. Krwawej walki.

Cry for the Bad Man”, znany też pod tytułem „The Last House”, to niskobudżetowy (budżet oszacowano na pięćdziesiąt tysięcy dolarów) amerykański thriller z nurtu home invasion rozpisany i wyreżyserowany przez Sama Farmera. Inspirację zaczerpnął z autentycznej historii, na którą natrafił zbierając materiały dla telewizji PBS – to miał być serial dokumentalny o przemocy wobec kobiet głównie w mieście Jacksonville, wedle jego własnego pomysłu. Farmer przeczytał o kobiecie, która od śmierci męża samotnie wychowywała ich dziecko. Pewnej nocy zadzwoniła na numer alarmowy, żeby zgłosić, że ktoś próbuje dostać się do jej domu. Powiedziała dyspozytorowi, że jest sama z dzieckiem i że ma broń. Zapytała, czy może zastrzelić tego człowieka, jeśli dostanie się do środka, na co jej rozmówca odparł, że nie może powiedzieć, że zabicie włamywacza to dobre wyjście, ale musi zrobić wszystko, żeby ochronić dziecko. Sam Farmer i jego ekipa starali się nakręcić „Cry for the Bad Man” przez około siedem lat (w międzyczasie skrócono scenariusz). Film wszedł na ekrany wybranych amerykańskich kin w styczniu 2019 roku, a potem czekał aż do pierwszego kwartału roku 2021 (internet, DVD i Blu-ray).

Rola główna w „Cry for the Bad Man” została powierzona Camille Keaton, kojarzonej głównie z „Pluję na twój grób” Meira Zarchiego (wystąpiła też w jego sequelu z 2019 roku „I Spit On Your Grave: Deja Vu” i choćby w „Co się stało z Solange?” Massimo Dallamano), która jednak moim zdaniem nie pokazała się tutaj od najlepszej aktorskiej strony. Właściwie w obsadzie skompletowanej przez Sama Farmera na potrzeby tego bidnego dreszczowca nie wypatrzyłam ani jednej osoby, która wykazywałaby się jakąś, choćby znikomą, wiarygodnością. Rażąco wymuszona mimika, „kwadratowa dykcja”, egzaltacja, „marionetkowe gesty” (zero naturalności, prawie widać przywiązane do kończyn aktorów i aktorek sznurki, za które pociąga reżyser), słowem: wszystko jest tak niesamowicie przerysowane, że zaczęłam się zastanawiać, czy to aby nie miała być parodia. Parodia filmów z nurtu home invasion. Niektórzy odbiorcy mogą jednakże, przynajmniej w jednym punkcie, skojarzyć go z „Bez litości” Stevena R. Monroe'a, remakiem wspomnianego już „Pluję na twój grób” (1978). Pod rape and revenge co prawda podciągnąć go nie można, ale małomiasteczkowy policjant, którego poznajemy już na początku „Cry for the Bad Man” może naprowadzić na ten trop (poprzez „Bez litości”). Uruchomić skojarzeniowe dzwoneczki. Sam Farmer uznał, że najlepiej będzie sprowadzić praktycznie całą fabułę do konfliktu starszej kobiety z należącymi do wpływowego rodu trzema braćmi. Wyjątek stanowią przebłyski z przeszłości Marshy Kane, ale nawet sam Farmer przyznał, że to tylko drobny dodatek, nic szczególnie ważnego. Zdradził też, że po trosze inspirował się „Uwolnieniem” Johna Boormana UWAGA SPOILER, co najbardziej miało się uwidocznić w ostatnim akcie.  Przeżyłam, ale teraz muszę jakoś odnaleźć się w cywilizowanym świecie. Prawo dżungli przestało już obowiązywać, a moje ręce są całe we krwi... KONIEC SPOILERA. Wracając do meritum. Zaczynamy od krótkiego, niewiele mówiącego prologu, a potem od razu zawiązuje się główny – w zasadzie jedyny – wątek filmu. Widzimy trzech młodych mężczyzn, którzy starają się zastraszyć starszą kobietę, samotnie mieszkającą wdowę Marshę Kane (Camille Keaton). Chcą zmusić ją do sprzedaży ziemi ich ojcu, bogatemu przedsiębiorcy, który najwyraźniej trzęsie całym miasteczkiem, włącznie z tutejszą policją. Kobieta ani myśli im ustąpić. Jej postawa zdaje się mówić, że prędzej umrze, niż sprzeda swoją własność. Upór Marshy nie bierze się z jej osobistego stosunku do człowieka, który przedstawił jej tę ofertę (choć raczej za nim nie przepada), ani z jakiejś niezadowalającej, według niej zbyt niskiej, proponowanej ceny. Nie, chodzi o zwykły upór starszego człowieka. Będzie tak jak ja chcę. I żadna siła nie przekona mnie do zmiany stanowiska. Nie bo nie. Kreśląc pierwszoplanową postać „Cry for the Bad Man” Sam Farmer myślał głównie o „tej przypadłości” wielu seniorów. O ludziach w jesieni życia, którzy nie dadzą sobie przegadać. Ale chciał, by widz spojrzał na to także z innej strony. Z perspektywy samowystarczalnej kobiety, która wylała litry potu na stworzenie sobie i swoim najbliższym w miarę przytulnego gniazdka. Kobiety, która nigdy nie była zależna od mężczyzny, wbrew temu co sądzą inni, nigdy nie czekała, aż jej mąż ją w czymś wyręczy (na przykład w pracach remontowych). Można powiedzieć, że Marsha Kane to kobieta prawdziwie wyzwolona, feministka, która nie życzy sobie, żeby w jej obecności ktokolwiek, a już zwłaszcza jej własna córka, wyrażał się o kobietach jakby były niepełnosprawne.

Jest w „Cry for the Bad Man” taki moment, który... Powiedzmy, że reakcja Marshy wydaje się nader przesadna. Ten nagły wybuch złości na Helen, jej już dorosłą córkę, kiedy ta próbuje przekonać ją do sprzedaży posesji. Z jej słów wprawdzie jasno wynikało, że sądzi, iż matka nie poradzi sobie sama w tym miejscu, ale nie odniosłam wrażenia, że przemawia za tym chęć przekonania rodzicielki, że jest niezaradna. Marsha tak to jednak odebrała, a jakby tego było mało, to ta, w moim pojęciu niesprawiedliwie potraktowana młoda kobieta, poczuła się w obowiązku przeprosić... nadzwyczaj przewrażliwioną kobietę. Prawdę mówiąc cały ten incydent w moich oczach wypadł mało wiarygodnie. Jak to mówią młodzi: nie kupiłam tego. I nie tylko tego. Weźmy na przykład nagłą zmianę planów Marshy niedługo po wdarciu się do jej niewielkiego domku trzech rozpieszczonych braci, którzy zamierzają siłą zmusić ją do podpisania umowy kupna-sprzedaży sporządzonej przez ich ojca (a raczej jego prawników). Właścicielka posesji (nieruchomości i kawałka niezabudowanego gruntu – teren wokół domu) stanowiącej przedmiot tego zajadłego sporu, zamiast kazać Derrekowi przynieść telefon, który zostawiła w innym pomieszczeniu, żeby sama mogła wezwać szeryfa, z jakiegoś niepojętego powodu dochodzi do wniosku, że lepiej będzie wysłać go do biura szeryfa. Poczekać aż mężczyzna go sprowadzi. Cóż za zaufanie! W każdym razie główna bohaterka „Cry for the Bad Man” (niektórzy mogą odbierać ją jako antybohaterkę) z całą pewnością wystawia się na niepotrzebne ryzyko. W tym momencie naraża się bardziej niż to konieczne. Raczej nie przez stres, a przynajmniej ja nie miałam wrażenia, że Marsha dała się porwać emocjom, że uległa złej doradczyni panice. Nic z tych rzeczy. Dla mnie to było kolejne potknięcie scenarzysty. Kolejny dowód na to, że scenariusz „Cry for the Bad Man” nie został należycie przemyślany – wychodzi więc na to, że blisko siedem lat to za mało, by opracować spójny scenariusz. Tak czy inaczej Sam Farmer w tym przypadku powinien dać sobie jeszcze więcej czasu. Bo poza aktorstwem, jako żywo kojarzącym się z polskimi serialami paradokumentalnymi taśmowo kręconymi dla telewizji, największą słabością „Cry for the Bad Man” w moim pojęciu jest właśnie warstwa tekstowa. Co, przyznaję, trochę mnie zaskoczyło, bo większych niedogodności spodziewałam się od płaszczyzny technicznej. Przy tak niskim budżecie (internety podają w przybliżeniu pięćdziesiąt tysięcy dolarów) lepiej nie nastawiać się na „wygodną”, zadowalającą realizację. A tu proszę: ani montaż, ani udźwiękowienie (uwagę zwracają mocne brzmienia, a konkretnie jeden utwór, który wcielono w ścieżkę dźwiękową – można go w sumie potraktować jako utwór przewodni), ani tym bardziej zdjęcia Patricka Barry'ego, nie wydawały się tak niedopracowane, tak niechlujne, jak sam tekst. Powiem więcej: podobała mi się kolorystyka zdjęć. Metaliczne szarości, charakterystyczna ponurość, która przypominała - dokładka do skorumpowanego małomiasteczkowego gliniarza - „Bez litości” Stevena R. Monroe'a, choć to niezupełnie to samo (za wysokie progi). Ale to nie osłabia mojego przekonania, że taki klimat zasługiwał na więcej. Innymi słowy, uważam, że zmarnowano całkiem solidną atmosferę. Zmarnowano na niestarannie rozpisaną, maksymalnie przewidywalną, bo do bólu konwencjonalną (generalnie nie mam nic przeciwko wykorzystywaniu wypróbowanych pomysłów, ale sprawdzone, doskonale znane przynajmniej fanom gatunku, motywy, też trzeba umieć przedstawić), nazbyt uproszczoną, bo dotkliwie odbiło się to na postaciach, bałaganiarską opowieść. Ogólnie rzecz biorąc trudno mi było za Marshą i jej szantażystami nadążyć. Zrozumieć niektóre ich zachowania – dlaczego postępują tak, a nie inaczej; robią tak, choć lepiej byłoby tak. Nie czułam tych ludzi – patrzyłam na nich trochę jak na zbieraninę „przypadkowych przechodniów”, którzy nie za bardzo wiedzą, co ze sobą począć, ale starają się (nieudolnie) pokazywać coś zgoła przeciwnego. Na pocieszenie (poza chłodnawym klimatem, przebija nawet z tego leciutki nihilizm) dostałam jednak graficzną przemoc, której prawdę mówiąc w ogóle się nie spodziewałam. Odstrzelona dłoń – okrutnie poszarpany, broczący substancją dość udanie imitującą krew, kikut, oraz zbliżenia na martwą twarz z brzydką dziurą po śmiercionośnej kuli. Na tym w zasadzie kończą się godne odnotowania momenty, wybijające się ponad przeciętność dodatki gore. Trzeba dodać praktyczne efekty specjalne, które w moich oczach wypadały na tyle realistycznie, żebym ich też pożałowała na tę marniutką opowiastkę o starszej kobiecie broniącej swoich „włości”. Zero napięcia, za to narastająca irytacja. I nieustające głowienie się nad tym, dlaczego wciąż na to patrzę. Po co? Na co? Naprawdę nie wiem, dlaczego nie skróciłam tych mąk. Bo to była męka, której nawet atmosfera panująca na posesji Marshy Kane, gdzie zamknięto całą akcję „Cry for the Bad Man” oraz makabrycznej efekty specjalne, których, jak już powiedziano, nie ma znowu tak dużo, nie były w stanie zaradzić. Fabuła, aktorstwo i charakterystyka postaci – trójca, która w moich oczach pogrzebała to filmidło.

Sam Farmer i jego „Cry for the Bad Man”, eh... Nie mogę z całą pewnością powiedzieć, że to najgorszy filmowy thriller z nurtu home invasion, jaki w życiu obejrzałam, bo zwykle takie błędne wybory szybko wyparowują mi z pamięci. Możliwe więc, że w tej konkretnej (pod)gatunkowej szufladce zdarzyło mi się trafić gorzej. Na coś mniej klimatycznego i nie tak krwistego. Bo za to plusiki twórcom „Cry for the Bad Man” bez najmniejszych oporów przyznać mogę. Słaba to jednak pociecha przy TAKIM scenariuszu i TAKIM aktorstwie. Aż się ciśnie na klawiaturę: ???