Stronki na blogu

środa, 25 grudnia 2013

Darmowa proza ekstremalna Francisa Violento

Francis Violento to pseudonim długoletniego wielbiciela horrorów, który stara się zaistnieć w literaturze ekstremalnej. Póki co publikuje w serwisie wydaje pl. Poniżej prezentuję opisy jego dotychczasowej twórczości wraz z linkami do darmowych e-booków w formacie pdf (tylko dla pełnoletnich czytelników).

Powieść "Nowy Porządek"

Bliżej nieokreślona przyszłość. Ziemia wyniszczona przez skutki wojen i katastrof naturalnych. W Stanach Zjednoczonych dochodzi do wybuchu reaktora jądrowego, a tragedia
zbiera ze sobą krwawe żniwo w postaci licznych ofiar śmiertelnych i zdegradowanych miast.
Po okresie kwarantanny ludzkość zostaje przesiedlona z uwagi na pochodzenie, umiejętności i stan posiadania. NOWY PORZĄDEK to brutalna antyutopia opisująca życie mieszkańców najbiedniejszego Dystryktu Zero, obszaru nękanego przez kryzys ekonomiczny i totalitarną dyktaturę.

„Starość. Właśnie ten stan był całkowicie eliminowany i piętnowany w dzisiejszym społeczeństwie. Świat już wystarczająco gnił od środka, pożerany od wewnątrz przez skutki katastrof. Nie chciał, by na dokładkę pomarszczeni, chorowici ludzie nikczemnie deptali jego zatrute ziemie. Ich miejsce było w rowie wśród sterty opakowań po chipsach. Potrzebował silnych, dorodnych i posłusznych młodzieńców, którzy będą w stanie na własnych barkach dźwignąć zardzewiały koszmar i dzięki ciężkiej pracy załatać dziurę w tym cuchnącym, parującym statku“.

Poznaj niektórych obywateli:
Matka sprzedająca własne dziecko na potrzeby eksperymentów w celu spłaty długów i zdobycia sławy.
Uzależniony od pornografii i alkoholu mężczyzna żyjący pod obcasem wymagającej żony.
Żywiołowa dziesięciolatka, która idzie w ślady matki, striptizerki i prostytutki.
Oto rzeczywistość, która niszczy wszelkie wartości moralne. Ludzie sparaliżowani strachem wbijają najbliższym nóż w plecy, byle tylko przeżyć bezpiecznie kolejny dzień. A władze zaprzedały duszę Złu, gdyż tylko bezwzględni egoiści są w stanie osiągnąć sukces. Czy jednak można zrzucać całą winę na rząd, usprawiedliwiając swoje postępowanie? A może przez własną znieczulicę zasługujemy na to, by nas zgładzić?


„Systemy i ustroje mogą zmieniać się jak maski, a ludzkość zawsze pozostanie taka sama“.
ON stratuje wszystko, co ma w sobie pierwiastek dobra. Nie odpuści nawet bogobojnym i niemowlętom...


BRUTALNOŚĆ. GWAŁT. OKRUCIEŃSTWO. DEHUMANIZACJA. PERWERSJE SEKSUALNE. MAKABRYCZNE DEWIACJE. PEDOFILIA. NEKROFILIA. KANIBALIZM. SATANIZM. MORD.


Czy znajdzie się choć jedna osoba, która będzie w stanie przeciwstawić się Złu?
Nie napisze dobrego horroru ten, kto nie zaznał w życiu strachu i nienawiści. Ale po co rozświetlać mroki własnej duszy, skoro świat czerni tak bardzo wciąga i fascynuje?
Mam wrażenie, że jakaś tajemnicza siła kazała mi napisać NOWY PORZĄDEK...
Przeczytaj i zastanów się - czy to wyłącznie wyimaginowana wizja przyszłości pochodząca z otchłani perwersyjnego umysłu? A jeśli to wszystko się spełni, po której stronie staniesz?
Świat już zmierza ku zagładzie...

 
http://wydaje.pl/e/nowy-porzadek2


Zbiór opowiadań "Kloaczna Uciecha"

 
Dziewięć opowieści. Dziewięć demonów, które zdejmą z Ciebie kołderkę i będą szczypać tak długo, aż wreszcie zmoczysz prześcieradło...

TELEFON. Joshua dostrzega ukryty pośród łanów zbóż telefon komórkowy. Nie bacząc na konsekwencje, postanawia zabrać znalezisko ze sobą. W ten sposób mężczyzna doprowadza do serii niefortunnych zdarzeń... Mini opowiastka nawiązująca do biblijnej przypowieści o siewcy.

JEGO WŁASNA APOKALIPSA. Adam Tranquillo jest szanowanym, acz kontrowersyjnym pisarzem. Ma jednak wszystko, czego dusza zapragnie - luksusowy dom, samochód, majątek... Z wyjątkiem ukochanej, która odeszła na zawsze. Do tego mężczyznę nękają przeraźliwe koszmary pełne apokaliptycznych bestii. Po rozmowie z księdzem Adam postanawia przewartościować swoje życie. Krótkie opowiadanie wykorzystujące cytaty z Biblii.


ROUTE 66. To miała być podróż ich marzeń. Sposób na uratowanie trudnego związku. Kiedy jednak zauważają czarną ciężarówkę gotową staranować ich auto, wyprawa zamienia się w prawdziwy koszmar... Połączenie horroru i thrillera. Zawiła intryga oraz klimat Matki Dróg to niewątpliwe plusy tej opowieści.


KRUCHOŚĆ ŻYCIA. Martin Larok postanawia spełnić swe marzenia z dzieciństwa o byciu reżyserem filmowym, dlatego przeprowadza się do Oakland Park, by rozpocząć odpowiednie studia. Pewnej nocy podczas zabawy w klubie poznaje trójkę ekscentrycznych młodzieńców, którzy wprowadzają go w świat narkotycznych wizji... Dramat z makabryczną końcówką. Gorzka lekcja o tym, że nie można mylić miłości z iluzją...


RANDKA. Erica umawia się przez internet z Phillipem. Gdy dostrzega na twarzy młodzieńca wyjątkowo szpetne blizny, staje się coraz bardziej nieufna. Jednak to nie jedyna tajemnica, jaką będzie musiała odkryć... Przestroga przed nawiązywaniem znajomości przez internet. Wyraźne nawiązanie do słynnej miejskiej legendy.


SAMOTNOŚĆ. PRAWDZIWY HORROR DLA CIAŁA I DUSZY. Bardzo wrażliwy homoseksualista borykający się z myślami samobójczymi udaje się na spacer w miejsce słynnego opuszczonego budynku. Gdy w oknie dostrzega przez ułamek sekundy twarz dziewczyny, postanawia wejść do środka, by stoczyć walkę z własnymi lękami i koszmarami. Klimat beznadziei, depresji i osamotnienia wylewa się z każdej stronicy. Połączenie horroru i dramatu psychologicznego. Opowiadanie celowo pisane stylem bardziej wybujałym, kwiecistym, gdyż zabieg ten idealnie odzwierciedla psychikę cierpiącej artystycznej duszy.


LOVE IS A PAIN. Uzależniona od korzystania z usług wróżek, wiecznie niezadowolona z siebie i sfrustrowana Adrianna przestaje wierzyć w istnienie prawdziwej miłości. Aż pewnego dnia zupełnie przypadkowo spotyka przystojnego, uśmiechniętego adoratora. Jej naiwność doprowadza do tragedii. Czy szczęśliwy związek polega na tym, by całkowicie podporządkować się drugiej osobie i wyrzec samego siebie? Opowiadanie bardzo brutalne, spodoba się fanom twórczości Edwarda Lee i Johna Eversona.


KLOACZNA UCIECHA. Wydawało się, że będą to kolejne nudne, jałowe wakacje na zapomnianej przez świat wsi u boku pedantycznej, zrzędliwej babci. Pewnego dnia główny bohater odkrywa jednak, że w czeluściach sedesu mieszka pewna eteryczna istota. W zamian za uwolnienie z pozoru sympatyczny duszek postanawia spełnić jedno życzenie swego wybawcy... Horror z klozetowym humorem. To opowiadanie aż cuchnie na kilometr, nie podchodzić bez kija! Idealne dla miłośników Tromy.


SZARY DIABEŁ. Ciężarna Iwona w trakcie spaceru po parku poznaje młodego jasnowidza, który potrafi malować portrety nieznanych osób i przepowiadać ich przyszłość. Gdy kobieta dostrzega na płótnie zdeformowaną twarz nienarodzonego dziecka, uznaje mężczyznę za psychopatę. Zostaje uruchomiony ciąg nieszczęśliwych zdarzeń prowadzących do spełnienia przepowiedni. A może wszystko zmierzało do upadku dużo wcześniej? Horror psychologiczny z estetyką gore. Makabra ciężkiego kalibru, czytać wyłącznie na własną odpowiedzialność.


http://wydaje.pl/e/kloaczna-uciecha-zbior-opowiadan-z-dreszczykiem2


Źródło: opisy podesłane przez Francisa Violento

wtorek, 24 grudnia 2013

„Cube” (1997)

Recenzja na życzenie

Sześć osób budzi się w sześciennej konstrukcji złożonej z tysięcy kwadratowych pomieszczeń. Nie pamiętając porwania, nie znając tożsamości i motywów ludzi, którzy jak wszystko na to wskazuje, przeprowadzają na nich tajemniczy eksperyment, więźniowie ruszają na poszukiwanie wyjścia. Mogąc wybierać pomiędzy sześcioma włazami w każdym pomieszczeniu, z których wiele kryje śmiercionośne pułapki, starają się współpracować, aby przeżyć i wydostać się z tej osobliwej konstrukcji.

Debiutancki pełnometrażowy kanadyjski thriller późniejszego twórcy „Istoty” i „Istnienia”, Vincenzo Natali’ego. Zrealizowany tanim kosztem (efekty komputerowe wygenerowano na pożyczonym sprzęcie) na bardzo małej przestrzeni (w opuszczonym magazynie), „Cube” jest niezaprzeczalnym dowodem na to, że kino grozy znakomicie poradziłoby sobie bez hollywoodzkiego efekciarstwa, ponieważ w tym gatunku zawsze najważniejszy był scenariusz, a w tej materii Natali we współpracy z Andre Bijelic’iem i Graeme Mansonem wspiął się na wyżyny innowacyjności.

Nie wiem, czy istnieje bardziej wizjonerska produkcja, traktująca o uwięzieniu protagonistów w jakiejś ograniczonej przestrzeni, bo choć zdawać by się mogło, że „Cube” szybko zamieni się w najzwyklejszy proces eliminacji bohaterów w pełnych pułapek pomieszczeniach sześcianu, gdzie każda kolejna śmierć będzie bardziej widowiskowa od poprzedniej tak naprawdę po pierwszym wypaleniu twarzy jednemu z mężczyzn jakąś bliżej nieokreśloną substancją na kolejne zgony będziemy musieli zaczekać, aż do ostatnich minut seansu i z pewnością nie będą one bardziej pomysłowe od tego pierwszego. Twórcy, i chwała im za to, choć mieli doskonałą okazję do zaprezentowania ociekającego posoką ekranu, w końcu konstrukcja, w której uwięziono naszych protagonistów kryła w sobie pomieszczenia pełne przemyślnych pułapek, nie dążyli do zniesmaczenia odbiorcy tylko zaintrygowania go, rozbudzenia w nim z minuty na minutę coraz bardziej narastającej ciekawości i zmuszenia go do główkowania razem ze zdezorientowanymi bohaterami, a jest nad czym myśleć. Otóż, ktoś wybudował ogromny sześcian, pełen różnobarwnych kwadratowych pokoi, a we wszystkich ich ścianach umieścił włazy prowadzące do kolejnego pomieszczenia. Każde wejście oznakował dziewięciocyfrowym ciągiem liczb, podzielonym na trójki, które z kolei zawierają w sobie odpowiedź o zawartości danego pokoju – odpowiednio odczytane mówią, czy jest on śmiercionośną pułapką. Po śmierci jednego z bohaterów spośród piątki pozostałych zostaje wyłowiona rozmiłowana w matematyce studentka, której przez długi czas udaje się bezpiecznie prowadzić resztę przez tę osobliwą konstrukcję. I kiedy już wydawałoby się, że widz będzie obcował z niekończącą się wędrówką wewnątrz sześcianu twórcy komplikują fabułę niezdrowymi relacjami międzyludzkimi, w których centrum tkwi ambitny policjant, marzący o przywództwie i pragnący wyeliminować cierpiącego na autyzm mężczyznę, którym z kolei opiekuje się znerwicowana lekarka. Tylko jedna osoba wydaje się być nieporuszona obecną sytuacją – mężczyzna w średnim wieku, o którym niewiele wiemy, a który wkrótce uchyli przed nami rąbka tajemnicy na temat swojej przeszłości, co jedynie pomnoży nasze teorie na temat rzeczywistych właściwości sześcianu i ludzi odpowiadających za jego stworzenie.

„- Dlaczego wsadzają tu ludzi?
- Bo już stoi. Trzeba tego jakoś używać albo przyznać, że niczemu nie służy.”

Chaos – tak tłumaczy przeznaczenie sześcianu jeden z bohaterów. Według niego na zewnątrz nie istniej nikt, kto więcej by o nim wiedział od piątki pozostałych przy życiu osób, tkwiących w „jego trzewiach”. Ale widzom to nie wystarczy. Oczekując jakiegoś przekonującego wytłumaczenia przede wszystkim realnych możliwości wybudowania czegoś takiego, logicznych wyjaśnień jego umiejscowienia w swego rodzaju próżni i okresowego przesuwania się poszczególnych pokoi, odbiorca kontynuuje seans w większym skupieniu, mnożąc w swoim umyśle niesamowite teorie o rządowym spisku bądź kosmitach eksperymentujących na rasie ludzkiej, czyli dokładnie tak, jak zapewne chciał tego Natali w finale wręcz śmiejący mu się w twarz. UWAGA SPOILER Rezygnacja z tłumaczenia czegokolwiek była bardzo trafnym zabiegiem, bo po pierwsze chyba nikt nie posiada, aż takiej wyobraźni, żeby przekonująco odpowiedzieć na pytania, które postawiła niniejsza produkcja, a więc w przypadku łopatologicznych bądź nadmiernie fantastycznych wyjaśnień Natali mógłby pogrążyć swój film. I wreszcie po drugie: pozostawienie pola do wielorakiej interpretacji w kinematografii zawsze zdawało egzamin – w końcu tego rodzaju zabieg zmusza dociekliwego widza do roztrząsania intrygi fabularnej jeszcze długo po skończonej projekcji, nie pozwalając mu zapomnieć o danym obrazie KONIEC SPOILERA. Niesprawiedliwym byłoby stwierdzenie, że „Cube” to jedynie opowieść o osobliwej konstrukcji, kryjącej w sobie pomysłowe pułapki (moja ulubiona znajdowała się w „cichym pokoju” – pomieszczeniu skrywającym aktywowane głosem szpikulce), relacjach międzyludzkich w warunkach ekstremalnych, prowadzących do trafnych, aczkolwiek jakże pesymistycznych spostrzeżeń na temat naszej destrukcyjnej rasy i ciekawym wykorzystaniu teorii matematycznych, ponieważ obok innowacyjnego pomysłu jego największą siłą jest klaustrofobiczny klimat. W tej trudnej sztuce Natali’emu z pewnością bardzo pomogła sceneria (malutkie, fantazyjnie oświetlone pomieszczenia, które przecież mogą kryć jakąś niosącą śmierć pułapkę), ale byłaby ona niczym bez wiarygodnej obsady (Andrew Miller to mój absolutny faworyt, ale Nicole De Boer daleko w tyle za nim nie pozostawała) i dbałości o ciągłe przypominanie widzom o nieubłaganie upływającym czasie, wszak im dłużej nasi bohaterowie przebywają wewnątrz sześcianu, tym więcej sił tracą – brak pożywienia, brak wody, brak świeżego powietrza… to wszystko działa na ich niekorzyść równie silnie, co kwas wypalający twarz pewnemu cwaniaczkowi.

Obok „Bunkra” „Cube” jest moim ulubionym thrillerem o ludziach walczących o przetrwanie w ograniczonej przestrzeni, bo tak na dobrą sprawę tak daleko idącej innowacyjność, wyłączając prekursorów wszystkich motywów filmowych, można ze świecą szukać w światowej kinematografii. A tak gęstego klimatu może mu pozazdrościć niejeden multipleksowy horror, szczycący się milionowym budżetem i rzeszą oddanych fanów.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Zapowiedzi na rok 2014

Przeglądając zapowiedzi przyszłorocznych horrorów nietrudno oprzeć się wrażeniu, że twórcom zaczyna brakować pomysłów, bowiem w przeciwieństwie do obecnego, mijającego już roku ciężko jest znaleźć coś, co rzeczywiście zasługuje na naszą uwagę. Niemniej wybrałam kilka pozycji, na temat których w Sieci pojawiły się już jakieś niejasne informacje.

„Sin-Jin” – amerykańska produkcja, za której scenariusz i reżyserię ma odpowiadać Ethan Dettenmaier. Film będzie opowiadał o Diable, który ponoć w każde Halloween pojawia się na równinach w Indiach i cmentarzu w Kansas. Właściwa akcja zawiąże się 2 listopada, w dniu przewiezienia przez policjantów groźnego więźnia, zwanego Sin-Jin do małego miasteczka w Kansas.

„Wij” – adaptacja opowiadania Nikołaja Gogola, opowiadająca o stworzeniu, potrafiącymzabijać jednym spojrzeniem. Film ma być wspólnym projektem Czechów, Niemców, Rosjan, Ukraińców i Brytyjczyków, wyreżyserowanym przez Olega Stepchenko. Domniemana data premiery przypada na 23 stycznia 2014 roku.

„Castlevania” – adaptacja popularnej gry wyreżyserowana przez współczesnego mistrza ghost stories, Jamesa Wana, mająca opowiadać o narodzinach Draculi i powstaniu klanu pogromców wampirów.

„Bind” – nastrojowa historia pewnego nawiedzonego sierocińca, za realizację którego ma odpowiadać Dan Walton.

„Mansion of Blood” – historia Mike’a Donahue o pewnym milionerze, który po wyremontowaniu Nawiedzonego Dworu organizuje imprezę z okazji zaćmienia księżyca, w trakcie której eksperymentowanie z magią wymyka się spod kontroli.

„Shhh” – opowieść o niemej Angeli, którą przyjaciele zabierają na wycieczkę w nadziei, że dzięki temu upora się ze swoją wewnętrzną blokadą. Domniemana data premiery przypada na 4 października 2014 roku.

„Field Freak” – historia pewnego pisarza, który razem z rodziną przenosi się do nowego domu, aby napisać książkę. Z czasem odkrywa, że ktoś ich obserwuje… Za reżyserię i scenariusz ma odpowiadać Stephen Folker.

„Home” – fanatycznie religijna Carrie zostaje zmuszona do przeprowadzki. W nowym lokum rodzice powierzają jej opiekę nad młodszą siostrą, której grozi niebezpieczeństwo. Reżyserem filmu ma być Frank Lin, a w jednej z ról zobaczymy znaną z trzech części „Koszmaru z ulicy Wiązów” Heather Langenkamp.

„The Dooms Chapel Horror” – wyreżyserowany przez Johna Holta horror mający traktować o samotnym mścicielu poszukującym winnych jego osobistej tragedii.

„Daylight’s End” – klasyczna historia o zarazie dziesiątkującej mieszkańców Ziemii i zamieniającej je w krwiożercze bestie wyreżyserowana przez Williama Kaufmana z Lancem Henriksenem w jednej z głównych ról.

„The Mangled” – reżyser Lawrence W. Nelson II proponuje nam opowieść o pewnej rodzinie zdeterminowanej, aby odnaleźć swoją zaginioną córkę. Gotową absolutnie na wszystko, aby tylko ją odzyskać…

„The Dead Sea” – film T.A. Williamsa o najemnikach odnajdujących okręt z załogą zarażoną dziwnym wirusem.

„Devil’s Door” – opowieść Eliasa Matera o pewnym Latynosie, który po śmierci ojca-gangstera postanawia iść w jego ślady i wstąpić do gangu, co wkrótce wymusi na nim stawienie czoła gnębiącym go demonom.

„Hitchhiker Massacre” – krwawy horror Jamesa L. Billsa o szaleńcu szlachtującym autostopowiczki i spożywającym ich mięso.

„The Midnight Horror Show” – wyreżyserowana przez Andrew Jonesa brytyjska produkcja traktująca o rodzinie Moreau, która żyje z objazdowego show przeznaczonego tylko dla dorosłych odbiorców.

„Valley of the Witch” – reżyser Andrew Jones proponuje widzom historię o kobiecie, która po rozwodzie przeprowadza się na wieś, gdzie zostaje zmuszona do rozwikłania zagadki serii samobójstw. 

„Kingdom Come” – film Grega A. Sagera o grupie osób więzionych w opuszczonym szpitalu psychiatrycznym, w którym mają miejsce nadprzyrodzone zjawiska.

Ponadto filmowcy standardowo obiecują nam remake’i „Ducha”, „Wysłannika piekieł” i „Laleczki Chucky”,  trzecią część amerykańskiego „The Ring” i „Smakosza” oraz sequel „Zombieland”, ale zważywszy na rokroczne przesuwanie daty ich premier chyba nikt już w te zapewnienia nie wierzy…

„When the Lights Went Out” (2012)

Recenzja na życzenie

Trzyosobowa rodzina Maynardów przenosi się do nowego domu w hrabstwie Yorkshire. Trzynastoletnia córka, Sally, już od pierwszego dnia wyczuwa jakąś obecność, czemu rodzice nie chcą dać wiary. Z czasem nawet oni nie mogą ignorować nadnaturalnych wydarzeń mających miejsce w nowym lokum. Jednak zamiast się wyprowadzić nagłaśniają sprawę w mediach, nie bacząc na destrukcyjny wpływ ducha na osobowość ich córki.

Brytyjska ghost story Pata Holdena oparta na rzekomo prawdziwych wydarzeniach, mających miejsce w 1974 roku w domu Maynardów, którzy ponoć do dziś w nim mieszkają. „When the Lights Went Out” z pewnością nie został nakręcony z myślą o poszukiwaczach daleko idącej innowacji w kinie grozy, bowiem twórcy od początku do końca bazują na konwencji klasycznych ghost stories, niemalże nic nie dodając od siebie. Inna sprawa, że w większości przypadków robią to dosyć przyzwoicie, a więc zagorzali wielbiciele tego nurtu w ogólnym rozrachunku powinni być ukontentowani.

Chyba nikt nie zaprzeczy, że Brytyjczycy są mistrzami gotyckiego klimatu („Nawiedzony”, „Kobieta w czerni”, „Szepty”) – stare, wielkie domostwa, w których przez większą część seansu mają miejsce subtelne oznaki obecności zza światów w towarzystwie surowej atmosfery. Tutaj jest inaczej, bo o ile Holden często posiłkuje się tą surowością, właściwa akcja rozgrywa się w nowocześnie (jak na tamte lata) urządzonym domu, równocześnie przenosząc widza w scenerię lat 70-tych, z fryzurami, ubiorem i mentalnością ówczesnego społeczeństwa włącznie. Nie zabrakło również miejsca na powolne budowanie klimatu – początkowo delikatne oznaki tajemniczej obecności w domu Maynardów (nagłe spadki temperatury, samoistnie odkręcający się kran, spadający ze schodów zegar) z czasem stają się bardziej zdecydowane (uwięzienie „głowy rodziny” w piwniczce, dotykanie śpiącej matki i rozmowy z córką), aby w końcu, w obliczu braku zdecydowanej reakcji ze strony naszych bohaterów, przejść do ataku. W ostatniej fazie eskalacji mocy tajemniczych bytów zamieszkujących dom na szczególną uwagę zasługuje rój pszczół atakujący panią Maynard (ewidentna inspiracja „Lśnieniem” i „Horrorem Amityville”) oraz, co w moim mniemaniu było największym osiągnięciem twórców, widmowa postać bladej dziewczynki plującej krwią, która dzięki wykorzystaniu minimalnych środków, bez ingerencji CGI, prezentuje się iście niepokojąco. Choć w momentach stricte horrorowych filmowcy nie zapominają o odpowiednio nastrojowej aurze, raczej nie powinna ona nikogo zaniepokoić – klimat grozy jest na tyle subtelny, aby jedynie zasugerować widzowi rychłą ingerencję sił zza światów, bardziej utrzymując go w lekkim napięciu emocjonalnym, aniżeli przerażeniu. Trudno zaprzeczyć, że twórcom (oprócz charakteryzacji ducha trzynastoletniej dziewczynki) zabrakło wyrazistszego pomysłu na zaniepokojenie odbiorców, bo jakby na to nie patrzeć żerowanie na ogranych chwytach, przewidywalnych jump scenach i znanych widzom ghost stories dosłownościach nie pozostawia większych szans na całkowite przekroczenie barier ochronnych odbiorcy i dostanie się do jego skrywanych głęboko w sobie lęków, co wcale nie oznacza, że niniejszą produkcję ogląda się bez choćby minimalnego zainteresowania, ponieważ uwagę przyciąga obok scenerii lat 70-tych wątek obyczajowy.

Samotność początkowo pyskatej, a z czasem na skutek coraz dziwaczniejszych wydarzeń w jej domu, zagubionej Sally, która do towarzystwa ma jedynie nielubianą w szkole, nietrzymającą moczu rówieśniczkę została należycie przedstawiona przez twórców, dzięki czemu w pełni możemy zrozumieć jej przyjaźń ze zmarłą dziewczynką. Nawet relacje z rodzicami wydają się być mocno niezdrowe – ich początkowa niechęć do uwierzenia w teorię córki o nawiedzeniu jest raczej zrozumiała, aczkolwiek zaskakuje ich późniejsza postawa: ojciec widząc szansę łatwego zarobku na obecnej sytuacji, ani myśli się wyprowadzić, czym mógłby ochronić „swoją latorośl” przed zgubnym wpływem na jej psychikę bytów zza światów, co objawia się jej coraz większym wyalienowaniem. Tymczasem matka zdaje się myśleć jedynie o dobrach materialnych – nie ma zamiaru opuścić wymarzonego lokum i znowu przechodzić przez trud poszukiwania nowego. W moim mniemaniu te osobliwe relacje międzyludzkie wypadają o wiele ciekawiej od scen stricte horrorowych, aczkolwiek nie wykluczam, że te drugie przyciągną uwagę najzagorzalszych fanów konwencjonalnych ghost stories, bowiem choć nie mogą pochwalić się jakąś większą pomysłowością to od strony technicznej wypadają aż nadto przekonująco. Przynajmniej do czasu kiczowatego finału UWAGA SPOILER w którym po mało widowiskowych egzorcyzmach na scenę wkraczają efekty komputerowe – do bólu sztuczna wizualnie scena walki dobrego ducha za złym, przywodząca na myśl bardziej kino fantasy, aniżeli rasowy horror KONIEC SPOILERA.

Po zapoznaniu się z niezliczoną ilością nieudanych straszaków nie mogę z czystym sumieniem zdyskredytować tego obrazu, bo choć nie grzeszy oryginalnością i z całą pewnością nie pozostanie mi długo w pamięci to przyznaję, że w trakcie projekcji nie odczułam jakiegoś większego znużenia. Ot, typowa średniawka na jeden raz, przeznaczona głównie dla wielbicieli nastrojówek, nieoczekujących od kina grozy większej innowacyjności.

niedziela, 22 grudnia 2013

„Śmiertelne błogosławieństwo” (1981)


W małym rolniczym miasteczku obok przeciętnych Amerykanów egzystuje mocno konserwatywna sekta Hetytów, negująca wszelki postęp techniczny i surowo dyscyplinująca swoich wyznawców, utrzymywanych w ciągłym strachu przed karą z rąk Starszego, przodującego członka wspólnoty. Wyklęty z ich łask Jim żyje w sąsiedztwie swoich dawnych współwyznawców wraz ze spodziewającą się dziecka żoną, Marthą, do czasu tragicznej śmierci pod kołami ciągnika. Jego zgon zapoczątkowuje serię morderstw z rąk tajemniczego sprawcy, który w mniemaniu Hetytów jest incubusem, demonem sprowadzającym kobiety z miasteczka na drogę występu, które z kolei mamią męską część sekty. Tymczasem zrozpaczona po śmierci męża Martha zaprasza do siebie dwie przyjaciółki z Los Angeles, Lanę i Vicky, które również staną się świadkami przerażających wydarzeń coraz częściej mających miejsce w do tej pory spokojnej rolniczej społeczności.

Jedno z wcześniejszych dokonań filmowych osławionego twórcy kina grozy, Wesa Cravena. Jak się okazuje pomimo znanego nazwiska reżysera oraz udziału Sharon Stone w jednej z kluczowych dla filmu ról, „Śmiertelne błogosławieństwo” obecnie odeszło niemal w całkowite zapomnienie, co tym bardziej zaskakuje, jeśli weźmie się pod uwagę niepoddającą się próbie czasu realizację oraz niebanalnie poprowadzoną fabułę z charakterystyczną dla Cravena ewokacją grozy, której pomimo braku większej dosłowności uświadczymy tutaj aż nadto.

Poruszający się głównie w estetyce średnio krwawego kina grozy, rozsławiony za sprawą takich obrazów, jak „Koszmar z ulicy Wiązów” i „Krzyk”, Wes Craven postanowił w niniejszym filmie powściągnąć swoje zamiłowanie do epatowania kontrowersyjnymi scenami na miarę wcześniejszego „Ostatniego domu po lewej”, czy chociażby „Wzgórz mających oczy”, tworząc coś dla miłośników niezdefiniowania: tajemniczego zagrożenia, objawiającego swoją moc w kilku maksymalnie ograniczających rozlew posoki scenach mordów oraz niepokojących koszmarów sennych, gnębiących Lanę. Zapewne z tego powodu obecnie spotyka się z niesłabnącą krytyką tych kilku, pojedynczych widzów, którym ten tytuł, pewnie przez przypadek trafił w ręce, a którzy po nazwisku reżysera spodziewali się raczej większej dosłowności w epatowaniu makabrą. Przez większą część seansu scenariusz osadzony jest głównie w konwencji slasherów i nie chodzi tutaj tylko o tajemniczego sprawcę, który ku mojemu ubolewaniu dziesiątkuje społeczność Hetytów w jakże mało odkrywczy sposób (aż się prosiło o większe urozmaicenie modus operandi mordercy), ale również o nieodzowne dla Cravena momenty pozbawionych wszelkiej logiki zachowań potencjalnych ofiar. Chwilami, jak to często w tym nurcie bywa, miały one wszelkie uzasadnienie dla właściwego poprowadzenia pełnej napięcia sceny, jak na przykład wówczas, gdy młodziutka Sharon Stone zostaje uwięziona w mrocznej stodole i zamiast czekać na ponowne otworzenie wrót podąża po drabinie w górę za wołającym ją głosem. Dzięki takiemu, w gruncie rzeczy głupiutkiemu postępowaniu bohaterki widz będzie miał okazję skonfrontować się z typowym dla Cravena budowaniem napięcia – Lana rozgląda się po skąpanym w cieniu pomieszczeniu, kiedy nagle ni stąd, ni zowąd wynurza się sylwetka oprawcy, zmuszając ją do instynktownego odwrotu, co kończy się bolesnym upadkiem ze schodów i widokiem powieszonego Hetyta przy drzwiach. Takich pełnych narastającego napięcia scen jest tutaj o wiele więcej – choćby początkowa samotna wędrówka po domu mającego za chwilę umrzeć Jima oraz późniejsze odnalezienie ciała przez jego żonę Marthę, ale na ogół zapoczątkowują je pozbawione wszelkiej logiki, nieprzemyślane postępki bohaterów, które jak już wspomniałam wcześniej przez wzgląd na swoją nieodzowność dla właściwego poprowadzenia fabuły raczej nie irytują – a przynajmniej wyłączając jedno konkretne wydarzenie, w trakcie którego Craven pierwszy, ale nie ostatni raz wykazał się brakiem większego wyczucia sytuacyjnego. Mowa tutaj o scenie w samochodzie, w trakcie której Vicky oddaje się zapędom miłosnym ze „zbuntowanym” Hetytą. Kiedy ich pojazd zostaje oblany benzyną przez mordercę kobieta zamiast wyskoczyć z samochodu (co byłoby przyczynkiem do ewentualnej pełnej napięcia sekwencji pościgu za ofiarą) ucieka przed szybko doganiającym ją ogniem – nie wiem, czy przeciętnego człowieka instynkt przetrwania zmusiłby do tego rodzaju, z góry skazanego na porażkę, postępowania. Podejrzewam, że raczej nie bacząc na obecność zabójcy opuściłby pojazd i spróbował szczęścia pieszo.

W moim mniemaniu największą siłą „Śmiertelnego błogosławieństwa” są bohaterowie, ze szczególnym wskazaniem na owianą złą sławą, konserwatywną społeczność Hetytów, noszących się na starą modłę, jeżdżących dorożkami i wyznających niemodne w XX wieku ideały, dyktowane dziwacznymi przekonaniami religijnymi, będącymi mieszanką dogmatów biblijnych i demonologii. To dzięki nim dowiadujemy się o rzekomym nękaniu mieszkańców miasteczka przez tzw. incubusa, demona nawiedzającego kobiety we śnie i zmuszającego je do negatywnego oddziaływania na mężczyzn. Jakkolwiek wydumanie by to nie brzmiało (co pasuje do mocno odrealnionych poglądów Hetytów) wydarzenia, którym świadkujemy z czasem zaczną zazębiać się z teorią sekty, głównie za sprawą Lany. Choć Sharon Stone zdecydowanie wykazała się mniejszym obyciem aktorskim od swoich partnerów (najlepiej wypadł znany ze „Wzgórz…” Michael Berryman, a zaraz za nim uplasowały się Maren Jensen i Susan Buckner) to trudno zaprzeczyć, że miała najcięższe zadanie do wykonania. Cierpiąca na arachnofobię aktorka na pewno by nie podołała, bowiem Craven umyślił sobie wykorzystanie żywych pająków w niemalże każdej scenie konfrontacji Lany z nadnaturalnym zagrożeniem, z połknięciem dorodnego pajęczaka włącznie, co w moim mniemaniu urozmaiciło fabułę kilkoma bardziej wyrazistymi scenami, przy okazji sprawiając, że przemiana wewnętrzna kobiety (z rozrywkowej, wyzwolonej kobiety w znerwicowaną pannicę) o wiele silniej przyciągnęła moją uwagę (pomimo potknięć warsztatowych Stone) od heroicznej postaci, domniemanej final girl, Maren Jensen, której oczywiście też przypadła w udziale jedna z bardziej charakterystycznych scen, w której Craven wykorzystał drugie z najczęściej wzbudzających w ludziach strach stworzenie. Kąpiel Marthy i wynurzenie się spomiędzy jej nóg dorodnego węża przywodzi na myśl kultowy moment z „Koszmaru z ulicy Wiązów”, kiedy to z wody wychodzi przyodziana w noże rękawica Kruegera na tyle, aby domniemywać, że w swoim najsłynniejszym dziele Craven dokonał swoistego autoplagiatu.

Choć fabuła dosyć leniwie porusza się do przodu dzięki kilku wspomnianym przeze mnie zabiegom stricte horrorowym oraz znakomitym rysom psychologicznym bohaterów wciąga niemalże od pierwszej minuty tylko po to, żeby w finale pozostawić pewien niesmak. Odnoszę bowiem wrażenie, że chęć drobiazgowego wyjaśnienia wszelkich wątków niekorzystnie wpłynęła na zakończenie, w którym UWAGA SPOILER gumowaty incubus porywa Marthę w jakże kiczowatej scenerii mrocznego domostwa i dziury w podłodze, z której wychodzi wspomniana mocno komiczna kreatura w otoczeniu gęstego dymu i czerwonego światła. Rozumiem, że Craven próbował w ten sposób wyjaśnić sny Lany, ale uważam, że pozostawienie pewnej furtki interpretacyjnej okazałoby się bardziej trafne od tego czegoś wyłażącego spod podłogi… KONIEC SPOILERA.

„Śmiertelne błogosławieństwo” nie jest horrorem idealnym, tym bardziej w zestawieniu z najpopularniejszymi filmami Wesa Cravena. Jednakże, przymykając oko na kilka ewidentnych potknięć w moim mniemaniu pozostaje całkiem przyzwoicie nakręconym straszakiem, pozbawionym większej dosłowności, ale za to jakże klimatycznym, a to chyba najważniejsze w tym gatunku filmowym.