Stronki na blogu

wtorek, 22 kwietnia 2014

Harlan Coben „Bez skrupułów”

Recenzja na życzenie (Magda)

Agent sportowy, Myron Bolitar, dostaje zlecenie od swojego klienta, Christiana Steele’a, wschodzącej gwiazdy futbolu amerykańskiego. Ma zbadać okoliczności zaginięcia przed osiemnastoma miesiącami jego dziewczyny, Kathy Culver. Policja jest przekonana, że dziewczyna nie żyje, jednak przesyłka pocztowa przesłana do Christiana i zaadresowana pismem Kathy, zawierająca pismo pornograficzne z jej zdjęciem każe chłopakowi przypuszczać, że dziewczyna nie umarła. Myron we współpracy ze swoim przyjacielem, Winem Lockwoodem i byłą dziewczyną, starszą siostrą Kathy, Jessicą, stara się rozwikłać zagadkę zaginięcia dziewczyny oraz późniejszego zabójstwa jej ojca.

Po raz pierwszy wydana w 1995 roku pierwsza część cyklu thrillerów cenionego Harlana Cobena o agencie sportowym, Myronie Bolitarze. Książkę nominowano do nagrody imienia Edgara Allana Poe i Anthony Award. Od czasu wydania „Bez skrupułów” Coben zdążył już wyrobić sobie międzynarodową sławę, stając się jednym z najpoczytniejszych autorów literatury sensacyjnej.

Myślę, że swojego sukcesu książka nie zawdzięcza warsztatowi Cobena, który celuje głównie w oczekiwania czytelników wprost przepadających za krótkimi, treściwymi zdaniami. Autorzy kryminałów często posiłkują się takowym stylem przy kreśleniu intrygi kryminalnej i zdążyli już udowodnić, że akurat w tym gatunku zdaje on egzamin, jednakże osobiście tylko w nielicznych przypadkach odbieram to pozytywnie. O wiele bardziej cenię sobie długie, złożone, wręcz dziesięciolinijkowe zdania, bo wówczas (wiem, że to rzadko spotykane) mniej plącze mi się język. Co nie znaczy, że warsztat Cobena nie zachwyci czytelników poszukujących prostych, często dwuwyrazowych zdań. Moim zdaniem geniusz „Bez skrupułów” tkwi przede wszystkim w bohaterach. Nie uświadczymy tutaj zwyczajnych, schematycznych postaci, z nudnymi osobowościami. Absolutnie każdy, nawet bohaterowie drugoplanowi posiadają tak intrygujące, oryginalne cechy, że nie sposób się nimi nie zachwycać. Duet głównych postaci, Myron i Win, jest tak zakręcony w swojej ambiwalentności, że pomimo ich osobliwego podejścia do wymierzania sprawiedliwości nie sposób ich nie polubić. Dowcipni, ironiczni byli agenci, którzy bez skrupułów krzywdzą prawie każdego, kto nie żyje zgodnie z literą prawa. Ale o ile Win jest gotowy w imię przyjaźni i sprawiedliwości bez zmrużenia oka masakrować każdego opryszka, Myron częstokroć przyjmuje rolę jego wentyla bezpieczeństwa, starając się ostudzić w nim żądzę krwi. Żeńskim pierwiastkiem jest pisarka Jessica Culver, była dziewczyna Bolitara. Uparta, upierdliwa i olśniewająco piękna kobieta, która po latach na powrót wkrada się w łaski Myrona, podczas wspólnej sprawy poszukiwania jej zaginionej siostry.

Konstrukcja fabularna jest troszkę nierówna. Pierwsza połowa książki w przeważającej większości skupia się, na nużących dla mnie, sprawach sportowych. Korupcji, rywalizacji i działalności przestępczej w tym światku. Ktoś, kto interesuje się tą tematyką zapewne będzie zadowolony, ale ja tam wolałabym, żeby Bolitar był prywatnym detektywem – wówczas nie musiałabym zapoznawać się z tajnikami realiów, które zwyczajnie mnie usypiają. Sprawa Kathy Culver będzie się rozwijać, gdzieś w tle tych wszystkich spraw sportowych. W pierwszej połowie książki Coben podrzuci nam jedynie zdjęcie dziewczyny w pisemku pornograficznym, podesłane jej chłopakowi osiemnaście miesięcy po jej zaginięciu oraz tajemnicze zabójstwo jej ojca. Z czasem Myron odkryje powiązania Kathy ze światkiem porno, ale przez długi czas nie będzie w stanie rozwikłać, na czym dokładnie one polegało i przede wszystkim, co zmusiło tak piękną, popularną dziewczynę do zainteresowania się taką profesją. Dodatkowo autor niemalże do końca będzie utrzymywał czytelników w ciągłej niepewności, co do stanu Kathy – aż do ostatnich kilku stron nie sposób jest przewidzieć, czy dziewczyna zaginęła, czy została zamordowana. Ilekroć Coben zbacza z tematów stricte sportowych w stronę kryminalnej intrygi oferuje swoim odbiorcom światowy poziom dochodzenia domorosłych detektywów do prawdy – bez naciąganych zbiegów okoliczności. Tutaj każdy trop z zachowaniem wszelkiej logiki pociąga za sobą następny – śledczy, nie są jak w innych tego typu powieściach jasnowidzami, odkrywającymi prawdę za pomocą naciąganej dedukcji. Natomiast druga połowa książki to już absolutne mistrzostwo świata. Pełna szokujących zwrotów akcji, zaskakująca i trzymająca w napięciu jazda bez trzymanki, od której trudno się oderwać. Coben precyzyjnie wprowadza nas w świat mrożących krew w żyłach rodzinnych tajemnic oraz ludzkiego zezwierzęcenia i tak aż do wgniatającego w fotel finału, który pozostawia nas ze smutnym, acz jakże prawdziwym morałem, mówiącym o niemożności naprawienia swoich błędów z przeszłości.

Choć „Bez skrupułów” posiada kilka rozwiązań, które nijak nie przystają do mojego gustu (sportowa pierwsza połowa powieści i lapidarny styl) to muszę przyznać, że plusy niemalże całkowicie je rekompensują. Przemyślana, szokująca intryga z zaskakującym zakończeniem to przepis na thriller idealny, z którego Harlan Coben w dużej mierze skorzystał. Fanom tego gatunku literackiego, jak najbardziej polecam.

niedziela, 20 kwietnia 2014

„Diabelskie nasienie” (2014)


Nowożeńcy, Samantha i Zach McCall, wybierają się w podróż poślubną na Dominikanę. Ostatniego dnia pobytu, podczas suto zakrapianej zabawy w klubie, zostają ogłuszeni i porwani przez tajemniczą sektę. Nazajutrz budzą się w swoim pokoju hotelowym, nie pamiętając wydarzeń minionej nocy. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych Sam odkrywa, że jest w ciąży. Szczęśliwy Zach dzieli się tą nowiną z całą rodziną, ale wkrótce jego zapał zostaje ostudzony przez osobliwe zachowanie jego żony. Kobieta boryka się z przebłyskami nieświadomości, podczas których staje się agresywna dla otoczenia.

O „Diabelskim nasieniu” reżyserskiego duetu, Matta Bettinelli-Olpina i Tylera Gilletta, świat dowiedział się dzięki pomysłowej reklamie, z tak zwanym diabelskim dzieckiem w roli głównej. Gdyby nie owa przezabawna kampania reklamowa film zapewne przyciągnąłby przed ekrany jedynie wąską grupkę zagorzałych wielbicieli kina grozy, którzy oglądają każdy horror, jaki wpadnie im w ręce. Powód jest prosty: o ile reklama mogła poszczycić się sporą dozą oryginalności to obiekt jej promocji nie ma w sobie absolutnie niczego, czego nie widzielibyśmy w innych satanistycznych obrazach. Realizacja mocno rozczarowuje. Oto, twórcy skorzystali z modnego ostatnimi czasy tzw. „kręcenia z ręki”, który sprawia, że niestety niedane nam będzie dokładnie przyjrzeć się wszystkim niepokojącym wydarzeniom w domu McCallów. Obraz, jak zwykle w tego typu produkcjach, aż nazbyt często w chwilach szczytowej akcji kieruje się w stronę podłóg i ścian. Nieco więcej ujrzymy za pośrednictwem kamer rozmieszczonych w domu przez mającego obsesję na punkcie filmowania, Zacha. Aczkolwiek nawet w tych przypadkach radzę spodziewać się ostrych cięć i nagłych przeskoków akcji w kulminacjach.

Po akcji z diabelskim dzieciakiem można by oczekiwać powtórki „Omena”, co jest mylące, bo niemalże przez cały seans niedane nam będzie zobaczyć Antychrysta. Twórcy czerpali raczej z „Dziecka Rosemary”, przyjmując koncepcję negatywnego wpływu rozwijającego się w łonie dziecka na zachowanie jego rodzicielki. Bez aspektów stricte psychologicznych, bez insynuacji, że Sam padła ofiarą psychozy. Już od chwili jej zapłodnienia, w trakcie czarnej mszy wiemy, że istota, którą kobieta nosi pod sercem nie jest człowiekiem. Nieco wcześniej, kiedy odwiedza pewną wróżkę na Dominikanie twórcy zaszczepiają w naszym umyśle podejrzenia, odnośnie pochodzenia Sam. Słowa, które starsza kobieta do niej kieruje każą nam przypuszczać, że na głównej bohaterce już od urodzenia ciążyło mroczne fatum. Po powrocie naszych nowożeńców do kraju i odkryciu ciąży Samanthy następuje właściwa akcja (choć słowo „akcja” w tym przypadku jest mocno na wyrost). Kobieta zaczyna lunatykować i napadać na ludzi. Po zakupach w hipermarkecie rozbija dłonią szyby w samochodzie mężczyzny, który omal jej nie potrącił. Podczas swojego przyjęcia urodzinowego wrzeszczy na znajomą, która odwiedza ją w pokoju. W trakcie snu chwyta w żelaznym uścisku swojego męża. I wreszcie podczas zakupów sięga po surowe mięso i łapczywie go pożera (scena żywcem skopiowana z „Dziecka Rosemary), chociaż jest zdeklarowaną wegetarianką. To wszystko pewnie brzmi nader ciekawie – już widzę zapał czytelników tej recenzji, którzy spodziewają się mocno nastrojowej, pełnej jump scenek konfrontacji z „Diabelskim nasieniem”. Pozwólcie, że ostudzę wasz zapał. Niniejszy obraz to typowy horror w wersji lajt, na którym nikt, nawet dziecko się nie zaniepokoi. Wszystko podano w tak wyjałowionym z wszelkiego klimatu stylu, chwilami wręcz ocierając się o akcenty komediowe, że radzę nie spodziewać się horroru na miarę „Dziecka Rosemary”. Raczej miernych popłuczyn po tym arcydziele. Nawet najbardziej charakterystyczne sceny w filmie, konsumpcja ciała jelenia i krwotok z nosa u księdza, bardziej śmieszą, aniżeli straszą. Tak jakby twórcy nie mogli się zdecydować, czy kręcą czysty horror satanistyczny, czy raczej pastisz tego nurtu.

Choć fabuła nie zaskakuje niczym szczególnym (właściwie już na początku wiadomo, jak film się skończy), a realizacja razi daleko idącym niedopracowaniem (nawet biorąc pod uwagę inne horrory verite, które przynajmniej potrafiły wykrzesać troszkę klimatu z „kręcenia z ręki”) to odtwórcy głównych ról spisali się na medal. Profesjonalny warsztat Allison Miller i Zacha Gilforda, aż gryzł się z amatorskim wykonaniem bez zrozumienia reguł rządzących gatunkiem.

Jeśli ktoś przymierza się do seansu „Diabelskiego nasienia”, a oczekuje mrożącego krew w żyłach horroru zamiast lekkiego kina to radzę sięgnąć po nagranie z kampanii reklamującej tę produkcję, bo choć w zamyśle miała być mocno humorystyczna ma w sobie więcej polotu niż te popłuczyny po „Dziecku Rosemary”. Film zdecydowanie nie dla zagorzałych wielbicieli czystej grozy, raczej dla poszukiwaczy czegoś delikatnego i mocno schematycznego.

sobota, 19 kwietnia 2014

„Uważaj, komu otwierasz drzwi” (2011)

Recenzja na życzenie

Calvin organizuje weekendowy wypoczynek w domku na wsi. Zabiera ze sobą swoją dziewczynę, Paige, siostrę Mandy i jej nowego chłopaka, Tristana. Gdy dojeżdżają na miejsce policjant informuje ich, że w okolicznych lasach grasuje seryjny morderca, który przytwierdza do drzew rozkawałkowane części swoich ofiar. Nie bacząc na realne zagrożenie wczasowicze postanawiają zostać w domku, ale niedane im będzie beztrosko spędzić wolnego czasu. Już podczas pierwszej nocy zaskoczy ich ranny mężczyzna, Shawn, utrzymujący, że padł w lesie ofiarą psychopaty.

Niskobudżetowy brytyjski slasher, wyreżyserowany przez Kelly Smith. Choć wprost przepadam za nastrojowymi, gotyckimi horrorami z tej części Europy chyba obecnie Brytyjczycy nie radzą sobie równie dobrze z krwawym kinem grozy. Nie potrafię dojrzeć sensowności powstania „Uważaj, komu otwierasz drzwi” (co za koszmarny tytuł), poza próbą nabrania większego doświadczenia w kinematografii przez Smith. To, co zaserwowali mi twórcy tego, pożal się Boże, filmu na długo pozostanie w mojej pamięci, jako przykład nieumiejętnego wykorzystania konwencji slasherów.

Spodziewałam się amatorskiej realizacji, więc chaotyczna praca kamery i niewłaściwe oświetlenie mnie nie zaskoczyły. Szczerze mówiąc, początkowo nawet nie zwracałam na to uwagi, bowiem doświadczenie z kinem grozy nauczyło mnie, iż początkujący twórcy, którym nie udało się zebrać godziwego budżetu na przyzwoitą realizację często mają coś ciekawego do powiedzenia w warstwie fabularnej, która należycie przykrywa niedostatki wykonania. Niestety, Smith do tej grupy reżyserów nie należy. Jej film od początku do końca miał żerować na ogranym slasherowym schemacie, a konkretniej wyłącznie na jego denerwujących cechach. Mamy czwórkę dorosłych, charakterologicznie konwencjonalnych bohaterów (ależ niespodzianka – nie ma młodych ludzi!), wykreowanych przez grupę amatorów, z których najbardziej irytuje manieryczna Mandy, odegrana przez Gemmę Harvey – typowa głupiutka trzpiotka, będąca całkowitym przeciwieństwem rozsądnej Paige, aktorsko dużo nie lepszej Sophie Linfield. Dużo uwagi zwraca nowy chłopak Mandy, makler giełdowy Tristan – arogancki typ, który skrywa jakąś tajemnicę. Kiedy nasi do bólu schematyczni protagoniści dojeżdżają do domku na wsi przychodzi pora na ujawnienie zagrożenia, o którym dowiadujemy się z ust policjanta. Oczywiście, dzielnych wczasowiczów wcale nie rusza fakt, że znajdują się w bezpośredniej bliskości miejsca żerowania seryjnego mordercy, który rozmiłował się w ćwiartowaniu swoich ofiar. Jak gdyby nigdy nic zostają w stojącym na skraju lasu, z dala od cywilizacji domku, próbując miło spędzić czas. Co więcej ich zamiaru nie zakłóca nawet nagłe pojawienie się rannego mężczyzny, który twierdzi, że został napadnięty w lesie. Ot, renomowana pielęgniarka Paige opatruje go i pozwala spędzić noc w pokoju Mandy i Tristana. O zawiadomieniu władz nawet nikt nie myśli – zresztą po co? Przecież to tylko szczegół, że do twojego domu wpada zaatakowany prawdopodobnie przez seryjnego mordercę mężczyzna. Władze nie muszą o tym wiedzieć… A gdyby komuś tej głupoty w procesie myślenia naszych protagonistów było mało to nazajutrz Smith ciągnie to dalej. Otóż, na propozycję wezwania policji Shawn odpowiada, że nie chce mieszać w to władz, ażeby niepotrzebnie nie zwracać na siebie uwagi, na co nasi bohaterowie chętnie przystają. Pozwalają zostać prawdopodobnej niedoszłej ofierze mordercy w ich domku, nie informując o tym fakcie nikogo z zewnątrz.

Morderstwo pierwszego protagonisty celowo wprowadza w fabułę troszkę zamieszania. Po pierwsze mówi nam, że nie jest to kolejny slasher, w którym łatwo przewidzieć kolejność eliminacji poszczególnych ofiar (co zdecydowanie jest plusem), a po drugie zaskakuje tożsamością oprawcy. Ale tylko do czasu, aż przyjdzie kolej na Paige – od tego momentu, aż do finału film podąża utartą, przewidywalną slasherową ścieżką. Warto jeszcze wspomnieć, że jak na niskobudżetówkę mamy tutaj całkiem spory rozlew krwi, aczkolwiek z całej tej plejady bestialskich mordów na uwagę zasługuje jedynie scena zabójstwa nad jeziorem – zarzucenie żyłki na szyję mężczyzny i obsypanie jego twarzy robakami – ponieważ pozostałe są tak rażąco sztuczne, że aż nie chce się na to patrzeć.

Nie wiem, czy ktokolwiek znajdzie coś dla siebie w tym popisie daleko idącej głupoty, sztuczności, schematyczności i przewidywalności. Podejrzewam, że nawet zagorzali wielbiciele slasherów skwitują ten film głośnym śmiechem, dlatego też, aby zachować czyste sumienie nie polecę go nikomu. Jak chcecie to ryzykujcie seans, ale na własną odpowiedzialność.

piątek, 18 kwietnia 2014

Stephen King „Nocna zmiana”


Pierwszy zbiór opowiadań Stephena Kinga, po raz pierwszy wydany w 1978 roku. Dwadzieścia niepokojących historii, nawiązujących zarówno do klasyki horroru, jak i b-klasowych wariacji, które udowadniają, że ramy tego gatunku są praktycznie nieograniczone. Siedem opowiadań z „Nocnej zmiany” zekranizowano, oczywiście nie licząc tych tekstów, które zainspirowały tak zwane „Dolar Babies”. Termin ów ukuł sam Stephen King na potrzeby niskobudżetowych krótkometrażówek, kręconych głównie przez studentów i początkujących filmowców. „Nocna zmiana” powstała w początkowym i zarówno szczytowym okresie kariery niekoronowanego mistrza literatury grozy i moim skromnym zdaniem jest najlepszym zbiorkiem w dorobku Kinga. „Marzenia i koszmary”, „Wszystko jest względne”, „Szkieletowa załoga” i „Po zachodzie słońca” nie mogą się równać z geniuszem „Nocnej zmiany”. Wstęp Stephena Kinga, traktujący o strachu i psychice wielbicieli horrorów, napisany z tak głęboką miłością go gatunku jest swego rodzaju zaczątkiem „traktatu” o literaturze i kinie grozy, wydanym w 1981 roku pt. „Danse Macabre”, ale przede wszystkim daje nam przedsmak tego, z czym autor skonfrontuje nas w każdym opowiadaniu – koszmarkami zrodzonymi z wyobraźni nie tyle mistrza pióra, co wielkiego fana gatunku, który jak nikt inny zna jego prawidła i co najważniejsze potrafi je należycie opisać. „Nocna zmiana” jest bez wątpienia najlepszym, najrówniejszym zbiorem opowiadań, jaki dotychczas wpadł w moje ręce. Tak wysokiego poziomu fabularnego i narracyjnego próżno szukać nawet w innych zbiorkach Stephena Kinga, nie wspominając już o innych pisarzach.

Tematyka opowiadań z „Nocnej zmiany” jest tak zróżnicowana, że można domniemywać, iż absolutnie każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Gdybym miała z tej plejady perełek wyłowić swojego faworyta to postawiłabym na „Dzieci kukurydzy”, które doczekały się znakomitej adaptacji w roku 1984 i ekranizacji w 2009 (nie licząc niezliczonych sequeli pierwszej wersji filmowej). Klimat, jaki King odmalował w tym opowiadanku – wyludniona droga w Nebrasce, rozległe pola kukurydzy i prawie wymarłe małe miasteczko – jest kwintesencją tego pisarza. Absolutnie nikt nie potrafi równie sugestywnie oddać ducha głębokiej prowincji, łącząc go z czystym złem, w tym przypadku gnieżdżącym się w polach kukurydzy i oddziaływującym na psychikę dzieci. Jeśli któraś z filmowych wersji tej historii przypadła wam do gustu to koniecznie przeczytajcie opowiadanie – choćby po to, aby przekonać się, że żadna produkcja nie dorówna prozie Kinga, żeby nie wiadomo jak wierna jej była.
Kolejnym hitem jest „Czarny Lud”, bezpośrednio nawiązujący do wiecznie żywej w Stanach Zjednoczonych legendy o Boogeymanie. Niebywale wzruszająca i okrutna opowieść o mężczyźnie, któremu upiór z szafy odbiera trójkę dzieci.
„Czasami wracają”, zekranizowane w 1991 roku to mrożąca krew w żyłach historia o nauczycielu, który po latach staje oko w oko ze zmarłymi przed laty mordercami swojego braciszka. Kolejnymi tekstami, które doczekały się swoich filmowych wersji jest krwawa „Magiel” i  b-klasowa „Cmentarna szychta”, opowiadająca o wojnie z przerośniętymi szczurami.
„Ciężarówki” przeniesiono na ekran dwukrotnie. Pierwsze podejście należało do samego Stephena Kinga, ale jego „Maksymalne przyśpieszenie” spotkało się z nieubłaganą krytyką zarówno znawców kina grozy, jak i wielbicieli jego prozy (moim zdaniem troszkę niesłusznie). Readaptację z 1997 roku zatytułowaną „Trucks” wyreżyserował Chris Thomson. Samo opowiadanie jest tak dalece pomysłowe i znakomicie napisane, że wprost ciężko się oderwać. Ot, stajemy twarzą w twarz z morderczymi samochodami, które pewnego dnia wyrywają się spod kontroli ludzi, aby siać terror na ulicach Stanów Zjednoczonych. Z podobnej tematyki King skorzysta w powieści „Christine” w 1983 roku.
Opowiadania „Gzyms” i „Quitters Inc.” w filmowych wersjach weszły w skład trzysegmentowej antologii zatytułowanej „’Oko kota”. To pierwsze opowiada o pewnym tenisiście, który odbija bogatemu hazardziście żonę. Żeby ją utrzymać musi sprostać rzuconemu wyzwaniu – wędrówki w koło budynku po wąskim gzymsie. Pomysł bardzo ciekawy, ale ryzykowna przechadzka głównego bohatera w iście ekstremalnych warunkach chwilami jest odrobinę nużąca. Dużo lepiej prezentuje się, moim zdaniem jedno z najlepszych opowiadań w tym zbiorze „Quitters Inc.”, traktujące o pewnej organizacji, która z prawie stuprocentową skutecznością zniechęca nałogowych palaczy do papierosów. Metody, jakie stosują są proste – zapalisz to skrzywdzimy twoich bliskich. Któż, by nie rzucił w obliczu takiego ultimatum? :) Niezapomniana fabuła, ciekawi bohaterowie i przede wszystkim wciągający styl tego tekstu sprawiają, że nie sposób się od niego oderwać!
Dwa niezwykle nastrojowe opowiadania nawiązują do kultowej powieści Stephena Kinga pt. „Miasteczko Salem”. „Dola Jeruzalem” jest jej prequelem, a „Ktoś na drodze” sequelem. Pierwszy tekst utrzymano w niepokojącej atmosferze XIX wieku, dotykając nie tylko wampiryzmu, ale również czarnej magii. Natomiast drugie opowiadanie to już typowy Stephen King – śnieżyca na prowincji i trójka śmiałków, która rusza na z góry skazane na niepowodzenie poszukiwania kobiety i małej dziewczynki, które niechcący utknęły w pobliżu nawiedzonego, spalonego przed laty miasteczka Jeruzalem. Jedynie Bram Stoker potrafił w tak znakomitym stylu łączyć gęsty klimat nadnaturalnego zagrożenia z przerażającymi sylwetkami tak zwanych wiecznie żywych.
„Truskawkowa wiosna” rozbudza wyobraźnię nie tyle fabułą, co mistyczną scenerią. Skąpany w gęstej mgle akademik, na terenie którego żeruje seryjny morderca. King postawił tutaj na suspens i zaskakujące zakończenie, ale nie zapomniał, w jakim gatunku ma się poruszać, o czym przekona się każdy, kto skonfrontuje się z atmosferą tak zwanej truskawkowej wiosny.
Drugim opartym na suspensie opowiadaniem jest „Człowiek, który kochał kwiaty”, który miażdży zakończeniem, ale mocno przynudza zawiązaniem akcji.

Choć „Nocna zmiana” w zamyśle miała poruszać się w estetyce grozy autor chwilami odrobinę wyłamywał się ze ścisłych ram gatunku, próbując wzruszyć czytelników zamiast straszyć. Niektórzy wielbiciele horrorów mogą poczuć się troszkę rozczarowani takimi odskoczniami”, ale ja byłam jak najbardziej zadowolona. „Nocny przypływ” to zapowiedź „Bastionu”, który wyszedł w tym samym roku, co „Nocna zmiana”, opowiadający o samotności grupki młodych ludzi, którzy przeżyli apokalipsę, ale są skazani na egzystencję z ciągłą świadomością czyhającego na nich widma śmierci.
„Wiem, czego ci potrzeba” to zgrabna historyjka o pewnym nietypowym stalkerze, który pozostawia w czytelnikach głębokie współczucie, nie tyle do ofiary prześladowań, co samego oprawcy.
„Ostatni szczebel w drabinie” zderza sielskie dzieciństwo z okrutną dorosłością, a „Kobieta na sali” to typowe spojrzenie na problem eutanazji. Opowieść o rozpaczliwej miłości, która wymusza na ludziach nieakceptowane przez społeczeństwo zachowania.

Nie tylko „Cmentarna szychta” nawiązuje do fenomenu literatury b-klasowej. Moim zdaniem najlepszą tego typu historią jest „Szara materia”, opowiadająca o człowieku, który pod wpływem piwa zamienia się w morderczą galaretę. Troszkę mniej udane jest opowiadanie zatytułowane „Jestem bramą”, mówiące o kosmonaucie, który podczas jednej kosmicznej wyprawy został zainfekowany dziwną chorobą. Otóż, jego dłonie zaczęły żyć własnym życiem, dopuszczając się straszliwych czynów.
Zwariowany „Kosiarz trawy” to już taka typowa jazda bez trzymanki, humorystyczno-makabryczna opowieść o posilającym się skoszoną trawą i szczątkami kretów roznegliżowanym kosiarzu.
I na koniec moim zdaniem najsłabszy tekst pt. „Pole walki”, które w jakże rozwlekły sposób opisuje niecodzienną wojnę człowieka z ożywionymi zabawkami. Literatura wojenna w wersji mikro, niemiłosiernie nużąca szczegółami z pola walki.

Jak już wspominałam „Nocna zmiana” to zdecydowanie najlepszy zbiór opowiadań, jaki do tej pory dane mi było przeczytać. Takiej dawki grozy i wzruszenia próżno szukać w innych tego typu książkach Stephena Kinga, co tylko dodatkowo udowadnia, że początki jego pisarskiej kariery nie mogą się równać z miernym poziomem jego najnowszej prozy. Każdy wielbiciel literatury grozy ma wręcz obowiązek chociaż raz w życiu sięgnąć po „Nocną zmianę”, choćby po to, aby na własnej skórze sprawdzić, dlaczego filmowcy tak często ekranizowali teksty zamieszczone w tym zbiorze. No, chyba, że nie toleruje twórczości tego autora – wówczas radzę trzymać się od tej książki z daleka, bo jest kwintesencją jego stylu i podejścia do gatunku.