Stronki na blogu

wtorek, 24 czerwca 2014

„Śmierć się śmieje” (2008)


Trzy młode kobiety, Tabitha, Shelby i Lisa, stają się celem psychopatycznego mordercy, zwanym Śmiechem, który rozmiłował się w makabrycznych kawałach. Choć dziewczyny zerwały kontakty po ukończeniu podstawówki, w szkole były nierozłączne, co pozwala sądzić, że zabójca mści się na nich za dawne, dziecięce krzywdy.

Slasher Johna Simpsona, który planowo miał trafić do kin, ale po wielokrotnym przekładaniu daty premiery przez wytwórnię ostatecznie ujrzał światło dzienne na DVD. W tym niezdecydowaniu krytycy dopatrywali się rozczarowania producentów efektem końcowym, w czym być może tkwi ziarno prawdy, bo niedoświadczony w kinie grozy Simpson najwyraźniej nie zrozumiał prawideł rządzących slasherami. Tak to już jest, że raczkujący w horrorze, niewierzący w swoje możliwości reżyserzy na ogół na pierwszy ogień biorą konwencję filmów slash, naiwnie sądząc, że ścisłe ramy konwencji zwalniają ich z indywidualności. „Śmierć się śmieje” jest żywym przykładem takiego infantylnego podejścia do tego nurtu – koszmarny efekt mówi sam za siebie.

Jak na slasher film zaczyna się dosyć nowatorsko. W czołówce zobaczymy opisane jednym zdaniem zdjęcia z kronik trzech dziewczyn i historię choroby pewnego chłopca. Później przejdziemy do podzielonej na trzy segmenty pierwszej części seansu. Każdy człon będzie się skupiał na koszmarnych przeżyciach znanych nam już młodych kobiet. Już po realizacji widać, że Simpson nie dysponował jakimś zatrważająco niskim budżetem, że produkcja istotnie miała trafić do kin, ale brak wyczucia gatunku u reżysera i dziurawy scenariusz Jake’a Wade’a Walla odwróciły uwagę od profesjonalnej pracy kamery.

Historię rozpoczyna „przygoda” Shelby i jej chłopaka Roba (jedyny przyzwoity aktor występujący w tym obrazie, obdarzony szeroką paletą mimiczną Tad Hilgenbrink). Młodzi przemierzają autostradę w drodze powrotnej z nieudanego pobytu w innym stanie. Szukający adrenaliny chłopak dołącza do konwoju, złożonego z kierowcy tira i nieśmiałego mężczyzny. Na stacji benzynowej postanawiają skorzystać z objazdu, aby ominąć domniemany korek na drodze stanowej. Do tego momentu wydawało mi się, że będę miała do czynienia, może nie z jakimś genialnym, ale przynajmniej przyzwoitym reprezentantem slasherów. To skorzystanie z objazdu wręcz wywołało uśmiech na mojej twarzy, bo było tak silnie osadzone w uwielbianej przeze mnie konwencji, że naprawdę odważyłam się sądzić, iż Simpson zna i potrafi należycie wykorzystać zasady rządzące tym podgatunkiem horroru. Niestety, dosyć szybko udowodnił mi, że byłam w błędzie. I tu nawet nie chodzi o nielogiczne zachowanie Roba (bo to kolejny integralny element slasherów), kiedy to zaraz po wyskoczeniu kobiety z tira nie myśląc o wezwaniu policji rusza jego śladem, celem… spisania numeru rejestracyjnego. Nie, na tym etapie problem nie tkwi jeszcze w niskim IQ protagonistów tylko w deficycie klimatu i napięcia. Już widząc finał tego segmentu, absolutnie nieuciekającego się do jakiegokolwiek rozlewu krwi możemy sądzić, że pozostałe dwie opowiastki zakończą się w równie nudnym, pozbawionym przemocy stylu. Jeśli jednak byśmy w to wątpili twórcy szybko zweryfikują nasze poglądy w drugim segmencie, poświęconym Tabithcie. Dziewczyna spędza noc w domu kuzynów, pełniąc rolę ich opiekunki, ale jej spokój zakłóca naturalnej wielkości klaun siedzący w jej tymczasowym pokoju. Choć Tabitha ewidentnie się go boi, pomimo prób nie decyduje się zajrzeć mu pod maskę, co kończy się… jej pobytem w pokoju przesłuchań na komisariacie, gdzie spotyka się z panią psycholog. Tymczasem akcja przeskakuje do Lisy, która wyrusza do pewnego pensjonatu, gdzie według niej zatrzymała się na noc jej współlokatorka. Namawia swojego chłopaka, żeby wykorzystując swoją odznakę wszedł do podejrzanego budynku i postarał się znaleźć jej przyjaciółkę. Chłopaka nie ma kilka godzin i choć Lisa mocno się niepokoi wydzwania do niego, zamiast wykręcić numer policji. Więcej: wkrótce podstępem wchodzi do środka, gdzie stanie twarzą w twarz z koszmarem. Wszystkie segmenty połączą się w finale, oferując nam typowo „Walentynkową” prawie bezkrwawą historię o zemście. A to wszystko, podobnie jak wcześniejsze wydarzenia, będzie tak pozbawione polotu, napięcia i zwrotów akcji, że radzę nie spodziewać się widzom, którym jakimś cudem udało się dotrwać do tego momentu, jakiejś rekompensaty za wcześniejsze usypiające męki.

Jeśli komuś po tym skrótowym opisie wydaje się, że będzie miał do czynienia z jakimś nowatorskim, trzymającym w napięciu slasherem to bardzo mi przykro, bo nie takie były moje intencje. Prawie całkowity brak mordów, dziury w scenariuszu (największa – kim do diaska była pani psycholog?), wyjałowienie z klimatu i irytujący, chichoczący morderca to gwoździe do trumny tego, pożal się Boże, obrazu. I bezsprzeczna nauczka dla Simpsona na przyszłość – teraz już chyba wie, że nakręcić slasher wcale nie jest tak łatwo, jakby się z zewnątrz wydawało…

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Zakupy


Poniżej te zamówione, ale na wysyłkę pewnie będzie trzeba trochę poczekać – „uroki” Allegro…

Oczywiście zrecenzuję każdą pozycję, którą się da, albo raczej każdą, którą będę umiała zrecenzować:) Więc potraktujcie tą notkę, jako taką zapowiedź przyszłych wpisów o literaturze.

niedziela, 22 czerwca 2014

„Nocna straż” (1997)


Student prawa, Martin Bells, zatrudnia się w kostnicy miejskiej w charakterze portiera. Tymczasem w mieście grasuje seryjny morderca prostytutek, który pozbawia swoje ofiary oczu i gwałci ich zwłoki. Sprawę prowadzi inspektor Thomas Cray, który zaprzyjaźnia się z Martinem. Kiedy chłopak, podpuszczony przez swojego kolegę, Jamesa Gallmana, spotyka się z prostytutką, Joyce, jego życie zamienia się w koszmar.

Amerykański remake nagrodzonego pięcioma Robertami duńskiego obrazu z 1994 roku, pt. „Nocny strażnik”. Obie produkcje wyreżyserował Ole Bornedal, twórca między innymi „Kroniki opętania”. Oryginału jeszcze nie miałam okazji zobaczyć, ale to, co ujrzałam w odświeżonej wersji zachęca do zapoznania się z pomysłem wyjściowym. Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego „Nocna straż” przeszła bez większego echa, bo tak nastrojowych thrillerów o seryjnych mordercach powstało naprawdę niewiele.

Pierwsze, co rzuca się w oczy w trakcie seansu to mroczna kolorystyka obrazu. Nawet sceny kręcone w środku dnia, w pełnym słońcu utrzymano w ciemnych barwach, które są jednym z integralnych elementów, wchodzących w skład tego niewyobrażalnie gęstego klimatu, wszechobecnego zdefiniowanego zagrożenia. Ale nie jedynym. Znacznie Bornedalowi pomógł pomysł na zawiązanie fabuły, z którego wycisnął maksimum grozy. Praca Martina w miejskiej kostnicy pozwoliła z pierwszej połowy seansu zrobić nastrojowy horror, z tak umiejętnie zrealizowanymi ujęciami czystej grozy, że z tego, co się zorientowałam niejeden widz nie jest w stanie przetrwać samotnej nocnej projekcji „Nocnej straży”. W moim przypadku o jakimś nadmiernym przerażeniu nie było mowy, ale nie mogłam nie docenić wirtuozerii twórców, którzy samym tylko nagromadzeniem grozy zdeklasowali mniej więcej siedemdziesiąt procent horrorów, jakie dane mi było obejrzeć. Samotne wędrówki Martina po skąpanych w cieniu korytarzach kostnicy miejskiej zrealizowano tak, aby widz miał okazję odczuć na własnej skórze buzującą w nim adrenalinę. Na uwagę szczególnie zasługuje tutaj scena pierwszego obchodu. Martin wchodzi do pomieszczenia pełnego stołów z trupami i starając się na nie nie patrzeć dochodzi do przeciwległej ściany, aby przekręcić klucz w zamku urządzenia noszonego przy sobie. Wraca w panice, zamyka drzwi, ale zapomina o zgaszeniu światła. I właśnie moment ich ponownego uchylenia jest kwintesencją rzadko spotykanych zdolności kamerzysty. Wszystko obserwujemy od wewnątrz. Widzimy dłoń Martina, poszukującą kontaktu, kamera przybliża się do niej w zastraszająco szybkim tempie przy akompaniamencie nastrojowych dźwięków i kiedy już myślimy, że coś schwyci jego dłoń chłopak zatrzaskuje drzwi… Tego nagromadzenia atmosfery grozy nie da się oddać słowami, to trzeba zobaczyć – najlepiej w pojedynkę, w środku nocy. Ale to nie jedyne dowody niezwykłego wczucia się w estetykę horroru przez Bornedala. Moment włączenia alarmu, zwiastującego obecność kogoś żywego w kostnicy, który zmusza Martina do odwiedzenia kostnicy zwyczajnie wbija w fotel i wymusza na widzach nerwowe ogryzanie paznokci. Kiedy spanikowany chłopak zbliża się do jednego ze stołów, ktoś ukryty pod prześcieradłem zaczyna powoli unosić się do pozycji siedzącej… Po podobną dosłowność w ewokacji grozy, z równie miażdżącym skutkiem, twórcy sięgną w chwili odnalezienia na korytarzu ciała prostytutki. To zdarzenie utwierdzi Bellsa w przekonaniu, że nocą nie jest w kostnicy sam, że ktoś obrał go sobie za cel, robiąc wszystko, aby napędzić mu stracha.

Równolegle do stricte horrorowych wydarzeń Bornedal będzie snuł czysto thrillerową opowiastkę, skupiającą się na zwyrodniałych czynach nieuchwytnego seryjnego mordercy-nekrofila, który upodobał sobie prostytutki. Co zaskakujące w tym gatunku twórcy nie ograniczyli się jedynie do spłoszonego napomykania o gwałceniu zwłok przez tajemniczego degenerata. Zobaczymy kilka pozbawionych oczu ciał z rozrzuconymi nogami i pupami ubrudzonymi nasieniem, sugerującymi niedawny stosunek, usłyszmy koszmarną opowieść o byłym portierze kostnicy, który z upodobaniem oddawał się swoim nieakceptowanym społecznie zboczeniom i przede wszystkim poznamy historię Joyce, która utrzymuje, że jej przyjaciółka spotykała się z osobą, która podczas stosunku oczekiwała od niej udawania trupa. Wszystko to tworzy obraz naprawdę odstręczającej jednostki, która z jakiegoś powodu obrała sobie za cel Martina.

Aby nieco rozładować tę chwilami nieznośnie gęstą atmosferę wszechobecnego zagrożenia Ole Bornadel, co jakiś czas uciekał się do akcentów komediowych. Mocno humorystyczne ekscesy Martina i Jamesa, rozrywające się w trakcie ich wypadów na miasto, dowcipna rozmowa z głupiutką Joyce i wreszcie swego rodzaju żartobliwy ukłon w stronę „Lśnienia”, kiedy to podczas jednego z obchodów scenarzysta wtłacza w usta głównego bohatera kultową kwestię Jacka Nicholsona. Wydawać by się mogło, że ta delikatna błazenada położy klimat, ale nic z tych rzeczy. Bornadel okazał się na tyle sprawnym reżyserem, żeby dokładnie wymierzyć moment, w którym humor był wręcz wskazany.

W roli głównej zobaczymy młodziutkiego wówczas Ewana McGregora, który całkiem znośnie poradził sobie z kreacją nieśmiałego, miejscami nieco naiwnego Martina. Ale ilekroć na ekranie pojawiał się partnerujący mu Nick Nolte, w roli ścigającego mordercę-nekrofila inspektora Craya, McGregor usuwał się w cień. Charyzma doświadczonego aktora przyćmiła powiew młodości. 

Moim zdaniem „Nocna straż” to jeden z najlepszych thrillerów o seryjnym mordercy w historii światowej kinematografii. Uciekanie się do stricte horrorowej estetyki okazało się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Pomogło w stworzeniu gęstego klimatu grozy oraz natchnęło fabułę intrygującymi rozwiązaniami. Od tego filmu wprost nie sposób się oderwać – wciąga i niepokoi jak mało, który obraz i w ogóle nie przeszkadza tutaj łatwość przedwczesnego rozszyfrowania tożsamości mordercy. Polecam absolutnie każdemu wielbicielowi kina grozy – czy to thrillerów, czy horrorów, bo w tej jednej produkcji zobaczy wszystko, co najlepsze w obu tych gatunkach.   

sobota, 21 czerwca 2014

„Nierozłączni” (1988)


Bracia Elliot i Beverly Mantle są bliźniakami. Od kiedy sięgają pamięcią wszystko robią wspólnie. Razem przeprowadzali proste doświadczenia w dzieciństwie, razem studiowali medycynę i wreszcie razem założyli prywatną klinikę ginekologiczną, skupiając się przede wszystkim na leczeniu bezpłodności kobiet. Kiedy do Elliota przychodzi nowa pacjentka, Claire Niveau ten zafascynowany mutacją jej macicy wdaje się w romans. Jednak chcąc nieco rozerwać nieśmiałego brata namawia go, aby kontynuował ten związek, podszywając się pod niego. Wkrótce Beverly zakochuje się w Claire, co znacznie komplikuje relacje między braćmi.

Nagrodzony przez Los Angeles Film Critics Association i New York Film Critics Circle oraz nominowany w pięciu kategoriach do Saturna jeden z najsubtelniejszych thrillerów w dorobku genialnego Davida Cronenberga, który zabłysnął przede wszystkim na polu body horrorów. Fabułę odrobinę zainspirowała prawdziwa historia bliźniaczych braci-ginekologów, Stewarta i Cyrila Marcusów z Nowego Jorku, którzy przedawkowali narkotyki w 1975 roku, choć Peter Greenaway był przekonany, że Cronenberg czerpał z jego filmu zatytułowanego „Zet i dwa zera”.

Każdy, kto sięga po jakikolwiek film Davida Cronenberga oczekuje czegoś na wskroś dziwacznego, oryginalnego i ambitnego. Jego produkcje to już wyższa półka światowej kinematografii, absolutnie nie dla każdego. Swoich zagorzałych wielbicieli Cronenberg przyzwyczaił do maksymalnie odjechanych wizji, świadczących o niezmierzonych pokładach jego wyobraźni. Ale jakkolwiek szokujące nie byłyby jego body horrory szczególny nacisk zawsze kładł na liczne podteksty i symbolikę, co widać przede wszystkim w „Nierozłącznych”. Prawie całkowicie odchodząc od makabry Cronenberg pokazał widzom swoje drugie delikatniejsze oblicze. Film, podobnie jak jego wcześniejsze dzieła zmusza do myślenia, ale w przeciwieństwie do nich odchodzi od dosłowności, co może zawieść odbiorców nieprzepadających za monotonią.

Gdybym przed seansem „Nierozłącznych” nie znała nazwiska ich reżysera z pewnością odgadłabym je już w trakcie pierwszych minut widowiska, ponieważ każdy film Davida Cronenberga realizowany jest na jego indywidualną modłę. Delikatna ścieżka dźwiękowa, ostre kontrasty oraz surowy klimat, spod którego przebija drugie głębsze dno i wszędobylska aura rozpadu – tym razem nie cielesnego, a mentalnego. To wizytówki tego nietuzinkowego reżysera, jego artystyczne „ja”, doskonale znane fanom jego twórczości. W „Nierozłącznych” poznajemy braci bliźniaków, Elliota i Beverly’ego, którzy nie potrafią bez siebie żyć pomimo rozbieżnych charakterologii. Ten pierwszy jest pewnym siebie, impertynenckim lowelasem, który nie ma absolutnie żadnych oporów moralnych przed uwodzeniem swoich pacjentek. Beverly to jego całkowite przeciwieństwo – wyalienowany, nieśmiały i ułożony mężczyzna żyjący w cieniu swojego brata. Skojarzenia z doktorem Jekyllem i panem Hydem nasuwają się same. Rolę obu braci przyjął na siebie Jeremy Irons, który akcentował ich różnicę odmienną paletą mimicznej ekspresji. Elliot poważny, Beverly rozchwiany emocjonalnie – zadanie niełatwe i Irons rzeczywiście zaniedbał dykcję tego drugiego: przekonująca, wręcz szaleńcza mimika stała w sprzeczności z miejscami spokojnym tonem głosu. Ale za to Elliota wykreował w iście mistrzowskim stylu. Klin między braci wbije ich nowa pacjentka, aktorka Claire, borykająca się z nietypową mutacją (trzema szyjkami macicy), która uniemożliwia jej zajście w upragnioną ciążę. Podmiana braci doprowadzi do romansu pomiędzy nią i Beverly’m, który u jej boku odkryje tajniki innego świata, z dala od kontrolującego go brata. Choć dane nam będzie dobrze poznać psychiczną więź pomiędzy Elliotem i Beverly’m, dokładnie obejrzeć sobie rozpad ich mentalności w chwilach oddalenia od siebie, ich fizyczny związek zostanie jedynie zasugerowany. Rozmowa pomiędzy Claire i jej kochankiem, w której pyta go, czy łączą go z bratem stosunki homoseksualne i jego dwuznaczna reakcja pozwala nam sądzić, że obu mężczyzn połączyło coś więcej, aniżeli tylko duchowa kompatybilność, ale Cronenberg pozostawia ten szczegół do indywidualnej interpretacji. Za to troszkę bardziej dosłowne znaczenie nadaje uzależnieniu Beverly’ego od narkotyków, które po jakimś czasie „infekuje” również Elliota. Moim zdaniem narkotyki mają symbolizować ich uzależnienie od siebie nawzajem.

Choć „Nierozłączni” w zamyśle miały być produkcją nadzwyczaj stonowaną, kładącą nacisk przede wszystkim na fabułę, a nie efekciarskie ozdobniki, Cronenberg nie byłby sobą, gdyby chociaż raz nie uciekł się do estetyki, w której zasłynął. Sen Beverly’ego to scena, która jestem tego pewna, na długo zapadnie mi w pamięci. Widzimy jego zespolenie z Elliotem i Claire przegryzającą łączącą ich tkankę. Tutaj oczywiście też mamy ukrytą symbolikę – kobieta ma być osobą, która przerwie ten destrukcyjny, chory związek. Jak? Tego możemy się łatwo domyślić. To niepodobne do Cronenberga, ale zakończenie jest na wskroś przewidywalne – na jego usprawiedliwienie można jedynie powiedzieć, że porwał się na jedyny właściwy motyw, spójny z wcześniejszymi wydarzeniami i umożliwiający pozostawienie widza z ostatnim, dającym do myślenia przesłaniem.

„Nierozłączni” to jeden z trudniejszych interpretacyjnie obrazów Davida Cronenberga i z całą pewnością jeden z najbardziej stonowanych. Niemniej jestem przekonana, że koneserów ambitnego kina grozy zachwyci jego podskórna potworność i dojrzałe przesłania. Moim zdaniem monotonia realizacyjna zadziałała na jego korzyść, ale to wcale nie oznacza, że każdego przekona taka delikatna estetyka.   

środa, 18 czerwca 2014

Dan Simmons „Trupia otucha”’


Rok 1980. Długoletni przyjaciele, Melanie Fuller, Nina Drayton i Willi Borden, spotykają się, aby jak zawsze podzielić się wynikami swojej wielkiej Gry. Wykorzystując niezwykłe, wrodzone zdolności, pozwalające im wnikać do umysłów ludzi karmią się ich energią i podporządkowują ich cielesne powłoki swojej woli. Ku własnej uciesze zmuszają ludzi do samobójstw i morderstw, napędzając spiralę przemocy, która rozlewa się na kolejne jednostki przebywające w miejscu ingerencji tajemniczej siły okrutnego trio. Pewnego dnia Melanie, Nina i Willie zostają sprowokowani do stanięcia przeciwko sobie przez kolejnego gracza, obdarzonego takim samym Talentem, jak oni. Pojedynek kobiet na ulicach Charleston pociąga za sobą kilka przypadkowych ofiar, które zwracają uwagę miejscowego szeryfa Bobby’ego Joe Gentry’ego, który stara się odnaleźć sprawcę rzezi. Jedna z jej uczestniczek, Nina Drayton, nie żyje, a Melanie pośpiesznie opuściła miasto. W trakcie śledztwa Gentry jest świadkiem trudnych do wyjaśnienia wydarzeń, które każą mu połączyć siły z córką jednego z zamordowanych, młodą Muszynką Natalie Preston i psychiatrą Saulem Laski, Żydem który w latach 40-tych trafił do obozu koncentracyjnego w Chełmnie, w którym na własnej skórze poznał moc Williego, w tamtych czasach Obersta Wilhelma von Borcherta. Saulowi bez większych problemów udaje się przekonać swoich nowych sprzymierzeńców, że mają do czynienia z wampirami umysłowymi. Razem staną do nierównej walki z tymi groźnymi przeciwnikami, z których wielu znajduje się na szczeblach władzy.

Po raz pierwszy wydana w 1989 roku, uhonorowana Bram Stoker Award, Locus Award, The World Fantasy Award i Derleth Award, „Trupia otucha” Dana Simmonsa na stałe wpisała się już do kanonu najpopularniejszych powieści o wampirach. Książka łączy w sobie estetykę horroru, science fiction i thrillera, ale od czasu do czasu odnosi się również do historii krajów europejskich i Stanów Zjednoczonych oraz aspektów stricte politycznych. Taki miszmasz gatunkowy nie mógł się nie udać, szczególnie, że jego autorem jest twórca znakomitego „Drooda”, nieustannie wychwalany przez samego Stephena Kinga. Nowe wydanie Maga to prawdziwa gratka dla kolekcjonerów, godna Simmonsa „cegła” w twardej oprawie, z piękną grafiką na okładce. Wydanie naprawdę warte swojej wysokiej ceny!

„Ubolewam nad natężeniem przemocy we współczesnym świecie. Zdarza mi się autentycznie popadać w rozpacz, tonąć w tej bezdennej otchłani bez przyszłości, którą Hopkins nazwał trupią otuchą. Śledzę amerykańskie krwawe jatki, przypadkowe zamachy na papieży, prezydentów i niezliczonych innych ludzi i zastanawiam się, czy osób obdarzonych Talentem jest po prostu dużo więcej, czy też rzeźnia stała się współczesną codziennością.”

W „Trupie otusze” zachwyciło mnie absolutnie wszystko – od stylu, przez fabułę i przesłanie po kreację bohaterów. Narracja skupia się na poszczególnych wydarzeniach z punktu widzenia kilku postaci, ale tylko rozdziały poświęcone Melanie opisano w pierwszej osobie. Taki niewygodny dla czytelnika zabieg pozwala najgłębiej wejrzeć w psychikę antagonistki, okrutnej wampirzycy umysłowej, która bez mrugnięcia okiem morduje każdego, kto stanie jej na drodze, nawet dzieci. Natomiast kilka różnych punktów widzenia, które często kończą się jakimś wstrząsającym zwrotem akcji, rozwijanym dopiero w kolejnym rozdziale, ułatwiło Simmonsowi stopniowanie napięcia, które niejednokrotnie osiąga prawdziwe wyżyny hitchcock’owego suspensu. Taka narracja w połączeniu z długimi, rozbudzającymi wyobraźnię, pełnymi mistrzowskich porównań opisami sprawiła, że od „Trupiej otuchy” zwyczajnie nie mogłam się oderwać. Ta powieść dostarcza jeszcze więcej niesamowitych emocji niż osławiony „Drood”, a jeszcze parę dni temu byłam przekonana, że Simmonsowi nigdy nie uda się go przeskoczyć…

„Od blisko czterech lat kierował mną jeden imperatyw: muszę przeżyć. Posłuszny temu imperatywowi stałem z boku i patrzyłem, jak moi rodacy, moi bracia Żydzi, moja rodzina, wszyscy trafiają prosto w paszczę zbudowanej przez Niemców potwornej machiny rzeźniczej.”

Choć „Trupia otucha” niejednokrotnie w szczegółach odnosi się do klasyki literatury wampirycznej (za przykład niech tutaj posłuży formowanie się grupki łowców wampirów, nasuwające na myśl „Draculę” i „Miasteczko Salem”) to jej pierwszoplanowy szkielet fabularny jest już typowym znakiem naszych współczesnych czasów. Zapomnijcie o trumnach, osinowych kołkach, czosnku i świetle słonecznym, wampiry umysłowe Dana Simmonsa to z zewnątrz tacy sami ludzie, jak my – również poruszają się za dnia i starzeją, a zabić można je w dowolny groźny dla zwykłego człowieka sposób. Jedyną ich aberracją jest moc zwana Talentem, która popycha ich do tak zwanego Żerowania na umysłach bezbronnych ludzi. Użyty przez nich człowiek staje się bezwolną marionetką, gotową wypełnić każdy nawet najbardziej zwyrodniały rozkaz. Saul Laski, Żyd który przeżył holocaust całe życie poświęcił na poszukiwanie Obersta, który Użył go w obozie koncentracyjnym oraz badaniom nad specyfiką przemocy. Dzięki jego postaci Simmons mógł urozmaicić powieść kilkoma wzruszającymi odniesieniami do niechlubnego okresu II Wojny Światowej, skupiając się przede wszystkim na koszmarze polskich Żydów, gnębionych zarówno przez swoich antysemickich rodaków, jak i niemieckich żołnierzy. Ale to nie jedyne odniesienia do historii. Sporo miejsca autor poświęca również zamachowi na Johna F. Kennedy’ego i Ronalda Reagana, wojnie wietnamskiej, działaniom Mossadu i rewolucjom w Izrealu, a nawet zabójstwie Johna Lennona. Wszystkie te wydarzenia ściśle łączą się z przemyśleniami Saula na temat agresji, która zdaje się być siłą napędową ludzkości, podsycanej przez egzystujące obok niej wampiry umysłowe, gotowe zmieść świat z powierzchni Ziemi byle tylko zapewnić sobie należytą rozrywkę. Według naszego czołowego protagonisty owe potwory narodziły się w drodze ewolucji, są swego rodzaju odchyleniem, które niestety dotknęło również nieobdarzone Talentem jednostki. Tego rodzaju jakże oryginalni antagoniści miały pomóc autorowi wyjaśnić zagadkę okrucieństwa naszej rasy. Jego wampiry umysłowe są ciemną stroną nas samych, uosobieniem drzemiącego w nas nieludzkiego okrucieństwa i bezrozumnego ego.

„Całe to stulecie jest jednym wielkim, żałosnym melodramatem pisanym przez trzeciorzędnych scenarzystów żerujących na duszach i życiu innych. Nie powstrzymamy tego. […] Podobne rzeczy zdarzają się codziennie, ich sprawcami są ludzie nieposiadający nawet cienia tej niedorzecznej zdolności psychicznej; ludzie egzekwujący władzę wynikającą z urodzenia, stanowiska lub głosu większości, pod groźbą kuli lub noża.”

Cała akcja „Trupiej otuchy” osadza się na nierównej walce trójki protagonistów, z których najbardziej upodobałam sobie dowcipnego, wykształconego szeryfa Gentry’ego z hordą żądnych ludzkiej energii wampirów umysłowych. Oprócz Melanie, Niny i Williego szeregi antagonistów zasila potężny miliarder, właściciel niezliczonej liczby wysp, C. Arnold Barent, który staje przeciwko Williemu w koleżeńskiej grze w szachy, w której rolę pionków pełnią ludzie, a szachownicy kilka miast Stanów Zjednoczonych. Zblazowany bogacz jest założycielem tak zwanego Klubu Wyspiarskiego, złożonego z kilku wampirów i sympatyzujących z nimi jednostek. Wśród jego członków odnajdziemy pazernego kaznodzieję, polityków i agentów FBI, ale na pierwszy plan niezmiennie wysuwa się filmowiec, współpracownik Bordena, Anthony Harod, który przy pomocy swojej asystentki Marii Chen bezkrytycznie spełnia każdą zachciankę Barenta, przy okazji wykorzystując swój Talent do gwałcenia kobiet. Wydawać by się mogło, że stając przeciwko tak potężnym osobnikom Saul, Natalie i Gentry podpisują na siebie wyrok śmierci, ale ich nieoczekiwany sprzymierzeniec, gang czarnoskórych Filadelfijczyków oraz samoistnie skonstruowane urządzenie do badania fal mózgowych przechyla szalę na ich stronę. Nie sposób wspomnieć o wszystkich wydarzeniach „Trupiej otuchy”, bo jest ich tak dużo, akcja tak szybko gna do przodu, że musiałabym tak pisać do wieczora, ale warto napomknąć o jeszcze dwóch ważnych aspektach: rasizmie Melanie i survivalowym zakończeniu. To pierwsze przebija z niemalże każdego monologu wampirzycy i notabene jest kolejną ważną cegiełką budującą wstrząsające przesłanie, objawiające nam prawdę o nas samych. A drugie nawiązujące do często poruszanej w kinematografii tematyki polowań na ludzi, urządzanych sobie przez wpływowe jednostki, nie tylko rani kolejnym wątkiem bezpardonowego okrucieństwa, którego w tej pozycji pełno, ale również dowodzi rzadko spotykanych u pisarzy zdolności Simmonsa do wytworzenia niezbędnej w survivalu atmosfery wszechobecnego zaszczucia i wyalienowania walczącego o życie i zdrowe zmysły protagonisty. 

Dan Simmons jest autorem wszechstronnym, znakomicie czującym się w absolutnie każdym gatunku, na jaki się porwie. „Trupia otucha” jest tego doskonałym przykładem. W tej epopei znajdziemy dosłownie wszystko: mrożącą krew w żyłach walkę dobra ze złem, hitchcock’owski suspens, nastrój grozy, trzymający w ciągłym napięciu survival, a nawet płomienny, acz tragiczny romans. Moim zdaniem tę książkę po prostu trzeba przeczytać, aby zrozumieć emocje kłębiące się w czytelniku po skończeniu lektury. Zdecydowanie jedna z najlepszych powieści wampirycznych w historii literatury!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu