Stronki na blogu

niedziela, 14 czerwca 2020

Peter James „Ludzie doskonali”


John i Naomi Klaessonowie stracili jedynego syna w wyniku rzadkiej choroby genetycznej. Nie chcąc by to się powtórzyło kolejne dziecko decydują się zaprojektować genetycznie w pływającej placówce prowadzonej przez kontrowersyjnego genetyka, doktora Lea Dettorego. Choć mają możliwość wprowadzenia mnóstwa genetycznych ulepszeń, Klaessonowie poza wyeliminowaniem zagrożenia różnymi chorobami, decydują się jedynie na kilka pomniejszych modyfikacji genetycznych. Nie chcą bowiem, żeby ich syn odróżniał się od rówieśników. Nie chcą wydawać na świat geniusza, czym wyraźnie rozczarowują doktora Dettorego. Kiedy dociera do nich, że naukowiec nie zastosował się do ich wytycznych jest już za późno. Klaessonowie zyskują niezwykłe potomstwo i śmiertelnych wrogów w postaci sekty religijnej w drastyczny sposób sprzeciwiającej się dziełu życia doktora Lea Dettorego. Zagrożenie z ich strony oraz niepożądany rozgłos medialny zmuszają ich do opuszczenia Stanów Zjednoczonych. Osiadają w zacisznej okolicy w Anglii, gdzie z coraz większą obawą przyglądają się swojemu cudownemu potomstwu.

Peter James, brytyjski powieściopisarz, scenarzysta i producent filmowy, który zyskał międzynarodową sławę przede wszystkim dzięki swojej literackiej serii kryminalnej z detektywem Royem Grace'em, ale swoich sił (z sukcesami) próbuje też w thrillerach, literaturze szpiegowskiej, a nawet horrorach – jego głośny „Dom na wzgórzu” (oryg. „The House on Cold Hill”) klasyfikuje się jako horror gotycki zmieszany z kryminałem. Pierwotnie wydana w 2011 roku (pierwsze polskie wydanie pojawiło się dopiero sześć lat później) powieść „Ludzie doskonali” (oryg. „Perfect People”) była nominowana do Specsavers National Book Award 2012 oraz Wellcome Trust Book Prize 2012. Prawa do nakręcenia filmowej wersji zostały już sprzedane – planuje się ośmioodcinkowy miniserial na podstawie „Ludzi doskonałych” Petera Jamesa. Thrillera naukowego bądź thrillera science fiction, ale z naciskiem na „science”. Wizja odmalowana na kartach tego dzieła jest bowiem niepokojąco realna. W zasięgu współczesnej nauki.

Ludzie modyfikowani genetycznie. Kiedyś science fiction, teraz czysta nauka. Kontrowersyjny genetyk, Leo Dettore, stworzony przez Petera Jamesa na potrzeby „Ludzi doskonałych” nie jest już takim wizjonerem, za jakiego mógłby uchodzić jeszcze dwadzieścia-trzydzieści lat temu. Sam autor wspomniał w podziękowaniach, że gdy zaczął zbierać materiały do tej książki (gdzieś na początku XX wieku) jeden z czołowych genetyków zdradził mu, że w niedalekiej przyszłości rodzice będą mogli w jakimś zakresie „projektować swoje potomstwo”. To już się dokonuje, choć oczywiście jeszcze nie w aż takim stopniu, jak w świecie przedstawionym w „Ludziach doskonałych”. Jeszcze... Historia ta może nasuwać skojarzenia z „Godsend”, filmem z 2004 roku w reżyserii Nicka Hamma. W każdym razie mnie tak skrótowy okładkowy opis fabuły jak pierwsza partia tego utworu przygotowały na coś w tym guście. Jakiś czas po stracie czteroletniego synka jego rodzice decydują się na kolejne dziecko, ale nauczeni doświadczeniem odrzucają naturalne metody na rzecz projektu wyklętego genetyka z wizją. Człowieka, który wie, jak wyeliminować ryzyko przekazania drugiemu dziecku tej samej rzadkiej choroby genetycznej, która zabrała im pierworodnego syna. Więcej nawet: doktor Dettore może wyeliminować wiele innych chorób. A to też nie wszystko. Klaessonowie, ku jego niezadowoleniu odrzucają zdecydowaną większość możliwości, jakie im oferuje. Chcą jedynie zdrowego, wysokiego syna z dobrym wzrokiem i słuchem, który potrzebowałby mniej snu od przeciętnego człowieka. Poza tym przystają na drobne ulepszenia jego metabolizmu i to w zasadzie tyle. Dobry pisarz, a takim najwyraźniej jest Peter James („Ludzie doskonali” to moje pierwsze spotkanie z jego prozą, ale na pewno nie ostatnie), porywając się na taki temat, nie mógł pominąć kontrowersji, jakie wokół niego narosły. Teologia i Natura kontra nauka. Próby hamowania nieuchronnego przecież postępu (faktycznego bądź tylko rzekomego) przez fanatyków religijnych, szukających taniej sensacji dziennikarzy, polityków ze średniowieczną mentalnością i tłumów najzwyczajniej w świecie bojących się radykalnych zmian w ustalonym porządku świata. Zanim jednak posądzicie autora „Ludzi doskonałych” o tendencyjność, zarzucicie mu stronnicze podejście do tematu manipulowania ludzkimi genami, zaręczam, że autor nie stawia się wyraźnie po żadnej ze stron. Oczywiście potępia takie skrajności, jak zabijanie ludzi przez samozwańczych bożych wojowników, zauważalnie krzywym okiem spogląda na medialne cyrki, które niszczą życia całych rodzin (ale co z tego? Nośny temat jest przecież ważniejszy od bezpieczeństwa, jakichś tam jednostek...). I tak, nie pochwala hamowania szeroko rozumianego postępu. Ale: „na jakiej planecie żyjecie? Matka Natura panuje nad Homo sapiens od pół miliona lat, czyli odkąd gatunek pojawił się na Ziemi. Co za fuszerka! Gdyby Matka Natura była przywódcą politycznym, zostałaby skazana na śmierć za ludobójstwo! Gdyby stała na czele międzynarodowej firmy, zwolniono by ją za niekompetencję. Czemu nie dać szansy nauce? Czy nauka, w dobrych rękach, stworzy jeszcze większy chaos?” Właśnie. Nauka ponad Matką Naturą. Tu widać zwątpienie autora, a na pewno pole do głębszych przemyśleń. Do zastanowienia się, czy gatunek ludzki, choćby nawet genialny, mógłby ustanowić lepszy porządek biologiczny od Matki Natury, gdyby mu na to pozwolono? A może hamowanie rozwoju nauki i techniki ma sens? Ludzkość nie jest wprawdzie doskonała, ale czy doskonałość naprawdę jest tym, czego nasz gatunek potrzebuje? Z tym pytaniem Peter James właściwie nas zostawia.

Homo sapiens! […] Sapiens znaczy mądry. Wasz gatunek nie jest mądry. Zarządzany przez was świat wydostał się spod kontroli. Stworzyliście nuklearną i biologiczną broń masowej zagłady, którą może kupić każdy debil mający do kogoś żal. Wasi naukowcy dowiedli jakoby, że Bóg nie istnieje, ale pozwalacie, by fanatycy religijni dewastowali waszą planetę. Niszczycie ekosystem, ponieważ nie potraficie uzgodnić spójnego planu ochrony środowiska. Co tydzień drukujecie więcej informacji, niż człowiek może przeczytać w ciągu życia. I wy chcecie przewodzić? Myślę, że to cholerna, wprost zdumiewająca arogancja.”

Ewolucja ludzkości dokonuje się na pokładzie statku-placówki badawczej światowej niesławy genetyka Lea Dettorego. Nie jest to kolejny etap naturalnej ewolucji, tylko drastyczna ingerencja w Naturę. Jego działalność różnie można oceniać, ale jedno nie ulega wątpliwości: naukowiec rości sobie nieomal boskie prawa. Projektuje ludzi wedle własnego uznania, w przekonaniu, że nie tyle Bóg, ile Matka Natura pokpiła sprawę. Działa w przekonaniu, że może naprawić to, co Natura zepsuła. UWAGA SPOILER Stworzyć pod każdym względem doskonałych ludzi, którzy zbudują nowy, wspaniały świat. Istną utopię KONIEC SPOILERA. Tego, nie tak znowu szalonego doktorka, poznajemy już na początku książki. Ale chociaż trudno było mi się nie zgodzić z jego tezami, obserwacjami, wnioskami (w większości), to nie potrafiłam nie patrzeć na niego jak na klasycznego burzyciela rodem z science fiction. Naukowca z wizją, którą ochoczo wdraża w życie, nie bacząc na ryzyko, prawo, ogromny sprzeciw społeczny i święte oburzenie dziennikarzy. Na mój osąd tego człowieka zapewne w jakimś stopniu wpłynął silnie zakorzeniony w popkulturze obraz wizjonerskiego naukowca, tzn. spopularyzowany przez science fiction typ genialnego burzyciela. Ale decydujące znaczenia miała jego postawa względem Matki Natury. W sumie dość standardowe podejście. Bo gatunek ludzki (uogólniając, bo oczywiście istnieją wyjątki) zwykł stawiać się ponad Matką Naturą. Miast należnego szacunku, zamiast pokory, okazuje jej czystą wrogość. Ten rzekomo myślący gatunek zdaje się trwać w przekonaniu, że bez Natury będzie mu lepiej. Jego (nasza) destrukcyjna działalność na to w każdym razie wskazuje. Wrogów Matki Natury prawdopodobnie napędza to samo, co doktora Lea Dettorego – aroganckie przekonanie, że władza nad światem jest należna człowiekowi, bo człowiek przecież już dobitnie udowodnił, że potrafi lepiej. Leo Dettore na przykład może definitywnie uwolnić świat od chorób genetycznych. Może uwolnić nas od snu, może znacznie ulepszyć nasz metabolizm, poprawić zmysły, ale przede wszystkim uczynić człowieka istnym geniuszem. Tworzyć ludzi wszechstronnie uzdolnionych, tak inteligentnych, jak człowiek jeszcze nie był. W całej historii naszego gatunku nie było takich ludzi, jak „ludzie doskonali Lea Dettorego”. Boleśnie przekonają się o tym państwo Klaessonowie. Naomi i jej mąż, doktor John, chcieli tylko zdrowego dziecka, a dostali potomstwo, na które patrzy się z narastającym niepokojem. Niejako wbrew sobie wypatrywałam zagrożenia z tej strony, nie bez powodów zakładając, że Peter James podczepił się pod sprawdzony tak w literaturze, jak kinie grozy motyw psychopatycznego dziecka, że prędzej czy później ludzie doskonali przejdą do ofensywy, że rodzice tychże powinni uważać także na własnych potomków. Nie tylko na tak zwanych Uczniów Trzeciego Tysiąclecia, morderczą sektę religijną, która jak na chrześcijańskich fundamentalistów przystało (nie wszystkich, żeby nie było) interpretuje sobie Pismo Święte tak jak jej pasuje. No wiecie, modyfikacje genetyczne są złe, ale zabijanie grzeszników jest już jak najbardziej wskazane: wszak taka jest wola Boga... W każdym razie Peter James, sprawił, że w dzieciach zaprojektowanych genetycznie, tych zaledwie kilkulatkach, upatrywałam zagrożenia dla Naomi i Johna praktycznie porównywalnego do tego reprezentowanego przez Uczniów Trzeciego Tysiąclecia. Nie jest powiedziane, że niebotyczna inteligencja dzieci będzie służyć dobru, że praca Dettorego ostatecznie przysłuży się światu. Równie dobrze może doprowadzić ludzkość do zguby. Przyśpieszyć zagładę planety, która w sumie i tak jest nieunikniona. Ale to tylko moje przekonanie. Bardziej alarmistycznie działał na mnie chłodny, nienaturalnie pragmatyczny, do bólu racjonalny sposób bycia idealnych ludzi. Niczym maszyny zaprogramowane do pozyskiwania wiedzy. Jednostki przynajmniej na pozór wyzute z uczyć. Niepotrafiące kochać, nawet własnych rodziców. Nieprzywiązujące się do ludzi, nie wykazujące nawet najmniejszych starań dopasowania się do rówieśników, zasymilowania się w społeczeństwie, którego tak naprawdę nie rozumieją. Oni myślą inaczej niż my. Kierują się zupełnie innymi kategoriami niż przeciętny tzw. cywilizowany człowiek. „Inwazja porywaczy ciał” Jacka Finneya? Niezupełnie. Uczuć może i doskonałym ludziom Petera Jamesa brakuje, ale ich cele są wyższe. Ambicje ogromne i wygląda na to, że jak najbardziej w zasięgu ich rąk. Co nie znaczy, że ich interes pokrywa się z interesem „podklasy genetycznej”. Czyli ludzi niezaprojektowanych genetycznie. Tak bowiem już wkrótce, według autora, mogą być szufladkowane osoby, rodziców których nie będzie stać na wystartowanie w tych nowym wyścigu szczurów. Ich dzieci dożywotnio będą w ogonie. To będzie ten gorszy sort ludzi, przynajmniej do czasu, aż na świecie nie będzie już ani jednej osoby niezaprojektowanej genetycznie. A wtedy pojawi się nowy problem moralny: jako że cywilizacja nie może opierać się jedynie na inteligencji, nie może istnieć bez na przykład (powiedziałabym, że przede wszystkim) klasy robotniczej, to trzeba będzie jeszcze przed poczęciem decydować, komu dawać sukces, władzę i bogactwo, a komu ochłapy z pańskiego stołu. Przerażająca wizja, bo tak realna... Bez względu jednak na to, czy dopuszcza się do siebie wiarę w taki rozwój gatunku ludzkiego, to myślę, że większość miłośników dreszczowców, a nawet horrorów będzie z narastającym napięciem śledzić tę wprawdzie niezbyt zaskakującą, ale na pewno dostatecznie mroczną, złowieszczą, ponurą, niejednowątkową intrygę. Warsztatowi Petera Jamesa, poza brakiem większego elementu zaskoczenia (pomimo wyraźnie wykazywanych starań), zarzucić niczego nie mogę. Pobudzające wyobraźnię, plastyczne opisy miejsc i wydarzeń, przekonujące, należycie pogłębione sylwetki bohaterów i antybohaterów, ale i dostateczne portrety pomniejszych postaci. I idealnie rozłożone środki ciężkości. Doskonale rozplanowana akcja – zwalnia i przyśpiesza kiedy trzeba. Po prostu, solidny thriller z pasjonującym podłożem naukowym i psychologicznym. Z dodatkiem kryminału, czyli można powiedzieć konika Petera Jamesa. Zdolnej bestii, która bawi, emocjonuje, uczy i przestrzega w swoich prawie doskonałych „Ludziach doskonałych”.

Mea culpa. Moja wina i tylko moja, że tak długo literacka twórczość Petera Jamesa była mi obca. Bo docierały do mnie wieści o jego książkach. Głównie zachęcające. I tak, od lat chciałam coś tego pana przeczytać, ale jakoś się nie składało. Wciąż odkładałam to na później. Zawsze było coś pilniejszego. Zawsze znalazł się jakiś powód do zwłoki. I tak lata mijały, a ja głupia nie wiedziałam, co tracę. Żyłam w błogiej nieświadomości, że odmawiam sobie tak przepysznej uczty wyobraźni. Na pewno jeśli chodzi o „Ludzi doskonałych”, a co do reszty powieści Petera Jamesa? Cóż, one dopiero przede mną. I już nie mogę się doczekać, bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że będzie gorzej. Ktoś, kto stworzył tak zajmujący, tak mocno dający do myślenia thriller jak „Ludzie doskonali”, w swojej przecież bogatej bibliografii musi mieć więcej takich perełek. A może nawet jeszcze większych. Aż się palę żeby to sprawdzić, a kto nie czytał „Ludzi doskonałych” moim zdaniem najlepiej zrobi, jak czym prędzej ową zaległość nadrobi.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://inverso.pl/

piątek, 12 czerwca 2020

„Zwierzęta” (2017)


Nick i jego żona Anna wynajmują na kilka miesięcy górski dom w Szwajcarii w nadziei, że taka zmiana przysłuży się ich małżeństwu. Swoje mieszkanie w Wiedniu zostawiają pod opieką znajomej Nicka, Mischy. W drodze do wynajętego domu śmiertelnie potrącają owcę. Nick nie odnosi żadnych obrażeń, ale Anna wychodzi z wypadku z raną głowy. Według lekarzy niegroźną, kobieta jednak ma powody w to wątpić. Luki w pamięci, przypuszczalnie fałszywe wspomnienia i inne niepokojące zjawiska sprawiają, że zaczyna obawiać się o swoje zdrowie psychiczne. Jednocześnie coraz bardziej utwierdzając się w przekonaniu, że Nick coś przed nią ukrywa. Mężczyzna też zauważa u siebie zastanawiające anomalie, ale nie przywiązuje do tego takiej wagi, jak jego żona. A sytuacja wciąż się pogarsza.

Reżyser „Zwierząt” (oryg. „Tiere”, międzynarodowy: „Animals”), mający podwójne obywatelstwo - polskie i szwajcarskie - Greg Zglinski, twórca między innymi „Wymyku” z 2011 roku, powiedział, że po pierwszej lekturze scenariusza autorstwa Jörga Kalta, pomyślał, że osoba, która to napisała ma zniekształcony obraz rzeczywistości. Prawie schizofrenik, pomyślał. Ale Zglinski uznał też, że Kalt widzi więcej od nas. Wychodzi poza granice ludzkiej percepcji. Tak czy inaczej skrypt trzeba było poddać obróbce, czego podjął się sam Greg Zglinski. Jörg Kalt bowiem już nie żył – artysta popełnił samobójstwo w 2007 roku. Szwajcarsko-austriacko-polski thriller psychologiczny i surrealistyczny „Zwierzęta” kosztował w przybliżeniu trzy miliony euro, a po raz pierwszy został pokazany na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie w lutym 2017 roku.

Wiem, że nic nie wiem. To przekonanie towarzyszyło mi przez zdecydowaną większość seansu „Zwierząt” Grega Zglinskiego. Thrillera, w którym wszystko jest nie tak. Który odchodzi od narracyjnych standardów, przemierza ścieżki tyleż niezrozumiałe, co fascynujące. Zagadkowe, oderwane od rzeczywistości, zniekształcone, zaburzone, niepoddające się logice... Ale czy na pewno? Czy scenariusz „Zwierząt”, jak wiele na to wskazuje, faktycznie jest pozbawiony logiki, czy to tylko złudne wrażenie? Bo przecież istnieje też sporo dowodów na to, że historia Nicka i Anny składa się w spójną całość. Trzeba tylko znaleźć punkt zaczepiania. Klucz, który otworzy drzwi, za którymi czeka na nas objawienie. Metafora nie jest przypadkowa, w „Zwierzętach” stajemy bowiem przed prawdziwymi drzwiami, za którymi, jak podejrzewamy, coś istotnego, przypuszczalnie wręcz najbardziej ważkiego, się kryje. Najpewniej to właśnie w tych na razie zamkniętych pomieszczeniach znajduje się rozwiązanie tej naprawdę trudnej zagadki. To przypomina baśń o Sinobrodym i jego ciekawskiej żonie. Tutaj mamy dwoje drzwi, od których bije jakaś wrogość, ale to bynajmniej nie osłabia naszego pragnienia otworzenia ich. Zajrzenia do środka, zerknięcia tam, gdzie być może zaglądać nigdy nie powinniśmy. W wynajętym na kilka miesięcy przez Annę i Nicka rustykalnym górskim domu, znajdują się jedne takie drzwi, a w ich mieszkaniu w Wiedniu drugie. I gdyby tylko na takiej tajemnicy zasadzał się scenariusz „Zwierząt”... To nie byłoby tak ciekawie! Nie zdołam oddać fenomenu owego dzieła – tego trzeba samemu doświadczyć, aby zrozumieć - ale spróbuję musnąć temat. Przytoczyć parę co prawda niewiele mówiących przykładów, świadczących o niepospolitości tego obrazu, bo też podczas samego seansu niewiele nam powiedzą. A przynajmniej przez dłuższy czas ciężko będzie znaleźć dla nich satysfakcjonujące wyjaśnienie. Rozgryźć tę złożoną historię, która najpewniej nie byłaby tak nadzwyczajna, gdyby nie sama technika jej rozsnuwania. Sposób roztaczania jej przed, myślę, coraz bardziej zdezorientowanym widzem. Najpierw widzimy kobietę wyskakującą z okna. Po czym kamera powoli zjeżdża w dół, by nam pokazać, że... na chodniku nie ma zwłok. Z pewnością nikt ich nie ukradł, więc może to duch? Czyżby akcja jak w „1408” Mikaela Håfström? Też nie. Więc co to było? Cóż, to pytanie pewnie będzie do Was często powracać. W wielu kolejnych sytuacjach. Coraz bardziej zastanawiających, czasami absurdalnych (jak przynajmniej pozornie gadający kot), ale niezmiennie obłożonych jakąś niesprecyzowaną wrogością. Intensyfikujących wrażenie nieuchronnie zbliżającego się niebezpieczeństwa, które zostaje zasiane już na wstępie. Tym dręczącym skokiem z okna mieszkania na trzecim piętrze budynku mieszkalnego w Wiedniu, w którym żyją też Anna i Nick. Małżeństwo, w którym już od jakiegoś czasu nie układa się najlepiej. Ona jest autorką książek dla dzieci, obecnie pracującą nad swoją pierwszą powieścią dla dorosłych. On natomiast zajmuje się zbieraniem przepisów kulinarnych. Lokalnych przepisów z różnych krajów. Teraz oboje mają zamiar trochę popracować w Szwajcarii. Poza tym mają nadzieję, że zmiana scenerii pomoże przezwyciężyć kryzys małżeński. Pytanie tylko, czy sprawy nie poszły już aby za daleko? A konkretniej: czy przypadkiem Nick nie przekroczył już ostatecznej granicy? Czy nie dopuścił się czegoś, czego Anna nie będzie potrafiła mu wybaczyć? Z czasem zaczęłam powątpiewać w ten cel ich wyprawy do Szwajcarii. Brałam pod uwagę również możliwość, że oboje bądź tylko jedno z nich przybyło tutaj z zamiar nie naprawy, tylko niszczenia. Uwolnienia się od problemów małżeńskich poprzez pozbycie się małżonka. W takim wypadku w grę równie dobrze może wchodzić morderstwo, co... Coś innego, ale też bardzo okrutnego. Wydaje się proste, prawda? Ot, kolejna opowieść o toksycznym związku damsko-męskim, o ludziach starających się naprawić bądź definitywnie zniszczyć swoje małżeństwo w zacisznej, malowniczej, ale i klaustrofobicznej scenerii, gdzie z pewnością „nikt nie usłyszy twojego krzyku”. Sęk w tym, że... Tkwimy w istnej Strefie Mroku, w której nie dość, że zachodzą niewytłumaczalne zjawiska, to na dodatek trudno zgadnąć „gdzie jest góra, a gdzie dół, gdzie początek, a gdzie koniec”. Ta opowieść toczy się jakby na kilku płaszczyznach czasoprzestrzennych, w różnych wymiarach, choć tak naprawdę w tym samym. Wiem, jak bezsensownie to brzmi, ale inaczej tego poczucia zdefiniować nie umiem. Tej nieuchwytności myśli, doznań, przeczuć. Tego pomieszania w głowie, tego kompletnego zagubienia w owej szalenie meandrującej opowieści psychologicznej, obficie podlanej surrealizmem, którego podejrzewam nie powstydziłby się sam David Lynch.

Śmiertelne potrącenie owcy. To zapoczątkowuje problemy Anny (bardzo dobra kreacja Birgit Minichmayr, której partneruje, w roli Nicka, nie gorszy Philipp Hochmair). Kobieta doznaje urazu głowy, który może wyjaśniać zaniki pamięci, fałszywe wspomnienia, sporadyczną niemożność porozumienia się z mężem (ona mówi jedno, on słyszy co innego), halucynacje, którą może też być jej zaskakujący mentor. Ale równie prawdopodobne jest to, że mamy do czynienia jedynie z wyreżyserowanym przez Nicka spektaklem. Obie te wersje są jednak niczym durszlak – mają mnóstwo dziur, których pomimo uporczywych starań nie potrafiłam zacerować. Raz z tej strony, raz z tamtej, potem jeszcze z innej. Wypróbowałam chyba wszystkie możliwe w tym przypadku kąty – w każdym razie wszystkie perspektywy, które przychodziły mi do głowy. I co? I ciągle coś mi się wymykało, niezmiennie dochodziłam do ściany i przysięgam, że czasami ogarniało mnie przemożne pragnienie walnięcia w nią łbem. Jakież to było frustrujące! I jakież mobilizujące. Ilekroć zaczynałam myśleć, że cierpliwość mi się wyczerpała, że jeśli zaraz nie dowiem się, o co w tym chodzi, to niechybnie zacznę okładać monitor (jak rozkapryszony dzieciak, któremu odmówiono spełnienia jakiejś zachcianki), twórcy „Zwierząt” wrzucali coś, co na powrót wciągało mnie w tę grę logiczną. W tę łamigłówkę, zabawę myślową, nie bez powodu porównywaną przez niektórych recenzentów do puzzli. Tak, to skomplikowana układanka, której liczne elementy porozrzucano gdzie bądź. A przynajmniej takie wrażenie można odnieść. Z drugiej strony rozwiązanie zdaje się być bardzo blisko – niczym słowo, które ma się dosłownie na końcu języka – wystarczy jedynie sięgnąć wzrokiem troszkę dalej, zrobić jeszcze jeden mały kroczek, bardziej wyciągnąć rękę, sięgnąć jeszcze tylko parę milimetrów dalej. Tyle że nie wiadomo, w którą stronę się zwrócić. Jaki kierunek obrać? Której postaci pilniej się przyglądać? A jeśli Annie, to czy też Mischy, Andrei (domniemanej samobójczyni mieszkającej nad Nickiem i Anną w Wiedniu) i nowo poznanej przez Nicka ekspedientce, której twarzy, nie bez powodu, nie pozwala się nam dojrzeć? Jeśli tak, to już wielce skomplikowana sprawa, komplikuje się w stopniu wręcz niewyobrażalnym. Jeśli pójść za sugestią, że UWAGA SPOILER te cztery kobiety to tak naprawdę jedna osoba KONIEC SPOILERA, to cała reszta... Powiedziałabym, że zaczyna się rozjeżdżać, ale przecież już wcześniej scenariusz „Zwierząt” nie tyle rozgałęział się, ile tworzono gałęzie najwyraźniej oderwane od pnia. Wyobrażam sobie, że to może działać zniechęcająco na niektóre osoby rozważające seans tego wprawdzie niezbyt mrocznego i ponurego (dominują żywe barw), ale i tak mocno złowrogiego thrillera. Całkiem schizofrenicznego, elektryzująco surrealistycznego, porywająco onirycznego, dość klaustrofobicznego, z łatwością wprawiającego w dręczące poczucie alienacji oraz umiejętnie dawkującego napięcie i konsekwentnie podsycającego ciekawość widza. Tak, na pewno nie każdy miłośnik filmowych dreszczowców nabierze ochoty na wysłuchanie opowieści, która nijak się nie spina. Na kompletnie niezrozumiałą podróż, momentami w oparach absurdu (jest też szczypta humoru), która możliwe, że zmierza donikąd. Na spektakl, który wrzuca nas raz tu, raz tam i nie pozwala znaleźć zadowalającego związku przyczynowo-skutkowego. Prorocze sny? Nielinearny przebieg akcji? Zapętlenie? A może zwyczajna opowieść o niewiernym mężczyźnie, doznającym jakichś problemów psychicznych i/lub knującym przeciwko własnej żonie? Albo opowieść o kobiecie, która wyszła z wypadku samochodowego z dużo poważniejszym urazem głowy, niż orzekli lekarze w szpitalu po przeprowadzeniu specjalistycznych badań? I jeszcze innej kobiecie (przyzwoita kreacja Mony Petri), która została pomylona z kimś z innym i w związku z tym spotykają ją pewne drobne nieprzyjemności, którą bardzo ciekawi zamknięte pomieszczenie w mieszkaniu powierzonym jej na parę najbliższych miesięcy, a poza tym jej życie jest raczej zwyczajne. I tylko pozornie połączone z egzystencją Anny. „Zwierzęta” nie pozostawią nas wprawdzie bez odpowiedzi - na końcu możecie się spodziewać czegoś w rodzaju szkieletu interpretacyjnego. Twórcy w końcu wskażą kierunek, ale to nie oznacza, że wtedy natychmiast wszystkie części tej układanki wskoczą na swoje miejsca. Nie, praktycznie złożą się same brzegi, a praca nad środkiem zostanie powierzona Wam. Osobom lubiącym trochę pogłówkować i niezrażającym się do danego utworu nawet wtedy, gdy ostatecznie ogarnia ich pewność, że tak naprawdę nie istnieje interpretacja, która dawałaby satysfakcjonujące odpowiedzi na absolutnie wszystkie pytania wynikające ze scenariusza, która rozwiałaby wszystkie wątpliwości. Sporo mi się rozjaśniło, ale jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to nie wszystko. Nadal coś mi umyka. I chyba tak już pozostanie. Niewykluczone, że tak właśnie ma być.

Nie myśl linearnie. Nie myśl standardowo. Nie odczytuj niczego dosłownie, tylko doszukuj się w tym jakiejś symboliki. A najlepiej nie patrz wprost na dany zastanawiający obiekt, tylko pod kątem. Tak, tylko jakim, u diabła? To fragmenty dialogu, który prowadziłam z samą sobą podczas tego zwariowanego seansu. W trakcie iście pobudzających „Zwierząt” w reżyserii Grega Zglinskiego, scenariusz którego opracował w ścisłym oparciu o nietuzinkowy tekst Jörga Kalta. Thrillera psychologicznego podlanego pokaźną dawką surrealizmu, który każe patrzeć dalej, poszerzyć percepcję, iść tam, gdzie możliwe, że nigdy wcześniej się nie zawędrowało. Ani na jawie, w wyobraźni, ani w snach, ani nawet w gorączkowej malignie. A może już tam byliście? Może patrzyliście na świat tak, jak każe się patrzeć w „Zwierzętach”? Bo mimo wszystko mam poczucie, że jest w tym jakaś swojskość. Coś znajomego. A zarazem nowego. Nie wiem jak to wyrazić. Jestem trochę skołowana, rozbita po tym czymś. Po tym wybornym widowisku, którego chyba tak do końca nie zrozumiałam. A może... Nawet jeśli, to nadal obracam to w głowie i założę się, że prędzej nabawię się migreny, niż znajdę całkowicie satysfakcjonującą mnie interpretację tego dzieła. Bo wydaje mi się, że nie o to chodzi, żeby ją znaleźć, tylko żeby jej szukać. Taki to film.

Za seans bardzo dziękuję

środa, 10 czerwca 2020

Zapowiedź: „W cieniu Bangor”


Literacka antologia inspirowana prozą Stephena Kinga

Usiądź wygodnie w fotelu i przypomnij sobie czas, kiedy miałeś sześć, osiem, może dziesięć lat, zapomnij, że jesteś dorosły, rozejrzyj się wokół i zadaj sobie pytanie: „co by było, gdyby?". Nieważne czy akurat jesz śniadanie, prowadzisz auto, siedzisz przy biurku w pracy czy ogarniasz poranną toaletę w zaciszu pozornie bezpiecznej łazienki.
Zastanów się nad magią, która może się zdarzyć w całkiem zwyczajnej rzeczywistości. A kiedy już dojdziesz do momentu, gdy twój zszywacz chce cię zabić, twój posiłek postanawia cię skonsumować, twoje auto planuje odebrać ci stery i prowadzić się samo, a w głębiny klozetu wciągają cię łasice z kosmosu, zapytaj: dlaczego, do cholery, tak się dzieje?

W cieniu Bangor” nie jest zwykłą książką.
To zaklęta w okładkę otchłań pełna marzeń i koszmarów.
Osiemnastu pisarzy, dwadzieścia pięć nowel i opowiadań, ponad sześćset stron zadrukowanych ucztą dla wyobraźni.
Dołącz do nas, kup bilet w jedną stronę i wyrusz z nami w trasę szaleństwa!
Daj się uwieść rozkoszom makabry i strachu.
Skosztuj grozy, której smak przeraża najodważniejszych.
Otwórz bramy piekieł i spocznij w cieniu – „W cieniu Bangor”.

Autorzy:

Anna Musiałowicz
Joanna Pypłacz
Agnieszka Kwiatkowska
Dagmara Adwentowska
Agnieszka Bis
Agnieszka Osikowicz - Chwaja
Flora Woźnica
Barbara Mikulska
Sandra Osińska
Juliusz Wojciechowicz
Marek Zychla
Grzegorz Kopiec
Jacek Piekiełko
Kacper Kotulak
Piotr Sawicki
Kornel Mikołajczyk
Krzysztof Maciejewski
Przemysław Karbowski

Wstęp:

Juliusz Wojciechowicz

Projekt i grafika okładkowa: Maciej Kamuda Art

Ilość stron: 652

Premiera: 7 lipca 2020 roku
Książkę można już zamawiać w przedsprzedaży

Źródło: https://pl-pl.facebook.com/domhorroru/

wtorek, 9 czerwca 2020

„1BR” (2019)


Młoda kobieta, Sarah, przybywa do Los Angeles, aby rozpocząć nowe życie po bolesnej stracie matki i zdradzie ojca. Właściciel urokliwego kompleksu apartamentów poszukuje nowego najemcy i ku zaskoczeniu Sarah to właśnie ona zostaje wybrana z dość licznego grona chętnych. Dostaje wymarzone mieszkanie i przemiłych, bardzo zżytych ze sobą sąsiadów, ufających, że i ona będzie żyła ze wszystkimi w przyjaźni. Tymczasem Sarah coraz mniej podoba się życie w tym miejscu. Hałas nie daje jej spać. Odbiera też nienawistne anonimowe listy od kogoś bardzo niezadowolonego z tego, że wbrew zasadom trzyma w mieszkaniu zwierzę. Ale to jeszcze nic. Sarah już wkrótce na własnej skórze przekona się, jak wygląda prawdziwa sąsiedzka miłość.

Niskobudżetowy amerykański thriller psychologiczny „1BR” jest pełnometrażowym debiutem Davida Marmora, zarówno w roli reżysera, jak i scenarzysty. Pierwszy skrypt napisał lata temu, pod wpływem swoich własnych, choć zdecydowanie mniej drastycznych przeżyć w Los Angeles tuż po przeprowadzce. Potem zajął się innymi projektami, a rzecz odgrzebał dopiero po znalezieniu menadżerów. Na ich prośbę. Marmor nie miał wielkiej wiary w ten materiał, ale ku jego zaskoczeniu dostrzeżono w nim potencjał. Musiał tylko go uwspółcześnić. Po pozyskaniu funduszy wszystko potoczyło się już błyskawicznie. „1BR” kręcono w Los Angeles, a pierwszy pokaz odbył się w lipcu 2019 roku na Fantasia International Film Festival.

Marzyliście kiedyś o sąsiedztwie, które byłoby jak kochająca się rodzina? Zwarta wspólnota, której częścią bylibyście i Wy? Główna bohaterka „1BR” Davida Marmora w każdym razie jest pozytywnie nastawiona do życia w takim otoczeniu. Otoczeniu ludzi, którzy wspierają się nawzajem, którym widocznie leży na sercu dobro sąsiadów i wspólnymi siłami dbają o powszechną szczęśliwość. W kompleksie apartamentów w Los Angeles, miasta niespełnionych marzeń, płonnych nadziei, interesowności, egoizmu, materializmu. Miasta, w którym mało kto ogląda się na bliźniego, a sąsiadów widuje się co najwyżej w przelocie. Sarah tymczasem trafia do miejsca, które w ogóle nie pasuje do tego obrazu, w którym życie zdaje się toczyć zupełnie innym rytmem. Tutejsi mieszkańcy troszczą się o siebie. Tworzą własną społeczność, w której tak zwane człowieczeństwo nie tylko nie zanika, ale wręcz wydaje się być gorliwie pielęgnowane. W dość przekonującym stylu wcielająca się w czołową postać Sarah, Nicole Brydon Bloom, dostępuje zaszczytu wejścia do właśnie takiego raju na ziemi. UWAGA SPOILER Do wspólnoty, która pachnie komuną. Albo raczej groźną, utopijną” sektą, na czele której naturalnie stoi właściciel tego kompleksu. Chociaż... KONIEC SPOILERA W sumie co w tym złego, że ludzie wspierają się nawzajem. Cóż złego w bezinteresownej sąsiedzkiej pomocy, której przecież w tym bezwzględnym świecie tak naprawdę każdy potrzebuje? Niby nic i w tym właśnie problem. W kinie i literaturze grozy takie sielskie obrazki, taka powszechna szczęśliwość często wprost promieniuje fałszem. Pod szerokimi uśmiechami, pod jawnym pragnieniem nawiązywania dozgonnych przyjaźni, kryje się coś złego. Jakieś niepokojące intencje, które najpewniej poznamy w dalszej części seansu. Główna bohaterka „1BR” niedawno straciła matkę w wyniku długiej i ciężkiej choroby. W pewnym sensie straciła też ojca, bo nie potrafi mu wybaczyć pewnej bardzo bolesnej zdrady. Mężczyzna zabiega o kontakty z nią, ale Sarah woli trzymać go na dystans. Dlatego właśnie przeprowadziła się do Los Angeles. Chciała nie tyle definitywnie odciąć się od ojca, ile stać się po prostu osobą niezależną. Nie musieć już tak naprawdę na nikim polegać. Tylko na sobie. Ale w głębi ducha Sarah tęskni za życiowym przewodnikiem. Za kimś, kto pokierowałby jej życiem. Bo tak naprawdę nie jest gotowa i może nigdy nie będzie, żeby objąć stery nad własną egzystencją. Tym bardziej więc cieszy ją, że trafiła do takiego miejsca, jak kompleks apartamentów w LA, zarządzanego przez niejakiego Jerry'ego. Mężczyznę bardzo opiekuńczego, serdecznego i... śliskiego. Patrząc na tego gościa nie można oprzeć się wrażeniu, że ma jakiś ukryty cel, że pod tą całą ogładą chowa się prawdziwy potwór. Zdeprawowana istota, obsesyjnie oddana jakiemuś ohydnemu projektowi. Z najemcami w rolach królików doświadczalnych? Na to wygląda. Im dalej, tym bardziej uprawdopodabnia się ta wersja – życie Sarah w tym pozornie urokliwym miejscu staje się coraz cięższe, a potem... Potem jest jeszcze gorzej. Albo lepiej, zależy jak na to spojrzeć. Moim zdaniem największą siłą „1BR” jest właśnie ta ambiwalencja przekazu. A raczej uzależnienie wydźwięku od indywidualnych przekonań widza. Zakładam, że większość osób (choć mogę się mylić) będzie patrzeć na ów kompleks apartamentów jak na śmiertelnie niebezpieczną pułapkę. Ale pewnie znajdą się i tacy, którzy w tym projekcie dostrzegą sporo plusów. Bo kto nie marzy o życiu w społeczeństwie wolnym od egoizmu? Kto nie marzy o idealnym sąsiedztwie? Kto nie chciałby być częścią kochającej się wspólnoty? No cóż, przypuszczam, że wielu wolałoby już życie w samotności. Wygląda na to, że David Marmor, starał się przekazać nam przede przekazać, że już lepiej być całkowicie niezależnym, niż żyć w otoczeniu ludzi zawsze spieszących nam z pomocą. Nie, inaczej. Że można sobie wyobrazić scenariusz, w którym samotność bardziej nęci od egzystencji w zintegrowanej wspólnocie. UWAGA SPOILER Chyba że jest się komunistą z krwi i kości, nie drży się na myśl o pozbyciu się swojego ego i nade wszystko łaknie się życia pozbawionego tego straszliwego egoizmu i nieustającej pogoni za mamoną KONIEC SPOILERA.

(źródło: https://www.thedailybeast.com/)
W „1BR” czai się duch Iry Levina. Można dostrzec podobieństwa do takich jego powieści, jak „Dziecko Rosemary”, „Żony ze Stepford” i „Sliver”. Nasunęły mi się też lekkie skojarzenia z „Rokiem 1984” George'a Orwella. Na sprawdzonym motywie tajemniczej wspólnoty David Marmor zbudował niepozbawioną osobliwości historię młodej kobiety, która tak naprawdę jeszcze nie wie, czego chce. Czuje, że powinna się uniezależnić, ale z drugiej strony nęci ją perspektywa życia wśród ludzi, którzy wiedzą lepiej, co jest dla niej dobre. To znaczy taka pewność z nich emanuje, a Sarah jest skłonna w to uwierzyć. Odpowiedzialność ją przeraża. Sarah nie jest gotowa na układanie sobie życia w pojedynkę. Potrzebuje pomocy, a przynajmniej tak jej się wydaje. „1BR” opowiada więc między innymi o strachu i zwątpieniu ogarniającym wielu młodych ludzi po opuszczeniu rodzinnego gniazda. Przytłoczenie całym tym dorosłym życiem, zagubienie i poczucie nieuchronnej porażki. Sarah walczy dzielnie, ale brakuje jej wiary w siebie. Tak naprawdę nie wierzy, że podoła temu zadaniu, że zdoła ułożyć sobie życie bez pomocy ojca. Nie chce jej, ale można odnieść wrażenie, że podejrzewa, iż prędzej czy później będzie musiała ją przyjąć. A przynajmniej do czasu odkrycia uroków życia w dość hermetycznym społeczeństwie, któremu lideruje charyzmatyczny, ale i mający w sobie coś demonicznego, Jerry. Sarah najwięcej czasu spędza jednak ze starszą, potrzebującą opieki kobietę nazwiskiem Stanhope, która dawniej grała w niskobudżetowych filmach i z młodym mężczyzną imieniem Brian, w którym powoli się zakochuje. I wygląda na to, że z wzajemnością. David Marmor uważa że miał duże szczęście do lokacji, bo udało się znaleźć takie miejsce, które można powiedzieć ma dwa oblicza. Reżyser i scenarzysta „1BR” wyznał, że nieznaczny obrót kamerą wystarczył by z urokliwej oazy ów kompleks apartamentów przekształcił się w więzienie. Nowe miejsce zamieszkania Sarah przez jakiś czas miało zarazem przyciągać i odpychać widza. I w mojej ocenie to się realizatorom udało. Nawet bez tych wszystkich mniej i bardziej subtelnych sygnałów na gruncie tekstowym, w wyniku samej pracy kamer da się odczuć, że to jedno z tych miejsc, z którego jeszcze trudniej wyjść, niż się do niego dostać. A przecież, jak widać już na początku filmu, pozyskanie mieszkania w tym zaciszu jest sporym wyzwaniem. Konkurencja niemała, a miejsce tylko jedno. Ze zdjęć emanuje wprawdzie chłód, generowany przez metaliczne szarości, ale jak na mój gust za dużo w tym weselszych, jaskrawych barw, które rozumiem, że miały podkreślać radosne pozory tego miejsca. Uosabiać powszechną szczęśliwość panującą w tej spokojnej przystani w Los Angeles, w której niewielu może się rozgościć. Trzeba mieć dużo szczęścia, żeby zostać dopuszczonym do tej wspólnoty. Albo niezwykłego pecha. W każdym razie wolałabym, żeby realizatorzy aż tak dobitnie tej pozornej szczęśliwości nie podkreślali. Więcej ponurości na pewno by nie zaszkodziło. Na pewno tylko wzmogłoby poczucie klaustrofobii, które przyznaję, że i w takim kolorowym wydaniu z tego przebijało, ale nie było tak silne, jak według mnie być powinno w przypadku opowieści o malowniczym więzieniu w ogromnej metropolii. Zacisznym osiedlu, w atmosferze narastającej paranoi i niezaprzeczalnego zagrożenia ze strony przemiłych sąsiadów albo tylko jednego sąsiada. Kogoś, kto chce tylko pomóc. Nic więcej. Ty musisz jedynie przestrzegać zasad (na przykład zabrania się trzymania zwierząt, a Sarah „bezczelnie” ukrywa kota...) i przestać walczyć. Nie wzbraniaj się przed tym, co przecież nieuniknione. Poddaj się i zapałaj wreszcie szczerą miłością do tego miejsca. David Marmor obrał w swoim scenariusz dość interesujący kierunek. W dodatku przez większość czasu udawało mu się podtrzymać moje zainteresowanie. Unikał długich, nużących przestojów, choć trzeba zaznaczyć, że to jeden z tych thrillerów skoncentrowanych na postaciach, powolnym budowaniu napięcia, coraz mniej tajemniczym, acz ciągłym zagrożeniu z nutką osobliwości, tchnącym jakimś ogólnym szaleństwem, które najwyraźniej jest zaraźliwe. Dynamizmu też chwilami nabiera. Raz nawet solidnie przedstawionej dosadności – ujęcia biednej dłoni. A jeszcze wcześniej porusza do głębi, a przynajmniej mnie poruszył, choć nie powiem, żebym była zaskoczona takim obrotem sprawy. Tą tragedią, która okazała się jedynie preludium do właściwych mąk. Niewyobrażalnych cierpień, które miały swój cel. I tutaj muszę Davidowi Marmorowi oddać sporo pomysłowość. Tutaj mnie zaskoczył, aczkolwiek szybko doszłam do wniosku, że za bardzo pośpieszył się z rozjaśnieniem sytuacji, w jakiej znalazła się młoda kobieta, która chciała tylko uniezależnić się od ojca. I znaleźć dobre towarzystwo w kompletnie obcym mieście, które na jej nieszczęście okazuje się zdecydowanie bardziej przyjazne, niż zakładała... Gdy tajemnica się rozwiewa zwykle zainteresowanie widza słabnie, więc decydując się na taki ruch na długo przed finałem dobrze mieć w zanadrzu coś, co zajmowałoby równie silnie. Coś, co intrygowałoby tak mocno jak tamta zagadka, która owszem znalazła ciekawe wyjaśnienie, ale potem w moim oczach „1BR” stracił całą tę siłę rażenia... No dobrze, nie całą, bo i ta partia miała swoje mocne strony, i ten kąt patrzenia na sąsiedzką wspólnotę potrafił poruszyć, ale już nie tak jak wcześniej. W sumie to trochę wiało nudą. Zamknięcie też już tak mnie nie zdumiało, jak poprzedni duży zwrot akcji, bo niewątpliwie właśnie taką reakcję miało wywołać.

W ogólnym rozrachunku, jest nieźle. Powiedziałabym nawet, że „1BR” to całkiem obiecujące otwarcie kariery Davida Marmora, zarówno w roli reżysera, jak i scenarzysty pełnometrażowych obrazów. Dość pomysłowy thriller psychologiczny wyrosły na sprawdzonych motywach, który dostarcza sporo emocjonalnego napięcia, zwraca uwagę zgrabnie wykreśloną warstwą psychologiczną, ma coś ważnego do przekazania, ale oprawa wizualna (ścieżka dźwiękowa jest raczej oszczędna, ale główny motyw muzyczny, uważam, tchnie jakąś wrogością), klimat „1BR” mógłby być zdecydowanie bardziej efektywny. Mroczniejszy, posępniejszy, jeszcze bardziej klaustrofobiczny i paranoiczny. A dalsza partia scenariusza w mojej ocenie nie wytrzymuje porównania z poprzednią. Później nie jest już tak ciekawie, ale myślę, że fani psychologicznych dreszczowców mimo wszystko powinni na to filmowe przedsięwzięcie zerknąć. Mimo wszystko, było warto.

niedziela, 7 czerwca 2020

Grady Hendrix „Sprzedaliśmy dusze”


Recenzja przedpremierowa

Kris Pulaski kiedyś była gitarzystką w heavymetalowym zespole Dürt Würk, a teraz pracuje w podrzędnym hotelu. Nie utrzymuje kontaktu z pozostałymi członkami muzycznej formacji, której z przyjemnością oddała spory kawałek swojego życia, a frontmana i współzałożyciela Dürt Würk, Terry'ego Hunta, szczerze nienawidzi. Tylko jemu udało się odnieść sukces w branży muzycznej, kosztem swoich przyjaciół. Terry zdradził ich wszystkich, ale Kris ma świadomość, że jej dawni koledzy i ją obwiniają za zamknięcie drogi do wielkiej kariery. U boku Hunta, wokalisty popularnego zespołu Koffin, który niedługo rozpocznie krótką pożegnalną trasę koncertową. Ta wiadomość zmusza Kris do podjęcia próby porozumienia się z resztą ekipy nieistniejącego już Dürt Würk. Kobieta ma złe przeczucia. Sytuacja okazuje się jednak dużo gorsza niż w jej przewidywaniach. Okazuje się bowiem, że oko Terry'ego Hunta dociera niemal wszędzie, że mężczyzna przez wszystkie te lata z jakiegoś powodu kontrolował ich wszystkich.

Grady Hendrix, amerykański pisarz i scenarzysta (m.in. „Satanic Panic” z 2019 roku), były bibliotekarz i dziennikarz oraz jeden z założycieli New York Asian Film Festival. Jego powieść grozy, „Horrorstör” została okrzyknięta przez National Public Radio jedną z najlepszych książek roku 2014, a telewizja FOX przygotowuje serial na jej podstawie. Wykupiono też prawa do sfilmowania jego „My Best Friend's Exorcism”, powieści grozy osadzonej w latach 80-tych XX wieku, którą Hendrix zapracował sobie na miano „skarbu narodowego” od The Wall Street Journal. Grady Hendrix jest też autorem między innymi uhonorowanej Bram Stoker Award książki-przeglądu „Paperbacks from Hell: The Twisted History of '70s and '80s Horror Fiction” (za polskie wydanie której oddałabym jedną rękę). I „Sprzedaliśmy dusze” (oryg. „We Sold Our Souls”), światowa premiera której przypadła na rok 2018. Okrzyknięta jedną z najlepszych książek 2018 roku przez magazyn branżowy Library Journal i Chicago Public Library. Tytuł powieści zainspirował album Black Sabbath „We Sold Our Soul For Rock 'n' Roll”.

Autor „Sprzedaliśmy dusze” określa tę powieść jako horror, ale nie obraża się za nazywanie jej horrorem komediowym. Grady Hendrix wie, że w jego literackiej twórczości często dostrzega się humorystyczne akcenty, których on sam nie widzi, dlatego ani nie zdziwiło go, że niektórzy odebrali „Sprzedaliśmy dusze” jako horror z przymrużeniem oka, ani mu to specjalnie nie przeszkadza. Natchnienie Hendrix czerpał z muzyki heavymetalowej i rozlicznych teorii spiskowych krążących we współczesnym świecie. Pisarz powiedział, że podczas gdy te drugie zabierają człowieka w mroczne obszary istnienia, heavy metal to siła ciągnąca w przeciwnym kierunku – ku wolności. Innymi słowy wiara w teorie spiskowe zniewala, a miłość do muzyki metalowej wyzwala. „Sprzedaliśmy dusze” to powieść, która pod płaszczykiem horroru à la satanistycznego przemyca ważne treści społeczno-obyczajowe. Hendrix krytycznym okiem spogląda na dzisiejszą rzeczywistość. Rzeczywistość pustą, bo odartą ze sfery duchowej. Erę konsumpcjonizmu. Erę kolorowych reklam, wmawiających nam, że bez tego, czy tamtego produktu obejść się nie możemy. Erę Internetu, teorii spiskowych, nieskazitelnej urody gwiazd, które jeśli zechcą mogą z łatwością stać się „władcami marionetek”. Szanujący się fan zrobi bowiem wszystko dla swojego idola... Hendrix (uogólniając) mówi o tym, jak bardzo zdeprawowani się staliśmy. Jaką radość i niezrozumiałą siłę potrafimy czerpać z krzywdy innych. Jak łatwo nas oszukać, zmanipulować i... popchnąć do potwornych zachowań. Pisze o tym, jak pusty jest nas żywot na tym padole. Pisze o ludzkiej niemożliwej do zaspokojenia chciwości, o niespełnionych marzeniach, o wciąż narastającej powszechnej paranoi i obojętności. Pod tym kolorowym, wyreżyserowanym, kłamliwym, plastikowym światem przepychu i pozornej szczęśliwości kryje się prawdziwa, nieupiększona, nieobrobiona w Photoshopie rzeczywistość, którą można przyrównać do krwawiącego serca cywilizacji. Grady Hendrix mówi o ludziach „zawsze czujących ssanie w żołądku, o zagłodzonych na śmierć, o tych, którzy łaknęli bardziej niż inni, lecz nigdy nie dopuszczono ich do stołu”. Mówi o ludziach „przeliczających drobne w kieszeni, zjadających okruchy ze stołu i niemających już puszek w kuchennej szafce”. O tych co „umierali, nadal mając w sobie nadzieję”. I o tych, którzy wolą tego wszystkiego nie widzieć. O mediach, które dzień w dzień karmią nas kłamliwą propagandą, które uzurpują sobie prawo do wydawania wyroków, które mówią nam co wolno, a czego nie, w co powinniśmy wierzyć, czym się interesować, kogo potępiać, a kogo wynosić pod niebiosa. Hendrix zauważa też jak łatwo bogatym i sławnym kontrolować przekaz informacji. Sprzedawać fałszywy, wyidealizowany wizerunek samego siebie, przeinaczać fakty, tak by odsunąć od siebie wszelkie podejrzenia. Oszukiwać opinię publiczną, włącznie z dziennikarzami. W takim świecie przyszło żyć głównej bohaterce „Sprzedaliśmy dusze”, Kris Pulaski. I nam samym. W świecie powszechnej inwigilacji, kontroli umysłów, wydrążonych ludzkich skorup, marzących o sukcesie, który najpewniej nigdy nie nadejdzie. Skazanych na życie w nędzy. W cieniu wielkich gwiazd, którym składają pokłony. Nie wiedząc, że oni też bez żalu wyrzekli się swoich dusz. Bo w tych bezuczuciowych realiach dusza stała się zbędnym balastem. Kris Pulaski jest innego zdania. Ona w przeciwieństwie do Terry'ego Hunta, kiedyś jej przyjaciela, teraz śmiertelnego wroga, rozumie, jak bezcennym dobrem jest dusza. Że warto o nią zawalczyć, nawet kosztem swojego istnienia na tym padole. I warto wreszcie obnażyć to, co ukryte. Wydobyć z mroków historii brzmienia, które mogą nas wyzwolić. Albo unicestwić.

Można być świrem i paranoikiem, a jednocześnie mieć rację. Być może świat tak bardzo zwariował, że trzeba mieć nie po kolei w głowie, by zrozumieć jego szaleństwo.”

Sprzedaliśmy dusze” to powieść wprost przepełniona miłością do heavy metalu. Grady Hendrix przedstawia tę muzykę, jako swego rodzaju wyzwoleńczą ścieżkę. Klucz do kajdan nakładanych przez innych. Przez ludzi, pod kontrolą których pozostajemy, często nawet sobie tego nie uświadamiając. Równie dobrze jednak można podłożyć pod to każdą inną pasję. W każdym razie moim zdaniem „Sprzedaliśmy dusze” tak naprawdę mówi o cudownych właściwościach hobby jako takiego, nie tylko heavy metalu. Mówi o oczyszczającej mocy właściwie każdej pasji (a przynajmniej i tak to można odczytywać), ale i przestrzega przed czerpaniem z jej zatrutych źródeł. Bo pasja równie dobrze co wzbogacać może niszczyć. Czy to tylko jednostki, czy całe tłumy. Autor daje do zrozumienia, że każde, nawet w pełni legalne hobby, wiąże się z ryzykiem. Można się w nim za bardzo zatracić, może nas wydrążyć i służyć innym do kontrolowania nas. Ogłupić, a nawet popchnąć do zbrodni. Kris Pulaski reprezentuje tę stronę konfliktu, która z pasji (w tym przypadku do heavy metalu) czerpie pozytywną energię, można powiedzieć, że czyni z niej cnotę. Natomiast Terry Hunt wykorzystuje swój talent do czynienia zła. Dba wyłącznie o własne korzyści, wszelkimi sposobami stara się przejść do legendy (bogactwo i chwilowa sława to dla niego za mało), na trwałe zapisać w historii branży muzycznej. I chociaż cena jest bardzo wysoka, to jest gotowy płacić. Kris oczywiście też nie pogardziła statusem legendy heavy metalu, ale w przeciwieństwie do Terry'ego nigdy nie zdecydowałaby się dążyć ku temu po trupach. Czy frontman niezwykle popularnego zespołu Koffin popisał pakt z Diabłem? Czy sprzedał swoją duszę Księciu Ciemności w zamian za doczesne korzyści w postaci bogactwa i sławy? I co zrobił swojej dawnej ekipie, pozostałym członkom zespołu Dürt Würk? Już nieistniejącej formacji metalowej, którą stworzył razem z Kris Pulaski, i której kosztem później już sam się wybił? Główna bohaterka „Sprzedaliśmy dusze” ma zagadkową lukę w pamięci. Wygląda to tak, jakby ktoś wygumkował część wspomnień z tej feralnej nocy, kiedy jej dziecko, Dürt Würk, przestało istnieć. Kris pamięta tylko, jak wierzy, mniej istotne, być może nawet zafałszowane fragmenty tego punktu zwrotnego w życiu właściwie wszystkich członków Dürt Würk. Gdy wreszcie zaczyna wybudzać się ze swego rodzaju letargu, w którym tkwiła przez ostatnie lata, kiedy wreszcie decyduje się porzucić swoje niesatysfakcjonujące, puste, samotne życie w rodzinnym miasteczku i pogonić za prawdą, okazuje się, że i inne ofiary potwornej zdrady Terry'ego Hunta, mają luki w pamięci. Kris jest przygotowana na chłodne, może nawet jawnie wrogie przyjęcie przez dawnych przyjaciół. Bo pamięta, że ona też ich skrzywdziła. Może nawet bardziej od Terry'ego Hunta. A przynajmniej tak to mogło zostać przez nich odebrane. Grady Hendrix w „Sprzedaliśmy dusze” tworzy intrygującą mitologię (i między innymi wykorzystuje motyw przypominający „Zabójcze ciało” Karyn Kusamy), której w mojej ocenie niestety dostatecznie nie rozwija. Rzecz aż prosiła się o pogłębienie, o poświęcenie więcej uwagi temu niepokojącemu uniwersum, utrzymanemu w estetyce dark fantasy. Autor postawił w nim na subtelności, dręczącą zagadkowość, nieuchwytność, efemeryczność, co oczywiście ma swoje walory, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nadanie tej oryginalnej koncepcji większej plastyczności, wydobycie z tego jeszcze większego objawienia tylko by się mitologii Troglodyty i Czarnej Żelaznej Góry (wygląda na to, że Hendrix ma swoją Mroczną Wieżę) przysłużyło. Bo istotnie czuje się, że tkwi w tym coś więcej, że Hendrix zagłębia się jedynie w część wszechrzeczy, że porusza się jedynie po obrzeżach tego wymyślonego przez siebie świata, który w jakiś sposób zazębia się z naszym. W ogóle brakowało mi horroru w tym horrorze. Warstwa sensacyjna - powieść drogi, teorie spiskowe, starcia z ludźmi, wyścig z czasem - oczywiście dostarczała silnych emocji, trzymała w niemałym napięciu, ale nie mam wątpliwości, że gdyby oddać większe pole temu co ludzkie, tym potwornościom, które jak wyraźnie pokazuje Hendrix prowadzą na Ziemi dość makabryczny proceder, moje wrażenia byłyby jeszcze większe. Podobnie zapatruję się na przeżycia Kris Pulaski w pewnym ekskluzywnym ośrodku. Za szybko się to rozegrało – ani się obejrzałam, a już zaczął się kolejny etap tej szaleńczej podróży ku prawdzie. A więc i ku Terry'emu Huntowi, człowiekowi, który, jak myśli Kris, odpowiada za wszystkie nieszczęścia, jakie ją w życiu spotkały. I wciąż spotykają, bo wiele wskazuje na to, że jej dawny przyjaciel robi wszystko co w jego mocy, by pozbyć się jej raz na zawsze. A możliwości ma przeogromne. Wszystkie rozdziały w „Sprzedaliśmy dusze” Hendrix poprzedza wyrywkami z audycji radiowych i tekstów publicystycznych. Monologami i rozmowami, które oczywiście sam wymyślił i które niezmiennie wiążą się z fabułą skoncentrowaną na Kris Pulaski. A chwilami przeskakującą do niejakiej Melanie – młodej kobiety będącej wielką fanką zespołu Koffin, zwłaszcza Ślepego Króla, Terry'ego Hunta. Na marginesie: tak pomysłowych podziękowań odautorskich, jeszcze nie widziałam. A jeszcze większe wrażenie zrobiły na mnie ilustracje Macieja Kamudy wzbogacające pierwsze polskie wydanie „Sprzedaliśmy dusze” (Vesper, rok 2020) – czarno-białe grafiki, w których aż roi się od detali. Szczerze mówiąc nie przypominam sobie, aż tak szczegółowych dzieł od pana Kamudy, a przecież jego prace zawsze mnie oszałamiają. Tutaj jednak przeszedł samego siebie. Zakładka do książki, zwyczajowy bonus od wydawnictwa Vesper jak zwykle nawiązujący do produktu głównego, też wyróżnia się na tle innych znanych mi tego typu dodatków do ich mistrzowskich publikacji. Projekt trochę innych niż zazwyczaj, co nie znaczy, że mniej efektowny.

Dobry horror od znawcy i zarazem wielkiego miłośnika gatunku, Grady'ego Hendrixa. Całkiem emocjonująca i pomysłowa opowieść o niszczącej, ale i budującej pasji. O dozgonnej miłości do heavy metalu, o ogromnej żądzy, niespełnionych marzeniach, trudach dnia codziennego, zakłamywaniu rzeczywistości i... Troglodycie. Szaleńcza podróż ku objawianiu albo unicestwieniu. Pogoń za marzeniem, bez większej nadziei na jego spełnienie. I klasyczna walka dobra ze złem przy akompaniamencie mocnych, agresywnych, ciężkich brzmień muzyki wolności. Tak, dobry to horror, choć według mnie do ideału to jeszcze trochę mu brakuje. Zacna rozrywka, której, jak sądzę, długoletni fani literatury grozy odmawiać sobie nie powinni. Tym bardziej że to Grady Hendrix, człowiek już zasłużony dla gatunku, a to z pewnością nie koniec. Bo, co by nie powiedzieć o „Sprzedaliśmy dusze”, to raczej nie można odmówić temu dziełu świeżego podejścia do motywu faustowskiego i stworzenia nowej mitologii, która pewnie nie zyska takiej nieśmiertelności, jak mitologia H.P. Lovecrafta, chociaż... Nie wiadomo, jak to się rozwinie. Może Czarna Żelazna Góra jeszcze nie raz w naszym świecie zamiesza. To znaczy w świecie Grady'ego Hendrixa, w którym wszystko jest niepokojąco bliskie temu, co zobaczyć można na co dzień. O ile zechce się otworzyć oczy...

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 5 czerwca 2020

„Jezioro śmierci” (2019)


Pięcioro młodych ludzi przybywa do otoczonego lasami drewnianego domu nad jeziorem, należącego do jednej z nich, Lillian. Kobieta zamierza wystawić go na sprzedaż, przedtem jednak ona i pozostali planują spędzić w nim kilka dni. O tutejszym jeziorze krążą mroczne legendy, które mogą mieć jakiś związek z zaginięciem brata bliźniaka Lillian, Bjørn. Jego siostra nadal bardzo to przeżywa, ale przed powrotem do domu wydawało się, że jej stan psychiczny ulega poprawie. Teraz natomiast Lillian miewa niepokojące wizje i koszmary senne. Każdej nocy lunatykuje i wydaje się, że jakaś siła wciąż popycha ją w kierunku jeziora. Poza tym w domu i jego okolicach zachodzą zagadkowe zjawiska, które nie umykają także pozostałym.

W 1942 roku na rynku wydawniczym zadebiutowała powieść norweskiego pisarza André Bjerke pt. „De dødes tjern”, która została przeniesiona na ekran w 1958 roku przez Kåre Bergstrøma pod tym samym tytułem. Obraz już w swojej epoce odniósł ogromny sukces, a w 1998 roku zajął czwarte miejsce na liście dziesięciu najlepszych norweskich filmów w historii, opracowanej przez stu jeden norweskich filmowców i krytyków. Nini Bull Robsahm, norweska twórczyni między innymi thrillera/dramatu „Amnesia” z 2014 roku, stworzyła swoją wersję „De dødes tjern”. Swobodny remake i zarazem luźną adaptację powieści André Bjerke , w której chciała oddać należny hołd nie tylko tym wielkim dziełom, ale i ogólnie horrorom spod znaku „grupa przyjaciół wyjeżdża”. Bo Robsahm nie ma wątpliwości, że to właśnie film „De dødes tjern” Kåre Bergstrøma zapoczątkował tę tradycję w kinie grozy. Nowe „Jezioro umarłych”  (oryg. „De dødes tjern”, tytuł międzynarodowy: „Lake of Death”) w reżyserii i na podstawie scenariusza Nini Bull Robsahm, swoją premierę miał w rodzimej Norwegii w listopadzie 2019 roku.

Jezioro śmierci” Nini Bull Robsahm kręcono na wyspie Jeløya oraz w mieście Bergen. Główne zdjęcia trwały mniej więcej dwadzieścia dni, a część obsady była wielce zaskoczona stylem i tempem pracy na planie. Przyzwyczajeni do technologii cyfrowej aktorzy „odkryli uroki aparatów analogowych”. 35-milimetrowa taśma, niewielka, jak na dzisiejsza standardy, ilość cięć, powolny rozwój... Jak to ujęła sama Robsahm: „nieco przestarzały styl narracji”. Pomijając literacki pierwowzór „Jeziora śmierci” i adekwatny obraz Kåre Bergstrøma z 1958 roku, Robsahm i jej ekipa inspirowali się głównie kinem grozy z lat 80-tych XX wieku. Starali się, i moim zdaniem z całkiem niezłym efektem, przywołać magicznego ducha filmów z tamtego okresu. Nadać nowej wersji „Jeziora umarłych” charakter retro. Przyblakłe i, jak przystało na skandynawskie kino, zimne zdjęcia, szczególne wrażenie robiące w licznych skupieniach na naturalnym otoczeniu drewnianego domu, do którego przybyli młodzi bohaterowie filmu. Robsahm nie ukrywała, że starała się zbliżyć klimatem do „Martwego zła” Sama Raimiego. Ze wszystkich produkcji wspominanych w scenariuszu to legendarne przedsięwzięcie pojawia się najczęściej. Poza tym długoletni miłośnicy gatunku bez trudu powinni wyłapać nawiązanie do „Koszmaru z ulicy Wiązów” Wesa Cravena. A tytuł „Śmiertelnej gorączki” Eliego Rotha pada już wprost. Cała sceneria aż krzyczy, że „tu złego coś się skrada”. Przepiękne, a przy tym ponure i nacechowane jakąś ukrytą groźbą obrazy autorstwa Axela Mustada oraz niesamowity wkład muzyczny Johna Debneya. Melancholijny, przygnębiający motyw przewodni i agresywne, groźne dźwięki sygnalizujące obecność czegoś zepsutego równie skutecznie, co posępne ujęcia tego odizolowanego zakątka świata. I jeszcze widowiskowy, często szarpiący nerwy montaż Boba Murawskiego. Oniryczne scenki na jego talencie zyskują zdecydowanie najwięcej – nerwowe, coraz gwałtowniejsze cięcia i natychmiastowe przeskoki w dalsze sekwencje być może tylko rzekomych sennych doświadczeń Lillian. Postawiono na minimalizm – w „Jeziorze umarłych” wprawdzie nie brakuje bardziej dosłownych wstawek obliczonych na straszenie, ale nie jestem przekonana, czy osoby gustujące w wymyślnych, drogich, nowoczesnych efektach specjalnych, zdołają przekonać się do takich, bądź co bądź, skromnych dodatków. Dość oszczędnych w formie, co w moich oczach tylko dodawało im autentyzmu. Najczęściej pojawia się czarny szlam – spływający po ścianach, wydobywający się z kranów i z ust, tryskający z odpływu i pojawiający się z nagła na ciele głównej bohaterki, Lillian (przekonująca kreacja Iben Akerlie, w ogóle cała obsada moim zdaniem dobrze się spisała, ale najbardziej elektryzował mnie Elias Munk wcielający się w dość narwaną postać Haralda). Ale największe wrażenie (tak, przestraszyłam się) zrobił na mnie finał jednej z samotnych nocnych wędrówek Lillian po lesie. Tajemnicza niewiasta w koszuli nocnej i drzewo, i... Miazga! Niby prymitywna forma straszenia (jump scenka), niby pójcie na łatwiznę, a działa. I to jak! Pewnie dlatego, że przygotowano jej odpowiedni grunt, o którym tak wielu dzisiejszych twórców zapomina, czyli zręczne intensyfikowanie napięcia stosownej długości (ani za krótkie, ani nazbyt długie) i oczywiście należycie mroczną oprawę wizualną. I też dlatego, że w szczytowym momencie pokazano mi coś tak upiornego. A nie jak to często bywa figę z makiem. Mamy też klasyczne zagrania typu pukanie w ściany i samoistnie otwierające się drzwi. Rozlegające się nocą odgłosy poruszania się kogoś lub czegoś po drewnianym domu Lillian. Zwyczajne ręce wyskakujące nagle z cienia, chwytające i wciągające... Gdzieś, gdzie najpewniej panują wieczne ciemności.


Nimfy? Duch mężczyzny, który przed laty dokonał w tym miejscu rozszerzonego samobójstwa (zabił swoją żonę, a potem siebie)? A może człowiek z krwi i kości? Któryś z młodych bohaterów filmu albo ktoś z zewnątrz? Być może sama Lillian. Działająca nieświadomie. We śnie. Twórcy starają się nas przekonać, że czołowa postać nowego „Jeziora umarłych” nie jest okazem zdrowia psychicznego, że widzi rzeczy, których inni nie dostrzegają. Halucynacje niekoniecznie o charakterze nadprzyrodzonym. Z drugiej strony nie pozwala się nam wykluczyć i tej interpretacji. „Jezioro śmierci” Nini Bull Robsahm to horror nastrojowy pełen subtelności, niuansów, niezbyt czytelnych tropów, które zdają się prowadzić donikąd. Mocno zagadkowy, ale nie należy doszukiwać się w tym obietnicy nieprzewidywalnego wyjaśnienia przeżyć pięciorga młodych osób w domu na odludziu. Szczerze mówiąc rozwiązanie tej zagadki samo mi się nasunęło i to już w początkowej partii filmu. Od czasu do czasu nachodziły mnie jednak wątpliwości – dopuszczałam inne interpretacje, ale zawsze wracałam do myśli, która pojawiła się jako pierwsza. Po części miałam słuszność. Częściowo, bo Nina Bull Robsahm dała mi też materiał do głębszych przemyśleń, ostatecznie dokonała czegoś, co moim zdaniem, jest stanowczo zbyt rzadko praktykowane. A bo wydaje się, że „wykładanie wszystkiego na tacy” cieszy się większym uznaniem obecnej publiki. To znaczy niewielu oczekuje od kina grozy niejasności, niewielu chce samodzielnie szukać odpowiedzi. Podczas seansu owszem, ale na końcu wypadałoby wszystko ładnie objaśnić. Robsahm od tego ucieka. Można powiedzieć, że idzie pod prąd. Wbrew aktualnym trendom, bo i jej „Jezioro śmierci” w ogóle miało nie iść z duchem czasu. Akcję co prawda umieszczono w okresie współczesnym, o czym świadczą chociażby smartfony bohaterów obrazu, ale technika filmowania, klimat, efekty specjalne i poleganie na wyobraźni widza – wszystko to przypomina „starą szkołę straszenia”, na której rzecz jasna zdarza się bazować też innym dzisiejszym filmowcom. Tak naprawdę horrory vintage kręci się coraz częściej – można powiedzieć, że niegdysiejszy styl straszenia wraca do łask, ale nie wiem, czy już powinno się to nazywać prawdziwą ekspansją retro. Tak czy inaczej nowe „Jezioro umarłych” spokojnie można podciągnąć pod tę kategorię. Horrorów bazujących przede wszystkim na klimacie, podawanych bez zbędnego pośpiechu, bardziej nastawionych na emocje, niźli gwałtowne i niepozostawiające pola dla wyobraźni widza momenty, które jeśli już to zwykle dostarczają jedynie krótkotrwałych podniet. Nowe „Jezioro umarłych” (nie wiem jak z powieścią i jej pierwszą ekranową wersją, bo jeszcze nie miałam okazji się z nimi zapoznać) to horror psychologiczny i zarazem horror o zjawiskach nadprzyrodzonych. Bo bez względu na to, z jakim wyjaśnieniem zjawisk zachodzących w leśnym domku Lillian się spotkamy (ewentualnie jakie sami sobie ukujemy), nie ulega wątpliwości, że zdolna Norweżka i jej niemniej zdolna ekipa nadali swojemu przedsięwzięciu oba te kierunki. Opowieść o chorej psychicznie kobiecie zestawili z opowieścią o kobiecie zderzającej się ze sferą nadprzyrodzoną. Ale i nadali jej przynajmniej pozory historii o niebezpiecznym osobniku z krwi i kości. Człowieku, który przyszedł z zewnątrz albo ukrywa się wśród znajomych bardzo udręczonej młodej kobiety. Kobiety, która nie zdawała sobie sprawy, że w jej własnym domu (rok temu przeprowadziła się do miasta, a teraz wróciła, żeby spędzić w nim trochę czasu, zanim go sprzeda) znajduje się piwnica. I to taka niby żywcem wyjęta z „Martwego zła” Sama Raimiego, o czym nie omieszka wspomnieć jeden z bohaterów „Jeziora śmierci”. Na wypadek gdyby komuś to umknęło. A w tej piwnicy... kryje się zło! Czy martwe, to się okaże. Nie ulega jednak wątpliwości, że coś z tym mrocznym, zagraconym pomieszczeniem jest na rzeczy, że zagnieździła się tam jakaś siła... No dobrze, to może być tylko projekcja umęczonego umysłu Lillian. Czarny szlam tak naprawdę pojawia się tylko w jej głowie. Tak samo zresztą, jak żywe trupy, które nieoczekiwanie przed nią wyrastają. Z drugiej strony to drugie może być zapowiedzią przyszłych wydarzeń. Rychłego końca jej towarzyszy i niewykluczone, że i jej samej. O czym myśli sama Lillian? Jak odczytuje te wszystkie niepokojące obrazy, które bez ostrzeżenia ją nawiedzają zarówno na jawie, jak i we śnie? Ciężko zgadnąć, bo Lillian nie jest typem osoby skorej do zwierzeń. Jest wycofana, wiecznie zamyślona, małomówna, nieekspresyjna, introwertyczna, ale bez wątpienia przygnieciona potężnym smutkiem wywołanym stratą brata bliźniaka. Lillian wini siebie – nie jest w stanie spojrzeć na to jak na losowe zdarzenie, przyjąć do wiadomości, że nie miała nic wspólnego z zaginięciem brata. Zaakceptować tłumaczenia bliskich jej osób, przestać się niepotrzebnie katować i po prostu żyć dalej. Lillian chyba uważa, że nie zasługuje na szczęście, że musi już zawsze pokutować za faktyczne, czy tylko wyimaginowane przewiny względem brata. W sumie dość przygnębiająca to opowieść o rodzeństwie, które zawsze miało pod górkę, a potem... Potem została już tylko Lillian, która ewidentnie coraz gorzej radzi sobie z tą bolesną stratą. Okazuje się bowiem, że czas nie tylko nie leczy ran, ale wręcz je zaognia. A jeśli na dodatek w sprawę wmiesza się jakaś mroczna, nadnaturalna siła... Zapowiada się solidny kawał nastrojowego, mocno trzymającego w napięciu, bardzo wciągającego i całkiem upiornego horroru. Co tam zapowiada? Takie właśnie, moim zdaniem, jest nowe „Jezioro umarłych”! Też dość mocno przewidywalne, ale... To szczegół.

Nareszcie horror, który oglądało się z najprawdziwszym zainteresowaniem. Mroczny obraz wprost z chłodnej Norwegii od kobiety, która moim zdaniem powinna wiązać swoją zawodową przyszłość właśnie z horrorem. Nini Bull Robsahm ma wrodzony talent do opowiadania filmowych historii z dreszczykiem. Widać, że czuje ten gatunek każdą komórką swojego ciała. I chociaż ta opowieść nie jest tak do końca jej, bo jednak „Jezioro śmierci” opiera się na pomyśle z pierwszej połowy XX wieku, to bez względu na to, ile własnej inwencji w tę opowieść wlała, jestem pewna, że to artystka obdarzona bogatą wyobraźnią. Po prostu to czuję. Czuję, że Robsahm może znacznie wzbogacić filmowy horror. Dać mu wiele od siebie. W sumie to już wiele mi dała. Ponury, zimny, potrafiący wystraszyć, ale i zasmucić film grozy, nawiązujący do skandynawskiego folkloru, psychologiczny obraz smacznie zestawiony z nadnaturalną opowieścią roztoczoną w głębi lasu. W drewnianym domu z piwnicą rodem z „Martwego zła” Sama Raimiego. Wyborny hołd dla starszego kina, ze wskazaniem na horrory o młodych ludziach, którzy przybywają gdzieś, gdzie źle się zadzieje. Winszuję i proszę o więcej takich.

środa, 3 czerwca 2020

Jack Ketchum „Babski wieczór”


Cysterna przewożąca tajemniczy ładunek rozbija się na drodze. Niedługo potem w mieszkankach Nowego Jorku zachodzi niezwykła przemiana. W zwyczajnych kobietach i dziewczynkach nagle budzi się morderczy instynkt. Zachowują się jak oszalałe bestie i niewątpliwie zamierzają zabić każdego, kto nie jest taki jak one. Ich głównym celem staje się więc płeć przeciwna. Tom Braun ten wieczór, tak jak i wiele poprzednich, spędzał w ulubionym barze, starając się poderwać jakąś nieznajomą. Jego małżeństwo z Susan już od dłuższego czasu przechodzi kryzys, na czym najbardziej cierpi ich nieletni syn Andy. Głównie z winy Toma, choć on jest innego zdania. Gdy Nowy Jork opanowuje istne szaleństwo mężczyzna obawia się przede wszystkim o Andy'ego. Chłopiec został w mieszkaniu ze swoją matką, a wygląda na to, że wszystkie kobiety opętała niekontrolowana żądza zabijania. Również małych chłopców...

Nieżyjący już pisarz Dallas William Mayr, szerzej znany jako Jack Ketchum (pseudonim literacki) w 1980 roku doczekał się publikacji swojej pierwszej powieści, „Poza sezonem”. Kontrowersyjnego horroru kanibalistycznego, który to projekt Ketchum rozwinął po latach – wraz z „Potomstwem” i napisaną z Luckym McKee „Kobietą”, „Poza sezonem” tworzy literacką trylogię kanibalistyczną. Swoją drogą „Potomstwo” i „Kobieta” doczekały się swoich filmowych wersji – pierwszy, „Offspring” został wyreżyserowany przez Andrew van den Houtena, a drugi, „The Woman” przez Lucky'ego McKee, współautora adekwatnej powieści. Ciekawostka: zasilająca obsadę obu tych filmów, w tej samej roli, Pollyanna McIntosh później wyreżyserowała kontynuację „The Woman” (w której także zagrała), „Darlin'” z 2019 roku. Do rzeczy. Po ukazaniu się „Poza sezonem” Ketchum zabrał się za tworzenie kolejnego dzieła, które ostatecznie rozrosło się do czterystu stron. Nie udało się znaleźć chętnego na wydanie tak brutalnego utworu, więc trafił do szuflady, a Ketchum oddał się innym projektom. Powieść ta, „Babski wieczór” (oryg. „Ladies' Night”), nie dawała mu jednak spokoju. Zaangażował nawet kolegę do przerobienia jej, ale dzieło, które udało się wydać dopiero w 1997 roku jest jego własnym opracowaniem pierwszej wersji „Babskiego wieczoru”. Całą genezę tej pozycji Jack Ketchum przybliżył w przedmowie do niej.

Czy tylko mnie okładka pierwszego polskiego wydania „Babskiego wieczoru” Jacka Ketchuma (wydawnictwo Dom Horroru, rok 2019) przypomina Chloë Grace Moretz z „Carrie” Kimberly Peirce? W upiorniejszej odsłonie, rzecz jasna. Koniec dygresji. Cała bibliografia Jacka Ketchuma na polski rynek jeszcze nie trafiła, ale z już wydanych utworów wyłaniają się dwa pisarskie oblicza nieodżałowanego „najbardziej przeżerającego faceta w Ameryce” według Stephena Kinga. Takie dzieła, jak na przykład „Dziewczyna z sąsiedztwa”, „Jedyne dziecko”, „Rudy” i „Straceni” starają się wstrząsać czytelnikiem bez zbytniego nagromadzenia gore. Bardziej skłaniają się ku psychologii, aniżeli krwawym kawałkom, na których z kolei bazują choćby „Poza sezonem” i „Potomstwo”. Te ostatnie to horrory ekstremalne pełną gębą. Do tej szufladki należy włożyć też „Babski wieczór”. Niespełna dwustustronicową powieść, dla której Ketchum wymyślił takie oto hasło: „Na wojnie płci właśnie padł pierwszy strzał”. W „Babskim wieczorze” faktycznie trwa zaciekła wojna płci. Aż nazbyt zaciekła... Ketchum posuwa bowiem damsko-męski konflikt do ekstremum. Tutaj nie bierze się jeńców. Tutaj nie ma miejsca na pertraktacje. Żadnych kompromisów. Żadnych układów, próśb, czy nakazów. Kobiety powstają i... Zaczyna się istna rzeź. We wstępie do „Babskiego wieczoru” Jack Ketchum wspomniał, że wśród niektórych redaktorów odrzucających tę powieść panowało przekonanie, że okrutnie obchodzi się z kobietami. Co autor skwitował: „Osobiście uważam, że książka jest okrutna wobec mężczyzn. Ale może to tylko moja opinia”. Tymczasem według mnie rzecz jest... bardziej złożona? Otóż, wydaje mi się, że zrobienie z prawie wszystkich mieszkanek Nowego Jorku bezrozumnych bestii kierujących się jedynie żądzą niszczenia, może oburzać. Eliminowanie każdego, kogo nie dotknęła tajemnicza zaraza. Ta sama, która opanowała niemal wszystkie przedstawicielki płci żeńskiej w Wielkim Jabłku. „Niemal”, a więc odczytywanie tego jedynie przez pryzmat wojny płci nie wydaje mi się tak do końca uzasadnione. Poza tym nic nie wskazuje na to, by wszystkimi oszalałymi kobietami kierowała wyłącznie jakaś potężna uraza względem mężczyzn. Właściwie to wiadomo tylko tyle, że dopadła ich tajemnicza choroba, która upodobniła je do zombie. Nie, nie umarły, ale ich mentalność nagle stała się równie prymitywna. Wciąż towarzyszy im podniecenie seksualne i nieodparta potrzeba zabijania. Zaspokajanie tej drugiej podsyca apetyt na seks, który jeśli już, to starają się zaspokoić w pojedynkę. Co całkowicie im się nie udaje – spełnienie nie przychodzi. Może dlatego, że ciągle polują. Fabułę „Babskiego wieczoru” można opisać jednym zdaniem: zarażone jakimś świństwem kobiety sieją terror w wielkim amerykańskim mieście. No dobrze, jest jeszcze wątek Braunów i naprędce zorganizowanej przez kilku amatorów akcji ratowniczej. Przeprawy przez nieoczekiwanie arcyniebezpieczny rejon Stanów Zjednoczonych w celu ratowanie chłopca. Mężczyźni, tak jak uprzedzał autor w przedmowie do „Babskiego wieczoru”, faktycznie nie są przedstawieni w samych superlatywach. W każdym razie nie wszyscy. Główny (anty)bohater powieści, Tom Braun, to sfrustrowany człowiek, który za swoje niespełnione ambicje zawodowe wini żonę, Susan. Właściwie nie wiadomo dlaczego. Założyłam więc, że Tomem kieruje iście infantylne podejście typu: ktoś musi być winny, byle nie ja. Padło więc na Susan, a skoro tak, to nie ma powodu, by nadal być jej wiernym. Jeśli w ogóle kiedykolwiek Tom potrafił taki być. Tak czy inaczej teraz skacze z łóżka do łóżka, a potem wraca w domowe pielesze z poczuciem, że to żona wszystko psuje. Hipokryzja niektórych nie zna granic, prawda? A inni mężczyźni? Barman Bailey sprawia bardziej sympatyczne wrażenie – chyba że weźmiemy pod uwagę to, że bez większych skrupułów pomaga, jak dobrze wie, żonatemu mężczyźnie, w podrywaniu obcych kobiet. A pozostali? No, szczerze mówiąc nie potrafię powiedzieć o nich nic ponad to, że robią wszystko by przeżyć w tej nieomal apokaliptycznej rzeczywistości. W której krew leje się nader obficie... UWAGA SPOILER Na końcu rzecz bardziej się klaruje: jedni powiedzą, że zachodzi tutaj demonizacja mężczyzn (dość daleko idąca generalizacja), inni pewnie będą się upierać, że Ketchum obnażył ich prawdziwą naturę KONIEC SPOILERA.


Ta książka ma mniej więcej tyle subtelności, co dziwka ciągnąca druta przed wjazdem do Tunelu Lincolna, ale jak na mój gust tak właśnie powinno być”. To słowa samego Jacka Ketchuma na temat jego „długo wyklętego dziecka”. Amerykański światek wydawniczy po prostu nie nadążał za Jackiem Ketchumem. To zdumiewające, jeśli weźmie się pod uwagę ówczesną ekspansję kina gore, ale prawdą jest, że w pierwszej połowie lat 80-tych XX wieku nie znalazł się wydawca, który odważył się „Babski wieczór” wydać. Utwór dużo obszerniejszy, który w końcu wypuszczono. Dopiero w drugiej połowie lat 90-tych XX wieku, kiedy już można powiedzieć amerykańska opinia publiczna była bardziej oswojona z krwawymi horrorami. Jack Ketchum w pewnym sensie był zwiastunem zmian. Wyprzedził epokę. W każdym razie w świecie wydawniczym, bo kino w materii gore było daleko z przodu. Różnie na te zmiany można się zapatrywać, ale... Jak komuś horror ekstremalny nie leży, to jak powiedziałby sam Ketchum, nikt nikogo do kontaktów z nim nie zmusza. To literatura niszowa, „najgorsza z najgorszych”, zła, brudna, chora, spaczona, nienormalna... I za to ją lubię! Za całe to jej wynaturzenie, za ten „środkowy palec wymierzony cywilizowanemu, rzekomo poukładanemu, grzecznemu światu”. Za ten prowokacyjny styl, za branie człowieka za mordę i bezlitosne nurzanie go w całym bagnie ziemskiego istnienia. Za chore jazdy ludzi, których spokojnie można nazwać prawdziwymi turpistami. Jack Ketchum też taki był – pisarz obdarzony drastyczną wyobraźnią, którą zechciał się z nami podzielić. W „Babskim wieczorze” nie chodziło wyłącznie o szokowaniem dla samego szokowania. Komentarz społeczny (odwieczna wojna damsko-męska) też gra tutaj rolę, ale nie da się ukryć, że prym wiedzie gore. Akcja koncentruje się głównie na zabijaniu. Zderzamy się z wymyślnymi sposobami eliminacji ludzkich istnień, jedziemy przez Nowy Jork, w którym ni z tego, ni z owego zapanowało prawo dżungli. Bez dłuższych przystanków, bez należytego planowania, prawie na pełnym spontanie przedzieramy się przez tę dziką rzeczywistość. Zakrwawieni, poturbowani, spływający śmierdzącym potem, kątem oka rejestrujemy krwawe scenki z życia w Nowym Jorku. Odcięte lub zmiażdżone kończyny, wnętrzności walające się po ulicach i podłogach, wysmarowane ekskrementami ściany, ludzkie ciała podziurawione, poszatkowane, poparzone, zmiażdżone... Długo by wymieniać. Autor nie wdaje się w szczegóły właściwie w żadnej materii – postacie są papierowe, fabuła już chyba prostsza być nie mogła, ale zakładałam, że chociaż w warstwie gore Ketchum postawi na detale. Tak, zdradził dość, by ogólne obrazy w mojej wyobraźni się wykrystalizowały, ale to niestety nie wystarczyło do ożywienia we mnie jakichś silniejszych emocji. Wstręt, niesmak, szok. Mogłam zapomnieć. Za szybko, zbyt powierzchownie, jakoś tak... nijako. Tak, dobrze rozumiecie. Opowieść o zabijaniu ludzi na wszelkie możliwe sposoby, o całonocnej wojnie toczonej na ulicach Nowego Jorku (również w budynkach), też może emanować nijakością. Na początku jakiś efekt jeszcze to przynosiło. Robiło jakieś tam delikatne wrażenie. Niewielkie, ale chociaż nie przyjmowałam całej ten makabry z całkowitą obojętnością. Z napięciem, ale i że tak to ujmę, podziwem dla śmiałej, bezkompromisowej wyobraźni Jacka Ketchuma. Z czasem mi to spowszedniało. Wkradła się w to monotonia. Co za dużo i co za szybko, to niezdrowo. Niemniej wątek Andy'ego i jego oszalałej matki niezmiennie przykuwał uwagę. Ilekroć Ketchum do niego wracał, powracały emocje. Nic wyszukanego, ale po co nadmiernie kombinować, skoro można zamknąć nieletniego chłopca w mieszkaniu z jego własną, acz drastycznie odmienioną matką, by dostarczyć czytelnikom jak najbardziej pożądanych doznań. Przywołać poczucie zagrożenia, a przy tym wygenerować jakieś zalążki klaustrofobii, których raczej nie doświadczałam w towarzystwie Toma i innych, biegnących z odsieczą Andy'emu. Od czasu do czasu ogarniało mnie przyjemnie nieprzyjemne, poczucie nieubłaganie upływającego czasu. Właściwie to kończącego się już czasu – żywota jedynego dziecka Toma na tym świecie. Chciałoby się więcej, ale tak na jeden raz niech będzie. Żadna tam maltretująca żołądek przejażdżka, ale nie powiem, żebym żałowała, że się na nią porwałam. Ujdzie.

Nie ukrywam, że zasadniczo wolę to drugie artystyczne oblicze Jacka Ketchuma – to z całą mocą unaocznione w kultowej „Dziewczynie z sąsiedztwa”, najbardziej wstrząsającej powieści, z jaką w w swoim dłuuugim życiu się spotkałam i już z trochę mniejszym pazurem, ale jednak w „Jedynym dziecku”. Po „Babskim wieczorze” oczekiwałam jednak czegoś w duchu „Poza sezonem”. Czegoś tak nihilistycznego, zepsutego, odrażającego... No, w ogóle bardziej emocjonującego. Jest krwawo, ale cała ta makabra stosunkowo szybko wytraca swą moc. Zamiast odrazy czuć znużenie. Co prawda nie było ono ciągłe, ale to dość bym nie zachowała najlepszego zdania na temat tego osiągnięcia mistrza Jacka Ketchuma. Najgorszego zresztą też nie.