Stronki na blogu

sobota, 13 listopada 2010

"Siła strachu" (2005)

Kiedy matka małej dziewczynki popełnia samobójstwo ojciec postanawia zabrać ją na wieś. Niestety, pomysł, który w planach miał pomóc małej Emily tylko pogarsza jej stan. Wkrótce dziewczynka wymyśla sobie przyjaciela, który bynajmniej nie jest pokojowo nastawiony...

Uwielbiam ten film. Szczerze mówiąc jest to jeden z najlepszych thrillerów psychologicznych, z jakim miałam dotychczas okazję się zapoznać. Naprawdę solidnie zrealizowane kino z gwiazdorską obsadą i niebanalną fabułą. No właśnie, jeśli chodzi o akcję to posuwa się ona do przodu w iście żółwim tempie, ale jak na ironię przykuwa uwagę. Pewnie dlatego, że fabuła skrywa gdzieś pod powierzchnią (pod przykrywką prostej, oczywistej historyjki) straszną tajemnicę, wyczuwalną dla widza już od pierwszych minut seansu. Jak okazuje się później, centralnym punktem tej tajemnicy jest mała dziewczynka, która nie ma najmniejszego zamiaru szybko jej wyjawić. Reżyser wplata też w tę monotonność małe smaczki, które nie pozwolą nam się nudzić. Za przykłąd może tu posłużyć pamiętna scena z wanną, kiedy to ojciec odsuwa kotarę i odkrywa napis "Pozwoliłeś jej umrzeć", który bezpośrednio odnosi się do jego żony. Mężczyzna od razu dochodzi do wniosku, że winną tego niewybrednego żartu jest jego córka i zaczyna uważniej obserwować jej zachowanie.

Nastrój... hmm, jeśli powiem, że stopniowanie atmosfery to istne mistrzostwo świata to pewnie znacznie zaniżę swoją ocenę. Nie znam po prostu słów, które będą adekwatne do tego, co robi z widzem reżyser za pomocą samego nastroju. Przez pół filmu nie pokazuje się nam nic godnego uwagi, ale jesteśmy do tego stopnia zelektryzowani samą atmosferą, że nie potrafimy oderwać wzroku od ekranu. Inaczej nie da się tego opisać, trzeba to poczuć i tyle:)

No i jest jeszcze Charlie - tajemniczy przyjaciel naszej małej bohaterki. W rzeczywistości to właśnie wokół niego obraca się cała akcja filmu. To on przeraża Emily, a przy okazji i nas. Boimy się go, ponieważ go nie widzimy i w gruncie rzeczy nawet nie wiemy, czy w ogóle istnieje. Szczerze mówiąc to mało wiemy, aż do zakończenia. Wiemy tylko, że z Emily i z jej wymyślonym przyjacielem jest coś nie tak, ale w żadnym razie nie możemy dojść, co to takiego. Reżyser wyjaśnia wszystko dobitnie dopiero w finale, a po drodze rzuca nam tylko nędzne skrawki, które naprawdę ciężko jest ułożyć w jedną spójną całość. Przejdźmy może do drugiej części recenzji fabularnej, ponieważ wydaje mi się nieco ciekawsza:)

UWAGA SPOILER UWAGA SPOILER

Teraz będę tak spoilerować, że osobom, które nie widziały filmu radzę opuścić tą część recenzji, bo w przeciwnym razie zepsują sobie całą przyjemność z oglądania. Zakończenie nie jest w żadnym wypadku oryginalne - zaskakujące na pewno, ale równocześnie nie pokazuje nam nic, czego byśmy już wcześniej nie znali. "Siła strachu" okazuje się być kolejnym filmem traktującym o rozdwojeniu osobowości. W kinie grozy ten motyw był już wielokrotnie wałkowany, poczynając od "Psychozy" przez "Blady strach" i "Sekretne okno" na wielu innych kończąc. I o ile w trakcie filmu może przemknąć nam przez głowę pomysł z takim rozwiązaniem akcji to na pewno będziemy podejrzewać Emily, gdy w rzeczywistości chory okazuje się jej ojciec. Reżyser przez cały seans nas zwodzi, na wszystkie sposoby próbuje nam wmówić, że to z dziewczynką jest coś nie tak i... udaje mu się to. Jak to się mówi w slangu młodzieżowym: robi nas w konia po całości. Steruje nami jak chce, aby na koniec dać nam coś tak banalnego, często spotykanego, ale równocześnie zwalającego z nóg. Nie wiem, jak mam ocenić takie bezczelne oszustwo, ale jedno jest pewne - okazałam się być ofiarą manipulacji, a co ciekawe przez cały seans nawet nie próbowałam myśleć nad zakończeniem. Tańczyłam tak, jak zagrał mi reżyser i nie jestem z tego powodu, ani trochę wkurzona. Od dawna nic mnie w takim stopniu nie zaskoczyło w kinie grozy, więc mogę chyba wybaczyć twórcom tę małą manipulację:) Wielka tajemnica towarzysząca widzowi przez cały seans zostaje w końcu wyjaśniona w jakże prosty, żeby nie rzec naiwny sposób, a mimo to nie czuje się zawodu, ponieważ i tak nie sposób było tego przewidzieć. Oczywiście, nie twierdzę, że każdy da się tak podpuścić jak ja, ale osobiście uważam, że jest bardzo mała szansa na to, aby ktoś doszedł do sedna tajemnicy przed końowymi scenami filmu. Podoba mi się też finalne "mrugnięcie do widza" przedstawiające rysunek Emily, na którym widnieje ona sama z dwoma głowami. Daje do myślenia i pozostawia nas z pewnym intrygującym niedopowiedzeniem.

KONIEC SPOILERA KONIEC SPOILER

Muzyka mnie urzekła - szczególnie ta hipnotyzująca melodia na początku filmu, kiedy to główni bohaterowie jadą samochodem do nowego domu na wsi, no i oczywiście na napisach końcowych. Poza tym, jak już wspomniałam mamy tu do czynienia z gwiazdorską obsadą. W rolach głównych Robert De Niro, Dakota Fanning i Famke Janssen. Oczywiście nie mam nic do zarzucenia aktorstwu, ponieważ swoją robotę wykonali profesjonalnie i przede wszystkim przekonująco. Osobiście nie lubię młodej Fanning, ale za to wysoko cenię panią Janssen, więc wszystko się zrównoważyło:)

Chyba nikt nie potrzebuje większej zachęty, aby sięgnąć po tę pozycję. Dodam jeszcze tylko, że o ile pierwsza połowa filmu bazuje głównie na nastroju grozy to w drugiej akcja rusza z kopyta w zastraszającym tempie, a w zakończeniu osiąga wyżyny kulminacji. Naprawdę warto poświęcić ułamek życia dla tak dobrego thrillera psychologicznego, jakim jest "Siła strachu".

czwartek, 11 listopada 2010

"Śmiertelna gorączka 2" (2009)

Wirus, znany nam z pierwszej części filmu, dostaje się do pobliskiej szkoły, zarażając uczniów. Kulminacja następuje podczas balu maturalnego, kiedy to szkoła zostaje zamknięta przez wojskowych. Uczniowie niezarażeni starają się wydostać z siedlistka zarazków, przy okazji nie łapiąc, żadnego wirusa.
"Śmiertelna gorączka 2" jest horrorem komediowym. Trochę szkoda, że w sequelu zrezygnowano z poważnego tonu jedynki. W końcu Eli Roth zostawił dogodną furtkę dla udanej kontynuacji, więc bądź co bądź dwójka miała idealną szansę na pójście w ślady swojego pierwowzoru. Można było stworzyć kawał klimatycznego, krwawego i co najważniejsze apokaliptycznego horroru. A tak mamy tylko lekko pikantną komedyjkę z nastolatkami w rolach głównych (a la "American Pie") ze sporą dawką drastycznych scen, gdzie przede wszystkim rzuca się w oczy mało przekonująca, zbyt jasna krew. No właśnie, skoro mowa o drastycznych scenach powinnam wspomnieć, że większa ich część jest często spotykanym w kinie gore pomieszaniem humoru z obrzydliwością. UWAGA SPOILER 1) Chłopak wyciąga ze spodni swojego penisa i wyciska z niego jakąś białą wydzielinę. 2) Koleś odcina sobie dłoń na pile tarczowej, dziewczyna przypala mu kikut palnikiem i zakleja go taśmą samoprzylepną... Cała ta obrzydliwa sekwencja kończy się namiętnym pocałunkiem. Co ciekawe, chłopak poddany tej nowatorskiej operacji, ani na chwilę nie stracił przytomności, no i rzecz jasna nie przeszła mu ochota na małe lizanko. 3) Striptizerka pokazuje widzom zaropiałe, zainfekowane piersi, a faceci obserwujący to stwierdzają ze spokojem, że i tak by ją posunęli. Później podczas całowania z jednym z nich dziewczyna wymiotuje wprost na swojego klienta KONIEC SPOILERA.

Oglądając ten film należy pamiętać, żeby nie porównywać go do jedynki, bo oba obrazy nie mają ze sobą wiele wspólnego. Poza tym dwójka jest ewidentną komedią z elementami gore, więc podejście do niej z dystansem jest niestety konieczne - w przeciwnym razie cały seans będzie dla widza czasem straconym. Ja już podczas pierwszej sceny zorientowałam się, że kluczowym elementem tej produkcji będzie humor, więc postanowiłam obejrzeć ją z przymrużeniem oka. I choć nie jest to obraz wysokich lotów, choć wiele można mu zarzucić to na pewno nie można odmówić mu efekciarskich scen. Najbardziej przypadła mi do gustu scena w toalecie UWAGA SPOILER Dziewczyna robi chłopakowi loda, a nastepnie wypluwa jego nasienie do umywalki. Ta scena po prostu mnie rozwaliła. Nie wie, czy była śmieszna, obrzydliwa, czy zwyczajnie żałosna. I właśnie przez te mieszane odczucia tak bardzo przypadła mi do gustu:) KONIEC SPOILERA.

Warto też wspomnieć, że sekwencje początkowe i końcowe są animowane. Wiem, że brzmi to mało przekonująco i prawdę mówiąc nie jest to ciekawy zabieg, który zdawałby egzamin w horrorze, ale niestety należy z cierpliwością przez to przebrnąć (pod żadnym pozorem nie przewijać), ponieważ ujrzymy tam istotne dla akcji filmu wątki.

"Śmiertelna gorączka 2" jest całkowicie pozbawiona klimatu, mrocznej atmosfery i w ogóle większej logiki. Ti West (reżyser filmu) postanowił zrobić horror na wesoło i w tej materii zdał egzamin, ale równocześnie bardzo zawiódł pasjonatów pierwowzoru. Nie będę oceniać, czy jego podejście do kontynuacji było słuszne czy nie. Powiem za to, że wykazał się wielką odwagą, która niestety nie bardzo mu się opłaciła. Na koniec wspomnę tylko, że aktorstwo w tym obrazie jest jakby żywcem wyjęte z planu jakiejś amerykańskiej komedii o nastolatkach. Nie charakteryzuje się niczym godnym uwagi za wyjątkiem dwuznacznych dialogów, które głównie obracały się wokół seksu. Z obsady nie ma, co o kimkolwiek wspominać, ponieważ dzieciaki tutaj występujące są raczej mało znane i mało uzdolnione. Jednakże w roli pamiętnego policjanta z jedynki zobaczymy tego samego wymoczkowatego aktora, który znowy namiesza:)

Boję się komukolwiek polecać ten film. Mnie osobiście nawet zaciekawił - co prawda tylko przez chwilę, ale zawsze. Jestem wielbicielką pierwowzoru, więc odczuwam też pewien niedosyt po zobaczeniu sequela. Ale myślę, że fanom kina gore z elementami komediowymi może się spodobać. Jeśli ktoś nie widział jedynki także może śmiało po niego sięgnąć. Oczywiście, nikt nie powinien zapominać, że ten obraz to przede wszystkim komedia - elementy horroru można tutaj dojrzeć dopiero na drugim planie.

środa, 10 listopada 2010

"Amityville 3: Demon" (1983)

Nawiedzony dom w Amityville zyskuje nowego lokatora. Tym razem "szczęśliwym nabywcą" będzie człowiek, który zawodowo zajmuje się poszukiwaniem tanich sensacji, a prywatnie nie wierzy w nic, twierdząc, że wszystko da się wyjaśnić naukowo. Ciekawe, jak wyjaśni to, co stanie się w jego nowym domu?

Hmmm, niby klasyk, niby trzeba go znać i cenić ze względu na to, że należy do sławnej już serii, ale ja naprawdę nie mogę (choć słowo daję, że bardzo się starałam znaleźć tutaj coś godnego uwagi). Cała historia bardzo przypomina poprzednie filmy z tej serii - na początku dom jest wystawiony na sprzedaż, dopóki nie znajdzie się, jakiś jeleń, który zdecyduje się na jego kupno. Następnie dom daje naszemu nowemu lokatorowi delikatne oznaki nawiedzenia, przy okazji od czasu do czasu kogoś zabijając, a w kulminacji przestaje się już bawić i postanawia zmanifestować ludziom ogrom swojej mocy. Jedyne godne uwagi odstępstwo od konwencji to motyw córki głównego bohatera, ale nie będę zdradzać więcej, żeby uniknąć spoilerów:)

Chyba największym mankamentem tego obrazu jest bardzo nieumiejętne stopniowanie atmosfery - element kluczowy w horrorach nastrojowych. Kiedy sprzedawca domu idzie schodami na górę, zwabiony dziwnym bzyczeniem, prawie modliłam się, aby gdzieś wreszcie doszedł - żeby zginął lub przeżył, nieważne - byle ta irytująca wędrówka wreszcie się skończyła. Kiedy jedna z bohaterek, Melanie, wchodzi do domu, a potem nie może się z niego wydostać zamiast nastroju grozy twórcy oferują nam... śmiech. A to głównie za sprawą skocznej muzyczki, która towarzyszy naszej bohaterce podczas spanikowanych prób ucieczki z domu.

Aktorstwo bez żadnych rewelacji. Chociaż warto tu nadmienić, że w jednej z ról zobaczymy młodziutką Meg Ryan, która jako jedyna w miarę znośnie udźwignęła swoje zadanie i przekonująco się z niego wywiązała - jak na początki swojej kariery pokazała nam klasę, którą mam wrażenie utrzymuje do dziś, sądząc po stopniu jej popularności, bo ja osobiście mam do niej ambiwalentny stosonek (w końcu głównie gra w komediach romantycznych, więc nie ma co się dziwić mojej ignorancji tej osoby).

"Amityville 3: Demon" jest horrorem z tak zwanej "niższej półki". Podczas seansu cały czas miałam wrażenie, że nakręcono go tylko i wyłącznie ze względów materialnych. Skoro dwie poprzednie części się sprzedały, to dlaczego by nie nagrać kolejnej, aby jeszcze trochę zarobić na znanym tytule? I co z tego, że nie obmyślono fabuły? Co z tego, że film nie wnosi nic nowego do gatunku, że nie straszy, a już na pewno nie przyciąga uwagi? Przecież tylko zysk ma znaczenie...

Nie polecam nikomu. Naprawdę nie warto psuć sobie smaku po dwóch poprzednich częściach i remaku. Ten film może tylko i wyłącznie zirytować widza, albo w ostateczności nieźle rozbawić. A chyba nie o to chodzi w horrorze nastrojowym?

niedziela, 7 listopada 2010

"Czerwona Róża" (2002)

Joyce Reardon zbiera chętne osoby obdarzone metafizycznymi zdolnościami w celu zbadania nawiedzonego domu. Pani psycholg ma nadzieję na znalezienie kilku dowodów obecności duchów, co pomoże jej wątpliwej reputacji. Po przekroczeniu bramy tajemniczego domostwa dostaje to, czego oczekiwała z nawiązką...

Scenariusz do tego obrazu stworzył sam Stephen King. Jest on kontynuacją powieści "Z dziennika Ellen Rimbauer" napisanej pod pseudonimem Joyce Reardon (więcej informacji tutaj). Celowo najpierw streściłam na blogu prequel filmu, aby lepiej wam się oglądało ten miniserial, który trwa bite 250 minut, ale możecie być pewni, że czas przeznaczony na tę produkcję nie będzie czasem straconym - macie na to moje słowo. Jak powszechnie wiadomo King lubuje się w takich długich filmach, a jego specjalnością są miniseriale, ponieważ jak sam twierdzi w horrorze najważniejsi są bohaterowie, widz musi mieć czas, aby ich poznać i tutaj jak najbardziej nam to umożliwia. Dodam jeszcze tylko, że Stephen King także odegrał małą rólkę w tej produkcji tyle, że w niewiele znaczącym charakterze roznosiciela pizzy.
"Złe domy sprawiają, że musimy paść na kolana. Złe domy nienawidzą naszego ciepła, naszego człowieczeństwa. Ta ślepa nienawiść do naszego człowieczeństwa to jest to, co my mamy na myśli używając słowa NAWIEDZONY. [...] Mówimy NAWIEDZONY, ale mamy na myśli to, że dom oszalał."

Prawda, że piękny cytat? King jest mistrzem w operowaniu słowem i potrafi go ładnie wkomponować nawet w film. "Czerwona Róża" garścimi czerpie inspirację z powieści Shirley Jackson "Nawiedzony" jak i z postaci Carrie White stworzonej przez Kinga (deszcz kamieni, telekinetyczne zdolności Annie). Efekty specjalne są szalenie widowiskowe - szczególnie przypadła mi do gustu scena z zamarzającą wodą, która zakleszczyła w swoim lodowym więzieniu matkę Annie. Świetne zdjęcia zewnętrznej strony domu (szczególnie w nocy, kiedy to skąpany w poświacie pełni księżyca nabierał mrocznego, tajemniczego wyglądu). Wewnątrz dom na pierwszy rzut oka wydaje się piękny, przepełniony bogactwem i luksusem. Ale nie trudno jest wyczuć, że to tylko iluzja, marna fasada, pod powierzchnią której drzemie najprawdziwsze, najobrzydliwsze ZŁO.

Bardzo sugestwne są także wizje Emery'ego. Są do tego stopnia przerażające, że gdybym ja je miewała na pewno prędzej, czy później bym oszalała:) Znalazło się też miejsce na wątek komediowy w postaci matki Emery'ego i ich wzajemnych stosunków. Co jeszcze mnie urzekło w tej produkcji? Zaskakująco małe porcje "tanich chwytów". Twórcy nie chcą nas zaskoczyć, jakimś niewiadomo skąd wyskakującym upiorem tylko zależy im na naszym strachu. A jak wiadomo jest ogromna różnica między przerażeniem a zaskoczeniem. Ta konkluzja zaprowadziła nas do pytania: czy film jest w stanie nas przestraszyć? Myślę, że tak. Jeśli zadbamy o odpowiednie warunki podczas seansu jak na przykład o to, żeby oglądać go po zmroku to myślę, że możemy liczyć na pewną dozę przerażenia. A to już sporo, jak na standardy współczesnego kina grozy. Przejdźmy do fabuły. Przez wzgląd na to, że mamy tutaj do czynienia z horrorem nastrojowym krwawo na pewno nie będzie, ale spektakularnie i owszem.

Tym razem "czarnymi charakterami" okażą się Ellen Rimbauer oraz Sukeena (zagrana przez tą samą aktorkę, co w prequelu), które zarówno w książce jak i prequelu reprezentują pozytywne osobowości, które doprowadzone do ostateczności poprzez dom, jak i Johna Rimbauera, potwora w ludzkiej skórze, dokonują rzeczy zarówno strasznej, jak i wyzwoleńczej dla nich samych. Nie będę streszczać tutaj wszystkich zawiłości fabularnych, ponieważ "Czerwona Róża" przy okazji rzeczywistej akcji przenosi nas także do świata Ellen i Johna Rimbauerów z wykorzystaniem licznych retrospekcji. Zaznaczę tylko, że w tym filmie z osobowiści Ellen i Sukeeni ostało się tylko zło oraz rzecz jasna obsesja na punkcie rozbudowywania domu. A czoło ma im stawić piętnastoletnia autystyczna dziewczynka obdarzona niezwykłymi mocami. Ciekawą postacią jest także główna bohaterka, Joyce Reardon, która raczej nie wzbudza sympatii widza. To kobieta, której siłą napędową jest obsesja w najczystszej postaci - obsesja na punkcie domu, na punkcie Rose Red. Jak można się spodziewać to uzależnienie wkrótce zamieni się w szaleństwo, które okaże się tragiczne w skutkach dla pozostałych członków "parapsychicznej ekspedycji". Akcja może dla niektórych widzów być chwilami nużąca, ponieważ ciągnie się nadzwyczaj długo, ale nie jest to filmu z rodzaju tych, gdzie będziemy mogli zaobserwować tylko jakieś przemykające cienie. Twórcy cały czas starają się rzucać nam jakieś perełki w postaci duchów - tak widzimy duchy, a nie jak to ma miejsce w wielu horrorach nastreojowych tylko ich kontury. Ten fakt nie pozwoli nam się zbyt długo nudzić. Może na chwilę nasza czujność zostanie uśpiona, ale możecie być pewni, że szybko się obudzi.

Pod koniec filmu duchy rezygnują z nieśmiałych podchodów, w które bawiły się przez cały długi seans i wychodzą z ukrycia. Manifestują swoją siłę poprzez widowiskowe objawianie się naszym bohaterom, Oczywiście, podobne zabiegi mają miejsce w niezliczonej ilości horrorów nastrojowych, ale żadne ich zakończenie nie jest tak rozciągnięte, jak tutaj. A to akurat plus, ponieważ finalna akcja powoli, acz zjawiskowo prowadzi nas do kulminacji. Jestem pewna, że wygląd duchów w końcowej scenie zrobi na was podobne wrażenie, co na mnie, ponieważ spece od efektów specjalnych oraz charakteryzacji spisali się na medel - podobnie jak wszyscy twórcy miniserialu "Czerwona Róża".

Czy muszę jeszcze komukolwiek rekomendować ten film? Chyba nie, bo w swojej jakże pochlebnej recenzji podałam już wystarczająco wiele powodów, dla których warto po niego sięgnąć. Dodam tylko, że to jeden z moich ulubionych horrorów nastrojowych i chętnie co jakiś czas do niego wracam.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Pułapka na turystów (1979) / Egzorcysta 2 - Heretyk (1977)

Wczorajsza nac w całości upłynęła mi na oglądaniu horrorów. Jak co roku nabijałam sobie głowę filmami grozy, aż do białego rana. Z uwagi na to, że na swój maraton wybrałam głównie filmy, które już tutaj zrecenzowałam to nie mam dzisiaj zbyt wiele do roboty:) Zostały jeszcze dwie pozycje, których recenzji nie ma na tym blogu, a które także znalazły się w repertuarze mojego nocnego maratonu.

Na pierwszy ogień pójdzie "Pułapka na turystów". Film opowiada o grupce nastoletnich przyjacół, którzy na kompletnym odludziu trafiają do dziwnego muzeum ruchomych kukiełek. Jak można się spodziewać wkrótce zaczynają ginąć w dosyć dziwnych okolicznościach. "Pułapka na turystów" to typowy slasher z minimalną dawką krwawych scen. Fabuła jak na standardy tego podgatunku posiada pewną dawkę oryginalności, ale niestety jest aż do bólu przewidywalna. Odniosłam wrażenie, że twórcy przez cały czas próbowali na różne sposoby wyprowadzić widza w pole, zmylić go, tak aby końcówka filmu choć trochę go zaskoczyła. Ale te wszystkie triki nie zdały niestety egzaminu, od początku można się domyślić kto jest mordercą. Może współcześni widzowie są już obeznani z podobnymi mylącymi wybiegami, dlatego dla nich film traci na elementach zaskoczenia. Nie wykluczam, że w czasach wydania tej produkcji mogła ona być dla tamtejszej publiki nielada gratką. Ale ja wprost uwielbiam stare slashery, więc w swojej recenzji absolutnie nie mam zamiaru czepiać się szczegółów:) Gra aktorska, tak jak zawsze w podobnych przypadkach raczej nie zwala z nóg profesjonalnością, ale też nie można narzekać. Aktorzy wywiązali się ze swoich ról całkiem przekonująco, choć nie zabrakło także pewnej dozy sztuczności, która mam wrażenie, jest nieodzowna w klasycznych slasherach. Bardzo przypadła mi do gustu sceneria - lasy, łąki, jeziorko, a to wszystko po zapadnięciu nocy spowiła złowroga mgła - która nawiasem mówiąc wywołała u mnie lekki uśmiech na twarzy, ze względu na to, że było widać jak na dłoni, iż ktoś spoza kadru uparcie wypuszcza ją wprost w zasięg mojego wzroku. Pomysł z ruchomymi kukiełkami poruszanymi za pomocą zdolności telekinetycznych mordercy bardzo przypadł mi do gustu, a dodam jeszcze, że niektóre z rzeczonych lalek sprawiały naprawdę dewmoniczne wrażenie.

"Egzorcysta 2" opowiada o księdzu Lamont, który zajmuje się sprawą śmierci ojca Merrina (znanego widzom z jedynki) oraz stara się dowiedzieć, czy Regan nie została ponownie opętana przez demona Pazuzu. Wkrótce musi stanąć do walki ze swoim wrogiem, korzystając z pomocy Regan oraz ducha ojca Merrina. Nie wiem, co mam napisać o tym filmie. Z jednej strony mam do niego ogromny sentyment - w końcu to sequel jedynego horroru, który mnie przeraża, ale powiedzmy sobie szczerze: ta produkcja pobiła wszelkie rekordy w "nic nie dzianiu się". Przez cały seans czekałam na coś, co mogłabym pochwalić, co choć trochę przypadłoby mi do gustu, ale oprócz zakończenia nie ma tutaj nic godnego uwagi. I nie twierdzę, oczywiście, że końcówka jest jakimś dziełem sztuki - po prostu dopiero wtedy zaczyna się jakaś akcja, która choć na chwilę jest w stanie przykuć moją uwagę. Fabuła, prawdę mówiąc, jest trochę rozproszona, chaotyczna, ale nikt raczej nie powinien mieć problemów z jej zrozumieniem, bo do najambitniejszych filmów grozy "Egzorcysta 2" na pewno nie należy. Bardzo podobała mi się gra aktorska Lindy Blair (Regan) - podobnie jak w jedynce włożyła w odegranie swojej postaci sporo pracy i jest to aż nazbyt widoczne podczas seansu. Nie ma co porównywać kontynuacji do pierwowzoru, bo w takim przypadku musiałabym zmieszać tę pozycję z błotem, a myślę, że każdy prawdziwy wielbiciel kina grozy powinien zapoznać się z tym obrazem. Tak dla zasady.

Oba wyżej opisane filmy można śmiało zobaczyć (jeśli ktoś ich jeszcze nie widział), ale radziłabym potraktować je z lekkim przymrużeniem oka, ze względu chociażby na rok ich wydania. Jeśli podejdzie się do nich niewymagająco to nie powinny nikogo zirytować, a kto wie, może nawet zapewnią komuś nielada rozrywkę.

poniedziałek, 25 października 2010

"Z dziennika Ellen Rimbauer: Czerwona Róża" (2003)

Ellen Rimbauer wraz z mężem zamieszkuje w wielkim domostwie nawiedzonym przez duchy. Wkrótce szczęśliwe na początku małżeństwo przeżywa kryzys, gdyż okazuje się, że John Rimbauer ma obsesję na punkcie władzy i seksu. Poza tym dom coraz częściej daje o sobie znać...

Na początek trochę faktów, gdyż uważam, że historia tego filmu jest nader interesująca, aczkolwiek złożona jest z samych kłamstw i pomówień. Scenariusz oparto na książce Ridley'a Pearsona zatytułowanej "Czerwona Róża". Co ciekawe autor napisał książkę pod fikcyjnym nazwiskiem dr. Joyce Reardon, przy okazji sugerując w jej treści fakt, że kobieta ta nie jest bezpośrednią autorką powieści tylko znalazła ów dziennik w Czerwonej Róży (nawiedzonym domu) i oddała go do druku - co bezpośrednio wskauje na to, że autor chciał wcisnąć kit czytelnikom, twierdząc, że są to fakty i mamy przed sobą swego rodzaju raport z tego, co przydarzyło się nieszczęsnej Ellen Rimbauer. Oczywiście, przez długi czas opinia publiczna nie miała pojęcia, kto jest autorem owej tajemniczej książki (podejrzewano nawet samego Stephena Kinga). Na marginesie zaznaczę, że King napisał scenariusz do miniserialu, który powstał w 2002 roku i pokazuje wydarzenia rozegrywane w Czerwonej Róży (a główną bohaterką jest nie kto inny jak Joyce Reardon), po tych przedstawionych w niniejszym obrazie. Ze względu na rok powstanie można śmało powiedzieć, że "Z dziennika Ellen Rimbauer" jest prequelem "Czerwonej Róży", ale jednocześnie ekranizacją książki.

Ok, dość tych zawiłości odnośnie powstania filmu. Zajmijmy się samą produkcją. Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym na początku nie zaznaczyła, że ekranizacja nie dorównuje książce pod żadnym względem. Miałam okazję przeczytać powieść i bez wahania powiem, że jest ona idealnym studium psychiki kobiety zdominowanej przez męża oraz obsesyjnie zakochanej w nawiedzonym domu, która z czasem zmienia się z niewinnej dziewczyny w twardą kobietę. W filmie tego nie widać - wszystko przedstawione jest tak chaotycznie i nieskładnie, że aż w pewnym momencie zwątpiłam i doszłam do wniosku, że gdybym nie znała książki to na pewno nie wychwyciłabym głównego motywu i przesłania filmu. Poza tym mamy jeszcze dreszczyk emocji, chwilami nawet czystego przerażenia, z którym owszem miałam do czynienia podczas lektury powieści. A tutaj? Nie wiem, ale mnie osobiście nie straszy samojeżdżący wózek dla lalek. W fabule tymczasem brakuje jednego jakże istotnego elementu. Wiadomo, że nawiedzony dom darzy Ellen wielką miłością (dowiadujemy się tego od jej córeczki), ale film nie wyjaśnia, dlaczego tak bardzo ją kocha. Już tłumaczę osobą niezaznajomionym z książką. Otóż, miłość domu jest czysto materialistyczna - kocha Ellen dopóki ta rozbudowuje go, natomiast jeśli wstrzyma budowę kolejnych skrzydeł domostwa to dom może się wkurzyć... Myślę, że jest to ważny wątek książki, który reżyser świadomie lub nieświadomie opuścił (lub wspomniał o nim mimochodem, bo ja nie wychwyciłam tego w trakcie oglądania). A to ciekawe, gdyż scenariusz pisał sam autor powieści, więc moim zdaniem powinien trzymać się chociaż najważniejszych motywów. Poza tym myślę, że to dosyć wierna ekranizacja - nieskładnie przedstawiona, ale wierna.
Zakończenie w tym przypadku jest niewątpliwą kulminacją wszystkich przedstawionych wcześniej wydarzeń i muszę przyznać, że twórcy całkiem nieźle sobie z nim poradzili. Może nie jest to jakieś arcydzieło, ale bez wątpienia przykuwa uwagę. "Z dziennika Ellen Rimbauer" jest horrorem nastrojowym, ale w bardzo subtelnym wydaniu. Nie mamy tutaj nieustannie przemykających po korytarzach duchów, czy upiorów, ale mamy za to samoistnie obracający się globus, znikających ludzi i wspomniany wcześniej wózek dla lalek, który nie potrzebuje człowieka, aby nim kierował. Może i ten film nie jest jakimś fenomenem w światku horrorów, może i nie straszy, może i jest miejscami bardzo niespójny i chaotyczny, ale mimo tego bardzo przypadł m do gustu. Zaznaczam raz jeszcze, że czytałam książkę, więc nie miałam problemu ze zrozumieniem fabuły i doskonale wiedziałam do czego prowadzą wszystkie przedstawione wcześniej wydarzenia. Natomiast zastanawiający jest fakt, że film mi się spodobał, zważywszy na to, że nie przepadam za horrorami nastrojowymi. Kto wie, może nieświadomie zaczynam zwracać się w kierunku takich filmów grozy. Kto nie oglądał zachęcam gorąco, ale najpierw radzę sięgnąć po książkę, ponieważ przeczytanie jej wzmocni tylko wrażenia podczas seansu i na pewno bardzo pomoże w ogólnym odbiorze filmu.

niedziela, 24 października 2010

"30 dni mroku: Czas ciemości" (2010)

Po wydarzeniach na Alasce, Stella wyjeżdża do Los Angeles, aby przekazać ludziom prawdę na temat istnienia wampirów. Niestety, nikt jej nie wierzy, za wyjątkiem garstki "łowców wampirów", których głównym celem jest odnalezienie i zabicie królowej wampirów Lilith. Jednak do tego potrzebna im jest właśnie Stella.

Mam ambiwalentny stosunek do tego filmu. Mogę nawet śmiało powiedzieć, że przez cały seans miałam paradoksalne odczucia. Z jednej strony fabuła była kolejną, mało oryginalną papką o tym, jak to łowcy wampirów polują na legendarną wampirzycę, przy okazji zabijając jej armię krwiopijców. Pewnie pomyślicie, że tak oklepana fabuła nie może na zbyt długo zwrócić uwagi widza. Ale tutaj mamy pierwszy paradoks, gdyż chociaż miejscami wiało straszną nudą to film dosyć często wywoływał moje zainteresowanie. Nie twierdzę, że oglądałam go " z szeroko otwartą buzią" zachwycona do głębi jego geniuszem, bo tak pięknie na pewno nie było. Z pewnością przyczyniła się do tego moja znajomość części pierwszej i chociaż bardzo starałam się rozgraniczyć te dwa filmy, nie porównywać ich to niestety w tym przypadku było to raczej niemożliwe. Oczywiście, dwójka nie umywa się do swojego prekursora - posiada zdecydowanie gorszą fabułę, słabsze efekty specjalne i o wiele płytszych bohaterów. Skoro mowa o bohaterach to muszę w tym miejscu zaznaczyć, że najbardziej zirytowało mnie to, że Stellę zagrała zupełnie inna aktorka niż w jedynce. Takie rozwiązanie zupełnie nie spełniło swojego zadania. Kurczę, skoro twórcy nie mogli ponownie nająć do tej roli świetnej Melissy George to mogli całkowicie zrezygnować z bezpośredniej kontynuacji i zostawić postać Stelli w spokoju.

Drugi paradoks to właśnie aktorstwo. Bohaterowie miejscami doprowadzali mnie do szału i nie chodzi mi tutaj tylko i wyłącznie o ich bezsensowne zachowanie, ale także o chęć zwierzeń. Non stop ktoś żalił się komuś, jaką to miał trudną przeszłość i jak mu z tym ciężko. Ta gadanina była rozciągnięta do granic możliwości, a w efekcie dała widzowi przede wszystkim ogromną porcję nudy. Ale kiedy tylko zaczynała się jakaś akcja aktorzy bardzo dobrze wywiązywali się ze swoich ról i miałam wrażenie, że tylko wtedy udawało im się całkowicie wcielić w odgrywane przez siebie postacie.

Zakończenie jest czystą kpiną. UWAGA SPOILER Legendarną wampirzycę, która przeżyła setki lat, mając pod sobą wierną armię krwiopijców zabija zwykła dziewczyna. Dodam też, że Stelli nie nastręczyło to zbyt wielu trudności. Po prostu wyskoczyła nagle z wiadra pełnego krwi i obcięła głowę księżniczce wampirów, która podejrzewam, że nawet nie zorientowała się, co jest grane. Żenada, zważywszy na fakt, że Lilith była tak potężna, iż drżały na jej widok zastępy wampirów. KONIEC SPOILERA. I tutaj nie ma żadnych paradoksów, chociaż jeśli się uprzeć to można pochwalić sam finał - tylko i wyłącznie za to, że nie mamy kolejnego marnego happy endu. Przynajmniej tyle.

"30 dni mroku: Czas ciemności" nie należy do zbyt udanych sequeli, ale prawdę mówiąc małe były szanse na to, aby dorównał wspaniałej jedynce. Można go śmiało obejrzeć, ale należy psychicznie przygotować się na sporą dawkę nudy i nielogiczności. Chociaż z drugiej strony film ma w zanadrzu parę ciekawych scen, które w moim odczuciu skutecznie ratują film przed nazywaniem go kompletną szmirą. W ogólnym rozrachunku, myślę, że można go bezpiecznie "strawić", nie narażając się zbytnio na nadmierną nudę i stratę czasu.

czwartek, 14 października 2010

„Prima Aprilis” (1986)

Grupka młodzieży wybiera się na wyspę na imprezę organizowaną przez ich przyjaciółkę. Już w drodze jedno z nich ulega wypadkowi. Jednak to dopiero preludium ich koszmaru, gdyż na miejscu czeka na nich tylko śmierć.

Absolutny klasyk podgatunku slasher! Fabuła jest przemyślana w najdrobniejszym szczególe od początku do końca i choć oczywiście nie brak w niej głupich sytuacji to jakoś w tym przypadku można przymknąć na nie oko. No dobra, skoro mowa o głupocie to myślę, że głównie zawiniły tutaj bohaterowie naszego widowiska. Ich zachowania z pewnością nie można uznać za logiczne. UWAGA SPOILER Pomyślmy: najpierw ginie jeden z nich na oczach reszty, a oni jakby nigdy nic docierają do domu koleżanki i świetnie się bawią przy kolacji. Potem mamy akcję przy studni, kiedy to wiadro wpada do środka, a dwoje „mózgowców” zamiast wrócić do domu po nowe postanawia na własną rękę zdobyć wodę, czyli… wleźć do studni! KONIEC SPOILERA. Aktorstwo, rzecz jasna, nie odbiega od standardów, jakie panowały w latach 80-tych – drewniane, sztuczne i miejscami mocno przesadzone dramatycznie. Jeden z aktorów niesamowicie kojarzył mi się z Łukaszem Zagrobelnym i nie wątpię, że nie byłam odosobniona w tym odczuciu:)

Niewątpliwą zaletą tej produkcji jest miejsce akcji. Uwielbiam slashery, które rozgrywają się na kompletnym odludziu, na dodatek okraszonym malowniczymi widoczkami. Jako ciekawostkę dodam, że zdjęcia kręcono w Kolumbii Brytyjskiej w stanie Kanada. Krwawych scen jest tutaj jak na lekarstwo, ale za to atmosfera trzyma wysoki poziom, aż do napisów końcowych. Poza tym film jest wprost naszpikowany czarnym humorem, który o dziwo zamiast wszystko zepsuć tylko podnosi mu poziom, ponieważ jak ogólnie wiadomo wisielcze żarty w połączeniu z bestialskimi zabójstwami mogą wywołać piorunujące wrażenie.

Pomysł na fabułę jest ciekawy, to fakt, ale zakończenie spalono na całej linii. Wiem, że wielu uważa je za niezwykle oryginalne, ale ja zorientowałam się już na początku filmu, jak będzie wyglądał finał. Skoro mnie nie zaskoczył to wątpię, żeby jakiegokolwiek innego uważnego widza wprawił w zdumienie. Poza tym, jeśli spojrzeć na to z innej strony, to zakończenie eliminuje ten film z gatunku. Po takim finale „Prima Aprilis” po prostu nie może być brany pod uwagę, jako slasher. Czyli powstaje pytanie, czy ten obraz rzeczywiście lokuje się w tym podgatunku? Odpowiem, że całością i owszem, ale zakończeniem zasiewa ziarno wątpliwości.

Moim zdaniem film ten zasługuje na uwagę z trzech powodów: po pierwsze to klasyk tego podgatunku, więc wypada go znać; po drugie takiego klimatu nie odczujemy na żadnym innym slasherze lat 80-tych (no może za wyjątkiem „Koszmaru z ulicy Wiązów); a po trzecie „Prima Aprilis” dość umiejętnie odcina się od konwencji tego podgatunku i bezkrytycznie nie powiela utartych schematów.

środa, 13 października 2010

„Opiekunka” (1990)

Pewne małżeństwo, po przeprowadzce do nowego domu, decyduje się na dziecko. Wkrótce po narodzinach synka rodzice postanawiają wynająć opiekunkę. Przyjmują kobietę, która na pierwszy rzut oka sprawia kompetentne i atrakcyjne wrażenie. Jednak już wkrótce okazuje się, że kobieta należy do sekty czcicieli drzew, a dzieci potrzebne są jej do oddania w ofierze Złemu Drzewu.

Ostatnio coraz częściej sięgam po horrory mojego dzieciństwa. I chyba nie ma w tym nic dziwnego, skoro w roku 2010 mamy okazję oglądać w większości same gnioty. I choć na mojej półce czekają najnowsze filmy grozy, ja jakoś nie mam ochoty się do nich zabrać i jak na razie wolę przenieść się w świat dzieciństwa:) Ale obiecuję, że niedługo zrecenzuję jakieś nowości, choć nie mogę obiecać, że teksty te będą pochlebne:)

„Opiekunka” znana jest też pod tytułem „Strażnik”, ale z uwagi na to, że przyzwyczaiłam się do tej pierwszej nazwy to będę tutaj jej używać. Byłam pewna, że ten film nie wywoła na mnie już takiego wrażenia, jak za czasów dzieciństwa, byłam pewna, że okaże się kolejnym niewypałem. I jak zwykle moja kobieca intuicja mnie zawiodła:) Może i nie byłam nim, aż tak zachwycona jak dawniej, ale już na wstępie zaznaczę, że jest to horror, który przetrwa próbę czasu nawet za sto lat. Dlaczego? Otóż, takiej atmosfery w filmie grozy już dawno nie odczuwałam. Widz jest bardzo powoli wciągany w akcję, którą ma okazję obserwować dopiero na końcu seansu. Wiem, że to może nie najlepsza rekomendacja. W końcu, po co oglądać film, w którym niewiele się dzieje, aż do finału? Lepiej przewinąć do końca, prawda? Ale w takim wypadku straciłoby się cały urok, jakim jest najczystsza groza, która przez cały seans wprost bije z ekranu. Stopniowanie atmosfery jest tutaj istnym mistrzostwem świata. Ale oczywiście nikogo nie powinno to zaskoczyć, jeśli zerknie na personalia reżysera tego obrazu, którym jest nie kto inny, jak sławny William Friedkin – twórca „Egzorcysty”. Powtórki z „Egzorcysty” nie będzie, ponieważ „Opiekunki” nie można w żadnym wypadku zestawiać z tak popularnym filmem, ale jeśli chodzi o klimat to jest do niego bardzo zbliżony.

Jak wiemy w latach 90-tych nie opierano się zbytnio na efektach specjalnych w horrorze. Tak więc i tutaj mamy ich bardzo niewiele, co niezaprzeczalnie pozwoliło twórcom ograniczyć sztuczność i zwiększyć uczucie przerażenia. Nie twierdzę, że film ten zdoła przestraszyć doświadczonych widzów gatunku, ale na pewno chwilami wywoła lekką niepewność. Ciekawy okazał się też zabieg minimalizacji „tanich chwytów” – nareszcie ktoś postanowił przestraszyć widza, a nie zaskoczyć za pomocą idiotycznych zabiegów.

Zakończenie, czyli kulminacja powolnych wydarzeń rozgrywanych na ekranie przez cały seans jest z jednej strony niesamowitą dawką napięcia i mocnych wrażeń, a z drugiej (mam tu na myśli sam finał filmu) kompletną klapą, która nie ma szans zostać w pamięci widza na dłużej. A szkoda, bo po tych wszystkich wrażeniach zaoferowanych nam pod koniec wydawać by się mogło, że twórcy dadzą nam na „do widzenia” jakąś bombę, która zasieje ziarno niepewności lub przynajmniej zaskoczy. Ale nie, zamiast tego reżyser wykorzystał klasyczny zabieg, który jedyne, co może nam zaoferować to lekceważące wzruszenie ramion bądź kpiące prychnięcie (jak to miało miejsce w moim przypadku). Ale nie ukrywam, że może ja za bardzo przyzwyczaiłam się do dziwacznych, zapadających w pamięć zakończeń współczesnych filmów grozy. Może zbyt wiele wymagam od tak starego horroru, a nie zapominajmy też, że początek lat 90-tych nie był okresem ciekawych zakończeń w tym gatunku filmowym. W każdym razie bardzo przypadła mi do gustu końcowa charakteryzacja tytułowej opiekunki oraz oczywiście sławne Złe Drzewo z wizerunkami dzieci na korze – choćby ze względu na te dwa elementy warto zapoznać się z tą produkcją.

Oczywiście, film przeznaczony jest wyłącznie dla zagorzałych miłośników gatunku, ze szczególnym wskazaniem starszych produkcji. Zapaleńcom współczesnych horrorów stanowczo odradzam.

niedziela, 10 października 2010

„Pożeracze czasu” (1995)

Grupka obcych sobie osób po wejściu na pokład samolotu zasypia. Po jakimś czasie budzą się, aby skonstatować, że reszta pasażerów zniknęła, zostawiając przy okazji wszystkie rzeczy osobiste. Teraz „ocaleni” muszą znaleźć sposób na bezpieczne lądowanie. Jednak okazuje się, że nie jest to tak proste, jak wydawałoby się na początku, gdyż nie mają oni kontaktu z lądem, który sprawia ważenie kompletnie wymarłego. Poza tym wśród naszych bohaterów znajduje się jeden szaleniec, który nie cofnie się przed niczym, aby dostać się do Bostonu na ważne spotkanie.

Ekranizacja jednego z dłuższych opowiadań Stephena Kinga zatytułowanego „Langoliery”. Powiem szczerze, że osobiście bardzo lubię tę historię Mistrza, więc tym bardziej byłam pełna obaw odnośnie jej filmowej wersji. Otóż, jak to często bywa z twórczością tego pisarza byłam pewna, że i tym razem twórcy ekranizacji wszystko zepsują. Tym bardziej, że sądząc po treści opowiadania domyślałam się, że efekty specjalne są tutaj nieuniknione. W końcu jednak zebrałam się na odwagę i sięgnęłam po tę produkcję. I… byłam pozytywnie zaskoczona. Film jest idealną ekranizacją prozy – wszystkie ważne fakty opisane w opowiadaniu mają tutaj swoje odzwierciedlenie. Niczego nie opuszczono oraz zbyt wiele nie dodano. Oczywiście, jak to zawsze bywa film nie może się równać z opowiadaniem, ale przecież nie chodzi tutaj o analizę porównawczą tylko recenzję horroru, więc powstrzymam się od bezcelowego konfrontowania obu tych dziedzin sztuki.

Już na początku pragnę nadmienić, że „Pożeracze czasu” trwają jakieś trzy godziny, z których tylko przez ułamek czasu całego seansu mamy jakąś bardziej dynamiczną akcję. Dlatego od razu ostrzegam wszystkich anty fanów Kinga oraz wielbicieli innego typu horrorów, że to nie jest film dla nich. Tylko osoba, która w pełni docenia twórczość tego pisarza bądź, chociaż to jedno konkretne opowiadanie, jest w stanie dać porwać się sennej, apokaliptycznej, przepełnionej niezgłębioną samotnością atmosferze filmu. No tak, klimat to główny atut tej produkcji. Ale nie chodzi mi tutaj o beznadziejną atmosferę, naszpikowaną tanimi chwytami, z jaką mamy do czynienia w zetknięciu się ze współczesnymi horrorami nastrojowymi. Tutaj chodzi raczej o lęk człowieka przed tym, że pewnego dnia może zostać sam na świecie. Reżyser, Tom Holland, daje nam niejednokrotnie odczuć, czym jest prawdziwa samotność i za to brawa dla niego.

Gra aktorska niestety zostaje w tyle. O dziwo, nawet tak znany aktor, jakim jest David Morse nie przekonał mnie, co do odgrywanej przez siebie postaci. Ale muszę przyznać, że z bujnym wąsem wyglądał całkiem zabawnie, więc chociaż dał mi okazję do śmiechu:) Niestety, więcej pożytku z niego nie było.

Efekty specjalne… No tak, już na początku wspomniałam, że były nieuniknione, ale na szczęście twórcy ograniczyli je do niezbędnego minimum. Dopiero na końcu można je było odczuć i to niestety z nawiązką, gdyż tytułowe langoliery przypominały mi trochę krwiożercze kuleczki napędzane podwójną dawką niesławnych dopalaczy - takie skojarzenie nasunęło mi się od razu, gdy tylko ujrzałam, w jakim tempie się poruszają:) Fakt, że efekty specjalne są do bani, ale musimy zrozumieć, że film jest dość wiekowy, więc myślę, że można to wybaczyć jego twórcom.

Fabuła, choć dłuży się w nieskończoność w ogóle mnie nie znudziła. Miała w sobie ten potencjał (oczywiście to wyłączna zasługa Kinga), który potrafił mnie zainteresować i dać się ponieść wydarzeniom rozgrywanym na ekranie. Zakończenie nie będzie niespodzianką dla tych, którzy znają opowiadanie, gdyż reżyser widocznie postanowił nawet tego nie zmieniać, choć miałam cichą nadzieję, że jednak mnie czymś zadziwi.

Ogólnie „Pożeracze czasu” to kawał świetnego kina, idealnie reprezentującego swoje czasy. W latach 90-tych było sporo takich horrorowych perełek, ale moim zdaniem ta produkcja zdecydowanie wysuwa się na prowadzenie. Jednak, ostrzegam, że w tym przypadku jestem mocno niesubiektywna, gdyż kieruję się tutaj przede wszystkim sentymentem do pomysłów Kinga. Ludzie, którzy nie czytają bądź nie lubią jego twórczości mogą się mocno zawieść, o ile oczywiście dotrwają do końca seansu.