Stronki na blogu

piątek, 7 stycznia 2011

"Miasteczko Salem" (1979)

Ben Mears po latach wraca do swojego rodzinnego miasteczka Jerusalem, aby napisać książkę o Domu Marstenów, które stojąc na wzgórzu jest jakby mrocznym pomnikiem miasteczka - tym bardziej, że posiada zbrodniczą historię. Chcąc wynająć niesławny dom Ben dowiaduje się, że już został sprzedany dwóm mężczyzną spoza miasta. Wkrótce w miasteczku zaczynają dziać się dziwne rzeczy - ludzie umierają, żeby w nocy powstać z martwych. Ben wraz z kilkoma mieszkańcami miasteczka postanawia położyć temu kres.

Pierwsza ekranizacja głośnej powieści Stephena Kinga w reżyserii Toba Hoopera, nakręcona dla telewizji. W 2004 roku także dla telewizji nakręcono remake tego filmu pod tym samym tytułem, w formie miniserialu. Nowa wersja bardziej przypadła mi do gustu. Nie wiem, ale jakoś atmosfera lepiej mi leżała, no i akcję poprowadzono w o wiele bardziej interesujący sposób. Ale to wcale nie oznacza, że oryginał jest kiepski. Wręcz przeciwnie - on także ma w sobie pewne walory, które czynią go przyzwoitą produkcją grozy. Jeśli porównywać go do książkowego pierwowzoru to całkiem wiernie go odzwierciedla - jest parę zmian fabularnych, ale na pewno nie szkodzą one tak filmowi, jak i powieści.

Nastrój filmu znakomicie oddaje klimat filmów schyłku lat 70-tych. Zresztą nic dziwnego, że jest on najmocniejszą stroną tej pozycji - wystarczy chociażby spojrzeć na nazwisko reżysera, który w swoich czasach był niekwestionowanym mistrzem tego gatunku. Muzyka, za którą odpowiedzialny był Harry Sukman także zrobiła swoje dokładając następną cegiełkę do mrocznej atmosfery filmu. Jednakże na minus trzeba zaliczyć rozwiązania napięcia. Najpierw widzieliśmy wampira, powoli podchodzącego do swojej ofiary (pełne napięcia klimatyczne sceny), a gdy już miał zatopić swoje kły w jej karku następowało zaciemnienie i przeskok akcji. Rozumiem, że taki zabieg pozostawiał spore pole do popisu dla wyobraźni widza, ale jakoś mnie to nie przekonało - może straszyło kiedyś, kiedy to widownia bała się bardziej tego, czego nie było widać, ale w tych czasach niestety nie zdaje to egzaminu.

Wygląd wampirów całkowicie mnie przekonał. Za ich charakteryzację należą się wielkie brawa. Twórcom udało się oddać postacie krwiopijców w nader przekonujący sposób, nie popadając przy okazji w kiczowatość - które to zjawisko było dosyć częste w czasach, kiedy kręcono ten film. Myślę, że obraz wampirów ukazany w tej produkcji niejednego widza prześladował we snach za czasów jego młodości:) Jednakże te słowa nie tyczą się głównego krwiopijcy Barlowa - tutaj mamy przykład pierwszorzędnego kiczu i niejakiej przesady w wyglądzie tego osobnika. Nie wiem, jak inni, ale gdy ja na niego patrzyłam to zwyczajnie chciało mi się śmiać. Twórcy trochę przedobrzyli chcąc przestarszyć widza jego "demonicznym" wyglądem, ponieważ przez ten zabieg uzyskali efekt wręcz odwrotny do zamierzonego.

"Miasteczko Salem" posiada kilka zapadających w pamięć scen, a ja kojarzę go głównie z Ralphim i Danny'm Glickami. Najpierw jest scena, kiedy Ralphie pojawia się za oknem pokoju brata, spowity we mgle, przerażająco ucharakteryzowany. I wciąż skrobie i skrobie w szybę... brrr, to naprawdę może przestraszyć niejednego widza. I potem powtórka z oknem w scenie z Danny'm i Markiem. Myślę, że właśnie owe momenty rozgrywające się za szybą są kwintesencją tego filmu, niejakim znakiem rozpoznawczym tej produkcji.

Moim zdaniem ten obraz jest niezaprzeczalną pozycją obowiązkową dla każdego fana gatunku. I choć trwa bite trzy godziny to myślę, że nikt nie powinien być znudzony podczas seansu. Oczywiście, mamy tutaj sporo wlokących się niemiłosiernie ujęć, ale w moim odczuciu liczne smaczki oferowane widzowi w trakcie pojawiania się wampirów całkowicie rekompensują widzowi te okresy nudy. Ten film po prostu trzeba zobaczyć, podobnie jak remake.

niedziela, 2 stycznia 2011

"Lustra 2" (2010)

Max zostaje stróżem nocnym w domu towarowym. Wkrótce, w trakcie dyżuru, widzi w lustrze dziewczynę. Poza tym pracownicy zaczynają ginąć w tajemniczych okolicznościach, a podejrzanym o ich zabicie staje się właśnie Max. Mężczyzna stara się rozwikłać tę sprawę na własną rękę.

Film wręcz zmiażdżony przez fanów gatunku. Określany głównie, jako niepotrzebny sequel wspaniałej jedynki. A ja znowu będę inna i powiem górnolotnie, że część pierwsza przy tej może się schować. Moim zdaniem "Lustra 2" we wszystkim przewyższają pierwowzór, oczywiście za wyjątkiem klimatu, gdyż prawdą jest, że w sequelu odrobinę go zabrakło. Ale za to mamy multum krwawych scen. "Lustra 2" to naprawdę drastyczna pozycja, ale sceny mordów tracą trochę na wiarygodności. Winę za to ponoszą oczywiście efekty specjalne, które odegrały kluczową rolę w tym aspekcie - niestety, ale kolejny raz nowoczesna technologia trochę zepsuła mi seans. W każdym razie krwawe sceny stanowią tutaj miłą rozrywkę dla oka (oczywiście tylko dla miłośników mordów na ekranie), ale na pewno nikogo nie oszukają, że rozgrywają się one wyłącznie w świecie fikcyjnym. Nie z taką ilością efektów specjalnych.

Fabuła ma niewiele wspólnego z jedynką, więc ten kto nie widział pierwowzoru może śmiało sięgnąć po sequel - bez strachu, że coś może być dla niego niezrozumiałe. No właśnie, jeśli o mnie chodzi to historia przedstawiona w tym filmie była bardziej interesująca od fabuły jedynki. Przede wszystkim nie miała tak sporej ilości nudnych momentów - bazowała przede wszystkim na akcji i krwi spychając klimat i stopniowanie atmosfery na dalszy plan. Wiem, miłośnicy horrorów nastrojowych mogą się poczuć zawiedzeni, więc jedyne co mogę im poradzić to to, żeby odpuścili sobie tę pozycję albo obejrzeli ją z lekkim przymrużeniem oka.

Jak już wspominałam mamy tutaj sporo efektów specjalnych, ale nie są one obecne wyłącznie w trakcie scen mordów, ale także w momentach pojawiania się zjaw. I tutaj twórcy spisali się znakomicie - wspaniała próbka tego, jak można wykorzystać nowoczesną technologię do poprawy jakości filmu, a nie jego zepsucia. Niektóre zmory naprawdę mogą przyprawić o gęsią skórkę, a jeśli dodamy do tego fakt, że często wyskakują na pierwszy plan nie wiadomo skąd to mamy całkiem obiecującą produkcję. Wiem, tanie chwyty, ale cóż, czasami po prostu zdają egzamin, jak to miało miejsce w tym przypadku.

Obsada nie jest jakaś nadzwyczajna na co zapewne wpłynął fakt, że film nakręcono na potrzeby DVD i niestety nie trafił on do kin. Odtwórca głównej roli, Nick Stahl całkiem nieźle się spisał. Ale chcę tutaj wspomnieć przede wszystkim o dwóch aktorkach. Emmanuelle Vaugier jest perełką tej produkcji, gdziekolwiek jej nie zobaczę (a widziałam sporo filmów z jej udziałem) to zawsze spisuje się znakomicie. Tak było i tutaj. Jedna z moich ulubionych aktorek, tylko szkoda, że zważywszy na jej wielki talent nadal jest niedoceniana w światku show-biznesu. Christy Carlson Romano nie odgrywa tutaj, jakiejś większej roli, ale także pozytywnie mnie zaskoczyła. Mam do niej ambiwalentny stosunek, ale w "Lustrach 2" spisała się na medal (szczególnie w trakcie nagiej sceny pod prysznicem, z której panowie powinni być zadowoleni).

"Lustra 2" jest przyzwoitym filmem, a zważywszy na fakt, że został nakręcony w tak kiepskim roku dla gatunku horroru to tym bardziej zasługuje na uwagę. Nie nudzi, często trzyma w napięciu, jest należycie zrealizowany, posiada masę ciekawych krwawych scen, znakomicie wykorzystuje efekty specjalne do kreacji duchów, no i rzecz jasna posiada logiczne, może odrobinę zaskakujące zakończenie. A jeśli jeszcze was nie przekonałam do obejrzenia tego filmu to może poświęcicie swój czas chociażby dla Emmanuelle Vaugier, która na pewno nie zawiedzie waszych oczekiwań odnośnie fenomenalnego aktorstwa.

"Lęk" (2004)

Film recenzuję na czyjeś życzenie. Przepraszam, że tak późno.

Kate wybiera się na przyjęcie, jednak nie może złapać taksówki. Wybiera metro i zasypia w oczekiwaniu na pociąg. Gdy się budzi stwierdza, że na stacji panuje kompletna pustka. Jednak wkrótce nadjeżdża pociąg i dziewczyna do niego wsiada. W środku nie ma nikogo oprócz niej. Wkrótce pociąg zatrzymuje się gdzieś pośrodku tunelu, w kompletnych ciemnościach.

Film zrealizowano w Niemczech i Wielkiej Brytanii, ale pomimo tego faktu niezwykle przypomina dziesiątki produkcji amerykańskich, jakie widziałam. Nie ma co się oszukiwać, fabuła jest tak wtórna, do tego stopnia banalna, że chwilami naprawdę ciężko jest wytrzymać podczas seansu. Chociaż trzeba oddać sprawiedliwość reżyserowi, że klimat udało mu się zachować, aż nadto. Mroczna atmosfera londyńskiego metra jest na wskroś wyczuwalna i na pewno niejednokrotnie podnosi widzowi adrenalinę. Szczerze mówiąc to fabuła jest prowadzona całkiem nieźle na początku, kiedy to nie wiemy jeszcze, co szaleje w tunelach metra, chcąc dopaść naszą bohaterkę. A kiedy już się tego dowiadujemy to... no cóż, ja zareagowałam śmiechem (na pewno nie przerażeniem) oraz pewną dozą współczucia do owej morderczej kreatury. A chyba nie to było zamysłem reżysera. Ale cóż, jeśli chciał kogoś przestraszyć tak kiepskim wyglądem głównego antybohatera to mógł się bardziej postarać - jego charakteryzacja na tym polu w ogóle mnie nie przekonała.

W roli głównej Franka Potente, za którą nie przepadam, ale z pewnością nie można zarzucić jej braku talentu aktorskiego. Tutaj także poradziła sobie całkiem znośnie, nie kuła mnie w oczy, a to już coś:) Sceneria była strzałem w dziesiątkę. Pomysł naprawdę godny gratulacji - ciemne, mroczne tunele metra bez żadnego żywego ducha za wyjątkiem Kate i jej prześladowcy. Dzięki takiemu umiejscowieniu akcji twórcom prościej było osiągnąć ten tajemniczy klimat i oczywiście wykorzystali tę szansę, aż nadto.

Ogólnie to film można zobaczyć, ale fajerwerków fabularnych nie należy się spodziewać. Atmosfera i ciekawa sceneria to główne atuty tej produkcji i myślę, że choćby przez wzgląd na te elementy można poświęcić trochę czasu na zaznajomienie się z tą produkcją.

sobota, 1 stycznia 2011

"American Psycho" (2000)

Patrick Bateman na pozór jest najzwyklejszym biznesmanem, ale tylko na pierwszy rzut oka, gdyż ma on niezwykłe hobby. Otóż, Patrick w rzeczywistości jest szalonym seryjnym mordercą, który wypełnia swój wolny czas coraz to nowymi zbrodniami.

Ekranizacja powieści Breta Eastona Ellisa, która nie przeszła w Polsce bez echa. Któż dzisiaj nie wie, kim był Patrick Bateman? Stał się on swoistą ikoną współczesnej popkultury, a zasługą tego jest zapewne głośny film Mary Harron pt. "American Psycho".

"- Nienawidzisz tej pracy. Nie rozumiem, dlaczego jej nie rzucisz.
- Bo chcę się przystosować."
Patrick robi wszystko, żeby przystosować się do środowiska, w którym żyje. Do środowiska bogatych biznesmanów, należących do pokolenia youppies. Tak więc Patrick dba o siebie regularnie ćwicząc i używając wszelkiej maści kosmetyków do higieny osobistej. Ubiera się szykownie, w najdroższe garnitury, mieszka w drogim apartamencie i szpanuje swoją wysoką pozycją zawodową. Poza tym bierze czynny udział w rywalizacji ze swoimi kolegami po fachu. Kto zarezerwuje stolik w lepszym lokalu? Kto włoży lepszy krawat? Czy wreszcie, kto ma lepszą wizytówkę? To wszystko jest niczym innym, jak subtelną parodią pokolenia youppies - pokolenia, które nader wszystko ceni sobie pieniądze i prestiż. Ale Patrick jest inny, Patrick nie pasuje do środowiska, w którym się obraca...

"Maska normalności za chwilę opadnie."
Patrick Bateman, jak sam przyznaje, nie czuje nic za wyjątkiem żądzy i nienawiści. Tak więc robi wszystko, aby zaspokoić swoje negatywne emocje. Kiedy nastaje noc morduje każdego, na kogo przyjdzie mu ochota, a to wszystko przy dźwiękach klasycznej muzyki, której jest zapalonym fanatykiem. Poza tym dba także o swoje życie seksualne - wykorzystuje każdą kobietę, jaka przypadnie mu do gustu i to w najbardziej wynaturzony sposób. A kiedy znów nastaje dzień znów przeobraża się w biznesmana - uosobienie bogactwa i władzy.

Muszę przyznać, że "American Psycho" jest jednym z najlepszych thrillerów psychologicznych, jaki kiedykolwiek nakręcono. I nie chodzi tutaj tylko o znakomitą kreację głównego antybohatera (choć jest to zapewne największą siłą tego obrazu), ale także o lekceważący sposób przedstawienia tzw. klasy wyższej, oryginalne i krwawe sceny mordów oraz aktorstwo. Tak, obsada spisała się na medal. Christian Bale to perełka tej produkcji - to jak wczuł się w swojego bohatera, jak oddał jego szaleństwo i ogólną degenerację to nie jest zwykłe aktorstwo. On zwyczajnie stał się Patrickiem Batemanem! Brawa należą się także Reese Witherspoon - po "Legalnej Blondynce" wiemy, że nikt inny nie zagrałby równie dobrze pustej, rozpieszczonej blondyny, którą była w tym obrazie.

Twórcy na pewno nie pozwalają nam nudzić się w trakcie seansu tego dzieła. Powoli prowadzą nas przez szaleństwo Batemana poczynając od nieśmiałego zabójstwa włóczęgi na śmiałym rzucie piłą mechaniczną z klatki schodowej kończąc. Poza tym, nie muszę chyba wspominać, że zakończenie to wspaniałe zwieńczenie całości, które zapewne niejednego widza wprawi w zdumienie, żeby nie rzec głęboki szok. UWAGA SPOILER Po tym wszystkim, co zobaczyliśmy, po tych wszystkich zbrodniach i wynaturzeniach Batemana dowiadujemy się, że zwyczajnie nas oszukano. Że wszystko działo się wyłącznie w jego głowie, a my byliśmy jedynie świadkami jego fantazji powstałych w jego chorej głowie KONIEC SPOILERA.

Nie muszę chyba nikogo zachęcać do obejrzenia tego filmu, gdyż nie wierzę, że jakikolwiek fan produkcji grozy mógł go przegapić. Ale gdyby, jakimś cudem tak właśnie było to radzę każdemu nie zaznajomionemu z "American Psycho" szybko nadrobić zaległości, bo jest to pozycja obowiązkowa. Film genialny, szokujący i niezwykle wciągający - moim subiektywnym zdaniem nie ma żadnych wad, a to rzadko zdarza się w przypadku tego gatunku kinematografii.

piątek, 31 grudnia 2010

"And Soon the Darkness" (2010)

Dwie przyjaciółki wybierają się na wycieczkę rowerową po Argentynie. W trakcie pobytu w jednym z miasteczek dochodzi między nimi do sprzeczki, która kończy się rozstaniem dwóch dziewczyn. W końcu jedna z nich postanawia odnaleźć przyjaciółkę, ale okazuje się, że dziewczyna zniknęła. Jej koleżanka postanawia jej szukać na własną rękę, gdyż nikt łącznie z policją nie chce jej pomóc.

Miałam ogromne oczekiwania odnośnie tego filmu. Czekałam na niego z utęsknieniem, gdyż fabuła wydawała mi się nader interesująca, a jeśli dodamy do tego odtwórczynię głównej roli to zapowiadał się całkiem przyjemny seans. Nie mogę powiedzieć, że całkowicie się zawiodłam, ale cóż... to nie było to, czego oczekiwałam. Po pierwsze przede wszystkim liczyłam na horror, a w zamian dostałam całkiem oklepany, schematyczny i niewyobrażalnie przewidywalny thriller. Poza tym myślałam, że będzie krwawo, ale akurat tego elementu było tutaj jak na lekarstwo. Poza tym temat przewodni filmu, który był już wałkowany niejednokrotnie w filmach grozy lekko mówiąc zdenerwował mnie. UWAGA SPOILER Handel żywym towarem to druga z możliwości o jakich pomyślałam, gdy tylko zaginęła jedna z dziewczyn - pierwszą był handel organami. No i oczywiście, w ogóle nie zostałam zaskoczona, bo dokładnie o to chodziło KONIEC SPOILERA.

Początkowo film jest odrobinę zbliżony do "Turistas" i "Ruin", ale tylko jeśli chodzi o scenografię, ponieważ tutaj napięcie było bardziej wyczuwalne. Właśnie to ratuje pierwszą połowę filmu - stopniowanie atmosfery, doskonała muzyka i elektryzujący klimat. Za to druga część oferuje nam już nieco więcej akcji, która chociaż przewidywalna i aż do bólu banalna w jakimś stopniu mnie zainteresowała, a nawet więcej - dopingowałam głównej bohaterce na głos oraz modliłam się, żeby jej głupota nie sprowadziła na nią śmierci:) Tak więc, choćby ze względu na te elementy to godna uwagi produkcja i nie uważam czasu, który na nią straciłam za całkowicie zmarnowany. A jeśli dodać do tego największą siłę tej produkcji to przyznam, że było nawet warto. Otóż, przede wszystkim film zyskuje w mych oczach przez wzgląd na główną bohaterkę graną przez Amber Heard, która do ról w produkcjach grozy jest wprost stworzona. Śmiem nawet twierdzić, że jest poważną konkurentką na tym polu dla Melissy George, o ile oczywiście swoją karierę poprowadzi w tym kierunku. Nie wiem, jak ona to robi, że tak mało interesującą postać, która odniosłam wrażenie, swoim bezsensownym zachowaniem robiła wszystko, aby zginąć ukazała w tak dobrym świetle, że aż trzymałam kciuki, żeby to wszystko dobrze się skończyło - a przypominam, że nienawidzę happy endów. Cóż, na pewno ma dziewczyna talent i to nie mały.

W ogólnym rozrachunku myślę, że seans tego filmu nie powinien być dla nikogo zbyt wielką męką. Ale mam taką małą radę - niech nikt nie oczekuje od niego czegoś niezwykłego, bo może się mocno przejechać...

"Open House" (2010)

Lila i David wprowadzają się do nowego domu. Mężczyzna zamyka w piwnicy starą właścicielkę, po czym oboje przystępują do mordowanie każdego, kto pojawi się w domu. Wkrótce Davida i więzioną kobietę zaczyna łączyć dziwna więź...

Thriller psychologiczny, który swoją fabułą ma wiele wspólnego ze sławnym "Funny Games", ale tylko powierzchownie. Gdyż tutaj zamysłem reżysera nie było wciąganie widza w okropieństwa rozgrywane na ekranie, iż tylko ukazanie prostej fabuły bez żadnego wydźwięku edukacyjnego. Tak więc mamy dwójkę antybohaterów, którzy z jakiegoś powodu zabijają ludzi. Co więcej z czasem zaczynamy nawet darzyć niejaką sympatią Davida, który daje nam jasno do zrozumienia, iż chce z tym skończyć, ale nie wie, jak wyrwać się spod złego wpływu Lili. Akurat ja bardzo polubiłam właśnie Lilę, ale myślę, że byłam jedyna, jeśli chodzi o ten aspekt, gdyż na ogół przepadam za kobiecymi negatywnymi postaciami w filmach:)

Akcja jest bardzo powolna, ale trupów na pewno tu nie zabraknie. Tyle, że odniosłam wrażenie, że nie morderstwa odgrywały tutaj największą rolę, ale postać Davida i jego rozterki moralne oraz uczucia, jakie żywił do więzionej w piwnicy kobiety. To może trochę nudzić, ale myślę, że widz zaznajomiony z thrillerami psychologicznymi powinien być usatysfakcjonowany. Natomiast ciekawym rozwiązaniem okazała się minimalizacja dźwiękowa - muzyka w tym obrazie jest bardzo oszczędna, a większość momentów oczekiwania i stopniowania atmosfery odgrywa się w całkowitej ciszy przeplatanej z zaczernianiem obrazu. Naprawdę piorunujący efekt, który zdecydowanie wyniósł klimat filmu na wyżyny.

Aktorstwo jest tutaj istnym mistrzostwem świata. I nie ma w tym twierdzeniu, ani odrobiny przesady. To, co pokazali aktorzy, którzy tak przekonująco kreowali swoje postacie to niewątpliwie kawał świetnej pracy lub znakomitego talentu. To właśnie dzięki nim można tak łatwo wczuć się w akcję i klimat filmu, a co za tym idzie uwierzyć, że wydarzenia ukazane na ekranie mogły przydarzyć się każdemu.

Najlepszym momentem filmu, moim skromnym zdaniem, jest chwila, w której więziona kobieta pyta Davida, dlaczego on i Lila mordują ludzi. Na co bohater nie ma żadnej odpowiedzi, gdyż zwyczajnie tego nie wie. To jest właśnie kwintesencją tej produkcji, w której reżyser daje nam jasno do zrozumienia, że nie zawsze istnieją jakieś motywy zbrodni, a jeśli nawet to nie są one żadnym usprawiedliwieniem takiego zachowania.

Oczywiście, jeśli ktoś jest sympatykiem krwawych scen mordów to tutaj także ich uświadczy, ale myślę, że ten obraz należy do bardziej ambitnych thrillerów, w którym przewodnią stroną jest raczej psychologia, więc tylko takim wytrwałym widzom, lubującym się w tego typu filmach grozy mogę polecić tę pozycję. Nie jest to czysta rozrywka, pomimo nieskomplikowanej fabuły - tutaj trzeba choćby na chwilę włączyć myślenie, zapomnieć o efektach specjalnych (nie uświadczymy ich w tym przypadku) i porywającej akcji. Wtedy dobra zabawa będzie gwarantowana.

czwartek, 30 grudnia 2010

"Co się zdarzyło Baby Jane?" (1962)

Baby Jane, niegdyś gwiazda dziecięca, teraz zapomniana przez wszystkich, musi zaopiekować się swoją kaleką siostrą, która przed tajemniczym wypadkiem była uwielbianą przez wszystkich aktorką. Baby Jane nienawidząc swojej siostry, będąc zmuszona do opieki nad nią zaczyna popadać w szaleństwo.

Ten film na stałe już wpisał się do kanonu kultowych produkcji grozy. W swoich czasach uważany był za jeden z najlepszych thrillerów, jakie kiedykolwiek nakręcono. I choć dziś już nie oddziałowuje tak na psychikę, jak niegdyś to myślę, że nadal jest obowiązkową pozycją dla fanów tego gatunku. Opowiada przede wszystkim o szaleństwie. Szaleństwie podsycanym głęboko zakorzenioną siostrzaną zazdrością. Zazdrością sukcesu, popularności i powszechnego uwielbienia. Powagę temu obrazowi dodaje fakt, że jest on czarno-biały, a muzyka niezwykle sugestywnie oddziałowuje na psychikę widza.

Myślę, że swój sukces film zawdzięcza przede wszystkim odtwórczyniom dwóch głównych ról - Bette Davis i Joan Crawford - które, jak na tamte czasy swoim talentem udowodniły nam, że dobre aktorstwo jest jednym z najważniejszych elementów filmu. Pani Crawford zagrała wielką gwiazdę filmową, która oprócz sukcesu zawodowego nie ma niczego. Ze względu na swoje kalectwo jest zdana wyłącznie na siebie i swoją siostrę, Baby Jane. Tymczasem pani Davis wykreowała nam postać, która stanowi zupełne przeciwieństwo swojej siostry. Doszczętnie zepsuta jędza, która nie jest w stanie pogodzić się z utraconą bezpowrotnie karierą, a swoje frustracje wyładowuje na niedołężnej, ale ciągle popularnej siostrze. Rodzinna miłość, nie ma co:) Jednakże, muszę zaznaczyć, że psychologia głównych bohaterek została tutaj nakreślona bardzo wyraźnie i śmiem twierdzić, że właśnie to jest największą siłą tego obrazu. Siłą tak potężną, że stała się przepustką tego filmu do plejady produkcji kultowych.

Na niekorzyść filmu, moim zdaniem, przemawiają jedynie niektóre mało interesujące sceny, które rozwleczone do granic możliwości mogą jedynie znużyć mniej wytrwałego widza. Ale myślę, że pod koniec seansu zostanie nam to zrekompensowane z nawiązką. Gdyż szaleństwo Baby Jane tak powoli kształtowane przez cały film w zakończeniu osiąga swój punkt krytyczny, którego ofiarą staje się nie kto inny, jak siostra naszej tytułowej bohaterki, Blanche Hudson. Ale równocześnie dowiemy się, że to nasze uosobienie łagodności także nie jest tak do końca niewinne...

Nie jest to z pewnością obraz przeznaczony dla zatwardziałego widza współczesnych produkcji, w których aż roi się od efektów specjalnych. Nie, takim osobom stanowczo odradzam sięgania po tę pozycję. "Co się zdarzyło Baby Jane?" jest filmem skierowanym wyłącznie do osób ceniących sobie nader wszystko inne dobrą fabułę, szczegółową charakterystykę postaci i najczystszą grozę, która objawia się głównie w zachowaniu głównej bohaterki, a nie w widowiskowych efektach.

niedziela, 26 grudnia 2010

"13Hrs" (2010)

Sarah odwiedza swój rodzinny dom w Anglii. Na miejscu spotyka swoich braci oraz przyjaciół, z którymi zerwała kontakt po przybyciu do Stanów Zjednoczonych. Dołącza do zorganizowanej przez nich imprezy w szopie obok domu, która ma niestety nie potrwać zbyt długo... Bowiem w domu jest coś jeszcze, co koniecznie pragnie świeżej krwi...

W przypadku tego filmu pierwsze, co rzuca się w oczy to niski budżet, który o dziwo działa na plus tej produkcji. Uwielbiam, kiedy twórcom brakuje pieniędzy na efekty specjalne, ponieważ w takim wypadku prawie zawsze stawiają na klimat, co jest odczuwalne, jeśli chodzi o "13Hrs". Atmosfera jest największym atutem tej pozycji - przekonała mnie, a co jest chyba najważniejsze przyciągnęła moją uwagę na czas trwania seansu. Film trzyma się sekwencji: klimat-akcja, klimat-akcja. I tak, aż do napisów końcowych. Na dodatek fabuła rozgrywa się w nocy, co dodaje dodatkowego smaczku atmosferze.

Na wstępie muszę koniecznie zaznaczyć, że nie jest to produkcja szczególnie skomplikowana fabularnie, nie wymaga myślenia, więc spokojnie może służyć czystej rozrywce - wystarczy tylko usiąść i patrzeć, reżyser niczego innego od nas nie wymaga. Zresztą dowodem na to są przede wszystkim młodzi bohaterowie z jakże głębokimi problemami, które to jak to często bywa w filmach tego typu znacznie komplikują ich kiepską sytuację. Nie należy również zapominać o okresowej głupocie naszych postaci, która objawia się na przykład w trakcie poszukiwania strzelby przez pewną parę. W obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa ze strony tajemniczej bestii oni... całują się. Dodam jeszcze, że chłopak ma ochotę na coś więcej:)

Reżyser od początku stara się zachować pewną dozę tajemniczości, nie pokazując nam wprost, co poluje na naszych bohaterów. Ale na tym polu chyba mu się nie powiodło, gdyż bardzo łatwo jest się tego domyślić. Za to niezmiernie interesujący jest sposób, w jaki ukazano wydarzenia z punktu widzenia bestii, a mianowicie przez pryzmat czerwieni, a muszę przyznać, że taka barwa dodała akcji nieco smaczku, a na pewno pozytywnie wpłynęła na klimat.

Cała fabuła budowana jest na schematyczności, która w paru przypadkach wyłamuje się z konwencji i potrafi nas miejscami zaskoczyć, ale ogólnie rzecz biorąc bazuje raczej na sprawdzonych metodach straszenia. Poza tym parę elementów, aż prosi się o to, aby o nich wspomnieć, gdyż widzieliśmy je w niezliczonej liczbie wcześniejszych horrorów tego typu i niestety nie działają na plus tej produkcji - przede wszystkim irytują i wybijają widza z tej niesamowitej atmosfery, sprawiając, że uśmiecha się tylko lekceważąco:) UWAGA SPOILER Za przykład może tu posłużyć policja, która przez pół filmu zmierza na miejsce akcji, a kiedy już tam dociera od razu zostaje wyeliminowana z gry. Poza tym typowy jest także brak zasięgu w telefonie komórkowym, co już chyba stało się nieodłącznym elementem horrorów KONIEC SPOILERA. Oczywiście, nie chcę sugerować, że film jest zły, gdyż osobiście bawiłam się na nim świetnie. Zasługą tego poza klimatem były rzecz jasna trupy, które słały się dość gęsto i naprawdę wyglądały niezmiernie przekonująco - rozszarpane ciała nastolatków, leżące w kałużach własnej krwi, a pokazywane nam w całkiem klimatycznych migawkach... Mmmm, czego chcieć więcej? No tak, zapomniałam o muzyce, która wespół ze scenerią tworzyła tę niesamowitą atmosferę zagrożenia - daję słowo, że harmonia muzyki z akcją była doskonale odczuwalna.

Obsadę dobrano w trochę nieprzemyślany sposób. Weźmy za przykład główną bohaterkę odgrywaną przez mało znaną Isabellę Calthorpe, której mimika twarzy ogranicza się do kamiennego oblicza - żadnych uczuć, żadnej dynamiki, po prostu nic. Niezmiernie mnie ona irytowała, dlatego tym bardziej zastanawiam się, co ona robiła w roli głównej. W filmie zagrał także między innymi Tom Felton, kojarzony głównie z serią Harry'ego Pottera. Ale niestety nie miał okazji wydostać się z szufladki, w której tkwi, jako sławny Draco Malfoy, z tego względu, że jego rola nie trwa tutaj zbyt długo. A szkoda, bo osobiście darzę go wielkim sentymentem i chciałabym go zobaczyć w filmie, w którym nie jest tlenionym czarodziejem.

UWAGA SPOILER Film w rzeczywistości jest kolejną opowieścią o wilkołakach, a ja osobiście bardzo cenię takie horrory. Na szczególną uwagę zasługuje tutaj końcowa przemiana Sary, która nawiasem mówiąc należała do najlepszych, jakie widziałam w filmach o wilkołakach. Może z tego względu, że w tym przypadku twórcy doskonale wyczuli efekty specjalne (albo zmusił ich do tego niski budżet), przez co uniknęli przesady, a zyskali realistyczność. I pomijam już fakt, że wilkołaki tutaj są bezwłose (co stanowi pewną nowość), bo jak wiadomo jedni mogą to odebrać, jako plus filmu (oryginalność, powiew świeżości), a drudzy mogą się wkurzyć na takie rozwiązanie (w końcu wilkołaki tak nie wyglądają, itp. itd.) KONIEC SPOILERA.

Podsumowując film "13Hrs" jest solidną produkcją, którą ogląda się naprawdę szybko i przyjemnie. I nie rażą nawet liczne braki logiczności oraz mało przekonujące zakończenie. Chciałam czegoś lekkiego, niewymagającego myślenia i dostałam to. Jeśli ktoś oczekuje tego samego od filmu grozy wraz z klimatyczną atmosferą to ta pozycja jest idealna dla niego. Wielbicielom tzw. "ambitnych horrorów" stanowczo radzę trzymać się od tego filmu z daleka.

czwartek, 23 grudnia 2010

Świąteczne slashery

Z uwagi na zbliżające się święta (niestety) przygotowałam cztery przyjemne slashery, które z pewnością umilą wam czas wyczekiwania na wigilijną kolację. Recenzja będzie dosyć długa, a przedstawię w niej cztery filmu - oryginał i remake jednej historii oraz pierwowzór i sequel innej historii. No to zaczynamy!

W żeńskim akademiku trwają przygotowania do świąt. Jednak jest ktoś kto źle życzy dziewczynom, i który za nic ma wigilię Bożego Narodzenia. Tajemniczy morderca wdziera się na strych domu, w którym przebywają nasze bohaterki i co jakiś czas systematycznie morduje jedną z nich, a resztę denerwuje złowróżbnymi telefonami. Kiedy dziewczyny w końcu orientują się, że coś im grozi zaczyna się śledztwo, którego trop prowadzi do najmniej podejrzanej osoby. W akademiku żańskim zaczynają ginąć dziewczyny. Wszystkie podejrzenia padają na Billy'ego, który niedawno uciekł z zakładu psychiatrycznego, do którego trafił po zabiciu swojej rodziny. W dodatku akademik jest w rzeczywistości jego dawnym domem, w którym to właśnie popełnił on swój makabryczny czyn. Pozostałe przy życiu dziewczyny będą musiały zmierzyć się z oprawcą, ale czy uda im się pozostać przy życiu?Mały chłopiec jest świadkiem morderstwa swoich rodziców dokonanego przez mężczyznę z przebraniu Świętego Mikołaja. Jako sierota trafia do domu dziecka, gdzie wychowuje go twardą ręką siostra zakonna. Kiedy dorasta dostaje pracę w sklepie, w którym pewnego dnia szef zmusza go do włożenia stroju Świętego Mikołaja. Chłopak, który przez wzgląd na swoją przeszłość odczuwa głęboką awersję do tej postaci załamuje się i zaczyna swoją krwawą odyseję.Brat morderczego Mikołaja znanego widzom z pierwszej części filmu, kontynuuje jego dzieło. W noc wigilijną rozpoczyna polowanie na swojego największego wroga z czasów dzieciństwa - siostrę przełożoną z sierocińca.

Konwencja świątecznych slasherów była szczególnie znana w latach 70-80-tych. To właśnie wtedy powstawało multum filmów o seryjnych mordercach, którzy niezmordowanie polowali na swoje ofiary. Twórcy chwytali się wszystkiego, nie szczędząc nawet tak mało związanego z horrorem święta, jak Boże Narodzenie. Ale muszę przyznać, że w wielu przypadkach ten nowatorski pomysł zdał egzamin. Na pewno nieźle na tym wyszedł Bob Clark, który w 1974 roku pokazał światu swoją wersję "szczęśliwych świąt" filmem "Czarne Święta":) Już sam fakt, że o tej produkcji nadal sporo się mówi (pomimo upływu tylu lat) przemawia na jej korzyść. Sama muszę przyznać, że jak na tamte czasy jest to całkiem przyzwoita pozycja, która sporo wnosi do podgatunku, jakim jest slasher, posiada sporo cech godnych uwagi, ale równocześnie odrobinę rozczarowuje. No właśnie, zawiodło mnie przede wszystkim ubogość akcji przez większą część filmu, która przerywana jest jedynie co jakiś czas jednym trupem. Ale nawet te małe bonusy w postaci paru bezkrwawych morderstw nie rekompensują nam nudnawej fabuły, która bez duszącego klimatu byłaby jedynie kolejną horrorową sieczką. No właśnie, nieuchronnie przechodzimy do klimatu, który towarzyszy nam przez cały seans, a w połączeniu z dziwnymi telefonami (które jak miałam wrażenie, stanowiły chyba centralną oś filmu) wywołuje naprawdę piorunujący efekt. Poza tym reżyser chyba oczekiwał interakcji widza z bohaterami, na co ewidentnie wskazuje jego upór w dokładnym przedstawieniu postaci. Przyszłe ofiary poznajemy bardzo dobrze - znamy zarówno ich wady, jak i zalety. Ale czy można to zaliczyć do plusów tej produkcji? Z jednej strony takie rozwiązanie może być nudne. W końcu to slasher, a więc spodziewamy się po nim rozlewu krwi poprzez ukazanie ciekawych scen mordów. Ale jeśli spojrzeć na to z drugiej strony to mamy całkiem nowatorski żeby nie rzec oryginalny pomysł na film. Współczuć ofiarom na pewno nie będziemy (to nie ten typ horroru), ale miejscami może nam się zrobić trochę żal, że jakaś tam postać nie będzie nas już bawić w dalszej części filmu. Moim zdaniem najlepszą, a zarazem najzabawniejszą bohaterką była Barb, która zginęła zdecydowanie za szybko, ale przez ten czas, kiedy jeszcze mogłam ją oglądać zapewniła mi nie lada frajdę. Górnolotnie dodam, że za wyjątkiem klimatu tylko ona skutecznie umilała mi pierwszą połowę seansu (główna bohaterka nie dorastała jej do pięt). Aktorstwa nie będę komentować, gdyż wiadomo, że w tamtych czasach raczej nie ono było najważniejsze:) A czy film posiada klimat świąteczny? Absolutnie tak, począwszy od pierwszego ujęcia, kiedy to słyszymy kolędę "Cicha noc" przez cały czas twórcy oferują nam jakieś świąteczne nutki. Wystrój akademika także daje nam jasno do zrozumienia, jaki okres roku panuje podczas akcji filmu:) UWAGA SPOILER Należy tu jeszcze wspomnieć o tym, że w tym przypadku nie w ogóle nie poznamy tożsamości mordercy, co zapisuję na plus tej produkcji. Takie niedopowiedzenia fabularne zawsze idealnie trafiały w mój gust i myślę, że reszta widzów także powinna być z tego niezmiernie zadowolona) KONIEC SPOILERA.

Nic dziwnego, że tak głośny slasher, jakim są "Czarne Święta" doczekał się remaku. W 2006 roku Glen Morgan zaprezentował nam film, którego polski tytuł brzmi "Krwawe Święta" i niestety nie powtórzył sukcesu swojego poprzednika. A naprawdę szkoda, gdyż moim skromnym zdaniem, jako slasher spełnia swoje zadanie całkowicie. Pozbawiony nastroju pierwowzoru przebił go, jeśli chodzi o ilość oraz spektakularność krwawych scen. To prawda, że klimat też jest ważny w tego typu horrorach, ale przegrywa w starciu z scenami zabójstw. Dlatego właśnie między innymi wolę remake (za co pewnie zostanę zlinczowana). Poza tym do gustu przypadła mi także obsada. Grupka znanych hollywoodzkich dziewczyn, które wydają się wprost stworzone do ról w slasherach. Dodajmy do tego jeszcze profil mordercy, jego trudne dzieciństwo i swoistą obsesję na punkcie wyrywania ludziom oczu:) Zakończenie także można określić, jako w miarę zaskakujące, jednakże dla uważnego widza raczej nie powinno być niespodzianką. Klimat świąt jest tutaj doskonale wyczuwalny - muzyczka świąteczna, wszystkie te ozdóbki, choinka, prezenty. Myślę, że remake w tym przypadku był potrzebny i przynajmniej jeśli o mnie chodzi nie psuje swoją obecnością pierwowzoru. Ba, nawet go odrobinę przebija, ale tą ocenę pozostawiam już każdemu wedle jego gustu.

Charles Sellier Jr. zrobił horror, który doczekał się, aż pięciu kontynuacji, z których jedną przytoczę w dalszej części recenzji. "Cicha noc, śmierci noc" niewątpliwie posiada już status filmu kultowego. Zrealizowany z 1984 roku slasher cieszy się tak ogromnym powodzeniem zapewne z dwóch powodów: jednym jest zachowanie stylu tamtych lat objawiającego się poprzez ukazanie oryginalnych scen morderstw okraszonych małą dawką komizmu fabularnego. Poza tym film niezaprzeczalnie zachowuje swoisty klimacik duszącego wręcz niebezpieczeństwa ozdobionego piorunującą muzyką. Ale tak słodko na pewno nie będzie:) Bowiem w tym przypadku irytować może brak logiczności w zachowaniu niektórych bohaterów oraz stały tekst mordercy, który nieustannie wykrzykuje: KARA! Poza tym, wiem, że w tym podgatunku to jest raczej konieczne, ale mnie zawsze denerwowały sceny z tzw. golizną. Z tego co zauważyłam to prawie każda ofiara płci żeńskiej ginie tutaj z piersiami na wierzchu... Jednakże muszę przyznać, że sposób przedstawienia postaci mordercy jest niezwykle intrygujące, jak na slasher. Mamy tutaj dokładnie przedstawione dzieciństwo naszego bohatera, mamy dokładny wgląd w jego psychikę, w której szczególnie uwypukla się awersja do Świętego Mikołaja (ze zrozumiałych powodów) oraz niechęć do siostry przełożonej w sierocińcu (tutaj także powody są doskonale znane) - zawsze uważałam zakonnice za największe jędze tego świata:) Dokładnie wiemy, dlaczego Billy zaczął zabijać i jaki koszmar przeżył w przeszłości. Szczerze, to nawet trochę możemy go zrozumieć. Ale takie przedstawienie postaci zadziałało także w drugą stronę, odbierając nam frajdę w dociekaniu tożsamości mordercy, co zawsze bardzo podobało mi się w slasherach. Klimat świąt nie jest już tutaj tak bardzo wyczuwalny, jak w "Czarnych świętach", ale wszelakie ozdoby świąteczne pozostają widoczne, a i świątecznej muzyczki także możemy tutaj posłuchać.

Sequele, sequele - moda na nie chyba nigdy się nie skończy. A szkoda, bo gdyby tylko twórcy zauważyli wreszcie z łaski swojej, że z zasady ich powstawanie nie ma większego sensu to może zaoszczędziliby fanom gatunku sporo irytacji. Właśnie w taki sposób zareagowałam na produkcję Lee Harry'ego pt. "Cicha noc, śmierci noc 2" z 1987 roku. kiedy oglądałam pierwsze 40 minut filmu. Szczerze, to nie wiem dlaczego nie przewinęłam, gdyż akurat w tym czasie raczono mnie retrospekcją z części pierwszej. Tak, tak nie żartuję - tak więc jeśli ktoś nie widział jedynki to może śmiało sięgnąć od razu po kontynuację, gdyż przedstawia ona najważniejsze wydarzenia z pierwowzoru. Druga połowa filmu prezentuje się już znacznie lepiej. Może profil mordercy nie jest tak szczegółowy, jak to miało miejsce w jedynce, ale zabójstwa są już o wiele bardziej interesujące. Więcej krwi, mniej psychologii - tak mogłabym w skrócie streścić fabułę tego slashera. Aha, jeśli chodzi o klimat świąteczny to tutaj wyczujemy go jedynie pod koniec, ale nie odgrywa on większej roli, więc w tym okresie przedświątecznym raczej nie jest obowiązkową pozycją.

Na koniec chciałabym życzyć wszystkim Wesołych Świąt:)

sobota, 18 grudnia 2010

"Nowa córka" (2009)

Samotny ojciec wraz z dwójką dzieci przeprowadza się do nowego domu na odludziu. Wkrótce potem jego nastoletnia córka zaczyna dziwnie się zachowywać. Jej ojciec podejrzewa, że na dziewczynę ma wpływ dziwny kopiec, który znaleźli niedaleko domu.

Nie wiem, jak mam ocenić ten film. Pierwsza połowa jest typowym obrazem rozterek samotnego ojca związanych z problemami dorastającej córki. Za to druga połowa jest już bezsprzecznie horrorem, ale niestety nie w najlepszym wydaniu. I o dziwo o wiele bardziej podobała mi się pierwsza część filmu. Czemu? Pewnie dlatego, że nie była aż tak bardzo naciągana. UWAGA SPOILER Z całym szacunkiem, ale potworki mieszkające w kopcu, a do tego słuchające swojej królowej, którą okazuje się córka głównego bohatera jakoś do mnie nie przemawiają. Że już nie wspomnę o ich sztucznym wyglądzie. Spece od efektów specjalnych jak zwykle popisali się swoim brakiem wyczucia w tym gatunku filmowym. Jedyne co im wyszło to dźwięki, jakie z siebie wydawały owe potwory. Chwilami naprawdę potrafiły wywołać ciarki na plecach KONIEC SPOILERA.

Skoro więc fabuła nie jest jakimś mistrzostwem świata to przyjrzyjmy się obsadzie. W roli głównej nie kto inny, jak Kevin Costner, którego osobiście nie trawię, ale talentu aktorskiego nie można mu odmówić. Obok niego zobaczymy Samanthę Mathis oraz Ivanę Baquero sławną Ofelię z "Labiryntu Fauna".

Narracja filmu nie należy oczywiście do najszybszych. Można nawet śmiało powiedzieć, że wlecze się niemiłosiernie - chwilami miałam nawet wrażenie, że nie doczekam się żadnej akcji. No, ale jak już się jej doczekałam to żałowałam, że nie cieszyłam się tym rozwinięciem obyczajowym stanowiącym pierwszą połowę filmu. O wiele bardziej podobał mi się ten ślamazarny początek, kiedy to można było odczuć jakąś atmosferę oczekiwania i intrygującej tajemnicy. A kiedy już ta tajemnica została rozwiązana film stracił cały klimat, a w zamian zyskał irytujące efekty specjalne i naciągane elementy fabularne. Jednakże pozostaje jeszcze zakończenie, które szczerze mówiąc odrobinę mnie zaskoczyło - otóż, spodziewałam się kolejnego łzawego happy endu, ale ku mojej ogromnej radości dostałam ciekawe niedopowiedzenie, które pozostawiam każdemu do indywidualnego przemyślenia. Chociaż to widzowie mogą sobie przemyśleć po skończonym seansie, bo za dużo takich smaczków tutaj nie znajdziecie.

Cóż mogę dodać? "Nowa córka" jest filmem średnim przeznaczonym wyłącznie dla niewymagających widzów. Z nudów można go zobaczyć, ale radzę nie mieć względem niego zbyt wygórowanych oczekiwań.