Marie, obecnie mieszkająca w Ameryce, wraca do rodzinnej Rosji, aby dowiedzieć się czegoś o swoich rodzicach, których nie znała. Zatrzymuje się na starej rodzinnej farmie, gdzie spotyka mężycznę, który twierdzi, że jest jej bratem bliźniakiem. Wkrótce oboje zaczynają widzieć swoich sobowtórów.poniedziałek, 18 kwietnia 2011
"Porzuceni" (2006)
Marie, obecnie mieszkająca w Ameryce, wraca do rodzinnej Rosji, aby dowiedzieć się czegoś o swoich rodzicach, których nie znała. Zatrzymuje się na starej rodzinnej farmie, gdzie spotyka mężycznę, który twierdzi, że jest jej bratem bliźniakiem. Wkrótce oboje zaczynają widzieć swoich sobowtórów.sobota, 16 kwietnia 2011
"Wilk" (1994)
Will Randall pewnej nocy podczas pełni księżyca potrąca samochodem wilka. Kiedy próbuje go dotknąć zwierze rani go i ucieka. Po tym incydencie Will zauważa u siebie znaczne zmiany - przede wszystkim poprawia mu się wzrok i słuch. Jednakże z czasem Will odkrywa, ze nocami robi straszne rzeczy, których w dodatku nie pamięta.
Fabuła jest logicznie skonstruowaną, wciągającą historią, osadzoną w realiach amerykańskiej metropolii. Wszystko, rzecz jasna, kręci się wokół Willa Randalla, więc żeby wszystko się udało reżyser Mike Nichols musiał obsadzić tę rolę odpowiednim aktorem, który by ją udźwignął. I tutaj pierwszym strzałem w dziesiątkę był Jack Nicholson, którego specyficzny sposób gry zabarwiony nutką ironii i cynizmu doskonale pasował do tego obrazu. Dzięki niemu film nie tylko oscylował na granicy horroru i melodramatu, ale niejednokrotnie również bawił - taki mały miszmasz gatunkowy. Drugą idealną rolą okazała się postać Laury Alden, kochanki Willa, obsadzoną kolejną hollywoodzką gwiazdą Michelle Pfeiffer. Bardzo lubię filmy z tą panią, a i w tym przypadku mnie nie zawiodła.czwartek, 14 kwietnia 2011
"Eden Lake" (2008)
Survival horror, który wywołał niemało szumu w światku kina grozy. Widzowie rozpływali się w zachwytach, jaki to ten film jest realistyczny, jak bardzo prawdziwy. A więc przekornie zacznę od minusów tej produkcji, które ewidentnie przeszkadzały mi w odbiorze. Przede wszystkim idiotyczne było zachowanie Steva podczas pierwszego spotkania z bandyckimi nastolatkami - każdy na jego miejscu od razu uciekałby, gdzie pieprz rośnie, ale on postanowił zgrywać twardziela i choć psychopaci zniszczyli jemu i jego dziewczynie sielski wypoczynek to on i tak uporczywie prowokował oprawców. Drugim elementem, który mnie nie zadowolił był pościg za Jenny, która dziwnym trafem wpadała tylko i wyłącznie na swoich wrogów, przyjaciół psychopatycznych nastolatków, a scena kiedy nadziewa się na pręt przeszła już moje najśmielsze oczekiwania. Choć jest to zapewne najkrwawszy moment filmu to niestety okoliczności w jakich Jenny rani się owym prętem są krótko mówiąc nieprawdopodobne. Jakie było prawdopodobieńswo, że w całym lesie nadzieje się właśnie na ten pręt? Właśnie przez te nierealne zbiegi okoliczności "Eden Lake" nie oglądało mi się za dobrze. Rozumiem, że w takich filmach często się one zdarzają, ale co za dużo to niezdrowo.środa, 13 kwietnia 2011
"Zniknięcia" (2008)
Sama historia przedstawiona w filmie to połącznie psychodramy z horrorem nastrojowym. Mamy tutaj większość ogranych chwytów, które są nam tak dobrze znane z produkcji hollywoodzkich - ręka wystająca spod łóżka, dziwne głosy, duchy wyskakujące w niespodziewanych momentach... To wszystko jest nam już idealnie znane, a jeśli dodam, że fabularnie film jest niebywale przewidywalny, łącznie z oczywistym zakończeniem to chyba nikogo nie zachęcę do obejrzenia tej pozycji... Ale z drugiej strony, pomijając już te mankamenty, które wymieniłam mamy tutaj do czynienia z ciekawym spojrzeniem na problemy biednej dzielnicy w Anglii oraz rozpaczy po stracie członka rodziny. Nie tylko Matthew cierpi, gdy jego brat znika, ale również jego ojciec- ich ból jest wręcz namacalny, co oczywiście działa także na widza. W końcu współczujemy zarówno im, jak i przyjacielowi Matta, który rozpacza po zniknięciu siostry. To jest właśnie ten wymiar psychologiczny filmu, który wypada o wiele lepiej niż aspekt grozy, który niestety jedyne co nam oferuje to zwykłe kalki innych horrorów nastrojowych, powtarzanych coraz to uporczywiej w kolejnych tego typu pozycjach. Więc, moim zdaniem "Zniknięcia" zasługuje na uwagę widzów poszukaujących dobrego, psychologicznego filmu - wielbiciele oryginalnych horrorów nastrojowych mogą sobie odpuścić.
Akorstwo wypada nadzwyczaj przekonująco, co na standardy europejskie jest nieco zaskakujące. Głównego bohatera wykreował Harry Treadaway. Obserwowałam go bardzo uważnie, gdyż na oko nie wyglądał mi na profesjonalistę, ale przekonałam się, że wygląd to nie wszystko, gdyż do jego zdolności aktorskich po prostu nie można się przyczepić. No i nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o Tomie Feltonie, który ma już doświadczenie w głośnych produkcjach ("Harry Potter"), więc z jego strony możemy spodziewać się tylko pełnej profeski. Dodam jeszcze, że mam słabość do tego aktora - strasznie mi się podoba, więc w tym aspekcie mogę być odrobinę nieobiektywna:)Podumowując, film "Zniknięcia" jest całkiem solidną produkcją, która mimo przewidywalności siłą rzeczy wciąga - może właśnie przez ten apekct psychologczny. Jeśli ktoś ma ochotę na trochę poważniejszy horror niż te wszystkie rąbanki serwowane nam przez Hollywood to może śmiało sięgnąć po ten film.
sobota, 9 kwietnia 2011
"Dziecko Rosemary" (1968)
Rosemary i jej mąż Guy wprowadzają się do nowego mieszkania na Manhattanie. Zaprzyjaźniają się ze starszym małżeństwem mieszkającym w sąsiedztwie - Minnie i Romanem Castevetami. Wkrótce Rosemary zachodzi w ciążę. Kobieta jest przekonana, że jej sąsiedzi chcą odebrać jej dziecko, a wkrótce potem zaczyna podejrzewać, że są oni wyznawcami Szatana.
"Dziecko Rosemary" jest horrorem psychologicznym z elementami satanistycznymi. Produkcja ta stała się kamieniem milowym w tym gatunku, nigdy się nie zestarzała i słusznie zyskała status filmu kultowego. Fabuła, okraszona niepokojącą muzyką, posiada zarówno elementy grozy, jak i ironicznego poczucia humoru. Postacie są tak wyraźnie nakreślone i wspaniale zagrane, że widz siłą rzeczy sympatyzuje z jednymi równocześnie innych potępiając. Nasza główna bohaterka Rosemary Woodhouse może oddziaływać na widza w dwojaki sposób - ktoś może sądzić, że kobieta w miarę upływu czasu popada w coraz większe szaleństwo, natomiast ktoś inny spojrzy na nią pod zupełnie innym kątem - uwierzy, że Rosemary ma rację, że żyje w otoczeniu satanistów. Jeśli ktoś skłoni się ku drugiej wersji z biegiem czasu zacznie podejrzewać wszystkich bohaterów, poza samą Rosemary, o praktykowanie czarnej magii. W takim wypadku widz będzie czuł dokładnie to, do czego zmierzał Levin w swojej powieści - paranoję, manię prześladowczą oraz wszechobecne spiski. Ja na przykład wierzyłam, że każdy bohater, który pojawił się w życiu Rosemary jest zły - kupiłam wersję narzuconą przez Levina w powieści, iż mam do czynienia z szaleństwem całej aglomeracji miejskiej. To naprawdę niesamowity efekt - właśnie tak na umysł widza powinien oddziaływać horror psychologiczny. Jeszcze jedną bohaterką, o której warto jest wspomnieć jest Minnie Castevet. Jest to postać, aż do przesady groteskowa. Starsza kobieta nosząca stroje w krzykliwych kolorach, z przesadzonym makijażem. Minnie jest osobą, która z jednej strony wzbudza niepokój widza, a z drugiej go rozśmiesza.
Polański zadbał przede wszystkim o klimat swojego filmu. Nastrój z biegiem czasu staje się coraz gęstszy, coraz bardziej paranoiczny. Stopniowanie atmosfery początkowo tak subtelne, na końcu osiąga niejaką kulminację pozostawiając widza w lekkim oszołomieniu. No tak, bo zakończenie jest naprawdę sporym zaskoczeniem zarówno dla osób wierzących w spiskową teorię Rosemary, jak i tych, którzy skłaniali się ku jej szaleństwu. Myślę, że zaskoczenie bierze się z lekko ironicznej wymowy finału. UWAGA SPOILER Otóż Rosemary, która przez całą akcję filmu zapierała się rękami i nogami przed zaakceptowaniem satanistycznych skłonności swoich nowych znajomych oraz męża na końcu wybiera życie z nimi tylko po to, aby być blisko swojego syna Antychrysta. Macierzyńskie instynkty wygrywają u niej z duchowym sprzeciwem, który narzuca jej potępianie Szatana KONIEC SPOILERA. piątek, 8 kwietnia 2011
"Pozwól mi wejść" (2010)
Film jest zarówno remakiem szweckiego filmu z 2008 roku jak i ekranizacją książki Johna Ajvide Lindqvista. Nie będzie żadnych porównań, ponieważ ani nie oglądałam oryginału, ani nie czytałam książki. Do amerykańskiej wersji "Pozwól mi wejść" długo nie mogłam się zebrać, gdyż nie przepadam za rozreklamowanymi horrorami, więc spodziewałam się taniej rozrywki z masą efektów specjalnych. W pewnym sensie jestem miło zaskoczona tym filmem, ale tylko odrobinę, gdyż w moim mniemaniu produkcja ta ma tyle samo plusów, jak i minusów.
Szczerze mówiąc niezwykle trudno jest ocenić ten film pod kątem horroru. Wprawdzie twórcy oferują nam kilka scen grozy, ale niestety garściami czerpią one z innych tego typu filmów. W dodatku cały "strach" pokazany w tym obrazie sprowadza się do efektów specjalnych, więc jeśli chodzi o mnie tego strachu w ogóle nie ma. W końcu kogo są w stanie przerazić efekty komputerowe, obrazujące przede wszystkim naszą wampirzycę hasającą po ekranie i siejącą śmierć? Żeby jeszcze wygląd tej wampirzycy po przemianie był interesujący... ale niestety, w tym aspekcie niczego nadzwyczajnego także nie zobaczymy. Są też i krwawe sceny. Ofiary, które są wręcz rozrywane na strzępy przez Abby, w jakże realistycznych scenach mordów. "Pozwól mi wejść" jest filmem wysokobudżetowym, więc na przekonującą konsystencję sztucznej krwi można liczyć. W tym aspekcie, na szczęście, się nie zawiodłam. Mimo, że film bazuje głównie na klimacie to mogłam cieszyć oko paroma momentami gore, więc choćby za to jestem wdzięczna twórcom tej produkcji. Dodam jeszcze, że moim zdaniem najlepsza scena, która myślę, że na długo zapadnie mi w pamięci to akcja w szpitalu, gdy kobieta najpierw pije swoją krew, a następnie ginie w płomieniach.środa, 6 kwietnia 2011
"Za ścianą" (2008)
Ostatnio telewizja częściej wyświetla horrory, z czego jestem bardzo zadowolona. Już pomijam poziom tych filmów - ważne, że pokazywane są produkcje grozy, których jeszcze nie mam w swojej kolekcji:) Tak więc wczoraj przyszła kolej na "Za ścianą". Przyznam się, że bardzo lubię oglądać filmy nakręcone specjalnie dla telewizji - niski budżet gwarantuje minimum efektów komputerowych. Dlatego z wielkim entuzjazmem zasiadłam do tej produkcji. Na początku muszę ustalić jedno: mimo moich dobrych przeczuć odnośnie tej pozycji nie jest to jakieś wybitne dzieło, film jest zaledwie średni, więc w jakimś tam stopniu zawiodłam się. Zacznę od minusów. Po pierwsze twórcy nie bardzo postarali się o fabułę. Szczerze mówiąc jest aż do bólu schematyczna i przewidywalna. Od momentu, gdy na scenę wychodzi emerytowany ksiądz i ostrzega wszystkich przed przebudową latarni (ale oczywiście nikt go nie słucha) widz wie, że to duchowny ma rację, którego rzecz jasna wszyscy mają za wariata. W ilu to horrorach mieliśmy podobny motyw domniemanego szaleńca, który przestrzega głupich ludzi przed niebezpieczeństwem? Jeśli dodamy do tego znany już wątek powrotu dziewczyny do rodzinnego miasteczka w dodatku gnębionej złymi wspomnieniami to otrzymamy horror nastrojowy jakich wiele. Jeśli ktoś liczy na sporą dawkę strachu to w tym aspekcie także się zawiedzie - od czasu do czasu usłyszymy jakieś tajemnicze szepty, a na końcu zobaczymy kiczowatego ducha, który jedyne co osiągnął swoim pojawieniem się to wybuch mojego śmiechu.
Ale są również plusy. Na początek odtwórczyni głównej roli Lindy Booth, znana już wielbicielom kina grozy, która ostatecznie przekonała mnie do siebie w filmie "Kłamstwo" (2005), a i w tym przypadku wywiązała się ze swojego zadania bardzo przyzwoicie. Szczerze mówiąc z całej obsady tylko ona jedyna jako tako udźwignęła swoją rolę. Reszta aktorów wypada przy niej blado i mało przekonująco. Twórcy zadbali również o klimat, który miejscami był w miarę mroczny, ale tylko miejscami, bo tych nastrojowych momentów było naprawdę bardzo mało. Poza tym dodam jeszcze, że mimo sztampowej fabuły wciągnęła mnie ta historia. Na pewno się nie nudziłam, a to już coś.sobota, 2 kwietnia 2011
"April Fool's Day" (2008)
Remake filmu Freda Waltona z 1986 roku. Porównywać oba te filmy raczej nie wypada, gdyż fabularnie różnią się one diametralnie. Osoby, które widziały remake będą wiedzieć jak to wszystko się skończy, ale poza tym wszystko jest tutaj inne niż w pierwowzorze. No właśnie, co się tyczy fabuły to pozornie jest ona odrobinę zagmatwana, ale tylko pozornie, gdyż już po pierwszym morderstwie można domyślić się całej intrygi - reżyser w tym aspekcie w ogóle się nie popisał, tworząc dzieło do bólu przewidywalne, żeby nie rzec oklepane. "April Fool's Day" na tle innych współczesnych teen-slasherów nie wypada tak źle. Mamy kilka ciekawych scen mordów oraz całkiem wartką akcję, która na pewno nie nudzi mimo swojej przewidywalności. Jednakże jest to obraz, który zapomina się zaraz po obejrzeniu, nie zaskakuje nas niczym nowym. Jeśli ktoś liczy na wyczuwalny nastrój grozy w tej produkcji to niech zapomni - klimatu nie ma wcale, to nie jest pozycja, która choć w najmniejszym stopniu bazowałaby na atmosferze. Ot, zwykła rąbanka z zakończeniem, który niedoświadczonego widza horrorów może w jakimś tam stopniu zaskoczyć.niedziela, 27 marca 2011
"The Collector" (2009)
cąc spłacić dług zaciągnięty u byłej żony postanawia obrabować dom swojego pracodawcy. Jednakże po wejściu, w jego mniemaniu, do pustego domu szybko odkrywa, że rodzina, u której pracuje Arkin stała się zakładnikami mordercy, zwanego Kolekcjonerem. Cały dom okazuje się być jedną wielką pułapką naszpikowaną śmiercionośnymi konstrukcjami. Arkin będzie musiał uratować nie tylko siebie, ale również pojmaną rodzinę. Kolejna produkcja nacechowana scenami torture-porn. Fabuła, prosta jak konstrukcja cepa, w tym przypadku schodzi na drugi plan. Najważniejsze są jakże efektowne sceny tortur i mordów. Nie sposób nie uniknąć porównywania tej pozycji do serii "Saw" - w końcu mamy tutaj skonstruowane przez tytułowego mordercę pułapki. Jednakże niewątpliwym atutem tego filmu jest również klimat, którego późniejszym "Piłom" niewątpliwie brakowało. Narastającą atmosferę grozy, podkreśloną przez elektryzująca muzykę najłatwiej jest wyczuć podczas wędrówek głównego bohatera po domu. Myślę, że zarówno jakże realistyczne sceny modów, jak i te nacechowane wyczuwalną klimatycznością zasługują na uwagę widza. Poza tym postać mordercy, która wyróżnia się przede wszystkim oryginalną maską naci
ągniętą na twarz także jest niczego sobie. Niewątpliwym minusem filmu jest odtwórca głównej roli - Josh Stewart, który zaprezentował widzom taką amatorkę, żeby nie rzec parodię gry aktorskiej, że aż płakać się chciało. Obsadzenie tego pana w roli głównej było największym błędem reżysera. Pozostali aktorzy utrzymują przyzwoity poziom, a na szczególną uwagę zasługuje Andrea Roth, która chyba jako jedyna z całej obsady filmu zachowała najwyższy poziom realizmu w kreacji swojej postaci.
"The Collector" nie należy do produkcji, posiadającej jakieś przesłanie, czy też drugie dno. Jest to prosta, niewymagająca myślenia rąbanka. Poza tym twórcom nie udało się uniknąć kilku nielogiczności, które choć nie wpływają zbytnio na jakość filmu to niestety, aż rażą po oczach - jestem pewna, że żaden uważny widz nie przegapi tych momentów. Więc, czy mimo tylu wad jest to film, na którego warto marnować czas? Myślę, że powstał on głównie z myślą o wielbicielach krwawego kina grozy i przede wszystkim im może przypaść do gustu. W końcu jest tutaj wszystko, co takie osoby cenią w horrorach. Ale zwolennikom cięższego intelektualnie kina szczerze odradzam. W końcu jest to film, którym można się cieszyć tylko podczas seansu i na pewno nie zostanie na długo w pamięci widza.
czwartek, 24 marca 2011
"Koszmar minionego lata" (1997)
jaciół wraca z zabawy z okazji święta 4 lipca. Przez przypadek potrącają samochodem mężczyznę. Przekonani, że go zabili postanawiają pozbyć się zwłok - nawet wówczas, gdy ofiara daje oznaki życia. Rok później młodych ludzi zaczyna nękać ktoś, kto twierdzi, że wie, czego dopuścili się oni zeszłego lata. Na początku tajemniczy osobnik tylko się z nimi bawi, ale wkrótce zabawa zamienia się w walkę o życie. Któż nie słyszał o jednym z najsłynniejszych slasherów w historii tego podgatunku? Jim Gillespie idąc śladami Wesa Cravena i jego "Krzyku" nakręcił teen-slasher, który mimo upływu lat nadal święci triumfy na scenie filmowego horroru. Co sprawia, że "Koszmar minionego lata" zyskał tak wielką popularność, spory sukces kasowy oraz doczekał się dwóch kontynuacji? Na pewno nie przyczyniła się do tego fabuła, ponieważ mimo, że wciągająca niestety nie grzeszy oryginalnością. Ot, kolejna wariacja na temat najbardziej znanej miejskiej legendy o mordercy z hakiem, który systematycznie wykańcza niezbyt bystre nastolatki. Jednakże nie można odmówić tej produkcji interesującego sposobu poprowadzenia narracji. Cała historia jest zgrabnie przedstawiona, a na szczególną uwagę zasługuje przede wszystkim psychologiczny aspekt nękania głównych bohaterów, bo choć morderstwa są pomysłowe to jak na typowy teen-slasher przystało niezbyt krwawe.
Bohaterowie to czwórka niezbyt rozgarniętych nastolatków. Chyba najmądrzejsz
a z nich wszystkich Julie James to dziewczyna, która mimo upływu czasu nadal zmaga się z wyrzutami sumienia po nieszczęśliwym wypadku sprzed roku. Postać odgrywana przez znaną i lubianą przeze mnie gwiazdeczkę Hollywoodu Jennfer Love Hewitt mimo swojej apatycznej osobowości da się lubić. Później mamy lokalną królową piękności Helen Shivers, tępą blondynkę, dbającą wyłącznie o swój własny wygląd. W tej roli Sarah Michelle Gellar, na jej temat nie będę się wypowiadać, bo to moja ulubiona aktorka, więc w tym aspekcie mogę być niesprawiedliwa. Jednakże na uwagę zasługuje fakt, że Gellar nie tylko w tym filmie odegrała wyjątkowo pustą blondynę - podobną rolę miała w "Krzyku 2" i moim skromnym zdaniem nie zasługuje na takie bezbarwne rólki. Bary Cox to mężczyzna z prawdziwego zdarzenia, napakowany macho, spędzający wolny czas w siłowni. Ryan Phillippe, przystojniaczek, spisał się całkiem nieźle, na pewno przyjemnie się na niego patrzyło:) No i na koniec Ray Bronson, biedny
rybak o ciapowatym usposobieniu. Tę postać wykreował Freddie Prinze Jr., a do jego gry aktorskiej także nie mam żadnych zastrzeżeń, choć osobiście za nim nie przepadam. No i na koniec postać mordercy Bena Willisa - mężczyzna w stroju rybaka dzierżący w ręku hak, sprawiający niepokojące wrażenie tylko w przebraniu, gdyż kiedy tylko ukazuje widzom swoją twarz cały czar pryska. Nie widzimy już tajemniczego, żądnego krwi upiora tylko zwykłego faceta z krwi i kości, na dodatek niezbyt młodego:) Jak widać postacie stereotypowe, ale ten fakt w ogóle nie szkodzi filmowi. Szczerze mówiąc bardzo zżyłam się z bohaterami mimo ich ciągle widocznej głupoty.
Podobał mi się klimat tego filmu oraz sposób poprowadzenia akcji. Jak by na to nie patrzeć całość trzyma w napięciu aż do ostatnich minut seansu. Reżyser serwuje nam parę scen,
na których podskoczymy raczej z zaskoczenia niż strachu (szczególnie w finale) oraz wystarczającą ilość mordów, co gwarantuje nam, że nudzić na pewno się nie będziemy. Mimo tego, że to typowy, schematyczny slasher nie uświadczymy tutaj znużenia - narracja nam na to nie pozwoli. Więc chyba raczej "Koszmar minionego lata" w pełni zasłużył sobie na popularność i niesłabnące zainteresowanie wśród widzów horrorów.
Myślę, że nie ma osoby, która by tego filmu nie widziała (sama oglądałam go kilkanaście razy), więc polecać chyba nie muszę go nikomu. Jest to jeden z niewielu teen-slasherów, który mimo upływu tylu lat od premiery nadal jest żywy w pamięci wielbicieli gatunku. Choć nie straszy to na pewno wciąga i stanowi miłą rozrywkę na nudny wieczór. Obok trylogii "Krzyku" jest to mój ulubiony, ponadczasowy horror młodzieżowy i na pewno wrócę do niego jeszcze nie raz.




