Stronki na blogu

środa, 13 marca 2013

Cenzura? Inkwizycja?

Odchodząc na chwilę od tematyki bloga pragnę zwrócić uwagę na kolejne absurdy naszego kraju. Po wyświetleniu przez telewizję publiczną skeczu znanego kabaretu Limo, natrząsającego się z katolików i papieża, PiS pragnie ukarać TVP2 za wyświetlanie audycji szerzących ateizację w Polsce (oczywiście, jak zwykle mają widzów za kompletnych debili, będąc przekonanymi, że z powodu kabaretu zmienią swoją wiarę…). Co najciekawsze nasza „kochana” telewizja grzecznie przeprosiła za to „niedopatrzenie”, co jest kolejnym dowodem na to, że w TVP nie uświadczymy tzw. wolnych mediów, korzystających z wolności słowa i wyznania - nieuzależnionych od polityków. Do czego to wszystko się sprowadza? Odpowiedź sama się nasuwa – zaczniemy od jawnego cenzurowania telewizji publicznej i kabaretów (a ja głupia myślałam, że kabarety cechuje wolność humorystycznych wypowiedzi), potem przerzucimy się na telewizje komercyjne i tylko patrzeć, aż skończy się dystrybucja filmów antychrześcijańskich (co nie jest takie niemożliwe, jeśli weźmiemy pod uwagę protesty PiS, które swego czasu tyczyły się głośnego obrazu Larsa von Triera pt. „Antychryst”).
Kolejna sprawa to tzw. akcja przeciwko ateizacji Polski, która jawnie narzuca nam tylko jedno wyznanie, a każdy, kto owo wyznanie krytykuje wylatuje poza nawias społeczeństwa. Ot, taka łagodniejsza Inkwizycja, która z czasem może przybrać drastyczniejsze formy. Media (nawet te komercyjne) już są całkowicie chrześcijańskie (podobnie, jak ten kraj) – wystarczy włączyć, jakikolwiek program informacyjny czy to TVN24, czy Polsat News, żeby przekonać się, iż ostatnimi czasy tylko jedno im w głowie – wybór nowego papieża, a jak już zostanie wybrany to z pewnością znajdą kolejny news o chrześcijanach – jakoś inne wiary zawsze im umykają.
Konkluzja jest prosta – brak cenzury w Polsce w przeciwieństwie np. do Wielkiej Brytanii jest rzeczą, którą najbardziej cenię sobie w tym kraju, a jak PiS w końcu postawi na swoim i ją wprowadzi to będę niestety musiała pożegnać się z tym krajem, bo w tzw. wolnym państwie chciałabym móc decydować chociaż o tym, co oglądać, a co nie. Nazwijcie ten wpis szerzeniem ateizacji – z mojego punktu widzenia to prośba o uszanowanie wszystkich wiar (i braku wyznania), bo skoro mnie nie przeszkadza natrząsanie się z ateizmu przez kabareciarzy to chciałabym tego samego od tej drugiej strony. Troszkę dystansu do siebie – dajcie prawdziwym katolikom, dla których najważniejsza jest wiara, a nie polityczne przepychanki oraz ateistom (bo jak na razie wszystko kręci się wokół tych dwóch grup) wierzyć w to, w co chcą, bez zmuszania kogokolwiek do swoich przekonań. Bo prawdziwy katolik w głębokim poważaniu ma to, co słyszy w kabaretach – taki Limo nie zmusi ich do zmiany swoich poglądów.

Źródło: http://wyborcza.pl/1,75248,13550191,Wrzawa_wokol_kabaretu_Limo__SLD___Nie_karzmy_satyrykow.html

wtorek, 12 marca 2013

„Skowyt” (1981)

Dziennikarka, Karen White, jest prześladowana przez psycho-wielbiciela, Eddie’go Quista. Wraz ze swoją ekipą telewizyjną postanawia zastawić na niego pułapkę, która nieopatrznie kończy się jego śmiercią. Karen pomimo usilnych starań nie może przypomnieć sobie wydarzeń tego feralnego wieczora, aczkolwiek jakieś przebłyski ukazują się jej podczas koszmarnych snów. Idąc za radą doktora Waggnera wyjeżdża wraz z mężem do kolonii leczniczej, która okazuje się być mekką dla wilkołaków.
Z horrorami często bywa tak, że to, co urzekło nas w dzieciństwie po paru latach nieodwracalnie traci swój urok. Ale czasami możemy spotkać się również z odwrotną sytuacją. Właśnie z takim zjawiskiem zetknęłam się przy okazji odświeżania znanego z okresu szczenięcego „Skowytu”, który wówczas w ogóle nie przypadł mi do gustu, natomiast teraz, po nabraniu niejakiego doświadczenia w gatunku (i po obejrzeniu mnóstwa współczesnych tworów, które udowodniły mi, że zawsze może być gorzej) muszę przyznać, że bez przesady można wliczyć go do kanonu najlepszych horrorów o wilkołakach, jakie kiedykolwiek nakręcono. Znany twórca filmowej grozy, Joe Dante, który wyreżyserował m.in. „Piranię” (1978) i „Gremliny rozrabiają” (1984) w 1981 roku pokazał światu swoje, nagrodzone Saturnem w kategorii „najlepszy horror”, spojrzenie na tematykę likantropii, które dotychczas doczekało się aż siedmiu sequeli, a tytuł „Skowyt” stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek w wilkołaczym nurcie.
Muszę przyznać, że początkowe sceny filmu napełniły mnie daleko idącym sceptycyzmem. Nie tylko dlatego, że przez wzgląd na wielkomiastowe miejsce akcji ciężko było mi zaakceptować kulawy klimat grozy, ale również z powodu sceny w sklepie porno – konfrontacji pomiędzy Eddie’m i Karen, która odciśnie tak duże piętno na psychice głównej bohaterki podczas późniejszych wydarzeń. Otóż, twórcy uniknęli tutaj dosłowności w prezentowaniu makabry, a ja głupia byłam przekonana, że reszta seansu będzie utrzymana w podobnym, pełnym niedopowiedzeń tonie. Jednakże po dotarciu Karen i jej męża do kolonii leczniczej: małej osady, położonej w otoczeniu lasów dotarło do mnie, że Dante nie pokazując wydarzeń w pechowym sklepie próbował postawić widza w sytuacji głównej bohaterki, borykającej się z amnezją oraz natchnąć swój obraz pewną nutką tajemnicy, umiejętnie podsycanej w dalszych minutach „Skowytu”. Po dotarciu naszych protagonistów do kolonii klimat diametralnie się zmienia – wielkomiejska groza zostaje zastąpiona preferowanym przeze mnie małomiasteczkowym koszmarem, w którego centrum tkwi nasza Karen. Początkowo Dante buduje nastrój za pomocą znanych w tym nurcie chwytów realizatorskich – wycie wilków rozdzierające nocną ciszę, pełnia księżyca wychylająca się zza chmur i obowiązkowy las, skąpany w gęstej mgle. Całkiem przyzwoicie współgra to z fabułą, a przede wszystkim dopełnia przerażające koszmary, gnębiące White. Jeśli dodamy do tego grupę ekscentrycznych mieszkańców kolonii z piękną nimfomanką, mieszkającą w otoczeniu zwierzęcych skór (znakomicie wykreowaną przez Elisabeth Brooks) i jej zachowującego się jak pies tropiący brata (równie intrygująca kreacja Dona McLeoda) na czele to dostaniemy maksymalnie nastrojowy, wbijający się w pamięć horror, w którym tajemnica fabularna, choć dla współczesnego widza pewnie przewidywalna znacznie zawyża czynnik grozy, której uświadczymy tutaj całkiem sporo.
Zdecydowanie najciekawsze sceny mają miejsce podczas samotnej wycieczki koleżanki Karen do chaty w lesie (moim zdaniem Belinda Balaski w ten roli poradziła sobie o wiele lepiej niże Dee Wallace w pierwszoplanowej kreacji), gdzie Dante osiąga prawdziwe wyżyny stopniowania napięcia, zakończone niesamowicie realistyczną sceną obcięcia ręki wilkołakowi; zwierzęcego seksu oraz niejakiej wizytówki tego obrazu – przemiany Eddie’go w wilka, która nie dość, że „ciągnie się w nieskończoność” to w dodatku jest tak dalece odstręczająco przekonująca (podobno w tej scenie posłużono się prezerwatywami, aby osiągnąć spodziewany efekt pulsujących wnętrzności mężczyzny), że z całą pewnością na długo pozostanie w mojej pamięci – animatronika na najwyższym poziomie, która przetrwała próbę czasu i straszy do dziś! Zapomnijcie o „sterylnych”, szybkich przemianach w wilkołaków, z którymi macie nieszczęście spotykać się we współczesnych produkcjach – tutaj charakteryzator naprawdę dał z siebie wszystko, abyście mieli okazję podejrzeć, jak wygląda wilkołak, który ma za zadanie straszyć, a nie robić maślane oczka do nastolatek:) Wspomnę jeszcze tylko o udanym, zaskakującym zakończeniu, które pozostawia widzów z przekonującą teorią UWAGA SPOILER mówiącą o tym, że ludzie nie uwierzą w ani jeden obraz pokazany w telewizji, będąc przekonanymi o mistyfikacji. Ciekawe, co by było, gdyby rzeczywiście zaatakowały nas jakieś obce byty, a informację o tym przekazała stara, dobra telewizja… KONIEC SPOILERA.
Teraz, kiedy już tak dalece wkręciłam się w „Skowyt” nie pozostaje mi nic innego, jak nadrobić kolejne części, a wam tymczasem polecam pierwowzór (jeśli, oczywiście jeszcze go nie widzieliście), bo choć nie jest to jakieś arcydzieło to na pewno mocno wybija się na tle tych wszystkich horrorów o wilkołakach.

niedziela, 10 marca 2013

„Smiley” (2012)

Recenzja na życzenie
Borykająca się ze świadomością samobójczej śmierci matki, nieśmiała Ashley zaczyna studia z dala od domu i kochającego ojca. Poznaje swoją współlokatorkę, przebojową Proxy, która wprowadza ją w świat studenckich imprez i odkrywa przed nią zalety Internetu, bowiem wraz ze swoimi przyjaciółmi jest stałą bywalczynią forów i video czatów. Proxy i jej koledzy, maniacy komputerowi opowiadają Ashley krążącą po campusie miejską legendę, wedle której trzykrotne napisanie do anonimowej osoby na czacie zdania „Zrobiłem to dla śmiechu” przywoła mordercę, Smiley’a, który pojawi się za adresatem wiadomości i zasztyletuje go. Z początku Ashley jest przekonana, że to wymysły znudzonych studentów, ale kiedy sama próbuje przywołać Smiley’a, ten zabija nieznanego jej internautę. Zrozpaczona dziewczyna wkrótce nabiera pewności, że morderca pragnie wyeliminować również ją.
Niskobudżetowy teen-slasher mało znanego reżysera, Michaela J. Gallaghera. Pomysł na fabułę, choć posiada w sobie pewien urok, któremu początkowo trudno było mi się oprzeć, niezaprzeczalnie zaczerpnięto z kultowego „Candymana” – tam również mieliśmy tematykę miejskiej legendy i słowo-klucz przyzywające mordercę. Gallagher postanowił nieco uwspółcześnić ten motyw, sprawiając, że w jego obrazie nadrzędną rolę odegrała cyberprzestrzeń i tak modne wśród młodych ludzi video czaty i fora internetowe. Prolog, podczas którego będziemy świadkami tajemniczego morderstwa opiekunki do dziecka oraz krótkie wprowadzenie do problematyki filmu, opisujące modus operandi rzekomo wyimaginowanego Smiley’a skutecznie przykuło moją uwagę, pomimo swojej wtórności, ale to było raptem pół godziny seansu, bo potem mamy niestety do czynienia ze znaną zasadą, mówiącą: „im dalej, tym gorzej”.
„Wszyscy jesteśmy zdolni do popełnienia najbardziej przerażających aktów, najokrutniejszych zbrodni. Zrobić coś tylko dlatego, że możemy. Ale co hamuje nas przed zrobieniem niewyobrażalnego? Przed pójściem od światła w ciemność?”
Odniosłam wrażenie, że twórcy szybko zapomnieli, iż kręcą teen-slasher, bo po kilku mało spektakularnych morderstwach na początku filmu (które tak krotko widniały na ekranie, że nawet nie zdążyłam ocenić jakości sztucznej krwi) w środkowej partii fabuła mocno zwolniła, oferując mi próbkę szaleństwa, ogarniającego przekonaną, że prześladuje ją Smiley, Ashley. Być może jej rozpaczliwe próby przekonania, jak największej grupy słuchaczy do swoich racji oraz niewątpliwy wewnętrzny dramat przekonałyby mnie, gdyby nie wybór „drewnianej” Caitlin Gerard do tej roli, która albo miała poważne problemy z kreacją niełatwej w końcu, nudnej postaci cnotliwej dziewczynki, albo zwyczajnie nie nadaje się do tego zawodu. Posiadająca wszelkie cechy final girl, aczkolwiek równocześnie mocno irytująca Ashley wespół z brakiem jakiegokolwiek klimatu grozy jest najsłabszym elementem tego obrazu – obok poprawnie odegranej przez Melanie Papalię, interesującej Proxy oraz tajemniczego wykładowcy, którego monologi o drzemiącym w nas złu mocno mnie zainteresowały, wykreowanego przez równie przyzwoitego Rogera Barta, Ashley nie posiada w sobie nic, co na dłuższą metę zaintrygowałoby odbiorcę. Należy oddać twórcom sprawiedliwość, bo choć większa część seansu mocno nuży brakiem jakichkolwiek aktów zbrodni, przewidywalnością (która szczególnie irytuje podczas koszmarów Ashley, bowiem nietrudno się domyślić, co jest rzeczywistością, a co jedynie senną marą) i zerowym klimatem grozy to przynajmniej próbuje wyjaśnić nam, dlaczegóż to niektórzy ludzie dopuszczają się aktów zbrodni i zadaje przerażające pytanie, co by było, gdyby Smiley naprawdę istniał? Czy młodzież korzystałaby z jego usług – ot, tak z nudów? Nietrudno odpowiedzieć sobie na to pytanie, za to trudniej przetrwać nużącą środkową część filmu, którą reżyser w swoim mniemaniu nagrodził „zaskakującym” finałem, który zdenerwował mnie jeszcze bardziej niż monotonna fabuła. UWAGA SPOILER Za wszelką cenę chcąc zaskoczyć widzów twórcy zdecydowali się uczynić mordercami kolegów Ashley, którzy z sobie tylko znanych powodów postanowili pomóc jej zwariować, a przy odrobinie szczęścia zmusić do samobójstwa. Ten motyw zapoczątkował w horrorze kultowy „Prima aprilis” w 1986 roku, a kontynuowało go m.in. umiejętnie zrealizowane „Kłamstwo” z 2005 roku. Jednakże w „Smiley’u” podobnie, jak w „Szkole przetrwania” z 2006 roku łatwo jest się go domyślić i niestety bardziej irytuje niż zachwyca – miałam wrażenie, że filmowcy rozpaczliwie próbują mnie czymś zaskoczyć, jakby zdając sobie sprawę, że cały seans nieopatrznie pozbawili tego czynnika. Żeby tego było mało w następnej scenie chyba zorientowali się, że takie zakończenie w ogóle nie klei się z całością (bo skąd wypowiedź dziewczynki na czacie, której opiekunka zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach, no i jakim cudem oprawcy zdołali w tak szybkim czasie dotrzeć do mężczyzny nieopatrznie zamordowanego przez Ashley?) i ostatecznie postanowili wrócić do teorii prawdziwości Smiley’a… Nie wiem, jak wy, ale jak dla mnie to niezdecydowanie, co do poprowadzenia finału oraz rozpaczliwe próby zaskoczenia mnie (co i tak nie zdało egzaminu) nasunęło mi na myśl miotanie się między absurdem a oczywistością KONIEC SPOILERA.
Poza wtórnym, aczkolwiek ciekawie uwspółcześnionym pomysłem, maską Smiley’a z fantazyjnie wyciętym szerokim uśmiechem oraz kilkoma monologami wykładowcy na temat ludzkiego zła nie znalazłam w tym obrazie nic, co skutecznie rozbudziłoby moją wyobraźnię, czy choćby na dłużej osiadło w pamięci. Nawet, jako lekki teen-slasherek „Smiley” nie zdaje do końca egzaminu, bo akurat morderstw jest tutaj najmniej, dlatego też ciężko jest mi wskazać grupę docelową tej produkcji i aby wybrnąć z tego impasu powiem tylko, że jeśli jesteście gotowi na troszkę akcji osnutej wszechobecną przewidywalnością i monotonią fabularną to zapraszam na seans. Jeśli natomiast szukacie czegoś mocniejszego w horrorze to sięgnijcie lepiej po coś innego.

sobota, 9 marca 2013

Polecam piosenkę

Coś na poprawę humoru lub zdołowanie (zależy, jak na to spojrzeć). Numer z pewnością nagrany dla jaj, ale z mądrzejszym tekstem niż 99% piosenek, które miałam nieszczęście słuchać w ostatnich miesiącach. Ulubiony kawałek mojego 11-letniego brata:)

piątek, 8 marca 2013

Głosowanie – filmy religijne

Rozpoczynamy nowe głosowanie. W komentarzach, bądź drogą mailową (buffy1977@wp.pl) proszę podać trzy tytuły horrorów/thrillerów religijnych/satanistycznych, które zdobyły Waszą sympatię. Tematyka opętań, Szatana, demonów religijnych (nie tylko chrześcijańskich). Remake’i, sequel’e i prequel’e również dozwolone, ale w przypadku głosowań na odświeżone wersje proszę podać datę premiery, bo w przeciwnym razie głos będzie poczytywany, jako opowiedzenie się za oryginałem. Jeśli chodzi o głosy na thrillery to bardzo proszę wybierać te, które zawierają wątki paranormalne. Czas głosowania nieokreślony – gdy spłynie wystarczająca liczba głosów na blogu pojawi się kolejne obiektywne zastawienie z top horrorów/thrillerów religijnych. Zapraszam wszystkich do wspólnej zabawy i z góry dziękuję za oddane głosy!

„Mucha” (1986)

Naukowiec, Seth Brundle, skonstruował urządzenie zwane teleporterem, które jest w stanie przenosić przedmioty nieożywione z miejsca na miejsce. Gdy pokazuje wyniki swej pracy dziennikarce, Ronnie Quaife, ta proponuje mu dokumentowanie jego dalszych postępów, aby po skończeniu teleportera przedstawić je opinii publicznej. Wkrótce Seth spełnia swoje marzenie, dotyczące przenoszenia za pomocą swojej maszyny istot żywych i po krótkich testach sam wchodzi do teleportera. Nie wie, że w kabinie znajduje się również mucha, co zaowocuje połączeniem człowieka z owadem na poziomie molekularnym.
Remake horroru science fiction Kurta Neumanna z 1958 roku. Tym razem na krześle reżyserskim zasiadł najpopularniejszy kanadyjski twórca filmowej grozy, David Cronenberg, tym samym robiąc z „Muchy” swój najbardziej znany, wielokrotnie nagradzany (m.in. Oscarem za charakteryzację) horror. Niemalże cała filmografia Cronenberga składa się z obrazów wieloznacznych, pełnych podtekstów, nawiązujących do obecnych wówczas nastrojów społecznych, co sprawia, że jego jakże oryginalne horrory wielokrotnie są niezwykle trudne w odbiorze, bo aby zrozumieć cały zamysł reżysera należy spojrzeć w głąb, poza oczywistości fabularne. Nie inaczej jest z „Muchą”.
Pierwsze, co rzuca się w oczy podczas seansu to ponadczasowość tego obrazu, który nawet teraz, po upływie niemalże trzydziestu lat od jego premiery prawie w ogóle się nie zestarzał - oparł się próbie czasu, a problemy społeczne, które w podtekstach poruszał nadal są aż nazbyt aktualne. Fabuła prezentuje nam klasyczny motyw burzyciela, który nieświadom konsekwencji postanawia skorzystać z własnoręcznie skonstruowanej maszyny teleportującej. W tej roli zobaczymy znakomitego Jeffa Goldbluma, którego permanentny wytrzeszcz dodaje jego postaci koniecznego demonizmu. Partneruje mu „nieliche czupiradło” (określenie zapożyczone z „Długiego pocałunku na dobranoc”), uwielbiana przeze mnie Geena Davis, którą jak można się spodziewać z naszym bohaterem połączą nie tylko sprawy zawodowe, ale również uczuciowe. Koncepcja jest prosta – pokazać, jak najbardziej dosłowną przemianę człowieka w muchę (brandlo-mucha), obrazując tym samym pęd jednostki do doskonałości, do zerwania się z więzów ograniczeń cielesności, przeobrażając się w nadczłowieka – silniejszego i zwinniejszego od reszty społeczeństwa. I choć krytycy doszukiwali się w tej produkcji elementów sugerujących lęki ówczesnej ludności przed chorobą AIDS to w moim mniemaniu Cronenberg przede wszystkim roztrząsał tutaj problem nieprzystosowania jednostki do własnego ciała oraz poruszany już w jego innych filmach (m.in. w „Potomstwie” z 1979 roku) kłopot macierzyństwa i rodziny, o czym świadczy przede wszystkim końcówka filmu i pamiętne zdanie, wypowiedziane przez brandlo-muchę: „Idealna rodzina – troje połączone w jednym ciele”.
Wielbiciele horroru, oprócz licznych podtekstów, znajdą w „Musze” również najczystszy, znakomicie zrealizowany, osnuty tym charakterystycznym dla Cronenberga surowym klimatem horror, w którym nie zabraknie licznych scen gore, dosłownie akcentujących niecodzienną przemianę człowieka w owada. Oscar za charakteryzację był jak najbardziej zasłużony, bowiem wygląd zewnętrzny Setha w późniejszych fazach metamorfozy ma szansę mocno zniesmaczyć nawet największego wyjadacza filmowej grozy. Daleko posunięta deformacja ciała z powykrzywianym kręgosłupem i guzowatą, spływającą ohydną mazią twarzą to prawdziwe mistrzostwo charakteryzacji, które poraża daleko posuniętym realizmem, nawet dziś, w dobie tej całej nowoczesnej technologii. Fabułę skonstruowano w tak przemyślny sposób, aby ani przez chwilę nie nużyła odbiorcy – nawet dialogi dopracowano do perfekcji, sprawiając, że już samo słowo protagonisty szokuje odbiorcę UWAGA SPOILER jak na przykład oświadczenie Ronnie, że jest w ciąży z brandlo-muchą, co prowadzi do naturalnych konsekwencji próby połączenia całej trzyosobowej rodzinki w jedną wspólną całość. Szkoda tylko, że Sethowi się to nie udało, co z pewnością zagwarantowałoby Cronenbergowi zapadający w pamięć finał. Niestety, zdecydował się na mało spektakularne, bardziej poruszające, aniżeli wstrząsające zakończenie, tym samym w moim mniemaniu popełniając jeden jedyny błąd, bo poza finiszem wszystko inne niebezpiecznie balansuje na granicy genialności KONIEC SPOILERA.
Ilekroć zastanawiam się nad powodem mojej obsesyjnej sympatii do horroru (szczególnie podczas obcowania ze współczesnymi tworami gatunku) trafiam na produkcję pokroju „Muchy” i z miejsca dostaję odpowiedź na swoje pytanie. Wieloznaczny, pełen wbijających się w pamięć scen gore (poza charakteryzacją brandlo-muchy poraża również sekwencja plucia żrącą śliną na kończyny mężczyzny), naznaczony surowym klimatem grozy, potęgowanym przez sugestywną ścieżkę dźwiękową geniusz Davida Cronenberga – kamień milowy horroru science fiction, coś czego nie puszcza się w niepamięć… nigdy!

środa, 6 marca 2013

„Laid to Rest” (2009)

Pewna kobieta budzi się w trumnie w zakładzie pogrzebowym z całkowitą amnezją. Nie wie, kim jest, ani jak się tutaj znalazła. Szybko jednak odkrywa, kto jest winny jest opłakanego stanu – zamaskowany psychopata, uzbrojony w wielki nóż. Kobiecie cudem udaje się uciec i znaleźć pomoc u jednego z mieszkańców odludnego miasteczka. Problem w tym, że morderca cały czas podąża jej tropem, zostawiając po drodze krwawy szlak zbrodni.
„Laid to Rest” Roberta Halla, który w 2011 roku doczekał się swojego sequela powinien być opatrzony etykietką: tylko dla chorobliwych wielbicieli slasherów, bo miałam nieodparte wrażenie, że wszystkie elementy tego nurtu tak uwielbiane przez jego entuzjastów i tak znienawidzone przez resztę publiczności zostały tutaj wyeksponowane do granic możliwości, co jednych zirytuje, a innych rozbawi. Ja należę do tej drugiej grupy odbiorców i choć doskonale zdaję sobie sprawę, że horror nie powinien śmieszyć to akurat jestem wdzięczna tej produkcji za półtoragodzinną komedię, gdyż nie tak łatwo jest trafić twórcom filmów w moje poczucie humoru.
Na początku poznajemy tajemniczą dziewczynę, która budzi się w trumnie, nie pamiętając swojej tożsamości. W tej roli Bobbi Sue Luther, która miałam wrażenie wygrała casting tylko i wyłącznie przez wzgląd na rozmiar swojego biustu, bo próżno u niej szukać jakiegokolwiek talentu aktorskiego. W każdym razie nasza „powstała z martwych” kobieta z miejsca przystępuje do szukania ratunku, którego znajduje za pośrednictwem telefonu stacjonarnego. Niestety podczas rozmowy z policjantką, która prosi ją, aby się nie rozłączała, gdyż próbuje namierzyć miejsce jej pobytu uwagę naszej rezolutnej bohaterki zwracają zwłoki, więc nie bacząc na słowa policjantki zbliża się do nich i… wyrywa kabel telefoniczny z aparatu. Można śmiało powiedzieć, że niniejsza sytuacja dobitnie podsumowuje ten obraz, pełen daleko posuniętych absurdów i tak nielogicznego zachowania protagonistów i antagonisty, że nie sposób powstrzymać głośnego rechotu. Następnie przyjdzie kolej na krótki wieczorek zapoznawczy z mordercą, który z niewiadomego powodu przykleja sobie do twarzy srebrną maskę i nagrywa swoją morderczą działalność, która ogromnie mnie zaskoczyła. Efekty specjalne nie bazują na jakiś, pożal się Boże, sztucznych wizualnie pikselach, a fizycznej obecności na planie. Co najciekawsze nie mogę przyczepić się do jakiejkolwiek sceny mordu, bowiem nie tylko kolor i konsystencja posoki prezentowała się, aż nazbyt realistycznie, ale również brutalne, zniesmaczająco dosłowne modus operandi sprawcy. W końcu nasz psychopata rżnie swoim wielkim nożem każdego, kto stanie mu na drodze, znajdując szczególne upodobanie w masakrowaniu twarzy i ćwiartowaniu swoich ofiar.
„- Dokąd jedziemy?
- Nie zaczekamy na gliny?
- Dosyć się już na nich naczekałam.”

Z biegiem trwania seansu do naszej „nieustraszonej” protagonistki dołączy dwóch mężczyzn – zdecydowany ratować kobietę w opałach Tucker (przyzwoita kreacja Kevina Gage’a) i borykający się ze śmiercią matki, gapowaty Stephen (równie przekonująca rola Seana Whalena). Cała trójka będzie krążyć od domu do domu w poszukiwaniu pomocy, jednakże jak to często w slasherach bywa nie tylko nie znajdą telefonu, ale również będą mieć nieszczęście „rekwirować” te samochody, w których kończy się benzyna. I tak widz będzie raczony coraz to zabawniejszymi sytuacjami, okraszonymi dowcipnymi dialogami oraz niezwykle krwawymi mordami, aż do kulminacji na stacji benzynowej, która będzie kwintesencją wszystkich absurdów, mających miejsce w tym obrazie. UWAGA SPOILER Tutaj nasz niezniszczalny morderca również udowodni, że nie posiada zbyt wielkiego ilorazu inteligencji tym samym rozśmieszając mnie niepomiernie. Gdy jego ukochana maska zsunie mu się z twarzy pomyli kleje, używając najmocniejszego, żrącego spoiwa na świecie, tym samym popełniając jakże widowiskowe samobójstwo – oczywiście, przez przypadek KONIEC SPOILERA.
A teraz, po tym wszystkim, co napisałam wyżej dodam, że znakomicie bawiłam się podczas seansu „Laid to Rest”, bo choć niniejszy slasher jest całkowicie pozbawiony jakiegokolwiek nastroju grozy to chwilami trzyma w napięciu, a krwawe sceny i zabawne sytuacje znacznie umilają seans. Z pewnością nie jest to żadne arcydzieło, jestem również przekonana, że szybko o tym obrazie zapomnę, aczkolwiek rozbroił mnie na tyle, abym sięgnęła po jego sequel.

wtorek, 5 marca 2013

Alex Kava „W ułamku sekundy”

Z więzienia ucieka okrutny seryjny morderca, Albert Stucky, którego FBI ochrzciło mianem Kolekcjonera, przez wzgląd na jego upodobanie do porywania ofiar i przetrzymywania ich w sobie tylko znanym miejscu, poddając długim torturom. Poprzednio schwytała go agentka specjalna Maggie O’Dell, która po kilkuletnich gierkach z bezwzględnym psychopatą poważnie nadszarpnęła swoją równowagę psychiczną. Teraz Stucky wrócił z nową misją – będzie mordował młode kobiety, z którymi O’Dell miała jakiś kontakt i podrzucał ich części ciała w pojemnikach na jedzenie dotąd, dopóki agentka straci resztki własnej tożsamości.
„Ciął i kroił, rozrywał i niszczył, a krzyki sprawiały mu przyjemność i dodawały animuszu. Ot, takie… hobby. Nie szaleńcza namiętność, nie chory, schizofreniczny przymus, tylko ulubione zajęcie.”
Drugi i według mnie najlepszy tom przygód agentki specjalnej Maggie O’Dell, pióra Alex Kavy. Cała seria wyraźnie dzieli się na dwa bieguny – pierwsze pięć części opiera się na drobiazgowej psychologii nie tylko protagonistów, ale co ważniejsze psychopatów, natomiast najnowsze powieści Kavy traktują chyba o wszystkim, tylko nie o seryjnych mordercach, skupiając się przede wszystkim na dynamicznej akcji, bez poszanowania jakiegokolwiek bohatera. Choć pierwsze tomy, proponują czytelnikom wciągającą podróż do umysłów sprawców i utrzymują się na zbliżonym, wysokim poziomie to „W ułamku sekundy” znacznie wykracza nad ustawioną przez autorkę poprzeczkę. To jedna z tego rodzaju historii, która znakomicie zdaje egzamin w formie prozy, ale równie dobrze prezentowałby się na ekranie, gdyby filmowcy w końcu się przemogli i zdecydowali na zaadaptowanie Kavy.
Powieść skupia się głównie na postaci Maggie O’Dell, silnej, przenikliwej agentce FBI, która zajmuje się profilami psychologicznymi seryjnych morderców. Dzięki jej paraliżującemu strachowi przed Albertem Stuckym, który w przeszłości poddał ją niewyobrażalnym torturom swoich wyrafinowanych gierek, zakończonych bestialskim mordem kobiet na jej oczach, Kavie udało się przedstawić nam postać wielowymiarową, wszak Maggie nie jest tylko twardą kobietą, „nie do zdarcia”, ale również bezbronną osóbką, którą dręczą koszmary i przerażające retrospekcje z jej traumatycznej przeszłości, co jak wielu przed nią uśmierza alkoholem. Na początku książki Maggie zostaje odsunięta od ponownego śledztwa tropem Kolekcjonera, ponieważ, mimo że zna go jak nikt inny jej szef obawia się o jej chwiejną psychikę, która w razie spotkania ze swoim nemesis może się rozsypać. Tymczasem morderca coraz śmielej sobie poczyna. Podążając tropem agentki, która prowadzi wykłady, poświęcone profilowaniu psychologicznemu, wyszukuje kobiety, z którymi agentka ma jakiś przelotny kontakt, brutalnie je morduje i pozbawia jakiegoś organu wewnętrznego, wkładając go do pojemnika na jedzenie i zostawiając w takim miejscu, aby nie umknął wzroku O’Dell. Kava nie tylko z niespotykaną wręcz przenikliwością zagląda do chwiejnego umysłu Maggie, która z dnia na dzień coraz bardziej zbliża się do niebezpiecznej depresyjnej granicy, ale również dotyka zwichrowanej psychiki Kolekcjonera. Nawet odskocznia od śledztwa, jaką jest kolejna ofiara Stucky’ego, Tess McGowan, prezentuje sobą całkiem ciekawą charakterologicznie postać i choć nie lubię takich przerywników w thrillerach psychologicznych to muszę przyznać, że Kavie w przypadku tej bohaterki udało się mnie nie znużyć zbyt rozwlekłymi opisami, ale równocześnie uniknąć jednowymiarowości w jej aspektach osobowościowych.
„Decyzje, które podejmuje się w ułamku sekundy, zawsze odkrywają naszą prawdziwą naturę, nasze autentyczne ja. Czy nam się to podoba, czy nie. I kiedy przychodzi ten ułamek sekundy, nie myśl, nie analizuj, nie czuj i nie odgaduj cudzych zamiarów. Po prostu reaguj.”
„W ułamku sekundy” w wielkim skrócie opowiada o granicy, która dzieli dobrych ludzi od potworów i którą można z wielką łatwością przekroczyć. Niby mamy tutaj do czynienia z typową kryminalną fabułą – śledztwo, brutalne mordy ze szczególnym wskazaniem na oryginalne modus operandi sprawcy i zaskakujące zwroty akcji, ale elementem, który wyróżnia tę powieść na tle innych tego typu pozycji jest jej niezwykle wnikliwy, całkowicie przekonujący aspekt psychologiczny, bowiem autorka nie pozostawia absolutnie żadnego bohatera bez drobiazgowej analizy charakterologicznej. Kavie udało się coś jeszcze – bardziej zainteresować mnie protagonistką (która do dzisiaj jest moją ulubioną postacią literacką) niż mordercą, którzy na ogół w thrillerach mocniej mniej fascynowali. Dla mnie, jako fanki literatury kryminalnej lektura „W ułamku sekundy” stanowiła prawdziwie rozrywkowe przeżycie – nawet czytając tę książkę po raz szósty targały mną równie silne emocje, co podczas pierwszego zetknięcia z nią i podejrzewam, że jeszcze nie jeden raz uda się jej równie mocno mnie zelektryzować. Kava już nie przeskoczy poziomu „W ułamku sekundy”, choćby nie wiem, jak się starała, bowiem właśnie to był jej szczyt możliwości, najwyższa forma nie do pobicia.

poniedziałek, 4 marca 2013

Morderca w filmie (spoilery)

Zestawienie na życzenie (Paulina)
Od czasu głośnej „Psychozy”, która jako pierwsza głównym bohaterem filmu uczyniła seryjnego mordercę, skupiając się przede wszystkim na jego aspektach psychologicznych światowa kinematografia uraczyła nas niezliczoną ilością wszelkiego rodzaju dewiantów, nie tylko w horrorze, ale również w thrillerze. I właśnie temu drugiemu gatunkowi chciałabym przyjrzeć się bliżej, ponieważ nie od dziś wiadomo, że postacie zabójców ze slasherów i dreszczowców diametralnie się od siebie różnią. Podczas, gdy horror nie skupia się na psychice antagonisty, a głównie jego krwawych czynach to w thrillerze mamy do czynienia z całkowicie odwrotną sytuacją – tutaj nie liczy się sam akt morderstwa tylko okoliczności, które do niego doprowadziły, motywy i/lub idee, które zabójca pragnie w ten sposób przekazać światu. Jak do tej pory mieliśmy w kinie do czynienia z tak szerokim spektrum osobowości sprawców (szczególnie w latach 90-tych, w czasie rozkwitu tego nurtu), że właściwie nie musiałam zbyt długo się zastanawiać nad kształtem poniższego zestawienia, dzięki czemu udało mi się nie tylko zebrać swoich ulubionych morderców (niekoniecznie wyłącznie seryjnych), ale również zaproponować krótki przekrój przez charakterystykę różnorodnych charakterologicznie antagonistów. Każdy z nich jest inny, każdy kieruje się różnymi motywami i posiada swój własny, oryginalny modus operandi. To potwory w ludzkiej skórze, aczkolwiek zgodnie z zamiarami filmowców od pokoleń fascynują kolejne grupy widzów, a w niektórych przypadkach, rzecz niebywała, zdobywają ich sympatię. Ludzi zainteresowanych ich psychiką zapraszam do lektury poniższego całkowicie subiektywnego zestawienia, w którym postanowiłam pominąć postacie autentyczne (za wyjątkiem inspiracji prawdziwymi mordercami).
1. Norman Bates (Anthony Perkins)
„Najlepszym przyjacielem każdego chłopca jest jego matka.”
Zainspirowany postacią prawdziwego seryjnego mordercy, Eda Geina, kultowy bohater „Psychozy” Roberta Blocha oraz filmów powstałych na kanwie jego prozy. Norman jest właścicielem małego motelu, który pozornie prowadzi monotonny, samotny tryb życia, urozmaicany wypychaniem ptaków, opiekując się apodyktyczną matką, Normą. W rzeczywistości mężczyzna nie zdając sobie z tego sprawy jest klasycznym przypadkiem osobowości wielorakiej – jego psychika rozszczepia się w trójnasób: w małego Normana zdominowanego przez władczą matkę, dorosłego Normana oraz Normę. Na skutek trudnego dzieciństwa, naznaczonego dominacją swojej rodzicielki mężczyzna wypracował w sobie ambiwalentne uczucia do niej – z jednej strony bezgranicznie ją kochał i chciał być taki jak ona, a z drugiej nienawidził. W jego psychice coś pękło, co zaowocowało otruciem jej i jej kochanka, a następnie wykopaniem jej ciała, wymazaniem z pamięci traumatycznych wydarzeń i ponownym powołaniem jej do życia na poziomie świadomości. W trudnych chwilach nieśmiały Norman zatracał się w alkoholu i tracił świadomość, którą z miejsca przejmowała jego matka. Wówczas mężczyzna ubierał się w jej ciuchy, które symbolizowały utratę jego prawdziwego „ja” i brutalnie mordował niewygodnych gości motelu. Po wszystkim, będąc przekonany, iż winna jest jego rodzicielka zacierał wszystkie ślady zbrodni, bojąc się ją stracić. Jego osobowości spotykały się tylko w jednym miejscu, a mianowicie przy dziurze wydrążonej w ścianie, dającej mu wgląd do jednego z pokoi motelowych, w którym umieszczał piękne kobiety. W filmie Bates po raz pierwszy pojawił się w głośnej produkcji Alfreda Hitchcocka, która stała się pierwowzorem tzw. nurtu serial killer oraz zainspirowała późniejszych twórców do kontynuowania zaskakującej tematyki rozszczepienia osobowości.

2. Hannibal Lecter (Anthony Hopkins)
„Muszę się przyznać, że poważnie myślę… o zjedzeniu pańskiej żony.”
Najsłynniejszy kanibal w historii literatury i kina, powołany do życia przez pisarza, Thomasa Harrisa i kilkukrotnie adaptowany na ekranie. Wychowany na Litwie, gdzie w trakcie II wojny światowej musiał przyglądać się konsumpcji ciała jego siostry, Miszy, przez grupę zwyrodniałych oprawców. Czasy młodzieńcze poświęcił vendetcie na jej mordercach, przy okazji odnajdując niepowtarzalny smak w ludzkim mięsie. Hannibal jest zakochanym w architekturze i sztuce, czułym na piękno erudytą, który jak nikt inny zna wszystkie tajniki ludzkiej psychiki oraz nie waha się służyć pomocą agentom FBI w ściganiu innych morderców – oczywiście kosztem wyszukanych gierek psychologicznych. Wewnętrznie zimny jak głaz (bez problemów oszukuje wariograf), napędzany jedynie chęcią zemsty i konsumpcji, a zewnętrznie troszczący się o swoich pacjentów psychiatra, posiadający wysoko rozwinięty zmysł estetyczny, który nijak ma się do jakiejkolwiek świętości ludzkiej. Anthony Hopkins w roli Hannibala zadebiutował w 1991 roku w filmie Jonathana Demme’a pt. „Milczenie owiec” i od tamtej pory zyskał niewyobrażalną, wręcz abstrakcyjną międzynarodową sławę.

3. John Doe (Kevin Spacey)
„Widzimy śmiertelne grzechy na każdym kroku, dosłownie w każdym domu. I tolerujemy je. Ponieważ są zwyczajne, tolerujemy je codziennie – rano, w południe. To już się skończy. Ja daję przykład…”
Kultowy antagonista filmu „Siedem” Davida Finchera z 1995 roku. Seryjny morderca religijny, będący przekonany o swoim boskim powołaniu, mającym na celu naprawę zdeprawowanego świata, który zapomniał o biblijnych wartościach na rzecz folgowania hedonistycznym zachciankom. John Doe należy do grupy sprawców zorganizowanych, potrafi miesiącami poznawać zwyczaje swojej ofiary, aby upewnić się, czy zasługuje na karę za swoje grzechy. Swoją działalność opiera na biblijnym kluczu siedmiu grzechów głównych, mordując człowieka dokładnie w taki sposób, w jaki grzeszy. Choć wygląda niepozornie, niczym bibliotekarz w swoim mniemaniu jest kimś szczególnym, oddającym się szczytnym celom – poświęcenia jednostek w imię lepszego jutra.

4. Patrick Bateman (Christian Bale)
„Maska normalności za chwilę opadnie.”
Główny bohater kontrowersyjnej książki Breta Eastona Ellisa pt. „American Psycho” oraz jej ekranizacji z 2000 roku, wyreżyserowanej przez Mary Harron. Bateman wywodzi się z tzw. nowojorskiego pokolenia yuppie. Pracuje w dużej firmie, obsesyjnie dba o swój wygląd zewnętrzny i status pieniężny, który w jego mniemaniu świadczy o człowieku. Nie wyznaje żadnych wartości duchowych, folgując jedynie swoim czysto hedonistycznym potrzebom – seksie, przemocy i narkotykom. Dla niego wszystko ma wartość typowo instrumentalną, nawet osoby, które w wyrafinowany sposób zabija w jego mniemaniu służą jedynie zaspokojeniu jego najsilniejszych żądz. A bynajmniej nie zadowala go pospolite morderstwo, pragnie różnorodności, im bardziej spektakularnej, tym lepiej. Patrick Bateman jest typem osobowości psychotycznej, napędzanej czystym szaleństwem, bez dbania o jakiekolwiek konsekwencje swoich czynów.

5. Catherine Tramell (Sharon Stone)
„- Czy jest pani przykro, że on nie żyje?
- Tak, lubiłam się z nim pieprzyć.”
Jedna z najbardziej rozpoznawalnych femme fatale w historii kina, która po raz pierwszy wystąpiła w kontrowersyjnym thrillerze erotycznym Paula Verhoevena w 1992 roku pt. „Nagi instynkt”. Piękna, bogata manipulantka, która uwodzi mężczyzn, uzależnia ich nie tyle od siebie, ile od seksu z nią, po czym niszczy ich życie i zabija za pomocą szpikulca do lodu. Biseksualna pisarka, której mordy ukazują się drukiem w jej kryminałach. Ukończyła psychologię, co pozwoliło jej doskonale poznać i wykorzystać na swoją korzyść tajniki męskiej psychiki. Rozwiązła seksualnie poszukiwaczka mocnych wrażeń, napędzana adrenaliną intrygantka, obdarzona ironicznym poczuciem humoru. Bez problemu oszukuje wariograf, bez skrupułów wrabia innych w swoje zbrodnie, a wszystko, co mówi można interpretować w dwójnasób. Catherine żyje na krawędzi, a istotą jej jestestwa są skomplikowane gierki psychologiczne, dające jej natchnienie do nowych książek i dostarczające niezbędnej do życia dawki niebezpieczeństwa.

6. Paul i Peter (Michael Pitt i Brady Corbet)
“Załóżmy się, że za powiedzmy dwanaście godzin wszyscy troje będziecie kaput.”
Kontrowersyjny duet psychopatów, który na ekranie pojawił się w 1997 roku w głośnym filmie Michaela Haneke „Funny Games”, aczkolwiek w niniejszej obsadzie można ich zobaczyć w niemalże idealnie skopiowanym remake’u z 2007 roku. Paul i Peter to na pierwszy rzut oka grzeczni, młodzi ludzie, których znakiem rozpoznawczym są białe stroje golfowe. W rzeczywistości zajmują się bezceremonialnymi wtargnięciami do domków letniskowych i terroryzowaniem zamieszkujących je rodzin. Wszystko dla nich jest grą, wszystko co mówią o sobie jest kłamstwem. Ich gierki opierają się głównie na psychologii, na łamaniu oporów rodzin z minimalnym użyciem siły. Jak na przykład gra „kot w worku”, w której Paul zmusza głowę rodziny do poproszenia żony o rozebranie się, a kartą przetargową jest ich dziecko. Ich modus operandi jest prosty – wymyślają gry, których zasady sami ustalają i których wynik, mimo szans, jakie zostawiają ofiarom jest z góry łatwy do przewidzenia. Dopóki ofiary są im posłuszne odzywają się do nich grzecznie, wręcz z szacunkiem, aczkolwiek ich ton i wyraz twarzy równocześnie jasno dają do zrozumienia, że to kolejna gra, fasada za którą skrywają swoje prawdziwe zamiary. A chcą się bawić – to ich jedyny motyw. Problem w tym, że dobra zabawa dla nich kończy się tragicznie dla ich ofiar. Nie zależy im na samym akcie morderstwa, a procesach, które do niego prowadzą – kilka godzin przed zabójstwem dostarcza im prawdziwej rozrywki.

7. Beverly Sutphin (Kathleen Turner)
„- On zabijał ludzi, mamo.
- Wszyscy miewamy złe dni.”
Główna bohaterka filmu Johna Watersa pt. „W czym mamy problem?” z 1994 roku. Beverly jest szanowaną gospodynią domową, mieszkającą wraz z dwójką nastoletnich dzieci i mężem na cichym przedmieściu. Dla rodziny i sąsiadów jest przykładną obywatelką, dbającą o wspólne dobro, ale prowadzi również drugie, sekretne życie, w którym telefonuje do znajomej i obrzuca ją wulgarnymi obelgami, a w wolnych chwilach kara w jej mniemaniu nieprzykładanych obywateli szybką śmiercią. Beverly, podobnie jak i cały film Watersa jest przerysowana do granic możliwości, przedstawiona w „krzywym zwierciadle”, a więc zarówno jej motywy, jak i lekceważące podejście do swoich czynów nie mają w sobie, ani krztyny logiki.

8. Richard Haywood i Justin Pendleton (Ryan Gosling i Michael Pitt)
“Nie można żyć pełnią życia nie znając smaku samobójstwa i zbrodni. Bez paktu z odwiecznym ogniem, który jednym daje życie, innym śmierć.”
Duet morderczych licealistów z obrazu Barbeta Schroedera „Śmiertelna wyliczanka” z 2002 roku.. Richard jest bogatym podrywaczem, pewnym siebie, rozmiłowanym w gierkach z organami ścigania narcyzem. Natomiast Justin to jego całkowite przeciwieństwo – zamknięty w sobie kujon, stroniący od rówieśników. Łączy ich jedna idea, wiara, że aby być naprawdę wolnym należy kogoś zabić. Zbrodnia, której się dopuszczają ma udowodnić im, że są całkowicie wyzwoleni, a policji pokazać, iż morderstwo doskonałe istnieje. Swój czyn planują miesiącami, zwracając uwagę na najdrobniejsze szczegóły, które mogłyby przyczynić się do ich zguby, co również biorą pod uwagę, obiecując sobie, że w razie wpadki popełnią samobójstwo, które będzie kolejnym dowodem ich całkowitej wolności. Zarówno akty zabójstwa, jak i miejsca porzucenia zwłok są dla nich sceną, którą skrupulatnie pozorują, aby dostarczyć policji pozornie nierozwiązalną zagadkę. Przed rówieśnikami udają śmiertelnych wrogów, a w rzeczywistości są bliskimi przyjaciółmi, wręcz uzależnionymi od siebie nawzajem.

9. Peter Foley (William McNamara)
„Wybieraj: nóż czy spluwa?”
Seryjny morderca z kultowego obrazu Jona Amiela z 1995 pt. „Psychopata”. Peter Foley jest klasycznym przykładem naśladowcy, który skrupulatnie studiuje niesławne mordy popularnych, działających niegdyś seryjnych zabójców, po czym odtwarza je w niezmienionej wersji, tyle, że z innymi ofiarami. Chorobliwie metodyczny, skupiający się na najmniejszych, nawet nieistotnych szczegółach swoim modus operandi pragnie, choć na chwilę wskrzesić „dzieła” jego idoli. Do swoich gierek wciąga cierpiącą na agorafobię, psycholożkę, zajmującą się profilami sprawców, Helen Hudson, która ma być zwieńczeniem jego okrutnej działalności.

10. Casanova (Cary Elwes)
„Powiedz, że mnie kochasz.”
Bohater adaptacji prozy Jamesa Pattersona w reżyserii Gary’ego Fledera z 1997 zatytułowanej „Kolekcjoner”. Casanovę wyróżniają zarówno motywy, jak i modus operandi. Porywa inteligentne, silne kobiety, ale jego celem nie jest zabicie ich (to tylko rodzaj kary), a rozkochanie w sobie. Swoje ofiary przetrzymuje w obskurnych lochach, a jeśli któraś nie stosuje się do jego zasad przywiązuje ją do drzewa i pozwala umrzeć z wycieńczenia. Jest policjantem, pracującym nad swoją sprawą, co pozwala mu nie tylko mieć wgląd w postępy śledztwa, ale również pogrywać z innymi śledczymi. Uważa się za czułego kochanka, wytrwale poszukującego tej jedynej. Ma wspólnika, z którym równocześnie konkuruje.

11. Early Grayce (Brad Pitt)
„Żyje chwilą – robi, co chce i kiedy chce.”
Bohater „Kalifornii” Dominica Sena z 1993 roku. Early jest typowym przykładem sprawcy niezorganizowanego – to taka „tykająca bomba”, właściwie wszystko może wyprowadzić go z równowagi, aczkolwiek ciężko wyczuć, co w danej chwili go zdenerwuje, a co rozbawi. Grayce jest klasycznym przykładem niedbającym o jakiekolwiek normy społeczne i konsekwencje swoich czynów psychopaty. To taki duży dzieciak, folgujący swoim zachciankom, jakby stał ponad prawem, w ogóle nieskrępowany zasadami cywilizacyjnymi. Patrząc na niego właściwie od pierwszego rzutu oka wie się, że jego sporadyczne mordy to preludium do czegoś większego. Sprawia wrażenie, jakby czekał na ostateczny impuls, który pchnie go nie tylko do całkowitego terroru, ale również autodestrukcji. Prywatnie trwa w związku z infantylną Adele, która wie o jego morderczych skłonnościach, aczkolwiek jej psychika neguje to. Dopóki nie widzi, jak Early zabija udaje jej się wyrzucać ten fakt ze świadomości. Impulsywny prymityw Grayce traktuje Adele w dwójnasób – w jednej chwili jest dla niego istną księżniczką, a w następnej wylewa na nią swoje frustracje, zarówno słowami, jak i pięściami.

sobota, 2 marca 2013

„Martwy i pogrzebany” (1981)

Recenzja na życzenie (viper)
Małe, senne miasteczko Potters Bluff. Pewien turysta, fotograf pada tutaj ofiarą bestialskiego mordu. Sprawę prowadzi szeryf, Dan Gillis. Wkrótce po tym wydarzeniu w mieście zacznie dochodzić do coraz częstszych brutalnych zabójstw przyjezdnych, które jak się okaże będą się ściśle wiązać z od lat skrywaną, mroczną tajemnicą jego mieszkańców.
Horror Gary’ego Shermana, powstały w najlepszym okresie dla tego gatunku, który obecnie, ku mojemu zaskoczeniu, znany jest jedynie w kręgach wielbicieli kina grozy. Swoją niszowość z pewnością „zawdzięcza” niskiemu budżetowi i mało znanemu nazwisku reżysera (który choć ma na koncie kilka horrorów to nie odbiły się one wielkim echem w realiach światowej kinematografii), choć współscenarzysta, Dan O’Bannon („Obcy - ósmy pasażer Nostromo”, „Powrót żywych trupów”) może poszczycić się znaczącym dorobkiem w historii gatunku. Aby nikogo nie zniechęcić niskobudżetowością „Martwego i pogrzebanego” pragnę zaznaczyć, że w ogóle nie odbija się to na jego realizacji, bowiem twórcy produktywnie wykorzystali każdego dolara, przeznaczonego na ten obraz, tym samym kręcąc film, który jest dla mnie swoistą zagadką, bo nie mogę pojąć, dlaczego nie przetrwał próby czasu, skoro tak na dobrą sprawę prawie niczym nie ustępuje szumnym hollywoodzkim klasykom. „Martwy i pogrzebany” to horror skończony, garściami czerpiący z najlepszej tradycji gatunku i oferujący jego widzom coś, czego przede wszystkim poszukują na ekranie – klimat grozy, gore i intrygującą zagadkę kryminalną, która choć w moim mniemaniu okazała się najsłabiej wyeksploatowanym elementem filmu to na pewno nie można jej odmówić kilku trzymających w napięciu scen.
Zaczyna się, aż nazbyt intrygująco. Widzimy fotografa, robiącego zdjęcia na plaży, do którego dołącza jakaś obca mu blondynka i zaczyna pozować. Uszczęśliwiony mężczyzna (szczególnie w chwili wyeksponowania przez nią własnych piersi) bez zadawania zbędnych pytań daje się wciągnąć w jej zagadkową grę, która osiągnie kulminację w momencie zaproponowania mu szybkiego seksu na plaży. Jednak nieszczęsny fotograf nie zdąży wyrazić zgody, bowiem ni z tego, ni z owego na miejscu pojawi się grupa ludzi, która we współpracy z blondynką przystąpi do brutalnego mordu, zakończonego podpaleniem. Tutaj oczywiście już zaczęły się pytania, uporczywie krążące w mojej głowie – jaki był motyw? kim byli sprawcy? Na drugie pytanie twórcy skwapliwie odpowiedzieli mi chwilę później – dzięki ich niezamaskowanemu pojawieniu się w następnych scenach rozpoznałam ich twarze w kilku mieszkańcach miasteczka, co oczywiście, zrodziło kolejne pytanie: dlaczego z pozoru gościnni ludzie zabijają turystów? Bo jak się wkrótce okaże będzie ich coraz więcej. Niestety, twórcy w dalszej części seansu podrzucili mi troszkę za dużo tropów, abym nie zorientowała się w całej intrydze dużo wcześniej niż by tego chcieli, a ich największy błąd dotyczył żony Gillisa. UWAGA SPOILER Najpierw zasugerowali mi jej związek z morderstwami (spotkała się z zabitym fotografem, trzymała w domu książkę, traktującą o czarnej magii), a potem przystąpili do dość nieudolnego wybielania jej osoby. Niestety, ten w zamyśle mylący trop w moim przypadku nie zdał egzaminu. To samo tyczy się patologa, który już na początku seansu idealnie wpasował mi się w rolę burzyciela, w czym utwierdziły mnie kolejne dowody w śledztwie. Jedyne, czego nie rozszyfrowałam to fakt, że wszyscy mieszkańcy miasteczka to żywe trupy, sztucznie powołane do życia, przez szalonego naukowca, jednakże jak tylko ten fakt wyjawiono największą bombę w zamyśle scenarzystów z miejsca już przewidziałam – mowa tutaj oczywiście o Gillisie-zombie KONIEC SPOILERA.
Jednakże „Martwy i pogrzebany” to nie tylko troszkę przewidywalna, aczkolwiek dobrze przemyślana i trzymająca w napięciu intryga kryminalna, która nawet, jeśli widz podobnie jak ja niemalże wszystko z miejsca rozszyfruje, siłą rzeczy wciągnie go w osobliwy wyścig Gillisa z szerzącą się w miasteczku śmiercią. Nie, ten film to przede wszystkim gęsty klimat grozy, który jest mocno wyczuwalny dosłownie w każdej minucie seansu i potęgowany spokojną, acz melodyjną ścieżką dźwiękową, skomponowaną przez Joe’go Renzetti oraz scenerią – wprost ubóstwiam, gdy akcja horrorów umiejscowiona jest w małych, sennych miasteczkach. Scen gore również nie zabraknie - troszkę kiczowatych, aczkolwiek jak na tamte czasy i na tak niski budżet bardzo „urokliwych”. Tutaj szczególnie wbiły mi się w pamięć dwie oryginalne sekwencje mordów – strzykawka w oku i wpompowywanie mężczyźnie do organizmu kwasu przez… nos. Odstręczające wrażenie robi również głowa dziewczyny po bliskim spotkaniu z głazem. Ale zanim ktoś pomyśli, że oto będzie miał do czynienia ze spływającą posoką bezmyślną siekanką spieszę uspokoić, że akurat nie to było priorytetem Shermana, a jedynie niezbędnym środkiem dosłownego, acz nie nadmiernie szokującego przekazania widzom treści filmu.
Gdybym nie znała nazwiska reżysera, przystępując do seansu „Martwego i pogrzebanego” to dałabym sobie rękę uciąć, że jest nim John Carpenter, ponieważ zarówno sposób realizacji, jak i ewokacja grozy niemalże bez przerwy przywodziła mi na myśl jego znakomity styl. W pewnym momencie poczułam się nawet, jak na projekcji „Mgły”(1980) (mowa o scenie pościgu za trzyosobową rodziną i mieszkańcami miasta, wyłaniającymi się z gęstej mgły w świetle reflektorów samochodowych). Więc wielbicielom Carpentera mogę chyba w ciemno polecić ten obraz, prawda? Co do reszty potencjalnych odbiorców to powiem tylko jedno: jeśli szukasz klimatu, trochę gore i jeszcze raz klimatu oraz nie przeszkadza ci pewna doza przewidywalności fabularnej to nawet nie zastanawiaj się nad wyborem filmu na dzisiejszy wieczór. Jak dla mnie rewelacja!