Stronki na blogu

piątek, 5 grudnia 2014

„Król mrówek” (2003)


Właściciel dużej firmy budowlanej wynajmuje młodego chłopaka, Seana Crawley’a, do zabójstwa mężczyzny, który zagraża jego karierze. Kiedy zlecenie zostaje wykonane mężczyzna nie chce uiścić zapłaty, naciskając aby Sean jak najszybciej wyjechał z miasta. Jednak Crawley nie zamierza tak łatwo odpuścić. Zaczyna szantażować swojego zleceniodawcę, ujawnieniem szczegółów jego nielegalnych interesów. Biznesmen nie zamierza jednak sprostać oczekiwaniom Seana. Zamiast tego, z pomocą swoich ludzi, porywa go i poddaje długim torturom.

Niskobudżetowy thriller Stuarta Gordona, twórcy między innymi horrorów opartych na twórczości H.P. Lovecrafta: „Re-Animatora”, „Zza światów” i „Dagona”. Scenariusz na podstawie własnej powieści napisał Charlie Higson. Efekt końcowy zaskoczył chyba nawet samych twórców – krytycy rozpływali się w zachwytach nad przenikliwą fabułą, brutalnością i nieprzewidywalnością, a amerykańscy widzowie ochoczo im wtórowali. W Polsce ten tytuł niestety nie doczekał się szeroko reklamowanej dystrybucji (choć trafił na DVD), sama natrafiłam na niego przypadkiem, nadrabiając filmy z udziałem jednej z moich ulubionych aktorek, Kari Wuhrer, ale raczej nie zaskoczyło mnie to zaniedbanie naszych dystrybutorów. W końcu „Króla mrówek” nie nakręcono z myślą o masowych odbiorcach, poszukujących lekkostrawnej rozrywki. To ciężkie, brutalne kino, wymagające od widzów głębszego namysłu nad ludzką naturą i sensownością przemocy.

„Król mrówek” to kino zemsty, nakręcone niskim kosztem przez mało profesjonalnych operatorów. Niestety, tania realizacja rzuca się w oczu już od pierwszych minut seansu – niestabilny obraz, mocno przejaskrawiony w trakcie wydarzeń w świetle dnia. Koneserów wysmakowanego, artystycznego kina taka realizacja może zniechęcić, ale mam nadzieję, że podobnie jak ja szybko się do niej przyzwyczają, ponieważ scenariusz naprawdę na to zasługuje. Akcja zauważalnie dzieli się na kilka etapów. Najpierw główny bohater, Sean, znakomicie wykreowany przez Chrisa McKenna, na zlecenie właściciela firmy budowlanej zbiera materiały o urzędniku, Ericu Gatley’u i jego żonie Susan (w tej roli, jak zwykle bezbłędna Kari Wuhrer). Jego amatorskie śledztwo jest tylko krótkim wstępem przed właściwą problematyką filmu, zapoczątkowaną zleceniem zabójstwa Erica. Podczas rozmowy ze skorumpowanym biznesmenem Sean dowiaduje się od niego, że przemoc nie powinna był dla nikogo przeszkodą przed osiągnięciem swoich celów. Opowiastka, jaką przedsiębiorca przytacza głównemu bohaterowi znakomicie obrazuje procesy myślowe zdeprawowanych, zdeterminowanych do spełniania wszystkich swoich pragnień, choćby kosztem innych, jednostek. Młody, nieopierzony Crawley nie ma aż tak wygórowanych ambicji, motywuje go chęć szybkiego zysku, a więc bez dłuższego wahania przystaje na warunki biznesmena. Czyn, którego się dopuszcza wespół z trywialnym motywem nie wzbudza sympatii do jego osoby, co jest moim zdaniem największym błędem scenarzysty, przeszkadzającym w pełnym utożsamieniu się z nim w następnej partii filmu. Moment zabójstwa Erica zaskakuje. Pomimo nieprofesjonalnej pracy kamery brutalne sceny ukazano aż nazbyt realistycznie. Bez przesady z rozlewem krwi, ale za to z maksymalnym skupieniem na odstręczających wizualnie ranach ofiary. Kiedy Sean miażdży głowę Erica, aby na koniec przygnieść go lodówką nie ma się wrażenia, że to tylko aktor, a jego śmierć jest nieistotna. Już raczej współodczuwa się jego tragedię, bezsensowną, okrutną śmierć, niewspółmierną do jego uczciwej egzystencji.

Drugą połowę seansu zapoczątkuje szantaż i odwrócenie ról. Teraz to on stanie się ofiarą grupy skorumpowanych szaleńców, którzy nie chcąc, aby po śmierci chłopaka ktoś ujawnił obciążające ich dokumenty Erica dochodzą do wniosku, że bezpieczniej będzie pozbawić go zdrowych zmysłów. Do tego celu wykorzystują kij golfowy, którym po uprzednim obwiązaniu głowy Seana gąbką (żeby nie nabrudzić) zadają mu ciosy w głowę. Momenty uderzeń są tak realistyczne, że aż odrzuca od ekranu, a oszczędny rozlew krwi jedynie udowadnia starą prawdę, że nie potrzeba posiłkować się hektolitrami posoki, aby zniesmaczyć odbiorcę. Po każdym ciosie oprawcy zostawiają okaleczonego chłopaka w drewnianej chatce na noc, a rankiem wracają, żeby powtórzyć cały proceder. Dzięki halucynacjom Seana nawiedzającym go podczas samotnych, pełnych fizycznego cierpienia nocy można się domyślić, że w psychice chłopaka zachodzą fundamentalne zmiany. Crawley widuje Susan, wrzeszczącą do niego głosem jego oprawcy oraz karykaturalnie otyłą, zjadającą swoje własne, oślizgłe ciało (tutaj mamy ewidentną inspirację Lovecraftem, któremu Gordon poświęcił sporą część swojej filmografii). Owe oniryczne wstawki nakręcono w tak sugestywny sposób, z poszanowaniem mrocznego klimatu osnutego aurą szaleństwa, że pozostaje jedynie przyklasnąć kunsztowi reżysera. W końcu nie każdy potrafi z takim wyzuciem wykorzystać niewielkie nakłady pieniężne. Ale choć halucynacje Seana mocno czerpią z estetyki horroru „Król mrówek” głównie porusza się w schematach thrillera – brutalnego, ale nie na tyle krwawego, żeby wtłoczyć go do nurtu gore. Ostatnia partia filmu jest już mocno przewidywalna, co wcale nie znaczy, że nie trzyma w napięciu. Miłość głównych bohaterów w kontekście takiego scenariusza jest jak najbardziej na miejscu i co więcej staje się przyczynkiem do miażdżącego zwrotu akcji, pozostawiającego widzów z uczuciem beznadziejności. Najdobitniej ten bezsens artykułuje sam Sean w finale. Przesłanie „Króla mrówek”, choć kontrowersyjne ma w sobie sporo prawdy – nie wyjaśnia do końca natury rasy ludzkiej, rozmiłowanej w przemocy, ale właśnie ta bezcelowość jest mądrością samą w sobie. A to w połączeniu z efektami tyranii (przemoc rodzi przemoc) po skończonym seansie pozostawia spory niesmak do nas samych. Z pewnością przesłanie „Króla mrówek” nie jest adresowane do odbiorców lubiących zakładać przysłowiowe różowe okulary.

„Króla mrówek” szczerze polecam osobom rozmiłowanym w konfrontacji z trudnymi tematami, niezrażających się wysokim poziomem brutalności, która akurat w tym obrazie jest w pełni uzasadniona. Półamatorska realizacja może, co prawda zniechęcić co poniektórych odbiorców, ale cierpliwym zalecam przymknięcie oczu, bo niskie nakłady pieniężne nie umożliwiły Stuartowi Gordonowi zaniedbania problematyki filmu, która całkowicie rekompensuje niedostatki realizacyjne. Mocny thriller nie dla każdego, ale za to o czymś, a to w kinie grozy nieczęsto się zdarza.

czwartek, 4 grudnia 2014

Mariusz Zielke „Twardzielka”


W Warszawie grasuje seryjny morderca, który na swoje ofiary wybiera prostytuujące się modelki. Sprawę prowadzi doświadczony policjant, Rodzki, a partneruje mu agent ABW, Lisicki. Brak jakichkolwiek tropów wymusza na nich zaangażowanie w sprawę byłej policjantki, Mariki, przebywającej obecnie w zakładzie psychiatrycznym. Jej znajomość z zaginioną Olgą, która może być niedoszłą ofiarą mordercy oraz doświadczenie w pracy policyjnej w mniemaniu Rodzkiego są kluczem do rozwiązania sprawy. Marika musi tylko przeniknąć pod przykrywką światek polskiego show biznesu oraz od środka poszukać Olgi i zabójcy.

Dziennikarz śledczy, Mariusz Zielke w światku wydawniczym wsławił się thrillerem finansowym, zatytułowanym „Wyrok”. Jego kolejne książki zaprocentowały rzeszą oddanych fanów, doceniających pomysły na fabuły, warsztat i trzeźwe spojrzenie na polskie realia, które zapewne jest wynikiem jego długoletniej pracy w dziennikarstwie. Najnowsza powieść Zielke, „Twardzielka”, choć traktuje o seryjnym mordercy w podtekście jest swego rodzaju krytycznym spojrzeniem na polski show biznes.

„Świat rzeczywiście schodzi na psy. Aktorzy wolą grać w serialach i reklamach, artyści zostają celebrytami i przestają żyć dla sztuki, starzy amanci umawiają się z wnuczkami swoich przyjaciół, zostawiając rodziny i dzieci, piosenkarze stają się politykami, ich córki bzykają się z gwiazdami porno i organizują prostytucję na najwyższych szczeblach za superkasę.”

Choć polskie literackie horrory ostatnimi czasy przeżywają spory rozkwit z kryminałami i thrillerami jest nieco gorzej, przynajmniej w moim odczuciu. Naszym rodzimym autorom tych dwóch gatunków przede wszystkim brakuje pomysłów na wyróżniające się fabuły oraz cierpliwości do powolnego, pełnego suspensu snucia intrygi kryminalnej. W „Twardzielce” mamy intrygujący pomysł na historię, ale z jego przekazem jest już słabiej. Zdeprawowany światek młodych gwiazdek, które pragnąc szybko się wzbogacić oddają swoje ciała bogatym personom, pod kierownictwem tajemniczej Sonii, zarządzającej całym tym zakrojonym na szeroką skalę interesem. Pracujące dla niej dziewczyny w kontaktach z klientami muszą być gotowe na wszystko, na każdą, choćby najbardziej perwersyjną zachciankę. Z jakiegoś tajemniczego powodu seryjny morderca obrał sobie za cel prostytutki Sonii i jak można się tego spodziewać nasza tytułowa bohaterka, Marika, aby odkryć prawdę zasili ich szeregi. Aby umocnić wiarygodność swojej przykrywki będzie świadczyła dokładnie takie same usługi, jak pozostałe dziewczęta, odkrywając, że ich głównymi klientami są między innymi politycy, finansiści i przedsiębiorcy. Dla wielu czytelników zapewne taki zarys fabuły okaże się mocno kontrowersyjny, tym bardziej, że osadzono ją w polskich realiach, ale mnie zabrakło szczegółowego pociągnięcia tematu. Akcja jest za bardzo rozproszona, żeby móc całkowicie zaangażować się w lekturę. Zielke unika szczegółowych opisów praktyk seksualnych i nie zagłębia się zanadto w intrygę kryminalną. Najbardziej interesujące wątki szybko są zakańczane, a akcja raptownie przeskakuje do przodu. Szkoda, bo gdyby nieco je rozbudować mogłyby okazać się prawdziwie bezkompromisową bombą na naszym rodzimym rynku literackim. Podobnie Zielke zaniedbuje rysy psychologiczne bohaterów. O agencie ABW, Lisickim, wiemy jedynie tyle, że jest bardzo nieprzyjemnym gościem, formalistą niezadowolonym z pracy Mariki. Rodzki natomiast jawi się, jako sterany życiem, doświadczony glina, który nie dostrzega już sensu swojej pracy w służbie społeczeństwa. Najsilniej autor skupił się na głównej bohaterce: młodej, twardej byłej policjantce z traumatyczną przeszłością. Ale choć faktów z jej życia ujawnił najwięcej zabrakło mi dogłębnego wejrzenia w jej nadszarpniętą psychikę. Zapewne moje odczucia były podyktowane awersją do krótkich obfitujących w wulgaryzmy zdań. Zielke często wykorzystuje taką formę przekazu, szczególnie kiedy opisuje poszczególne wydarzenia z punktu widzenia Mariki i mordercy. Ale na szczęście uświadczyłam kilka ustępów, przede wszystkim opisów scenerii, artykułowanych bardziej dojrzałym językiem.

„A kogo interesuje prawda? Jest za mało ciekawa, rzadko kiedy ma smak skandalu i odpowiedni koloryt. Żeby news był ciekawy, trzeba go ubarwić, podlać ostrym sosem, wyrwać coś z kontekstu, podkręcić. Wtedy zainteresuje ludzi, przyciągnie innych dziennikarzy, będą mogli w kółko to maglować. Bez względu na to, czy za prezentowaną informacją kryje się ludzki dramat i cierpienie. One są nieistotne.”

Choć śledztwo śladem seryjnego mordercy przed finałem pozbawione jest większego napięcia, czy zaskakujących zwrotów akacji już sama końcówka całkowicie mnie zadowoliła. Tylko wówczas mogłam w pełni zaangażować się w lekturę, która w paru momentach nawet mnie zaskoczyła. Wyścig z czasem, rewelacje sięgające świata polityki, niemożność odnalezienia sprzymierzeńcy pośród głównych graczy zakrojonej na szeroką skalę intrygi i otwarte zakończenie, choć nie zrekompensowały mi wcześniejszej rozproszonej fabuły, przynajmniej nie pozostawiły mnie z poczuciem straconego czasu, a to już coś.

Nie jestem w stanie orzec, czy czytelnicy gustujący w polskiej literaturze odnajdą się w tej lekturze. Sama czytam jej niewiele, dlatego zapewne nie byłam usatysfakcjonowana „Twardzielką”, ale z drugiej strony osoby, które zaczytują się w naszych rodzimych powieściach mogą całkowicie inaczej odbierać elementy, które mnie do pisarstwa Zielke zraziły. Zachęcać, czy też odradzać tę powieść nikomu nie będę – niech każdy zdecyduje sam, czy poszukuje właśnie tego rodzaju rozrywki.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 3 grudnia 2014

„Głębia ciemności” (2014)


Doktor Michael Cayle wraz z żoną, Cristine, i ośmioletnią córeczką, Jessicą, przeprowadza się do małego miasteczka, Ashborough. Na miejscu odkrywa, że mieszkańcy mają bardzo restrykcyjne zasady życia we wspólnocie, ale początkowo nie przeszkadza mu to w kontaktach z sąsiadami. Otwiera gabinet lekarski i wraz z Cristine zaczyna starać się o dziecko. Tę idyllę zakłóca sąsiad Cayle’ów, który wyjawia Michaelowi, że Ashborough od zawsze pozostaje pod władzą plemienia Odludków, którym należy złożyć ofiarę ze zwierzęcia, aby zapewnić bezpieczeństwo swojej rodzinie.

Adaptacja powieści Michaela Laimo, w 2004 roku nominowanej do Bram Stoker Award. Książka w 2011 roku doczekała się kontynuacji, zatytułowanej „Return to Darkness”, ale w Polsce jak na razie nakładem wydawnictwa Amber ukazała się tylko pierwsza część. Wersję filmową wyreżyserował twórca niskobudżetówek, Colin Theys na podstawie scenariusza Johna Doolana, z którym wcześniej współpracował przy kilku innych produkcjach (m.in. „Banshee!!!”, „Steve Niles’ Remains”, „Umarłe dusze”). Amerykańscy krytycy mieli ambiwalentny stosunek do efektu pracy obu panów, natomiast masowi odbiorcy w większości nie stronili od negatywnych opinii.

Scenariusz miał potencjał. Bez problemu można go dostrzec podczas pierwszej połowy seansu. Małomiasteczkowy, sielski klimat miesza się wówczas z delikatną aurą tajemnicy, akcentowanej niepokojącym zachowaniem mieszkańców Ashborough w stanie New Hampshire. Już pierwsze informacje przekazane Cayle’om przez sąsiada budzą podejrzenia do tej społeczności. Brak kablówki i godzina policyjna w opinii mieszkańców mają umożliwić im zacieśnienie więzów, dopomóc w stworzeniu wspólnoty, a jak wiadomo ilekroć w kinie grozy padają takie górnolotne hasła widzom z miejsca zapala się w głowie sygnał ostrzegawczy. Michael też z czasem zacznie coś podejrzewać. Szczególnie, kiedy jego żona zacieśni znajomość z krewną założycieli miasta, demoniczną Zellis, a córka zacznie utrzymywać, że nocami widuje w swoim pokoju duchy ze świecącymi oczami. Kiedy poznamy oblicze zagrożenia, czyhającego na rodzinę Cayle’ów, lud Odludków, sterujący wszystkimi poczynaniami społeczności Ashborough małomiasteczkowy klimat jeszcze przez chwilę będzie łatwo wyczuwalny. Michael rzecz jasna nie uwierzy w te rewelacje, ale to wcale nie powstrzyma go przed zdwojoną czujnością. Wędrówki mężczyzny po dużym domostwie, śladami szybko przemykających cieni oraz widok rozjarzonych oczu stworków, czyhających nocą na zewnątrz są tak pozbawione napięcia, że ich przydługa realizacja szybko nuży. Choć twórcy zaakcentowali owe wydarzenia nastrojową ścieżką dźwiękową brak wyczucia suspensu i rezygnacja z mocnych punktów kulminacyjnych sprawiły, że patrzyłam na ten dramat głównego bohatera z niejaką obojętnością, nie mogąc się doczekać przeskoku akcji. A tych jest całkiem sporo – tuż przed spodziewaną kulminacją twórcy przerywali nagle daną scenę, przechodząc do wydarzeń mających miejsce nazajutrz. Nie wiem, czy owe wzdraganie się przed ewokacją grozy było podyktowane niechęcią do jump scen, czy raczej brakiem pomysłu na przyzwoite zamknięcie tych wbrew intencji filmowców nietrzymających w napięciu sekwencji. Motywów nie znam, ale efekt był dla mnie mocno rozczarowujący, dlatego też podczas pierwszej połowy seansu nastawiłam się raczej na leniwą historię o dziwacznym miasteczku i z takimi oczekiwaniami spędziłam przed ekranem całkiem znośne kilkadziesiąt minut. Aż przyszła pora na większą dosłowność.

Kiedy Theys wreszcie decyduje się pokazać widzom prawdziwą naturę zagrożenia małomiasteczkowy klimat wyparowuje, a zastępują go delikatne akcenty gore. Jedyną taką umiarkowanie drastyczną sceną, która jako tako przypadła mi do gustu był widok zakrwawionej dziewczyny zbliżającej się do Michaela – tej samej, dzięki której nieco wcześniej można było obejrzeć kilka całkiem udanie zrealizowanych onirycznych ujęć. Niestety, im dalej tym gorzej. Wygląd Odludków, pomimo ich odrażających, zaniedbanych ciał psują świecące niczym reflektory oczy – nie dość, że strasznie efekciarskie to w dodatku zabawne. A i ich początkowe postępowanie nie wzbudza niepokoju – choć trzeba przyznać, że jest przyczynkiem do zobrazowania całkiem ciekawej, ale z pewnością nie odstręczającej sceny gore, z wykorzystaniem przekonującej sztucznej krwi. W wielkim skrócie druga połowa projekcji upływa w towarzystwie nieprzesadzonej makabry, chaotycznych, z góry skazanych na niepowodzenie ucieczek, kilku walkach wręcz z owymi kreaturami i paroma rewelacjami wyjaśniającymi postępowanie mieszkańców Ashborough. Słowem: nic nowego w kinie grozy. A co gorsza podanego bez jakiegokolwiek wyczucia gatunku i bez poszanowania odpowiedniego klimatu. Niby mroczna kolorystyka obrazu jest, ale bez napięcia i dobitnego akcentowania zagrożenia jest praktycznie bezużyteczna. Za to finał w zamyśle uciekający się do podwójnej bomby w jednej kwestii bardzo mnie zaskoczył, ale druga zbyt nachalnie była sygnalizowana wcześniej, przez co nietrudno było mi ją przewidzieć. Pomimo miernej realizacji całkiem ciekawego pomysłu w „Głębi ciemności” wystąpili zacni aktorzy. Odtwórca głównej roli Sean Patrick Thomas dwoił się i troił, aby odrobinę podnieść poziom tej produkcji. Ostatecznie pokonała go fuszerka reżysera, ale Thomasowi niczego zarzucić nie mogę. Ponadto bardzo cieszyła mnie obecność Blanche Baker, znakomitej aktorki, która po „Dziewczynie z sąsiedztwa” zawsze idealnie będzie mi się wpasowywać w czarne charaktery. 

Reasumując „Głębia ciemności” to taki typowy średniak – ciekawy w momentach, kiedy nic się nie dzieje, ale za to irytujący w dalszych pełnych akcji minutach projekcji. Potencjał był, ale niestety reżyser słynący z braku wyczucia gatunku go zaprzepaścił i to na tak szkolnych błędach, że aż przykro się robi. Książki jeszcze nie czytałam, ale jej adaptacja nie zniechęciła mnie do lektury. W końcu zarys historii był niczego sobie, tylko wykonanie mocno kulało.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

„Deliria” (1987)


W związku ze zbliżającą się premierą sztuki, jej reżyser Peter organizuje wieczorną próbę. Kiedy jedna z tancerek, Alicia, doznaje urazu nogi wraz z przyjaciółką wymyka się na chwilę do pobliskiego szpitala. Na miejscu okazuje się, że kobiety nieopatrznie trafiły do ośrodka psychiatrycznego, w którym izolowany jest między innymi seryjny morderca, Irving Wallace. Mordercy udaje się zbiec ze szpitala i dotrzeć do teatru, w którym Peter przygotowuje ekipę do premiery musicalu.

Pierwszy pełnometrażowy film fabularny Michele Soavi’ego, który doświadczenie reżyserskie zdobywał asystując takim gwiazdom włoskiego kina grozy, jak Dario Argento, Lamberto Bava i Joe D’Amato (który wyprodukował niniejszy obraz). Co ciekawe, choć „Deliria” jest produktem mało doświadczonego wówczas reżysera została doceniona nie tylko przez fanów gatunku, ale również krytyków, zachwalających kierunek, jaki twórca obrał przy konstrukcji fabuły. Lwia część włoskiego krwawego kina grozy w dużym stopniu skupia się na graficznych scenach mordów, przedstawionych w jak najbardziej wynaturzony sposób. Tymczasem Soavi spróbował swoich sił ze slasherem, dostosowując go do estetyki spopularyzowanej przez Amerykanów, ale z wyłączeniem przesadnej innowacyjności, na rzecz duszącego klimatu grozy.

Fabułę zawiązuje próba do sztuki nadzorowana przez jej reżysera, apodyktycznego Petera. Mężczyzna, wbrew woli inwestorów umyślił sobie bezkompromisowy musical, traktujący o mordercy zakrywającym swoją twarz pod fantazyjną głową sowy. Po krótkim wstępie widzom zostanie zdradzona tożsamość zagrożenia, jakie będzie czyhało na ekipę teatralną w nocy. Zbiegły ze szpitala psychiatrycznego seryjny morderca, Irving Wallace, uwięzi Petera i kilku aktorów w teatrze i przystąpi do ich eliminacji, z wykorzystaniem różnych narzędzi. Zamknięcie akcji w jednym budynku, pełnym mrocznych korytarzy w moim mniemaniu było znakomitym pomysłem. Podobnie, jak w „Demonach” taki zabieg, przy pomocy umiejętnej realizacji i chwytliwego głównego motywu muzycznego, stworzył znacząco podnoszącą napięcie atmosferę zaszczucia – pułapki, z której można się wydostać jedynie po trupie antagonisty. A ten dostosowując się do scenariusza sztuki Petera przywdziewa głowę sowy i bez choćby jednego słowa wyjaśnienia z pełną determinacją przemierza niespiesznym krokiem ciemne korytarze teatru śladami przerażonych protagonistów. Krótko mówiąc, mamy tutaj do czynienia z typową konwencją filmów slash – grupa spanikowanych ofiar, która wykorzystuje każdą okazję, aby się rozdzielić, tym samym zwiększając swobodę zabójcy oraz nie daje rady uciec przeciwnikowi pomimo jego leniwego kroku. Gdyby nie realizacja „Deliria” nie wyróżniałaby się niczym szczególnym na tle tych wszystkich niskobudżetowych amerykańskich slasherów z lat 80-tych, ale Soavi na szczęście natchnął swoją produkcję niemożliwym do skopiowania przez twórców z innych krajów włoskim duchem, który niezmiernie mnie elektryzuje. Długie najazdy kamery na ciemne zakamarki teatru i narzędzia zbrodni zawłaszczone przez Wallace’a. Sporadyczne subiektywne filmowanie z punktu widzenia mordercy, przez swoją częstą celową chaotyczność, imitujące swego rodzaju zawrót głowy, mający chyba symbolizować rozchwianie psychiczne zabójcy. To wszystko w kontekście tak prostej, niewymagającej myślenia fabuły robi naprawdę piorunujące wrażenie – zupełnie jakby oglądało się coś głębszego, aniżeli zwyczajowy konwencjonalny slasher, co jest oczywiście tylko pozorem.

Jak już wspomniałam sceny mordów nie grzeszą nadmierną oryginalnością, a i też nie epatują przesadnym rozlewem krwi. Taki zabieg był rzadko spotykany we włoskich rąbankach z lat 70-tych i 80-tych - na ogół kino gore z tego kraju łączyło w sobie mroczną atmosferę grozy z dopracowanymi odstręczającymi efektami specjalnymi. Soavi natomiast unikał długich zbliżeń kamery na efekty działań mordercy. Kiedy pierwsza ofiara kończy z jakimś narzędziem wbitym w usta posoki wcale nie widać, natomiast późniejsze sceny mordów minimalnie pomagają sobie obecnością krwi – albo raczej szkodzą, bo ta ma denerwującą różowawą barwę. Za to asortyment narzędzi zawłaszczonych przez Wallace’a gwarantuje różnorodność. Siekiera, wiertło, piła łańcuchowa i nóż przyczyniają się do kilku mało krwawych, niezbyt oryginalnych, ale za to zróżnicowanych ujęć eliminacji poszczególnych bohaterów. Zdecydowanie najlepsza scena mordu ma miejsce w trakcie rozpłatania chłopaka wiertłem przez drzwi. Ciekawe jest też standardowe zasztyletowanie dziewczyny. Ponadto Soavi pokazał typową dekapitację i podziurawienie piłą łańcuchową, ale jak już wcześniej wspomniałam bez przydługich zbliżeń na rany w ciałach protagonistów. Wielbicieli nadmiernego epatowania przemocą taki zabieg może mocno zniechęcić – sama byłabym zawiedziona, gdyby nie to, co Soavi daje w zamian. A mianowicie niezliczoną ilość pełnych napięcia scen cichych podchodów oprawcy do ofiar i na odwrót. Najmocniej szarpie nerwy sekwencja w garderobie, kiedy twórcy za pomocą subiektywnego filmowania dają widzom odczuć, że zabójca czeka za ubraniami na dogodny moment zaatakowania przebierającej się wówczas aktorki. Równie emocjonalne są podchody final girl w końcówce, kiedy to dziewczyna stara się zdobyć klucz do drzwi wyjściowych bez zwracania na siebie uwagi oprawcy. Kiedy cichaczem przemyka pod deskami sceny, drżąc na miauczenie kota, który w każdej chwili może ją zdradzić, albo ucieka przed mordercą po konstrukcji zawieszonej pod sufitem wręcz czuje się wzrost adrenaliny we krwi. A bo Soavi zrealizował te i mnóstwo innych podobnych sekwencji z właściwym sobie wyczuciem suspensu i idealnym zrównoważeniem nastroju z akcją. Co w jednym momencie pozwoliło mu uciec się do jump scenki – tak zaskakującej, że aż uniosłam się z fotela. Po makabrycznej końcówce (znakomita inscenizacja mordercy z wykorzystaniem trupów) w epilogu scenariusz znowuż skłania się w stronę typowej konwencji filmów slash, ale podobnie jak we wcześniejszych partiach seansu z niezwykłym wyczuciem gatunku i dramaturgii.

W moim odczuciu „Deliria” to jeden z lepszych włoskich slasherów. Choć mało krwawy i niezbyt oryginalny w scenach mordów może pochwalić się duszącą atmosferą zaszczucia, niezliczoną ilością scen pełnych trudnego do zniesienia napięcia oraz znakomitym wyczuciem gatunku. Jednak można nakręcić konwencjonalny, mało brutalny slasher, którego aż chce się oglądać. Soavi udowadnia, że prosty scenariusz nie deprecjonuje filmu grozy – wystarczy zadbać o klimat i realizację, aby miał szansę wyróżnić się na tle innych tworów z tego nurtu. Duże osiągnięcie, jak na mało doświadczonego wówczas reżysera, choć mam świadomość, że niektórych fanów mocnych rąbanek może nieco rozczarować.