Stronki na blogu

piątek, 6 lutego 2015

„Wiklinowy koszyk” (1982)


Duane Bradley przyjeżdża do Nowego Jorku i zatrzymuje się w tanim hotelu. Chłopak poszukuje lekarzy, którzy przed laty rozdzielili go z jego syjamskim, zdeformowanym bratem Belialem, którego transportuje z miejsca na miejsce w wiklinowym koszyku. Pozbawiony tułowia i nóg, skazany na życie w izolacji Belial wysługuje się bratem, aby dotrzeć do sprawców swojego nieszczęścia i dokonać na nich krwawej zemsty.

Niskobudżetowy film wyreżyserowany przez Franka Henenlottera na podstawie jego własnego scenariusza. „Wiklinowy koszyk” sklasyfikowano, jako horror komediowy, co zapewne podyktowała celowo przerysowana realizacja i kilka dowcipnych rozwiązań fabularnych, aczkolwiek (co zauważyli również zachwalający tę produkcję krytycy) najsłynniejsze dziełko Henenlottera przemyca również ważne, niebanalne treści. Masowi odbiorcy interpretowali scenariusz „Wiklinowego koszyka” jedynie przez pryzmat zwykłej rozrywki, porównując go do zamierzenie absurdalnych fabuł rąbanek spod znaku „Martwego zła”. Taki odbiór filmu determinowała tania realizacja i kiczowate efekty specjalne, które mogły przesłonić właściwą problematykę scenariusza.

Pomysłowi Henenlottera chyba nikt nie odmówi oryginalności. Mamy dwudziestoletniego chłopaka, Duane’a, który przemieszcza się po Nowym Jorku z wiklinowym koszykiem w rękach. W środku przechowuje swojego zdeformowanego brata, Beliala, który przyszedł na świat wrośnięty w jego bok. Relacja pomiędzy nimi opiera się na destrukcyjnym uzależnieniu. Składający się głównie z nieforemnej głowy, z paszczą najeżoną spiczastymi zębami oraz długich rąk zakończonych zdeformowanymi palcami Belial musi ukrywać się przed światem, który nie akceptuje inności. Wykorzystuje więc brata, z którym kontaktuje się mentalnie, do poruszania się po metropolii. Tymczasem Duane poświęca wszystko dla ukochanego Beliala – staje się współwinnym jego zbrodni i świadomie rezygnuje z wszelkiej prywatności. Ich wzajemną zależność scenarzysta obrazuje tak, jakby stanowili jedną osobę. W ten sposób z czasem widz traci rozeznanie, gdzie kończy się psychika jednego, a zaczyna drugiego i który z nich jest większym zbrodniarzem. Taka głęboka charakterologia w kinie klasy B jest doprawdy rzadko spotykana, ale to nie wszystko. Henenlotter nie zapomina o zjadliwej krytyce tak zwanego oświeconego społeczeństwa, które swoim brakiem akceptacji dla każdego odbiegającego od ogólnie przyjętych wizualnych norm nieświadomie tworzy potwory. Retrospekcja w drugiej połowie seansu, obrazująca dzieciństwo braci syjamskich doskonale pokazuje podejście, co poniektórych jednostek do inności. Gotowi zneutralizować ludzki byt byle tylko uniknąć ostracyzmu społecznego i nie ranić swoich oczu widokiem osoby, odbiegającej od powszechnie przyjętej definicji piękna. Tak, więc „Wiklinowy koszyk” jest próbą ukazania zaściankowego myślenia tzw. cywilizowanego społeczeństwa, wzdragającego się na widok niepełnosprawnych jednostek, które burzą wyidealizowany pogląd ludzi zdrowych na rzeczywistość i samą swoją obecnością przypominają im o własnej śmiertelności. Jeśli zestawimy scenariusz z tanią realizacją i przerysowanymi efektami specjalnymi dostaniemy obraz skomponowany na zasadzie kontrastów. Wyegzaltowane aktorstwo (szczególnie odtwórcy roli Duane’a, Kevina Van Hentenrycka), miejscami rozproszona praca kamery, efekty gore i wreszcie niezgrabny montaż w ujęciach przemieszczania się Beliala – wszystko to jest aż nazbyt kiczowate, ale raczej w przyjemnym, aniżeli rażącym stylu. Długie sekwencje rozrywania na strzępy lekarzy, przepołowienie piłą tarczową i wreszcie „udekorowanie” twarzy kobiety narzędziami chirurgicznymi podlano nieproporcjonalnie obfitą dawką krwi (zdecydowanie zbyt jasnej barwy), ale podobnie jak w na przykład „Martwicy mózgu” ma to swój niezaprzeczalny urok. Tak samo realizacja – tania, acz niepomijająca duszącej atmosfery wszechobecnego zepsucia, warunkowanej zarówno chaotycznymi ujęciami, jak obskurną scenerią taniego hoteliku oraz przybrudzoną kolorystyką. Jedyne sceny, które twórcy zdecydowanie mogli sobie darować to momenty przemieszczania się Beliala, zrealizowane dzięki licznym zatrzymaniom obrazu, które raziły nieudolnymi efektami wklejania w tło.

Komercyjny sukces „Wiklinowego koszyka” zaowocował dwoma sequelami w późniejszych latach, ale nie udało im się powtórzyć popularności pierwowzoru. Obecnie, wyłączając wąski krąg wiernych fanów kina gore, obraz Franka Henenlottera, pomimo uzyskania statusu filmu kultowego odszedł zapomnienie. Być może współczesnych odbiorców odrzuca kiczowata realizacja, w której z kolei rozsmakowują się koneserzy XX-wiecznej kinematografii. Jednakże ufam, że dzisiejsze pokolenie przymknie oczy na niedoróbki realizatorskie (które dla mnie w przeważającej większości mają swój magiczny urok) i da się porwać niebanalnej, głębokiej jak na produkcję klasy B fabule.   

środa, 4 lutego 2015

Najgorsze remake’i horrorów

Poniżej przedstawiam całkowicie subiektywne zestawienie dziesięciu najbardziej niepotrzebnych XXI-wiecznych remake’ów/readaptacji horrorów (z tych, które widziałam). Takich nieudanych uwspółcześnionych wersji znanych straszaków z ubiegłego wieku powstało oczywiście dużo więcej, ale z czystego lenistwa postanowiłam ograniczyć swoją listę tylko do dziesięciu pozycji.

10. „Nie bój się ciemności” (2010)

Próba uwspółcześnienia mało znanej produkcji Johna Newlanda z 1973 roku, wyreżyserowana przez Guillermo del Toro i Matthew Robbinsa. Początek właściwie całkiem zgrabnie buduje klimat nadnaturalnego zagrożenia, ale im dalej tym bardziej rzuca się w oczy nieodparte pragnienie twórców popisania się nowoczesną technologią. Wygenerowane komputerowo baśniowe istotki atakujące protagonistów w przezabawnych sytuacjach oczywiście mogą się podobać. Ale tylko wówczas, gdy nie będziemy nastawiali się na kino grozy tylko lekką rozrywkę z przymrużeniem oka.

9. „Carrie” (2013)

Efekciarska re readaptacja debiutanckiej powieści Stephena Kinga wyreżyserowana przez Kimberly Peirce, która zapewne liczyła na szybki zarobek na znanym tytule. Historię obdarzonej telekinetycznymi mocami nastolatki kinematografia wyeksploatowała już do maksimum – mieliśmy już doskonałą adaptację Briana De Palmy i telewizyjną ekranizację Davida Carsona. Ale z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu Hollywood uznało, że da się jeszcze coś z tej historii wycisnąć. Cóż, zapewne tym „czymś” miały być porażająco sztuczne efekty komputerowe oraz pozbawione psychologicznej głębi postacie popadające w autoparodię, a to wszystko wtłoczone w lekką, teen dramatyczną, usypiającą opowiastkę bez klimatu.

8. „Wilkołak” (2010)

Hollywoodzki remake kultowego obrazu George’a Waggnera z 1941 roku. Zrealizowany z rozmachem, widowiskowy, naszpikowany nowoczesnymi efektami specjalnymi, rozwleczony do granic możliwości bardziej melodramat/dark fantasy, aniżeli czysty horror z zabawnie prezentującym się wilkołakiem w roli głównej. Jedyny jasny punkt tej wysokobudżetowej produkcji to Anthony Hopkins, który jednak nie miał szans w pojedynkę podbudować jej poziomu.

7. „Mgła” (2005)

Nie wiem, dlaczego Rupert Wainwright myślał, że zdoła nakręcić coś godnego uwagi na kanwie jednego z najpopularniejszych horrorów Johna Carpentera. Nie sądzę, żeby był tak pewien swojego talentu, aby domniemywać, iż dorówna kunsztowi jednego z najlepszych twórców kina grozy. Pewnie liczył na przyciągnięcie widzów do kin znanym tytułem. A że już po skończonym seansie większość z nich była lekko mówiąc skonsternowana nie miało żadnego znaczenia – kasa wpłynęła i tylko to się liczyło. Bo jakoś nie potrafię inaczej patrzeć na wyjałowiony z klimatu grozy twór, prezentujący skrótową i miejscami niepotrzebnie zmodyfikowaną historię Carpentera. Zwykły skok na mamonę bez baczenia na oczekiwania oddanych fanów „Mgły” z 1980 roku.

6. „Night of the Demons” (2009)

Jak obejrzałam „Noc demonów” Kevina Tenney’a z 1988 roku byłam pod wrażeniem zestawienia lekkości fabuły z mrocznym klimatem i naprawdę pomysłowymi stricte horrorowymi scenami (ujęcia ze szminką nigdy nie wyrzucę z pamięci). Za to po skonfrontowaniu się ze współczesną wersją Adama Gierascha byłam delikatnie mówiąc oburzona tak lekceważącym podejściem do widzów. Reżyser myślał chyba, że nikt nie zauważy licznych niedorzeczności i bezsensownych dialogów, które podlał pikselową krwią zewsząd tryskająca po planie, bez poszanowania jakiejkolwiek logiki i napięcia.

5. „Kult” (2006)

Do dzisiaj trwają spory, czy „Kult” Robina Hardy’ego z 1973 roku jest horrorem, czy bardziej thrillerem. Podobnie rzecz się ma z remake’iem Neila LaBute. Moim zdaniem to typowy przykład hybrydy gatunkowej, która w nowej odsłonie nie miała mi kompletnie nic do zaoferowania. Opowieść o skrywającej mroczne tajemnice, egzystującej z dala od cywilizacji sekcie powinna już z definicji być przesycona atmosferą wszechobecnego zaszczucia, której w produkcji LaBute zwyczajnie brakuje. Rozwleczone do granic możliwości, nużące dialogi, ciągłe przestoje w akcji i przewidywalna intryga sprawiły, że nawet odtwórca głównej roli Nicolas Cage nie był w stanie odpędzić ogarniającej mnie podczas projekcji senności.

4. „Kwarantanna” (2008)

Już cieszący się ogromną popularnością hiszpański „[Rec]” nie przypadł mi do gustu. Głównie z uwagi na typową dla stylistyki verite rozchwianą kamerę, uniemożliwiającą przyjrzenie się wszystkim drastycznym szczegółom. Nic więc dziwnego, że podyktowana chęcią podpięcia się pod komercyjny sukces znanego tytułu amerykańska wersja tej historii, która notabene fabularnie niewiele różni się od oryginału również mnie nie przekonała. Z pierwowzoru ostał się tylko scenariusz (z drobnymi modyfikacjami) i rozchybotana kamera, za to moim zdaniem jedyny pozytyw wersji hiszpańskiej, czyli mroczny klimat w „Kwarantannie” nie jest prawie w ogóle odczuwalny.

3. „Nieodebrane połączenie” (2008)

Remake znanego japońskiego straszaka z 2003 roku, wyreżyserowany przez Erica Valette’a z poszanowaniem trawiącej amerykańskie horrory mody na sztuczne efekciarstwo komputerowe. Już pomijając naiwną, miejscami wręcz zabawną fabułę nie wyobrażam sobie, żeby kogoś przekonała realizacja, którą bez jakiegokolwiek wyczucia gatunku wręcz przeładowano żałosnymi CGI, które z planowanego horroru zrobiły zwykłą bajeczkę dla grzecznych dzieci.

2. „Bal maturalny” (2008)

Reinkarnacja slashera z 1980 roku. Właściwie obie wersje, pierwowzór i remake Nelsona McCormicka nie mogą poszczycić się interesującą fabułą i oryginalnymi scenami mordów, ale w przeciwieństwie do XXI-wiecznego obrazu oryginał miał swój gęsty klimat. McCormick całkowicie się go pozbył. Na dodatek odżegnał się od pokazywania krwi, tak jakby chciał dostosować swoją historię do niepełnoletnich odbiorców. W efekcie powstał niewymagający myślenia, teen horrorowy środek nasenny, w którym prym wiodą przede wszystkim wypacykowani młodzi ludzie ze swoimi mniej lub bardziej poważnymi problemami, których nie omieszkają artykułować przy każdej nadarzającej się okazji.

1. „Apartment 1303” (2012)

Jak na razie najgorszy XXI-wieczny remake, jaki miałam pecha zobaczyć. Zainspirowany japońsko-amerykańskim straszakiem z 2007 roku przerysowany do granic możliwości twór Daniela Fridella. Rozmawiająca sama ze sobą jedna z bohaterek, informująca widzów co akurat robi (jakbyśmy tego nie widzieli…). Zabawne, efekciarskie manifestacje zjawisk nadprzyrodzonych. Często eksploatowane w ubiegłym wieku, obecnie zwyczajnie żałosne wklejanie postaci w tło. I oczywiście niezliczona ilość głupot fabularnych ze „zlewozmywakowym duchem” na czele. Jedyny pozytyw to Rebecca De Mornay, której gratuluję odwagi przyjęcia roli w tak porażająco infantylnym gniocie.

wtorek, 3 lutego 2015

„Devoured” (2012)


Lourdes emigruje z Salwadoru do Nowego Jorku, aby zarobić na operację poważnie chorego syna, Olivera. Zatrudnia się w ekskluzywnej restauracji w charakterze sprzątaczki, zarządzanej przez surową Kristen. Conocna ciężka praca procentuje niewielkimi wypłatami, co zmniejsza szanse przeżycia Olivera. Po kilku miesiącach monotonnej egzystencji Lourdes zaczyna świadkować niepokojącym wydarzeniom. Męczą ją koszmary senne, wizje oraz tajemnicze byty, snujące się nocami po restauracji. Kobieta próbuje to ignorować, aby uzbierać brakującą sumę pieniędzy, do czasu aż tajemnicze istoty zaczynają zagrażać jej bezpieczeństwu.

Pierwszy horror w karierze Grega Ollivera na podstawie debiutanckiego scenariusza Marca Landau. Reżysera i odtwórczynię głównej roli, Martę Milans, nagrodzono w 2012 roku na New York City Horror Film Festival, ale do szerszej dystrybucji film trafił dopiero w 2014 roku. Opinie krytyków były zróżnicowane – jedni doceniali psychologię i stylistykę filmu, a inni dopatrywali się w nim zbyt oczywistych nawiązań do twórczości Romana Polańskiego. Dysponując niewielkim budżetem Olliver zapewne zdawał sobie sprawę, że kręci horror, który jest skazany na niszę. Nie ma tutaj porywających efektów komputerowych (acz specjalnych jest całkiem sporo), innowacyjnych rozwiązań i profesjonalnej obsady. Twórcy skupili się przede wszystkim na powolnym, aczkolwiek konsekwentnym zagęszczaniu atmosfery paranoi spowijającej główną bohaterkę, moim zdaniem niezasłużenie nagrodzoną, pozbawioną przekonującej ekspresji Martę Milans. Długie najazdy kamery na jej postać oraz na inne elementy ekspozycji mają za zadanie wytworzyć pomiędzy widzem i Lourdes pewną więź. Wzbudzić sympatię do niej, pozwolić wczuć się w jej trudną sytuację i co za tym idzie dopingować jej w walce z nadnaturalnymi siłami.

Kameralność „Devoured” potęguje ograniczone miejsce akcji (restauracja i małe mieszkanko Lourdes) oraz towarzyszący głównej bohaterce destrukcyjny klimat, rodem z obrazów gore. To całkiem interesujący zabieg, bowiem poza finałem nie spotkamy się tutaj ze zniesmaczającymi ujęciami (chyba, że kogoś odrzuca wymiotowanie krwią bądź wyrywanie zęba). Fabularnie Olliver czerpie z tradycji ghost stories i paranoid films, co przyjemnie kontrastuje z przybrudzoną oprawą graficzną. Nieprzewidywalne jump sceny (dłoń wyłaniająca się z szafki i ręka obejmująca Lourdes w piwniczce na wino, aż podniosły mnie z fotela) oraz znakomicie, bo minimalistycznie ucharakteryzowane zjawy, które główna bohaterka widuje w restauracji idealnie współgrają z klimatem rodem z krwawych nurtów horroru, co jest raczej rzadką specjalnością filmowców. Co więcej Olliver nie ogranicza się jedynie do maksymalnie wyeksploatowanych w nastrojówkach, konwencjonalnych ujęć zjaw i z nagła wyłaniających się z mroku rąk, dodając coś od siebie. Najbardziej pomysłowa była scena z widmowym mężczyzną wychodzącym z poszewki, ale sekwencje z degeneracją twarzy Olivera również robiły spore wrażenie – szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę ingerencję komputera, niezwykle wyważoną, jak na współczesnego twórcę horroru. Oprócz pokaźnej liczby stricte horrorowych scen scenariusz skupia się na trudnym pożyciu imigrantki w konsumpcyjnym Nowym Jorku. Kobieta codziennie obserwuje bogatą klientelę restauracji, w której pracuje mając bolesną świadomość rozwarstwienia społecznego. Podczas, gdy ona rozpaczliwie walczy o każdy grosz, który przesądzi o życiu lub śmierci jej jedynego syna osoby stołujące się w renomowanej restauracji mogą sobie pozwolić na bezrefleksyjne wydawanie pokaźnych kwot. Podczas, gdy ona staje przed koniecznością dorabiania sobie nierządem jej przełożona zarabia więcej niż może wydać, co wcale nie powstrzymuje jej przed ciągłym poniżaniem Lourdes. Relacja głównej bohaterki z Kristen ma na celu uświadomienie widzom problemu białego niewolnictwa na emigracji. Ludzie, którzy pragną lepszego życia w bardziej rozwiniętych krajach stają się całkowicie zależni od lepiej sytuowanych, ślepych na ich krzywdę obywateli wielkich metropolii. We współczesnym kinie grozy nieczęsto można spotkać się z drugim, głębszym dnem i to w dodatku tak przekonująco zarysowanym.

Scenarzysta popełnił kardynalny błąd w końcówce – poszedł w przewidywalną, często poruszaną w kinie grozy kliszę. W zamyśle dążył do zaserwowania widzom dwóch zaskakujących zwrotów akcji, mających za zadanie całkowicie zmienić sens wszystkiego, co widzieliśmy wcześniej. Problem tylko w tym, że ja od początku oglądałam ten film z takiej perspektywy. UWAGA SPOILER Nietrudno domyślić się, że syn głównej bohaterki nie żyje, a po „Bladym strachu” chyba nie ostał się żaden wielbiciel kina grozy, który obcując z takimi scenariuszami już na wstępie nie zakładałby psychozy głównej postaci. Moje rozżalenie tym bardziej wzmaga fakt, że można to było zakończyć w bardziej pomysłowy sposób – choćby czyniąc Kristen i jej partnera mordercami, karmiącymi swoich gości ludzkim mięsem (sugerowało to ujęcie porcjowania ręki przez rzeźnika, które niestety scenarzysta zrzucił na karb rozchwianej psychiki Lourdes) KONIEC SPOILERA.

Gdyby nie finał produkcja Ollivera mogłaby być prawdziwą bombą, ale w takim kształcie, w jakim zamknięto tę historię nie mogę rozpływać się w zachwytach. Wydarzenia mające miejsce przed tą feralną końcówką robią wrażenie, zarówno fabularnie, jak i realizacyjnie (choć antyfonom niszówek na pewno nie przypadną do gustu) i choćby z ich powodu warto sięgnąć po tę pozycję. Dobry film, ale nic poza tym, a to wszystko przez brak inwencji scenarzysty w ostatnich minutach projekcji. Szkoda, bo naprawdę można to było zamknąć w lepszym stylu.   

niedziela, 1 lutego 2015

„Inni” (2001)


Rok 1945, wyspa Jersey. Grace Stewart mieszka wraz z dwójką swoich uczulonych na światło słoneczne dzieci, Anne i Nicholasem, w dużym, odizolowanym od społeczeństwa domostwie. Od kiedy jej mąż dołączył do wojsk francuskich w II wojnie światowej kobieta sama utrzymuje dom i wychowuje dzieci w surowej doktrynie chrześcijańskiej. Do czasu pojawienia się Berthy Mills, Edmunda Tuttle’a i niemej Lydii, proszących o zatrudnienie w charakterze służby. Tuż po ich przybyciu w domu Grace zaczynają mieć miejsce niepokojące zjawiska. Anne utrzymuje, że kontaktuje się z duchem małego chłopca, Victorem, jego rodzicami i podstarzałą kobietą. Jej matka początkowo zrzuca to na karb wybujałej wyobraźni dziewczynki, ale kiedy sama zaczyna świadkować irracjonalnym wydarzeniom musi zaakceptować fakt, że jej dom jest nawiedzony.

Koprodukcja Francji, Hiszpanii, Stanów Zjednoczonych i Włoch, wyreżyserowana przez Alejandro Amenabarę. Na początku XXI wieku żaden powstały w zbliżonym czasie horror nie cieszył się takim uznaniem, jak „Inni”. Zachwalany przez krytyków, obsypany licznymi nagrodami (trzema Saturnami i ośmioma Goya Awards) oraz nominacjami osiągnął niemały sukces kasowy, a jego twórcę wzniósł na wyżyny popularności. Dzisiaj, pomimo upływu lat, nadal się o nim mówi, choć coraz więcej osób zauważa, że jego szeroko niegdyś komentowana innowacyjność jest mocno przesadzona.

„Inni” to minimalistyczna ghost story, podana w iście gotyckim klimacie, szczególny nacisk kładąca na niepokojąca scenerię. Oprawa graficzna zachwyca nawet dzisiejsze wychowane na efektach komputerowych młode pokolenie. Stare, wielkie domostwo, stojące w odizolowanym zakątku wyspy, spowite gęstą mgłą, przez którą nie przebija się nawet promień światła słonecznego. Skąpane w gęstym mroku wnętrza, tłumaczone chorobą dzieci głównej bohaterki (najpewniej którymś ze schorzeń z grupy fotodermatozy), w którym mają miejsce niepoddające się racjonalnym tłumaczeniom zjawiska. Miejsce akcji sprawia wrażenie, jakby zastygło w czasie, co w znacznej mierze determinuje powolny rozwój fabuły.

Amenabar zastosował w swoim opus magnum znany wielbicielom kina grozy, prosty acz skuteczny chwyt. Skupił się na sygnalizowaniu nadnaturalnej obecności, unikając dosłownego straszenia, w myśl zasady „boimy się tego, czego nie widzimy”. W niektórych scenach taki zabieg całkowicie spełnił swoje zadanie. Wsłuchująca się w głosy rozlegające się w „graciarni” Grace, która w kulminacji w panice zdejmuje prześcieradła z mebli. Anne przybierająca postać starej, niewidomej kobiety, której rozmazaną twarz widzimy pod woalem komunijnej sukienki dziewczynki. I wreszcie moja ulubiona, poddająca się dwojakiej interpretacji scena w sypialni dzieci, kiedy to do końca nie wiemy, czy zgodnie z zapewnieniami Anne za zasłoną skrywa się widmowy Victor nagle dotykający twarzy jej brata, czy to tylko dziewczynka stara się go nastraszyć. Ingerencja bytów z zaświatów w egzystencję głównych bohaterów jest więc zaznaczona bardzo delikatnie, bez posiłkowania się jump scenami, czy przerażającymi charakteryzacjami, co znakomicie buduje dramaturgię i mroczny, niezdefiniowany klimat grozy. Gorzej ze straszeniem w ścisłym rozumieniu tego słowa – oczywiście osoby wzdragające się przed rzeczami, których nie są w stanie dostrzec zapewne będą ukontentowani, ale tacy odbiorcy jak ja, łaknący przerażających wizualizacji duchów mogą poczuć lekki niedosyt. Oprócz elementów tożsamych dla ghost stories scenariusz „Innych” porusza również wątki stricte dramatyczne. Popadająca w coraz większe szaleństwo, surowa dla swoich pociech Grace (obłędna kreacja Nicole Kidman) maniaczka religijna, starająca się wpoić im swoje pojmowanie Pisma Świętego. Przygotowując Anne i Nicholasa (młodociani odtwórcy tych ról Alakina Mann i James Bentley w mojej ocenie dużo nie ustępują mistrzowskiej Kidman) do pierwszej komunii świętej organizuje im czas na czytaniu Biblii i tłumaczeniu we właściwy sobie sposób wszystkich niejasności. Kobieta bez oporów odmalowuje w ich wyobraźni koszmarne wizje ognia piekielnego, na który skazane są niewierne dzieci. Dualistyczną charakterologię Grace znakomicie obrazuje jej pogląd na fantastyczne historie Anne, utrzymującej, że ich dom jest nawiedzony. Kobieta bezkrytycznie daje wiarę wszystkiemu, co wyczyta w Piśmie Świętym, ale równocześnie nie jest w stanie zaakceptować życia duchowego przenikającego do jej świata dopóki nie ujrzy go na własne oczy. Amenabar za pomocą tych licznych wynurzeń teologicznych (miejscami za bardzo rozwleczonych) gdzieś w podtekście pokazuje sprzeczności jej wyznawczyni. W pewnym momencie dochodzi nawet do tego, że mówi wprost, iż nieznający jeszcze życia, nieustannie przebywający w zamknięciu dzieci umiejętnie oddzielają sferę duchową od cielesnej, że są w stanie przefiltrować tezy zawarte w Biblii, aby całkowicie nie wyzbyć się racjonalizmu, podczas gdy ich matka tego nie potrafi.

Scenariusz Amenabary z całą pewnością zmierzał do zaskakującej kulminacji, poprzedzonej powolnym budowaniem dramaturgii i szybko gęstniejącą atmosferą grozy. Owe elementy generuje głównie za pomocą scenerii i nastrojowej ścieżki dźwiękowej, którą sam skomponował, ale również zagadkową fabułą. Aurę zagrożenia zaznacza dzięki widmowemu Victorowi i towarzyszących mu dorosłych, przenikających do świata Stewartów, ale sporo uwagi poświęca również ich nowej służbie. Posunięta w latach Mills oraz partnerujący jej Tuttle i niema, młodziutka Lydia w domu Grace pojawiają się znikąd, a na zadawane pytania odpowiadają ogólnikami. Wiemy, że niegdyś pracowali w tym miejscu, że wyemigrowali w trakcie epidemii gruźlicy, ale szczegóły z ich przeszłości są skrzętnie przez nich tajone. Amenabar bardzo się stara rozbudzić podejrzenia widzów, co do służby UWAGA SPOILER jak się okazuje, aż za bardzo. Pierwszy raz oglądałam „Innych” w okresie nastoletnim i już wówczas przedwcześnie udało mi się przewidzieć finał. Mylące tropy są aż nazbyt uwypuklane, co automatycznie każe je odrzucać. Natomiast drobne, wygłaszane naprędce monologi wbrew zamiarom Amenabary łatwo sobie właściwie zinterpretować. Anne upierająca się, że jej matka postradała zmysły i krzycząca, że chce ich pozabijać. Milczący wręcz odrealniony pan Stewart powracający z wojny, żeby po jakimś czasie bez słowa na powrót zniknąć we mgle. I wreszcie niewidoma staruszka zadająca mnóstwo pytań Anne, która już na jej rysunku wygląda, jak stereotypowe medium. Wszystko to łatwo połączyć sobie w jedną całość – tym bardziej, jak oglądało się „Nawiedzonego” z 1995 roku lub czytało jego pierwowzór pióra Jamesa Herberta. Jestem przekonana, że Amenabar inspirował się tą książką bądź jej adaptacją. Chociaż krytycy wolą doszukiwać się w „Innych” nawiązań do „W kleszczach lęku” Henry’ego Jamesa KONIEC SPOILERA. Tak więc, na mnie finał nie zrobił oczekiwanego, zaskakującego wrażenia, ale nie wykluczam, że znajdą się widzowie, których uda się twórcom zwieść.

Rozpatrując „Innych”, jako całość, bez rozkładania na czynniki pierwsze mogę podsumować go słowem: dobry. Długo przekonywałam się do wizji Alejandro Amenabary, ale teraz po latach od pierwszego seansu nie mogę nie docenić oprawy graficznej i dźwiękowej, podtekstów teologicznych i znakomitego aktorstwa. Przed nadaniem temu obrazowi miana arcydzieła powstrzymuje mnie przewidywalny finał, zbyt duża inspiracja inną znaną ghost story i kilka nużących przestojów. Ale klimat i budowanie napięcia to już prawdziwy popis wyczucia gatunku twórców i choćby za to należy się ich produkcji uznanie.