Stronki na blogu

wtorek, 24 maja 2016

Dean Koontz „Północ”


W małym amerykańskim miasteczku, Moonlight Cove, wzrasta liczba zgonów. Przedstawiciele tutejszych organów ścigania każdą śmierć tłumaczą jakimś zwyczajnym przypadkiem, ale nie udostępniają ciał nikomu z zewnątrz, niezwłocznie poddając je kremacji. Zaalarmowane ich zachowaniem oraz donosem jednego z mieszkańców miasteczka, niepełnosprawnego weterana wojny wietnamskiej, Harry’ego Talbota, Federalne Biuro Śledcze wysyła do Moonlight Cove tajniaka, Sama Bookera. W tym samym czasie do miasteczka przybywa również siostra jednej ze zmarłych, dokumentalistka Tessa Lockland, niewierząca w oficjalną wersję głoszącą, że jej krewniaczka popełniła samobójstwo. Krótkie rozpoznanie poczynione przez Bookera wskazuje na tajemniczy eksperyment, nazwany Projektem Księżycowy Jastrząb, przeprowadzony na części populacji Moonlight Cove, skutkujący pozbawieniem ich wszystkich uczuć poza strachem. Pomysłodawcą eksperymentu jest bogaty geniusz, Thomas Shaddack, właściciel firmy New Wave Microtechnology, całe życie dążący do władzy absolutnej i wyniesienia rodzaju ludzkiego na wyżyny ewolucji. Jego projekt ma jednak istotne wady, gdyż niektóre ofiary eksperymentu, zwane regresywnymi, zamieniają się w krwiożercze bestie, zdolne siłą woli przepoczwarzać swoje organizmy.

Powieść „Północ” Deana Koontza po raz pierwszy ukazała się w 1989 roku, jakiś czas później zajmując pierwsze miejsce na liście bestsellerów The New York Timesa. Inspirację pisarz czerpał z filmowej bądź literackiej wersji „Inwazji porywaczy ciał” oraz „Wyspy doktora Moreau” Herberta Goerge’a Wellsa, wprost punktując owe podobieństwa. Duże grono wielbicieli powieściowych horrorów science fiction było zadowolonych z takiego zmiksowania dwóch kultowych reprezentantów gatunku, doceniając również wplecenie w akcję typowo koontzowskich elementów, dzięki którym „Północ” nie jawiła się niczym beznamiętna kopia dokonań innych tylko dziełko nacechowane sporą dozą indywidualności pomimo niezaprzeczalnych zbieżności fabularnych ze wspomnianymi pozycjami. Zapewne to wszystko brzmi nader zachęcająco, ale w istocie efekt końcowy nie prezentuje się tak różowo, bo chociaż Koontz zaproponował mi naprawdę zacną fabułę do jej przedstawienia wykorzystał styl, po który sięga ilekroć spisuje powieść przynależącą do klasy B. Twórczość Deana Koontza można podzielić na dwie frakcje – starannie opracowane, wielowątkowe tomy, reprezentujące bardziej wymagający odłam literatury grozy oraz pozycje ze szczątkowo zarysowaną akcją, operujące iście niechlujnym językiem. Zazwyczaj pomysły, na jakich bazują utwory Koontza w obu przypadkach zadowalają stopnień oryginalności, ale nie da się ukryć, że niektóre jego powieści dużo tracą na niedopracowanym warsztacie. Z mojego punktu widzenia właśnie takim przypadkiem jest „Północ”.

Niejeden twór przynależący do klasy B autorstwa Deana Koontza już przeczytałam i w sumie nie przypominam sobie, żebym w którymś z nich nie potrafiła odnaleźć pozytywnych stron. Z „Północą” jest podobnie, bo choć autor spisał fabułę tej powieści ze zbytnim pośpiechem, nie przykładając większej wagi do szczegółów, a tłumacz, Jan Kabat, jeszcze pogorszył sytuację niewygodną w odbiorze składnią, udało mi się wyłuskać z tej warsztatowej fuszerki kilka ciekawych elementów. Na szczególne wyróżnienie zasługuje typowy dla Koontza ogląd otaczającego nas świata, ze wskazaniem na haniebną naturę rasy ludzkiej. Kreśląc sylwetkę standardowego burzyciela, maniakalnego geniusza, Thomasa Shaddacka, i przybliżając nam wyniki jego tragicznego w skutkach eksperymentu na ludziach Koontz zauważalnie pragnął uświadomić czytelnikom, jakie zagrożenia płyną z postępu naukowego i technicznego, szczególnie jeśli osiągnięcia na tych polach są wynikiem długoletniej pracy jednostki dotkniętej manią wielkości. Shaddack ma w sobie coś z polityka – dążenie do władzy po trupach, chętne poświęcanie jednostek dla dobra ogółu i oczywiście próby przekształcenia jak największej liczby osób w zwykłe marionetki, całkowicie podporządkowane jego woli (na polskiej scenie politycznej od lat egzystuje osobnik, który wykazuje duże powodzenia szczególnie na tym ostatnim polu). Jednakże dobry polityk na ogół wykazuje największe zdolności w sferze manipulacyjnej, nie mogąc pochwalić się żadnymi innymi wielkimi talentami. Shaddack stwarza większe niebezpieczeństwo dla ludzkości, gdyż może poszczycić się ponadprzeciętną inteligencją, umożliwiającą mu opracowanie i wdrożenie w życie przemyślnego projektu, mającego na celu wyniesienie naszej rasy na wyższe szczeble ewolucji. W zamyśle jego eksperyment ma stworzyć generację tzw. Nowych Ludzi, wyzutą z uczuć poza niezbędnym do przetrwania strachem, długowieczną populację całkowicie oddanych mu osobników. Filozofia Shaddacka zakłada, że emocje blokują postęp, że aby móc dokonywać wielkich rzeczy należy jak najbardziej upodobnić się do maszyny. Mentalnie, nie fizycznie, ale jak pokazują nieprzewidziane skutki wdrożonego przez niego Projektu Księżycowy Jastrząb, postęp dokonał się w obu tych kierunkach. Poddani tzw. konwersji osobnicy początkowo zachowują się tak, jak tego pragnął Shaddack, ale z czasem każdego z nich ogarnia nieprzeparte pragnienie wyparcia się ludzkiej egzystencji w imię zaspokajania hedonistycznych zapędów. W tym miejscu dotychczasowa inspiracja „Inwazją porywaczy ciał” przeobraża się w wellsowską wizję hybryd ludzi i zwierząt, ale nie tylko, bo Koontz chętnie prezentuje nam przemiany choćby w Obcego, ósmego pasażera „Nostromo” (to nie jedyny horror, o jakim wspomina tutaj Koontz, napomykając również o między innymi „Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną”, „Duchu” i „Skowycie”), czy pozbawioną formy, gąbczastą masę. Największą pomysłowością wykazuje się jednak podczas opisów stapiania się ludzi z komputerami, mającymi w symboliczny sposób dać czytelnikom do zrozumienia, że nasze uzależnienie od maszyn prostą drogą prowadzi do dobrowolnego wyparcia się człowieczeństwa. Trochę miejsca Koontz poświęca również typowej dla siebie, trafnej ocenie natury rasy ludzkiej, szczególnie naszemu haniebnemu odżegnywaniu się od wszelkiej odpowiedzialności, zwłaszcza za nasze bezmyślne dążenie do zaburzenia naturalnego porządku świata. Aczkolwiek, jak na optymistę przystało, zaznacza, że jeszcze jest dla nas nadzieja, między słowami daje do zrozumienia, że ciągle istnieje szansa na to, że zaczniemy należycie wykorzystywać naszą biologiczną wyższość nad innymi gatunkami, ale osobiście jakoś nie potrafię podzielać tej części jego światopoglądu. O wiele bardziej przemawiał do mnie pesymistyczny, albo raczej realistyczny ogląd natury naszej rasy, wyłuszczony w „Północy”.

W powieściach Deana Koontza z obiektywnego punktu widzenia najczęściej powtarzają się dwa mankamenty, przy czym jeden z nich na ogół szczególnie mi nie przeszkadza. Mowa o powielaniu pewnych typów osobowościowych w przypadku pozytywnych bohaterów. W „Północy” również nie uświadczymy jakichś odkrywczych dla twórczości tego konkretnego pisarza rysów psychologicznych, spotykając się z typowo koontzowskim altruistą, przez wzgląd na osobiste tragedie odbierającym świat jedynie w ciemnych barwach i partnerującą mu optymistką, starającą się wykrzesać z niego odrobinę entuzjazmu. Jak zapewne każdy stały czytelnik powieści Deana Koontza podejrzewa tych dwoje połączy głębsze uczucie, a koszmarne wydarzenia, w centrum których na swoje nieszczęście się znajdą drastycznie zmienią osobowość jednego z nich. Ekipę agenta FBI, Sama Bookera i dokumentalistki Tessy Lockland zasili jedenastoletnia, oczytana Chrissie Foster, niedawno osierocona na skutek Projektu Księżycowy Jastrząb oraz weteran wojny wietnamskiej, sparaliżowany Harry Talbot i należący do niego czarny labrador Moose (Koontz jak na wielkiego miłośnika psów przystało bardzo często wtłacza owe czworonożne stworzenia w akcje swoich książek). Żeby tego było mało autor, co jakiś czas portretuje również losy szefa policji z Moonlight Cove, Lomana Watkinsa, poddanego konwersji, ale nieoczekiwanie stającego przeciwko swojemu stwórcy. Wątków jest więc całkiem sporo, ale ta mnogość bardziej zaszkodziła, aniżeli pomogła fabule, bo wespół ze skrótowymi opisami miejsc, wydarzeń i co najważniejsze cech protagonistów nader często wybijała mnie z rytmu, uniemożliwiając całkowite zaangażowanie się w lekturę. Ledwo jakiś poboczny wątek się rozpoczynał, zaraz się kończył, a Koontz pośpiesznie przechodził do następnego, na domiar złego uporczywie zmierzając w swoim ulubionym kierunku, czyli w stronę drugiego negatywnego elementu, cechującego większość jego utworów, polegającego na jak najbardziej optymistycznej finalizacji całej historii. Innymi słowy pisarz zaproponował mi całkiem interesującą historię, której jednak siła rażenia mogłaby być dużo potężniejsza, gdyby nie uparł się na ten nieszczęsny niechlujny warsztat. Mnogość wątków i bohaterów nie przeszkadzałaby, gdyby wzbogacił tę powieść w słowa i co za tym idzie gabaryty.

Powieść „Północ” to pozycja, w której konfliktują się fabuła i wykonanie, bo chociaż poszczególne wydarzenia mogą pochwalić się wieloma pożądanymi w horrorze science fiction elementami to styl niestety pozostawia wiele do życzenia. Gdyby Dean Koontz poświęcił nieco więcej czasu tej historii to najprawdopodobniej dostałabym naprawdę wartościową w swoim gatunku powieść, od której nie mogłabym się oderwać. Jego bibliografia obfituje w starannie spisane utwory, więc nie mam żadnych wątpliwości, że potrafi tworzyć w nieporównanie lepszym stylu, ale w tym przypadku niestety postanowił uderzyć w klasę B, tym samym obniżając jakość swojej powieści.

niedziela, 22 maja 2016

„Magia” (1978)


Magik, Corky Withers, po nieudanym solowym debiucie na scenie wraca z lalką o imieniu Fats, włączając do swoich iluzjonistycznych pokazów brzuchomówstwo. Jego styl szybko podbija serca widzów, co po jakimś czasie mobilizuje agenta Corky’ego, Bena Greene’a, do załatwienia mu występów w telewizji. Withersa początkowo cieszy możliwość podbijania małego ekranu, ale na wieść o wymaganych badaniach lekarskich wpada w panikę i opuszcza miasto. Wraca w swoje rodzinne strony, zabierając ze sobą Fatsa i wynajmuje domek nad jeziorem od Peggy Ann Snow, kobiety, w której jest zakochany od czasów liceum. Gospodyni rozpoznaje go, a niedługo potem zaczyna podzielać jego uczucia, pomimo faktu, że od lat pozostaje w związku małżeńskim z Dukiem, który często jest w rozjazdach ze względu na swoją pracę. Szczęście Corky’ego i Peg nie trwa jednak długo, gdyż wkrótce mężczyznę w najmniej pożądanym momencie nachodzi Ben Greene, dzięki czemu upewnia się, że magika z Fatsem łączy niezdrowa relacja, że mężczyzna traktuje zabawkę, jak żywą osobę. Na domiar złego z punktu widzenia Corky’ego lalka namawia go do zbrodniczych zachowań, czemu on nie potrafi się przeciwstawić.

W 1976 roku ukazała się powieść Williama Goldmana pod tytułem „Magic”, a niedługo potem Joseph E. Levine zakupił prawa do jej sfilmowania za okrągły milion dolarów. Nabywca praw był jednym z producentów adaptacji, natomiast reżyserię powierzono Richardowi Attenboroughowi. Scenariusz napisał sam autor książki, William Goldman, a główną rolę powierzono Anthony’emu Hopkinsowi. Niektóre źródła podają, że produkcja kosztowała siedem milionów dolarów, a zarobiła przeszło dwadzieścia, co zakładając, że informacje są prawdziwe, można uznać za sukces twórców. Tak samo opinie krytyków, którzy wręcz rozpływali się w zachwytach nad osiągnięciem Attenborougha. Z recenzji wielu z nich przebija przekonanie, że „Magia” jest jednym z lepszych thrillerów psychologicznych w historii kina oraz zdumienie na widok osuwania się w niepamięć tej produkcji w kolejnych latach. Te spostrzeżenia w pełni podzielam – w dzisiejszych czasach o tej pozycji prawie się nie słyszy, co zważywszy na jej poziom dla mnie osobiście jest zupełnie niezrozumiałe. Chyba nie przesadzę stwierdzeniem, że „Magia” jest najlepszym thrillerem psychologicznym, z jakim zetknęłam się w ostatnich latach, a nawet plasuje się w ścisłej czołówce mojego osobistego rankingu wszystkich dreszczowców, jakie do tej pory dane mi było obejrzeć. Nie jestem nawet w stanie w pełni wyrazić słowami tego, co przeżywałam w trakcie seansu filmu Richarda Attenborougha, oddać geniuszu twórców w kilku zdaniach, bo nawet kilkudziesięciostronicowa litania pochwalna pod adresem „Magii” nie zreferuje jej niebotycznie wysokiego poziomu. Postaram się jednak szczątkowo oddać emocje, jakie towarzyszyły mi podczas seansu i przybliżyć subiektywną ocenę elementów składających się na ten nietuzinkowy obraz, w nadziei, że to wystarczy, aby zachęcić osoby niezaznajomione z tą produkcją do jak najszybszego nadrobienia zaległości.

Życiowa rola Anthony’ego Hopkinsa to bez wątpienia kreacja seryjnego mordercy z kanibalistycznymi skłonnościami, Hannibala Lectera, ale nie każdy wie, że lata wcześniej zabłysnął w „Magii”, pokazując widzom zgoła odmienne podejście do roli. Sposób, w jaki Hopkins wcielił się w postać Lectera z całą pewnością jest zjawiskowy, ale umówmy się, kultowy kanibal nie jest postacią zbyt ekspresyjną. Elektryzuje swoistą zimną aurą, statecznością i tajemniczością, co miejscami przebija również z postaci Corky’ego Withersa, ale na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się bardziej dynamiczny warsztat Hopkinsa. Kreacje Lectera w adaptacjach książek Thomasa Harrisa moim zdaniem są najlepszym aktorskim osiągnięciem Anthony’ego Hopkinsa, ale drugie miejsce (biorąc oczywiście pod uwagę jedynie te filmy z jego udziałem, które dotychczas obejrzałam) jestem skłonna przyznać postaci Corky’ego Withersa, magika i brzuchomówcy, który nieoczekiwanie staje się prawdziwą gwiazdą sceniczną. Początkowo akcja rozgrywa się w hałaśliwej metropolii, wielkim, gęsto zaludnionym mieście, w którym nieśmiały, acz ambitny Corky próbuje ziścić swoje marzenia. Nie jest mu łatwo, na co wskazuje krótki prolog, ale zaraz po nim akcja przeskakuje o rok do przodu, zdradzając widzom, że głównemu bohaterowi wreszcie udało się osiągnąć zamierzony cel. Stał się prawdziwym bożyszczem, nie za sprawą magicznych sztuczek pokazywanych publiczności tylko lalki o imieniu Fats, rzucającej niewybrednymi żartami i w przezabawnym stylu przekomarzającej się z magikiem. W istocie to nie lalka wypowiada swoje kwestie tylko Corky, który posiadł zdolność brzuchomówstwa, co zauważalnie pomogło mu wyjść ze skorupy nieśmiałości, w której tkwił od najmłodszych lat i poprzez zabawkę pokazać sprzyjającą zawieraniu przyjaźni, dowcipną, odważną w słowach stronę swojej natury. Twórcy poczynili wszelkie starania, żeby maksymalnie upodobnić Fatsa do Hopkinsa, dzięki czemu wizualnie lalka oddziaływała na mnie w dwojaki sposób – z jednej strony miała w sobie pewien urokliwy, komiczny wydźwięk, ale z drugiej nie mogłam nie zauważyć jej demonicznych, okrutnych rysów, szczególnie mocno przebijających z ujęć bazujących na wzmożonym napięciu emocjonalnym. A takowych jest w „Magii” całe mnóstwo – właściwe całą fabułę wyłuszczono z zachowaniem piorunującego, niebywale podnoszącego poziom napięcia klimatu. Lekko przybrudzone, odrobinę wyblakłe zdjęcia oddano przy akompaniamencie różnorodnej, wręcz miażdżącej ścieżki dźwiękowej, skomponowanej przez Jerry’ego Goldsmitha, który zasłynął między innymi swoimi muzycznymi motywami w „Omenie”, „Obcym – ósmym pasażerze Nostromo” i „Duchu” (w wielkim skrócie, bo jego doświadczenie w kinie grozy jest bardzo bogate). W „Magii” dosłownie każdą sekwencję zwiastującą jakieś rychłe okropieństwa spotęgowano różnego rodzaju nastrojowymi, mistrzowsko skomponowanymi tonami muzycznymi, ale nie ograniczono się jedynie do niezapomnianych dźwięków, robiących naprawdę piorunujące wrażenie. Wspomniane już zdjęcia, diablo klimatyczne, również zrobiły swoje, szczególnie po zmianie lokacji – raptownym przeskoku z wielkomiejskich realiów do zacisznego miejsca nad jeziorem. Drewniane, stare domki, karłowate pozbawione liści drzewa, mulista woda w jeziorze i zasnute ciężkimi, ciemnymi chmurami jesienne niebo razem niosą sobą zapowiedź jakiejś groźby, jednocześnie dosłownie przygniatając aurą przygnębienia i alienacji. Operatorzy spisali się na medal wydobywając maksimum złowieszczości z miejsca akcji, taki sam efekt osiągając podczas wyłuszczania szczegółów niezwykle wciągającej fabuły. Ze swojego zadania wywiązali się tak genialnie, że gdybym nie wiedziała, w którym roku nakręcono „Magię” dałabym sobie rękę uciąć, że powstała w latach 90-tych, co moim zdaniem dowodzi temu, iż film Richarda Attenborougha wyprzedził swoje czasy.

Anthony Hopkins niełatwą rolą Corky’ego Withersa, znakomicie obmyślanej mocno zaburzonej jednostki, sprawił, że właściwe od pierwszych ujęć w stanie zbliżonym do hipnotycznego całkowicie skoncentrowałam się na tej postaci. Wprost nie mogłam oderwać od niego oczu, a mój zachwyt jego kreacją rósł wprost proporcjonalnie do postępu szaleństwa drzemiącego w tym konkretnym bohaterze. W osobowości magika można odnaleźć inspirację „Doktorem Jekyllem i panem Hyde'em” Roberta Louisa Stevensona i UWAGA SPOILER „Psychozą” Roberta Blocha KONIEC SPOILERA, ale zważywszy na rangę tych dwóch powieści, genialne pomysły na jakich bazują nie mam za złe Williamowi Goldmanowi tych naleciałości w scenariuszu. Tym bardziej, że przez szaleństwo Corky’ego Withersa filmowcy przeprowadzili mnie w sposób, który dosłownie przygniatał nagromadzeniem napięcia. Pierwszym, najbardziej czytelnym zwiastunem psychicznej choroby trawiącej głównego bohatera jest próba nauczenia się karcianej sztuczki pokazywanej niegdyś przez mentora Corky’ego i jego małżonkę, polegającej na nawiązaniu telepatycznej więzi z partnerką, celem odgadnięcia, jaką kartę trzyma w dłoni. Wściekłość, jaka ogarnia magika po nieudanej próbie jest znamienna – udowadnia widzom, że mężczyzna nazbyt poważnie podchodzi do swojego zawodu, wręcz obsesyjnie dąży do perfekcji, nawet kosztem przedmiotowego traktowania bliskich, w tym przypadku ukochanej Peggy Ann Snow. Kobieta, co zrozumiałe jest przerażona jego zachowaniem, ale kiedy w końcu sztuczka mu się udaje nie może wyjść z zachwytu i dochodzi do przekonania, że mężczyzna jest jej bratnią duszą. Nie wie jeszcze, że hobby Corky’ego ma na niego zgubny wpływ, że dla niego Fats nie jest jedynie scenicznym rekwizytem tylko swoistym alter ego, z którym prowadzi długie rozmowy. Withers zdaje sobie sprawę, że świat nie podzieli jego zapatrywań na Fatsa, nie wyklucza nawet zaburzeń psychicznych, ale mimo swoich wątpliwości nie zamierza poddać się badaniom psychiatrycznym. Łatwiej jest mu tkwić w tym niszczącym uzależnieniu od lalki, gdyż tylko w jej obecności czuje się w pełni sobą, pomimo rzeczy, do jakich lalka go zmusza. W konwersacjach Corky’ego i Fatsa zawarto sporo trafnego dowcipu, ale nawet jeśli niewybredne żarty rzucane przez lalkę wywołają uśmiech na twarzy jakiegoś widza to jestem przekonana, że szybko spełznie on z jego ust, gdyż akcenty komediowe od pewnego momentu zaczęto artykułować wespół z zapowiedzią jakiegoś niebezpieczeństwa, skoncentrowanego na osobie Corky’ego Withersa. Apogeum szaleństwa następuje oczywiście w scenach morderstw, wyróżniających się migawkowymi zbliżeniami na odniesione rany, miażdżącą, głośną muzyką akompaniującą tym wydarzeniom i rozbuchanym klimatem grozy, dosłownie przygniatającym swoim ogromem. Tak znakomicie zrealizowanych scen mordów już dawno na ekranie nie widziałam, co tym bardziej zdumiewa, jeśli weźmie się pod uwagę niewielką ilość sztucznej krwi, jaką oblano ofiary magika – makabra nie była Richardowi Attenboroughowi potrzebna do stworzenia naprawdę niepokojących sekwencji dwóch morderstw, które moim skromnym zdaniem powinny zyskać miano kultowych, zresztą jak cały ten film. No, prawie, bo końcówkę bym poprawiła, wykorzystując wcześniejszy zwiastun najgorszego okrucieństwa, na co scenarzysta niestety się nie zdecydował, ale przynajmniej zaserwował mi pod koniec naprawdę zapadający w pamięć obrazek – wzruszający, co jest wielce niewygodną emocją, jeśli rozważy się wszystko to, co pokazano mi wcześniej.

Moim zdaniem „Magia” jest prawdziwym arcydziełem kina grozy, ścisłą czołówką filmowych thrillerów psychologicznych, jakie dotychczas miałam okazję zobaczyć. Film niesłusznie zapomniany, który technicznie i fabularnie oparł się upływowi czasu, ale z jakiegoś nieznanego mi powodu nie jest dobrze znany współczesnej publice. Dlatego też zamiast polecać „Magię” komukolwiek poproszę, zamiast zachęcać do seansu tej pozycji zwrócę się o przysługę do wszystkich wielbicieli kina grozy – błagam, zróbcie to dla mnie i sięgnijcie po ten film! Nie odbierajcie sobie przyjemności obcowania z tym majstersztykiem kina! Dajcie szansę Richardowi Attenboroughowi, zwłaszcza jeśli choćby w części podzielacie moje zapatrywania na kino grozy, bo istnieje spore prawdopodobieństwo, że „Magia” wprawi was w prawdziwy zachwyt, porównywalny do tego, jaki towarzyszył mnie dosłownie przez całą projekcję.

piątek, 20 maja 2016

„Metamorfoza - Obcy” (1990)


Rząd przekazuje placówce badawczej pozaziemski organizm, celem przeprowadzenia eksperymentów koniecznych do poznania jego wszystkich właściwości. Podczas jednego z badań doktor Michael Foster zostaje ugryziony w dłoń przez Obcego. W krótkim czasie jego ciało przekształca się w nieznany na Ziemi organizm. Doktor Elliot Stein wspierany przez dziewczynę Michaela, doktor Nancy Kane, stara się znaleźć sposób na przywrócenie koledze dawnej postaci, ale kiedy wreszcie udaje mu się opracować odpowiednią metodę Foster staje się agresywny. Zabija Elliota i ochroniarza Griffena i ukrywa się gdzieś na terenie placówki. Nancy informuje o komplikacjach dyrektora, doktora Vialliniego, który z kolei zleca dwóm swoim ludziom zniszczenie pozaziemskiego organizmu. Tymczasem dwie córki Griffena, Sherry i Kim wraz z chłopakiem tej pierwszej, zaniepokojone przedłużającą się nieobecnością ojca, włamują się do ośrodka Vialliniego, celem poznania powodów zniknięcia tego pierwszego.

W 1983 roku powstała niskobudżetowa produkcja w reżyserii Douglasa McKeowna, pt. „Diabelskie nasienie”. Kilka lat później, producent filmu Ted A. Bohus wraz z producentem wykonawczym, Ronem Giannotto, zdecydowali się wyprodukować sequel „Diabelskiego nasienia”. Reżyserią i scenariuszem zajął się jeden z ludzi odpowiedzialnych za efekty specjalne w „Diabelskim nasieniu”, Glen Takakjian. Dysponując nieco większym budżetem niż w poprzednim przedsięwzięciu zdecydowano się dużo uwagi poświęcić efektom wizualnym: animatronice i fotografiom poklatkowym, co znacząco wydłużyło czas realizacji. „Metamorfozę – Obcego” zaczęto kręcić w 1987 roku, ale pierwszy pokaz odbył się dopiero trzy lata później, za co poza ogromem pracy winę ponosiły również spory prawne z dystrybutorami. Choć planowano stworzenie kontynuacji „Diabelskiego nasienia” stosunkowo szybko filmowcy doszli do wniosku, że produkcja jednak lepiej się sprawdzi, jako oddzielny obraz, więc ostatecznie przeformułowano scenariusz.

„Metamorfoza – Obcy” jest horrorem science fiction, ochoczo czerpiącym ze stylistyki body horrorów, największe skojarzania mogącym nasuwać z kultową „Muchą” Davida Cronenberga, ale mający w sobie również coś z choćby „Obcego z głębin” Seana S. Cunninghama i „Lewiatana” George’a P. Cosmatosa. Lwią część akcji zamknięto w placówce badawczej, w której naukowcy eksperymentują z pozaziemskim organizmem przekazanym im przez rząd. Początkowo spotykamy się z narracją retrospektywną – po wrzuceniu nas w sam środek akcji i pokazaniu kilku krwawych ujęć półżywego mężczyzny wybiegającego z jednego z pomieszczeń z przeżartą twarzą i rozszarpanych zwłok leżących na podłodze w kałuży nieco przejaskrawionej posoki, scenarzysta skupia się na relacjonowaniu niedawnych wydarzeń przez doktor Nancy Kane i dyrektora Vialliniego na użytek dwóch mężczyzn mających zażegnać niebezpieczeństwo. W ten sposób cofamy się do okoliczności, które doprowadziły do całego tego zamieszania. Punktem zwrotnym jest badanie, jakiemu doktor Michael Foster poddaje naprawdę milusińskiego małego pozaziemskiego stworka z fantazyjnymi oczętami, z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu nie zakładając uprzednio odpowiedniej ochrony na dłonie. Chwila nieuwagi skutkuje ugryzieniem naukowca, a żeby powstrzymać rozprzestrzeniającą się mutację Foster prosi towarzyszącą mu Nancy o polanie rany kwasem siarkowym. Ujęcia przeżerania skóry dłoni, choć towarzyszy im substancja, która kolorystycznie dosyć nieudolnie imituje krew, robią wrażenie pornograficznymi zbliżeniami na postrzępione kawały mięsa oblekające kończynę mężczyzny. Odrobina kwasu kapie również na drugą dłoń naukowca, gdyż pod wpływem bólu chwyta nią okaleczoną rękę, ale nie wyrządza mu to zbyt wielkich szkód… Prawdziwe szkody wyrządza pozaziemski „wirus” mimo tego bolesnego zabiegu szybko zawłaszczający całe ciało Michaela, przyczyniając się do naprawdę dopracowanej wizualnie mutacji. Uwielbiam śledzić powolne procesy przekształcania się ludzkiego ciała w jakieś wymyślne, odstręczające organizmy. Prawdziwi wirtuozi body horrorów, jak na przykład David Cronenberg potrafią uczynić z tego prawdziwą sztukę, choć oczywiście przeznaczoną dla „wybranych”, na tyle odpornych na tego rodzaju makabryczne ujęcia na ekranie, żeby przezwyciężyć mdłości i docenić trud, jaki włożono w stworzenie tak realistycznych obrazów. Twórcy efektów specjalnych w „Metamorfozie – Obcym” również poczynili wiele starań, aby mutujący Michael Foster prezentował się wiarygodnie, a formy jakie przybiera porażały daleko idącą pomysłowością. Oślizgły organizm z godziny na godzinę przyoblekany w cienką powłokę niwelującą rysy twarzy i wczepiającą kończyny w tors już sam jeden, bez dodatkowych udziwnień robi piorunujące, z lekka odstręczające wrażenie, ale prawdziwa zabawa zaczyna się z chwilą unaocznienia widzom błyskawicznego przeobrażania się w ostateczną formę Obcego. Cienkie, wijące się macki z nagła wystrzelające z jego klatki piersiowej i wychodzenie wielkiej, oblanej gęstą mazią glisty z jego wnętrza to najkrócej mówiąc fantastyczna próbka dobrodziejstw, jakie płyną z praktycznych efektów specjalnych. Ale to nie wszystkie niespodzianki, jakimi zdecydowali się uraczyć nas twórcy efektów specjalnych, w kolejnych minutach wizualizując inne niesamowite zdolności Obcego, dodatnio wpływające na poziom makabry. Otóż, glistowaty stwór atakuje wrogów głównie za pośrednictwem wypuszczanych ze swojego ciała małych organizmów z ogromnymi zębiskami przysysających się do przerażonych ludzi, podobnie postępujących macek, które jednak nie są jak wspomniane „gryziszczęki” odrębnym organizmem, odczepiającym się od dorosłej formy Obcego i oczywiście z pomocą ogromnej paszczy, najeżonej ostrymi zębiskami. Coś wspaniałego po prostu!

Wiele osób, w tym krytyków, którym dane było obejrzeć „Metamorfozę – Obcego” uważa, że znakomite, śmiałe efekty specjalne przysłaniają fakt, że tak na dobrą sprawę film jest pozbawiony fabuły, z czym nie mogę się zgodzić. Glenn Takajian oczywiście rozpisał i przełożył na ekran właściwą problematykę filmu, problem jedynie w tym, że bazował na znanych, szeroko wyeksploatowanych motywach. Ot, mamy grupę ludzi zamkniętą w ośrodku badawczym z burzycielem w postaci Vialliniego włącznie - nie klasycznym, bo niestarającym się zachować wyników eksperymentów, ale bez wątpienia niereprezentującym sobą typu altruisty, już raczej jednostkę dbającą tylko i wyłącznie o swoje interesy, choćby kosztem życia niewinnych ludzi. Ciekawym zabiegiem było dla mnie wprowadzenie „na scenę” córek zamordowanego przez Obcego ochroniarza, Sherry i Kim oraz chłopaka tej pierwszej, które uprzyjemniły fabułę nie tylko swoją napiętą relacją, ale również co ważniejsze „zaburzyły” do tej pory przewidywalny proces eliminacji ofiar. Jeszcze więcej atrakcji, w formie naprawdę wyważonych akcentów komediowych, wprowadziły postacie doktora Elliota i jednego z mężczyzn, mającego za zadanie zgładzić obcą formę życia, natomiast wydawałoby się główna bohaterka, doktor Nancy Kane mogła się poszczycić iście widowiskową zapalczywością w kontaktach z egoistycznym dyrektorem. Chociaż odtwórczyni tej roli, Katherine Romaine, z całej bądź co bądź niezbyt uzdolnionej obsady, wypadła zdecydowanie najtragiczniej, głównie przez denerwującą egzaltację, przebijającą zarówno z jej przesadnej mimiki, jak i niewyważonej dykcji. Jeszcze jeden plusik pragnę przyznać kompozytorowi, Johnowi Gray’owi, którego wkład w tę produkcję, ze szczególnym wskazaniem na „wpadający w ucho” muzyczny motyw przewodni chwilami przyczyniał się do wygenerowania może nie nadzwyczajnie trzymającego w napięciu klimatu zagrożenia, ale przynajmniej plasującego się na akceptowalnym poziomie. Z drugiej strony wypadałoby nieco dłużej popracować nad fotografiami poklatkowymi, montażem, który wespół z paroma wizualnie ocierającymi się o animację potworkami (nie mówię rzecz jasna o zmutowanym Michaelu Fosterze) prezentował się nadzwyczaj kiczowato. Na miejscu twórców wzbogaciłabym również oprawę wizualną o jakieś bardziej zdecydowane złowieszczo-klaustrofobiczne tony, bo miałam wrażenie, że operatorzy i oświetleniowcy nie potrafili wydobyć tych zdawać by się mogło integralnych dla tego rodzaju problematyki elementów, głównie przez nadmiar światła i miejscami rozproszoną pracę kamer.

„Metamorfoza – Obcy” oczywiście nie jest wolna od mankamentów, które dla widzów mniej obytych z tanimi, krwawymi tworami mogą okazać się zwyczajnie niestrawne, ale myślę, że miłośnicy kina klasy B, przyzwyczajeni do technicznych niedostatków mogą być w miarę zadowoleni z seansu. Jeśli oczywiście potrafią rozsmakować się w stylistyce rodem z body horrorów i docenić trud włożony w obmyślenie i stworzenie naprawdę widowiskowych (choć nie wszystkich) obcych form życia. Fabułą zapewne nikt zachwycony nie będzie, ale nie wykluczam, że co poniektórzy odbiorcy znajdą w niej elementy, które przynajmniej pozwolą im uniknąć znużenia.  

środa, 18 maja 2016

„Oczy w ciemności” (1982)


Toronto. Zanieczyszczone sterydami ziarna kukurydzy niedopuszczone do sprzedaży przez inspektor z wydziału zdrowia, Kelly Leonard, zostają spożyte przez hordę szczurów. W efekcie stworzenia stają się większe i bardziej agresywne w stosunku do ludzi. Rozwiedziony trener koszykówki w liceum, Paul Harris, wspólnie z byłą żoną wychowujący niespełna sześcioletniego syna, Tima, spotyka się z przypadkiem agresji ze strony gryzoni, gdy jeden z członków drużyny zgłasza się do niego z pogryzioną dłonią. Początkowo Paul nie łączy tego wypadku ze szczurami. Kiedy poznaje i zbliża się do Kelly Leonard zostaje odnalezione ciało jej znajomego, pogryzione przez szczury, ale nikt oprócz pani inspektor nie wierzy, że stworzenia przyczyniły się do śmierci mężczyzny. Nawet Harris nie podziela jej teorii, a tymczasem w mieście ma miejsce coraz więcej zmasowanych ataków przerośniętych gryzoni na niczego niespodziewających się mieszkańców.

„Oczy w ciemności” to adaptacja debiutanckiej powieści Jamesa Herberta, pt. „Szczury”, po raz pierwszy opublikowanej w 1974 roku. Scenariusz napisał Charles H. Eglee i był to jego drugi popis w tej roli - wcześniej był współscenarzystą „Piranii 2: Latających morderców”. Reżyserii podjął się Robert Clouse, znany przede wszystkim z filmów z Bruce'em Lee, zresztą w „Oczach w ciemności” nie omieszkał zawrzeć paru kadrów z tej części swojej twórczości. Efekt pracy między innymi tych dwóch panów srodze rozczarował autora literackiego pierwowzoru, który ubolewał nad licznymi zmianami w stosunku do oryginału i nie przebierając w słowach nazwał produkcję Clouse’a absolutnym śmieciem. Niezadowolenie pisarzy z adaptacji ich dzieł to dosyć częste zjawisko i całkowicie zrozumiałe, jeśli postawić się na ich miejscu, choć w tym przypadku ciężko jest mi podpisać się pod stwierdzeniem Jamesa Herberta, sprowadzającym się do tego, że „Oczy w ciemności” w jakiś sposób deprecjonują jego książkę. Bo film, w dodatku będący adaptacją, nie ekranizacją, czyli z zasady jedynie szczątkowo opierający się na pomysłach autora, a w szczegółach unaoczniający wizję scenarzysty, nie autora powieści, w żadnej mierze nie wpływa na jakość literackiego pierwowzoru. Nie zmienia przecież treści książki, nie wymusza na Jamesie Herbercie zmodyfikowania jego historii, choć oczywiście może wprowadzić w błąd osoby niezaznajomione z pomysłem wyjściowym. Inna sprawa, czy horror Roberta Clouse’a rzeczywiście zniechęci grono potencjalnych czytelników do lektury, bo gdybym ja zaczęła swoją przygodę z ową historią od filmu to bez wątpienia czym prędzej sięgnęłabym po książkę. Najpierw jednak przeczytałam powieść i w sumie jak na pozycję wpisującą się w poczet B-klasowców całkiem dobrze bawiłam się podczas lektury. I to samo mogę powiedzieć o adaptacji, w gruncie rzeczy nie potrafiąc rozstrzygnąć, które z tych utworów przedstawia sobą większą wartość.

Kanadyjskie „Oczy w ciemności” tak samo, jak powieść „Szczury” wpisują się w szereg animal attacków, ale pod żadnym pozorem nie należy łączyć ich ze współczesnymi koszmarkami spod tego znaku. Dzisiaj horrory o morderczych zwierzętach są obiektem kpin szerokiej opinii publicznej i słusznie, bo zdecydowana większość animal attacków z XXI wieku osiąga poziom całkowitego skretynienia, nie tylko z powodu naprawdę bzdurnych pomysłów na fabuły (deszcz rekinów, rekin z trzema głowami etc.), ale również komicznych efektów komputerowych. Jednak XX wiek częściej raczył widzów naprawdę zgrabnymi animal attackami, zrealizowanymi z wyczuciem grozy i naprawdę starającymi się zasiać w oglądających ziarno niepokoju, a nie jak to najczęściej ma miejsce obecnie zażenować tudzież rozbawić ich. „Oczy w ciemności” w moim pojęciu reprezentują sobą ten solidniejszy odłam animal attacków. Zrealizowany za półtora miliona dolarów kanadyjskich obraz Roberta Clouse’a przeszedł do historii, jako… film o jamnikach udających przerośnięte szczury, gdyż w role morderczych gryzoni wcieliły się psy tej konkretnej rasy, ubrane w odpowiednie kostiumy. Wypadło to naprawdę wiarygodnie i szkaradnie, jeśli weźmie się pod uwagę ich skołtunioną, brudną sierść, zdeformowane pyszczki, ogromne zębiska i sporawą masę. Ubolewam jedynie nad tragicznym w skutkach wypadkiem na planie, w którym jeden z dzielnych psich aktorów zmarł najprawdopodobniej na skutek zaduszenia kostiumem, co nasuwa pytanie, czy aby sposób, jaki twórcy obrali w swoim dążeniu do realizmu był wart takiej ofiary... Powieść Jamesa Herberta obfitowała w opisy krwawych ataków gryzoni na niewinnych obywateli, ale twórcy adaptacji dużo łagodniej podeszli do aspektów gore, serwując nam jedynie kilka migawek obrazujących zagłębianie się ostrych zębów w ciałach ofiar i czasami zdjęcia ich poharatanych zwłok krótko po ataku, również w formie przebłysków. Jednakże niski poziom drastyczności w najmniejszym stopniu mi nie przeszkadzał, gdyż dosłownie każdą sekwencję szturmowania nacechowano sporym ładunkiem napięcia i dosadnej wrogiej atmosfery, którą nade wszystko potęgowała umiejętna gra światłem i cieniem – zdjęcia były na tyle mroczne, żeby elektryzować mnie zwiastunem zagrożenia, ale równocześnie twórcy pilnowali się, żeby niczego całkowicie nie przysłonić gęstą ciemnością. Cieszyło również wyważone rozłożenie w czasie wszystkich scen przybliżających widzom natarcia wygłodniałych szczurów na niczego niespodziewających się ludzi, przez co nie miałam nawet okazji poczuć znużenia stonowanymi fragmentami fabuły i oczywiście bezkompromisowość scenarzysty w procesie eliminacji bohaterów. Szczególnie uwidacznia się ona podczas rozszarpania przez gryzonie na chwilę pozostawionego bez opieki maluszka, czego na szczęście nie pokazano, ale wstrząsająca scena zniknięcia dziecka oraz odkrycia zakrwawionej podłogi i dziecięcego ubranka jest aż nazbyt wymowna. Drugim przykładem odżegnywania się scenarzysty od ugrzecznionych motywów jest los, jaki spotyka czołowe drugoplanowe nastoletnie postacie, podczas moim zdaniem najlepszej sekwencji rozgrywającej się w kinie, w trakcie projekcji filmu z Bruce'em Lee oraz przygnębiający koniec przepięknego kota, i znowu na szczęście nie pokazany w całej makabrycznej okazałości.

Choć twórcy efektów specjalnych wykazali się ogromnym wyczuciem realizmu, a operatorzy i oświetleniowcy wydobyli maksimum napięcia z dosłownie każdej sceny unaoczniającej atak krwiożerczych gryzoni, sam szkielet fabularny niczym szczególnym się nie wyróżnia na tle niezliczonych B-klasowych animal attacków, choć ogląda się to naprawdę przyjemnie. Mamy rozwiedzionego trenera koszykówki, jego niespełna sześcioletniego syna i inspektor z wydziału zdrowia, która znacznie zbliża się do tej dwójki. Główni bohaterowie, należycie wykreowani przez Sama Grooma i Sarę Botsford, wdają się w płomienny romans, równocześnie starając się rozwiązać zagadkę tajemniczego zgonu znajomego kobiety, korzystając z pomocy specjalisty od szczurów. To właśnie z ust tego ostatniego i to już na początku seansu padają zdania będące przesłaniem „Oczu w ciemności”, które nawiązuje do tradycji tak zwanych eko horrorów, zresztą jeśli przyjrzeć się bliżej procesowi, który doprowadził do powstania zmutowanych szczurów „Oczy w ciemności” można śmiało wpisać w poczet tego nurtu. Znawca gryzoni na początku filmu informuje młodych słuchaczy, że za nadmiar szczurów odpowiedzialni są ludzie, uparcie zanieczyszczający środowisko i niepotrafiący zredukować liczby roznoszących zarazki gryzoni, bo i nie jest to łatwe w obliczu postępującej degradacji planety, z wyłącznej winy człowieka. Kiedy Eglee zdradza nam, że szczury zwiększyły swoje rozmiary poprzez spożycie ziaren kukurydzy przeładowanych sterydami można wysnuć wniosek, że bezpośrednią przyczyną późniejszych katastrof jest ludzka chciwość, pragnienie wzbogacenia się choćby kosztem faszerowania żywych organizmów niezdrowym pokarmem. Inspektor z wydziału zdrowia, Kelly Leonard, uniemożliwia rozprowadzenie tego towaru, nakazując zniszczenie go, ale nikt nie przewiduje, że wygłodniałe szczury dobiorą się do tego pokarmu i w efekcie przybiorą rozmiary, które „zwiększą ich szansę w odwiecznej walce ludzi ze zwierzętami”. Innymi słowy, jak na przyzwoity animal attack przystało mamy klasyczne demonizowanie rasy ludzkiej, albo raczej stwierdzanie niewygodnych faktów o naszym gatunku, które mnie osobiście tylko uatrakcyjniły seans „Oczu w ciemności”. 

Nie wypadałoby nie zarekomendować tej pozycji fanom animal attacków, bo w gruncie rzeczy zawarto w niej prawie wszystko, co najlepsze w tym podgatunku horroru. Ale sądzę, że nie tylko wielbiciele wspomnianego nurtu odnajdą się w tej propozycji, że również entuzjaści klimatycznego kina z niewielką dawką gore dadzą się ponieść „Oczom w ciemności”, jeśli oczywiście akceptują niewyszukane fabuły. Istnieją oczywiście dużo lepsze animal attacki, ale ten konkretny również nie ma się czego wstydzić, poza rzecz jasna zgonem na planie.