Stronki na blogu

czwartek, 12 marca 2020

Melanie Raabe „Cień”


Norah Richter przeprowadza się z Berlina do Wiednia, gdzie dostała pracę w charakterze dziennikarki, zawodzie, w którym ma już doświadczenie. Niedługo potem pewna żebraczka mówi jej, że jedenastego lutego z własnej, nieprzymuszonej woli zabije niejakiego Arthura Grimma. Norah nie ma powodów, by poważnie brać słowa nieznajomej kobiety, ale ciekawość zmusza ją do zebrania informacji na temat Grimma. Ciekawość i dziwne zbiegi okoliczności. W życiu Nory dochodzi do coraz to bardziej zagadkowych i niepokojących zdarzeń mających związek z przepowiednią żebraczki. Dostaje anonimowe wiadomości od osoby jakoś związanej z tą sprawą, a z jej mieszkania znikają niektóre bezwartościowe przedmioty i pojawiają się inne. Jest tego dużo więcej i wszystko najwyraźniej ma ścisły związek z Arthurem Grimmem. I najbardziej bolesnymi wspomnieniami Nory.

Niemiecka pisarka, dawniej dziennikarka, Melanie Raabe, serca czytelników z wielu krajów świata, podbiła już swoją pierwszą wydaną powieścią, thrillerem psychologicznym „Die Falle” (pol. „Pułapka”). „Cień” (oryg. „Der Schatten”) to jej trzecia powieść. Premierowe wydanie tego thrillera psychologicznego ukazało się w 2018 roku, dwa lata po jeszcze niewydanej w Polsce powieści „Die Wahrheit”. W 2019 roku wydano czwartą powieść Raabe pt. „Die Wälder”, która też jeszcze nie doczekała się polskiej edycji. Wedle słów autorki „Cień” powstawał w okresie, w którym często targała nią złość powodowana różnymi wydarzeniami politycznymi. Książka traktuje przede wszystkim o sprawiedliwości, jak stwierdziła Raabe także w kontekście globalnym, biorąc pod uwagę jej ówczesne żywe reakcje na podupadającą kondycję międzynarodowej sceny politycznej. W „Cieniu” skupiła się jednak na jednostkach – na fikcyjnych, acz pewnie zainspirowanych autentycznymi przypadkami (bo takich niestety nie brakuje) kobietach przeżywających swoje osobiste tragedie powodowane przez mężczyzn i system.

Okładka polskiego wydania „Cienia” Melanie Raabe (Czarna Owca, rok 2020) - kruk na tle szarego wycinka metropolii - może bardziej kojarzyć się z fantasy niźli thrillerem psychologicznym, do którego to gatunku powieść ta niewątpliwie przynależy. Grafika ta nie jest jednak przypadkowa, oderwana od treści i klimatu książki. Bynajmniej. Wystarczy rzut oka na front pierwszego polskiego wydania, by zorientować się, w jakim mniej więcej duchu utrzymana jest ta historia. W bardzo ogólnym zarysie, nie w szczegółach. Trudno bowiem spodziewać się, nawet po tak wiele mówiącym zdjęciu, czegoś tak mrocznego, ponurego i mistycznego. Z kart „Cienia” właściwie od początku emanuje jakaś nadnaturalność. Treść również sugeruje ingerencję sił nadprzyrodzonych, ale nie tak silnie jak klimat. Wiedeń. Zima. Szare ulice, szarzy ludzie, szare budynki i szara egzystencja. Samotność, rozpacz, monotonia. Brak nadziei. Życie wyprane z kolorów. Mrok goszczący w ludzkich duszach. Oprawcy i ofiary. I żadnej sprawiedliwości. Życie w pośpiechu, ale i w kleszczach osobistych traum, rozterek, małych i wielkich problemów, z którymi tak wielu musi radzić sobie w pojedynkę. Główna bohaterka „Cienia”, dziennikarka Norah Richter, ma powody, by patrzeć na świat w ciemnych barwach. Niejedno już przeżyła, ale oto zderza się z czymś nowym. Tyleż niezwykłym, co niepokojącym. Niewiarygodną przepowiednią pewnej żebraczki. Wtedy jeszcze tak myśli, ale wydarzenia, które zachodzą w jej życiu od tego momentu... Norah co prawda nie nabiera przekonania, że spotkała najprawdziwszą jasnowidzkę, że złowieszczo brzmiące słowa dotyczące jej przyszłości, którymi uraczyła ją ta najwidoczniej bezdomna kobieta, bez wątpienia się spełnią, ale jej sceptycyzm ewidentnie słabnie. Powoli, ale jednak. Norah nie jest osobą, która łatwo bierze coś na wiarę. Nie wierzy w przesądy, przeznaczenie, ani zdolność przepowiadania przyszłości. Ale też nie zwykła ignorować dowodów, które przeczą jej osobistym poglądom na tak zwaną sferę duchową człowieka. Melanie Raabe bez zbytniego pośpiechu zanurza czytelnika w ten mroczny świat, w którym, jak wyraźnie daje nam do zrozumienia, tak naprawdę od dawna tkwi czołowa bohaterka „Cienia”. W jej przeszłości wydarzyło się coś, co kładło się głębokim cieniem na całym jej dalszym życiu. Nadal bardzo to przeżywa, a jej męka jeszcze wzrasta po wkroczeniu w jej życie domniemanej prorokini i Arthura Grimma. Człowieka, którego wedle słów tajemniczej żebraczki zabije jedenastego lutego z własnej, nieprzymuszonej woli. Niewiarygodny charakter tego incydentu to jedno, ale Norah zna siebie na tyle dobrze, że nawet gdyby wierzyła w kasandryczne moce niektórych ludzi, to zapewne i tak zapewne wątpiłaby w autentyczność tej konkretnej przepowiedni. Bo Norah wie, po prostu wie, że nie potrafiłaby nikomu odebrać życia. Jej niezachwiany system wartości absolutnie jej na to nie pozwala. Takie ma przekonanie, ale ono z czasem zaczyna słabnąć. I bynajmniej nie tylko dlatego, że dociera do niej coraz więcej sygnałów z zewnątrz, w których trudno nie dopatrzeć się związku ze słowami, jakie pewnego dnia skierowała do niej napotkana żebraczka. Otóż, stosunkowo szybko dowiadujemy się, że pierwszoplanowa bohaterka jest tym niestety dość rzadkim okazem człowieka, dla którego najważniejsza jest sprawiedliwość. Czerwona lampka na tę wieść może i nie każdemu automatycznie się zapali, ale te osoby, które mają w zwyczaju równie uważnie obserwować otaczający je świat, co autorka „Cienia”, prawdopodobnie już od dawna mają przekonanie, że czego jak czego, ale sprawiedliwości bezsprzecznie w nim brakuje. Jak to mówią ze świecą można jej szukać, a na pewno takie wrażenie od dłuższego czasu ma Norah Richter. Kobieta wyczulona na niepowetowaną krzywdę innych kobiet. Owszem, można to traktować jak kolejny feministyczny manifest, ale co trzeba zaznaczyć, trudno dopatrzeć się tutaj tak charakterystycznej dla niejednego utworu feministycznego daleko idącej stronniczości. I że tak powiem szukania dziury w całym. Raabe roztrząsa na kartach „Cienia” nader poważne problemy kobiet, a nie mało znaczące detale. Wielkie cierpienia i dotkliwą niesprawiedliwość, które swoją drogą czytelnik, jeśli zechce, bez trudu będzie mógł odnieść również do mężczyzn. Autorka nie stawia w złym świetle całej męskiej populacji. W „Cieniu” samo bycie mężczyzną jeszcze nie oznacza, że jest się potworem albo że ma się życie usłane różami, co mam wrażenie coraz wyraźniej przebija w tej od wieków toczącej się wojnie damsko-męskiej. Czytając „Cień” nie miałam poczucia, że jest on kolejnych orężem na tym ogromnym polu bitwy. Kolejnym utworem, który ma przekonać nas, że mężczyźni są źli, a kobiety dobre. Oskarżycielski palec wymierzony w system prawny, to bez wątpienia jest. Ale w mężczyzn w ogóle? Absolutnie nie!

Przed oczami mając tę trzęsącą się, przerażoną dziewczynę, a w duszy dojmujące poczucie, że ten pieprzony świat jest cholernie niesprawiedliwy i że nic, ale to zupełnie nic nie może na to poradzić.”

Coś wisi w powietrzu. Coś straszliwego, niepojętego, potężnego i... niebywale fascynującego. Wiedeń na kartach „Cienia” zyskuje tak specyficzny wymiar, że trudno znaleźć mi słowa, które mogłyby przywołać choćby cząstkę tego magicznego krajobrazu. Bo w tym niewątpliwie jest jakaś magia. Czarna magia. Myślę, że takiego klimatu nie powstydziłby się żaden szanujący się utwór z gatunku dark fantasy, ani nawet czyściutki horror o zjawiskach nadprzyrodzonych. Takiego zarysu fabularnego też prędzej bym się spodziewała po horrorze, a nie thrillerze psychologicznym. Sięgając po powieść wpisującą się w ten drugi gatunek, nie nastawiam się na takie pierwiastki, jakie Melanie Raabe, szczęśliwie dla mnie, tutaj rozpostarła. Motywy, które ostatecznie mogą zostać w pełni zracjonalizowane, które mogą być tylko pozornie nacechowane nadnaturalnością, ale nawet jeśli, to wszystko, czemu świadkujemy wcześniej pozwala nam poczuć się trochę jak... w Strefie Mroku? To chyba dobre określenie, bo Norah Richter, a wraz z nią i my, przynajmniej pozornie zderza się z czymś z pogranicza dwóch światów. Zupełnie jakby nagle znalazła się w jakiejś równoległej rzeczywistości, w której są tylko czerń i szarość. I mroczna przepowiednia, która, jak wszystko na to wskazuje, istotnie się ziści. Norah zabije Arthura Grimma. Co do tego nie miałam najmniejszych wątpliwości. Zagadką pozostawał jednak motyw i pewne wydarzenie z przeszłości Nory, które wedle rozlicznych sugestii ma jakiś związek z tą sprawą (z biegiem lektury zagadki się mnożą). Sugestii zawartych przez autorkę na pierwszym etapie tej niezwykle fascynującej podróży u boku wielce charyzmatycznej, szczegółowo scharakteryzowanej bohaterki. Bohaterki kompletnej, dogłębnie zanalizowanej, przedstawionej w sposób godny gatunkowej szufladki, w którą powieść tę włożono. Długoletni fani literackich thrillerów psychologicznych, prawdopodobnie aż nadto dobrze wiedzą, że czasami ta etykietka jest mocno na wyrost. Powierzchowne portrety osobowościowe raczej nie najlepiej wpasowują się w tradycję powieści psychologicznych, prawda? No dobrze, nie każdy wychodzi z takiego założenia, ale zaryzykuję twierdzenie, że wielu miłośników tego typu prozy oczekuje pełnowymiarowych, dokładnie wykreślonych rysów psychologicznych przynajmniej czołowych postaci. Dokładnie takiego podejścia, jakie ma Malenie Raabe do Nory Richter. Naturalnie jej poświęca najwięcej miejsca, ale muszę dodać, że nie dała mi też powodów do narzekań na postacie drugoplanowe. Mnogość informacji na ich temat to jedno, ale ten styl... W tych zdaniach łatwo się zatracić. Rozsmakować w starannych, dojrzałych, długich opisach miejsc, wydarzeń i oczywiście postaci. Zapewne nie każdy odnajdzie się w takim poszanowaniu detali, tym bardziej, że w oczach niektórych mogą spowalniać one akcję. Nie mam jednak wątpliwości, że „Cień” trafi też na takich odbiorców, dla których akcja „Cienia” będzie wzmożona dosłownie przez cały czas. Opisy wbrew pozorom nie nadają tej historii stateczności, a przynajmniej nie z mojego punktu widzenia. Niby nic konkretnego w danej chwili się nie dzieje, a emocje aż się kłębią. Karuzela silnych wrażeń dla mnie pozostawała w ruchu przez dosłownie cały czas trwania tego doprawdy niepospolitego thrillera psychologicznego. Tak innego. I bez wątpienia poruszającego ważne problemy świata, w którym żyjemy. Nieprzewidywalnego i piorunująco klimatycznego dreszczowca, którego, według mnie (poza końcówką), jedynym felerem jest jego objętość. Blisko czterysta stron zapełnionych dość drobnym drukiem... Mało, zdecydowanie za mało. Takiej bohaterce jak Norah Richter życzyłabym sobie towarzyszyć nieporównanie dłużej. Dłużej stać przy niej w obliczu tej nadzwyczaj frapującej sprawy, z którą zderza się tuż po przeprowadzce do Wiednia. Depresyjnego, posępnego, ale i przepełnionego jakąś realną, jeszcze niezdefiniowaną groźbą. Nieokreśloną, wyraźnie niewskazaną przez autorkę, ale to umniejsza przeczucia, że coś złego wisi w tym mieście. I nie jest to jedynie widmo śmierci niejakiego Arthura Grimma, którą to najpewniej sprowadzi na niego Norah Richter. Czy ta sympatyczna kobieta wytrwale walcząca o sprawiedliwość dla innych (te bitwy zwykle przegrywa, ale to nie tylko nie osłabia w niej woli walki, ale wręcz dzieła na nią mobilizująco) naprawdę wkroczy na zbrodniczą ścieżkę? Wszystko wskazuje na to, że takie jest jej przeznaczenie. Całkowity upadek nader sympatycznej istoty? A może tak bardzo wytęsknione poczucie sprawiedliwości? Tak czy inaczej Melanie Raabe każe się nad tym zastanowić...

Beznadziejna walka o sprawiedliwość na tym świecie. Aura beznadziei spowijająca skupiska ludzkie. Egzystencjalna męka. Dotkliwa samotność i pewność, że będzie tylko gorzej. Przeznaczeniem Nory Richter prawdopodobnie jest zabicie człowieka, ale możliwe, że tylko od niej zależy, czy przepowiedziany jej los się dopełni. Melanie Raabe w swojej trzeciej, porywającej powieści osadzonej w gatunku thrillera psychologicznego (według mnie z dodatkami horroru) mówi o proroctwie, ale i wolnej woli. Czy los człowieka jest mu z góry pisany? Jeśli tak, to główna bohaterka „Cienia” jest skazana na piętno zabójczyni. I nic tego nie zmieni. Z drugiej strony, jeśli przeznaczenie nie istnieje, jeśli może dokonać wyboru, to wziąwszy pod uwagę całokształt... Tak czy inaczej Arthur Grimm prawdopodobnie zostanie ograbiony z życia przez tę zaciekłą bojowniczkę o sprawiedliwość. „Cień” moim zdaniem przewyższa hitową „Pułapkę” Melanie Raabe – to już jest wyższa półka psychologicznego dreszczowca. Jedna z najbardziej klimatycznych, najciekawszych i zagadkowych powieści grozy, z jaką w ostatnich latach miałam przyjemność się zapoznać. Niemal doskonały thriller psychologiczny z nie gorzej poprowadzonymi elementami nastrojowego horroru. Tak to widzę i naturalnie chcę więcej takich klimatów!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 10 marca 2020

„Depraved” (2019)


Alex zostaje zamordowany, kiedy wraca do domu od swojej dziewczyny Lucy. Budzi się w mieszkaniu należącym do mężczyzny imieniem Henry, ale wygląda zupełnie inaczej. Gospodarz jest cierpiącym na zespół stresu pourazowego byłym wojskowym lekarzem, któremu udało się wskrzesić Alexa. Henry nadaje mu imię Adam i zapewnia warunki konieczne do odzyskania pełnej sprawności. Stara się nauczyć go wszystkiego, co niezbędne do życia, a Adam okazuje się bardzo pilnym uczniem. Ze swojej poprzedniej egzystencji pamięta niewiele, a te przebłyski, które od czasu do czasu pojawiają się w jego umyśle niewiele mu mówią. Henry nie jest jedyną osobą odpowiedzialną za powołanie go do życia. Ma wspólnika, Johna Polidoriego, który pragnie jak najszybciej się z nim zobaczyć. Henry stara się przekonać go, że jest jeszcze za wcześnie na przejście do kolejnego etapu ich niezwykłego projektu, ale Polidori upiera się przy swoich racjach.

Larry Fessenden, twórca między innymi takich obrazów, jak „Wendigo” (2001), „Ostatnia zima” (2006) i „Pod powierzchnią” (2013), tym razem wziął na warsztat legendarną powieść Mary Shelley z 1818 roku pt. „Frankenstein; or The Modern Prometheus” (pol. „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz”) i jej filmową wersję z 1931 roku w reżyserii Jamesa Whale'a i z Borisem Karloffem w roli Potwora. Wydany w 2019 roku amerykański horror „Depraved” w reżyserii i na podstawie scenariusza Larry'ego Fessendena jest transpozycją tej ponadczasowej opowieści. Przeróbką, wariacją, reinterpretacją. Niebędącą jednak ani oficjalną adaptacją najbardziej znanej książki Mary Shelley, ani remakiem „Frankensteina” Jamesa Whale'a.

Larry Fessenden zachwycił mnie tylko raz: swoim niskobudżetowym, porywająco klimatycznym horrorem zatytułowanym „Wendigo”. Chciałabym móc napisać, że jego „Depraved” dosięgnął tej poprzeczki, ale niestety to bardzo dobrze przyjęte przez amerykańskich krytyków zmodernizowane, swobodne podejście do „Frankensteina” było dla mnie sporym wyzwaniem. Dociągnąć do końca tego blisko stu minutowego seansu, nie było łatwo. Nadzwyczaj wyboista okazała się to droga i z mojego punktu widzenia niewiele wnosząca do mitu Potwora Frankensteina. „Depraved” zauważalnie dużego budżetu nie miał. Dla mnie dobrze, bo jak pomyślę, co by z tego wyszło, gdyby Larry Fessenden mógł sobie pozwolić na więcej efektów komputerowych, to bardziej doceniam to, bądź co bądź, męczące dziełko. Gdyby nie klimat „Depraved”... Tak, to właśnie jemu zawdzięczam dotrwanie do napisów końcowych. Choć „wdzięczność” to chyba nieadekwatne słowo. Bo jakoś nie mam wrażenia, że dobrze zrobiłam dając szansę tej, przynajmniej na razie, mało znanej produkcji. Początek „Depraved” tchnął we mnie niemały entuzjazm, bo oto przed moimi oczami rozpostarto z lekka przybrudzone, zadowalająco mroczne zdjęcia, które niosły pewien posmaczek retro. Nieszczególnie wyrazisty, ale niewątpliwe odczuwalny. I to nie uległo zmianie – warstwa wizualna nieprzerwanie „pachniała mi” kinem grozy z lat 80-tych XX wieku, naturalnie zmiksowanym z nowoczesnością. Nieplastikową. Zmieniło się jednak moje nastawienie do fabuły. Wcześniej miałam powody, by przypuszczać, że Larry Fessenden podejdzie do tej znanej historii od całkowicie innej, może nawet dosadniejszej strony. Niby towarzyszymy innymi postaciom, niby to zmieniona wizja stworzenia człowieka przez młodego (pseudo)naukowca, ale jeśli zabrać wszystkie te mało znaczące osobiste wtrącania scenarzysty i zarazem reżysera „Depraved”, to pozostaje... nieudolna kalka doskonale znanej długoletnim fanom horroru opowieści o Wiktorze Frankensteinie i jego przechodzącym przez mękę egzystencjalną Monstrum. Frankensteinem u Larry'ego Fessendena jest Henry (tak na marginesie: na wypadek, gdyby ktoś tego nie skojarzył, powiedziano o tym wprost w dalszej partii filmu). Weteran wojny na Bliskim Wschodzie, gdzie pełnił rolę wojskowego lekarza i przez którą nabawił się zespołu stresu pourazowego. Reżyser i scenarzysta „Depraved” chciał tym zwrócić uwagę widzów na problemy z ponownym przystosowaniem się do życia w społeczeństwa niektórych żołnierzy mających za sobą udział w takiej czy innej wojnie. Fessenden bynajmniej nie poprzestał na tym jednym ważnym komentarzu odnośnie świata, w którym żyjemy. Wzbogacił scenariusz także swoim negatywnym spojrzeniem na gatunek ludzki. Według niego jesteśmy zdeprawowanym, narcystycznym gatunkiem uparcie dążącym do zguby. W wypowiedziach prasowych poparł swoją filozofię na temat współczesnego człowieka takimi przykładami, jak nasz niszczący wpływ na przyrodę i... prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump, jako, według niego, przykład obsesji na punkcie samego siebie. Ale też wysokich aspiracji, owocujących budowaniem dobrego społeczeństwa. W „Depraved” krzewicielem tej - według mnie w większości trafnej, ale niewątpliwie nie wszyscy się z tym zgodzą – filozofii jest John Polidori (nawiązanie do Johna Williama Polidoriego autora między innymi legendarnego opowiadania „Wampir”). Wspólnik Henry'ego. Człowiek, który zapewnił „uczniowi Frankensteina” niezbędne środki do stworzenia Adama. Dostarczył mu części ludzkich ciał, z których Henry poskładał swojego „syna”. Dając mu mózg Alexa, młodego mężczyzny, który był w związku z Lucy, od jakiegoś czasu bezskutecznie próbującą przekonać go, że są już gotowi na dziecko. Polidori zapewnił też Henry'emu zapas tabletek swojej własnej produkcji. Środka, bez którego zapewne nie udałoby się powołać do życia Adama. I w tym miejscu mamy kolejną aluzję do naszej rzeczywistości. Fessenden za pośrednictwem Polidoriego krytykuje materialistyczną postawę człowieka. Po trupach do celu. Nieważne jak, byle zarobić. Odnieść oszałamiający sukces choćby na krzywdzie innych. Liczę się ja, nie oni. W sumie to ciekawe, że Larry Fessenden propagatorem swoich przemyśleń na temat ludzkości, uczynił postać, którą przedstawił w najgorszym świetle. Ze wszystkich osobowości widocznych w „Depraved”, to właśnie John Polidori jest najbardziej zepsuty. Tym bardziej niebezpieczny, że zdający się znać słabości człowieka i na domiar złego potrafiący wykorzystać tę wiedzę do własnych celów. Manipulant i hedonista świadomy niedoskonałości, wręcz demoralizacji gatunku ludzkiego. Siebie bynajmniej nie traktuje jako wyjątek potwierdzający regułę. Już prędzej jako kogoś, kto akceptuje swoją duchową zgniliznę. Można nawet powiedzieć, że czuje się z nią nader komfortowo.

Larry Fessenden jest wielkim miłośnikiem między innymi horrorów science fiction opartych na motywie niebezpiecznych eksperymentów przeprowadzanych przez jakieś genialne, acz często także szalone jednostki. Klasycznych burzycieli; osoby, które co prawda nie zawsze z premedytacją, ale niezmiennie doprowadzające do rzeczy tyleż niezwykłych, co potwornych. Swoimi nowatorskimi projektami. Wśród swoich ulubionych filmów Fessenden wymienia „Muchę” Davida Cronenberga, jeden z najbardziej docenianych filmów grozy o naukowcu dokonującym niemożliwego. Wpływu tego ponadczasowego body horroru na „Depraved” nie zauważyłam. W swojej wariacji na temat „Frankensteina” Fessenden unikał tak daleko idącej dosłowności, jaką szczyci się „Mucha” Cronenberga, choć oczywiście rzadkie ujęcia gore się tutaj pojawiają. Nawet realistycznie się prezentujące, ale asortyment jest raczej niewyszukany. Odcięte kończyny (bez długich zbliżeń), brzydkie blizny na ciele Adama i troszkę niecechujących się nawet szczątkową kreatywnością mordów tylko z lekka podlanych substancją udanie imitującą krew. Mamy zadźganie, mamy dziurawienie kulami z pistoletu i strzałą wypuszczoną z kuszy. Mamy też skręcenie karku, ale i trochę szybkich migawek z chirurgicznych zabiegów Henry'ego. Które zaowocowały powstaniem nowego człowieka. Człowieka, który składa się z części innych osób. W tym mózgu Alexa, który zachował tylko szczątkowe wspomnienia z poprzedniego życia. Ale jest szansa, że one powrócą, bo Henry robi wszystko co w jego mocy, by mózg Alexa odzyskał dawną sprawność. Niekoniecznie zależy mu na jego wspomnieniach, ale... Cóż, nie można tak zupełnie wykluczyć tego, że Henry chciałby tego dla „swojego dziecka”. I tak sobie patrzymy i patrzymy, jak tych dwóch w pocie czoła pracuje nad przystosowaniem Adama do życia w społeczeństwie. Obserwujemy powoli zawiązującą się przyjaźń, która najprawdopodobniej do niczego dobrego nie doprowadzi. Osoby znające oryginalnego „Frankensteina” (albo którąś z wierniejszych literackiemu pierwowzorowi filmowych wersji tej niezwykle zasłużonej dla gatunku horroru opowieści o człowieku, że tak to ujmę, bawiącym się w Boga) większych niespodzianek raczej tu nie uświadczą. Z góry wiadomo, jak to się potoczy. Pozostałym „Depraved” może i upłynie pod znakiem mniejszej przewidywalności, ale pewności nie mam. Bo Larry Fessenden obrał akurat tę fabularną ścieżkę, którą, wydaje mi się, nawet bez znajomości burzliwych losów Wiktora Frankensteina i jego cudownego dzieła, zwanego Potworem, Monstrum, łatwo dużo za wcześnie rozpracować. A może filmowcom zależało na tym, byśmy praktycznie od początku wiedzieli, jak to to się skończy? Byśmy nie tylko zakładali nieuchronność katastrofy, ale i wiedzieli, w jaki sposób ona przebiegnie? W zarysie, ale i w niejednym szczególe. Zanim jednak ona nastąpi, czeka nas kilkadziesiąt długich minut stagnacji. Klimacik, z którego ewidentnie przeziera zgnilizna (tj. kolorystyka stanowi swego rodzaju odbicie degrengolady człowieka, można powiedzieć odpychającej, cuchnącej gangreny mentalnej) trochę sytuację ratuje, ale w końcu nadchodzi taki moment, w którym nie można się już obejść bez czegoś więcej. A w każdym razie, ja na pewnym etapie niemiłosiernie dłużącego się „programu edukacyjnego” wdrożonego przez Henry'ego na użytek Adama, najzwyczajniej w świecie przestałam zadowalać się atmosferą „Depraved”. Zapragnęłam czegoś więcej. I czegoś mniej, bo wygenerowane komputerowo, mieniące się kiczowatymi barwami wstawki mające obrazować pracę mózgu Adama, pożądanych doznań na pewno nie dostarczały. Tak, domyślam się, że to wyraźne odniesienie do kina grozy z ostatnich trzech dekad XX wieku (nie całego rzecz jasna), ale to, że żywo kibicuję takim inicjatywom we współczesnym filmowym horrorze, jeszcze nie znaczy, że efekt takich starań zawsze odbieram jako nielichą atrakcję. Nie, bywa i tak, że zamiast wybornego smaku retro dostaję coś wprawdzie przywołującego na myśl horrory z dawnych lat, ale jakoś nie smakuje to najlepiej. Gdyby nie emanowało to aż taką jarmarcznością, gdyby tylko twórcy efektów specjalnych wykazali się większą subtelnością... Powiecie: przecież cyfrowe dodatki w starszych horrorach, zwłaszcza tych z niższym budżetem, często wpadały w podobną manierę. Owszem, tyle że wówczas z kiczu nierzadko robiono zaletę (przynajmniej w moich oczach) między innymi dlatego, że tam tchnie to bezpretensjonalnością, porywającą swobodą, lekkością i żywotnością, a tymczasem w „Depraved” jawiło mi się to nazbyt topornie, wymuszenie, kwadratowo. Podobnie fabuła. Zlepek nudnawych scenek z życia, w sumie bardzo dobrze wykreowanego przez Alexa Breauxa (pozostali członkowie obsady, z wcielającym się w postać Henry'ego, Davidem Callem i Joshuą Leonardem w roli Polidoriego włącznie, w mojej ocenie spisali się już nieporównanie gorzej. No może poza uroczą Addison Timlin, której jednakowoż dużo miejsca tutaj nie dano), Adama, który podobnie jak jego protoplasta, Potwór Frankensteina, przeżywa męki egzystencjalne. Dręczy go coraz większa samotność, nieprzyjemne poczucie oderwania od reszty społeczeństwa, nieprzynależności do tego dla niego niezwykle skomplikowanego świata. Samoświadomość jest dla niego istnym przekleństwem, bo nie tylko zaczyna dostrzegać swoją inność, ale także uświadamiać sobie niesprawiedliwość jakiej doznał. Bo nie prosił się o ten los. To nie on skazał się na tę samotną egzystencję, to nie on postanowił o swojej alienacji, tylko jego jedyny przyjaciel. Charakteryzacja Adama szczęśliwie jest dosyć minimalistyczna – trochę szpetnych, bardzo wiarygodnie wypadających blizn, również na twarzy oraz jedno oko (krótko) zasnute bielmem, które przyznam moją uwagę z tego wszystkiego przyciągało najsilniej. Ale rozwój tej historii jest tak niemrawy, tak ciężkawy, toporny, niemal beznamiętny, tak straszliwie oczywisty, że czułam się, jakbym brnęła przez bagna. Marazm, marazm, marazm... O! Czarno-białe wstawki nawiązujące do legendarnego występu Borisa Karloffa. Trochę spodziewanej akcji i... no nareszcie, melodramatyczne zamknięcie. Gorzkawy morał i już mogłam się z Adamem pożegnać. Bezpowrotnie? Tak, bo nawet jeśli Larry Fessenden albo jakiś inny filmowiec przedstawi jego dalsze dzieje, to ja ich nie poznam. Tyle mi wystarczy – i tak ledwo dociągnęłam do końca. Na oparach cierpliwości.

Amerykańscy krytycy „Depraved” Larry'ego Fessendena wychwalają, a ja żałuję. Żałuję czasu poświęconego na tę przeróbkę „Frankensteina” Mary Shelley, nawiązującą również do jej filmowej wersji z 1931 roku, na tę zmodernizowaną wersję ponadczasowej historii Wiktora Frankensteina i jego opus magnum zwanego Potworem/Monstrum. Niekoniecznie wzbogaconą o własne pomysły Larry'ego Fessendena. One oczywiście są, ale czy naprawdę wzbogacają tę, bądź co bądź, znaną opowieść o między innymi udręce istnienia? Według mnie nie, ale to już każdy sam musi sobie ocenić. Nie, nie, wcale nie musi! Właściwie to nie zalecam. Z drugiej strony horror ten niejedną już osobę zdołał do siebie przekonać, więc mimo wszystko chyba warto to rozważyć...

niedziela, 8 marca 2020

David Bell „Czyjaś córka”


Michael i Angela Frazierowie od dłuższego czasu bezskutecznie starają się o dziecko. Poza tym ich życie zdaje się być bezproblemowe. On prowadzi prosperującą firmę zajmującą się domową opieką medyczną, którą odziedziczył po ojcu. Ona jest przedstawicielką handlową w firmie farmaceutycznej. Mają dosyć duży dom w Cottonsville w hrabstwie Davenport, rodzinnym mieście Michaela, i bardzo się kochają. Ich spokój nieoczekiwanie burzy wieczorna wizyta byłej żony Michaela, Eriki Frazier. Zrozpaczona kobieta informuje go, że jej dziesięcioletnia córka Felicity zaginęła. Najprawdopodobniej została porwana, a Erica chce, by jej były małżonek udał się wraz z nią do człowieka, którego w przeciwieństwie do policjantów zajmujących się tą sprawą, podejrzewa o porwanie swojej córki. I córki Michaela. A przynajmniej tak utrzymuje Erica, ku niepomiernemu zaskoczeniu mężczyzny, który decyduje się spełnić prośbę Eriki. Tym samym wikłając się w sprawę, która może nie być tak oczywista, jak wynika ze słów matki zaginionej dziewczynki. Wiele wskazuje bowiem na to, że Erica coś ukrywa. Na dodatek Angela uświadamia sobie, że jej mąż też ma tajemnice, że prawdopodobnie łączy go z Ericą więcej, niż myślała.

Amerykanin David Bell jest wykładowcą języka angielskiego i kierownikiem programu w zakresie kreatywnego pisania na Western Kentucky University oraz bestsellerowym pisarzem. Jego utwory są publikowane od 2002 roku – zaczynał od opowiadań, które pojawiały się w różnych czasopismach, natomiast pierwsza powieść Bella zatytułowana „The Condemned” ukazała się w 2008 roku. Najbardziej docenioną powieścią w dotychczasowym dorobku literackim Bella jest „Cemetery Girl”, która swoją światowa premierę miała w 2011 roku. Książka była finalistką Kentucky Literary Award i otrzymała Prix Polar International de Cognac. Poza tym zebrała najwięcej głosów w zorganizowanym przez The New York Times plebiscycie, którego celem było wyłonienie powieści fikcyjnej zasługującej na Nagrodę Pulitzera, według czytelników tej gazety. „Somebody's Daughter” (pol. „Czyjaś córka”) to dziesiąta powieść Davida Bella, pierwotnie wydana w 2018 roku i dobrze przyjęta przez amerykańską krytykę. Dynamiczny thriller, który w dosyć nietypowy sposób łączy niektóre wielokrotnie wykorzystywane w tym gatunku motywy i serwuje całkiem pokaźną liczbę zaskakujących zwrotów akcji.

Tutaj nie ma długiego wstępu. Akcja „Czyjejś córki” nie daje sobie czasu na rozpęd – wątek przewodni zostaje zawiązany już na początku, a potem... potem tempo tylko wzrasta. Pierwsze zaskoczenie: dałam się porwać. Dziwne, bo generalnie optuję za zdecydowanie wolniejszymi fabułami. Dogłębnymi rysami psychologicznymi postaci literackich i dużo bardziej szczegółowymi przedstawieniami miejsc i sytuacji. Tak napisane thrillery zazwyczaj osiągają u mnie skutek odwrotny do zamierzonego: nużą zamiast emocjonować. A tutaj proszę – David Bell sprawia, że z niemałą przyjemnością wchodzę w istny wir wydarzeń, gwałtownie zmieniającej się, acz nieustannie wielce dramatycznej sytuacji u boku jednostek, o którym wiem doprawdy niewiele. Ale to się zmieni. „Czyjaś córka” to tego rodzaju dreszczowiec, który fakty z życia ważniejszych postaci odkrywa przed nami stopniowo i w dość dużym pośpiechu. W końcu znajdujemy się w sytuacji, w której czas ma przeogromne znacznie. Im dłużej sprawa zaginięcia dziesięcioletniej Felicity pozostaje nierozwiązana, tym większe niebezpieczeństwo, że dziewczynka już nigdy się nie odnajdzie. W „Czyjejś córce” często spotykany w powieściowych dreszczowcach (zwłaszcza tych nowszych) motyw zaginięcia łączy się z konwencją marriage thrillera, thrillera drogi i thrillera policyjnego/kryminału. Dużo tego, prawda? A to jeszcze nie koniec. Tajemnice małżeńskie to jedno, ale w „Czyjejś córce” nie bez znaczenia są też sekrety w innych kręgach. Kręgach zbliżonych do Michaela i Angeli Frazierów. Zwłaszcza Michaela, który to jak relatywnie szybko się dowiadujemy, nigdy nie był tak przeźroczysty, jak wydawało się jego małżonce. Angela dotychczas żyła w przekonaniu, że mąż nie ma przed nią żadnych tajemnic, że spokojnie może pokładać w nim absolutnie bezgraniczne zaufanie. I tak było – młoda pani Frazier dotąd nie miała powodów, by wątpić w swojego ukochanego. Michael w swoim otoczeniu zawsze uchodził za człowieka poukładanego, stabilnego jak skała i dbającego o swoich bliskich. Takiego, na którym zawsze można polegać. Jego pierwsza żona, Erica Frazier, mogłaby mieć inne zdanie na jego temat. Przed dziesięcioma laty jej związek z Michaelem się rozpadł. Z jego inicjatywy i od tego momentu mężczyzna ani razu się z nią nie skontaktował. A przynajmniej taką wersję przedstawia swojej drugiej żonie, Angeli, która w pewnym momencie na własne oczy ujrzy coś, co każe jej zwątpić w te zapewnienia męża. Erica natomiast... To najbardziej zagadkowa postać ożywiona na kartach „Czyjejś córki”. Działająca coraz to bardziej alarmistycznie na odbiorcę i zarazem biernego towarzysza jej i paru innych osób biorących udział w tych dwunastogodzinnych poszukiwaniach dziesięcioletniej Felicity. I Michaela, bo jego żona z czasem głównie na tym się skupi. Jak już wyjdzie z domu, w którym tej samej nocy odkryła pewne niepokojące fakty nie tylko na temat swojego męża. Fabuła „Czyjejś córki” jest prowadzona po kilku torach. Autor naprzemiennie, aczkolwiek w nierównych proporcjach, koncentruje się na, nazwijmy to, trzech obozach. Michael i Erica, Angela, Erin Griffin, detektyw z biura szeryfa hrabstwa Davenport, która bierze udział w poszukiwaniach małej Felicity – tak przedstawiają się owe obozy, które oczywiście wchodzą ze sobą w interakcje i których łączy pragnienie odnalezienia dziesięcioletniej córki Eriki. I, jeśli jej matka nie mija się prawdą, to również Michaela, który dopiero po domniemanym porwaniu dziewczynki dowiedział się, że jest ojcem. Od dawna tego pragnął. Tyle że starał się o dziecko ze swoją aktualną żoną, Angelą – co naturalne zupełnie nie był przygotowany na informację, że tak naprawdę jest ojcem już od dziesięciu lat i że matką jest kobieta, z którą, jak myślał, bezpowrotnie się rozstał. O ile to prawda, bo Erica, delikatnie mówiąc, najwyraźniej nie jest osobą godną zaufania. Femme fatale? Może. Na pewno kobieta, która tak naprawdę nigdy nie przestała kochać Michaela, która niewątpliwie przez wszystkie te lata marzyła o odnowieniu ich związku. Tęskniła. I cierpliwie czekała na okazję do odbicia go Angeli? Taką, jak zniknięcie jej córki? Czy jest możliwe, że Felicity stanowi integralny element jej przebiegłego planu, że ukartowała porwanie własnego dziecka po to, by wreszcie odzyskać Michaela? Mało prawdopodobne? Więc zapamiętajcie: w „Czyjejś córce” wszystko jest możliwe. David Bell konsekwentnie utwierdza nas w tym przekonaniu podczas tego szaleńczego pościgu za prawdą. I bynajmniej nie tylko tą dotyczącą losu dziesięcioletniej dziewczynki. Pytanie, co przydarzyło się Felicity, w istocie jest jednym z wielu, na które czym prędzej chce się poznać odpowiedź. Owszem, to najważniejsza kwestia, ale nie jedyna.

Co byście zrobili, gdyby u progu Waszego domu pojawiła się osoba, z którą niegdyś byliście w związku miłosnym i powiedziała Wam, że macie dziecko, które niedawno zaginęło? Uwierzylibyście? Michael Frazier właśnie znalazł się w takiej niecodziennej sytuacji. I nie można powiedzieć, że bezkrytycznie przyjmuje informację, że ma dziesięcioletnią córkę. Dopuszcza do siebie taką możliwość, ale naturalnie ma też poważne wątpliwości. Mimo tego nie potrzebuje dużo czasu do namysłu, gdy jego była żona prosi go o, jak jeszcze wtedy myśli mężczyzna, drobną pomoc w poszukiwaniach dziewczynki. Erica oczekuje od niego jedynie udania się z nią do domu człowieka, który w jej przekonaniu miał jakiś udział w zniknięciu dziesięcioletniej Felicity. Mógł sam ją porwać albo może wiedzieć coś, co ją do niej doprowadzi. Erica zarzeka się, że niczego więcej od Michaela nie chce, ale odbiorca „Czyjejś córki” pewnie będzie mniej ufny od główny bohatera książki. Jego postawa będzie zdecydowanie bliższa postawie Angeli, drugiej żony Michaela, która niechętnie godzi się na to, by jej ukochany udał się w krótką podróż ze swoją byłą. To znaczy w tamtej chwili tak jej, jak Michelowi, wydaje się, że to potrwa najwyżej dwie godziny. Nieobecność potencjalnego biologicznego ojca zaginionej Felicity jednakże mocno się przedłuża. I podczas gdy on przeżywa iście dramatyczne chwile za towarzyszkę (i być może głównego wroga) mając Ericę, Angela odkrywa niepokojące rzeczy między innymi na jego temat. I jednocześnie coraz bardziej obawia się o jego bezpieczeństwo. Równolegle śledzimy rozwój policyjnego śledztwa w sprawie zaginięcia Felicity, w centrum którego David Bell postawił młodą detektyw Erin Griffin (nie prowadzi tego dochodzenia, tylko jest pierwszoplanową postacią rozdziałów poświęconych pracy organów ścigania), która bardzo osobiście podchodzi do poszukiwań tej dziesięciolatki. Niebezpiecznie osobiście. A w każdym razie tak uważa jej przełożona i partner, detektyw Jim Twitchell. Jak już nadmieniam, autor „Czyjejś córki” podczas tej dynamicznie rozwijającej się dwunastogodzinnej pogoni za prawdą, będzie stopniowo odkrywał bardziej i mniej ważne informacje na temat niektórych uczestników tego dramatu. Tej wielce dramatycznej, rozwojowej sytuacji, w której stawką jest przede wszystkim życie małej dziewczynki (bo jak by na to nie patrzeć widmo rozpadu drugiego małżeństwa Michaela przy tym blednie). Zakładając, że Felicity w ogóle istnieje... Różne myśli krążyły w mojej głowie podczas tego dość mocno trzymającego w napięciu wyścigu z czasem. Brałam pod uwagę najróżniejsze scenariusze, także i ten, w którym Felicity to produkt chorego umysłu Eriki – dziecko, w istnienie którego ona sama wierzy, ale które w rzeczywistości po prostu nigdy się nie narodziło. Albo kłamstwo, które z premedytacją sprzedała nie tylko Michaelowi, ale także policji. Po to, by zyskać szansę na odzyskanie miłości swojego życia. Albo... Dużo było „albo”. Możliwości wciąż się mnożyły i mnożyły... aż w końcu doszłam do słusznego skądinąd wniosku, że to jedna z tych powieściowych kryminalnych spraw, których mój skromny umysł przeniknąć nie zdoła. I jeszcze te sekrety rodzinne. Coraz to bardziej zdumiewające rewelacje, z którymi jako pierwsza konfrontuje się Angela, osoba, w którą pozwoliłam sobie nie wątpić. Bo nie miałam wrażenia, że czy to skrywa jakieś brudne sekrety, czy swoim postępowaniem doprowadzi do zagonienia sytuacji. Detektyw Erin Griffin co prawda też ewidentnie działała w dobrej wierze, ale stosunek, jaki miała do tej sprawy, obsesja, która z godziny na godzinę najwidoczniej w niej narastała... Obsesja na punkcie jak najszybszego odnalezienia Felicity, co z jednej strony się jej chwali, ale z drugiej ma się powody, by sądzić, że swoimi nieprzemyślanymi, instynktownymi posunięciami bardziej śledztwu zaszkodzi, niż pomoże. A Angela... No Angelę Bell przedstawił, jako kogoś, kto nie tylko potrafi patrzeć na wszystko z dystansu, odsunąć emocje na bok, przyglądać się poszlakom chłodniejszym okiem i trafnie wnioskować, ale również w pewnym sensie przedkładać swój interes nad interes innych. Niejedna osoba na jej miejscu niewątpliwe żądałaby natychmiastowych wyjaśnień od męża, czyniłabym mu wyrzuty, wściekłaby się, obraziła, a może nawet już zaczęła myśleć o odejściu od niego. Ona natomiast, choć czuje się skrzywdzona, nie pozwala, by emocje nią zawładnęły. Potrafi odłożyć to na później. Kiedy już ta straszliwa sprawa zniknięcia jej potencjalnej pasierbicy znajdzie swój, jak ma nadzieję, szczęśliwy finał. Czy taki będzie? Tego nie zdradzę, ale mogę zaręczyć, że takiego rozwiązania tej zawiłej zagadki się nie spodziewałam. Tak zdumiewającego i tak przygnębiającego. Tak, bardzo smutna to opowieść, ale i niepozostawiająca czytelników bez promyczka nadziei. Wołałabym wprawdzie absolutnie tragiczne zamknięcie, ale też daleka byłam od zawodu. W sumie gdyby kazano mi wskazać tylko jeden element, który moim zdaniem wymagał poprawy, to nie byłoby to owo podnoszące na duchu zamknięcie (z jednej strony, rzecz jasna), tylko kreacje najważniejszych postaci. Choć David Bell pozwolił mi całkiem nieźle poznać część uczestników rozsnutej w „Czyjejś córce” przygody z gatunku tych, których w prawdziwym życiu nikt nie chciałby przeżyć, to jednak chciałoby się, żeby znacznie je pogłębił. Moja satysfakcja z lektury tej bądź co bądź pasjonującej historii byłaby większa, gdyby autor więcej uwagi poświęcił swoim postaciom uwikłanym w wielce zagadkową i rozwojową sprawę kryminalną.

Sprawdzone motywy. Uproszczony, powierzchowny styl snucia historii. Zawrotne tempo. Niezbyt pogłębione postacie. I multum niespodziewanych wieści, które dodatkowo komplikują i tak już mocno złożone śledztwo. Taka, w wielkim skrócie, jest „Czyjaś córka”, powieść poczytnego amerykańskiego pisarza Davida Bella. Thriller, który powinien nielicho mnie wymęczyć, a tymczasem wciągnął mnie prawie bez reszty. W trzymającą w napięciu sprawę zaginięcia małej dziewczynki. Między innymi, bo „Czyjaś córka” to także opowieść o frapujących sekretach, które przeniknąć doprawdy ciężko. O ile to w ogóle wykonalne. Tak czy inaczej Bell zaangażuje Was w tę dramatyczną podróż ukierunkowaną na odnalezienie niewinnej dziewczynki. Podróż, która odsłoni przed Wami także inne tajemnice z życia niektórych postaci wykreowanych na potrzeby tej szybkiej powieści. Dokładnie: szybkiej. Szaleńczej jazdy z licznymi zakrętami, gwałtownymi zwrotami akcji, które ciężko przewidzieć. Jazdy wprawdzie niedoskonałej, przynajmniej z punktu widzenia osoby łaknącej szczegółowych rysów psychologicznych choćby tylko tych najważniejszych postaci, ale mimo wszystko nawet ona (o ile sympatyzuje z literackimi thrillerami) ma szansę wsiąknąć w tę zawrotną opowieść. Wiem po sobie.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 6 marca 2020

„Kręte schody” (1946)


W małym miasteczku w stanie Vermont grasuje seryjny morderca, który za cel obiera niepełnosprawne lub okaleczone kobiety. Pracująca w rezydencji zamożnego rodu Warrenów niema Helen może być następna. Tego obawia się miejscowy konstabl i schorowana macocha pracodawcy Helen. On sam też niepokoi się o swoją pracownicę, ale bardziej martwi go niespodziewany powrót z Europy jego przyrodniego brata, Stevena, którego nigdy nie darzył sympatią. Tutejszy lekarz nazwiskiem Parry już od jakiegoś czasu próbuje namówić Helen do wyjazdu do Bostonu, celem podjęcia leczenia ukierunkowanego na odzyskanie mowy. Teraz w obliczu zagrożenia kobieta jest wreszcie skłonna opuścić wraz z nim miasteczko, ale możliwe, że nie zdąży. Bo niezidentyfikowany oprawca bacznie obserwuje domostwo Warrenów, w którym przebywa też Helen.

Oparty na powieści z 1933 roku pt. „Some Must Watch” pióra brytyjskiej pisarki Ethel Liny White, amerykański dreszczowiec „Kręte schody” (oryg. „The Spiral Staircase”) w reżyserii Roberta Siodmaka, nieżyjącego już twórcy między innymi takich docenianych obrazów, jak „Zabójcy” (1946), „Mroczne zwierciadło” (1946), „Karmazynowy pirat” (1952), „Szczury” (1955) i „Nocą, kiedy przychodzi diabeł” (1957), dziś jest uważany za jednego z prekursorów slasherów, obok między innymi „Psychozy” Alfreda Hitchcocka i „Podglądacza” Michaela Powella. Scenariusz „Krętych schodów” napisał początkujący wówczas w tej roli Mel Dinelli i faktycznie zawarł w nim elementy, które mogą nasuwać skojarzenia z wykształconym w dalszych dekadach podgatunkiem slash albo jego młodszym bratem, nurtem giallo. Jedno jest pewne: „Kręte schody” Siodmaka to jeden z ważniejszych thrillerów w historii kinematografii. Obraz, który miał swój udział w kształtowaniu gatunku – inspirował innych twórców, w tym samego Alfreda Hitchcocka. I doczekał się dwóch remake'ów (ewentualnie readaptacje powieści Ethel Liny White): „Kręcone schody” Petera Collinsona z 1975 roku i „Kręcone schody” z roku 2000 Jamesa Heada. Kreująca najstarszą z rodu Warrenów, Ethel Barrymore, za tę rolę otrzymała nominację do Oscara.

Akcja „Some Must Watch” Ethel Liny White toczy się w Wielkiej Brytanii, natomiast jej pierwsza filmowa wersja została osadzona w Nowej Anglii, ponieważ uznano, że to nada jej jeszcze bardziej gotycki ton. Burzliwa noc. Stary, acz wystawnie urządzony dom. I tajemniczy morderca przemykający po ogrodzie i zacienionych pomieszczeniach w tej przestronnej nieruchomości. Morderca noszący czarne skórzane rękawiczki, tak preferowane we włoskim nurcie giallo, który narodził się w pierwszej połowie lat 60-tych XX wieku. To znaczy za pierwszy pełnoprawny film giallo uważa się „The Girl Who Knew Too Much” Mario Bavy, ale z perspektywy czasu w niejednym wcześniejszym dziele dostrzeżono elementy charakterystyczne dla tego prądu kina grozy. I jednym z takich dzieł są właśnie „Kręte schody” legendarnego Roberta Siodmaka, które swoją światową premierę miały w lutym 1946 roku. Choć zdaje się, że w tym kultowym przedsięwzięciu dostrzega się przede wszystkim zalążki podgatunku slash. I naturalnie elementy horroru gotyckiego, które zresztą przypadkowe nie były. Robert Siodmak i jego ekipa dążyli do nadania temu czarno-białemu widowisku takiej tonacji. Mroczna rezydencja, burzliwa noc i sekrety skrywane przez domowników to główne środki tworzące tę charakterystyczną atmosferę doskonale znaną chyba każdemu długoletniemu miłośnikowi horrorów. Czuć w tym jakąś nadnaturalność, pomimo tego, że fabuła obraca się wokół spraw bardziej przyziemnych. Materialnych. Śmiertelne zagrożenie filmowcy silnie akcentują już na początku i to bynajmniej nie ulega zmianie w dalszych minutach seansu. Dosłownie przez cały czas widz ma pewność, że życie bohaterów wisi na włosku. A przynajmniej niemej Helen, w którą w dosyć przyzwoitym stylu wcieliła się Dorothy McGuire (aczkolwiek sporadycznej irytująco egzaltowanej mimiki, tak powszechnej w tamtym okresie, też można się u niej spodziewać). Jako że niezidentyfikowany seryjny morderca grasujący w miasteczku, na obrzeżach którego rozciąga się posiadłość rodu Warrenów, który zatrudnia Helen w charakterze pokojówki, na swoje ofiary wybiera kobiety w jakiś sposób okaleczone – czy to niepełnosprawne, czy nawet posiadające jakąś brzydką bliznę – miejscowy konstabl dochodzi do wniosku, że Helen może być następna. Zaleca więc najwyższą ostrożność, z czym jak najbardziej zgadza się pracodawca głównej bohaterki „Krętych schodów”, profesor Warren. I jego macocha, przykuta do łóżka, starsza kobieta, którą Helen poza wszystkimi innymi obowiązkami, troskliwie się opiekuje. W tej roli wprost zachwycająca warsztatem aktorskim Ethel Barrymore. Słuchając pani Warren trudno nie dopuścić do siebie myśli, że to ktoś w rodzaju prorokini, że posiadła ona zdolność przepowiadania przyszłości. Albo po prostu ma wyjątkowo silną intuicję – swoisty radar wyczulony na wszelkie zagrożenia. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że owa bezpośrednia, dumna dama jest tak doskonale rozeznana w sytuacji, chociaż celowo odcięto ją od wiadomości. Jej bliscy i służba nie opowiedzieli jej ani o morderstwach dokonanych w okolicy, ani tym bardziej nie podzielili się z nią podejrzeniami konstabla odnośnie niebezpieczeństwa, w jakim potencjalnie znalazła się Helen. Jedyna osoba, której pani Warren pozwala się sobą opiekować – o tyle o ile, bo wlicza się ona do tego typu wymagających opieki osób, którym pomoc ze strony innych wręcz uwłacza. Pani Warren to wbrew pozorom (jej stan) bardzo silna jednostka, nie tylko mająca swoje zdanie, ale i dająca każdemu jasno do zrozumienia, że prędzej umrze, niż da się komukolwiek przekonać do zmiany sposobu myślenia. Najwyraźniej nie interesuje ją ani spojrzenie innych na sprawę seryjnego mordercy grasującego w sennym miasteczku, w którym mieszkają, ani tym bardziej ich poglądy na temat jej samej. Jej stanu fizycznego. Pozostali domownicy uważają, że najstarsza członkini rodu Warrenów wymaga troskliwej opieki, a wręcz, że trzeba ją wyręczać we wszystkich, nawet najprostszych czynnościach. Ona natomiast wolałaby, żeby wszyscy dali jej święty spokój i zajęli się sobą. No, wszyscy poza Helen, bo ona jedyna ma do niej odpowiednie podejście. Co nie znaczy, że i jej nie zdarza się narzucać pani Warren ze swoją pomocą. A to, jak już wyjaśniłam, działa na tę niedomagającą damę jak przysłowiowa płachta na byka. Zaciekle walczyć z nią jednak nie musi, bo Helen jest z natury uległa.

„Kręte schody” najbardziej zaimponowały mi swoim klimatem. Podręcznikowym wykorzystaniem światła i cienia w przestronnym domostwie Warrenów, który notabene tak wewnątrz, jak w ujęciach jego zewnętrza aż promienieje gotycką aurą. Do tego burza i czasami stosownie nastrojowa, wprawdzie nieszarpiąca nerwów, ale zawierająca wyraźną tonacyjną groźbę, ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Roya Webba oraz... oczy Roberta Siodmaka. Co jakiś czas twórcy pozwalają nam wejrzeć wprost w ciskające gromy gniewu oczęta seryjnego mordercy (w rzeczywistości należące do Roberta Siodmaka) później przebywającego na terenie należącym do szacownej rodziny Warrenów. Szanowanej w tych nowoangielskich okolicach, bardzo zamożnej familii, która najwyraźniej skrywa jakieś mroczne tajemnice. Takie domniemanie rodzi scenariusz i to już w pierwszym etapie tej najczarniejszej z nocy. Nie licząc krótkiego wprowadzenia, akcja „Krętych schodów” zamyka się w jednej nocy w domostwie Warrenów. Od czasu do czasu będziemy wyglądać na zewnątrz, ale zdecydowaną większość czasu trwania „Krętych schodów” „będziemy tkwić” w rodzących poczucie klaustrofobii, choć obiektywnie całkiem przepastnych, trzewiach tego przeklętego budynku. Przeklętego, bo nawiedzonego przez człowieka, który pozbawił już życia niejedną kobietę. A teraz najwidoczniej obrał sobie za cel niemą Helen, pokojówkę Warrenów. Jeśli faktycznie tak jest, a nie mamy powodów, by w to wątpić, to siłą rzeczy w niebezpieczeństwie znajdują się też inne osoby znajdujące się tej nieszczęsnej burzliwej nocy w owej nowoangielskiej rezydencji. Warrenowie i pozostali członkowie służby, a może nawet miejscowy lekarz nazwiskiem Parry, który ewidentnie czuje coś do naszej Helen. Miłość? Tak to zostaje naświetlone, ale myślę, że każdy odbiorca „Krętych schodów” szybko dojdzie do przekonania, że rada profesora Warrena, żeby nie ufać nikomu, skierowana do Helen w pierwszej partii filmu nie jest taka znowu na wyrost. Oczywiście niektóre osoby można spokojnie odrzucić, ale zostaje jeszcze te parę jednostek, które... zachowują się albo nadzwyczaj podejrzanie, albo tak niewinnie, że aż podejrzanie. Zupełnie jak u Agathy Christie – ograniczona przestrzeń i garstka osób, wśród której może być morderca. Może, ale nie musi, bo równie dobrze człowiek ten mógł przybyć z zewnątrz. Ot, nieproszony gość, opętany żądzą mordu intruz kryjących się w cieniu. I obserwujący. Cierpliwe przyglądający się ludziom kompletnie nieświadomych tak bliskiej obecności bestii. Niewątpliwie człowieka z krwi i kości, a nie jak mogłaby wskazywać atmosfera tego filmu (nadnaturalna energia bijąca z ekranu) jakiejś istoty z zaświatów. Wiemy to z ujęć jego tajemniczej sylwetki i zbliżeń na jego oczy. Co równie istotne momentami patrzymy jego oczami. W niektórych kręgach za pierwszy dreszczowiec korzystających z tej techniki uważa się „Podglądacza” Michaela Powella, ale nieśmiałe, drobniejsze wstawki tego rodzaju zastosowano już między innymi w „Krętych schodach”, thrillerze powstałym czternaście lat wcześniej. W każdym razie tę niesamowicie trzymającą w napięciu produkcję Roberta Siodmaka można uznać za jednego z prekursorów tak modnych do dziś dreszczowców poniekąd przyjmujących perspektywę mordercy. Chociaż tutaj rzecz jasna musi on zadowolić się dalszym planem. Nie towarzyszymy mu często, ale dosłownie w każdej sekundzie czujemy jego obecność. Jest zupełnie jak niszcząca, niewidzialna siła, która w końcu ujawni swoje oblicze. Co do tego nie mamy wątpliwości, ale zanim to nastąpi możemy... tylko zgadywać? Ujmę to tak: alarmistycznie działało na mnie kilka osób, ale jednocześnie uparcie skłaniałam się w stronę tylko jednego jegomościa. Jeden główny podejrzany i trochę opcji w odwodzie. To najpierw, ale z czasem definitywnie odrzuciłam pozostałe osoby i w tym oto poczuciu satysfakcji, w buńczucznym przekonaniu o przechytrzeniu Roberta Siodmaka i pozostałych członków ekipy - którzy z taką dbałością o detale oddali się pracy nad tym potężnie angażującym, a przy tym tak efektownie skromnym, nieprzekombinowanym kamieniem milowym w kinematografii grozy (jednym z, naturalnie) - czekałam na ujawnienie tego, co w swoim przekonaniu już wiedziałam. Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie i tak, zawstydzenie, gdy okazało się, że... przegrałam. Patrząc wstecz wiem, że rozwiązanie tej zagadki nie jest niewykonalne, że jeśli tylko widz nie zafiksuje się tak silnie, jak ja na jakimś innym typie, to bez większych trudności powinien dużo przedwcześnie przeniknąć tożsamość czarnego charakteru. Wskazówki są. Mdląco romantyczne sekwencje niestety też. Przesłodzone scenki, które nie tylko uważam za zbędne (w każdym razie w takiej agresywnie romantycznej formie), ale które nieomal odrzucały mnie od ekranu. Głównie swoją oprawą dźwiękową, rozrzewnionymi kompozycjami z dodatkiem ekstatycznej wesołości, ale sfera wizualna bynajmniej sytuacji nie ratowała. Gdyby nie to, „Kręte schody” osobiście uznałabym za film pozbawiony wad. Sporadyczną przesadną mimikę Dorothy McGuire pomijam, bo to praktycznie nic nieznaczący szczegółów. Co więcej mojego odbioru nie zakłócały nawet komediowe nutki, reprezentowane gównie przez kucharkę Warrenów, ale nie tylko. Wręcz przeciwnie: uważam je za dodatkową atrakcję. Smacznie koegzystującą z nieporównanie szerszą płaszczyzną rasowego thrillera o seryjnym mordercy. I nie tylko, bo nawet jeśli prawda okaże się inna, to nie da się zaprzeczyć, że przynajmniej do tego momentu „Kręte schody” bazują również na motywie zamożnej rodziny skrywającej jakieś straszne tajemnice. A przynajmniej sprawiającej takie wrażenie. I to prawie na każdym kroku.

Kto nie widział, niech żałuje. Albo jeszcze lepiej: niechaj czym prędzej nadrobi zaległości! Bo „Kręte schody” Roberta Siodmaka to jeden z tych dreszczowców, który moim, i nie tylko moim, zdaniem powinien być nieodzowną stacją na drodze każdego miłośnika kina grozy. Tak fanów thrillerów, jak horrorów gotyckich, bo klimat tego ponadczasowego dzieła bezsprzecznie wyrasta z tej tradycji. Tylko tych, którzy nie krzywią się na samą myśl o tak leciwym kinie? Myślę, że nie. Mam powody, by przypuszczać, że to jeden z tych obrazów, który może przekonać co poniektórych do czarno-białego XX-wiecznego kina. Większą szansę na to wprawdzie upatruję w niemożliwej do przecenienia „Psychozie” Alfreda Hitchcocka, ale „Kręte schody” też radzę mieć na uwadze. Bo to bardzo dobry thriller jest. Po prostu.

środa, 4 marca 2020

Remigiusz Mróz „Echo z otchłani”


Osobom nieznającym „Chóru zapomnianych głosów” Remigiusza Mroza zalecam przeczytanie tylko ostatniego akapitu poniższej recenzji.

Ocalałe statki kosmiczne z misji Ara Maxima dotarły na Ziemię, którą przed wiekami nawiedziła potężna katastrofa, zamieniając dużą część planety w pustynię. Na pokładzie ISS Kennedy'ego dokonał się już sąd nad zdrajcą, ale astrochemik Hakon Lindberg nie zamierza dopuścić do stracenia go. Uwalnia więźnia i zabiera go na wulkaniczną wyspę Tristan da Cunha, gdzie dochodzi do tragicznego w skutkach spotkania z tubylczym plemieniem. Od nich załoganci Kennedy'ego dowiadują się o organizacji o nazwie Amalgamat Afrykański, która twardą ręką sprawuje rządy nad dużą częścią ludzkości zasiedlającej Ziemię. Ale to jeden z mniejszych problemów towarzyszy Lindberga. Koncha została zniszczona, a bez niej nie zdołają ocalić człowieka, któremu zawdzięczają życie. Nie mogą jednak podjąć zdecydowanych prób ratowania swojego przyjaciela, bo sytuacja na Ziemi robi się nadzwyczaj groźna.

W 2014 roku nakładem wydawnictwa Genius Creations wyszła powieść science fiction Remigiusza Mroza pt. „Chór zapomnianych głosów”. Pięć lat później wydawnictwo Czwarta Strona wypuściło nową edycję ze świeżutkim posłowiem, w którym to autor zapowiadał rychłe pojawienie się kontynuacji historii Hakona Lindberga i jego towarzyszy. I tak też się stało. W lutym 2020 roku na księgarskich półkach zagościło „Echo z otchłani” (również w wydaniu Czwartej Strony), będące odpowiedzią Mroza na usilne prośby czytelników. Ale też jego własną potrzebę. Autor też czekał na możliwość podzielenia się ze wszystkimi zainteresowanymi dalszym ciągiem tej międzygwiezdnej historii. Manuskrypt trochę przeleżał w szufladzie, ale to bynajmniej nie zraziło tego bardzo płodnego polskiego pisarza. Remigiusz Mróz zdążył już na tyle dobrze poznać rynek wydawniczy, by wiedzieć, że cierpliwość popłaca. Podczas gdy sequel „Chóru zapomnianych głosów” leżał sobie bezpiecznie w jego szufladzie od listopada 2014 roku, Mróz z zapałem oddawał się innym literackim projektom. A kiedy wreszcie nadarzyła się okazja... Resztę już znacie.

„Echo z otchłani” to praktycznie bezpośrednia kontynuacja „Chóru zapomnianych głosów”. Akcja rozpoczyna się niedługo po wydarzeniach finalizujących poprzedni tom. ISS Kennedy i pozostałe ocalałe statki kosmiczne z misji Ara Maxima od jakiegoś już czasu krążą po orbicie okołoziemskiej, w bliskiej perspektywie mając lądowanie na planecie. Ziemi, ale nieprzypominającej tej, z której wystartowały. Teraz to istne pustkowie - pustynny obszar wszechświata, wydający się niezdatny do życia homo sapiens. Ale gatunek ludzki, wbrew obawom członków misji Ara Maxima, przetrwał na Ziemi. Więcej nawet: zdążył już wykształcić się jakiś ustrój. Tyle że bliżej mu do totalitaryzmu niż demokracji. Główny bohater „Chóru zapomnianych głosów” astrochemik Hakon Lindberg na razie jednak ma inne zmartwienie. Zanim pozna tę nową ziemską rzeczywistość uwolni człowieka skazanego na śmierć. Skazanego przez swoich towarzyszy, w tym przełożonego: kapitana statku ISS Kennedy. Lindberg nie podważa jego winy – człowiek ten bezsprzecznie jest zdrajcą i niewątpliwe nadal stanowi ogromne zagrożenie dla Ziemian, ale Skandynaw wierzy, że może jeszcze odkupić swoje winy. I tutaj wracamy do konchy, a właściwie la'derach. Maski o nadzwyczajnych właściwościach, w posiadanie której w „Chórze zapomnianych głosów” weszli nasi międzygwiezdni podróżnicy. „Echa z otchłani” nie należy czytać bez znajomości pierwszej odsłony – fabuły tych książek ściśle się ze sobą łączą, a Remigiusz Mróz szczędzi streszczeń newralgicznych momentów z „Chóru zapomnianych głosów”. Ewidentnie kieruje tę powieść wyłącznie do osób zaznajomionych z tamtą pozycją, a i oni miejscami mogą poczuć się nieco zagubieni. Tak bywa z podróżami w czasie, zwłaszcza gdy akcja jest mocno rozpędzona. A w „Echu z otchłani” gna właściwe bez ustanku. I to już od pierwszej stronicy. Na nużące przestoje narzekać więc nie można, ale już na te jak najbardziej pożądane niestety tak. Od czasu do czasu nawet taka obfitująca w wydarzenia opowieść moim zdaniem powinna zwalniać. Choćby po to, by dokładniej przedstawić kontekst danej sytuacji, położenie bohaterów i oczywiście ich interakcje. Mamy zarysy, ale brakuje detali. Szczegółów, które nadawałyby trójwymiarowości tej fantastyczno-naukowej opowieści. Nie, inaczej. Tracą postacie i niektóre wątki, bo świat przedstawiony na kartach „Echa z otchłani”, choć nieoryginalny, z łatwością wyrastał w mojej wyobraźni. Obrazki trochę jak z „Mad Maxa” - jałowe ziemie, na których kryją się uzbrojeni motocykliści. Agresywna nacja złożona z osób niezamierzających ulec organizacji pod nazwą Amalgamat Afrykański. Opozycjoniści, którzy prędzej umrą, niż dołączą do najbardziej rozwiniętego ziemskiego społeczeństwa. Motocykliści żyją na powierzchni, a ich wrogowie pod. Ale jest jeszcze nad i wiele wskazuje na to, że to właśnie tam znajdziemy najbardziej rozwiniętych technologicznie i intelektualnie przedstawicieli ludzkości. A przynajmniej tak wydaje się ocalałym członkom misji Ara Maxima, której celem była kolonizacja odległych planet. Dawno temu. Teraz, setki lat później, nikt już nie myśli o zasiedlaniu innych obszarów wszechświata. Teraz najważniejsze jest jak najszybsze przywrócenie Ziemi jej dawnej świetności. To znaczy dla niektórych. Inni, pomni błędów swoich antenatów, wolą przeprowadzić to powoli, a jeszcze inni... Przynajmniej jedna osoba myśli przede wszystkim o jednostce. O jednym człowieku, który jednakże może zadziałać dla dobra ogółu. Ale żeby mógł to zrobić, ktoś inny musi najpierw podjąć ogromne ryzyko. Inna sprawa, czy ów ktoś faktycznie ma na względzie jakąś bliżej nieznaną misję ukierunkowaną na ocalenie tej garstki ludzkości, która pomimo wszelkich przeciwności nadal istnieje. Bo równie prawdopodobne jest to, że działa ona z czysto egoistycznych pobudek. Ot, nie chce stracić człowieka, na którym najbardziej jej zależy.

(źródło: https://www.youtube.com/watch?v=WCiQf0rP0cY)
Mniej więcej tak przedstawia się zarys historii przelanej przez Remigiusza Mroza na karty „Echa z otchłani”. W nie tak znowu wielkim skrócie. Ale zaręczam, że jest tego znacznie więcej. Wątków, które wprawdzie nie angażowały mnie tak mocno, jak nieporównanie bardziej zaskakujące i plastyczniej przedstawione wydarzenia składające się na fabułę „Chóru zapomnianych głosów”, ale wartości rozrywkowych tak zupełnie odmówić im nie mogę. Stopień skomplikowania też nie jest niski. Nie tyle przez podłoże naukowe, ile zawiłości podróżowania w czasie. Gdy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zaczynają się mieszać łatwo można się pogubić. Zwłaszcza że nie ma okazji do dłuższych namysłów. Jedno wydarzenie pociąga za sobą kolejne. Zanim dogłębnie zlustrujemy jeden nieprozaiczny incydent, już dochodzi do kolejnego wydarzenia, któremu należałoby się bliżej przyjrzeć. Ale nie ma na to czasu, bo na horyzoncie już wyrasta kolejny zwrot akcji. Dla mnie żaden z tych ostatnich nie był zaskakujący i podejrzewam, że mało którą osobę zaznajomioną z pierwszym tomem tej dylogii (przynajmniej na razie) Remigiusza Mroza coś z tego wprawi w ogromne zdumienie, bo „Chór zapomnianych głosów” w dużym stopniu na to przygotowuje. A cała reszta... No cóż, rewelacje na miarę tych zaserwowanych w pierwszej części mrocznych przygód między innymi Hakona Lindberga to to nie są. Chociaż muszę przyznać, że absolutnie nie spodziewałam się takiego obrotu spraw na wyspie Tristan da Cunha. UWAGA SPOILER A ściślej: niemałą niespodzianką było dla mnie to, że przez tak długi czas główny bohater „Chóru zapomnianych głosów” musiał ustąpić pola innym postaciom, głównie swojej dziewczynie KONIEC SPOILERA. W sumie na dobre mi to wyszło, bo nie ukrywam, że narracyjna wypadkowa tego zwrotu akcji urozmaiciła mi tą literacką podróż zapoczątkowaną w „Chórze zapomnianych głosów”. Perspektywa bądź co bądź (pomimo zbyt powierzchownych opisów) trochę się poszerzyła, ale prawdę mówiąc bardziej uradował mnie wybór moim zdaniem centralnego punktu, z którego przez tak długi czas kazano mi śledzić rozwój wypadków. Tych punktów jest oczywiście więcej, ale mnie najbardziej frapował ten jeden reprezentowany przez... To macie w spoilerze. Mróz co prawda nie przedstawił w najdrobniejszych szczegółach wewnętrznego konfliktu jednostki. Ani tej, ani innych. Ale i nie można powiedzieć, że ich tutaj nie odnajdujemy. Tak naprawdę wszystko rozbija się o przekonanie większości członków załogi ISS Kennedy'ego, że są potrzebni i na Ziemi, i daleko od niej. To znaczy czują potrzebę ratowania jednego z nich, ale i mają świadomość, że nie mogą zostawić Ziemian na pastwę... Znanych im już wrogów, czy może zupełnie nowych, w kreacji których Mróz posłużył się dobrze znanym modelem osobowościowym? To samo można powiedzieć o dystopijnej rzeczywistości. Tak się przedstawia już w pierwszej partii „Echa z otchłani”, ale jak można się tego spodziewać z czasem sytuacja jeszcze się pogorszy. Choć oczywiście nie dla wszystkich. A co z najbarwniejszym duetem „Chóru zapomnianych głosów”? Co z czubiącymi się przyjaciółmi Hakonem Lindbergiem i Dija Udinem Alhassanem? Ich przekomarzanki i tę powieść wzbogacają, ale siłą rzeczy w mniejszym stopniu. Co nie znaczy, że zabawnych przepychanek słownych w ogóle miałam niedosyt. W sumie nie odczuwałam niedostatku tego dla mnie nader atrakcyjnego pierwiastka tak dobrze pamiętanego z poprzedniej odsłony. Dobrze, niezupełnie tego, bo zależności w „Echu z otchłani” często są inne. Dwie osoby walczące na słowa, niekoniecznie nawzajem działający sobie na nerwy, ale już na pewno darzące się przynajmniej lekką sympatią – to się zgadza. Ale na tym podobieństwa prawie się kończą. Prawie, bo jak już nadmieniłam nie rozciąga się to na całą powieść. Mróz powraca również do sprawdzonych interakcji. Dodając kolejne i te z gatunku skrajnie groźnych, i te, które dają niewielką nadzieję na lepsze jutro całego gatunku ludzkiego, który absolutnie nie jest już tak liczny, jak przed paroma wiekami. I tak rozwinięty technologicznie. Pozornie, bo jak się okazuje nie wszystko zostało stracone. Na szczęście albo nie. Mamy jeszcze kwestie teologiczne, które Mróz roztrząsa z dwóch stron. Przestrzegając nie tylko przed fanatyzmem religijnym, ale również przed swego rodzaju kajdanami nakładanymi przez społeczeństwo na wszelkie grupy wyznaniowe. W „Echu z otchłani” wyraźnie wybrzmiewa konkluzja, że to drugie prędzej czy później prowadzi do pierwszego. Może i nic to odkrywczego, bo w końcu nie od dziś wiadomo, że daleko idące ograniczania wolności często prowadzą do radykalizacji nastrojów społecznych, ale ta bądź co bądź banalna prawda w mojej ocenia znalazła bardzo dobre zastosowanie w omawianej powieści. Idealnie się to wpasowało w całość.

Wydaje mi się, że nic już tutaj dopisywać nie trzeba. Ale chociaż ta dwutomowa opowieść science fiction według mnie jest kompletna, to wcale nie zdziwiłabym się, gdyby Remigiusz Mróz w bliższej, czy dalszej przyszłości udowodnił mi, że wcale tak nie jest, że spokojnie można to dalej pociągnąć. Pisarze (i tym bardziej filmowcy, pozwolę sobie dodać) nie takie zamknięcia otwierali. Nie wykluczam więc tego, że ów projekt Mroza dylogią nie pozostanie, że kiedyś powróci do Hakona Lindberga i jego towarzyszy. Ale choć na pewno nie odmówiłabym sobie przyjemności wejścia w trzeci etap tej dosyć złożonej historii (o ile oczywiście dożyłabym tego momentu), to jednak nie uważam, żeby to było potrzebne. Dla części fanów rzeczonego literackiego przedsięwzięcia pewnie tak, ale choć sama mam dużo sympatii dla niego (pomimo spadku poziomu, który odnotowałam w drugiej części – to rzecz jasna subiektywny punkt widzenia), to myślę, że tyle wystarczy. Uporczywe doklejanie do tego kolejnych cegiełek, podejrzewam, nie wyszłoby temu projektowi na dobre. Tak myślę, ale mogę się mylić. W każdym razie nie widzę potrzeby polecania „Echa z otchłani” komukolwiek. Bo sympatycy „Chóru zapomnianych głosów” i tak pewnie przeczytają tę moim zdaniem niedorównującą swojej poprzedniczce, acz i tak całkiem niezłą powieść science fiction. A to przecież do nich jest ona skierowana. Pozwolę sobie natomiast zarekomendować część pierwszą wszystkim tym miłośnikom literatury science fiction, którym ta publikacja umknęła. Od niej trzeba zacząć i jestem pewna, że u niejednego czytelnika gustującego w tym gatunku na tym się nie skończy. Tak więc najpierw „Chór zapomnianych głosów”, a potem już bez żadnych zachęt, niejako automatycznie, sięgnięcie po „Echo z otchłani”. Nie wszyscy, ale myślę, że wielu z Was może na to liczyć.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 2 marca 2020

Alvin Schwartz „Kolejne upiorne opowieści po zmroku”


„Kolejne upiorne opowieści po zmroku” (oryg. „Scary Stories 3. More Tales to Chill Your Bones”) to ostatnia cegiełka trzytomowego cyklu (po „Upiornych opowieściach po zmroku” i „Więcej upiornych opowieści po zmroku”) zawierającego mroczne legendy zebrane przez nieżyjącego już amerykańskiego pisarza i dziennikarza Alvina Schwartza. Niezwykle poczytnego, ale i budzącego kontrowersje przez adresowanie go przede wszystkim do młodszych czytelników. „Kolejne opowieści po zmroku” po raz pierwszy zostały wydane w 1991 roku w Stanach Zjednoczonych, polska edycja natomiast pojawiła się blisko trzydzieści lat później. Wydawnictwo Zysk-Ska w 2019 roku wypuściło dwa pierwsze tomy z oryginalnymi makabrycznymi grafikami Stephena Gammella, ostatni natomiast ukazał się w lutym 2020 roku. A to wszystko z okazji wejścia na ekrany również polskich kin w 2019 roku filmu Andre Ovredala pod tytułem „Upiorne opowieści po zmroku” - głośnego horroru inspirowanego tym opus magnum Alvina Schwartza.

„Kolejne upiorne opowieści po zmroku” zawierają dwadzieścia pięć historii z dreszczykiem – dwadzieścia sześć, jeśli wliczyć króciutką opowiastkę przytoczoną przez Alvina Schwartza w przedmowie – uszeregowanych w sześciu działach. Tak jak dwa poprzednie tomy i ten zamykają uwagi odautorskie i źródła oraz dosyć obszerna bibliografia. I naturalnie podziękowania od Schwartza. Wydanie w sumie bez zaskoczeń. Równie efektowne, co pierwsze polskojęzyczne edycje dwóch pierwszych książek z cyklu „Upiornych opowieści po zmroku”. Twarda oprawa z kolejnym plakatem filmu Andre Ovredala na froncie. I oczywiście wspaniałe grafiki Stephena Gammella w środku, które swego czasu w Stanach Zjednoczonych budziły bodaj jeszcze większe oburzenie części opinii publicznej (zwłaszcza niektórych rodziców) niż treść tych publikacji.

Podróż po nie tylko amerykańskim folklorze w „Kolejnych opowieściach po zmroku” Alvin Schwartz rozpoczyna już w przedmowie krótką tragikomiczną opowiastką o dziewczynie, która szczęśliwie czy nie postanowiła skorzystać ze skrótu przez cmentarz. Po garści słów tytułem wstępu od naszego przewodnika przechodzimy do pierwszego działu zatytułowanego „GDY NADCHODZI ŚMIERĆ”, zawierającego osiem opowieści, w których śmierć stanowi dopiero początek. Niezbyt efektywne, bo niewprawiające w zdumienie, które to ewidentnie ma przychodzić pod koniec, „Spotkanie” traktuje o chłopcu prześladowanym przez Kostuchę (personifikację śmierci). „Przystanek autobusowy” podobnie – też ma zaskoczyć i też w moim przypadku nie wywiązał się z tego zadania – z tą różnicą, że fabuła bardziej mnie zainteresowała. I wydaje mi się, że inni miłośnicy opowieści o zjawiskach nadprzyrodzonych też silniej zatopią się w mrocznej przygodzie pewnego kierowcy. „Coraz szybciej” to klasyczna opowiastka o przedmiocie mającym nadzwyczajne właściwości. Nic szczególnego. Za to „Po prostu wyśmienita” jest... no po prostu wyśmienita! Makabryczna historia pewnego małżeństwa, która niewątpliwie „pobudzi kubki smakowe” fanów horrorów kanibalistycznych (żarcik). Pod koniec zupełnie jakbym słyszała któregoś z zombiaków z „Powrotu żywych trupów” Dana O'Bannona („Mózg, mózg!”). „Cześć, Kate!” to nader krótka rzecz o pewnym niecodziennym spotkaniu, którego przynajmniej jedna osoba niewątpliwie sobie nie życzy. Rzecz jak gdyby niedomknięta, niedochodząca do wyrazistszej mety. „Czarny pies” to jak już sam tytuł może wskazywać opowieść o widmowym zwierzęciu. Motyw dobrze znany fanom horrorów, tutaj podany w sposób, który przywodzi na myśl klasyczne ghost stories, a ściślej opowieści o nawiedzonych domach. Nawet ciekawy, acz niebudzący jakichś żywszych emocji. A teraz: słyszeliście kiedyś niezidentyfikowane odgłosy kroków w swoim mieszkaniu? Do uszu bohaterki „Kroków” dochodzi właśnie coś takiego. Prosto, krótko i skutecznie. Tak, na ciarki możecie liczyć. „Jak kocie oczy” to... hmm... ciut dziwaczna wizja, która mogła powstać z inspiracji mitologicznym Charonem. Ot, takie inne podejście do motywu przewoźnika/przewoźników dusz osób zmarłych.
 
Dział „NA KRAWĘDZI” zawiera cztery nieprawdopodobne, acz przez wielu uważane za autentyczne tragiczne opowieści, nie zawsze z udziałem pierwiastka nadprzyrodzonego. Tak jest w „Bess”, skutecznie podsycającej ciekawość legendzie o człowieku, któremu wróżka przepowiada, że jego ukochany koń, klaczka imieniem Bess, doprowadzi do jego śmierci. Opowiadanie „Harold” wręcz przeciwnie, posiada element nadprzyrodzony. A jest nim właśnie tytułowy strach na wróble – to jedno z tekstów, które Andre Ovredal wykorzystał w swojej filmowej odsłonie „Upiornych opowieści po zmroku”, pozwalając sobie jednak na nie tak znowu drobne zmiany – który doprowadza do... Mocne, ale nie aż tak, jak koncepcja ukazana w filmie. „Martwa ręka” unaocznia nam nocne przejścia pewnego niedowiarka na bagnach, które pozostali mieszkańcy tych okolic uważają za siedlisko jakichś groźnych istot. On nie wierzy w bajki, a jak wiadomo sceptycy lekko tak w literaturze, jak kinie grozy, nie mają. „Takie rzeczy się zdarzają” to coś dla wielbicieli opowiadań o wiedźmach. Trzymające w napięciu (niezbyt wielkim, ale zawsze) zderzenie przesądów z nauką. Dział „ZDZICZEĆ” serwuje tylko jedną, ale w miarę obszerną, jak na standardy „Upiornych opowieści po zmroku”, legendę o dziewczynce, która podziela los Romulusa i Remusa . Dziecku wychowanym przez wilki i jak wilczyca się zachowującym. Dziecku, które dorasta w tym nieodpowiednim dla siebie środowisku, a w każdym razie takie przekonanie ma ludność okolic, w których osiedliła się wataha, szeregi której to ludzkie dziecko zasiliło. Nie z własnego wyboru, ale jako że nie zna innego życia... bynajmniej nie czuje się pokrzywdzone. Sam rozwój akcji „Dziewczynki-wilka” jest całkiem wciągający, jednak wolałabym, żeby poprowadzono to bez prób demonizowania wilków. Z drugiej strony akcja ratownicza odsłoniła przede mną nader wzruszający widok – nie jestem tylko pewna, czy taki był zamiar i Alvina Schwartza, i osób, które od dawien dawna przekazywały sobie tę ponoć autentyczną historię z ust do ust.

PIĘĆ KOSZMARÓW” to jak sama nazwa wskazuje pięć koszmarnych historyjek, które dodam tematycznie są mocno zróżnicowane. „Sen” traktuje o malarce, która zmienia swoje plany za podszeptem strasznego snu nawiedzającego ją pewnej nocy. Potencjalnie proroczego snu. Dobre, ale „Nowe zwierzątko Sama” moim zdaniem jest jeszcze lepsze. Nader zabawne opowiadanie, które jak zauważa Alvin Schwartz w swoim omówieniu wszystkich zawartych tu legend, które odnajdujemy w drugiej części książki (raczej książeczki, biorąc pod uwagę jej niepozorne gabaryty: 144 strony zapełnione sporych rozmiarów drukiem i niemało miejsca przeznaczającym na fenomenalne czarno-białe grafiki Stephena Gammella) mogło wypłynąć z niezadowolenia części Amerykanów z napływu do ich kraju imigrantów ekonomicznych z Meksyku, którzy zabierali im pracę. Mój number one zbioru pt. „Kolejne upiorne opowieści po zmroku”: „Może sobie przypomnisz”. Niezwykle tajemnicza opowieść o matce i córce, które zatrzymują się w pewnym paryskim hotelu, gdzie wkrótce dochodzi do czegoś niewyobrażalnego. Ten tekst wprowadził mnie w stan, który nazywam „Witamy w Stefie Mroku!”. Pożądliwie nieprzyjemne wrażenie wejścia w inny wymiar, w rzeczywistość, w której nie obowiązują znane ludzkości prawa fizyki. A gdy doszłam do omówienia Schwartza... No, okrutnie żałuję, że to przeczytałam. Gdybym wiedziała, że przedstawi tam tak prozaiczne wyjaśnienia tej doskonale skonstruowanej zagadki to pewnie bym to opuściła. Bo czasem lepiej nie znać odpowiedzi. „Czerwony punkt”. Znana mi już urban legend, która znalazła się w „Upiornych opowieściach po zmroku” Andre Ovredala (możecie to też zobaczyć w „Ulicach strachu: Krwawej Mary” Mary Lambert). O pająkach wylewających się z policzka dziewczyny. A ja mam arachnofobię, więc... No więc dla mnie to jedna z najstraszliwszych opowieści, jaką wymyślono. Swoją drogą ostatnie zdanie trochę mi w głowie namieszało UWAGA SPOILER Dobrze rozumiem, że ten potworny los zgotowała głównej bohaterce „Czerwonego punktu” jej własna matka? KONIEC SPOILERA Wprawdzie bez trudu odgadłam, jak skończy się „Nie, dzięki”, ale i tak cel został osiągnięty. Zakładając, że o rozśmieszenie odbiorcy tutaj zabiegano. A teraz powtórka formuły. Jeden tekst w dziale tym razem zatytułowanym „CO TU SIĘ DZIEJE?”. Tekst o nazwie „Problem”, który rzekomo przytacza wydarzenia, do których faktycznie doszło w 1958 roku na przedmieściach Nowego Jorku. Opowieść o domniemanym poltergeiście. Nie tak znowu typowa historyjka o pewnej rodzinie, która zmaga się z nadzwyczajnymi zjawiskami. Potencjalnie nawiedzony dom. Incydenty, które długoletnich fanów ghost stories wprawić w skrajne zdumienie raczej nie mogą, ale zamknięcie (a w każdym razie wyjaśnienie, bo jeszcze przed finałem nader wyraźna wskazówka się pojawia) tej sucho wyłuszczanej opowieści, już tak.
 
I na koniec dział „KTOOOOOOOO?”, czyli krótki spektakl czarnego humoru. Sześć tragikomicznych, z lekka groteskowych tekstów, które zaniepokoić nikogo nie powinny, ale jest szansa na szerokie uśmiechy. Jeśli już nie histeryczne chichoty. Niezajmujący nawet jednej stronicy „Obcy” to mój faworyt tego działu – kolejny sceptyk dostaje twardy dowód na to, że tylko mu się wydawało, że jest taki oświecony. „Wieprz” jest bardziej kuriozalny i moim zdaniem bardziej smutny niźli zabawny, bo raczej nie jest mi do śmiechu na widok takiej niedoli jednostki, która kiedyś była człowiekiem. A teraz... Pod pewnymi względami nadal nim jest i to też bynajmniej na duchu nie podnosi. „Czy coś się stało?” to pościg, który w dużo bardziej widowiskowym wydaniu widziałam już w wersji Andre Ovredala, a przynajmniej tak mi się wydaje, bo podobieństwa wielkie nie są. Tak czy inaczej to opowiadanko dobitnie Wam udowodni, że nie należy oceniać nikogo po wyglądzie. Podkreślam: nikogo. No chyba, że lubicie biegać. „Ty!” to komiczna opowieść o wrednej kobiecie, która ma serdecznie dość swojego wrednego męża. Dwójka zgryźliwych tetryków heh. I wszystko byłoby cacy, gdyby jeden z nich zechciał się wreszcie odczepić od drugiego. „P-u-m-m-m-m-m!” traktuje o duchu, który z jakiegoś powodu narzuca się ze swoim towarzystwem pewnej dziewczynce. Czego ten błazen od niej chce, dowiecie się na końcu. Ta straszna prawda objawi się Wam... Wróć. Ta śmieszna prawda objawi się Wam czy tego chcecie, czy nie. I już nigdy nie będziecie czuć się bezpieczni! I na koniec pieśń o karawanie pt. „Możesz być następny” , która brzmi znajomo... Krótka piosnka mówiąca o tym, że my też umrzemy, że nas też zawiną w białe prześcieradła, że robaki będę wpełzać i wypełzać z naszych martwych ciał, że nasze oczy wypadną, a zęby... Urocze, doprawdy.

Chociaż nie uważam się za wielką fankę trzytomowego zbioru mrocznych opowieści w takiej, czy podobnej formie krążących po Stanach Zjednoczonych, a i w wielu innych regionach świata, skompletowanych przez nieżyjącego już amerykańskiego pisarza, dziennikarza i badacza folkloru Alvina Schwartza, to trochę mi przykro, że to już koniec. Że mam już za sobą wszystkie nieobszerne publikacje wchodzące w skład tego cyklu. Wszystkie upiorne opowieści po zmroku. Wszystkie przecudownie wydane książeczki niekoniecznie najodpowiedniejsze dla dzieci (choć w Stanach Zjednoczonych tak reklamowane), ale dla wieloletnich miłośników horrorów jak najbardziej wskazane. Nie obiecuję, że się przekonacie do owej formuły. Nie gwarantuję Wam silnych wrażeń, ani tym bardziej stylowej uczty dla wyobraźni złaknionej językowego bogactwa. Powierzchowne, dosyć infantylne opisy też jednak mają swój urok. Nie tylko można do takiego warsztatu przywyknąć, a i choć może się to wydawać niemożliwe, rozsmakować się w nim. Prostota, także (a raczej przede wszystkim) fabularna, ma w sobie tę moc. Pokazał to między innymi Alvin Schwartz w swoich „Upiornych opowieściach po zmroku”, „Więcej upiornych opowieści po zmroku” i „Kolejnych upiornych opowieściach po zmroku”, choć oczywiście nie wszystkim. Zachęcam jednak do sprawdzenia tych zbiorków. Chronologia nie ma znaczenia: weźcie dowolny tom i sprawdźcie, o co tyle szumu. Czy mówię, że warto? Ja w każdym razie nie żałuję tej niestety niedługiej wyprawy po folklorze zorganizowanej i przez Alvina Schwartza, i przez Stephena Gammella, bo makabryczne grafiki tego drugiego według mnie są równie ważne co treść. To integralny element tego popularnego, mającego już swoje lata cyklu literackiego. Cyklu, który nareszcie zawitał w Polsce!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu