Stronki na blogu

niedziela, 23 sierpnia 2020

„Nieznajoma” (2006)

 

Irena, Ukrainka z tragiczną przeszłością, zawiązuje współpracę z podejrzanym konsjerżem domu mieszkalnego w północno-wschodnich Włoszech, który za spory udział w zyskach ma pozyskiwać dla niej zlecenia na sprzątanie różnych obiektów. Irenę jednak przede wszystkim interesuje praca u państwa Adacher, wychowującego kilkuletnią córkę Teę mającą rzadką chorobę neurologiczną. W końcu pojawia się długo wyczekiwana przez nią okazja do zbliżenia się do rzeczonej rodziny. Irena zostaje ich sprzątaczką i nianią początkowo wrogo nastawionej do niej dziewczynki, która jednak z czasem mocno się do niej przywiązuje. Zgodnie z sekretnym planem Ireny, kobiety najwyraźniej knującej przeciwko jej rodzicom. I być może chcącej skrzywdzić także ich niewinną córeczkę.

Giuseppe Tornatore, doceniany przez krytykę, obsypywany nagrodami włoski reżyser i scenarzysta, twórca między innymi uhonorowanego Oscarem dramatu z 1988 roku pod tytułem „Cinema Paradiso”. Wieloletni współpracownik legendarnego kompozytora Ennio Morricone, który stworzył również muzykę do jego „Nieznajomej” (oryg. „La sconosciuta”, międzynarodowy: „The Unknown Woman”), zrealizowanego za mniej więcej osiem milionów euro, poruszającego włosko-francuskiego (włoskojęzycznego) thrillera psychologicznego; zdobywcy pięciu statuetek David di Donatello (plus kolejne siedem nominacji) i Europejskiej Nagrody Filmowej: nagroda publiczności dla najlepszego filmu europejskiego. W 2008 roku „Nieznajoma” reprezentowała Włochy na Oscarach – zgłoszenie do kategorii „najlepszy film nieanglojęzyczny”. Scenariusz Giuseppe Tornatore napisał wespół z nieżyjącym już włoskim twórcą, Massimo De Ritą, a główną rolę powierzono rosyjskiej aktorce Kseniyi Rappoport, która nie znała języka włoskiego. Nauczyła się go w trakcie zdjęć.

Nieznajoma” Giuseppe Tornatore: blisko dwugodzinny, szarpiący nerwy thriller psychologiczny, bez wątpienia nakręcony przez prawdziwego geniusza kina. Tajemniczy, empatyczny, brutalny, przytłaczający obraz, któremu udało się nie wpaść w bezlitosne ręce cenzury. A mocnych momentów nie brakuje, aczkolwiek zdecydowanie nie jest to kino gore. Twórcy wprawdzie nie stronili od wizualnej przemocy fizycznej i seksualnej, ale podchodzili do tego od bardziej psychologicznej strony. Przejściowy wstręt wyraźnie ich nie interesował. „Nieznajoma” dociera głębiej, a paleta emocji, jakich dostarcza jest praktycznie nieograniczona. „Nieznajoma” szokuje, dręczy, autentycznie wyciska łzy z oczu i zostawia nas takich zmaltretowanych, zagubionych, samotnych w świecie, który nie zna litości. Pierwszoplanowa postać, Ukrainka Irena doskonale wykreowana przez Kseniyę Rappoport, przebywająca w fikcyjnym włoskim mieście o nazwie Velarchi, doskonale to wie. Na własnej skórze przekonała się, jak bezwzględni potrafią być ludzie. Ile udręki może zgotować człowiekowi człowiek. Irena bezdyskusyjnie jest ofiarą potwornej przemocy, ale wiele wskazuje na to, że teraz staje się również oprawcą. Kobietą być może chcącą pomścić swoją krzywdę. Za wszelką cenę. Również zdrowia i życia niewinnych. Scenariusz „Nieznajomej” długo trzyma nas w niepewności, co do intencji Ireny. Z przebłysków jej wspomnień, z krótkich retrospekcji, szybko wnosimy, że dawniej była wykorzystywana seksualnie. Traktowana jak bezwartościowy kawał mięsa przez obleśnych mężczyzn myślących penisami. Dowiadujemy się też, że udało jej się znaleźć bratnią duszę, swoją miłość, której jednak teraz przy niej nie ma. Teraz Irena jest sama w obcym państwie i wytrwale realizuje jakiś ukryty plan. Plan wymierzony w trzyosobową rodzinę Adacherów: niezbyt szczęśliwe małżeństwo Valerii i Donata (przekonujące występy Claudii Gerini i Pierfrancesco Favino) oraz ich kilkuletnią córeczkę Teę (wspaniała Clara Dossena). Jaki związek mają ci ludzie z przeszłością Ireny? O ile w ogóle jakiś mają... Pod tym, zasadniczym, względem scenariusz jest wielce tajemniczy. „Nieznajoma” przykuwa uwagę już na początku, a potem konsekwentnie podsyca ciekawość. Ani się człowiek obejrzy, jak zapomni o otaczającym go świecie. Będzie dla niego istniała tylko rzeczywistość Ireny. Kobiety, której nie będzie mógł obdarzyć pełnią zaufania, ale i jestem przekonana, że zachowa dla niej ogrom współczucia. Z lekka przybrudzone, nihilistyczne, depresyjne, momentami klaustrofobiczne zdjęcia Fabio Zamariona, zręczny montaż Massimo Quaglii oraz magiczna, melancholijna ścieżka dźwiękowa niedoścignionego Ennio Morricone, tworzą istne dzieło sztuki. Mistrzostwo techniki filmowej. Przygnębiający klimat prawdziwego świata. Świata, którego nie zobaczycie w kolorowych reklamach. Świata, którego wielu wolałoby nie dostrzegać. Udawać, że nie istnieje. Bo tak jest łatwiej, ale Giuseppe Tornatore widać nie jest artystą chcącym nam robić dobrze. W każdym razie nie w „Nieznajomej”. Ten film ma sprawić, że poczujemy się, jak struci. Potrząsnąć nami, zetrzeć nam uśmiechy z ust, zmaltretować psychicznie czymś, co czy chcemy w to wierzyć, czy nie, taką zupełną fikcją nie jest. Takie rzeczy dzieją się na świecie, twórcy istotnie czerpali inspirację z doniesień medialnych, ale formalnie „Nieznajoma” nie jest obrazem opartym na faktach. Irena jest postacią fikcyjną, ale w naszej „pięknej” rzeczywistości podobny los spotyka niejedną kobietę. Los seksualnej niewolnicy. Niewolnicy, która wreszcie wyrwała się na wolność. I albo rozpoczęła wendetę, albo skierowała swój słuszny gniew na zupełnie niewinną rodzinę. Przypadkowych ludzi mieszkających naprzeciwko bloku, w którym Irenie udało się wynająć niewielkie lokum. Dzięki nowo poznanemu mężczyźnie, dozorcy chętnie dorabiającemu sobie na boku. Mężczyźnie, z którym nasza nieznajoma zawiązuje współpracę, nazwijmy ją, biznesową. On szuka dla niej zleceń w charakterze sprzątaczki, a ona oddaje mu część wynagrodzeń. I czeka. Czeka na okazję, która pozwoli jej bardziej zbliżyć się do Adacherów. Rodziny, którą z jakiegoś sobie tylko znanego powodu obrała sobie za cel.

Akcja „Nieznajomej” przebiega dwutorowo. Umowna teraźniejszość przeplata się z retrospekcjami ze strasznego życia głównej bohaterki? antybohaterki? Ireny. Mieszkającej we Włoszech Ukrainki, która przeszła przez istne piekło, a teraz być może próbuje zgotować je innym. Zaniedbującym swoją kilkuletnią córkę, często kłócącym się Valerii i Donatowi Adacherom, w mieszkaniu których znajduje się coś, na czym Irenie bardzo zależy. Najwyraźniej zależy jej także na pozyskaniu zaufania ich dotkniętej rzadką chorobą neurologiczną (zablokowanie mechanizmów samoobrony – na przykład gdy pada, nie wyciąga instynktownie rąk, żeby chronić głowę) córki Tei. A kiedy już jej się to udaje traktuje ją... Cóż, z jednej strony mamy przepiękną przyjaźń dziewczynki z zawszą mającą dla niej czas nianią. Jedyną dorosłą osobą w jej życiu, która naprawdę się o nią troszczy. Daje jej miłość, której nieczęsto zaznaje od rodziców. Bo są zapracowani, bo szukają relaksu w gronie przyjaciół i tym podobne. W relacji Ireny i Tei pojawiają się jednakże pewne pęknięcia. Kontrowersyjne metody wychowawcze? Chwile zapomnienia, momenty, w których Irena zatraca się w swojej traumatycznej przeszłości i nieświadomie wyładowuje się na małej dziewczynce? A może robi to z premedytacją? Może zależy jej na tym, by dziecko znienawidzonych przez nią Adacherów cierpiało? Może chce by ta niewinna istota na własnej skórze odczuła choćby tylko ułamek tego, co i ona odczuwała? A może po prostu chce ją nauczyć czegoś, co bardzo jej się w życiu przyda? Nie dowiemy się tego, dopóki nie poznamy wszystkich faktów z przeszłości tytułowej postaci przerażającego filmu Giuseppe Tornatore. Paraliżującego, bezlitośnie raniącego spektaklu, od którego nie chce się nawet na chwilę oderwać oczu. W każdym razie ja jak zaklęta trwałam przed ekranem. Jak zaczarowana zanurzałam się coraz głębiej i głębiej w męczarnie nie tylko Ireny. W brutalny świat, w którym możliwe, że pojawił się promyk nadziei. Nadzieją tą może być dla Ireny jej mała podopieczna, ale równie dobrze Tea może być kolejną ofiarą tej przepełnionej gniewem kobiety. Tajemniczej jednostki, która szturmem wdziera się w życie przynajmniej na pozór zwyczajnej rodziny i... niszczy ją od środka? Czy na pewno? Bez wątpienia ma względem nich jakiej ukryte plany, ale są tak bardzo ukryte, że nie można odrzucić żadnej ewentualności. Nawet próby ratowania przez Irenę rozpadającej się rodziny. To mało prawdopodobne, ale nie niemożliwe. Wszystko jest możliwe w takich filmach, jak „Nieznajoma”. Rzadkim towarze. Fenomenalnym okazie, który znać winien każdy miłośnik szeroko pojętego kina grozy. Przejść obok czegoś takiego obojętnie? Trudna sztuka. Nie wpaść w depresję? Też trzeba się nielicho postarać. Nie zalać się łzami? Próbujcie, ja nie dałam rady. Przekaz jest tak niesamowicie intensywny, zdjęcia bywają tak nielitościwe (brutalizm raniący na poziomach wyższych od chwilowego obrzydzenia), oprawa dźwiękowa tchnie tak straszliwym smutkiem, tak dotkliwą samotnością, że łatwo się rozkleić. Zamienić w trzęsące się z przerażenia dziecko, które nadziei na lepsze jutro Ireny wypatruje jedynie w małej dziewczynce. Dziewczynce, o którą jednocześnie się boi. Której życzy definitywnego uwolnienia się od niszczącego? wpływu Ireny, ale zarazem nie może oprzeć się poczuciu, że ta relacja tak naprawdę służy im obu. Tak, tylko czy po tym wszystkim, co już nam pokazano, powinno się czynić tak śmiałe założenie, że Giuseppe Tornatore i Massimo De Rita przewidzieli tak podnoszące na duchu rozwiązanie historii Ireny? Czy po tak bezlitosnym rozwoju można się spodziewać zbawczej przyjaźni dwóch wcześniej tak zagubionych, tak poruszająco osamotnionych w prawie bezuczuciowej rzeczywiści, istot? Powiem tyle: końcówka wcale nie będzie lżejsza. Przygotujcie się wręcz na uderzenie mocniejsze od wszystkiego, czego mieliście (nie)przyjemność doznać wcześniej. I zaskoczenie. Ja w każdym razie nie byłam gotowa na taki obrót spraw. Takie rozwiązanie skrupulatnie budowanej i tam, gdzie trzeba zaciemnianej intrygi. Tajemnicy budowanej praktycznie od początku tego wyjątkowego widowiska. Realistycznego, depresyjnego pokazu okropnej przemocy, straszliwej samotności i... bezrozumnej wściekłości? Tak czy inaczej wściekłość najprawdopodobniej będzie ogarniać Was, widzów bezsilnie patrzących na krzywdę zadawaną ludziom przez ludzi. Bo największym potworem zawsze był, jest i pozostanie człowiek. A motorami napędowymi okrucieństwa między innymi waluta i chory popęd seksualny. Dla pieniędzy i poczucia władzy bezwzględnej nad bliźnim wielu jest gotowych zrobić absolutnie wszystko. Absolutnie.

Wstyd mi, że „Nieznajoma” w reżyserii Giuseppe Tornatore dopiero teraz wpadła mi w ręce, że dopiero teraz rzecz obejrzałam. Wcześniej nawet nie słyszałam o tej pozycji. Dziwne, bo z pewnością nie jest to jeden z mniej rozchwytywanych obrazów. Bez wątpienia nie przeszedł bez echa. Ma mnóstwo fanów, także wśród krytyków. I trochę nagród. Moim zdaniem w pełni sobie na ten sukces zasłużył. A na nawet na dużo większy. Zdecydowanie więcej powinno się o tej kinematograficznej perełce mówić, ażeby wieść dotarła do wszystkich zainteresowanych. Wszystkich, którzy cenią sobie odważniejsze klimaty, którzy nie boją się mierzyć z bezkompromisowymi, grającymi na przeróżnych emocjach, wyrywającymi ze strefy komfortu produkcjami, których prawdopodobnie szybko z pamięci nie wyrzucą. Historia Ireny i jej małej podopiecznej przypuszczalnie będzie Was zadręczać jeszcze długo po seansie. Odważycie się wejść w ten potworny świat? Oby, bo moim zdaniem czegoś takiego nie wolno przegapić. Nie, jeśli przepada się za niepatyczkującymi się z widzem thrillerami psychologicznymi. I horrorami, bo „Nieznajoma” doprawdy potrafi przerazić.

piątek, 21 sierpnia 2020

Caz Frear „Z zimnym sercem”

 

Dwudziestodwuletnia Australijka, Naomi Lockhart, zostaje zamordowana w wynajmowanym mieszkaniu w Londynie. Sprawą zajmuje się zespół dochodzeniowo-śledczy nadzorowany przez inspektor Kate Steele, w tym detektyw Catrina 'Cat' Kinsella, która niedawno wróciła do pracy w policji. Śledztwo prowadzi detektywów do Josepha Maddena, mężczyzny, którego Cat miała okazję poznać już wcześniej. Utrzymywał wówczas, że jego żona, Rachel Madden, mu grozi, a teraz upiera się, że kłamie, żeby go pogrążyć. Kobieta tymczasem wyraźnie staje w jego obronie, choć policjanci nie mają wątpliwości, że mąż przez lata znęcał się nad nią psychicznie. I regularnie ją zdradzał, niewykluczone więc, że miał romans także z Naomi Lockhart. Dowody materialne wskazują na jego winę, ale materiał jest zbyt skąpy, żeby móc postawić Josepha przed sądem. Cat zagłębia się więc w historię małżeństwa Maddenów, zmagając się przy tym z problemami osobistymi. Jeśli szybko nie znajdzie sposobu na zażegnanie kryzysu, jej mroczny sekret już wkrótce może wyjść na jaw.

Druga odsłona powieściowego cyklu kryminalnego pióra Caz Frear, brytyjskiej autorki, z wykształcenia historyczki i politolożki, która pracowała w branży finansowej w charakterze headhunterki. Pierwsza część mrocznych przygód między innymi młodej posterunkowej Cat Kinselli „Sweet Little Lies” (pol. „Słodkie kłamstwa” aka „Słodkie kłamstewka”) swoją światową premierę miała w roku 2017 i była pierwszym opublikowanym utworem Caz Frear. Pierwsze wydanie części drugiej, powieści „Stone Cold Heart”, ukazało się w 2019 roku, a w Polsce książka wyszła w roku 2020 pod tytułem „Z zimnym sercem”. W tym samym roku miała miejsce światowa premiera tomu trzeciego noszącego tytuł „Shed No Tears”.

Kto czytał, ten zapewne pamięta, że zawiązując intrygę w swojej debiutanckiej powieści, „Słodkich kłamstwach”, Caz Frear pozwoliła sobie na dość duży zbieg okoliczności. Ułatwienie, które zwykle nie jest dobrze odbierane przez miłośników kryminałów. Z przykrością muszę stwierdzić, że w tomie drugim powtórzyła ten błąd, tyle że w mniejszej skali. „Z zimnym sercem” otwiera niezaplanowane spotkanie Cat Kinselli, młodej detektyw z londyńskiej Policji Metropolitalnej, z niejakim Josephem Maddenem. Najwyraźniej podrywaczem, który jednak od Cat chce tylko dostać poradę prawną. Informacje, które mógłby wykorzystać przeciwko swojej żonie, która, jak twierdzi, grozi, że przysporzy mu cierpień. A kilka miesięcy później to nikt inny, jak Joseph Madden staje się głównym podejrzanym w śledztwie, nad którym pracuje między innymi Cat. Niezbyt duży to wprawdzie zbieg okoliczności, ale zawsze. Jeden jedyny, bo potem, trochę inaczej niż w „Słodkich kłamstwach”, nie miałam już wrażenia (które w przypadku tamtej pozycji na szczęście okazało się złudne), że Frear od czasu do czasu posiłkuje się cudownymi zrządzeniami losu. Za to po raz kolejny przedstawia zagadkową historię rodzinną. Tym razem zamiast pochylać się nad dziejami głównej bohaterki i jednocześnie narratorki Cat Kinselli oraz jej krewnych, autorka roztacza przed nami burzliwą historię Maddenów. Małżeństwa z problemami, których sprawcą niewątpliwie jest Joseph. Człowiek z narcystyczną osobowością, który przez lata znęcał się nad swoją żoną Rachel. Przemoc psychiczna i ekonomiczna była w ich domu na porządku dziennym, ale bardzo prawdopodobne, że mężczyzna ten pozwalał sobie również na przemoc fizyczną względem chorobliwie posłusznej mu kobiety. Dla Cat szybko staje się jasne, że Joseph z zimnym sercem podporządkował sobie Rachel. Zrobił z niej strachliwą gospodynię domową, przymykającą oczy na jego zdrady i usprawiedliwiającą jego agresję. A więc mamy dość typowy przypadek ofiary przemocy domowej. Kobiety maltretowanej przez męża, która trwa w fałszywym przekonaniu, że to ona jest wszystkiemu winna. Joseph ma zawsze rację, a ona ciągle popełnia błędy, które mają prawo go rozzłościć. Frear kreśli na kartach „Z zimnym sercem” drobiazgowy portret toksycznego małżeństwa, domu, w którym króluje przemoc powodowana przez męża. Portret maltretowanej kobiety i jej zapatrzonego w siebie partnera, który kreuje się na człowieka odnoszącego sukcesy. Dbającego o pozory psychopaty, który teraz najprawdopodobniej dopuścił się morderstwa. Wszystkie dowody na to wskazują. A właściwie poszlaki. Zespół pod przewodnictwem przebojowej inspektor Kate Steele, wie, że to, co mają na Josepha Maddena nie wystarczy, by skazać go za zabójstwo dwudziestodwuletniej pracownicy bratowej jego żony, Kirstie Connor, która tak samo jak jej mąż, nie szczędzi nienawistnych słów pod adresem Josepha. Jego żona natomiast, dość nieudolnie, stara się odsunąć od niego podejrzenia. Nie wygląda na to, że z premedytacją stara się wybielać go w oczach policji – zdaje się, że po prostu mówi to, w co sama wierzy. A jest przekonana, że Joseph nie mógłby pozbawić kogoś życia. Bywa nerwowy, ale nie aż tak, żeby zaraz kogoś zabijać. Tym bardziej, że jak myśli Rachel, gniew wzbudza w nim tylko ona. Szczegółowy, dojrzały warsztat Caz Frear pozwala zagłębić się w złożone osobowości głównych uczestników tego tragicznego spektaklu. Właściwie na własnej skórze odbierać dręczące ich emocje. Postawić się w położeniu każdego z nich. Nawet antypatycznego Josepha Maddena. Ale przede wszystkim „wejdziemy w skórę” Cat Kinselli, odrobinę neurotycznej, niepozbawionej cynizmu, ale i determinacji, by dopaść zabójcę Naomi Lockhart, policjantki, której mroczny sekret już niedługo może zostać ujawniony. A to najpewniej zakończy jej karierę policyjną i związek z ukochanym mężczyzną. A i być może na takich konsekwencjach się nie skończy. Frear po raz kolejny roztoczyła więc dość szeroką i bardzo wnikliwą płaszczyznę psychologiczną. Tym razem uatrakcyjniając przeżycia Cat związane z najważniejszą sprawą kryminalną, jaką w swoim życiu się zajmowała, poruszającymi dziejami rodziny w jakiś sposób zamieszanej w okrutną śmierć młodej kobiety.

Prawda jest taka, że rodzina podejrzanego często bywa ofiarą. To jej członkowie muszą mierzyć się z kpinami i osądem innych. To oni zmazują graffiti z drzwi, podczas gdy prawdziwego drania pyta się, czy temperatura w celi mu odpowiada i czy woli kurczaka czy rybę na lunch.”

Cat Kinsella, jedna z najciekawszych bohaterek literatury kryminalnej, z jaką dotychczas się spotkałam. Generalnie silna kobieta, ale bynajmniej nie niezniszczalna. Pełna zalet, ale i niewolna od wad albo jak kto woli pewnych słabości. Postać, bez której tak „Z zimnym sercem”, jak wcześniejsze „Słodkie kłamstwa” autorstwa Caz Frear, niewątpliwie tak wciągające by nie były. To Kinsella niesie te utwory, ale też nie mogę odmówić tej brytyjskiej pisarce solidnego warsztatu i dużego skupienia na prowadzeniu fabuły. Frear nie skacze szaleńczo z wątku w wątek i nie pisze powierzchownie. „Z zimnym sercem” tak jak „Słodkie kłamstwa” to powieść kryminalna zmieszana z thrillerem psychologicznym. I w mojej ocenie Frear sprawdza się tak samo dobrze w obu tych gatunkach. Praca policyjna, strona proceduralna, cechuje się równie satysfakcjonującym oddaniem szczegółów, jak płaszczyzna psychologiczna. Chociaż pewnie nie każdy znajdzie w tym powody do zadowolenia. Bo śledztwa w książkach Frear toczą się naprawdę powoli, a więc można powiedzieć, że dość niemodnie. W każdym razie w sposób niecieszący się taką popularnością, jak bardziej dynamiczne, pełne zaskakujących zwrotów akcji, niestrudzone gonienie nieustraszonych policjantów za bezwzględnymi przestępcami. Tutaj się idzie, a nie biegnie. Leniwie płynie przez mroczny świat przedstawiony przez pisarkę obdarzoną dość bogatym słownictwem. Przechodzi od stacji do stacji wraz z mocno zawziętą dwudziestoparoletnią kobietą z nieczystym sumieniem, która coraz bardziej rozpaczliwie stara się utrzymać na powierzchni. I znaleźć drania, który odebrał życie sympatycznej Australijce. Albo znaleźć mocne dowody na winę już zatrzymanego Josepha Maddena. Cat, podobnie jak jej przełożona, dochodzi do wniosku, że najlepszym sposobem na to jest dotarcie do jego żony Rachel. Pozyskanie jej zaufania i niejako zmuszenie jej do obrania trzeźwego spojrzenia na jej od dawna kiepską sytuacją małżeńską. Sytuację, która najpewniej w jakiś sposób odbija się też na nastoletniej córce Maddenów, Clarze, najważniejszej osobie w smutnym życiu Rachel. Frear zabiera nas w podróż utkaną z kłamstw, półprawd i przemilczeń, która wymaga trochę cierpliwości od czytelników. Której nie sposób „brać na szybko”, podejść do tego jak do wakacyjnego czytadełka, które można zaliczyć z tak zwanym wyłączonym myśleniem. „Z zimnym sercem” nie nazwiecie pewnie mocno wymagającą powieścią, ale i jestem przekonana, że niewielu (jeśli w ogóle ktoś) przypnie jej etykietkę szybkiej, łatwej i przyjemnej. Tematyka, z jaką się tutaj zderzycie do przyjemnych na pewno nie należy. Morderstwo, przemoc domowa i sekret, kładący się cieniem na życiu Cat Kinselli, który teraz najwyraźniej spoczywa w rękach zatwardziałego kryminalisty. Frear powinna nieraz skłonić Was do refleksji, zmusić do ważnych przemyśleń, które oczywiście pewnie niejednego z Was nie raz, nie dwa pewnie już nawiedzały (na przykład karanie przez „praworządnych obywateli” rodzin domniemanych najgorszych przestępców, tylko podejrzanych, ewentualnie oskarżonych o straszne zbrodnie – w dzisiejszych czasach jakoś wyrok mało komu jest potrzebny, żeby obwołać kogoś mordercą), ale na co dzień raczej nie ma wielu okazji do dłuższego analizowania w myślach różnych bolączek tego świata, które bezpośrednio nas nie dotyczą. Frear gdzieś między słowami daje nam do zrozumienia, że los, jaki spotyka niektóre postacie (wszystkie jak żywe!) „Z zimnym sercem” wcześniej czy później może spotkać i nas. Z drugiej strony... Powiedzmy, że nie jest to historia, w której wszystko błyskawicznie zgrabnie składa się w całość, że sprawa szybko staje się dość oczywista, że nie ma w niej żadnych zastanawiających luk. Ani innych podejrzanych, którzy, co trzeba zaznaczyć, mogą stanowić tylko swego rodzaju zmyłkę. Odwracać uwagę od tyrana, który nawet zza krat niszczy swoją rodzinę. Egoistycznego, impulsywnego osobnika, któremu, zdaje się, bardziej od oczyszczenia się z zarzutów zależy na wizerunku pożeracza serc pięknych kobiet sukcesu. Tak czy inaczej rozwiązanie tej zagadki raczej nie wstrząśnie nawet mniej obytymi z kryminałami i thrillerami psychologicznymi czytelnikami, ale na ostatniej stronie znajdziecie coś, co znacznie podsyci apetyt na trzeci tom mrocznych przygód detektyw Cat Kinselli. Ja już nie mogę się doczekać polskiego wydania dalszego ciągu rozprawiania się bohaterki, z którą mocno się już zżyłam, z przeszłością. I kolejnej tak samo nieśpiesznie kreślonej, trzymającej w napięciu intrygi rozpracowywanej przez zespół „czułej dyktatorki” Kate Steele. Zespół, który być może już wkrótce zostanie uszczuplony...

Kto czytał „Słodkie kłamstwa” aka „Słodkie kłamstewka” Caz Frear mniej więcej wie, czego spodziewać się po „Z zimnym sercem”. A jak nie czytał, to uważam, że najlepiej zrobi nadrabiając zaległość przed posiedzeniem nad drugą stacją mrocznej przygody z młodą detektyw londyńskiej policji Cat Kinsellą. W przeciwnym wypadku można się troszkę pogubić w zawiłościach fabularnych, w życiu głównej bohaterki, które na pewno nie jest wątkiem zdecydowanie mniej istotnym od śledztwa, nad którym tutaj pracuje wraz z pozostałymi członkami zespołu londyńskiej Policji Metropolitalnej. Moim zdaniem jakości Caz Frear nie obniżyła – poziom pierwszej odsłony, uważam, został zachowany. Chociaż... Tak, „Z zimnym sercem”, ten także niepowierzchownie prowadzony kryminał zmieszany z thrillerem psychologicznym, zdaje mi się ciut lepszy. Fabuła odrobinkę ciekawsza, a finał każe mi z jeszcze większą niecierpliwością czekać na trójkę niż czekało się na „Z zimnym sercem”. Tak jak się spodziewałam, dobry dreszczowiec z magnetyczną czołową osobowością.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 19 sierpnia 2020

„Nocny anioł” (1990)

 

Upiorzyca Lilith budzi się i przybiera postać pięknej, uwodzicielskiej kobiety w średnim wieku. Jej uwaga skupia się naznanym piśmie modowym. Wykorzystując swoje nadludzkie zdolności podporządkowuje swojej woli członków redakcji. Niczego nieświadomy dyrektor artystyczny, Craig, okazuje się najbardziej oporny, ponieważ jego uwaga w tym czasie skupia się na nowo poznanej siostrze redaktor naczelnej, Kirstie. Ale nawet on nie pozostaje całkowicie obojętny na wdzięki Lilith, która zamierza zrobić wszystko, co w jej mocy, by pozyskać jego duszę.

Nocny anioł” (oryg. „Night Angel”), amerykański horror w reżyserii Dominique'a Othenina-Girarda, twórcy między innymi „O zmierzchu” (1985) i „Halloween 5: Zemsty Michaela Myersa” (1989) oraz współtwórcy „Omenu IV: Przebudzenia” (1991), został zrealizowany w roku 1988, ale na swoją premierę musiał poczekać dwa lata. Scenariusz stworzyli Walter Josten i Joe Augustyn, ten sam, który napisał scenariusz kultowej „Nocy demonów” wyreżyserowanej przez Kevina Tenneya oraz jej sequela z 1994 roku zatytułowanego „Noc demonów II: Zemsta Angeli”. Chcąc uzyskać kategorię R, Othenin-Girard musiał jednak złagodzić niektóre widniejące w scenariuszu sekwencje gore. W pierwotnej wersji scenariusza nie było też początkowej sceny przebudzenia upiorzycy Lilith – dodano ją później. Odtwórczyni roli tytułowej, Isa Jank, idąc na przesłuchanie nie wiedziała, o czym film ma opowiadać, a gdy dostała angaż musiała stawić czoło swojemu lękowi przed wężami.

Horror nakręcony w latach 80-tych XX wieku, a klimat i sposób prowadzenia fabuły bardziej w duchu kina grozy z następnej dekady. Na scenarzystów bez wątpienia wpływ miało lesbijskie kino wampiryczne, którego szczyt popularność przypadł na lata 70-te XX wieku, ale „Nocny anioł” nie jest tak niegrzeczny, jak zwykły być tamtejsze obrazy. Wpływ na to mógł mieć sam reżyser, Dominique Othenin-Girard, który istotnie złagodził niektóre krwawe sekwencje, tak aby film mógł trafić do większej publiczności. Ale w lesbijskich horrorach wampirycznych z poprzednich dekad jeszcze większych nacisk kładło się na erotyzm. Nie tylko widomy, ale także podskórny, zaznaczany w klimacie danego widowiska i w wystudiowanych ruchach powabnych niewiast. Isa Jank jako Lilith też tego próbuje, ale efekt jest doprawdy karykaturalny. Widać, że nie czuła się dobrze w roli seksownej kusicielki – jej ruchy są kanciaste, toporne, prawie jakbym patrzyła na zaprogramowanego robota. Znana długoletnim fanom gatunku, Karen Black (m.in. „Trilogy of Terror” i „Spalone ofiary” Dana Curtisa, „A jednak żyje 3: Wyspa żyjących” Larry'ego Cohena, „Dzieci nocy” Tony'ego Randela, „Dzieci kukurydzy 4: Zgromadzenie” Grega Spence'a), w roli Rity, redaktor naczelnej poczytnego magazynu modowego, moim zdaniem wypadła tylko trochę lepiej od Jank. Z całej obsady wyróżniłabym Debrę Feuer, wcielającą się w postać siostry Rity, Kirstie oraz Helen Martin jako Sadie, „obowiązkową” ekscentryczkę wytrwale walczącą z czystym złem. Pierwszoplanowa pozytywna rola, Craiga, przypadła w udziale Lindenowi Ashby'emu, który warsztatowo może i nie radził sobie najgorzej, ale scenariusz momentami narzucał mu tak rażąco niefrasobliwe, naiwne myślenie, że zastanawiałam się, czy aby Craig nie jest z lekka opóźniony w rozwoju. Chodzi oczywiście o chwile, w których nie ma się powodów, by przypuszczać, że to Lilith kontroluje jego umysł. Wyraźne sygnały, tak ze strony samej Lilith, jak rannego kolegi Craiga, że najlepszy przyjaciel tego ostatniego padł ofiarą owej tajemniczej kobiety, jakimś cudem pozostają niezauważone przez głównego bohatera „Nocnego anioła”. A późniejsze nienormalne zachowanie jego kolegów i koleżanek z pracy, niepokoi go i wścieka tylko przez moment. Craig nienaturalnie szybko przechodzi nad tym do porządku dziennego. Oczywiście do czasu, bo jak to zwykle w takich horrorach bywa, sytuacja będzie się pogarszała. Tak że nawet taki ignorant, jak Craig w końcu będzie musiał przyznać, że w jego otoczeniu zachodzą niepokojące zjawiska. Zdecydowanie odbiegające od normy. Za sprawą mitycznej upiorzycy, wedle niektórych podań pierwszej partnerki biblijnego Adama. Pierwszej kobiety wyzwolonej, pierwszej feministki w historii świata. To jedna z interpretacji. W demonologii przedstawiana jako sukkub, demoniczna kusicielka zwykle nawiedzająca mężczyzn we śnie. Fanom horrorów powinna też być znana jako wampirzyca. Lilith z „Nocnego anioła” posiada wprawdzie atrybuty tej ostatniej (pije krew, a unicestwić ją można przebijając serce specjalnym kołkiem), ale myślę, że więcej ma wspólnego z modelowym sukkubem. Wystarczy spojrzeć na jej prawdziwą postać z kopytami i dodać koszmary senne Craiga, żeby dojść do takiego wniosku. Tak czy inaczej fabuła „Nocnego anioła” sklecona przez Joego Augustyna i Waltera Jostena idzie za konwencją, po drodze trochę moralizując na temat zepsutego, hedonistycznego światka modowego, stającego się doskonałą bronią dla demonicznej istoty, która właśnie wybudziła się z bardzo długiego snu. Wylazło to to spod ziemi i ruszyło na żer. Trzeba twórcom przyznać, że zaczęli dość odważnie. Na pewno nie okazali skrupułów przy pierwszym (zbiorowym) morderstwie dokonanym przez Lilith na ekranie. Ale kiedy już fabuła porządnie się zawiązała... Ujmę to tak: praktycznych efektów specjalnych nasadzonych na szokowanie/zniesmaczanie odbiorców trochę się przewinęło, ale nie liczyłam już na tak bezpardonowe ruchy, jak w tamtym zbrodniczym wejściu Lilith. Nie pierwszym zresztą, bo jak daje nam do zrozumienia lektor podczas czołówki, ta potwora od wieków już rozlewa ludzką krew. Tyle że niczym Smakosz Victora Salvy czy To Stephena Kinga co jakiś czas zapada w długi sen. A gdy się budzi kontynuuje morderczy proceder. Zamienia ludzi - i mężczyzn, i kobiety - w bezwolne marionetki. W seksualnych niewolników. Sługusów ślepo oddanych, napalonych przede wszystkim na nią, ale i na siebie nawzajem oraz ludzi częściowo odpornych na moce Lilith. Antybohaterka omawianej produkcji za cel stawia sobie szerzenie hedonizmu. Na jak największą skalę. A więc pismo, w którym pracuje nasz głupkowaty Craig, zdecydowanie może się jej przysłużyć. Pomóc w rozwinięciu działalności, którą jej pan, sam władca Piekieł, najpewniej by pochwalił, gdyby tylko przewidziano dla niego rolę w tym filmidle. Ale nie, to historia o jego wiernej uczennicy i podatnych na wpływy owieczkach stworzonych przez zaprzysięgłego wroga Lucyfera. Owieczkach sprzedających kobiecy seksapil za pośrednictwem swojego pisma. Magazynu modowego, w którym chyba więcej jest nagości niż ubrań i biżuterii, które trzeba wcisnąć konsumentom. To modne, więc nie można się bez tego obejść. Trzeba to mieć, a po sezonie najlepiej się tego pozbyć, bo teraz modne jest już co innego, co też musicie nabyć. Tak się ten biznes kręci.

Zastanawiające jest to, że o ile zadbano o przekonujące efekty gore, o tyle tło czasami trąci dość ciężkostrawnym kiczem. Coś podobnego spotkać można w podrzędnych teatrach. Niby kamienne ściany wyglądają jak wycięte z kartonu, a nocne niebo jakby z płótna niezbyt uzdolnionego artysty. I ta jarmarczna kolorystyka, w jakiej utrzymano niejeden występ Lilith. Ale jak już nadmieniłam sytuację ratują dodatki obliczone na wywołanie odrazy, a może nawet szoku u odbiorców. Oczywiście nie sądzę, żeby na ich widok zaprawione w kinie gore osoby choćby tylko lekko krzywili się z niesmakiem, o doznaniach szokowych już nie wspominając, ale niektórzy może docenią ich jakość i pomysłowość (największa: ludzkie twarze uwięzione w ogromnych kobiecych piersiach). Jest w tym zaklęty duch body horrorów – niektóre efekty mogą nasunąć na myśl takie obrazy, jak „Coś” Johna Carpentera, czy „Towarzystwo” Briana Yuzny. W wydaniu lajt, rzecz jasna. Gąbczaste, oślizgłe, pulsujące cielska, z Lilith w jej prawdziwej, nieupiększonej formie na czele. I trochę szybkich zbliżeń na broczące posoką (dość udana imitacja krwi) poszarpane rany, z których wyróżnić muszę okaleczoną nogę kolegi Craiga (oderwany kawał skóry) oraz podcięte gardło kobiety, która budzi się po to, by zobaczyć jak jej mąż tuż obok, w tym samym łóżku, zażywa rozkoszy z inną. To dopiero tupet, co? No nie, bo facet akurat ma wyłączone myślenie. Umysł zawłaszczony, omamiony przez dysponującą niezwykłymi mocami, nie tak znowu tajemniczą niewiastę. Bo my od początku wiemy, kto zacz. Nie wiemy tylko, co dokładnie planuje. Coś niecnego, to na pewno, ale po cóż jej praca w magazynie zajmującym się modą? I co się tak uwzięła na Craiga? Może przecież przebierać tak w mężczyznach, jak w kobietach – Lilith jest biseksualna, ale bardziej ceni sobie żeńskie towarzystwo. Klucza do rozwiązania tej zagadki wypatrywałam w warstwie onirycznej. Koszmary senne Craiga to w istocie projekcja autentycznych (w świecie przedstawionym w „Nocnym aniele”) wydarzeń z udziałem Lilith. Więc co? Jakaś biała siła próbuje zwrócić jego uwagę na potężne zagrożenie, jakie pojawiło się w jego otoczeniu? Jeśli tak, to wybrała sobie niezbyt odpowiedniego człowieka. Bo nasz Craig ma naprawdę ogromne trudności z łączeniem kropek. Z drugiej strony możliwe, że w miejscu jego pracy lepszych kandydatów nie było. Abstrahując od Kirstie, ponieważ ona nie potrzebowała wskazówek w postaci wiele mówiących snów, żeby nabrać przekonania, iż Lilith to samo zło. Zabawne, ale to ona musiała przekonywać swojego nowego chłopaka do tej fantastycznie brzmiącej tezy, a nie odwrotnie. Ona i kobieta, która przybywa z odsieczą. Prawdziwa wojowniczka, która jak to nierzadko w horrorach bywa, początkowo jest odbierana przez bohaterów jako nieszkodliwa wariatka. Szalona staruszka, która niczym mitologiczna Kasandra wieszczy nieszczęścia. Nie jest powiedziane, że posiadła ona dar jasnowidzenia – może po prostu wyciąga właściwe wnioski ze swoich własnych doświadczeń. Może miała już do czynienia z tą potworzycą i teraz usilnie próbuje uchronić przed zgubą inne duszyczki, które znalazły się na radarze Lilith. A więc standard. Nic, co osobom choćby tylko średnio zaznajomionym z gatunkiem obiecywałoby jakiś niespodziewany rozwój. W sumie dość naiwna to opowiastka o wielkiej miłości i równie wielkiej determinacji by ja... zniszczyć? To się okaże, ale przedtem czeka nas niezbyt emocjonująca przeprawa przez banalne (z wyjątkiem efektów specjalnych) dzieje demonicznej istoty starszej od biblijnej Ewy. Trochę ciężkawej tandety, odrobinka napięcia i ducha kina grozy z ostatniej dekady XX wieku. Trochę słodkości (miłosnego pitu pitu), trochę groźnego erotyzmu (jedna z broni Lilith), szczypta mocniejszych dodatków, ale tonacja ogólnie rzecz biorąc lżejsza. Grzeczniejsza niż można by się spodziewać po filmie o wampirzycy-sukkubie orędowniczce hedonistycznego stylu życia.

Szwajcarsko-francuski reżyser „Nocnego anioła”, horroru produkcji amerykańskiej, Dominique Othenin-Girard, ponad przeciętność moim zdaniem się tutaj nie wzniósł. Nawet biorąc pod uwagę solidnie prezentujące się praktyczne dodatki gore (niektóre pachnące klasycznymi body horrorami), muszę przyznać, że nie dziwi mnie, że obraz ten przeszedł bez echa. Bo te parę solidnych efektów, acz wbrew zamiarom ich twórców, przynajmniej mnie, niesmakiem, wstrętem, odrazą nienapawających, nie może zrekompensować dość naiwnej i nie tak niegrzecznej fabułki, jak można by oczekiwać od takiego pomysłu wyjściowego. Lekki, dosyć niepozorny horrorek na góra jeden raz, tak pozwolę sobie to podsumować.

niedziela, 16 sierpnia 2020

„W cieniu Bangor. Antologia inspirowana prozą Stephena Kinga”


JULIUSZ WOJCIECHOWICZ, ANNA MUSIAŁOWICZ, MAREK ZYCHLA, SANDRA GATT OSIŃSKA, KRZYSZTOF MACIEJEWSKI, FLORA WOŹNICA, KORNEL MIKOŁAJCZYK, AGNIESZKA OSIKOWICZ-CHWAJA, PRZEMYSŁAW KARBOWSKI, BARBARA MIKULSKA, PIOTR SAWICKI, JOANNA PYPŁACZ, JACEK PIEKIEŁKO, DAGMARA ADWENTOWSKA, GRZEGORZ KOPIEC, AGNIESZKA KWIATKOWSKA, KACPER KOTULAK, AGNIESZKA BISKUP

Osiemnaścioro polskich pisarzy i pisarek. Dwadzieścia pięć opowiadań. I jedna myśl: Stephen King. A przynajmniej taka była koncepcja. Pomysł na antologię „W cieniu Bangor” przyszedł do głowy Juliuszowi Wojciechowiczowi. Nie pierwszy raz zresztą zaprosił on kolegów po piórze do projektu pomyślanego jako hołd dla mistrza współczesnej literatury grozy, Stephena Kinga. Mowa o wydanym w 2015 roku nakładem wydawnictwa Gmork
„Pokłosiu” - skromniejszej objętościowo antologii powstałej z inicjatywy właśnie Wojciechowicza. „W cieniu Bangor” wyszło pod szyldem wydawnictwa Dom Horroru, a przepiękną okładkę, bezsprzecznie utrzymaną w klimacie twórczości Kinga, zaprojektował niedościgniony Maciej Kamuda. Książka liczy sobie trochę ponad sześćset pięćdziesiąt stron, drobnym drukiem. Zawiodą się jednak ci, którzy nastawią się na kopiowanie Króla. Inspiracje i fabularne, i klimatyczne, nawiązania, oczka puszczane do fanów prozy Stephena Kinga – oczywiście odnajdujemy to w niniejszym dość ambitnym przedsięwzięciu, ale w bardzo małych dawkach. Udział w tym wydarzeniu wzięli bowiem na tyle duzi indywidualiści, pisarze i pisarki z już wyrobionym własnym stylem, żeby duch prozy Kinga nie zachował takiej wyrazistości, jakiej z pewnością niejeden jego czytelnik będzie od antologii reklamowanej jego nazwiskiem, oczekiwał. Trochę wbrew tytułowi, moim zdaniem, lepiej będzie więc, jeśli po „W cieniu Bangor” sięgną osoby albo nieobyte z bibliografią Kinga, albo po prostu tacy, dla których zachowanie niełatwego do podrobienia stylu ich mistrza w tej długiej podróży przez obszary leżące w cieniu Bangor, nie będzie warunkiem bezwzględnym. Wartością nadrzędną, konieczną do dobrej, mrocznej zabawy.

Trudno było mi wybrać najlepsze z najlepszych. Jeszcze przed lekturą „W cieniu Bangor. Antologii inspirowanej prozą Stephena Kinga” umyśliłam sobie, że wyróżnię maksymalnie pięć tekstów. Nie pytajcie skąd ta liczba – tak sobie strzeliłam. Oczywiście zakładałam, że moja czołówka opowiadań zamieszczonych w omawianej grubaśnej publikacji nie będzie składała się z akurat tylu tekstów. Tyle że jak na zatwardziałą pesymistkę przystało myślałam, że będzie ich mniej. Stało się inaczej. Zawzięłam się, że ma być pięć (pięć i i już!), ale widać za słabo, bo ostało się pięć plus jeden (taka pisownia, bo taka teraz moda w Polsce). Nie zrozumcie mnie źle, to wcale nie oznacza, że jedynie sześć z aż dwudziestu pięciu opowiadań odebrałam na plus, bo tak naprawdę zdecydowana większość w jakimś zakresie do mnie przemówiła, ale ta szóstka w moich oczach błyszczy najjaśniej. Aż razi... geniuszem? Może to za mocne słowo, ale autorzy tychże niewątpliwie się popisali. O kim mowa? Na początek Kornel Mikołajczyk i jego „Psy Rafała Kuzio”. Dość długie opowiadanie o artyście opiekującym się poważnie chorą żoną w domku pod lasem, coraz śmielej nawiedzanym przez sforę zdziczałych psów. Autor zdradza, że boi się tych stworzeń, a jego strach ma szansę udzielić się czytelnikom. W swoim komentarzu (tylko część autorów/autorek opatrzyło swój tekst komentarzami, co swoją drogą zwykł czynić też sam King w swoich publikacjach) Mikołajczyk zdradził, że inspirację czerpał z „Tajemniczego okna, tajemniczego ogrodu”, „Polaroidowego psa” i oczywiście „Cujo”. Ten ostatni przede wszystkim spoziera z kart jego, co ważne, niepozbawionego indywidualności utworu: bestyjka wielka jak bernardyn, imię żony głównego bohatera i w ogóle najwyraźniej oszalałe psy, tym razem w liczbie mnogiej. I jeszcze jedna rzecz: niektóre nieproszone myśli, konstrukcja tj. przerywniki w nawiasach, ewidentnie w stylu Kinga. Konsekwentnie zagęszczająca się aura nie do końca zdefiniowanego zagrożenia, niejednoznaczne postacie i skoncentrowany na detalach, plastyczny warsztat autora. Następna: Agnieszka Osikowicz-Chwaja i jej pomysłowy, diablo klimatyczny „Cmentarz na wyspie”. Od razu zaznaczam: to nie jest hołd dla „Smętarza dla zwierzaków” aka „Cmętarza zwieżąt” Kinga. Bardziej kojarzyło się z „W wysokiej trawie” napisanym wspólnie z jego synem tworzącym pod pseudonimem Joe Hill. Podobny rodzaj straszenia lub jak kto woli zasiewania niepewności w odbiorcach. Tytułowa wyspa i jej magiczne właściwości. I grupa młodych ludzi rozpaczliwie starająca się wydostać z tej zaskakującej pułapki... bez wyjścia? Karyna. Czego spodziewałam się po Piotrze Sawickim, autorze wspaniałego leksykonu „Odrażające, brudne, złe. 100 filmów gore”? Cóż, właśnie tego! Krwawej jazdy bez trzymanki, w której nie bierze się jeńców. Stephen King nie jest znany z literatury ekstremalnej (choć jedno naprawdę mocne opowiadanko w tym klimacie stworzył), ale paradoksalnie właśnie taki kawałek ze wszystkich zamieszczonych w „W cieniu Bangor” ma najwięcej wspólnego z jego prozą. A konkretniej, z powieścią „Christine”. Tylko tym razem rzeź urządzi sobie Syrenka, duma polskiej motoryzacji w takim kolorze, jak Kingowski Plymouth Fury. Kolorze komunistów, jak zaznacza obdarzony dość ciętym, sarkastycznym poczuciem humoru mistrz Sawicki. Ten styl. Ta kreatywność w odbieraniu życia ludziom - och, to tankowanie! - w tym „dzisiejszym największym wrogom ojczyzny” (powiem tak: polskiemu rządowi taki wózek teraz mógłby się przydać...). Ten wspaniały humor. Idealnie wyważona groteska. Pozostaje tylko dręczące pytanie: czemu o Piotrze Sawickim tak mało się słyszy na polskim rynku literackim? Gdzie żeś się, zdolniacho, schował? Joanna Pypłacz i jej utrzymana w uwielbianym przez tą panią klimacie gotyckim, „Mabel”. Akcja rozgrywa się „w ojczyźnie tego rodzaju literatury”, w Wielkiej Brytanii, a ściślej na jednej z angielskich wsi. Trzyosobowa rodzina i prawdopodobnie nawiedzone wiekowe domostwo. Domniemana klątwa, zagęszczająca się aura nadnaturalnego zagrożenia, szczypta paranoi i zdaje się wybór najlepszego wariantu na koniec. Bardziej czuć tu Shirley Jackson i Daphne du Maurier niż Stephena Kinga, ale chyba żaden fan opowieści z dreszczykiem się za to na Popłycz nie pogniewa. Grzegorz Kopiec i „Jessy”. Mmm, miód dla moim zmysłów. „Witamy w Strefie Mroku!” - niejedną fabułę rozpostartą w „W cieniu Bangor” można podsumować takimi słowami, ale według mnie historia pewnego policjanta przybywającego do Orono w stanie Maine, gdzie jak wiemy studiował Stephen King, małego amerykańskiego miasteczka, w którym najpierw ma się spotkać ze swoim zleceniodawcą, ta historia zdecydowanie najmocniej emanuje... tym czymś dziwnym, niepojętym, odkształconym, co zwykłam nazywać po prostu Strefą Mroku. Trochę „Dzieci kukurydzy”, trochę „Mają tu kapelę jak wszyscy diabli”. W komentarzu autor zaznaczył, że podobieństwo było niezamierzone (inspirację czerpał m.in. z opowiadania „Willa”) – z jego słów wnoszę, że pisząc „Jessy” nawet nie znał tego opowiadania, co jest dość niesamowite, bo ja naprawdę od początku o tym tekście przede wszystkim myślałam. Podobna atmosfera, to charakterystyczne zagubienie w czasie i przestrzeni w wersji mikro. Akcja fenomenalnego opowiadania Kopca została osadzona w latach 60-tych XX wieku. W iście kingowskim małym miasteczku w Stanach Zjednoczonych, gdzie dzieją się rzeczy niepojęte.Ostatnie wakacje w Zawadach” Agnieszki Biskup to opowiadanie, które dopiero po namyśle zdecydowałam się umieścić w mojej osobistej czołówce tekstów widniejących w omawianym tomiszczu. Myślałam, czy by go nie wyrzucić, ale przeważył klimat troszkę w duchu „To” Kinga. I uczucie, z jakim autorka pisze tutaj o legendarnym „Coś” Johna Carpentera. I wspomniana już Strefa Mroku. Wyjaśnienie całej tej wakacyjnej zagadki z lat 80-tych XX wieku z lekka mnie rozczarowało, ale biorąc po uwagę całokształt – tak większość treści, jak solidną atmosferę groźnej nadnaturalności towarzyszącą praktycznie przez cały czas – muszę pochylić czoło.

(źródło, zwiastun książki: https://www.youtube.com/watch?v=1mJyiki7S5g)

Wyśmienite teksty już za nami, teraz więc parę słów o tych tylko (tylko?!) dobrych. Subiektywnie patrząc, rzecz jasna. Pomysłowe, zwariowane „Niedopałki” Juliusza Wojciechowicza, które wielbicielom prozy Stephena Kinga pewnie skojarzą się z jego opowiadaniem „Quitters, Inc.”, ale tylko motywem nałogowego palacza powoli uwalniającego się od nikotynowych kajdan. Bo wszystko, co wokół, a to jest najlepsze (trochę chore, ale lubimy chore klimaty, prawda?), to już zupełnie inna bajka.Jak kamień w wodę” Anny Musiałowicz traktuje o prześladowanym w nowej szkole nastolatku i tajemniczych zniknięciach jego oprawców. Empatyczna, mroczna opowieść o tragicznym żywocie można powiedzieć po części z życia wziętym. W zbliżone nuty Musiałowicz uderza w „Napisz o mnie”. Dramatycznej, poruszającej serce opowieści pewnego małego chłopca, który upatrzył sobie mało znanego i niezbyt płodnego pisarza, który jakoś sobie jego towarzystwa nie ceni. Niepowierzchowny i uczuciowy styl Musiałowicz powinien zrekompensować poszukiwaczom oryginalności niedostatek takich charakterystycznych elementów.Krzyś” Sandry Gatt Osińskiej bazuje na bodaj najbardziej mrożących krew w żyłach wydarzeniach z „Miasteczka Salem” Stephena Kinga. Mały chłopiec nachodzony przez swojego niedawno zmarłego kolegę. Nocą, w swojej własnej sypialni. I jego coraz bardziej przerażona matka i... Potężny ładunek tak zwanej grozy uosabianej przez prawdziwe, nie te świecące w słońcu, wampiry, które bez wątpienia właśnie biorą w posiadanie pewien niewielki zakątek Polski. Duch Kinga jest, ale bez uporczywych, denerwujących prób kalkowania niekoronowanego króla Nowego Horroru. Krzysztof Maciejewski w przedmowie do swojego „Lecząc księżyc” mówi, że to swego rodzaju wariacja stwierdzenia Stephena Kinga, że „potwory istnieją i duchy są prawdziwe. Żyją w naszych wnętrzach i czasami wygrywają”. „Lecząc księżyc” to spowiedź pewnego pedofila, do którego trudno wyrobić sobie jednoznaczny stosunek. Ambiwalencja uczuć. Słuszny gniew zmieszany ze współczuciem. Do pedofila, można więc poczuć lekki wstręt do samego siebie. Ale też, jak oceniam zgodnie z myślą przewodnią Maciejewskiego, zastanowić się, czy szufladkowanie kogokolwiek, nawet tak poważnych przestępców, jak pedofile, w absolutnie każdym przypadku jest uzasadnione. Trudne pytanie i ciężki temat. Dla ludzi lubiących myśleć powiedzmy trochę odważniej, zapuszczać się na te rzadziej odwiedzane przez współczesnych obszary zagadnień natury moralnej i prawnej. Bo sprawiedliwość naprawdę bywa ślepa...Strzępy skóry” Krzysztofa Maciejewskiego wcześniej ukazały się w „Gorefikacjach II”. Potencjalny demon na oddziale dermatologicznym pewnego szpitala. Troszkę gore, mrocznego oniryzmu i nie tak znowu standardowe, przykuwające uwagę podejście do motywu nawiedzenia obiektu. Albo szaleństwa szerzącego się wśród wierzących w zabobony pacjentów. Zbiorowa histeria czy łaknący krwi i/lub świeżego mięsa potwór, który w tym nieszczęsny szpitalu znalazł prawdziwy szwedzki stół? Jacek Piekiełko przedstawia „Chłopca z zapałkami”. Klimat nawet trochę jak u Kinga – wyłapałam jeden wyraźny ukłon w stronę powieści „To” (klaun), ale myślałam głównie o „Policjancie bibliotecznym”. Przez dość ciekawie zachowującą się bibliotekarkę, to fakt, ale było w tym też coś nieuchwytnego, coś, czego nie potrafię sprecyzować, a co kazało mi myśleć o tamtej szalonej minipowieści, do której mam duży sentyment, minipowieści Kinga, i to jeszcze przed „wejściem na scenę” tajemniczej dyrektorki biblioteki. Jeszcze bardziej tajemniczy jest nowy pracodawca głównego bohatera. Majętny ekscentryk, mieszkający w wielkim, oddalonym od innych zabudowań domu z piwnicą, do której jego nowemu pracownikowi nigdy, pod żadnym pozorem nie wolno wchodzić. A jak gdzieś w horrorze wchodzić nie wolno, to wiadomo, że jest tam coś, co trzeba jak najszybciej odkryć. Albo odwrotnie: nie powinno się nawet tego oglądać. Tajemnicza, doprawdy intrygująca fabuła o bogatym domniemanym burzycielu, seryjnym podpalaczu, dziwnej bibliotekarce i, być może na swoje nieszczęście, goniącym za prawdą młodym kucharzu.

Opowiadania średnie i niezłe. Na pierwszy ogień „Wszystkie jego kobiety”, króciutka opowiastka Anny Musiałowicz, która przyjemnie skojarzyła mi się z krótkometrażowym filmem Nacho Cerdy, pt. „Genesis”, jedną z części jego „Trylogii Śmierci”. Też niedługa „Dziewczynka ze szczelin” Krzysztofa Maciejewskiego traktuje o pewnej mrocznej legendzie. A „Widzieć więcej” Flory Woźnicy skupia się na młodym mężczyźnie, który dzięki swojemu niezwykłemu darowi zyskuje pewność, że świat niedługo się skończy. W sumie fabuła trochę nijaka, ale warsztat Woźnica ma porządny. Jest też trochę gore i o niszczeniu Ziemi przez ludzkość, a to chyba ważny temat? Dalej mamy „Dzień z życia rzemieślnika” Przemysła Karbowskiego, czyli rzecz o pewnej niemoralnej, przestępczej wręcz propozycji danej niezbyt ambitnemu literatowi. Wspomnienie nazwiska Stephena Kinga (więcej dopasowań do podtytułu „W cieniu Bangor” tutaj nie wypatrzyłam), przystępny styl, ale nie do końca chwytliwy pomysł. Taki jakiś bezpłciowy. Następnie „Mój, tylko mój” Barbary Mikulskiej. Pisarki z solidnym warsztatem mówiącej o szaleńczej, chorobliwie zachłannej miłości kobiety poruszającej się na wózku inwalidzkim, która czuje, że utraciła miłość swojego męża. I chce ją odzyskać, a pomóc jej w tym może ktoś, kogo mogliśmy już poznać. W zależności od interpretacji. „Rechot” Dagmary Adwentowskiej fanom Kinga musi nasunąć na myśl „Porę deszczową”. Podobieństwa jak najbardziej zamierzone, wiemy to od samej autorki. W każdym razie obyło się bez większych fajerwerków. Taki sobie, niewyróżniający się pomysł, taki sobie klimat i taki sobie styl, ale całkiem lekko się czyta. „Zegarmistrzyni” Agnieszki Kwiatkowskiej zaczyna się jak „Bezsenność” Stephena Kinga. Główna bohaterka ma taką samą przypadłość jak Ralph Roberts, ale bardziej męczy ją jej własna matka. Najpierw telefonami i dowodami na to, że posiadła coś w rodzaju szóstego zmysłu. A że jest to egocentryczna i dość niemiła kobieta, mogą wyniknąć z tego nie lada kłopoty. O ile starsza pani rzeczywiście posiadła taki niezwykły dar. Nie mamy pewności, tak samo zresztą jak jej córka, nieoczekiwanie zmuszona do powrotu w rodzinne okolice, gdzie jak można się tego spodziewać, wydarzy się coś niewiarygodnego. Szczegółowo rozpisane (szczęśliwie dla mnie) dark fantasy oparte na niepospolitym, może nawet innowacyjnym pomyśle, który jednak obszedł mnie mniej niż bardziej typowe, można powiedzieć zrównoważone, wprowadzenie. A teraz ponownie „Witamy w Strefie Mroku!”, czyli na „Przystanku Poprzeczna” wzniesionym przez Kacpra Kotulaka. Coś w rodzaju autobusu widmo i okolica, z której niczym z pętli wydostać się niepodobna. Nie najlepszy wprawdzie rozwój i zarazem wyjaśnienie irracjonalnych zjawisk nagle zachodzących w otoczeniu głównego bohatera (moim zdaniem lepiej Kotulak by uczynił, pozostawiając zakończenie otwarte na interpretacje czytelników), ale aurą nadnaturalności, którą z pieczołowitością buduje zanim nastanie większy dynamizm i niesatysfakcjonujące tłumaczenia, bez wątpienia mnie porwał.

(źródło, zwiastun książki: https://www.youtube.com/watch?v=1mJyiki7S5g)

I na koniec garść opowiadań, w których pomimo najszczerszych chęci i dużych starań, nijak nie potrafiłam się odnaleźć. „Nienawistna spluwa” Juliusza Wojciechowicza, w której przewinie się niejaki Stephen Bachmann (!) to wprawdzie rzecz spisana przez człowieka, który nie operuje niepreferowanym przeze mnie powierzchownym, ani tym bardziej niepotrzebnie wulgarnym stylem, więc przynajmniej z tym nie miałam problemu. Ale poszatkowana forma, skakanie od postaci do postaci, którą gwoli sprawiedliwości narzucał tekst – rzecz o nadzwyczajnej dubeltówce, bo podporządkowującej sobie każdego właściciela – dezorientowało, irytowało. Po prostu nie pozwoliło należycie wejść w tę szaleńczo rozpędzoną opowiastkę o złym, ale to naprawdę złym przedmiocie. W „Jeanie Johnston” Marek Zychla zostawił dość sporo nawiązań do Stephena Kinga. A wspomnienie jego nazwiska to najmniejsze z nich. Język z „Desperacji” (kto czytał, wie o co chodzi), Ka i ka-tet z „Mrocznej wieży” i tak zwane Siostrzyczki z Callan, co ma się kojarzyć z „Siostrzyczkami z Elurii”, opowiadaniem osadzonym w uniwersum „Mrocznej wieży” i może z „Wilkami z Calla” piątą odsłoną tego powieściowego cyklu. Akcja toczy się w Irlandii, w której od lat wraz z rodziną mieszka ten urodzony w Polsce znany autor. W niewielkim miasteczku, w którym zaczyna źle się dziać. Takie pomieszanie z poplątaniem, istny chaos, w którym czułam się kompletnie zagubiona. No prawie, bo co nieco ogarniałam, czasami nawet coś tam mnie zainteresowało (chłopiec, w którym zostają obudzone psychopatyczne skłonności, czy tajemnicze zgony), ale to i jeszcze więcej tak niewygodnie dla mnie porozstawiano i tak nieciekawie poprowadzono, że nie mogłam się już doczekać następnego dania. A trochę to trwało, bo Zychla jak na złość się rozpisał. Osadzona w drugiej dekadzie XX wieku w Polsce i w Rosji opowieść pod tytułem „Śmierć wilkołaka” pióra Przemysława Karbowskiego ma w sobie coś z „Carrie” i już w mniejszym stopniu z „Podpalaczki”. Archaiczna polszczyzna, w takim raczej ciężkawym wydaniu (znam też inną, przepiękną), rozproszona i w ogólnym rozrachunku nijaka fabuła, choć na początku może się wydawać, że to jakiś bardziej wyszukany kawałek opowieści z dreszczykiem. Z jakim dreszczykiem? Horror z tego w sumie żaden. Ciężko się czytało, mocno wiało nudą i banałem. Bo jeśli zabrać całe te historyczne tło, to co pozostaje? Odpowiedzcie sobie sami. I to już naprawdę koniec. „Full Plastic Jacket” Kacpra Kotulaka. Chyba nie muszę mówić, do jakiego tytułu nawiązuje autor w swoim? Co więcej, wiernym fanom prozy Kinga pewnie sama ta nazwa wystarczy, żeby domyślić się do jakiego jego utworu Kotulak się tutaj odnosi. Tak, oczywiście chodzi o „Pole walki”, jedno z najmniej lubianych przeze mnie tekstów Stephena Kinga. Ażeby być precyzyjną: nielubianego. Męczącego, prawie tak samo jak „Full Plastic Jacket”. Czyli humorystyczny obraz wojny plastikowych żołnierzyków z klockami LEGO w domu pewnej nieświadomej tych niezwykłości zwyczajnej rodziny.

W cieniu Bangor. Antologia inspirowana prozą Stephena Kinga” może i nie broni się jako wielki hołd dla twórczości jednego z największych pisarzy kojarzonych z horrorem. Ale według mnie broni się jako po prostu zbiór opowiadań z dreszczykiem od różnych autorów i autorek. Naszych, polskich. Mnóstwo wspaniałych, dobrych i całkiem niezłych opowiadań. Trochę przyjemnych średniawek i naprawdę niewiele nużących przepraw. Przez miejsca leżące w cieniu Bangor, miasta prawie tak Kingowskiego, jak Kingowskie są Castle Rock i Derry. Miejsca, które musicie odwiedzić. Również te, w których ja się nie odnajdywałam, bo ilu czytelników, tyle zapatrywań. Więc wsiądźcie na te wszystkie konie, na te dwadzieścia pięć siodeł i dajcie się poprowadzić w cień. W cień Bangor. Gorąco zachęcam!

piątek, 14 sierpnia 2020

Dwie gorące zapowiedzi książkowe


Dacre Stoker, J.D. Barker „Dracul”

Twórca bestsellerowych thrillerów J.D. Barker oraz Dacre Stoker, potomek autora „Draculi”, wspólnie wskrzeszają historię najsłynniejszego horroru świata. „Dracul” to niezwykle klimatyczna, nieco klaustrofobiczna historia, w której zbrodnia miesza się z opowieścią o mieście nękanym chorobami, głodem i cierpieniem. Niezwykłe połączenie thrillera i horroru w księgarniach już 2 września.

Struktura opowieści utkana z listów, fragmentów gazet, pamiętników i zeznań świadków stapia się z rzeczywistością. Koszmar bohatera bardzo szybko okazuje się snem, z którego nie sposób się obudzić. Jakiś czas temu Dacre Stoker odkrył ponad 100 stron notatek swojego słynnego przodka. Wraz z J.D. Barkerem, autorem znakomicie przyjętego thrillera „Czwarta małpa”, połączył pozostawione przez autora „Draculi” historyczne zapiski z fantastyczną aurą wiktoriańskiego gotyku. Dzięki temu czytelnicy pochłaniający kolejne rozdziały powieści wspólnie z bohaterami odczuwają niemal namacalny, paraliżujący strach. Niczym Bram Stoker zamknięty w mrocznej komnacie, tkwią w przerażającej niepewności, czując na sobie widmo śmierci i żądzy krwi.

Początki historii, które stały się kanwą powieści „Dracul”, autorzy umieścili w dramatycznym okresie w dziejach Irlandii. W kraju, gdzie ogromne spustoszenie sieje zaraza ziemniaka – nastaje wielki głód, choroby zabijają niemal co drugiego mieszkańca Dublina. Mieszkający z rodziną poza miastem kilkuletni Bram Stoker jest bliski śmierci. Uleczyć może go jedynie Ellen Crone, zaprzyjaźniona z rodziną opiekunka, postać mroczna i niepokojąca, która jako jedyna jest w stanie przywrócić chłopakowi energię życiową. Ich relacja oparta na wzajemnym, niemal psychosomatycznym oddziaływaniu buduje aurę niezwykłej tajemnicy. Kobieta zdaje się mieć zagadkowe moce, a to co skrywa pod łóżkiem w brudnej, zakurzonej skrzyni rzuca szczególne światło na najstraszniejsze aspekty mitologii wampirów. Gdy po latach Bram i jego siostra Matylda zechcą odszukać zaginioną w niewyjaśnionych okolicznościach Ellen, wszystkie tropy będą prowadzić do postaci pewnego intrygującego i okrutnego transylwańskiego arystokraty...

Dracul” to oficjalny prequel kultowej powieści o najsłynniejszym wampirze świata. Dacre Stoker oraz J.D. Barker przekuli zapiski Brama Stokera, w pełnokrwistą, przepełnioną grozą powieść, która była nominowana do nagrody Goodreads Choice Award w kategorii horror.

Premiera: 2 września 2020

Opinie o książce i rekomendacje:

Pozycja obowiązkowa dla każdego fana wampirów i powieści gotyckich.
Katarzyna Berenika Miszczuk

Wciąga od pierwszych stron, zaskakuje konstrukcją i czaruje klimatem.
Stefan Darda

Nowoczesna, energetyczna i przyjemna w lekturze proza. Dracul ujawnia nie tylko „prawdziwe” pochodzenie Draculi, ale także samego Brama Stokera. To zdecydowanie więcej niż powieść o Draculi, to świetny wkład w cały wampiryczny gatunek.
SF Reader

Fani i badacze Brama Stokera odnajdą tu satysfakcjonujące rozwinięcie jego spuścizny.
Publishers Weekly

Piekielnie przerażająca (...) Dracul sprawia, że oglądasz się przez ramię, sprawdzasz, co jest pod łóżkiem i na suficie. Cały czas zastanawiasz się co kryje się w środku skrzyni i podłużnego pudła, które widzisz przed sobą.
Josh Malerman, autor bestsellera „Nie otwieraj oczu”

J.D. Barker – amerykański pisarz, autor bestsellerowych thrillerów, finalista prestiżowych nagród literackich, takich Bram Stoker Award. W Polsce znany ze świetnie odebranych przez czytelników „Czwartej małpy” i „Piątej ofiary”.

Dacre Stoker – amerykańsko-kanadyjski pisarz i filmowiec, potomek słynnego Brama Stokera. W młodości zawodowo trenował pięciobój lekkoatletyczny i wystąpił na olimpiadzie. Przyczynił się do upowszechnienia „Draculi” w filmie, telewizji czy komiksie.

Źródło: wszystkie materiały od Business and Culture i wydawnictwa Czarna Owca

 

Joe Hill „Gaz do dechy”

Książka, która znalazła się w ścisłej czołówce Goodreads Choice Awards 2019

Trzynaście historii mistrza grozy młodego pokolenia, który przesuwa granice gatunku na nowe terytoria

Dwa opowiadania napisane wspólnie ze Stephenem Kingiem m.in. W wysokiej trawie", sfilmowane przez Netflix

Wyjęci spod prawa motocykliści uciekający przez pustynię przed upiorną cysterną… Wizyta młodych ludzi w wesołym miasteczku, która wcale nie kończy się wesoło… Uchylone drzwi do świata cudów, które okazują się furtką dla namacalnego zła… Podróż pociągiem w niecodziennym towarzystwie… Media społecznościowe, które nikogo nie uratują przed zombie… Bibliotekarz dostarczający najświeższe lektury umarłym… I wreszcie lot, podczas którego ludzie nieakceptujący się nawzajem zaczynają ze sobą rozmawiać – nieco za późno.

Od klasycznych horrorów, przez fantasy, S-F, thriller psychologiczny, po prozę obyczajową z silnym akcentem politycznym – różnorodność opowiadań w tym zbiorze jest niezwykła. Ale wszystkie dotykają najgłębszych ludzkich sekretów i wydobywają na światło dzienne nasze mroczne słabości i lęki.

Premiera: 16 września 2020

Joe Hill - (ur. 1972 r.) amerykański powieściopisarz i autor opowiadań. Debiutował w 1997 roku opowiadaniem „The Lady Rests”. Jego pierwsza książka, zbiór opowiadań „Upiory XX wieku”, która ukazała się w 2006 roku, została entuzjastycznie przyjęta zarówno przez czytelników, jak i krytykę i zdobyła prestiżowe Bram Stoker Award oraz British Fantasy Award. Bram Stoker Award przyznano również Hillowi za jego pierwszą powieść, „Pudełko w kształcie serca”. Prawa do jej ekranizacji zakupił Warner Bros, jeszcze zanim została wydana w roku 2007. Kolejna powieść Hilla, „Rogi” (2008 rok), liczne opowiadania oraz wydana w USA w 2013 roku powieść „NOS4A2” ugruntowały jego niekwestionowany status mistrza horroru i mrocznego fantasy nowego pokolenia.

Źródło: https://www.wydawnictwoalbatros.com/

czwartek, 13 sierpnia 2020

„Dziecko krwi” (2017)

 

Ashley ma za sobą poronienie, które najpierw pogrążyło ją w depresji, a potem popchnęło do drastycznego kroku. Dzięki znajomościom nowo poznanej Azjatki, Siti, kobieta odzyskała swoją córkę. A właściwie jej ducha i w tajemnicy przed mężem Billem, roztoczyła nad nim opiekę. Z pomocą Siti, którą ona i Bill zatrudnili w charakterze służącej w swoim podmiejskim domu w Stanach Zjednoczonych. Ashley długo udawało się ukrywać przed bliskimi swój czyn i jego uciążliwe konsekwencje, ale duch jej zmarłego dziecka ciągle rośnie w siłę i staje się coraz bardziej niesforny. Stanowiąc tym samym zagrożenie dla ludzi z otoczenia Ashley, czego ta zdaje się nie przyjmować do wiadomości. Zamiast szukać sposobu na pozbycie się agresywnego ducha, kobieta skupia się na ukrywaniu prawdy przed swoimi bliskimi.

Amerykańsko-kanadyjski niskobudżetowy debiut reżyserski Jennifer Phillips, horror nastrojowy „Dziecko krwi” (oryg. „Blood Child”), powstał w oparciu o jej własny scenariusz, zainspirowany historiami znanymi jej od dziecka. Jej rodzina ze strony matki pochodzi z Malezji i Indonezji, a niektórzy jej przodkowie praktykowali tak zwaną czarną magię. Phillips wzrastała wśród azjatyckich legend, w tym mitów o ludziach wychowujących dzieci-duchy. Właśnie tę legendę postanowiła wykorzystać w swoim pierwszym filmie. Historię rodziny, która rzekomo przeżyła takie bliskie spotkania ze zmarłym dzieckiem. Phillips starała się wiernie odwzorować tę fantastycznie brzmiącą, ponoć powszechnie znaną we wschodniej Azji, opowieść niby z życia wziętą. Zmieniła jednak nazwiska jej uczestników i uczestniczek – jak twierdzi, aby uszanować ich prywatność. Phillips wyjawiła też, że zmieniła miejsce akcji. W wersji, którą znała małżeństwo mieszkające z duchem swojego zmarłego dziecka pochodziło z Wielkiej Brytanii, bohaterowie jej filmu natomiast są Amerykanami. Aczkolwiek twórczyni „Dziecka krwi” zwraca uwagę na to, że po premierze filmu spotkała człowieka, który utrzymywał, że w wersji, którą on już wcześniej poznał, główni uczestnicy tej tragicznej historii pochodzili właśnie ze Stanów Zjednoczonych... Jennifer Phillips sfinansowała „Dziecko krwi” ze swoich własnych oszczędności, a większość zdjęć powstała w Toronto (reszta w Singapurze). Pierwszy pokaz też odbył się w Kanadzie w roku 2017, na Blood in the Snow Canadian Film Festival. Szerszą dystrybucję (w Internecie), w Stanach Zjednoczonych, rozpoczęto blisko rok później.

Jennifer Phillips chciała, by jej debiutancki film narracją odwoływał się do tradycji – do czasów, w których skupiano się na opowiadaniu ciekawej, klimatycznej opowieści, a nie gromadzeniu jump scenek. One w „Dziecku krwi” też się przewijają, ale jak na dzisiejsze standardy nie ma ich wiele. Jako filmowe źródła inspiracji, w sferze technicznej, Phillips podaje „Dziecko Rosemary” Romana Polańskiego i „Omen” Richarda Donnera, zaznaczając jednak że daleko temu przedsięwzięciu do jakości tamtych przełomowych dzieł. Artystka nie ukrywa, że nie wszystko się w „Dziecku krwi” udało, że są rzeczy, które według niej wymagały poprawy. Ale budżet, którym dysponowała nie pozwalał na robienie wszystkiego tak, jak tak chciała. Musiała iść na liczne ustępstwa. A bodaj najbardziej bolesne było dla niej wycięcie jednej z jej ulubionych scen – utonięcie jednej z postaci. Montażysta uważał, że tak będzie lepiej, ponieważ jakość tego materiału nie pasowała do reszty, z czym Phillips musiała się zgodzić. Jak na niskobudżetowy horror z ostatnich lat, „Dziecko krwi” od strony technicznej prezentuje się całkiem nieźle. Oczywiście, trochę niedociągnięć się znalazło, także na gruncie tekstowym, ale obraz nie okazał się tak tandetny, jak szczerze mówiąc się spodziewałam. Ponure zdjęcia, dużo szarości i nastawiona na powolne budowanie emocji praca kamer, nieprzesadnie często przetykana dość minimalistycznymi, wiarygodnie się prezentującymi ożywieniami w formie czy to koszmarnych snów, czy objawień upiorzycy w rzeczywistości Ashley i jej bliskich. Główna rola przypadła w udziale Alyx Melone, która w mojej ocenie jest najsłabszym ogniwem omawianej produkcji. Beznamiętna, bezbarwna kreacja tej pani rozczarowywała tym bardziej, że Phillips, uważam, postarała się przy jej rozpisywaniu. Prawdopodobnie za podszeptem azjatyckiej legendy, wzniosła na kartach swojego pierwszego scenariusza postać niepodlegającą jednoznacznej ocenie. Dobrą kobietę, która dokonuje złych wyborów. Kobietę przygniecioną potężnym smutkiem na skutek utraty nienarodzonego dziecka. Depresją popychającą ją do drastycznego kroku, który z kolei prowadzi do większego pogorszenia jej kondycji psychicznej. Ashley dostaje czegoś w rodzaju obsesji na punkcie ducha swojej nigdy nie narodzonej córki. W tajemnicy przed bliskimi, w porozumieniu ze swoją służącą, Siti (średnio udana kreacja Cynthii Lee MacQuarrie), opiekuje się bezcielesną dziewczynką w krwistoczerwonej sukience, która staje się coraz bardziej agresywna. Ashley bezskutecznie stara się wymusić na niej posłuszeństwo, głównie z obawy przed odkryciem jej obecność przez osoby niewtajemniczone. A zwłaszcza jej męża Billa (taki sobie występ Bidena Halla), który pewnie nie zrozumiałby tego bądź co bądź strasznego czynu. Posunięcia podyktowanego w pełni zrozumiałą niemożnością pogodzenia się ze śmiercią własnego dziecka. Potrzebą zatrzymania go przy sobie, choćby nawet w upiornej, diabolicznej postaci. „Dziecko krwi” mówi więc o matczynej miłości, która nie zna granic. Miłości zdolnej do wszelkich poświęceń. I stracie doprowadzającej do szaleństwa. Stracie, którą jak się okazuje można odwrócić. Wiedział o tym na przykład Louis Creed ze „Smętarza dla zwierzaków” aka „Cmętarza zwieżąt” Stephena Kinga, i wiedziała o tym Ashley. Tyle że ona miała inny sposób na połowiczne przezwyciężenie śmierci. Sposób, który miał przywołać i już na zawsze zatrzymać przy niej duszę jej córki. Pytanie tylko, czy to naprawdę duch jej ukochanej córeczki, czy jakaś inna, mroczna energia?

Akcja posuwa się dość wolno. Twórcy bazują głównie na konsekwentnie zagęszczającym się klimacie i nadnaturalnego, i bardziej przyziemnego zagrożenia. To pierwsze uosabia widmowa postać małej dziewczynki w czerwonej sukience mieszkająca z Ashley i Billem na przedmieściach, w Stanach Zjednoczonych. Zjawa mająca dwa oblicza: niewinne i demoniczne. Objawia się raz w takiej, raz w takiej postaci, ale nawet jako dziewczynka z „anielską twarzyczką” potrafi wprawić w lekki dyskomfort. Bo wiemy, że to tylko maska, pod którą skrywa tę drugą, może niezbyt przerażającą, ale na pewno agresywniejszą w wymowie, formę. Powiedzmy z lekka upiorną, nie tylko z wyglądu, ale także przez to, że twórcy niejako każą nam wypatrywać jej dosłownie wszędzie. W każdej chwili może się pojawić i „zacząć psocić”. Albo po postu stać w bezruchu i przyglądać się nerwowym ruchom śmiertelników. Zjawa nie pokazuje się jedynie Ashley i Siti – od czasu do czasu ujawnia się też tym, którzy nie zostali wtajemniczeni w mroczny sekret tamtych kobiet. Kobiet dbających o potrzeby istoty z zaświatów, z których jednakże tylko jedna zdaje sobie sprawę z zagrożeń wynikających z tej nadzwyczajnej sytuacji. W ten sposób przechodzimy do drugiego niebezpieczeństwa wypływającego ze scenariusza „Dziecka krwi” Jennifer Phillips. Niebezpieczeństwa stwarzanego przez niestabilną psychicznie Ashley. A więc mamy standardowe zestawienie ghost story z obłędem. Trzeba jednak zaznaczyć, że Phillips nie idzie tą bardziej wydeptaną ścieżką, gdzie przynajmniej do finału możemy tylko zgadywać, czy zagrożenie pochodzi z zaświatów, czy z chorego umysłu oddychającej jednostki. Twórcy nie zasiewają w nas takich wątpliwości. Właściwie od początku wiadomo, że dom Ashley i Billa jest nawiedzony przez ducha, że Ashley bynajmniej nie uroiła sobie tego towarzystwa z innego świata, o które sama zabiegała. Faktycznie opiekuje się duchem, jak jest przekonana, swojej córki, ale już sama ta działalność świadczy o poważnych problemach psychicznych. Tym bardziej, że główna bohaterka „Dziecka krwi” w swoim oddaniu tytułowej istocie zapomina o bezpieczeństwie innych. A właściwie to w ogóle nie bierze tego pod uwagę. Zupełnie jakby miała klapki na oczach. Jakby jej umysł, który nadal nie uporał się z traumą poronienia, odrzucał wszystkie wyraźne przecież sugestie śmiertelnego niebezpieczeństwa ze strony mieszkającego z nią ducha. Scenariusz „Dziecka krwi, obok zgłębiania traumy, jaką dla wielu kobiet jest poronienie (w bardziej ekstremalnym wydaniu niż normalnie), porusza inną bolączkę także współczesnego świata. Kwestię niewolników na miarę XXI-wieku. Ubogich obcokrajowców, służących ludziom z (w tym przypadku) klasy średniej przy akompaniamencie zjadliwych słów pod ich adresem. Ciągłych utyskiwań, wyrazów nienawiści, nieudolnie skrywanej ksenofobii. Bill i siostra Ashley, Naomi (w tej roli Charlotte Cattell, która w moim odczuciu, obok Lisy Kovack wcielającej się w postać Renee, matki naszych skrajnie różnych sióstr, w całej obsadzie „Dziecka krwi” najlepiej się spisywała) bez wątpienia traktują Siti, jak człowieka z gorszej kategorii. Jakby wychodzili z założenia, że mają pełne prawo patrzeć na nią z góry, wręcz pomiatać nią, bo to biedna Azjatka i w dodatku służąca, a oni to przecież państwo o szacownym amerykańskim rodowodzie. Muszę Jennifer Phillips oddać, że potrafi opowiadać, aczkolwiek musi jeszcze trochę nad tym popracować. Ażeby w przyszłości nie zdarzały się już takie potknięcia, jak niezrozumiałe zignorowanie przez rodzinę zaginięcia jednej z osób - raptowne przejście z paniki w rutynę. Albo irytująco częste gadanie o „nieobyczajnym” podkradaniu się, mimowolnym przecież straszeniu ludzi. Z drugiej strony postaciom zaludniającym „Dziecko krwi” zaskakująco często się to zdarza... Najbardziej wadliwa jest jednak ścieżka dźwiękowa. A konkretniej błędnie obliczone efekty dźwiękowe. To rzecz jasna najmocniej szkodzi nie tak znowu licznym jump scenkom (muzyka zwykle jest pogłaśniania za wcześnie), ale i w spokojniejszych fragmentach zdarzają się podobne wpadki dźwiękowców i przypuszczam, także montażystów. Bo da się zauważyć (najbardziej w scenach onirycznych), że takie niedogodności po części wynikają z nieprecyzyjnego sklejania niektórych już kompletnie udźwiękowionych, okraszonych dość złowieszczą muzyką, kadrów. Najbardziej żałuję jump scenki trochę podobnej do mojej ulubionej z „Nieproszonych gości” Charlesa i Thomasa Guarda. Gdyby tylko dźwięk nie wyszedł przed szereg to pewnie bym podskoczyła. Cóż za strata... Ale poza tym oglądało się nawet znośnie. Tę niezbyt wyszukaną i nie najmocniej trzymającą w napięciu opowieść o duchu w charakterystycznej sukience. I stracie, i bólu, i traumie, i problemach małżeńskich, i nowej nadziei, która równie dobrze może się okazać biletem do najgorszego koszmaru. Jeszcze gorszego od życia w oparach szaleństwa, u boku upiornego dziecka i z mrokiem szerzącym się w sercu.

Pierwsze filmowe przedsięwzięcie Jennifer Phillips na pewno nie podbije wielu serc, ale mniej wymagający fani kina grozy, zwłaszcza entuzjaści ghost stories i, już w mniejszym stopniu, horrorów psychologicznych, z braku lepiej zapowiadających się pozycji, mogą zaryzykować spotkanie z „Dzieckiem krwi”. Zachwyceni prawdopodobnie nawet oni nie będą, ale myślę, że historia Ashley i jej „demonicznej córki” jest na tyle klimatyczna i uniwersalna, żeby w umiarkowanym stopniu przyciągnąć ich uwagę (choćby tylko w kategoriach niemęczącego przeciętniaka). Widzów ceniących sobie dość oszczędne formy i niezbyt dynamicznie rozgrywające się, niewyszukane historie z dreszczykiem. Historie zrealizowane przy niskim budżecie, który akurat w „Dziecku krwi”, horrorze reklamowanym etykietką „oparty na faktach”, jakoś szczególnie mocno w oczy się nie rzuca (w uszy już bardziej). A przynajmniej nie powinien tym, którzy mają jakieś doświadczenie z tańszymi horrorami.