sobota, 8 czerwca 2013

John Everson „Igły i grzechy”

Zbiór dwudziestu opowiadań Johna Eversona, który przede wszystkim zasłynął, jako autor literatury ekstremalnej – pełnej krwawej przemocy i perwersyjnego seksu. Istotnie, te elementy niezmiennie przewijają się przez wszystkie historie zamieszczone w niniejszym zbiorze, ale nie w takim stopniu, jaki obiecywali inni czytelnicy w swoich recenzjach. Być może Clive Barker i Edward Lee uodpornili mnie na literacką makabrę na tyle, abym bez jakiegokolwiek uczucia zniesmaczenia śledziła makabryczne pomysły Eversona, co nie znaczy, że zdecydowana większość jego opowiadań nie prezentowała sobą, aż nazbyt przyzwoitego poziomu warsztatowego i fabularnego.
„Pokój wypełnił się gęstą, organiczną wonią krwi i smrodem gówna. I kwaśnym, jak w podłym barze, zapachem wymiocin. Jej wnętrzności otwierały się pod moim nożem miękko jak bibułka.”
Tematem przewodnim „Igieł i grzechów” jest wizja Piekła, ukazana w kilku opowiadaniach na różne sposoby. „Początek był końcem” to historia perwersyjnego związku Anielicy i demona. „Uwolnienie” i „Równowaga” to praktycznie jedna opowieść w dwóch aktach, jedna z najkrwawszych w zbiorku, ukazująca życie po śmierci w miejscu pełnym obdzierania ze skóry i cudacznych kopulacji, świat naznaczony zwyrodniałymi instynktami ludzkimi, które wychodzą z ukrycia w miejscu, w którym nie ma absolutnie żadnych norm prawnych i moralnych. Tytułowe „Igły i grzechy” to chyba najlepsze opowiadanie w tym zbiorze, obrazujące człowieka odkupującego swoje grzechy nakładem nieludzkiego cierpienia. Podobny zamysł charakteryzuje „Zielone szkło”, opowiadające o mężczyźnie, który niczym mitologiczny Syzyf został skazany na nieustanne powtarzanie swojej pośmiertnej kary: bosej wędrówki przez rozległe pole szkła. Choć historie, traktujące o Piekle czytało się całkiem znośnie to pomijając „Igły i grzechy” nie zachwyciły mnie jakąś większą głębią w przeciwieństwie do kilku tekstów, niezwiązanych z ową tematyką, które pokazują przede wszystkim niezmierzone pokłady odwagi Eversona, dla którego tematy tabu zwyczajnie nie istnieją, który szokuje samym tłem fabularnym, a nie rozlewem krwi, której owszem jest sporo, ale wątpię, żeby aspekty gore zapadły w pamięci wyjadaczom prozy ekstremalnej. Weźmy dla przykładu „Maryję” – maksymalnie bluźnierczą opowieść (przynajmniej w tak uczulonym na punkcie chrześcijaństwa państwie, jak Polska), z powodzeniem mogącą być fragmentem wyciętym z Pisma Świętego:) W końcu Maryja jakoś musiała zajść w ciążę, więc czemu nie z opętanym seksualnymi żądzami Bogiem, który nie cofnie się ani przed gwałtem, ani przed zrobieniem z Maryi prostytutki? Szokujące? Cóż, to jest właśnie Everson, nieprzeznaczony dla ortodoksyjnych katolików. Bardzo przypadły mi do gustu również „Krwawe róże” – na pozór miłosna historyjka, która tak dalece zaskakuje zakończeniem, iż ciężko jest to później wyrzucić z głowy. Pomysł wręcz nierealnie zjawiskowy. „Coś we wnętrzu” poraża rozlewem krwi, a „Stworzeni dla siebie” to idealny przykład na to, do czego może doprowadzić nieustanna pogoń człowieka za modą, dodam, że dosyć cudaczną. W „Plutonie diabła” Everson dotyka delikatnej dla Polaków tematyki II wojny światowej, z niemieckimi żołnierzami, gotowymi na odrażający pakt z Szatanem, aby wygrać wojnę. Ofiara, którą muszą dla niego poświęcić niemalże wycisnęła mi łzy z oczu. Groteskowo-makabryczna „Ulica Oprawców” to kawał naprawdę zabawnej historyjki, obfitującej w przemyślane, zgrabnie napisane gagi, jak na przykład: „Wówczas on wbił jej w oko krucyfiks, a potem wsadził kielich mszalny w… - sam pan może odgadnąć. Można by rzec, że zamienił jej naczynie miłosne w świętą czarę.” Mówiłam już, że nie jest to lektura dla ortodoksyjnych chrześcijan?
Z całego zbioru najmniej podobały mi się teksty zatytułowane „Char-Lee” (zbyt mało makabry, a za dużo opisów dłużącej się wędrówki), „Przeżyją najsilniejsi” (ok, aspekty kazirodcze wypadły całkiem smacznie, ale mało interesująca forma mocno mnie znużyła), „Duchy, które odleciały” (być może komuś spodoba się pomysł wyłapywania koszmarów sennych, ale dla mnie ta historia nie miała w sobie żadnego potencjału) oraz „Rozgrzewanie kobiet” (jakkolwiek podniecająco to brzmi „w praniu” okazuje się, że niczego takowego w tej opowieści nie znajdziemy). Za to końcowa historia w pięciu aktach zatytułowana „Miłość, lina, seks i krzyki”, traktująca o życiu w cyrku, swego rodzaju minipowieść mocno dała mi do myślenia i pomimo prawie całkowitego braku dwóch ostatnich członów tytułu skutecznie rozbudziła moje zainteresowanie – w końcu Everson nie musi ciągle serwować swoim czytelnikom krwi i seksu, może również pokusić się o bardziej melancholijną, ale pełną głębi historię.
Ogólnie zbiorek Johna Eversona prezentuje się ponadprzeciętnie. Jak w każdej tego rodzaju książce znalazło się kilka słabszych tekstów (a przynajmniej takich, w których ja nie odnalazłam niczego dla siebie), ale zdecydowana większość to kawał dobrze napisanej prozy, która z pewnością wielu czytelników mocno zniesmaczy i zbulwersuje. Dla mnie poziom makabry był troszkę za niski, żebym czuła się zaszokowana, ale na szczęście znalazłam tutaj zupełnie inny poziom rozrywki na nudny wieczór.

2 komentarze:

  1. Bardzo dobry zbiór. Mam jakąś dziwną słabość do stylu Eversona, strasznie mi się podobają jego historie. I te krótsze i te dłuższe. Niby makabra, epatowanie przemocą i brudem, ale wszystko w dobrym stylu, na pewno nie jest to groza najniższej kategorii :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Everson przypodobał mi się w "Dyniogłowym" w "11 cięciach", więc ten jego zbiorek oczywiście zapisany na późniejsze czasy... tudzież późniejsze nudne wieczory :D.

    Spokojnej nocy!
    Melon

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...