niedziela, 21 lutego 2016

Graham Masterton „Drapieżcy”


Po rozstaniu z żoną David Williams znajduje pracę na malowniczej brytyjskiej wyspie Wight, gdzie ma wyremontować duży wiktoriański budynek, zwany Fortyfoot House, w którym w XIX wieku mieścił się prywatny sierociniec. Mężczyzna zabiera ze sobą swojego syna, Danny’ego, ale na początku pobytu w przestronnym domostwie brakuje mu towarzystwa dorosłych. Dlatego bez dłuższego wahania oferuje lokum nowo poznanej młodej kobiecie, Liz, która niedawno przybyła na wyspę w poszukiwaniu nowych doświadczeń. Również z powodu niepokojących zjawisk, jakie zdążył zaobserwować w tym miejscu – dziwnych hałasów na strychu, manifestacji tajemniczych postaci i sporadycznych przeświadczeń o cofaniu się w czasie do 1886 roku. Niedługo po zadomowieniu się Liz w Fortyfoot House zagadkowe właściwości tego miejsca nasilają się. Tymczasowi lokatorzy dawnego sierocińca widują w nocy rażące światła, których źródła nie sposób zidentyfikować, a kilku mieszkańców okolicznej wioski Bonchurch, którzy wyłuszczali Williamsowi historię Fortyfoot House ginie w okrutny sposób. Wszystkie dowody wskazują na działalność legendarnego Brązowego Jenkina, pół człowieka, pół szczura, o którym wiedzą wszyscy miejscowi, ale nie każdy daje wiarę jego istnieniu. Zjawiska, jakim świadkuje David wymuszają na nim wiarę w bytowanie tego osobnika w jego tymczasowym lokum.

Chociaż literackie horrory autorstwa brytyjskiego pisarza, Grahama Mastertona, cieszą się dużą poczytnością, dotychczas nie natrafiłam na przynależącą do tego gatunku powieść spisaną przez niniejszego artystę, która w pełni by mnie zachwyciła. Pomysły na fabuły zazwyczaj były całkiem zacne, ale prosty styl Mastertona na ogół sprawiał, że nie potrafiłam bez reszty zaangażować się w lekturę. Jednak znając jego literackie thrillery wiedziałam, że potrafi operować złożonymi zdaniami i odmalowywać na kartach swoich książek szczegółowe, plastyczne obrazy miejsc i sytuacji oraz drobiazgowo portretować swoich bohaterów, dlatego też nie ustawałam w poszukiwaniach horroru jego autorstwa spisanego właśnie w taki sposób. Nie poświęcałam się zanadto, bo horrory Mastertona często i tak dostarczały mi trochę rozrywki, jednak od zachwytów zawsze byłam daleka. Aż do teraz, bo wygląda na to, że moja determinacja wreszcie została nagrodzona, że wreszcie natrafiłam na horror Mastertona, który zelektryzował mnie równie mocno (albo jeszcze bardziej), co większość dotychczas przeczytanych przeze mnie thrillerów jego autorstwa.

Pisarska kariera Grahama Mastertona rozpoczęła się w latach 70-tych XX wieku, więc pierwotnie wydane w 1992 roku „Drapieżcy” powstały, gdy miał już spore doświadczenie w tej branży. Jednak znając kilka późniejszych horrorów Mastertona nie powiedziałabym, że dojrzały styl jest efektem długoletniego obycia z pisarstwem. Wydaje mi się, że historia, którą Masterton zdecydował się wyłuszczyć na kartach tej książki zwyczajnie wymagała szczegółowych opisów i dłuższego pochylenia się nad postaciami. W przeciwnym razie multum wszelkiego rodzaju motywów często eksploatowanych w tym gatunku rozmyłoby się i zamiast, jak ma to miejsce obecnie, udowadniać, że różne konwencje mogą ze sobą koegzystować, fabuła zdezorientowałaby czytelnika. Operując złożonymi zdaniami i często przystając nawet w samym sercu akcji, żeby z poszanowaniem wszelkich detali oddać zarówno naturę zagrożenia, jak i trywialność dnia codziennego z równoczesnym skupieniem na emocjach bohaterów, szczególnie narratora pierwszoosobowego, Davida Williamsa. Czołową postać „Drapieżców” Masterton bez jakichkolwiek udziwnień sportretował tak, że właściwie z miejsca obdarzyłam go wielką sympatią. Od czasu rozstania z żoną samotnie wychowujący siedmioletniego Danny’ego i chwytający się każdej okazji, żeby podreperować swój budżet, głównie z troski o dobro tęskniącego za matką syna, którego ta właściwie porzuciła. Dlatego właśnie, gdy trafia się okazja dobrego zarobku David bez zastanowienia przyjmuje zlecenie. Znaczące oddalenie od miasta, konieczność spędzenia lata na małej brytyjskiej wyspie również ma swoje plusy, bo Williams ufa, że zmiana otoczenia pomoże Danny’emu uporać się ze świadomością rozpadu ich rodziny. Skupiające małe, przesądne społeczności malownicze, spokojne wyspy, na których życie toczy się spokojnym torem, pozbawionym większych ekscesów i dynamiki egzystowania w miastach moim skromnym zdaniem to jedna z najlepszych możliwych scenerii dla horroru. Zarówno powieściopisarze, jak i scenarzyści straszaków doskonale zdają sobie sprawę z potencjału tkwiącego w takich odizolowanych, pozornie idyllicznych miejscach, ale nie zawsze potrafią należycie oddać małomiasteczkową aurę. Masterton dokonał tego praktycznie bezbłędnie i to z wykorzystaniem zaledwie paru ogólnych opisów okolicznej wioski i kilku jej mieszkańców. W dodatku osobliwą atmosferę małego skupiska ludzkiego zasiedlającego piękną wyspę wzbogacił gotyckim sznytem, uosabianym przez wiktoriańską posiadłość, zbudowaną z pogwałceniem wszelkich reguł architektonicznych, która w XIX roku pełniła rolę prywatnego sierocińca. Czyli znowu nic odkrywczego w horrorze, ale chyba każdy wielbiciel nastrojówek przyzna, że angielskie domostwa, skrywające mroczne tajemnice stanowią jeden z ciekawszych elementów ghost stories. Bo i w ramach konwencji opowieści o duchach początkowo porusza się fabuła „Drapieżców”, wykorzystując zarówno tak typowe zjawiska, jak nocne hałasy na strychu, zagadkowe staroświecko odziane postaci przemykające w okolicach posiadłości oraz tajemnicze światła, jak i nieco bardziej pomysłowe rozwiązania. Dla przykładu pierwsza manifestacja nieznanego skupia się na widoku dawnego Fortyfoot House z okna kaplicy oraz mężczyzny w czarnym fraku i cylindrze stojącego przed domem, co wskazuje na egzystowanie tego domu w kilku różnych czasach, swobodnym przenikaniu się przeszłości, teraźniejszości oraz przyszłości. A wszystkie te zagadkowe wydarzenia, w centrum których tkwi David Williams oddano z poszanowaniem wszelkich reguł gatunku, z nieustannym wręcz akcentowaniem klimatu nadnaturalnego zagrożenia, wyalienowania i zaszczucia przez byty, które przecież nie mają prawa istnieć w rzeczywistości głównego bohatera.

Tak więc ghost story w pewnym momencie stapia się z motywem podróżowania w czasie, ale na tym nie kończy się udowadnianie Grahama Mastertona, że z pozoru różne konwencje literatury grozy mogą ze sobą idealnie koegzystować, dopełniać się nawzajem i finalnie stworzyć nietuzinkową historię notabene zrodzoną z wyeksploatowanych w tym gatunku wątków. Z czasem więc nastrojowa opowiastka o zjawiskach nadprzyrodzonych zaczyna skłaniać się w stronę krwawej rąbanki, z mnogością długich opisów odstręczających mordów, z których najciekawszy wydaje się moment zrywania skóry z twarzy mężczyzny. Aspekty gore nie będą jednak uwidaczniać się jedynie w sferze eliminacji poszczególnych drugoplanowych bohaterów – Masterton wykorzysta również wątki antropofagiczne, o tyle bardziej szokujące, że wtłaczające dzieci w rolę pokarmu. Pomieszanie z poplątaniem? To jeszcze nic, bo na dokładkę „Drapieżcy” serwują nam wiedźmy, potencjalne popadanie w szaleństwo przez głównego bohatera, pozaziemskie istoty i opętanie, a to wszystko na kartach doprawdy niedługiej powieści! W dodatku z takim rozmachem i z taką znajomością różnych narracji typowych dla wszystkich niniejszych motywów, że aż nie mogłam wyjść z zachwytu. A kiedy już myślałam, że nie mogę już być bardziej oczarowana Masterton zaczął zapożyczać wątki ze „Snów w Domu Wiedźmy” H.P. Lovecrafta – czynił to już na początku powieści, ale pod koniec czerpał już pełnymi garściami od Samotnika z Providence i to z naprawdę rozczulającą czcią dla jego twórczości, przy okazji oczywiście po raz kolejny udowadniając, że jego mitologia we wprawnych pisarskich rękach może idealnie się odnaleźć w powieściach bazujących na znanych, często poruszanych w horrorach motywach, wzbogacając je tak nieszablonowo, że automatycznie jawiąc się niczym wyznacznik nowej jakości w literaturze grozy.

„Drapieżcy” to jak na razie najlepszy horror autorstwa Grahama Mastertona, jaki wpadł mi w ręce. Lektura, która na długie godziny wręcz wyłączyła mnie z życia, sprawiając, że nie miałam najmniejszej ochoty odrywać się od wypełnionych wszelkimi koszmarkami kart tej powieści i wracać do rzeczywistości. Ta książka to jedno z moich największych odkryć ostatnich miesięcy, do którego z pewnością często będę powracać, bo z takim kunsztem doprawdy nieczęsto mam okazję obcować.

Baza recenzji Syndykatu ZwB  

8 komentarzy:

  1. Ach jakie Jenkin miał szpony... :) To rzeczywiście świetny horror. Jeszcze bardzo lubię "Czarnego Anioła" od Grahama.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hehehe, serio Ci się spodobała, bo taka krótka książeczka, a recenzja wylewna jak cholera. :) Ja osobiście lubię bardzo tego autora, chociaż wiem, że to horrorki klasy B, jak nie niższej. Bardzo podobał mi się Wyklęty, Czarny anioł, Wizerunek zła, Kostnica. Czyli te wszystkie Ambery, i wydania,i książki klimatyczne. "Drapieżców" jeszcze nie czytałem, ale leżą na półce i czekają." W sumie to już długo nic od Mastiego nie czytałem i w tym roku na pewno coś będę chciał przeczytać.

    Ile horrorów od Mastiego czytałaś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli dobrze liczę to 17 - wliczają "Głód" i "Zarazę", które wbrew obiegowym opiniom bardziej za horrory uważam, aniżeli thrillery. Czyli mało, jak na tak "płodnego" pisarza:/

      Usuń
    2. Głód to takie postapo chyba bardziej. Horror raczej nie. Ale mi się podobała ta książka. Cholernie dobrze czułem ten wiejski klimat, te pola, te wielkie obszary. Niby nic, ale bardzo dobrze mi się to czytało. :) A łącznie przeczytanych też będę miał jakoś jak Ty. Ja mam mega sentyment do tych amberowskich wydań, bo wypożyczałem je z biblioteki początkowo i czułem się (podejrzewam) jak dzieciaciak, który chce poczytać jakiś horror, nie ma za bardzo pieniędzy, rodzice mu nie chcą kupić, to bierze takie z biblio albo kupuje za 5-10 zł na jakimś targu czy antykwariacie. :) Phanhom Press też ok. Te najnowsze wydania Albatrosa beznadziejne, nie uważasz?

      Usuń
    3. Hehe, znam to - mnie też w dzieciństwie wspierała biblioteka;)
      Co do wydań to mnie tam nie robi różnicy czy Amber, czy Albatros, nawet Replika może być.

      Usuń
    4. Ja niestety nie z autopsji, bo nie czytałem w dzieciństwie nic poza lekturami. Ale nie przeszkadzało mi to czuć się tak w wieku 20+ lat. :)
      A Ty czytasz papier czy e-booki? Mnie wydanie nie powstrzymuje przed kupnem, wiadomo, ale mimo wszystko Albatrosy mi się nie podobają za nic, bo paskudne te okładki robią.

      Usuń
    5. Papier oczywiście. Tak nie lubię e-booków, że jak coś, co chcę przeczytać wychodzi tylko w formie elektronicznej to drukuję;)

      Usuń
    6. Ja kupiłem czytnik w grudniu i powiem Ci, że się bardzo przekonałem. Pisałem o tym niedawno nieco szerzej. Ale to oczywiście kwestia gustu. :) Ja przy papierze komentuje głośno okładki i wydania, bo nie jest to dla mnie obojętne.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...