sobota, 12 stycznia 2019

„Park grozy” (2018)

Natalie przyjeżdża do swojej najlepszej przyjaciółki Brooke, z którą jakiś czas temu dzieliła mieszkanie. Teraz współlokatorką Brooke jest Taylor, dziewczyna, którą Natalie zna ze szkoły i za którą nigdy nie przepadała, dlatego nie jest zadowolona z tego, że musi znosić jej towarzystwo. Zaraz po przyjeździe Natalie dowiaduje się od Brooke, że ich kolega, Gavin, zdobył dla całej ich paczki bilety do objazdowego parku rozrywki. Parku grozy funkcjonującego pod nazwą Hell Fest i podróżującego po Stanach Zjednoczonych w sezonie halloweenowym. Gavinowi zależy przede wszystkim na obecności Natalie, w której się podkochuje. Dziewczyna nie jest entuzjastycznie nastawiona do tego pomysłu, ale ostatecznie daje się namówić Brooke na ten wieczorny wypad. Niedługo potem Natalie, Gavin, Brooke i jej chłopak Quinn oraz Taylor i jej chłopak Asher wchodzą do popularnego parku rozrywki, obiecującego potężną dawkę strachu. Mniej więcej w tym samym czasie w Hell Fest pojawia się zamaskowany morderca. Wkrótce zwraca on uwagę na Natalie. Młoda kobieta zauważa, że jakiś tajemniczy mężczyzna za nią chodzi i trochę ją to niepokoi, ale uznaje, że to jeden z pracowników Hell Fest, który zbyt mocno angażuje się w zadanie straszenia klientów.

Gregory Plotkin jako reżyser debiutował w 2015 roku, horrorem „Paranormal Activity: Inny wymiar”. Slasher „Park grozy” jest jego drugim pełnometrażowym filmem, ale to wcale nie oznacza, że nie ma on dużego doświadczenia w branży filmowej. Bo od lat zajmuje się montażem – pracował między innymi nad takimi produkcjami, jak „Nieuchwytny” Gregory'ego Hoblita, kilka części „Paranormal Activity”, „Uciekaj!” Jordana Peele'a i „Śmierć nadejdzie dziś” Christophera Landona. Za montaż swojego „Parku grozy” też odpowiada, wespół z Davidem Eganem. Scenariusz natomiast opracowali Seth M. Sherwood i Blair Butler. Budżet filmu opiewał na mniej więcej pięć i pół miliona dolarów, dotychczas dając trochę ponad siedemnaście i pół miliona dolarów przychodu.

Przynajmniej jeden ze zwiastunów „Parku grozy” obiecuje stylizację na kino z lat 70-tych/80-tych XX wieku, rąbankę utrzymaną w klimacie retro, przywołującą ducha niskobudżetowych slasherów z dawnych lat, z okresu ekspansji tego podgatunku. I faktycznie, scenariusz uparcie podąża ścieżką wytyczoną wiele lat wcześniej, twórcy ściśle (z jednym wyjątkiem, ale o tym później) trzymają się konwencji filmów slash z młodymi ludźmi w rolach głównych. I oczywiście z zamaskowanymi mordercami na nich polującymi. Ale zdjęcia nie zostały obrobione w taki sposób, żeby tworzyć w widzach (złudne) wrażenie obcowania z filmem nakręconym w ubiegłym wieku. Dosadnej stylizacji obrazu na rąbankę z dawnych lat tutaj nie ma, wbrew temu, co można odnaleźć w materiałach promocyjnych (dotyczy to także plakatów). Część z nich wskazywała na coś realizacją zbliżonego do „Grindhouse: Death Proof” Quentina Tarantino i „Grindhouse: Planet Terror” Roberta Rodrigueza, czyli bardzo mocną imitację obrazu na XX-wieczną niskobudżetówkę, przez co niektórzy odbiorcy „Parku grozy” mogą poczuć się rozczarowani. Mają prawo uznać, że wprowadzono ich w błąd, ale dotyczyć to może tylko (i aż) warstwy technicznej, bo już płaszczyzna fabularna nikomu nie powinna pozostawiać wątpliwości, że twórcy omawianej produkcji inspirowali się klasycznymi opowieściami z nurtu slash. Na pewno nie kręcili tego filmu z myślą o miłośnikach nowoczesnych horrorów o mordercach polujących na ludzi, filmów uporczywie starających się wyjść poza ramy ciasnej konwencji, zreinterpretować schemat w taki sposób, żeby dobrze zaznajomiony z nim widz dostał coś więcej niźli tylko kolejną powtórkę z rozrywki. Mnie takie kombinowanie rzadko przynosi satysfakcję – nie znam wielu XXI-wiecznych slasherów, którym wyszłoby to na dobre (w mojej ocenie), które dostarczałyby mi tyle samo przyjemności (jakkolwiek nieodpowiednio to brzmi w kontekście umiarkowanie krwawego horroru), co stara, dobra prostota. Wydaje mi się, że Gregory Plotkin ma świadomość istnienia takich osób, jak ja – ludzi ceniących sobie konwencjonalne slashery, kręcących nosem na usilne próby wprowadzenia do tego nurtu czegoś nowego, czynione przez niemałą część współczesnych twórców kina grozy. „Park grozy” wydaje się być filmem stworzonym z myślą o właśnie takich osobach, o tej niezbyt dużej grupie ludzi stęsknionych za prościutkimi opowieściami o zamaskowanych/okaleczonych/zdeformowanych mordercach polujących na ludzi. Z tym jednak też trzeba uważać – nadmierne uproszczenia, zbytnia powierzchowność może nie być mile widziana nawet przez wieloletnich fanów slasherów. Wierzcie lub nie, ale w takich filmach też zwracam uwagę na przedstawienie pozytywnych postaci. Nie przeszkadza mi bazowanie na stereotypach, wykorzystywanie wielokrotnie wałkowanych przez kino modeli osobowości, ale oczekuję, że jakieś rysy psychologiczne zostaną w zadowalający mnie sposób wykreślone. A do zadowolenia w tego typu filmach wystarczy mi ogólny zarys, nie wymagam wyczerpujących analiz psychologicznych, ale dobrze jest wiedzieć o protagonistach trochę więcej niż raczyli mi przekazać twórcy „Parku grozy”. O domniemanej final girl, Natalie (w tej roli dysponująca niezłym warsztatem Amy Forsyth), wiemy tyle, że jakiś czas temu wyprowadziła się z mieszkania, które dzieliła ze swoją przyjaciółką Brooke, wyjechała z miasta ku niezadowoleniu swojej koleżanki, a teraz wróciła i dowiedziała się, że Brooke dzieli mieszkanie z dziewczyną, której Natalie nigdy nie lubiła. Nie mam pojęcia, czy główna bohaterka „Parku grozy” przyjechała tylko w odwiedziny, czy zamierza zostać w swoim rodzinnym mieście na stałe (być może ta informacja mi umknęła albo jak wiele innych pożądanych faktów z życia protagonistów scenarzyści to przemilczeli), ale jeśli musiałabym obstawiać to skłaniałabym się ku krótkim odwiedzinom, bo wskazuje na to niewielki bagaż Natalie. Poza tym dowiedziałam się, że ta młoda kobieta nie przepada za horrorami, za halloweenowymi rozrywkami takimi jak tytułowy park grozy, że nie jest zachwycona perspektywą spędzania wieczoru w tym miejscu, ale zgadza się (niezbyt chętnie) odwiedzić je wraz ze znajomymi. Wśród nich jest Gavin, młody mężczyzna, który od jakieś czasu podkochuje się w Natalie, który marzy o związaniu się z nią, co zresztą cieszy obiekt jego westchnień, bo dziewczyna także jest nim zainteresowana. O Gavinie wiemy praktycznie tylko tyle, że kocha Natalie i jest gotowy wiele dla niej zrobić. Pozostali członkowie tej paczki zostali przedstawieni równie enigmatycznie: Brooke jest najlepszą przyjaciółką Natalie i z jakiegoś powodu ciągle się o nią martwi, przyjaźni się też jednak z przebojową Taylor (wcielająca się w tę postać Bex Taylor-Klaus moim zdaniem radziła sobie najlepiej z całej obsady, za wyjątkiem Tony'ego 'Candymana' Todda, który niestety musiał zadowolić się epizodyczną rólką), za którą z kolei Natalie nie przepada, a Quinn i Asher to „drugie połówki” Brooke i Taylor. Ten pierwszy jest bardziej poważny od drugiego (dowcipnisia) i... właściwie nic więcej o tych postaciach napisać nie umiem. Mało informacji, nawet jak na slasher.

Miejsce akcji to według mnie jeden z największych walorów „Parku grozy”. Wcześniej wspomniałam, że film zrealizowano na współczesną modłę i rzeczywiście technika filmowania nie przypomina tej z dawnych lat, ale już sceneria może nasuwać skojarzenia z niektórymi horrorami zwłaszcza z lat 80-tych. Ja na przykład miałam przed oczami „Lunapark” Tobe'a Hoopera z 1981 roku, horror, za którym nie przepadam (wolę adaptację powieściową Deana Koontza – książka pojawiła się przed filmem tylko dlatego, że produkcja trwała dłużej niż oczekiwano, została jednak napisana w oparciu o scenariusz autorstwa Lawrence'a J. Blocka), ale ten jego jarmarczny klimat ma coś w sobie. Krzykliwe kolory (aczkolwiek kiedy trzeba jest mrocznie), kiczowate, ale też całkiem realistycznie się prezentujące rekwizyty (dostajemy i to i to), wymyślne stroje – to wszystko ma w sobie niezaprzeczalny urok, tego rodzaju tandeta może się podobać, szczególnie fanom kina klasy B z przedostatniej dekady XX wieku, ale i może wywołać duży niesmak u osób nieprzyzwyczajonych do takich wrzaskliwych form albo po prostu optujących za bardziej stonowanymi klimatami. To już zależy od indywidualnych preferencji widzów – mnie ta krzykliwa sceneria ujęła, ponieważ wprost przepadam za tańszymi horrorami z lat 80-tych poprzedniego wieku, horrorami, w których aż roi się od kiczowatych efektów specjalnych, bo miejsce, w którym Natalie i jej znajomym przyjdzie walczyć o życie przypomina właśnie tego rodzaju dziełka. Pomimo tego, że część wykorzystanych przez Gregory'ego Plotkina efektów specjalnych prezentuje się nader profesjonalnie, nie trąci tą, dla mnie magiczną, tandetą, którą z kolei tchnie wiele innych, na szczęście praktycznych, dodatków mających budzić w odwiedzających Hell Fest przerażanie, niesmak, chwilowy szok, etc. Jak to zwykle w takich miejscach bywa, w tytułowym parku grozy, aż roi się od wyskakujących zewsząd manekinów (jump scenki). Nie brakuje też przebierańców, pracowników w różnych, w zamyśle strasznych, strojach, którzy robią wszystko co w ich mocy, by napędzić stracha złaknionym mocnych wrażeń klientom. Pomysłów im nie brakuje, a i ich kreacje są tak zróżnicowane, że przyznaję, iż nie narzekałam na nudę, chociaż najwięcej miejsca poświęcono właśnie tym wygłupom personelu Hell Fest i oczywiście reakcjom młodych protagonistów na te próby straszenia odwiedzających popularny park rozrywki organizowany w sezonie halloweenowym. Mordów jest niewiele i nie są zbyt pomysłowe, ale też nie można powiedzieć, że twórcy poprzestają na, jakże częstym, tchórzliwym pokazywaniu niewielkiej ilości krwi wypływającej z niewidocznych dla nas ran. Miażdżenie głowy chłopaka, czy przekuwanie oka innego nieszczęśnika przedstawiono dosyć szczegółowo – jak na slasher, bo już osoby nastawiające się na coś na kształt torture porn mogą poczuć się zawiedzione. Według mnie najmocniejszy jest jednak drugi (pamiętając o tym pokazanym w prologu) mord dokonany przez tajemniczego mężczyznę w całkiem upiornej masce (stworzonej przez Alterian, Inc.). Rzecz nie w tym, że zbrodnia ta jawi się jakoś szczególnie brutalnie (dźgnięcie nożem, jakich wiele w różnej maści filmowych rąbankach), tylko w postawie Natalie. Z czymś podobnym spotkamy się choćby w „Talon Falls” Joshuy Shreve'a. Charakter miejsca, w którym przebywają protagoniści omawianego horroru Gregory'ego Plotkina zmusza ich do założenia, że wszystkie okropieństwa rozgrywające się na ich oczach są wyreżyserowane, że wszystko to jest inscenizacją... nawet morderstwo skrajnie przerażonej dziewczyny, które z kolei przez nas, odbiorców „Parku grozy”, jest odbierane tak jak trzeba: jak prawdziwe zabójstwo dokonywane przez psychopatę, którego tożsamości nie znamy. Natalie myśli, że to kolejne przedstawienie, przez co niejako przyczynia się do śmierci innej młodej kobiety odwiedzającej tego feralnego wieczora park Hell Fest. Wskazuje mordercy jej kryjówkę, a gdy ten pochyla się nad swoją ofiarą z ostrym narzędziem w ręku mówi mu, by to zrobił, by zanurzył je w ciele spanikowanej dziewczyny. Natalie jest przekonana, że to jedynie gra, że ma do czynienia z aktorami wykonującymi swoją pracę, ale mimo to jej zachowanie sprawia, że można poczuć się nieswojo. Można wręcz zapałać antypatią do tej postaci, nawet mając pełną świadomość tego, że nie wie z czym tak naprawdę ma do czynienia. Jakkolwiek byśmy na to nie zareagowali jedno jest pewne: nie jest to coś, co wpisywałoby się w tradycyjny model final girl, to znaczy nie jest to zachowanie typowe dla kogoś, kto jak wszystko na to wskazuje ma być tą, która albo przeżyje prezentowaną rzeź, albo zginie jako ostatnia. Po final girl spodziewałabym się większej domyślności lub po prostu niemożności patrzenia na tego typu spektakle. Jej koleżanki uciekły, ona została, by obejrzeć to do końca, chociaż według mnie konwencja dyktuje sytuację odwrotną (to ona powinna czym prędzej opuścić to pomieszczenie, a jej znajome winny zostać do końca rzekomo udawanego morderstwa). Gregory Plotkin nie trzyma się więc tak ściśle konwencji nurtu slash, jak się wydaje – znalazłam tylko jedno odstępstwo od reguły, ten jeden element, który wychodził poza znajome ramy fabularne. Przy całym swoim uwielbieniu tradycji tego podgatunku nie miałam jednak twórcom za złe tego drobnego odejścia od konwencji, tego jednego eksperymentu na postaci potencjalnej final girl. Nie przekombinowali, nie wypaczyli tej sylwetki, nie zdemonizowali jej doszczętnie, a i tym posunięciem zasiali we mnie ziarno wątpliwości. Od tego momentu zaczęłam brać pod uwagę możliwość niemałego przewrotu polegającego na uczynieniu final girl (bądź final boy) kogoś innego. Końcowy pojedynek natomiast bardzo mnie rozczarował. Epilog nie jest zły, ale to, czemu świadkowałam trochę wcześniej nie miało w sobie takiej mocy, do jakiej przyzwyczaiły mnie slashery. Dużo bieganiny i ukrywania się przed mordercą, a sama finalna walka zdecydowania za krótka i praktycznie nierzucająca się w oczy.

Niezły slasher. Niestety, tylko niezły, a naprawdę niezbyt dużo brakowało mi do pełnej satysfakcji. Najbardziej raziła mnie nazbyt szczątkowa prezentacja pozytywnych postaci, nawet jak na slasher bardzo niechlujne przedstawienie szóstki młodych ludzi, którzy na swoje nieszczęście odwiedzają objazdowy park grozy funkcjonujący pod nazwą Hell Fest. Przydałoby się też trochę więcej scen mordów, ale z małą liczbą tychże jeszcze jestem w stanie się pogodzić. Czego nie mogę powiedzieć o finalnej konfrontacji i rzecz jasna tak skrajnie ogólnikowym przedstawieniu protagonistów. Ale miejsce akcji, klimat, efekty specjalne, prostota fabularna, jakże przeze mnie pożądana zwłaszcza jeśli chodzi o slashery, czyli podgatunek horroru do którego i „Park grozy” przynależy oraz oczywiście postać mordercy (tajemniczy i na dodatek noszący dosyć upiorną maskę) – wszystko to sprawiło, że nawet przez chwilę nie żałowałam wyboru tej pozycji. Mimo tych paru elementów, które przynajmniej w mojej ocenie aż prosiły się o dopracowanie. Mimo to polecam „Park grozy” Gregory'ego Plotkina miłośnikom umiarkowanie krwawych horrorów, ze szczególnym wskazaniem na sympatyków slasherów. Tych bardziej konwencjonalnych, bazujących na prostocie i pod pewnymi względami mogącymi być rozpatrywane jako swoisty hołd dla XX-wiecznych slasherów, zwłaszcza tych powstałych w przedostatniej dekadzie tamtego stulecia. Tak, myślę, że przede wszystkim ta grupa osób powinna być przynajmniej umiarkowanie usatysfakcjonowana „Parkiem grozy” - przynajmniej, bo istnieje niemałe prawdopodobieństwo, że w przeciwieństwie do mnie odbiorą oni tę produkcję w samych superlatywach, że ich zadowolenie będzie o wiele większe od mojego. Chociaż i ja nie mam jakichś ogromnych powodów do narzekań.

Za seans bardzo dziękuję

Na Cineman VOD film będzie dostępny od 25 stycznia 2019 roku

7 komentarzy:

  1. "Wierzcie lub nie, ale w takich filmach też zwracam uwagę na przedstawienie pozytywnych postaci. Nie przeszkadza mi bazowanie na stereotypach, wykorzystywanie wielokrotnie wałkowanych przez kino modeli osobowości, ale oczekuję, że jakieś rysy psychologiczne zostaną w zadowalający mnie sposób wykreślone."

    Wg mnie to jak to zrobili w tym filmie jest jego zaletą, a nie wadą. Z jednej strony to bardzo klasyczne.

    W THE TEXAS CHAIN SAW MASSACRE nie ma jakichś bardzo intymnych szczegółów z życia bohaterów - to grupa przyjaciół i członków rodziny, która jedzie odwiedzić stary dom dziadków i to w sumie tyle. W pierwszym HALLOWEENIE Laurie nie ma jakiejś bogatej historii i osobowości - to zwykła uczennica z koleżankami, które mają swoich chłopaków (bardzo podobnie jak w HELL FEŚCIE).

    A z drugiej strony, oszczędzają sporo czasu i mogą praktycznie od razu przejść do sedna, czyli stalkowania i slashowania na terenie wesołego miasteczka - dzięki temu cały film się zamyka nie przekraczając 90 minut.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W TCM może nie (z tego filmu pamiętam, że tylko klimat mi się podobał, ale wypadałoby to wreszcie odświeżyć, bo po latach może inaczej będę się na ten film zapatrywać...), ale w "Halloween" miałam wrażenie, że lepiej znam bohaterów, a zwłaszcza relacje pomiędzy nimi. W "Parku grozy" ciężko było mi się nawet zorientować jakie uczucia żywią względem siebie niektórzy członkowie tej paczki znajomych. Weźmy nawet relację na linii Natalie-Taylor. Najpierw twórcy jasno dają do zrozumienia, że się nie lubią, a w parku grozy idą ze sobą pod rękę i widać, że dobrze się razem bawią, a jeszcze potem Taylor podkreśla, że Natalie to przyjaciółka jej przyjaciółki. Nie mówi, że to jej przyjaciółka, chociaż wcześniej wydawało się, że się zaprzyjaźniły... Jeśli chodzi o Laurie Strode to wiedziałam, czego się po niej spodziewać, a Natalie była dla mnie taką nieodkrytą kartą. Z jednej strony mnie to cieszyło, bo wiadomo element tajemniczości, SPOILER ale z drugiej dobrze jest móc wczuwać się w tego typu postać(final girl), w pełni ją rozumieć KONIEC SPOILERA. Ale i tak najgorzej jest z chłopakami Brooke i Taylor, no ale w wielu slasherach są takie postacie "robiące tło", że tak to brzydko ujmę zwykłe mięso armatnie. Chociaż na ogół i tak jakoś robiące na mnie bardziej sympatyczne wrażenie.

      Usuń
    2. "W "Parku grozy" ciężko było mi się nawet zorientować jakie uczucia żywią względem siebie niektórzy członkowie tej paczki znajomych. Weźmy nawet relację na linii Natalie-Taylor."

      Nie wydaja mi się, żeby tam trzeba było się jakoś specjalnie orientować. Taylor myśli, że Natalie jest sztywniarą i jej z tego powodu dogryza, a Natalie nie lubi Taylor, bo ta jej ciągle dogryza. Kiedy trochę ze sobą pobyły i okazało się, że Natalie nie jest aż taką sztywniarą, to zaczęły się lepiej dogadywać, ale nie są też od razu najlepszymi przyjaciółkami, jak Natalie i Brooke.

      "Ale i tak najgorzej jest z chłopakami Brooke i Taylor."

      No dla mnie to też nie ma się względem nich nad czym zastanawiać. Dwóch facetów, którzy lubią się wygłupiać i świntuszyć ze swoimi dziewczynami. Chodzi ci o to, że chciałabyś żeby mieli jakieś swoje wątki, czy coś takiego?

      Usuń
    3. Niekoniecznie jakieś wątki, ale mogliby bardziej rzucać się w oczy, bo często zapominałam, że oni tam są (a jak wreszcie przyciągnęli na chwile mòj wzrok, to nie mogę powiedzieć, że dawali sie lubić). Byli w tle, a ja przez większość czasu tego nawet nie odnotowywałam. A co do Natalie i Taylor to pewnie było tak jak piszesz, ale tak mętnie to przedstawili, że wcale mnie ta relacja nie obeszła, poza tym, że wprowadziła u mnie wrażenie niekonsekwencji, swego rodzaju rozproszenia. Według mnie można było przedstawić to bardziej płynnie. Nie że zaraz głęboko, tego zwłaszcza od slasheròw, nie oczekuję, ale nadać tym relacjom większej płynności.

      Usuń
    4. Ok, chyba po prostu musimy się zgodzić, że się tutaj nie zgadzamy :)

      Ja polubiłem całą obsadę i twierdziłbym, że przedstawili ich sprawniej i sympatyczniej niż w większości takich filmów. Niektóre rzeczy, jak np. przyjaźń między Natalie i Brooke czy flirtowanie między Natalie i Gavinem, to dla mnie jedne z lepszych tego typu relacji w slasherach. Przyjaźń między Laurie i Annie w oryginalnym HALLOWEENIE jest dla mnie numerem jeden relacji między protagonistami w slasherach, ale nie wydaje mi się, żeby HELL FEST aż tak odstawał.

      Za to chyba miałem takie odczucia jak ty względem jednego z twoich tegorocznych ulubieńców. Kompletnie nie obchodziły mnie postacie z THE STRANGERS PREY AT NIGHT i uważałem, że w pierwszej połowie marnują mnóstwo czasu na przedstawianie nieciekawych i niesympatycznych postaci. Ale przy powtórnym seansie już nie miałem aż takich problemów.

      Usuń
    5. I być może u mnie w przypadku "Parku grozy" też tak będzie - przy drugim seansie lepiej odbiorę bohaterów.

      A co do mojego slasherowego ulubieńca z 2018 roku, to teraz jest nim "You Might Be the Killer" - jak nie widziałeś to szczerze polecam. Tam też większość bohaterów potraktowano, delikatnie mówiąc, po macoszemu , ale dostałam aż cztery postacie, które bardzo dobrze mi się oglądało, mimo że przynajmniej dwie z nich zbudowano na ogólnikach.

      A i zgadzam się z Tobą co do obsady (aktorów) w "Parku grozy" - aktorstwo przyzwoite, a w przypadku Bex Taylor-Klaus nawet bardzo dobre. Tony'ego Todda pomijam, bo małą rólkę miał, ale i tak ucieszyła mnie jego obecność.

      Usuń
    6. "A co do mojego slasherowego ulubieńca z 2018 roku, to teraz jest nim "You Might Be the Killer" - jak nie widziałeś to szczerze polecam."

      Słyszałem o nim w jednej z audycji Blumhouse'owego podcastu, chyba tej o najlepszych horrorach 2018:

      http://www.the13thfloor.tv/podcast/

      I przeczytałam ostatni akapit twojej recenzji, wiec będę go miał na oku.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...