Stronki na blogu

wtorek, 14 sierpnia 2012

„Zniknięcie na 7. ulicy” (2010)

Po przebudzeniu Luke odkrywa, że wszyscy w jego najbliższym otoczeniu po prostu zniknęli, pozostawiając po sobie jedynie ubrania. Spanikowany mężczyzna dociera do pewnego baru, w którym odkrywa, że nie pozostał sam na Ziemi, że są inni, którzy podobnie jak on nie mają pojęcia, co przytrafiło się pozostałym ludziom. Wkrótce dochodzą do wniosku, że prawdziwym zagrożeniem dla ich życia jest gęsta Ciemność, a jedynym ratunkiem sztuczne oświetlanie, którego powoli zaczyna brakować.
Apokaliptyczna wizja Brada Andersona. Początek, choć ewidentnie przypomina „Jestem legendą” (2007) jest na tyle intrygujący, aby wzbudzić w wymagającym widzu nadzieję na pełen napięcia i apokaliptycznego klimatu horror. Moment, kiedy Luke opuszcza swój apartamentowiec i wychodzi na wyludnioną ulicę w Detroit, gdzie odkrywa, że w całym gwarnym mieście, oprócz niego, nie ma ani jednej żywej istoty, że po ludziach pozostały tylko ich ubrania, tak wysoko podnosi poprzeczkę pod kątem napięcia i mrocznej atmosfery wszechobecnej tajemnicy, że widz szybko zda sobie sprawę, iż dalej będzie obserwował jedynie tendencję spadkową. I nie pomyli się. Po intrygującym początku odbiorca zostanie zmuszony do obserwowania, z góry skazanych na niepowodzenie, ucieczek protagonistów przed opanowującą miasto Ciemnością – motyw stary, jak świat; wystarczy choćby przypomnieć książkę Jamesa Herberta pt. „Ciemność”, albo „Dom na przeklętym wzgórzu” (1999). Z każdą kolejną minutą seansu napięcie i mroczny, apokaliptyczny klimat, gdzieś wyparowują, a ich miejsce zajmuje zwyczajna monotonia – w dodatku tak daleko posunięta, że nawet najmniej wymagający widz nie ma żadnych szans na uniknięcie znudzenia. Oczywiście, twórcy zdają się dostrzegać swój ewidentny brak pomysłu na poprowadzenie osi fabularnej, więc w usta jednego z bohaterów filmu wkładają opowieść o kolonii Roanoke, która przed laty po prostu zniknęła z powierzchni Ziemi i do dziś nie wiadomo, co tak naprawdę się z nimi stało. No i mamy jakieś wyjaśnienie obecności Ciemności w Detroit – może i jest nieco mgliste, ale jak na film bez jakiegokolwiek sensowniejszego pomysłu, dobre i takie.
W roli głównej zobaczymy Haydena Christensena, aktora mającego spore trudności z mimiką, aczkolwiek żeńska część widowni powinna być zadowolona przynajmniej z jego aspektów wizualnych.
Nie będę polecać tego obrazu nikomu, ponieważ dosłownie „go przecierpiałam”. Takiej nudy nie odczuwałam już dawno, podczas obcowania z filmem grozy. Oprócz intrygującego początku nie jestem w stanie doszukać się w tej produkcji jakichkolwiek pozytywów. Oklepana, nużąca fabuła ze znaną gwiazdą Hollywoodu w roli głównej – tyle na temat tego, nazwijmy go, horroru.

sobota, 11 sierpnia 2012

„Pułapka” (2005)

Recenzja na życzenie
Czternastoletnia Hayley poznaje na czacie dużo starszego od siebie fotografa, Jeffa Kohlvera. Po dłuższej internetowej znajomości postanawiają się spotkać. Niczego nieświadomy mężczyzna zaprasza dziewczynę do swojego mieszkania. Wkrótce odkryje, że Hayley nie jest kolejną łatwą zdobyczą, która mogłaby zaspokoić jego perwersyjne pragnienia.
Thriller psychologiczny Davida Slade’a. Filmów o zagrożeniu, jakie stwarza młodym ludziom dostęp do Internetu było już całkiem sporo. To samo można by powiedzieć o pladze pedofili, których zdaje się na wszelkiego rodzaju czatach przesiaduje całkiem sporo, przynajmniej według tego rodzaju produkcji. W naszym społeczeństwie mężczyźni, odczuwający niezdrowy pociąg seksualny do nieletnich uważani są za ludzi chorych, którym należy współczuć i poddawać odpowiedniej terapii. Jednak wbrew temu poglądowi, wielu ludzi klasyfikuje pedofili, jako zwykłych zboczeńców, których odrażające czyny na niewinnych dzieciach zwyczajnie zasługują na karę śmierci lub przynajmniej natychmiastową kastrację. A co, jeśli osoba prawnie nieletnia, powszechnie traktowana w kategoriach niewinnego dziecka, nastolatka, której brakuje rok do prawnego osiągnięcia dojrzałości seksualnej okazuje się bardziej przebiegła i zdemoralizowana od takiego pedofila? Co jeśli to ona nim manipuluje, na rzecz brutalnej vendetty? Co się wydarzy, kiedy to ofiara stanie się oprawcą i kogo tak naprawdę należy w takim przypadku osądzić? Właśnie taką problematykę poruszają twórcy niezależnego filmu „Pułapka”, inspirowanego zachowaniem niektórych japońskich nastolatek.
„- Twoja mama wie, że obcinasz facetom jaja?
- To mój pierwszy raz.”
W trakcie całego seansu widz praktycznie będzie świadkiem interakcji pomiędzy dwiema osobami – czternastoletnią mścicielką i budzącego litość pedofila. Tortury fizyczne, którym Hayley poddaje swoją ofiarę są niczym w porównaniu z gierkami słownymi, znęcaniem się nad i tak już zwichrowaną psychiką Jeffa. Najbardziej zachwyca złożoność bohaterów, niemożność zaszufladkowania ich w kategorie „protagonisty” i „antagonisty” – nic tutaj nie jest czarno-białe, psychologia postaci calowo dezorientuje widza, praktycznie uniemożliwiając mu całkowite utożsamienie się z którymś z dwóch głównych bohaterów. W końcu obserwujemy zdemoralizowaną nastolatkę, która bez cienia skruchy poddaje mężczyznę niewyobrażalnym torturom, ale równocześnie zdaje się robić dokładnie to, o czym zapewne marzą rodzice wykorzystanych pociech. Partneruje jej przystojny pedofil, zaspokajający swoje perwersyjne żądze z nastolatkami, które „wyłapuje” na czatach internetowych, ale równocześnie zdaje się do niczego ich nie przymuszać, nie gwałci ich w dosłownym rozumieniu tego słowa, spełnia tylko i wyłącznie ich własne pragnienia. Widz szybko zorientuje się, że problematyka filmu zdecydowanie skłania się ku koncepcji pedofilii, jako choroby. Twórcy zwracają uwagę na kontrowersyjny problem zagrożenia płynącego z dostępu do Internetu z troszkę innej strony, niż mieliśmy okazję obserwować w innych tego typu obrazach – pokazują, że nie tylko nieletni narażeni są na manipulację ze strony dorosłych osób, ale również osoby, które w zamyśle miały być oprawcami. W czasach, kiedy niektóre nastolatki zachowują się, jak przysłowiowe „stare maleńkie” raczej nikogo nie powinna zdziwić nad wiek dojrzała postawa Hayley.
W roli głównej zobaczymy Ellen Page, która zdaje lubić role w kontrowersyjnych produkcjach („Amerykańska zbrodnia”), która podobnie, jak Patrick Wilson pokazała widzom pełen profesjonalizm. W filmie, w którym najważniejsze jest przekonujące podłoże psychologiczne głównych postaci, którego fabuła praktycznie w całości opiera się na kontrowersyjnej interakcji pomiędzy nimi, utalentowana obsada jest nieodzowna. I całe szczęście, że reżyser postawił na tę dwójkę bądź, co bądź brawurowych aktorów.
Myślę, że tematyka „Pułapki” powinna zaintrygować widzów gustujących w kontrowersyjnych obrazach, które stawiają przede wszystkim na psychologię bohaterów. I choć produkcja ta nie jest pozbawiona kilku monotonnych momentów oraz pewnego rodzaju irracjonalności (nastolatka bez żadnego problemu przenosi z miejsca na miejsce bezwładne ciało dorosłego człowieka) w ogólnym rozrachunku to godny uwagi, zmuszający do myślenia, nieepatujący hektolitrami sztucznej krwi, intrygujący obraz.

piątek, 10 sierpnia 2012

Nicci French „Nie ufaj nikomu”

Bonnie Graham stoi w mieszkaniu przyjaciela, zastanawiając się, co powinna zrobić z jego ciałem, spoczywającym na podłodze w pokoju. W końcu dzwoni do przyjaciółki i prosi ją, o pomoc w pozbyciu się trupa. Obciążają go kamieniami i zatapiają w zbiorniku wodnym. Nazajutrz Bonnie stara się na powrót wpasować w życie, jakie dotychczas prowadziła. Jako nauczycielka muzyki, na czas wakacji dała się namówić przyjaciółce do założenia zespołu, który wystąpiłby na jej ślubie. Bonnie nie zamierza rezygnować z tego przedsięwzięcia, nawet teraz, po dokonaniu przestępstwa. Wkrótce odkrywa, że śmierć jej przyjaciela nie jest tak prosta, jak z początku jej się wydawało, a członkowie jej przygodnego zespołu skrywają mroczne tajemnice, mogące być kluczem do tajemniczego zabójstwa ich znajomego.
„Nie ufaj nikomu” jest drugą, po „Krainie życia”, powieścią małżeństwa, „ukrywającego się” pod pseudonimem Nicci French, z jaką miałam przyjemność się zapoznać. Jeśli miałabym orzec, która pozycja jest lepsza, zdecydowanie postawiłabym właśnie na tę, ponieważ posiada kilka jakże intrygujących, często wyróżniających się na tle innych współczesnych kryminałów elementów. Najciekawsza okazuje się zdecydowanie konstrukcja narracyjna. Śledzimy wydarzenia, mające miejsce po odnalezieniu przez Bonnie ciała przyjaciela oraz w licznych retrospekcjach zapoznajemy się z okolicznościami, które notabene doprowadziły do tego tragicznego finału. Zaczyna się od mocnego akcentu – mamy trupa w pokoju oraz kobietę, która najprawdopodobniej go zabiła, w przeciwnym razie, po co decydowałaby się na pozbycie jego ciała?  Z biegiem trwania lektury retrospekcje pomogą nam zrozumieć, kim jest ta kobieta oraz co tak naprawdę łączyło ją ze zmarłym jegomościem. Przy okazji dowiemy się o zespole muzycznym, który założyła, na potrzeby ślubu jej przyjaciółki. Z czasem czytelnik zacznie mieć poważne wątpliwości, co do winy Bonnie. Autorzy wprowadzą również innych protagonistów – członków jej nowego zespołu – którzy wydadzą się równie, jeśli nie bardziej odpowiedzialni za śmierć ich kolegi. Na dobrą sprawę każdy z nich miał powód, aby usunąć go z ich życia. Problem polega tylko na tym, że żadne z nich nie ma zamiaru być całkowicie szczerym z pozostałymi członkami zespołu, każdy zdaje się skrywać mroczne tajemnice przed wścibskim wzrokiem zarówno kolegów, jak i policji prowadzącej śledztwo.
Fabularnie „Nie ufaj nikomu” przypominało mi te stare kryminały, gdzie grupa przyjaciół zatrzymywała się w wielkim domostwie, w którym dochodziło do zbrodni. Przez resztę takiej książki, czy filmu wszyscy starali się rozwiązać zagadkę tajemniczego morderstwa. Różnica polega tylko na tym, że akcja „Nie ufaj nikomu” nie rozgrywa się w jednym zamkniętym pomieszczeniu i nie ma majordomusa, który w ostatecznym rozrachunku okazałby się winnym zbrodni:) Mamy za to grupkę znajomych, wśród których możemy szukać mordercy, a rozwiązanie tej intrygi dla niejednego czytelnika może okazać się, aż nadto zaskakujące – choć nie twierdzę, że wytrawnemu czytelnikowi kryminałów nie uda się nieco wcześniej odkryć tożsamości mordercy, czego nie można powiedzieć o jego motywach, które pozostaną tajemnicą, aż do finału powieści. Reasumując intryga kryminalna, jak najbardziej mnie zainteresowała, co nie znaczy, że książka nie ma również kilku słabszych momentów. Najbardziej irytują motywy miłosne, w których centrum tkwi oczywiście Bonnie oraz przebieg prób naszych domorosłych muzyków, które irytująco utrudniają czytelnikowi maksymalne zatopienie się w aspektach kryminalnych.
Myślę, że wielbiciele lekkich kryminałów powinni być jak najbardziej zadowoleni z lektury „Nie ufaj nikomu”. Nie jest to jakaś górnolotna proza, ale jako czysta rozrywka na nudny wieczór ma szansę całkowicie zdać egzamin. Ot, taka intrygująca opowieść na jeden raz.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 9 sierpnia 2012

„Krzyk” (1996)

Recenzja na życzenie (mandy_l)
W małym miasteczku Woodsboro ktoś prowadzi z nastolatkami okrutną grę – quiz z wiedzy o filmach grozy, gdzie przegrana oznacza śmierć. Jedna z uczennic tutejszego liceum, Sidney Prescott, która od roku zmaga się ze śmiercią swojej matki, staje się kolejnym celem seryjnego mordercy. Ale zanim nadejdzie jej kolej zabójca najpierw rozprawi się z jej najbliższymi przyjaciółmi.
W latach 90-tych filmowy horror nie cieszył się zbytnim zainteresowaniem tak wśród widzów, jak i bezlitosnej krytyki. Kino grozy znalazło się w "ślepym zaułku” ciasnych schematów, uporczywie powtarzanych przez twórców, niepotrafiących nakręcić niczego choćby odrobinę oryginalnego. Dopiero w 1996 roku Wes Craven we współpracy ze scenarzystą Kevinem Williamsonem przerwał tę złą passę pokazując światu… do bólu konwencjonalny slasher, z tą różnicą, że „Krzyk” celowo kopiował znane wielbicielom horrorów schematy, pragnąc przede wszystkim sparodiować konwencję filmów slash, ale równocześnie oddać zasłużony hołd najsłynniejszym obrazom z tego nurtu. Parodystyczno-pastiszowa wymowa „Krzyku” sprawiła, że entuzjaści kina grozy bez nadmiernego wysiłku odnaleźli się w koncepcji Cravena, dostrzegli nawiązania do znanych horrorów i bez zastrzeżeń poparli sprzeciw reżysera odnośnie lenistwa ówczesnych twórców, pragnących zarobić na nudnej, oklepanej konwencji slasherów. W latach 90-tych „Krzyk” cieszył się tak sporą popularnością, że bez nadmiernego wysiłku dołączył do szacownego grona klasyków gatunku oraz znalazł się na liście najbardziej dochodowych filmów roku 1996. A to wszystko dzięki celowemu, prześmiewczemu kopiowaniu schematów. Obecnie, w Polsce, „Krzyk” zbiera sporo negatywnych recenzji wśród młodych widzów, którzy nie rozumieją, że jego schematyczność jest umowna, że ma na celu przede wszystkim bawić widza i trzymać w lekkim napięciu emocjonalnym, aniżeli straszyć, że ma za zadanie zwrócić naszą uwagę na wciąż powtarzający się w kinie grozy, przewidywalny schemat.
Od strony realizatorskiej nie można absolutnie niczego zarzucić tej produkcji. Brak efektów komputerowych i minimalna dawka krwi zamiast szkodzić brakiem większej widowiskowości tylko potęgują realizm sytuacyjny – na tyle, na ile oczywiście pozwala celowo naiwna fabuła. Postać mordercy, Ghostface’a, w masce inspirowanej obrazem Edvarda Muncha na stałe wpisała się już do kanonu najsłynniejszych filmowych zabójców w historii kina. Ponadto „Krzyk” jest szczęśliwym posiadaczem licznych nagród, w tym Złotego Popcornu i kilku Saturnów. Obraz Cravena zapoczątkował również nową falę horrorów tzw. teen-slasherów, obrazów z nastolatkami w rolach głównych, bezlitośnie trzymających się utartej konwencji. Fabuła, oczywiście, oferuje nam dokładnie to, czego możemy spodziewać się po nurcie slash. Mamy grupkę przygłupich nastolatków, spośród których na pierwszy plan wysuwa się cnotliwa Sidney Prescott, znakomicie wykreowana przez Neve Campbell, która od początku daje widzom sygnały, że to właśnie ona jest modelową final girl. Ponadto jest tajemniczy morderca, wielbiciel horrorów, który postanawia sprawdzić wiedzę swoich kolegów na temat swojego ulubionego gatunku filmowego – dzwoni do nich i zadaje pytania, a jeśli nie uda im się na nie odpowiedzieć zwyczajnie pozbawia ich życia. Jego czyny naturalnie trafiają do mediów, na czele których stoi obsesyjna karierowiczka Gale Weathers – Courteney Cox we własnej osobie. Z czasem reporterka wikła się w śledztwo i w romans z miejscowym policjantem – w tej roli David Arquette. Tymczasem spośród potencjalnych nastoletnich ofiar Ghostface’a uwagę zwraca szczególnie postać Randy’ego – wielbiciela horrorów, autora „nieśmiertelnych” prawd, zaczerpniętych z oglądanych przez niego filmów, a mających być swoistymi wskazówkami dla kolegów, pragnących wyjść cało ze spotkania z mordercą.  Według chłopaka, aby tego dokonać nie należy m.in. uprawiać seksu, zażywać narkotyków i spożywać alkoholu. Oczywiście, nasi protagoniści nic sobie z tego nie robią – balują na całego, wyśmiewając schematy slasherów, w których nieodmiennie pojawia się „głupia blondynka” uciekająca przed zabójcą na piętro zamiast do drzwi frontowych – oczywiście, gdy Sidney przyjdzie stanąć oko w oko z mordercą zrobi dokładnie to samo:) Zakończenie dla widzów, którzy pierwszy raz spotkają się z tym obrazem może okazać się nadzwyczaj zaskakujące, zarówno pod kątem tożsamości mordercy, jak i jego motywów. UWAGA SPOILER Morderców mamy dwóch, Billy’ego Loomisa i Stuarta, którzy swoje zbrodnicze zapędy motywują negatywnym wpływem mediów na ich psychikę. Ich finalne groteskowe zachowanie sygnalizuje widzom, że z tej powszechnej opinii, oczerniającej telewizję, Craven również zwyczajnie kpi KONIEC SPOILERA..
Początkowo „Krzyk” miał być trylogią, ale w roku 2011 doczekał się kolejnego sequela, natomiast z enigmatycznych wypowiedzi Wesa Cravena odnośnie kolejnych części można mieć nadzieję na kolejne kontynuacje. Produkcję tę, rzecz jasna, polecam osobom rozumiejącym, czym jest „pastisz” i „parodia”, ale równocześnie potrafiącym spośród całego nagromadzenia nawiązań do innych znanych slasherów oraz prześmiewczych motywów wyłuskać również odrobinę grozy i trzymających w napięciu momentów. Taki horror „z przymrużeniem oka” dla elastycznych odbiorców:)

środa, 8 sierpnia 2012

Virginia C. Andrews „Płatki na wietrze”

Kontynuacja historii rodu Dollangangerów. Po ucieczce z poddasza trójka rodzeństwa Cathy, Chris i Carrie trafia do domu pewnego lekarza, Paula, który po wysłuchaniu ich tragicznej opowieści proponuje im zamieszkanie u niego. Dollangangerowie przystępują do spełniania swoich marzeń – Cathy zaczyna uczęszczać do szkoły baletowej, a Chris wreszcie może studiować upragnioną medycynę, zaś mała Carrie zostaje wysłana do szkoły z internatem dla bogatych dziewcząt. Jednak „klątwa rodzinna”, od której wszyscy tak rozpaczliwie pragną się uwolnić wkrótce znów daje o sobie znać, niszcząc tę idyllę i zmuszając rodzeństwo do wzmożonego wysiłku, aby odciąć się od przeszłości i swojej destrukcyjnej rodziny.
„Czasami śnię o pewnej nocy, kiedy oboje siedzieliśmy zmarznięci na dachu i wpatrywaliśmy się w usiane gwiazdami niebo i w księżyc, który niczym oko Boga spoglądał na nas z wysoka, potępiając nasze czyny oraz myśli.”
Druga część kultowej serii V C. Andrews, po raz pierwszy wydana w 1980 roku. „Kwiaty na poddaszu” dały spragnionym mocnych wrażeń czytelnikom przedsmak tego, z czym dane im będzie obcować w trakcie kolejnych tomów sagi o Dollangangerach. W sequelu Andrews nie rezygnuje z poruszania niewygodnych tematów tabu, bo choć trójce rodzeństwa udało się uciec przed fanatyczną babką i zakochaną w pieniądzach matką z małego poddasza, ich zachowanie bynajmniej nie świadczy o całkowitym odizolowaniu się od koszmarów z przeszłości. Cathy coraz bardziej upodabnia się do znienawidzonej matki, nie tylko wewnętrznie, ale przede wszystkim charakterologicznie – manipuluje mężczyznami, szybko się zakochuje, zarówno w brutalach, którzy znęcają się nad nią fizycznie i psychicznie, jak i w dużo starszych od siebie osobnikach. Równocześnie jest niezdrowo zafascynowana własnym bratem, z którym jeszcze na poddaszu zbliżyła się intymnie. Teraz próbuje walczyć z tym zauroczeniem, jednak Chris nie zamierza tak łatwo się poddać – patologiczna miłość do siostry zmusza go do upartej walki o jej względy z niezliczoną liczbą konkurentów. Tymczasem mała Carrie zmaga się z nienawiścią ze strony swoich rówieśników, wszak wieloletnie odcięcie od świeżego powietrza poważnie wpłynęło na jej cielesny rozwój, co oczywiście naraża ją na bezustanne kpiny i szyderstwa z ust okrutnych dzieci. Dollangangerowie próbują jakoś ułożyć sobie życie, ignorując swoje niezdrowe postawy zachowawcze, jednak wciąż nie mogą zapomnieć o koszmarze, na którego skazała ich własna matka. Kolejna tragedia w ich życiu zmusza Cathy do walki o sprawiedliwość. Postanawia wrócić do Foxworth Hall i stanąć ze znienawidzoną rodzicielką twarzą w twarz.
„Jeśli odtrąca cię własna matka, to cóż warte jest życie? Czy ma ono jakiś sens?”
Osoby niezaznajomione z „Kwiatami na poddaszu” powinni zacząć swoją przygodę z tą serią od części pierwszej, bo choć autorka streszcza nam pokrótce wydarzenia z przeszłości Dollangangerów myślę, że czytelnik ma szansę w pełni wszystko zrozumieć tylko wówczas, gdy najpierw zdecyduje się na lekturę „Kwiatów na poddaszu”. Andrews nie zrezygnowała w „Płatkach na wietrze” z kwiecistego stylu wypowiedzi, za co jestem jej ogromnie wdzięczna. Tylko taki lekko patetyczny język mógł dobitnie podkreślić tragedię niewinnego rodzeństwa. Ale mam jedno poważne zastrzeżenie odnośnie fabuły, która w moim mniemaniu, aż zanadto oddaliła się od koncepcji „Kwiatów na poddaszu”. Mamy tutaj o wiele mniej szokujących wątków, z których autorka zrezygnowała na rzecz zwykłych romansów – bohaterowie nieustannie wyznają sobie nawzajem dozgonną miłość, „wzbogacając” fabułę powieści taką dawką słodkości, że chwilami, aż trudno było mi to wytrzymać i tylko okazjonalne zwroty w stronę tematyki tabu oraz końcowa zemsta Cathy odrobinę uatrakcyjniły moją przygodę z tą pozycją. Jestem przekonana, że czytelnicy, gustujący w literaturze romantycznej będą jak najbardziej usatysfakcjonowani – mój gust, niestety, uniemożliwił mi całkowite zadowolenie z tej lektury. Ale szokującym zakończeniem powieści autorka roznieciła we mnie iskierkę nadziei, wszak finał sugeruje powrót do problematyki „Kwiatów na poddaszu”.
„Płatki na wietrze” to pozycja obowiązkowa dla czytelników, zaciekawionych dalszymi losami Dollangangerów po lekturze „Kwiatów na poddaszu”. Osoby spodziewające się szokujących wątków na wzór części pierwszej mogą odrobinę się zawieść, ale entuzjaści lekko niemoralnych romansów powinni dostać wszystko, czego poszukują w literaturze rozrywkowej.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

R.J. Ellory „Śmiertelnie proste rozwiązanie”

W Waszyngtonie grasuje seryjny zabójca, którego media nazywają Wstążkowym Mordercą. Jego sprawę prowadzi detektyw Robert Miller, który szybko odkrywa, że stanął przed najtrudniejszym zadaniem w całej swojej karierze zawodowej. Im bardziej zapoznaje się ze sprawą Wstążkowego Mordercy, tym bardziej nic nie rozumie. Ofiary zdaje się łączyć jedynie fakt, że ich nazwiska nie figurują w żadnej bazie danych, ich personalia wydają się być całkowicie fikcyjne. W wyniku żmudnego śledztwa Miller trafia na trop niejakiego Johna Robeya, który zdaje się wiedzieć o wiele więcej o brutalnym seryjnym zabójcy od niego, ale z sobie tylko znanych powodów postanawia wciągnąć Millera w swego rodzaju grę, aby ten sam znalazł odpowiedzi na swoje pytania. Kim jest John Robey? Wstążkowym Mordercą, czy niewinną ofiarą zakrojonego na szeroką skalę, nieprawdopodobnego spisku?
„Wśród organizacji z całego świata Kościół katolicki jest najbogatszą, a CIA najpotężniejszą. Wciąż nie zapadł jeszcze werdykt, która jest bardziej skorumpowana.”
Jak dotąd w Polsce wydano jedynie dwie książki angielskiego pisarza R.J. Ellory’a. Jego proza, co dla mnie jest wprost niewiarygodne, nie jest zbytnio znana w naszym kraju, ani tym bardziej szeroko komentowana. Być może „Śmiertelnie proste rozwiązanie” nie trafiło w gusta innych, lubujących się w thrillerach policyjnych, czytelników. Być może tylko ja znalazłam tutaj pewnego rodzaju głębię, która sprawiła, że oto zamiast najzwyklejszego kryminału, którego się spodziewałam, dostałam coś bardziej wartościowego, ale na równi pasjonującego. Sięgając po powieść Ellory’a byłam przekonana, że będę miała do czynienia z prostym, surowym, wręcz lakonicznym stylem, gdzie fabuła skupia się przede wszystkim na intrydze kryminalnej, zamiast bohaterach – coś a la Jeffery Deaver. W końcu Anglicy charakteryzują się taką surową formą przekazu. Już po zapoznaniu się z prologiem zostałam zmuszona do zweryfikowania swoich podejrzeń. Gdybym miała podsumować warsztat pisarski Ellory’a jednym wyrazem, rzekłabym po prostu., że jest piękny – oczywiście znajdziemy tutaj sporo wulgaryzmów, ale zupełnie nie o to chodzi. Jego barwny styl wypowiedzi; pełen językowych ozdobników; pesymistycznych, ale jakże prawdziwych przemyśleń egzystencjonalnych, sprawia, że czytelnik jakby wbrew sobie bez reszty zatapia się w lekturze, z wypiekami na twarzy śledzi intrygującą sprawę kryminalną, współczuje znakomicie nakreślonym bohaterom życiowych rozterek, które dosłownie zżerają ich od środka, ale przede wszystkim świadomie lub podświadomie zgadza się ze wszystkimi przesłaniami, tak zgrabnie wplecionymi przez autora w fabułę powieści. Tutaj nic nie jest tym, czym z początku się wydaje – to chyba jedyny kryminał, gdzie nie miałam, ani jednego podejrzanego, gdzie nie potrafiłam przed finalnymi odpowiedziami rozgryźć tożsamości mordercy. Zbyt wiele tropów, które na pierwszy rzut oka wydają się nie mieć żadnego znaczenia, zbyt wiele pytań bez odpowiedzi i… oczywiście John Robey, który dodatkowo wszystko komplikował.
„Widziałem rzeczy, od których pies by się zrzygał. Widziałem dzieci wybiegające z płonących domów, z ogniem we włosach. Widziałem mężczyznę, który zastrzelił własną żonę, żeby ochronić ją przed tym, co wiedział, że się z nią stanie. Widziałem ludzi grzebanych żywcem, pozbawianych głów, wieszanych i ćwiartowanych… Widziałem trzystu czy czterystu niewinnych ludzi zmasakrowanych w kilka minut… Wszystko to zostało przeprowadzone w imię demokracji, jedności, solidarności, w imię cudownych i wspaniałych Stanów Zjednoczonych Ameryki…”
Początkowo fabuła posuwa się dwutorowo. Śledzimy sprawę prowadzoną przez Roberta Millera i równocześnie zapoznajemy się ze wspomnieniami tajemniczego byłego agenta CIA, który całkowicie legalnie, w imię narodu w przeszłości dopuścił się strasznych czynów. Oczywiście, jego filozofia każe nam podejrzewać, że oto dostaliśmy wgląd w psychikę Wstążkowego Mordercy, że teraz bez problemów będziemy w stanie wszystko przewidzieć. Powiem tylko, że Ellory na to nie pozwoli – jego powieść jest pozbawiona, choćby minimalnej dozy przewidywalności. Choć intryga kryminalna wciągnęła mnie bez reszty, a wspomnienia byłego agenta CIA zaintrygowały mnie jeszcze bardziej, w moim odczuciu, owe przemyślenia egzystencjonalne, oraz liczne przesłania powieści są najmocniejszymi, dającymi do myślenia elementami tej lektury – tym bardziej, że są odbiciem moich własnych przekonań moralnych. Po pierwsze teoria spisku, choć początkowo wydaje się niewiarygodna, z biegiem trwania lektury zmusza czytelnika do chwilowego zawieszenia swojej niewiary, w czym znacznie pomaga rzeczywiste tło historyczne. A uwierzenie w szalone teorie autora prowadzi oczywiście do paraliżującego strachu u odbiorcy, który nieustannie zadaje sobie pytanie: a co jeśli to wszystko prawda? W teorie spiskowe oczywiście nie wierzę, nawet nie lubię powieści o nich traktujących, ale Ellory okazał się na tyle dobrym pisarzem, że na czas mojego obcowania ze „Śmiertelnie prostym rozwiązaniem” zwyczajnie uwierzyłam we wszystko, a nawet zakochałam się w tej historii, do której na pewno wrócę jeszcze nie jeden raz. Po drugie polityka wojen, do których od czasów II Wojny Światowej nieustannie wtrącają się Stany Zjednoczone. Autor dobitnie wyjaśni nam, czym tak naprawdę jest wojna, ile w niej sensu i co robi z młodymi żołnierzami. Ewidentnie pacyfistyczna wymowa tej powieści całkowicie zdobyła moje serce, przede wszystkim dlatego, że prywatnie całkowicie się z nią zgadzam. I wreszcie, po trzecie, mamy Wstążkowego Mordercę, którego brutalne czyny stawiają przed nami i detektywami, podążającymi jego tropem odwieczne pytanie: co jeszcze człowiek może zrobić człowiekowi?
Naprawdę starałam się znaleźć jakiś mankament tej lektury, ale nie można przecież znaleźć czegoś, czego nie ma. Jak dla mnie Ellory jest jednym z największych odkryć literackich ostatnich lat. „Śmiertelnie proste rozwiązanie” to znakomicie napisana, zmuszająca do myślenia, trzymająca w ciągłym napięciu emocjonalnym, nieprzewidywalna powieść, która z pewnością przez długi czas pozostanie w umysłach skorych do przemyśleń egzystencjonalnych czytelników. Z przyjemnością zapoznam się z drugą wydaną na polskim rynku książką R.J. Ellory’a, a was gorąco namawiam do sięgnięcia po tę nietuzinkową pozycję.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 4 sierpnia 2012

„Train. Rzeźnia na szynach” (2008)

Recenzja na życzenie
Grupa amerykańskich, młodych sportowców świętuje swoje zwycięstwo w zawodach w klubie, w Europie Wschodniej. Dobra zabawa skutkuje przegapieniem pociągu, który zabrałby ich w dalszą drogę po obcym kontynencie. Miejscowa lekarka daje im namiary na pociąg jadący na Ukrainę, a sportowcy skwapliwie korzystają z jej propozycji. Nie wiedzą jeszcze, że przypadkiem wpadli w ręce bezlitosnym mordercom, którzy na ciałach niczego niepodejrzewających Amerykanów zarabiają spore sumy pieniędzy.
Torture porn Gideona Raffa, z Thorą Birch w roli głównej. Już sam polski tytuł sugeruje, z czym potencjalny widz będzie miał do czynienia: rzeź, rzeź i jeszcze raz rzeź i… niewiele poza tym. „Train” ewidentnie powstał na fali popularności „Hostela” (2005) Eli’ego Rotha i nie mówię tutaj tylko o niezwykle realistycznych scenach gore, ale również miejscu akcji i kreacji naszej pięknej Europy. Już na wstępie zaznaczę, że film jest przeznaczony tylko i wyłącznie dla entuzjastów krwawych jatek, którzy nie oczekują od współczesnego ekstremalnego horroru niczego ponadto. Miejsce akcji – rozpędzony pociąg – znacznie potęguje klimat tego obrazu. Pułapka bez wyjścia; zamknięta, przemieszczająca się przestrzeń ze zdeterminowanymi, przedsiębiorczymi mordercami w środku. To wszystko wzmaga poczucie alienacji i śmiertelnego zagrożenia, które siłą rzeczy udziela się widzom. Nie będę krytykowała trasy, po której porusza się pociąg, bo nie jestem nacjonalistką i nie oceniam po fikcyjnych horrorach (które przecież nie tylko Europę przedstawiają w negatywnym świetle, ale każde, nawet najmniejsze państwo, również w Stanach Zjednoczonych – taka jest w końcu ich rola) tego, co myślą o nas Amerykanie. Jeśli ktoś ocenia dany kraj przez pryzmat tego, co zaobserwuje podczas seansów filmów grozy to już jego indywidualny problem. A więc konkludując „Train” przeznaczony jest nie tylko dla wielbicieli krwawych horrorów, ale również osób mających dystans do siebie i do swojej narodowości. Jeśli ktoś po obejrzeniu „Drogi bez powrotu” (2003) wierzy, że po amerykańskich lasach biegają zdeformowane kanibale, a po zapoznaniu się ze wspomnianym już „Hostelem” jest święcie przekonany, że na Słowacji panuje przysłowiowy „bród, smród i ubóstwo” to dla własnego bezpieczeństwa powinien unikać „Rzeźni na szynach”. To samo tyczy się widzów o skrajnie nacjonalistycznych poglądach, którzy oskarżają amerykańskich twórców o ataki na naszą narodowość za pośrednictwem kręconych przez nich filmów – tym bardziej, że pod koniec seansu jest mowa o Warszawie:)
Jak już mówiłam „Train” ma niewiele do zaoferowania poza rozlewem krwi. Fabularnie nie uświadczymy niczego nowego, a kilka konkretnych scen może nas zwyczajnie zirytować. Na przykład zachowanie protagonistów, niestety, jest kompletnie nieprzemyślane. Nie wiem, czy scenarzysta celowo pozbawił ich inteligencji, bo że mają niskie IQ nie ma żadnych wątpliwości. Pomijam już ich późniejsze nielogiczne posunięcia, ponieważ na upartego można je zrzucić na karb paniki, więc żeby jakoś zilustrować owe „dziury w scenariuszu” przytoczę sytuację, mającą miejsce zaraz po wejściu naszych bohaterów do feralnego pociągu, kiedy jeszcze nie wiedzą, w jakie bagno się wpakowali. Podchodzą do nich dwa obleśne typy i proszą o ich paszporty do przechowania przed złodziejami, a oni bez zmrużenia oka im je oddają. Ciekawe, jak by zareagowali na prośbę o ich portfele:) Oprawcy również serwują nam kilka nieprawdopodobnych scen. Na przykład mężczyzna spacerujący sobie, jak gdyby nigdy nic, po dachu jadącego pociągu, wlokący za sobą swoją ofiarę i ani na chwilę nietracący równowagi:) Tak, takie moment znacząco psują realizm sytuacyjny, a niejednego odbiorcę przyzwyczajonego do wysokiego stopnia prawdopodobieństwa w poszczególnych produkcjach mogą najzwyczajniej w świecie zirytować. Moje podejście było całkowicie odmienne – oczekiwałam tylko krwawej jatki, bez nadmiernych oczekiwań, co do fabuły filmu. I dokładnie to dostałam, a jedyne co naprawdę mi nie pasowało to kreacje protagonistów ze znienawidzoną przeze mnie Thorą Birch na czele. Szkoda, że nie dano mi najmniejszej szansy na utożsamienie się z nimi.
No dobrze, odłóżmy na bok logikę i nacjonalistyczne uprzedzenia i omówmy integralne elementy filmu, tj. sceny gore. To na nich skupia się cała bądź, co bądź szczątkowa fabuła, to o rozlew krwi przede wszystkim tutaj chodzi – wszystko inne zauważalnie schodzi na dalszy, nic nieznaczący plan. Patrzymy, jak oprawcy tłuką chłopaka kastetem, po czym oddają na niego mocz – prosto ze źródła. Patrzymy na zabójstwo z litości, za pomocą siekiery, skatowanego przyjaciela (nawiązanie do remake’u „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”). Obserwujemy, jak zabójcy bezceremonialnie otwierają klatkę piersiową swojej ofiary, w poszukiwaniu cennych organów wewnętrznych. I w końcu patrzymy, jak miażdżą kończyny mężczyzny wielkim głazem. I jeśli, choć przez chwilę czujemy się zniesmaczeni takim nagromadzeniem niezwykle realistycznych scen torture porn to twórcy osiągnęli swój główny cel. Krwawe horrory mają za zadanie maksymalnie obrzydzić widza, wywołać u niego odruch wymiotny, sprawiając, że przez długi czas nie będzie w stanie wyrzucić tych okropieństw z pamięci. W moim przypadku „czynnik szoku” był jak najbardziej obecny, więc pomimo wszystkich „dziur w scenariuszu”, na które potrafię przymknąć oko w tego rodzaju mało ambitnych, epatujących przemocą horrorach, „Train” całkiem znośnie zapełnił mój wolny czas. Taka niewymagająca myślenia, ekstremalna "rozrywka" w sam raz na nudny wakacyjny wieczór.

piątek, 3 sierpnia 2012

Carsten Stroud „Miasteczko Niceville”

Dziesięcioletni Rainey Teague znika, wpatrując się w lustro na wystawie lombardu. Były żołnierz, obecnie małomiasteczkowy policjant, Nick Kavanaugh, stara się rozwiązać tajemniczą sprawę zaginięcia chłopca – nie może uwierzyć, że tak po prostu „rozpłynął się w powietrzu”. Nawet, kiedy Rainey zostaje odnaleziony, w równie tajemniczych okolicznościach, Nick nie jest w stanie racjonalnie wyjaśnić, co go spotkało. Chłopiec zostaje przewieziony do szpitala, gdzie zapada w stan katatonii. Rok później w Niceville w niewyjaśniony sposób giną kolejni ludzie. Nick jest przekonany, że wszystkie zaginięcia, których jest zaskakująco wiele, jak na tak małe miasteczko, wiążą się z tajemniczą siłą, która przed laty zawładnęła tym miejscem i próbuje wyrównać rachunki z najstarszymi rodzinami w Niceville. Nick wraz z żoną Kate stara się zrozumieć, a następnie powstrzymać ową siłę przed kolejnymi aktami zemsty. Tymczasem w miasteczku dochodzi do napadu na bank. W ręce złodziei, oprócz pieniędzy, trafia supernowoczesny przedmiot niewiadomego przeznaczenia. Właściciele pragną go odzyskać. Intryga się zagęszcza, gdy coraz więcej mieszkańców Niceville zostaje wmieszanych w tę sprawę.
Pierwsza część serii Carstena Strouda o opanowanym przez niezwykłe siły, małym miasteczku Niceville. Autor proponuje czytelnikom swego rodzaju miszmasz gatunkowy – mamy tajemnicze zaginięcia i siły nadprzyrodzone tak charakterystyczne dla horroru, ale Stroud na tym nie kończy. Po zagadkowym wstępie, w trakcie którego znika mały chłopiec, wpatrujący się w stare lustro, po czym odnajduje się w zamkniętej krypcie na cmentarzu, następuje przeskok w czasie i od tego momentu akcja będzie biegła dwutorowo. Wątek klasycznego thrillera zapoczątkuje napad na bank, który w niedługim czasie wpłynie na innych, zdawać by się mogło, przypadkowych mieszkańców miasteczka. Oba wątki przez cały czas trwania lektury będą delikatnie się o siebie ocierać, ale wbrew pozorom, nie połączą się w jedną wspólną całość. Potencjalny czytelnik powinien przygotować się na dwie odmienne historie, zawarte w jednej powieści, ale tak samo wciągające, intrygujące i trzymające w napięciu. Można by podejrzewać, że tak specyficzna konstrukcja fabularna nie ma najmniejszych szans na długo przykuć uwagi odbiorcy. Nic bardziej mylnego! Równoczesne śledzenie dwóch różnych, również gatunkowo, wątków chroni czytelnika przed swego rodzaju monotonią – urozmaica oś fabularną, tym samym dostarczając odbiorcy szerokiej gamy odmiennych emocji. Oprócz nowatorskiej konstrukcji znacznie pomaga w tym styl Strouda – dojrzałe, „lekkie pióro”, które dokładnie wie, kiedy jest czas na budowanie klimatu grozy, czy trzymanie czytelnika w napięciu, a kiedy można troszkę pożartować, rozładować emocje „wkładając bohaterom w usta” dowcipne kwestie.
„Miasteczko Niceville” porównywane jest do prozy Stephena Kinga. Szczerze mówiąc podchodziłam do tego stwierdzenia bardzo sceptycznie przed przeczytaniem lektury. W końcu wydawcy niemalże każdego, stosunkowo nieznanego, autora literatury grozy porównują do Kinga, licząc na jak największą sprzedaż, promowaną znanym nazwiskiem. Chyba pierwszy raz reklamy mnie nie okłamały. W tej powieści „duch Stephena Kinga” jest znakomicie wyczuwalny, choćby w opisach małego, sennego miasteczka, którego mieszkańcy, z pozoru zwyczajni ludzie, skrywają wstydliwe, często mroczne sekrety przed wścibskim wzrokiem sąsiadów. Można śmiało powiedzieć, że właśnie ten osobliwy klimat, tak wspaniale budowany przez autora, jest najmocniejszym elementem tej pozycji, to głównie z jego powodu bez reszty zatopiłam się w lekturze, której zakończenie otwarło wiele furtek na liczne kontynuacje tej historii. Osobiście, z przyjemnością zapoznam się z sequelami, ponieważ dawno już nie trafiłam na tak oryginalną, pełną zwrotów akcji, na każdym kroku wzmagającą moje zainteresowanie powieść grozy. Tutaj dosłownie każdy czytelnik ma szanse znaleźć coś dla siebie – w końcu „Miasteczko Niceville” w zgrabny, doskonale przemyślany sposób łączy ze sobą integralne elementy różnych gatunków literackich.
Macie ochotę na tajemniczą historię, która aż do ostatnich stron powieści nie zostaje wyjaśniona? A może gustujecie raczej w pełnych akcji opowieściach? Albo skłaniacie się w stronę interesujących intryg kryminalnych? Lub zwyczajnie odczuwacie przyjemność w obcowaniu z dobrze napisanymi, często dowcipnymi powieściami? Jeśli należycie, do którejś z tych grup czytelniczych bez zwłoki sięgnijcie po „Miasteczko Niceville” pióra Carstena Strouda. A następnie po jego kontynuacje, które już niedługo trafią na polski rynek, dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 1 sierpnia 2012

„Żona astronauty” (1999)

Recenzja na życzenie
Astronauta, Spencer Armacost, wyrusza z kolejną misją kosmiczną. W górze załoga statku na dwie minuty traci łączność z Ziemią. Po powrocie mężczyźni nie chcą rozmawiać o tym, co przydarzyło im się podczas tych dwóch minut. Wkrótce jeden z astronautów, biorących udział w feralnej misji umiera, zaś jego żona przekonana, że człowiek, z którym spędziła ostatnie dni życia nie był jej mężem, popełnia samobójstwo. Tymczasem Spencer odchodzi z NASA i wraz z żoną, Jillian, przeprowadza się do Nowego Jorku. Wkrótce kobieta zachodzi w bliźniaczą ciąże, ale podejrzewa, że dzieci, które nosi w łonie, podobnie, jak jej mąż nie mają nic wspólnego z człowieczeństwem.
Thriller science fiction Randa Ravicha z gwiazdorską obsadą. Fabuła widocznie nawiązuje do dwóch wcześniej powstałych obrazów, co reżyser miast ukrywać zdaje się dodatkowo podkreślać. Motyw wyprawy w przestrzeń kosmiczną i powrotu na Ziemię, jako ktoś inny w pełni wykorzystano już w powstałym w 1998 roku „Gatunku 2”. Jednakże to nie ta produkcja posłużyła scenarzyście za punkt wyjściowy całej konstrukcji fabularnej „Żony astronauty”. Najważniejszą częścią składową filmu jest klimat wielkomiejskiej paranoi. Po przeprowadzce i zajściu w ciążę ze Spencerem, Jillian coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że człowiek, z którym żyje nie jest już jej mężem, że podczas dwuminutowej przerwy w łączności, w tracie jego ostatniej misji kosmicznej ciało mężczyzny przywłaszczyła sobie jakaś obca forma życia, natomiast bliźnięta w jej łonie mogą być jej koszmarnym pomiotem. Cały ten motyw, wespół z koncentrycznie zagęszczającą się atmosferą obłędu jest zauważalnie inspirowany „Dzieckiem Rosemary” Romana Polańskiego. Klimat, choć umiejętnie potęgowany, oczywiście nie dorównuje temu stworzonemu przez Polańskiego przed laty, aczkolwiek miałam wrażenie, że nie o to chodziło Ravich’owi. Recz jasna starał się wciągnąć widza w swego rodzaju grę interpretacyjną, zarazić wielkomiejską paranoją, w której centrum tkwiła zrozpaczona Jillian (z fryzurą a la Rosemary Woodhouse). Ale równocześnie podrzucał nam kilka aluzji, mających świadczyć o chorobie psychicznej Jillian – depresja, z którą zmagała się w młodości i dziwnie racjonalne zachowania Spencera w obliczu jej szaleństwa. Jednak cały mistrzowski wręcz klimat filmu, choć nawiązuje do „Dziecka Rosemary” wbrew pozorom nie jest jego dokładną kopią – twórcy nie zdecydowali się na ten jeden ostateczny krok w stronę prawdziwego szaleństwa, przed czym nie wahał się Polański.
„Żona astronauty”, jak na hollywoodzki film, zaskakuje niemalże całkowitym brakiem efekciarstwa, co mnie wręcz zachwyciło, ale istnieje niebezpieczeństwo, że współczesny widz, szukający w science fiction przede wszystkich spektakularnych efektów komputerowych może odebrać niezbyt entuzjastycznie. Mnie całkowicie usatysfakcjonowało maksymalne skupienie twórców na wciągającej fabule i potęgowaniu specyficznej atmosfery. Tutaj bohaterowie są w centrum uwagi. Odbiorca z pewnością bez trudu utożsami się z przeżywającą osobliwy koszmar Jillian, która będzie musiała odpowiedzieć sobie na decydujące pytanie: czy Spencer to nadal Spencer, czy ktoś inny, ktoś obcy żerujący na jego i jej ciele. W tym miejscu pojawia się kolejna ważna kwestia. Jillian będzie musiała zdecydować, czy warto wydawać na świat dzieci, które mogą, ale nie muszą być ludźmi. Aby zrozumieć impas, w jakim tkwi wystarczy wsłuchać się w jej słowa, podczas gdy opowiada bajkę o królewnie, będącej w ciąży albo z mężczyzną, który zabił jej męża, a ją samą zgwałcił, albo ze swoim tragicznie zmarłym ukochanym. W takiej samej sytuacji, w swoim mniemaniu, znajduje się Jillian. Przed pozbyciem się płodu nie powstrzymuje jej tylko kwestia moralności, wszak jest nauczycielką, która na codzień spotyka się z dziećmi, ale również świadomość, że zabijając swoje nienarodzone jeszcze bliźniaki równocześnie zabije cząstkę prawdziwego Spencera, która jakimś cudem ostała się po przywłaszczeniu sobie jego ciała przez obcą istotę. Praktycznie do ostatnich minut seansu nie wiemy, czy podejrzenia Jillian są słuszne – czy Spencer to rzeczywiście ktoś lub coś innego, czy kobieta najzwyczajniej w świecie zwariowała. Finał wszystko wyjaśni i choć prezentuje się aż nadto intrygująco, niestety zrezygnowano z jakichkolwiek niedopowiedzeń. Wolałabym nie poznać odpowiedzi na najważniejsze pytania odnośnie fabuły filmu.
W rolach głównych zobaczymy Charlize Theron i Johnny’ego Deppa – hollywoodzkie gwiazdy, po których możemy spodziewać się wyłącznie pełnego profesjonalizmu. Jednakże, choć oboje spisali się brawurowo, myślę, że Theron miała nieco trudniejsze zadanie do wykonania, wszak na niej opiera się cała konstrukcja fabularna tej produkcji, to ona musiała przekonać widza, co do swoich racji, wciągnąć go w swoją paranoję, a tym samym znacznie spotęgować atmosferę filmu. Uznanie należy jej się, choćby za to, że bez trudu jej się to udało (przynajmniej w moim odczuciu).
„Żona astronauty” jest jedną z moich ulubionych pozycji science fiction – fabularnie, realizacyjnie i klimatycznie wypada nadzwyczaj przekonująco, a fakt, że nawiązuje do jednego z moich ulubionych horrorów zamiast tracić w moich oczach na oryginalności dodatkowo wzmaga mój zachwyt tym obrazem.

Nicci French „Kraina życia”

Abbie budzi się związana w ciemnej piwnicy. Nie pamięta, jak spędziła kilka ostatnich dni, jak się tutaj znalazła, ani kto ją porwał. Wie tylko, że psychopata, który prowadzi z nią okrutną grę nie ma zamiaru zbyt długo utrzymywać jej przy życiu. Dziewczynie cudem udaje się uciec, jednak ani lekarze, ani policja nie dają wiary jej nieprawdopodobnej historii. Abbie postanawia sama znaleźć mordercę, zanim on odnajdzie ją.
Thriller psychologiczny, autorstwa pary dziennikarzy, którzy pisują pod pseudonimem Nicci French, a prywatnie łączy ich związek małżeński. Dzięki prostemu stylowi i wiarygodnym charakterologicznie postaciom ich książki cieszą się sporym uznaniem zarówno u czytelników, jak i krytyki. „Kraina życia” jest klasycznym thrillerem psychologicznym z motywem śledztwa w tle. Autorzy nieustannie pozwalają czytelnikowi zajrzeć w zwichrowaną psychikę Abbie, tym samym wzmagając jego ciekawość, co do rzeczywistej intrygi książki. Przez większą część lektury praktycznie nie wiemy na pewno, czy dziewczyna rzeczywiście wyrwała się z rąk mordercy, czy rzeczywiście przeżyła koszmar zniewolenia w ciemnej piwnicy z widmem śmierci nad głową. W końcu w przeszłości przeżyła ciężką depresję, a jako osoba dorosła tkwiła w toksycznym związku z porywczym chłopakiem, który lubił wyładowywać swoją wściekłość na niej. Mimo osobistych wątpliwości, co do stanu swojej psychiki Abbie postanawia wszcząć prywatne śledztwo śladami… samej siebie. Dziewczyna ma nadzieję, że odtwarzając zapomniane ostatnie dni przed porwaniem trafi na trop mordercy, zanim ten porwie kogoś innego lub odnajdzie ją pierwszy. Jak można się spodziewać zarówno władza, jak i najbliżsi przyjaciele Abbie mają poważne wątpliwości, co do jej zachowania, a tymczasem czytelnik coraz bardziej skłania się w stronę wersji naszej narratorki. Dzięki licznym tropom podrzucanym przez autorów powieści coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że tajemniczy psychopata istnieje naprawdę, a co za tym idzie jego niedoszła ofiara znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
„Nawet jeśli człowiekowi się wydaje, że już dłużej nie może, okazuje się to nieprawdą. Zawsze można znieść więcej, niż się sądziło. Istnieją ukryte rezerwy.”
Specyficzna konstrukcja fabularna pozwoliła autorom potęgować osobliwą atmosferę paranoi, na chwilę dezorientując czytelnika, ale nie klimat jest tutaj najważniejszy. Przede wszystkim skupiono się na chaotycznym śledztwie Abbie, które, trzeba przyznać pod kątem konstrukcyjnym jest aż nadto przemyślane. Sama główna bohaterka również ma szansę zyskać uznanie czytelników, wszak jest osobą na wskroś przeciętną, kimś kogo moglibyśmy spotkać na ulicy, co niestety w kilku miejscach oddziaływuje również negatywnie – momentami psychika naszej protagonistki balansuje na niebezpiecznej granicy nudy. Zakończenie za to całkowicie mnie zawiodło. Fabuła dała autorom możliwość całkowitego zaskoczenia odbiorcy, pozostawienia go w stanie permanentnego szoku, z której niestety nie skorzystano. Finał wyglądał dokładnie tak, jak się tego spodziewałam, choć przyznam, że przez cały czas trwania lektury miałam cichą nadzieję na ten drugi, ciekawszy wariant końcowy.
„Kraina życia” wydaje się być idealną lekturą dla wielbicieli zagadek kryminalnych, z naciskiem na psychologię postaci. Choć książka ewidentnie posiada kilka słabszych momentów rekompensuje je dynamiczna narracja wespół z intrygującą fabułą.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu