Stronki na blogu

środa, 5 lutego 2014

Nowy bezpłatny magazyn


Kulturalna Szafka ruszyła z nowym projektem integracji blogowej. Dotychczas prowadzili jedynie fanpage, na którym codziennie publikowali nowinki ze świata blogosfery. Ale właśnie rozszerzyli współpracę z blogerami na prasę. Pierwszy numer ich bezpłatnego magazynu, w którym znajdziecie wybrane artykuły z blogów można nabyć bezpłatnie w formie papierowej bądź elektronicznej tutaj.

Zapraszam do lektury magazynu, w którym znajdziecie również mój tekst.

wtorek, 4 lutego 2014

„The Truth About Emanuel” (2013)


Nastoletnia Emanuel nie może znaleźć wspólnego języka z macochą i ojcem. Dziewczyna nie jest w stanie zaakceptować obecności nowej kobiety w domu, żyjąc w przekonaniu, że nikt nie zastąpi jej matki, której nie miała okazji nawet poznać, gdyż ta zmarła przy jej porodzie. Gdy do domu obok sprowadza się młoda kobieta, Linda wraz ze swoją kilkumiesięczną córeczką Emanuel zatrudnia się u niej w charakterze niańki. Kiedy odkrywa, że dziecko jest w rzeczywistości lalką, a Linda nie zdaje sobie z tego sprawy postanawia strzec jej problemów ze zdrowiem psychicznym przed resztą świata.

Nominowany na Festiwalu Filmowym w Sundance do Gównej Nagrody Jury w konkursie na najlepszy dramat film mało doświadczonej reżyserki, Francesci Gregorini, na podstawie jej własnego scenariusza. W „The Truth About Emanuel” można również odnaleźć cechy thrillera, głównie w niekonwencjonalnym podejściu do tematyki macierzyństwa, ale też w trzymającej w napięciu realizacji. To minimalistyczny obraz, stawiający tylko i wyłącznie na fabułę, z prawie całkowitym pominięciem efektów komputerowych, co każe sądzić, że skierowany jest głównie do niszowego grona odbiorców, zmęczonych multipleksowymi superprodukcjami.

Na początku poznajemy nastoletnią Emanuel, dosyć przyzwoicie kreowaną przez Kayę Scodelario, która ma jedynie drobne problemy z przekonującym uzewnętrznianiem silnych emocji. Gregorini już w pierwszych minutach seansu mocno skupiła się na intrygującej charakterystyce głównej bohaterki. Scenariusz bardzo pomógł Scodelario zaskarbić sobie wzmożoną uwagę widza, bowiem jej postaci daleko do modelowej, zazwyczaj eksploatowanej w kinie zbuntowanej nastolatki. Emanuel, jak później zauważa jej chłopak, zdaje się być całkowicie oderwana od rzeczywistości, egzystując z ludźmi, ale jakby z oddali, jedynie czasowo wychylając głowę ze swojego kokonu odosobnienia. Z pewnością jej osobliwy proces myślowy, skupiony głównie na nieuchronności śmierci ukształtował zgon jej matki w trakcie porodu. Dziewczyna jest przekonana, że to ona ją zabiła, co rzutuje na jej relacje z ojcem i macochą. Charakterystykę Emanuel mocno kształtują jej dziwaczne wypowiedzi – sprośne żarty i cięte riposty, będące dowodem na niebywałe zdolności scenarzystki w eksperymentowaniu słowami, tak dalece oddalonymi od zazwyczaj słyszanych w filmach płaskich odzywek postaci, mających jedynie popchnąć fabułę do przodu. Gdy Emanuel poznaje swoją nową sąsiadkę, Lindę, dobitnie daje nam do zrozumienia, że tęskni za matczyną miłością. Z wiadomych powodów nie może szukać jej u ojca, a nachalność macochy mocno ją irytuje, dlatego też odnajduje pewną więź ze swoją pracodawczynią. Gdy Emanuel zatrudnia się u niej w charakterze niańki i odkrywa, że jej córeczka jest w rzeczywistości lalką w fabułę zaczynają wkradać się elementy typowe dla filmowego thrillera. Produkcja nadal traktuje o macierzyństwie, ale z mocno kontrowersyjnej strony.

Jessica Biel nie miała łatwego zadania w kreacji swojej postaci. Musiała tak zrównoważyć ekspresję emocji, aby należycie oddać rozchwianie psychiczne i cechy idealnej matki, z czego wywiązała się z nawiązką. Jej Linda nie tylko wzbudza podziw u widza, wywołany miłością do dziecka, która potrafiła przetrwać jego śmierć, ale również lekki niepokój na widok coraz silniej kumulującego się w niej autodestrukcyjnego szaleństwa. Kiedy kobieta decyduje się przedstawić swoją córkę ojcu i macosze Emanuel dziewczyna, pragnąc utrzymać jej ułudę doskonałej egzystencji u boku ukochanego dziecka (co w jej mniemaniu jedynie uszczęśliwia Lindę) postanawia za wszelką cenę uniemożliwić jej wprowadzenie tych planów w życie. Dziewczyna boi się, że inni nie zrozumieją wartości, jakich dostarcza życiu jej sąsiadki choroba i uświadomią jej, w jakich realiach tak naprawdę egzystuje. Film zrealizowano w taki sposób, aby pozyskać przychylność widzów do planu Emanuel, dlatego też największe napięcie emocjonalne czujemy w chwilach zwiastujących rychłe uświadomienie Lindzie jej problemów psychicznych. Weźmy dla przykładu odwiedziny macochy Emanuel, po których lalka przypadkiem wpada we wnękę za drzwiami. Chaotyczne poszukiwania głównej bohaterki, potęgowane możliwością rychłego odkrycia przez Lindę nieobecności jej córeczki w łóżeczku silnie potęgują napięcie. Zmuszają widza do dopingowania Emanuel w jej histerycznych poszukiwaniach. Podobnie w trakcie urodzin dziewczyny, kiedy to z „dzieckiem” zostaje jej kolega z drugiej pracy w aptece. Zamiast cieszyć się z przyjęcia Emanuel lustruje przez okno swojego pokoju dom obok, bojąc się, że tymczasowy opiekun podąży na piętro do pokoju „małej”. A widzowie, oczywiście, denerwują się razem z nią. Takich trzymających w napięciu scen jest tutaj o wiele więcej, ale zachwyca nie tyle realizacja, co podejście do ich istoty. W końcu zamiast życzyć Lindzie szybkiego powrotu do zdrowia, co uprzedzić może jedynie konfrontacja z jej przywidzeniami pragniemy raczej utrzymania tego psychotycznego stanu, bo w głębi duszy wiemy, że jedynie one dostarczą jej prawdziwego szczęścia. Ot, takie sympatyzowanie z chorobą.

Oprócz znakomitej charakterystyki wszystkich postaci, przesłania i kilku trzymających w napięciu scen „The Truth About Emanuel” dostarcza widzom również silnych wrażeń słuchowych. Wpadające w uszy rytmiczne szlagiery, które zależnie od aktualnej sytuacji tak samo rozluźniają atmosferę, co ją potęgują. Wybór piosenek jest równie mocno przemyślany, co dialogi, a to jedynie dowód na to, że reżyserka nie uosabia minimalistycznej realizacji z zaniedbaniem drobnych szczegółów, które razem tworzą maksymalnie dopracowany, niesztampowy obraz dla wąskiej grupy odbiorców.

niedziela, 2 lutego 2014

„eXistenZ” (1999)


Przyszłość. Ludzkość sporo czasu spędza w świecie wirtualnym, który choć wizualnie niczym nie różni się od rzeczywistego daje graczom złudzenie wszechmocy. Gdy Allegra Geller twórczyni najbardziej wyczekiwanej na rynku gry zatytułowanej „eXistenZ” o mało nie ginie z rąk zwolennika realizmu rozpoczyna się rozgrywka w dwóch światach – rzeczywistym i fikcyjnym. Pomaga jej poznany na premierowym pokazie gry Ted Pikul. Oboje przenoszą się do wirtualnego świata „eXistenZ”.

Kanadyjsko-brytyjska produkcja science fiction wyreżyserowana przez mistrza body horrorów, Davida Cronenberga, nagrodzonego po jej premierze Srebrnym Niedźwiedziem za wybitny wkład artystyczny. W moim mniemaniu statuetka jak najbardziej zasłużona. Obcując z fantastyką naukową nigdy nie spotkałam się z równie nie efekciarskim obrazem, który równocześnie posiadałby w sobie tak wielkie pokłady wysublimowania. Nie powiem, że Cronenberg przeszedł tutaj sam siebie, bo w horrorze zdarzało mu się zdobywać szczyty, ale za to pozostawił daleko w tyle innych twórców science fiction.

Zastanawiam się, dlaczego widzowie poszukujący daleko idącej innowacyjności fabularnej nie sięgają po filmy Davida Cronenberga. On niemalże każde swoje dzieło urozmaica dziwacznymi elementami, będącymi zazwyczaj wynikiem wymykającemu się wszelkiej racjonalizacji eksperymentowaniu z ludzkim bądź zwierzęcym organizmem. Tak, proszę państwa, nawet w „eXistenZ” odnajdziemy echa body horroru, głównie w osobliwej konstrukcji nowoczesnych konsol. Skóra wypełniona organami gadów i płazów, z którą gracze łączą się za pomocą pępowiny przytwierdzonej do bioporta (otwór wyżłobiony w ich kręgosłupach). Ma to oczywiście symbolizować swego rodzaju związek macierzyński, połączenie z ukochaną konsolą na miarę więzi ciężarnej kobiety z jej nienarodzonym dzieckiem. W ten dosyć odstręczający sposób Cronenberg pragnie podkreślić grożącą nam w przyszłości psychozę na punkcie świata wirtualnego, z którym niektórzy już dziś czują się mocniej związani, aniżeli z tym rzeczywistym. Główna bohaterka, Allegra Geller, znakomicie wykreowana przez Jennifer Jason Leigh jest uosobieniem wypierania realizmu przez doskonalszy świat fikcyjny. Gotowa absolutnie na wszystko, aby ratować jedyną kopię jej najnowszej gry, wpadająca w histerię ilekroć jej konsola wykazuje objawy infekcji tak naprawdę jest więźniem czegoś, co nie istnieje. Niewolnicą stworzonego przez nią świata, tak podobnego do naszego i równocześnie tak różnego. Pomaga jej młody Ted Pikul, troszkę manieryczny Jude Law, który z kolei symbolizuje wszystkie lęki żywione przez ludzkość względem nowoczesnej technologii. Chcąc pomóc Allegrze ocalić uszkodzony program „eXistenZ” zgadza się na wszczepienie bioportu, czego dotychczas unikał i podłączenie do jej konsoli. Jego pełne nieumiejętnie tłumionej podejrzliwości zachowanie w wirtualnym świecie sprawia, że nasz głęboko tłumiony strach przed zdolnościami ludzi do tworzenia coraz to nowszych form rozrywki odżywa. Cronenberg siłą wywleka go „na światło dzienne” i niemalże przez cały seans skutecznie potęguje. Podobnie jak Pikel nie możemy oprzeć się wrażeniu, że nasze wynalazki wkrótce zdyskredytują ludzkość. W wizji Cronenberga gry dokonają tego głównie dzięki naszej podatności na uzależnienia, która wcześniej czy później przyczyni się do zagłady przodującego gatunku na Ziemi. Wymordujemy się sami – być może za pomocą gier, ale równie dobrze może tego dokonać inna forma destrukcyjnej rozrywki, której już teraz z własnej woli się oddajemy.

Kreując wirtualny świat „eXistenZ” David Cronenberg na szczęście nie kierował się denerwującą manierą Amerykanów, przekonanych, że science fiction bez efektów komputerowych to nie science fiction. Kanadyjczyk pozostał sobą, tym samym pewnie zniechęcając przyzwyczajonych do porywającego CGI widzów, którzy przyzwyczaili się już do hollywoodzkiej wizji tego gatunku. Ale za to zyskując w oczach jego zagorzałych wielbicieli, pragnących fizycznie obecnych na planie, oślizgłych rekwizytów, a nie iluzorycznych pikseli. Jego świat gry do złudzenia przypomina ten rzeczywisty. Gdyby nie czasowe „zawieszanie się” niektórych postaci oraz nieodparta chęć graczy do robienia czegoś wbrew sobie (owe swoiste rozszczepienie osobowości ma za zadanie posunąć fabułę gry do przodu) widz nie zorientowałby się, w jakiej świadomości aktualnie przebywają nasi bohaterowie. Zresztą pod koniec filmu reżyser rezygnuje z tych elementów, aby dobitnie zobrazować nam zagubienie Teda, który stracił już poczucie rzeczywistości. Przestał dostrzegać cienką granicę oddzielającą fikcją od realu, tym samym podobnie jak Geller stając się kolejną ofiarą nowoczesnej technologii. Na uwagę zasługuje też uparte zbaczanie scenariusza w stronę body horroru. Sceneria obskurnej fermy, gdzie pozyskiwane są organy wewnętrzne potrzebne do konstrukcji konsol, pełna tkanek, flaków i krwi oraz osobliwy pistolet skonstruowany z kości zmutowanych gadów i płazów, z magazynkiem pełnym ludzkich zębów. To nie tylko ukłony w stronę ulubionego gatunku reżysera - to integralne elementy kreowanej przez niego, wymykającej się wszelkiej racjonalizacji konwencji destrukcyjnej gry.

Zakończenie mocno zaskakuje UWAGA SPOILER głównie za sprawą całkowitego odejścia od absolutnie wszystkich wcześniejszych wydarzeń. Otóż, okazuje się, że już od pierwszej minuty seansu przebywaliśmy w „eXistenZ” – utraciliśmy poczucie rzeczywistości, podobnie jak nasi protagoniści, a co za tym idzie również padliśmy ofiarą gry. Co gorsza nawet nie wiemy, czy nadal nie znajdujemy się w tym osobliwym wirtualnym świecie. W końcu po przebudzeniu Ted i Allegra w obronie realizmu zabijają programistę i jego asystentkę, a gdy wymierzają broń w jednego z graczy jego usta artykułują mrożące krew w żyłach pytanie będące swego rodzaju epitafium ludzkości. „Czy nadal jesteśmy w grze?” I z tym pytaniem Cronenberg nas zostawia… Przy okazji śmiejąc nam się w twarz. KONIEC SPOILERA

„eXistenZ” jest bez wątpienia najlepszym obrazem science fiction, jaki dane mi było zobaczyć. Inteligentny, pełen mrożących krew w żyłach podtekstów, innowacyjny i przede wszystkim minimalistycznie zrealizowany. Innymi słowy idealna pozycja dla wielbicieli gatunku, zmęczonych pseudointelektualną rozrywką serwowaną przez Amerykanów, w której w przeciwieństwie do dzieł Cronenberga efekty specjalne nie są tłem dla fabuły, tylko głównym elementem filmu.

sobota, 1 lutego 2014

„Lśnienie” (1980)

Recenzja na życzenie (gabrysia994, m.l)

Jack Torrance dostaje pracę w charakterze dozorcy w zabytkowym hotelu Overlook. Wraz z żoną Wendy i synkiem Danny’m posiadającym zdolności parapsychiczne przeprowadza się do niego na okres zimowy. Gdy śnieżyca odcina rodzinę Torrance’ów od cywilizacji Danny odkrywa, że hotel zaczyna negatywnie oddziaływać na jego ojca. Kuszony przez gnieżdżące się w nim duchy Jack popada w coraz większe szaleństwo.

Jeden z najgłośniejszych horrorów w historii kina, wokół którego narosło wiele kontrowersji. Odsprzedając prawa do zekranizowania jednej ze swoich najsłynniejszych powieści Stanley’owi Kubrickowi, Stephen King był przekonany, że reżyser powierzy mu napisanie scenariusza. Niestety, tak się nie stało. Stanley Kubrick opracował go wraz z Diane Johnson, co w efekcie zaowocowało adaptacją, nie ekranizacją. Reżyser zrezygnował z wielu kluczowych dla książki wątków, denerwując Kinga szczególnie zaniedbaniem alkoholizmu Jacka i jego odmiennym niż w pierwowzorze rysem psychologicznym. Z uwagi na fakt, że „Lśnieniem” pisarz podświadomie rozliczał się z „własnymi demonami”, z nałogiem, z którym sam niegdyś się borykał, takie podejście Kubricka do problematyki jego historii mogło mocno go zirytować. A więc po premierze niejednokrotnie podkreślał w wywiadach swoją niechęć do filmu, czym z kolei naraził się jego twórcy. Gdy zdeterminowany, aby pokazać widzom prawdziwe oblicze hotelu Overlook King postanowił we współpracy z Mickiem Garrisem (twórcy wielu ekranizacji jego książek) nakręcić miniserial na podstawie swojej powieści musiał najpierw odkupić wcześniej sprzedane prawa do ekranizacji od Kubricka. A ten po antyreklamie, którą autor zrobił jego produkcji nie był do tego skłonny. Dopiero, kiedy King obiecał, że powstrzyma się przed atakowaniem jego filmu reżyser odsprzedał mu prawa do „Lśnienia”. Dzięki temu w 1997 roku powstał wierny literackiemu pierwowzorowi miniserial, do którego King napisał scenariusz. Oczywiście, oprócz słów samego pisarza nie ma żadnych dowodów, że jego nieporozumienia z Kubrickiem miały taki właśnie przebieg, ale jeśli jest w nich, choć ziarno prawdy to nie da się ukryć, że obaj panowie wykazali się nadzwyczajną infantylnością. Niestety, wkrótce ich niedojrzałe zachowanie podzieliło odbiorców na dwie nadal ścierające się ze sobą grupy: wielbicieli literackiego pierwowzoru i miniserialu Garrisa oraz fanów filmu Kubricka. Natomiast w latach 80-tych krytycy murem stanęli za Stephenem Kingiem, przyznając kinowej adaptacji jego powieści dwie nominacje do Złotej Maliny w tym dla Stanley’a Kubricka za najgorszą reżyserię. Jak się okazuje na przekór powszechnemu uwielbieniu widzów.

„Lśnienie” Kubricka to film kultowy, mający grono swoich oddanych fanów, tego ukryć się nie da. Jednakże mnie, jako osobie doskonale znającej literacki pierwowzór zawsze wydawał się wyjałowiony z większej psychologii, której pełno w książce. Nie wiem, czy to uproszczenie charakterologii postaci było próbą trafienia do jak największej grupy ówczesnych odbiorców, których mogłaby zniechęcić jakaś ambitniejsza komplikacja, bo takie to sprawia wrażenie. Czwórka głównych bohaterów „Lśnienia” nie ma wiele wspólnego z ich literackimi prekursorami – Kubrick zaczerpnął z nich jedynie jakieś pojedyncze cechy. A więc Jack Nicholson dobrze zagrał szaleńca. Szkoda tylko, że prawdziwe „Lśnienie” to nie „Piątek trzynastego”, a Jack Torrance to nie Jason Voorhees. W książce mężczyzna nie był chodzącą maszyną do zabijania, od początku z gruntu złą tylko człowiekiem desperacko walczącym z nałogiem i własnymi destrukcyjnymi zapędami, aktywowanymi przez alkohol. Był kimś, kto nade wszystko ceni sobie rodzinę i bardzo się stara, żeby jej nie stracić. Dopóki hotel nie staje mu na przeszkodzie. Cóż, zamysł Kubricka był prostszy. Dał nam zwykłego psychopatę, wielkiego macho pozbawionego jakiejkolwiek ambiwalentności, który jeszcze przed przyjazdem do hotelu wykazuje ewidentny kompleks wyższości nad żoną i synkiem. Nie ma co winić Jacka Nicholsona – on idealnie wykreował postać wymyśloną przez reżysera, a że nie odpowiada ona tej literackiej to już problem scenariusza, nie aktora. Wendy natomiast została w adaptacji sprowadzona do roli poddanej mężowi kury domowej, wręcz jego niewolnicy, bojącej się walczyć o swoje prawa. Odtwórczyni jej postaci, Shelley Duvall, moim zdaniem zasłużenie nominowana do Złotej Maliny przez większą część seansu może pochwalić się jedynie nadmierną eskalacją uczuć, ze szczególnym wskazaniem na histerię i permanentnym wytrzeszczem. Jednakże największy absurd przypadł w udziale Danny’emu – apatycznemu chłopcu, obdarzonemu parapsychologicznymi zdolnościami przewidywania przyszłości i czytania ludziom w myślach, nazywanymi „lśnieniem”. Choć kreujący go mały Danny Lloyd w przeciwieństwie do Duvall mógł pochwalić się jakimiś zdolnościami aktorskimi to scenariusz nie pozostawiał mu zbyt wielkiego pola do popisu. Najwięcej czasu Kubrick poświęcił jego krążeniu na trójkołowym rowerku po korytarzach Overlook (ewidentne nawiązanie do „Omena”), skupiając się wówczas na szkaradnych dywanach i tapetach. I rzecz jasna jego konwersacjom z palcem, które miały manifestować obecność Tony’ego – zdecydowanie najbardziej humorystyczny akcent filmu, przy okazji mocno profanujący prawdziwą istotę jego przerażających zdolności. Na koniec Dick Hallorann, mentor Danny’ego, również obdarzony lśnieniem, którego obecność sprowadzono do roli mężczyzny przemierzającego pół kraju na ratunek chłopcu i jego matce tylko po to UWAGA SPOILER żeby zaraz po dotarciu na miejsce umrzeć z rąk Jacka. No, ale przynajmniej skutkiem ubocznym jego szaleńczej podróży było podstawienie Torrance’om skutera śnieżnego… KONIEC SPOILERA.

Stephen King w powieści zdecydował się na niełatwą, niekonwencjonalną sztukę nawiedzenia nowoczesnego hotelu, w przeciwieństwie do innych twórców ghost stories, którzy na ogół stawiają na łatwiejszy zabieg wykorzystania mrocznej wizualnie scenerii. Kubrick poszedł w ich ślady. Jego Overlook niepokoi już samym staroświeckim wystrojem i oprócz ścieżki dźwiękowej, którą reżyser nade wszystko posiłkuje się przy tworzeniu klimatu grozy, chyba tylko tym. Jak na Overlook znany mi z powieści w kubrickowskim hotelu nadzwyczaj mało się dzieje – klimat jest budowany bardziej za pomocą muzyki aniżeli obrazu. Oczywiście, mamy tutaj krew wypływającą z windy, wizualizacje rozczłonkowanych przed laty ofiar i rozkładającego się ducha samobójczyni z wanny. Ale biorąc pod uwagę długość filmu to jedynie przebłyski, które w najmniejszym stopniu nie odganiają nudy niezmiennie ogarniającej mnie na widok rozwleczonych do granic możliwości interakcji międzyludzkich, pomiędzy niewzbudzającymi mojej sympatii bohaterami (co przede wszystkim blokuje mój ewentualny niepokój o ich dalszy los). Ponadto, wyłączając finał, niemalże wszystkie wydarzenia rozgrywają się wewnątrz hotelu, bohaterowie prawie wcale nie wychodzą na zewnątrz, co nie dało mi odczuć większej dozy alienacji bohaterów, uniemożliwiło stworzenie duszącego klimatu zdania na własne siły. Owe odcięcie od cywilizacji czułam tylko raz jeszcze przed śnieżycą, kiedy to Wendy i Danny krążyli po wielkim żywopłotowym labiryncie (który zastąpił pierwotne zwierzęta wycięte z krzewów, a które miały w sobie o wiele więcej niepokojącej złowieszczości).

Po przebrnięciu przez niekończące się jazdy Danny’ego na trójkołowym rowerku po korytarzach hotelu, pisaniu popadającego w coraz większe szaleństwo Jacka i wrzeszczeniu na jego uległą żonę – do czego sprowadza się większość fabuły tego filmu, następuje finał z kultową sceną rozrąbywania drzwi siekierą i polowaniem Jacka na swoją rodzinę, zakończonym UWAGA SPOILER jego zamarznięciem w żywopłotowym labiryncie. Chryste, jak mi tutaj brakowało tego przebłysku świadomości mężczyzny, proszącego swojego syna, żeby przed nim uciekał, który podobnie jak to miało miejsce w trakcie lektury książki nie pozwoliłoby mi przejść obojętnie obok jego śmierci. Niestety, ten film z założenia miał obrazować wyzutego z uczuć człowieka, który nawet bez ingerencji hotelu wcześniej czy później zabiłby swoją rodzinę KONIEC SPOILERA. Pod koniec pojawia się również ujęcie przebranego za psa mężczyzny, a wyjaśnienia jego obecności należy szukać w książce. Dziwne, że Kubrick odcinając się od literackiego pierwowzoru zdecydował się na kompletnie nieprzystającą do fabuły jego filmu (bal maskowy miał miejsce w powieści nie w jej adaptacji) postać homoseksualnego przebierańca.

Przez lata fabułę „Lśnienia” interpretowano na wiele różnych sposobów. Wydarzenia w Overlook, według widzów, można odczytywać zarówno przez pryzmat nawiedzenia, jak i schizofrenii Jacka, czemu zaprzeczają końcowe wizje Wendy. Można to oczywiście przypisać zbiorowej histerii, ale w moim mniemaniu będzie to już sporą nadinterpretacją. Niektórzy odczytują również film, jako potępienie rasizmu i eksterminacji Indian przez pierwszych angielskich kolonistów Ameryki Północnej. Dosyć prawdopodobne, bo w filmie można odnaleźć kilka takich niejasnych insynuacji.

Pomimo ogólnego uwielbienia „Lśnienia” Stanley’a Kubricka ja nigdy nie mogłam się do niego przekonać. Może dlatego, że gustuję w większej ambiwalencji psychologicznej, co znakomicie opisał King w swojej powieści i zobrazował w miniserialu oraz bardziej odczuwalnej ingerencji sił nadprzyrodzonych. W adaptacji tego niestety nie odnajduję, co wcale nie oznacza, że neguję jej kultowość, czy jak niektórzy ortodoksyjni wielbiciele powieści chciałabym, żeby film nigdy nie powstał. Ma swoich fanów, podobnie jak książka i nie widzę żadnych powodów na dyskredytowanie tej, czy tamtej formy.