Stronki na blogu

sobota, 12 kwietnia 2014

„13 grzechów” (2014)


Elliot boryka się z problemami finansowymi. Spłata długów studenckich, zbliżający się ślub z ukochaną Shelby, leczenie chorego psychicznie brata i opieka nad schorowanym ojcem w podeszłym wieku – to wszystko staje pod wielkim znakiem zapytania, gdy Elliot traci pracę. Nadzieję daje mu telefon od tajemniczego mężczyzny, który obiecuje mu miliony za wykonanie trzynastu zadań. Zwabiony łatwością dwóch pierwszych wyzwań Elliot staje do Gry, która wkrótce zrobi z niego prawdziwego potwora.

Remake tajlandzkiego obrazu Chukiata Sakveerakula z 2006 roku, wyreżyserowany przez twórcę „Ostatniego egzorcyzmu”, Daniela Stamma. Jestem chyba jedyną żyjącą osobą, która jest wdzięczna Amerykanom za kopiowanie pomysłów Azjatów, bo moja głęboka awersja do ich kinematografii sprawia, że w przeciwnym razie nigdy nie skonfrontowałabym się z niektórymi bardzo intrygującymi fabułami. Podobnie jest w przypadku „13 grzechów”, który to obraz, choć do oszałamiających na pewno nie należy może pochwalić się ciekawym scenariuszem. Oczywiście pochwała za pomysł należy się tylko i wyłącznie twórcy pierwowzoru, ale cieszę się, że Stamm zdecydował się zamerykanizować ten konkretny film grozy.

Gatunkowo „13 grzechom” najbliżej do thrillera, choć w kilku momentach delikatnie dotyka estetyki horroru – nie na tyle, żeby kogokolwiek przerazić, czy zniesmaczyć, ale jakiś ukłon w stronę fanów tego gatunku jest. Zaczyna się bardzo zagadkowo. Podczas spotkania na uniwersytecie przemawia sławny profesor, który szokuje swoich słuchaczy wulgarnymi anegdotami, po czym obcina palec prowadzącej spotkanie. Ginie z broni strażnika w trakcie próby wydobycia z kieszeni dzwoniącego telefonu. Owy cyrkowy dzwonek w późniejszych partiach seansu będzie zapowiedzią prawdziwego koszmaru, z którym oko w oko stanie główny bohater – średnio wykreowany przez Marka Webbera, Elliot. Znajdujący się w rozpaczliwej sytuacji finansowej mężczyzna przystępuje do tajemniczej Gry. Wykonanie trzynastu trudnych zadań zagwarantuje mu wielkie bogactwo, a porażka więzienie. Rozmówca wyłuszczający mu zasady jest kimś w rodzaju boga – widzi każdy krok Elliota, słyszy wszystko, a co najważniejsze jest w stanie zatuszować wszelkie dowody zbrodni, których z czasem będzie całkiem sporo. Zaczyna się dosyć niewinnie. Organizator Gry instruuje naszego bohatera, aby zabił i zjadł muchę. Zwabiony łatwym zarobkiem mężczyzna chętnie to czyni. Później sprawa odrobinę się komplikuje, ale nie na tyle, żeby trwale zniszczyć jego życie. Elliot zmusza małą dziewczynkę do płaczu i w mocno humorystycznej scenie podpala stajenkę, przez co niechcący wywołuje pożar na plebanii. Zadanie polegające na zabraniu do kawiarni nieżyjącego mężczyznę zmienia wszystko. Do Elliota zaczyna docierać, że zdobycie milionów nie będzie tak proste, jak mu się na początku zdawało, ale jego percepcja zmienia się dopiero po jego wykonaniu. Początkowo mężczyzną kierowały jedynie czysto materialistyczne pobudki. Twórcy pragnęli zobrazować widzom, do czego zdolny jest człowiek dla pieniędzy, ale z czasem popełnili dość duży błąd. Wmawiali mi, że Elliot cały czas kieruje się chęcią szybkiego zarobku, podczas gdy jego motywy stały się dużo poważniejsze. Ścigany przez policję, stojący przed widmem utraty ukochanej przestał dbać o pieniądze, pragnąc uniknąć długoletniego więzienia, bowiem jedynie wygrana gwarantowała mu wolność.

Do scen stricte horrorowych należy obcięcie piłą ręki swojemu szkolnemu wrogowi, którą zrealizowano na tyle delikatnie, aby czasem nikogo nie zniesmaczyć. O wiele lepiej prezentuje się drugi popis gore, w trakcie którego grupa motocyklistów nadziewa się na metalową linę rozciągniętą przez ulicę. Moment, w którym przerażony Elliot stoi pośrodku tej rzezi, brodząc we krwi i poodcinanych kończynach robi naprawdę spore wrażenie, co tym bardziej zaskakuje, jeśli weźmie się pod uwagę niewielki budżet tej produkcji. Wszystkie zadania zrealizowano tak, aby umiarkowanie trzymały w napięciu, co tylko udowodniło, że Stammowi nie potrzeba dużych nakładów pieniężnych do stworzenia odpowiedniego klimatu. Ale trzy humorystyczne wyzwania były zdecydowanie niepotrzebne. Najbardziej bawi scena demolowania sali, na której ma miejsce próbne wesele Elliota i Shelby, uwieńczona oddaniem moczu na bukiet kwiatów. Byłabym o wiele bardziej zadowolona z zastąpienia jej czymś wynaturzonym. Takie silenie się na komedię w produkcji, która z zamysłu miała szokować przesłaniem mocno wybija z rytmu. Ale za to zakończenie urozmaicono trzema zwrotami akcji, z których jeden bez problemu udało mi się nieco wcześniej przewidzieć. Pozostałe dwa, choć nie wgniatają w fotel są dosyć niespodziewane, a co najważniejsze zsynchronizowane z wcześniejszymi wydarzeniami.

Pomimo dającego do myślenia przesłania, które przez wzgląd na moralizatorską końcową przemowę jednego z bohaterów widzowie niewłaściwie odczytują (powtarzam jeszcze raz – Elliot nie wyrządzał poważnej krzywdy ludziom z materialistycznych pobudek), „13 grzechów” jest raczej takim lekkim thrillerkiem z elementami horroru dla odbiorców pragnących odrobinę się zrelaksować. Ogląda się go naprawdę bezboleśnie, ale szczerze mówiąc tego rodzaju pomysł, aż prosił się o większe okrucieństwo. Nie rozczarowuje, ale też nie zachwyca. Ot, kolejny średni straszak na nudny wieczorek.

czwartek, 10 kwietnia 2014

„Linia śmierci” (1972)

Recenzja na życzenie

Patricia i Alex znajdują na stacji metra umierającego człowieka. Zostawiają go na chwilę i sprowadzają konstabla, ale w międzyczasie mężczyzna gdzieś znika. Sprawę prowadzi ekscentryczny inspektor Calhoun, który szybko odkrywa, że zaginiony nazywał się James Manfred i był oficerem Orderu Imperium Brytyjskiego OBE, co szybko skutkuje zamknięciem śledztwa przez rząd. Jednak Calhoun się nie poddaje. Kolejne brutalne morderstwa w tunelu metra zmuszają go do wzmożonego śledztwa, tropem zabójcy, który bynajmniej nie jest zwyczajnym człowiekiem.

Tunele metra są bardzo atrakcyjną scenerią dla kina grozy, aczkolwiek współcześni twórcy nie potrafią w pełni wykorzystać ich mrocznego potencjału. Dowodem choćby średnio udany „Lęk” z 2004 roku, czy mierny „Nocny pociąg z mięsem”. Ale jak się okazuje horror z XX wieku, który już z definicji powinien utrzymywać ponadprzeciętny poziom również nie wykorzystuje należycie mocy, tkwiącej w obskurnych tunelach metra. Debiutancki pełnometrażowy film Gary’ego Shermana, twórcy późniejszego znakomitego „Martwego i pogrzebanego” niezmiernie mnie rozczarował.

Od brytyjskich straszaków i to w dodatku z lat 70-tych wiele oczekuję. Początek „Linii śmierci”, w trakcie którego młoda parka odnajduje na stacji metra nieprzytomnego mężczyznę, który następnie znika w niewyjaśnionych okolicznościach dał mi zapowiedź mrocznego, zimnego klimatu, będącego domeną XX-wiecznych horrorów. Ale z chwilą pojawienia się inspektora Calhouna cały czas prysnął. Wówczas twórcy cały nacisk położyli na komiczną osobę śledczego, której prowokacyjny sposób bycia irytował mnie równie mocno, co Alexa. Problem w żadnej mierze nie tkwi w aktorstwie, bo Donald Pleasence jak zwykle spisał się doskonale – rzecz w tym, że przyszło mu kreować maksymalnie denerwującą postać, która na domiar złego wprowadzała w fabułę akcenty humorystyczne. Ale to nie wszystko. Cała pierwsza połowa filmu obraca się głównie wokół nudnawego śledztwa i jedynie krótkie migawki z zatęchłych, pełnych rozkładających się ciał korytarzy metra sprawiły, że nie przerwałam tej monotonii przed drugą
częścią seansu. Okazało się, że dobrze zrobiłam, bowiem po przebrnięciu przez nużące czterdzieści pięć minut projekcji przyszła kolej na bardziej dosłowne sceny w towarzystwie duszącej atmosfery grozy – tak, jakbym nagle zaczęła oglądać inny film. Zdeformowany człowiek, zamieszkujący tunele metra, bełkoczący, śliniący się kanibal łudząco podobny do antagonisty z „Ludożercy” (być może Joe D’Amato też widział „Linię śmierci”) wychodzi na żer i w jakże realistycznych ujęciach bestialsko morduje pojedyncze osoby wędrujące po stacji metra. Jego odstręczający wygląd jest wywołany posocznicą, przenoszoną przez szczury, a mroczny tunel, w którym się zadekował obfituje w ponadgryzane, rozkładające się ciała. Ze scen mordów najbardziej zachwyca realizacja wbicia mężczyźnie łopaty w głowę – maksymalnie krwawa i jakże realistyczna wizualnie. Ale końcowe wydarzenia rozgrywające się w wilgotnych tunelach metra również przyciągają uwagę – nie tylko klimatem i napięciem, ale również zapowiedzią najgorszego. Obleśnego gwałtu, który niestety nie nastąpił. Tak, jakby twórcom zabrakło odwagi do pójścia na całość i skonfrontowania się z miażdżącym tabu. Szkoda, bo ten akcent sprawiłby, że „Linia śmierci” na długo pozostałaby w mojej pamięci.

Nie jestem do końca ukontentowana tym obrazem. Przede wszystkim zniechęca bardzo nużąca pierwsza połowa filmu i odrobinę wycofania później, ale z drugiej strony końcowy klimat i aparycja antagonisty sprawiły, że nie uważam tej produkcji za całkowicie straconą. Dla długoletnich wielbicieli gatunku niejakim smaczkiem będzie również epizodyczna rólka legendarnego Christophera Lee – taki ukłon dla jego fanów. Ale poza tymi drobnymi plusami ogólną jakość „Linii śmierci” oceniam, jako mocno przeciętną. Istnieją bardziej nastrojowe i okrutne horrory, więc ten konkretny polecam jedynie obsesyjnym koneserom gatunku.                                                                         

środa, 9 kwietnia 2014

„Krwawnik. Opowiadania z pozornie martwej strefy” Praca zbiorowa

BEATA SMÓŁKOWSKA, PAULINA J. KRÓL, TOMASZ CZARNY, PATRYK HIRSEKORN, ŁUKASZ RADECKI, MACIEJ LEWANDOWSKI, , NATALIA GOLIK, KRZYSZTOF PAKUŁA, TOMASZ MORDUMX SIWIEC, BARTOSZ SŁOWIŃSKI

Portal internetowy „Kostnica”, poświęcony szeroko pojętej grozie, co roku z okazji Halloween organizuje konkurs na najlepsze opowiadania z dreszczykiem. „Krwawnik” to pierwsze papierowe wydanie laureatów ubiegłorocznego konkursu, których w drodze głosowania wyłonili internauci. Jako, że portal „Kostnica” dopiero wkracza w światek wydawniczy niniejszy zbiór opowiadań nie porywa gabarytami oraz wysoką jakością papieru i okładki, aczkolwiek stronice uatrakcyjniono niepokojącymi grafikami. A więc pomimo niskich nakładów pieniężnych wydawcy zrobili wszystko, aby maksymalnie uprzyjemnić lekturę wielbicielom horroru. To tylko dowód na to, że niedostatki budżetowe nigdy nie przyćmią pasji. Ale wydanie wydaniem – najważniejszy jest poziom tekstów zamieszczonych w „Krwawniku”, a w tej materii pozostaje mi jedynie oddać pokłon ich autorom, bo naprawdę nie spodziewałam się, aż takiej bomby literackiej. Nie wiem, jak to się dzieje, ale ilekroć stykam się z twórczością tak znanych pisarzy, jak i debiutantów częściej podzielam zdanie zwykłych czytelników, aniżeli profesjonalnego jury. Pewnie, dlatego spośród dwunastu zamieszczonych w „Krwawniku” tekstów, aż dziesięć przypadło mi do gustu, z których z kolei połowa prezentuje mrożący krew w żyłach, światowy poziom.

Prawie wszystkie opowiadania zamieszczone w tym zbiorze osadzone są w preferowanej przeze mnie konstrukcji narracyjnej. Nastrojowy początek, niepokojące rozwinięcie akcji i miażdżący, długo pozostający w pamięci finał. Moim zdecydowanym faworytem jest Tomasz Siwiec. Jego „Possesion” opowiada o przeprowadzce mężczyzny wraz ze swoimi bliźniaczymi córeczkami do nowego mieszkania, celem pożegnania się z tragiczną przeszłością, naznaczoną śmiercią jego żony. Już podczas pierwszej nocy dziewczynki dziwnie się zachowują, a im dłużej przebywają w nowym mieszkaniu, tym bardziej cierpią. Ale wbrew pozorom nie jest to kolejna konwencjonalna ghost story o poltergeiście. To, co zalęgło się w murach tego feralnego mieszkania przekracza wszelkie granice okrucieństwa. Nagromadzenie makabry w końcówce jest tak przytłaczające, że chyba nie znajdzie się, ani jeden czytelnik, który przejdzie obok tej historii obojętnie. Coś wstrząsającego!
Paulina Król, blogerka, o której robi się coraz głośniej w światku wydawniczym zaproponowała dwie historie. Jeśli miałabym wytypować lepszą to bez wahania postawiłabym na „Ultimatum”, opowiadającą o tym, jak akt tworzenia powieści wpływa na psychikę autora. Jak życie codzienne u boku niekochanej żony inspiruje pisaną historię i jak ta opowieść oddziałuje na rzeczywistość. Gore, nekrofilia to dla Pauliny nie pierwszyzna i choć akurat po jej prozie nie spodziewałabym się, aż takiego nagromadzenia makabry to nie pozostaje mi nic innego, jak powinszować pójścia na całość, dzięki czemu czytelnicy mają szansę skonfrontować się z prawdziwie miażdżącym tekstem.
Drugie jej opowiadanie, zatytułowane „Chłopski las”, wypadło odrobinę słabiej, co nie znaczy, że w kontekście ogółu nie prezentuje sobą większej wartości. Wręcz przeciwnie! Dojrzały styl, dzięki któremu Paulina opisuje niepokojącą leśną scenerię, równocześnie budując niepokojący klimat swojej historii wręcz hipnotyzuje. Ale najlepsza jest myląca koncepcja wstępu i rozwinięcia akcji. Skupienie na florze leśnej, grzybobraniu i miłości do przyrody, którą oczywiście podzielam w ogóle nie sygnalizuje miażdżącego finału. Wówczas autorce udała się rzecz rzadko spotykana – bez nudnawego rozpisywania się skumulowała ogromny rozlew krwi na niecałej stronicy i w dodatku zrobiła to ze znakomitym wyczuciem konwencji gore. Krótko: klimatyczno-makabryczne opowiadanie!
Kolejnym mistrzostwem jest tekst Patryka Hirsekorna, pt. „Mora”, opowiadający o czternastoletnim Jakubie, który czyta ojcu pamiętnik swojego obecnie chorującego na Alzheimera dziadka. Zapoznaje go z mrożącą krew w żyłach historią topienia marzanny, której ojciec świadkował w wieku dziewięciu lat. Jakub nieświadomie otwiera wrota do zapomnianego szaleństwa, dzięki czemu serwuje czytelnikom mocny, krwawy finał. Nastrój tej opowieści wręcz przytłacza, a groza, aż bucha z każdej strony. Coś idealnego dla fanów klimatycznych straszaków ze wstrząsającymi zakończeniami.
Akcja „Satellite 15” Łukasza Radeckiego rozgrywa się w przyszłości na statku patrolowym, co jak można się tego spodziewać stwarza klimat rodem z science fiction. To, co dzieje się na pokładzie statku to prawdziwa jazda bez trzymanki nawet dla długoletnich, doświadczonych fanów gore. Plejada krwawych mordów – rozwalanie głów, oblewanie rozgrzanym olejem, latające wnętrzności, stopione twarze – a to wszystko opisane w najdrobniejszych, odstręczających szczegółach. Kolejnym atutem jest oczywiście zaskakujący finał, ale nie będę zdradzać, na czym polega jego geniusz – musicie sami to przeczytać!
Drugie opowiadanie Radeckiego, zatytułowane „Kat”, wypadło troszkę słabiej od „Satellite 15”. Opowiada o kacie, miewającym wizje, który popełnia błąd próbując dokonać egzekucji na skazanej za czary kobiecie. Mocne strony tego tekstu to z pewnością porażający finał i dotknięcie problematyki haniebnego procederu zabijania przez chrześcijan heretyków oraz rzecz jasna brudny klimat minionych wieków. Ale rozwinięcie akcji pozbawiono jakiegoś przykuwającego większą uwagę akcentu.
Bartosz Słowiński i jego „Historia Edwina”… mmm, aż się rozmarzyłam na wspomnienie tego klimatu rodem z najlepszych ghost stories. To historia człowieka, który wynajmuje pokój w domu pewnej kobiety w Londynie, w którym co noc musi przysłuchiwać się tajemniczym odgłosom zza drzwi. Z tak umiejętnie budowanym nastrojem niezdefiniowanej grozy już dawno w literaturze się nie spotkałam, a to wszystko dzięki niebywałemu warsztatowi Słowińskiego. Do tych zachwytów należy jeszcze dodać intrygujące zakończenie, które sprytnie wyłamuje się z wcześniej eksponowanej konwencji ghost story.
„Brzytwa” Tomasza Czarnego może poszczycić się wnikliwym podejściem do postaci głównego bohatera. Jego przytłaczający smutek i desperacja po utracie żony dzięki dojrzałemu stylowi autora udzielają się również czytelnikom. Naprawdę trzeba znać się na swoim fachu, aby podobnie, jak Czarny za pomocą kilku celnych zdań wykreować tak żywego bohatera. Jedyne, co rozczarowuje to zakończenie – po takim piórze spodziewałam się większej bomby.
Maciej Lewandowski poprzedził swoją „Jesienną muzykę” cytatem z „Miasteczka Salem” Stephena Kinga, sugerując o czym będzie traktowało jego opowiadanie. Ale fabularnie tekst silniej nawiązuje do tekstu Kinga zamieszczonego w zbiorze „Nocna zmiana” pt. „Ktoś na drodze”. Chwała autorowi za odstręczającą sylwetkę wampira, rodem ze starych, dobrych dla krwiopijców czasów. Naprawdę szkoda, że „Jesienna muzyka” tak bardzo przypomina „Kogoś na drodze”, bo pozbawia ją to większości zaskakujących akcentów, aczkolwiek warsztatowo jako taka opowiastka na jeden raz spełnia swoje zadanie.
„Nie moja bajka” Krzysztofa Pakuły opowiada o przerażających przygodach pewnego mężczyzny w święto Halloween. Wówczas staje on oko w oko z koszmarem – osobliwą wariacją bajki o „Jasiu i Małgosi” dla dorosłych. Pusta kamienica, dzieci poprzebierane za upiorów, zjawiska paranormalne i… istna rzeź. Naprawdę ciekawy pomysł na fabułę i choć miejscami opisy są odrobinę za bardzo rozwleczone to w obliczu takiego nagromadzenia napięcia i rozlewu krwi można chyba przymknąć oko na te drobne mankamenty.

Dwa opowiadania nijak nie przypadły mi do gustu. Mowa o mało oryginalnej „Zagadce nieśmiertelności” Beaty Smółkowskiej, traktującej o targowaniu się z Kostuchą, która odrzuciła mnie przydługimi opisami funkcji nowinek technologicznych, slangiem i żartobliwym, lekkim podejściem do tematu. Spodziewałam się horroru, a dostałam parodię. Podobnie w moim odczuciu poległa Natalia Golik. O jej króciutkim „Na drugie mi Jola” naprawdę ciężko cokolwiek napisać, bo ledwo się zaczyna, a już mamy koniec. Może i jej historia pewnego morderstwa wypadłaby lepiej, gdyby pokusiła się o jakiekolwiek rozwinięcie akcji. W każdym razie ja tak oszczędnych w słowach tekstów nigdy nie aprobowałam, co nie znaczy, że nie znajdą się osoby, które nie rozmiłują się w tym opowiadanku.

Polscy autorzy horrorów już dawno „wyszli z ukrycia” i tchnęli w naszą rodzimą literaturę trochę życia, co „Krwawnik” tylko udowadnia. Miejmy tylko nadzieję, że „Kostnica” nie poprzestanie na tym jednym zbiorze, bo biorąc pod uwagę jego światowy poziom nasz rynek sporo by na tym stracił. Naprawdę gorąco zachęcam wielbicieli szeroko pojętej grozy do zapoznania się z niniejszą antologią, którą można nabyć tutaj w atrakcyjnej cenie.

Za książkę bardzo dziękuję portalowi

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Anna Jansson „Ofiary z Martebo”

Współwłaścicielka małego gospodarstwa w Martebo na Gotlandii, Mona Jacobsson, pewnego wieczora jest świadkiem morderstwa swojego męża, Wilhelma, przez znanego jej mężczyznę, któremu pomaga zatrzeć wszelkie ślady zbrodni. Przebywająca na zastępstwie letnim w Visby komisarz Maria Wern stara się rozwikłać sprawę zabójstwa Wilhelma, które wkrótce pociąga za sobą kolejne ofiary.

Seria szwedzkiej pisarki, Anny Jansson, o komisarz Marii Wern w jej stronach pobiła rekordy popularności, co w 2008 roku zaowocowało powstaniem krótkiego serialu, a w latach 2011-2012 pięcioma filmami, opartymi na twórczości Jansson. Szczerze mówiąc dosyć sceptycznie podchodziłam do „Ofiar w Martebo”, pomimo oddźwięku w kinematografii, bo choć wprost przepadam za skandynawskimi kryminałami już dawno nabrałam przekonania, że choć przyjemnie się z nimi obcuje ciężko jest z tego zalewu wyłowić coś bardziej charakterystycznego, na miarę na przykład Stiega Larssona. Ale już po zapoznaniu się z pierwszymi stronicami książki zmieniłam swoje nastawienie do pióra Jansson, a im dalej brnęłam w tajemnice Martebo tym bardziej dziwiłam się, że powieść przetłumaczono na język polski dopiero po jedenastu latach od jej premiery (!). Podczas, gdy nasz rynek wydawniczy zalewa cała masa skandynawskich autorów, których przeważająca większość nie oferuje nic poza tradycyjnym kryminałem osadzonym w bajecznej scenerii, potęgowanej zimnym klimatem północnej Europy, tak znakomita, wyróżniająca się na tle innych proza Jansson, aż do 2014 roku przez naszych wydawców była najzwyczajniej pomijana. Naprawdę nie rozumiem tego i jestem przekonana, że każdy wielbiciel kryminałów, który zdecyduje się na lekturę „Ofiar z Martebo” również będzie rozczarowany opieszałością polskich wydawców.

Anna Jansson konfrontuje nas z krwawą historią rodzinną, osadzoną w realiach malowniczej Gotlandii, wyspy należącej do Szwecji. Dzięki niezwykle dojrzałemu warsztatowi autorce udało się dosłownie przenieść mnie w te bajeczne, ale również chwilami posępne rejony Europy oraz stworzyć prawdziwie mroczny, prawie na miarę samego Stephena Kinga, małomiasteczkowy klimat. Moim zdaniem nie ma nic lepszego od akcji powieści umiejscowionej na prowincji, a jeśli na dodatek porywa się na to ktoś tak utalentowany narracyjnie, jak Anna Jansson to dosłownie zatapiam się w powieści, całkowicie zapominając o otaczającej mnie szarej rzeczywistości. Autorka dodatkowo potęguje klimat kilkoma legendami i kulturalnymi wydarzeniami, uatrakcyjniając fabułę baśniowymi akcentami. Ale to dopiero przedsmak zdolności Jansson. „Ofiary z Martebo” to przede wszystkim inteligentna powieść z kryminalnym śledztwem w tle. Maria Wern wbrew pozorom nie odgrywa tutaj kluczowej roli, jej praca choć obfitująca w ciekawe zwroty akcji niezmiennie schodzi na plan dalszy, gdy tylko wypływa intrygująca historia rodu Jacobssonów. A to dlatego, że pisarka nie skupiła się tylko i wyłącznie na trudnej egzystencji biednych rolników w małym Martebo. Nie, ona dosłownie wywlekła na światło dzienne wszelkie patologie szpecące nasz świat. Gwałty (również zbiorowe), społeczne odrzucenie, maltretowanie dzieci i żon i oddawanie do adopcji swoich potomków to coś, z czym z zawodu pielęgniarka spotyka się na co dzień i nie przepuszcza żadnej okazji, żeby w okrutny sposób konfrontować z tymi koszmarami swoich czytelników. Dużo miejsca poświęca również trudnej sztuce opieki nad starszym, schorowanym mężczyzną, który bynajmniej nie okazuje swojej córce wdzięczności za daleko idące poświęcania. Historia życia Mony i jej rodziny obfituje w tak wiele szokujących szczegółów, że czytelnikowi nie pozostaje nic oprócz współczucia, nawet biorąc pod uwagę jej współudział w morderstwie męża.

Podczas, gdy życie Jacobssonów przedstawiono w najdrobniejszych, szokujących szczegółach o głównej bohaterce niewiele wiemy. Być może rozwinie się w kolejnych częściach serii, ale w „Ofiarach z Martebo” jawi się jedynie jako sumienna, praktyczna policjantka z problemami małżeńskimi. Przebywając na zastępstwie w Visby dołącza do zespołu rozpracowującego zabójstwo Wilhelma Jasobssona, ale autorka dosyć pobieżnie opisuje procesy dochodzenia do prawdy przez śledczych. O wiele ciekawsi są dla niej ludzie i to co mogą Wern przekazać. Muszę przyznać, że to bardzo intrygujące podejście do kryminału, tym bardziej, jeśli mamy do czynienia z taką rodziną, jak Jacobssonowie, ukrywającą wstrząsające tajemnice ze swojej przeszłości, które silnie łączą się z legendą Gotlandii i skarbem poszukiwanym przez wielu śmiałków. Kolejnym plusem (minusów chyba nie ma) jest finał. Podejrzanych o zbrodnie jest całkiem sporo, sama miałam aż trzy typy, ale autorka mówiąc kolokwialnie wywiodła mnie w pole. Prawdziwa tożsamość sprawcy jest tak dalece zaskakująca, a przy tym w ogóle nienaciągnięta, pasująca wręcz idealnie do całej akcji powieści, że człowiekowi obytemu z literackimi kryminałami nie pozostaje nic innego, jak pogratulować Jansson rzadko spotykanego wyczucia gatunku i daleko idącej pomysłowości.

Wygląda na to, że mam swojego kolejnego faworyta prozy skandynawskiej, tuż po Stiegu Larssonie. „Ofiary z Martebo” to prawdziwa perełka literatury kryminalnej i zdziwiłabym się, gdyby nie odniosła w Polsce takiego sukcesu, jak w Szwecji. Teraz z utęsknieniem czekam na kolejne tomy przygód Marii Wern, a jeśli nasi wydawcy ich nie wypuszczą to w moich oczach dopuszczą się zbrodni nie do wybaczenia. Zgrzeszą w stosunku do wielbicieli kryminałów, którzy jestem o tym przekonana, zakochają się w prozie Anny Jansson.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 6 kwietnia 2014

„Skjult” (2009)


Kiedy Kai Koss dostaje informację o śmierci swojej matki wraca do rodzinnego miasteczka. Na miejscu dowiaduje się, że jest jedynym spadkobiercą zaniedbanego, usytuowanego w lesie domu rodzicielki. Powrót do kryjących koszmarne wspomnienia pomieszczeń, z których Kai uciekł przed laty sprowadza na niego nie lada kłopoty. Nie dość, że umysł płata mu figle to na domiar złego w okolicach domu dochodzi do potwornych zbrodni, które zwracają na niego uwagę mieszkańców miasteczka.

Norweski horror Pala Oie, czerpiący z formuły ghost story, slashera i filmu psychologicznego. W roli głównej wystąpił genialny Kristoffer Joner, który z najlepszej strony dał mi się już poznać w „Drzwiach obok” z 2005 roku. Co ciekawe na planie „Skjult” spotkał się ze swoją koleżanką ze wspomnianej produkcji, Cecilie A. Mosli. Biorąc pod uwagę tematykę filmu śmiem twierdzić, że Oie nieprzypadkowo zestawił ze sobą te dwa nazwiska, wszak w zbliżonych tematycznie „Drzwiach obok” oboje zaprezentowali światowy poziom aktorstwa.

W 2009 roku „Skjult” został uhonorowany Amandą za najlepszą scenografię i choć rzadko zgadzam się z decyzjami komisji przyznających nagrody filmowe ten gest uważam za całkowicie usprawiedliwiony. Już pierwsza scena podróży Kaia Kossa do rodzinnego miasteczka po asfaltowej drodze w otoczeniu gęstych lasów dała mi przedsmak prawdziwego geniuszu scenografa. To takie swego rodzaju połączenie piękna z mrokiem. Metaliczna kolorystyka obrazu, ostre kontury i piękne widoczki (ze szczególnym wskazaniem na wielki wodospad w środku lasu), które chwilami dzięki prostym zabiegom (sztuczna mgła, cienie w okolicach drzew) oddziałują w zupełnie odwrotny sposób – zachwyt zamienia się w czysty niepokój. A przeciętny widz zaczyna się zastanawiać, czy istnieje jeszcze jakikolwiek twórca kina grozy, który dorównałby Palowi Oie w budowaniu zimnego klimatu wszechobecnej grozy. Moim zdaniem nie. Atmosfera, która wręcz bucha ze „Skjult” to kwintesencja norweskiej tajemnicy, tak często, ale z dużo gorszym skutkiem szerzonej w tamtejszej kinematografii.

Pierwsze dwadzieścia minut seansu silnie czerpie z estetyki ghost story, ale dużo bardziej umiejętnie od pierwszego lepszego amerykańskiego obrazu z tego nurtu. Naprawdę wystarczyło mi jedynie dwadzieścia minut, aby trzy razy podskoczyć. Co prawda nie ze strachu tylko zwykłego zaskoczenia, aczkolwiek nawet jump scenki mogą mieć w sobie pewien nieodparty urok, o ile podobnie jak tutaj zostaną zrealizowane z prawdziwym wyczuciem gatunku. Pożegnanie Kaia z ciałem matki, które nagle otwiera oczy i łapie go za rękę, jej późniejsze zmaterializowanie się w domu i wreszcie dłoń wyłaniająca się z mroków piwnicy i chwytająca naszego bohatera. Oie z wręcz obłędną dokładnością wymierzył chwile przygwożdżenia widzów zaskakującymi bombami, które wzmocnił miażdżącymi dźwiękami. Podskoki w fotelu w towarzystwie szybszego bicia serca murowane! W fabułę filmu szybko wkradną się również wątki stricte psychologiczne. Coraz silniejsze popadanie w obłęd Kaia Kossa, jego spotkania z tajemniczą Miriam, która zdaje się naprowadzać go na mrożące krew żyłach tajemnice z życia jego matki i wreszcie mordy, do których dochodzi w okolicach jego domu. Tak, dla wielbicieli slasherów twórcy również przygotowali coś miłego. Zabójstwo pary młodych ludzi i szeroko zakrojone poszukiwanie ich ciał oraz niezwykle realistyczna sekwencja okaleczenia policjanta za pomocą kawałka drewna wbitego w jego oko. Rozwiązanie zagadki tych zgonów zdaje się być z góry przesądzone, gdyby nie postać małego Petera, który zaginął w 1989 roku. Policja jest przekonana, że spadł w otchłań wodospadu, ale Kai ma zupełnie inną teorię. To, co przydarzyło się w przeszłości małemu Kossowi i według niego Peterowi to motyw, który przez długi czas jest utrzymywany w tajemnicy w tak umiejętny sposób, aby podsycać ciekowość widza, przy okazji utrzymując w nim przekonanie, że oto jest konfrontowany z prawdziwie zawiłą, poddającą się wielu interpretacjom fabułą. Owszem, ilekroć Koss przebywa w starym domostwie matki w jego okolicach dochodzi do okrutnych zbrodni, aczkolwiek mężczyzna kilkukrotnie widuje tajemniczą postać w czerwonej bluzie, która według niego jest sprawcą wszystkich nieszczęść, które nawiedziły miasteczko. Pytanie tylko, czy nie jest on jedynie kolejną imaginacją rozchwianego umysłu głównego bohatera? Znamienna jest scena pościgu po lesie, śladem zakapturzonej postaci. Gdy Koss w końcu staje naprzeciw niej jego gesty niczym w lustrzanym odbiciu są przez nią dublowane.

W połowie seansu następuje duże spowolnienie akcji, podczas którego niecierpliwy widz będzie mógł jedynie nacieszyć oczy hipnotyzującą norweską scenerią. Głównie dlatego, że tropy podrzucane przez twórców, celem zmylenia odbiorców przestaną należycie wywiązywać się ze swojej roli. Każdy, kto pozna historię Petera będzie przekonany, że istnieją jedynie dwie prawdopodobne interpretacje fabuły filmu. Pytanie tylko, którą obrał scenarzysta? W końcówce przed twórcami stanęło naprawdę trudne wyzwanie – zaskoczyć widzów, którzy najprawdopodobniej już poskładali wszystkie części zawiłej układanki… Moim zdaniem Oie postawił na najlepszy z możliwych wariantów, być może nie zaskakując, ale przynajmniej wychodząc z tego impasu z przysłowiową twarzą. UWAGA SPOILER Jak nie wie się, jak coś zaskakująco wyjaśnić najlepiej nie tłumaczyć niczego, pozostawiając interpretację w gestii inteligencji odbiorców. Tak, więc na końcu pozostajemy z przeświadczeniem, które zakiełkowało w nas już dużo wcześniej. Albo Peter istniał naprawdę i dopuszczał się wszystkich tych zbrodni, albo był jedynie mrocznym alter ego Kossa. Moim zdaniem o wiele atrakcyjniej, choć mało oryginalnie prezentuje się ta druga możliwość i to przy niej będę obstawać. Ale to nie koniec zagadek, bowiem twórcy w swojej mądrości pozostawili bez wyjaśnienia postać Miriam. Wiemy, że dziewczyna była jedynie imaginacją Kaia, bowiem w dzieciństwie przechowywał w swoim więzieniu jej zdjęcie, ale kim naprawdę była sami musimy odgadnąć KONIEC SPOILERA.

Norweskie horrory mają w sobie jakiś niezaprzeczalny mroczny urok, którego próżno szukać w kinematografii innych krajów. Najczęściej podkreślany jest on, podobnie jak w „Skjult” malowniczą scenerią i zimnym klimatem, ale również mnogością interpretacji fabuły. W niniejszej pozycji zawarto dosłownie wszystko, co prawdziwy horror mieć powinien, a co za tym idzie pomimo kilku słabszych momentów (zapętlenia w środkowej części i przewidywalnego zakończenia) nie pozostaje mi nic innego, jak powinszować wyczuciu gatunku Pala Oie. Światowy poziom, prawdziwa gratka dla wielbicieli horrorów, o której długo się nie zapomina!