Stronki na blogu

środa, 23 lipca 2014

„Perwersyjna siostra” (2013)


Abby Russell jest pielęgniarką w dużym szpitalu. Doceniana przez pozostały personel i pacjentów staje się mentorką nowo przyjętej Danni. Początkowo Abby ogranicza swoje kontakty z młodą dziewczyną tylko do sfery zawodowej, ale z czasem coraz bardziej się do niej zbliża. Przyjaźń zamienia się w uczucie, a zaborcza Abby nie może zrozumieć, dlaczego Danni woli planować swoją przyszłość u boku sanitariusza, Steve’a. Wkrótce dziwne zachowanie doświadczonej pielęgniarki zaalarmuje Danni. Dziewczyna odkryje przerażającą przeszłość Abby oraz jest wciąż aktualne krwawe hobby, którego ofiarą padają niewierni mężczyźni.

Zrealizowana w technologii 3D hybryda gatunkowa, łącząca w sobie estetykę krwawego horroru z thrillerem. Reżyser Douglas Aarniokoski zauważalnie dążył do modnej ostatnimi czasy lekko schizofrenicznej konwencji rodem z „Chirurgicznej precyzji”, „The Woman”, „American Mary”, „May”, czy „Alyce”. Zamysł był prosty – ukazać wszystkie wydarzenia w swego rodzaju krzywym zwierciadle. Przejaskrawienie, kicz, wymuszony humor i dziwaczna antagonistka w założeniu poprzez kontrast miały zaintrygować odbiorców i może by tak było, gdyby Aarniokoski nie przedobrzył.

Narratorką i główną antybohaterką jest doświadczona pielęgniarka, Abby Russell, która nocami przywdziewa lateks i rusza na polowanie na niewiernych mężów. Twórcy w tej roli celowo obsadzili mało urodziwą, Paz de la Huertę. Wygląd aktorki miał kontrastować z jej rolą, w której w jakiś niepojęty sposób kobieta działała niczym magnes na przypadkowych facetów. W zamyśle miała oddziaływać na płeć przeciwną dzięki swojemu prowokacyjnego ubraniu i mocnemu makijażowi, który paradoksalnie dodatkowo ją szpecił. Ponadto Huerta musiała postarać się o seksowną mowę ciała, która to najsilniej miała oddziaływać na męską część obsady. Podobny zabieg wykorzystano we „Wszyscy kochają Mandy Lane” – tam również główna bohaterka miała wabić mężczyzn swoimi prowokacyjnymi ruchami, ale Huercie daleko jeszcze do Amber Heard. Pełna kontrastów charakterystyka Abby może i by się udała, gdyby aktorka ją kreująca dysponowała lepszym warsztatem, tak dykcyjnym i mimicznym, jak i zachowawczym. Niestety, nawet tak zdawałoby się proste dla tej profesji zadanie, jak seksowny marsz (co doskonale widać przede wszystkim w scenie na cmentarzu) w wydaniu Huerty wypada koślawo. O wiele ciekawiej od prezencji antybohaterki prezentuje się jej schizofreniczna osobowość, notabene również pełna kontrastów. Otóż, za dnia mamy poświęcającą się innym, profesjonalną pielęgniarkę, która z kolei nocą zamienia się w krwiożerczą bestię, dokonującą krwawej wendety na niewiernych mężach. Ten przemyślny modus operandi dodatkowo się skomplikuje, gdy do zespołu pielęgniarek, w szpitalu w którym pracuje Abby dołączy młodziutka Danni, będąca jej całkowitym przeciwieństwem. Urodziwa Katrina Bowden miała nieco łatwiejsze zadanie od Huerty. W kontraście do niej musiała zaakcentować niemożność dojrzenia swojej seksualności, tak rzucającą się w oczy lekarzom z nią pracującym. I całkiem znośnie jej to wyszło. Jedna odstręczająca wyglądem, ale grająca swoim ciałem (w zamyśle twórców) w celu zwabienia ofiar, a druga zachwycająca wyglądem (również w zamyśle), ale całkowicie nieświadoma swojego ciała, poświęcająca się pracy i chłopakowi (w tej roli najbardziej profesjonalny z całej obsady Corbin Bleu, który niestety pojawiał się na ekranie jedynie sporadycznie). Obie kobiety połączy przyjaźń, potem jednostronne uczucie, które z czasem przejdzie w nienawiść i jak można się tego spodziewać rozpocznie się regularna jatka.

Efekty 3D to prawdziwa zmora współczesnych filmów grozy, oddzierająca seans z całego realizmu sytuacyjnego. Pikselowa krew bryzgająca na ekran to coś, co skutecznie zniechęca każdego, poszukującego w krwawym horrorze uczucia zniesmaczenia i szoku. Sytuacja dodatkowo się pogarsza, jeśli twórcy celowo uwypuklają tandetność efektów komputerowych, tak jak to zrobili w „Perwersyjnej siostrze”. Do finału mamy tylko dwie sceny mordów. Jedna bazuje na ogranym wykastrowaniu mężczyzny i zrzuceniu go na metalowy pal wbity w ziemię kilka pięter niżej (z obowiązkową bryzgającą na wszystkie strony pikselową krwią). A druga scena zabójstwa ojczyma Danni już bardziej oszczędnie stawia na farmakologiczne unieruchomienie ofiary i spowodowanie kolizji samochodowej. Jak można się było tego spodziewać obie te w zamyśle mocno krwawe i odstręczające sceny jedynie mnie zirytowały. Dlatego też z ulgą przyjęłam późniejsze skupienie się akcji na relacjach pomiędzy Abby i Danni, ze szczególnym wskazaniem na wrabianie tej drugiej w morderstwa. Te wydarzenia miały w sobie więcej z thrillera, aniżeli horroru, dodatkowo okraszonego sporą dawką humoru (infantylna szefowa działu kadr, rozklejająca po całym szpitalu uśmiechnięte buźki naprawdę mocno mnie rozbawiła), ale pomimo swojej wtórności wypadały o niebo lepiej od tego żałosnego, taniego pseudo horrorowego efekciarstwa. Szkoda, że ono wróciło ze zdwojoną siłą w jakże pełnym akcji finale. Regularna demolka w szpitalu, który aż spływał sztuczną posoką to kolejny dowód na to, że przesadne epatowanie efektami komputerowymi zabija wszelkie emocje, jakich tylko mógłby nam dostarczyć krwawy horror, pozostawiając jedynie trudną do opanowania irytację.

Nie spodziewałam się wiele po „Perwersyjnej siostrze” i też wiele nie dostałam. Ot, znak naszego pokolenia – maksymalnie efekciarski i wyjałowiony z wszelkich emocji film, w którym liczy się tylko pikselowa krew i dynamiczna akcja. Twórcy ciekawie kombinowali z celowym przejaskrawieniem antagonistki, realizacji i humoru oraz świadomymi kontrastami, ale w pewnym momencie tak ich poniosło, że naprawdę ciężko było mi wytrwać do końca seansu. Poszukującym stricte horrorowej rozrywki szczerze ten film odradzam, ale osoby lubujące się w produkcjach eksperymentujących z realizacją i konwencją oraz rzecz jasna niezrażające się kiczowatymi efektami komputerowymi mogą chyba zaryzykować.

wtorek, 22 lipca 2014

„Kuba Rozpruwacz” (1988)


Rok 1888, dzielnica Whitechapel w Londynie. Prostytutka, Mary Ann Nichols, zostaje bestialsko zamordowana. Komisarz policji, Charles Warren, oddaje sprawę inspektorowi Frederickowi Abberline’owi, który nawet nie przypuszcza, że waz ze swoim asystentem, George’m Godley’em, stoi przed najtrudniejszym dochodzeniem w całej swojej karierze. Kiedy zaczynają ginąć kolejne prostytutki, a przerażeni ludzie wychodzić na ulicę Abberline, naciskany przez swojego przełożonego i premiera obstawia mundurowymi niemalże całą Whitechapel, co i tak nie przynosi pożądanego rezultatu. Korzystając z pomocy jasnowidza, Roberta Jamesa Leesa, inspektor trafia na trop aktora Richarda Mansfielda, który obecnie gra główną rolę w jakże pasującej do ówczesnego londyńskiego koszmaru, sztuce pt. Doktor Jekyll i pan Hyde”. Podejrzenia Abberline’a skupiają się również na George’u Lusku, który podżega londyńską biedotę do powstania przeciw władzy. Natomiast, kiedy inspektor zaczyna korzystać z pomocy wybitnego lekarza rodziny królewskiej, Sir Williama Gulla, jego uwagę zwraca stangret John Netley i zięć Gulla, doktor Acland. Jednak najbardziej przerazi go trop prowadzący do księcia Alberta, który wedle plotek często odwiedzał dom publiczny w Whitechapel.

Brytyjski „Kuba Rozpruwacz” Davida Wickesa powstał w setną rocznicę morderstw w dzielnicy Whitechapel w formie dwuodcinkowego miniserialu i jak dotychczas w moim mniemaniu stanowi najrzetelniejsze filmowe kompendium wiedzy o historycznych, acz jakże przerażających wydarzeniach z epoki wiktoriańskiej. Nagrodzony Złotym Globem za wspaniałą kreację Michaela Caine’a i Emmy za najlepsze fryzury. Ponadto nominowany do kolejnych dwóch Złotych Globów i Eddie’go. Po przeczytaniu kompletnej historii Kuby Rozpruwacza spisanej przez najpopularniejszego badacza tego przypadku, Paula Begga, byłam przekonana, że w zalewie tych wszystkich plotek, legend i faktów krążących wokół tej sprawy nie ma możliwości wiernie oddać tego wszystkiego na ekranie. I David Wickes, oczywiście sporo opuścił – na przykład zabrakło zeznań świadków przebywających na miejscach zbrodni chwilę przed i chwilę po którymś z morderstw. Ponadto twórcy nie wspomnieli o uporczywym przesłuchiwaniu marynarzy. I wreszcie zabrakło ważnego dla ówczesnego dochodzenia zatrzymania elegancko odzianego mężczyzny, w pobliżu miejsca zbrodni, którego jednak nie zdecydowano się zabrać na posterunek. To oczywiście niektóre z wydarzeń mających miejsce w trakcie śledztwa tropem Kuby Rozpruwacza zdaniem Paula Begga, ale to wcale nie znaczy, że to on przekazał opinii publicznej kompleksową prawdę. Być może bliższy faktów był właśnie David Wickes, który wspólnie z Derekiem Marlowe’m, jak sam twierdzi, napisał scenariusz w oparciu o oficjalne dokumenty Scotland Yardu, w finale oczywiście dodając coś od siebie.

W trakcie tego długaśnego seansu miałam nieodparte wrażenie, że tylko Brytyjczycy mogli w tak wiernym stylu oddać klimat czasów wiktoriańskich. W przeciwieństwie do amerykańskiego, płynnego pod kątem atmosfery „Z piekła rodem”, w „Kubie Rozpruwaczu” bez przerwy odczuwa się pewną angielską toporność. Widać ją w egzaltowanym aktorstwie, ostrych konturach, konserwatywnych kostiumach i oszczędnym, jak na XIX wiek brudzie. Absolutnie nie uświadczymy tutaj tej sławetnej rozdmuchanej, hollywoodzkiej aury. Brytyjskość tego kryminału przebija zewsząd, tworząc naprawdę miłe dla oka widowisko, które zapewne dla osób przyzwyczajonych do efekciarskich amerykańskich superhitów okaże się całkowicie niezjadliwe, ale z pewnością zadowoli koneserów tych osobliwych europejskich kryminałów. Klimat znacznie potęguje, w moim mniemaniu, mistrzowska, melancholijna ścieżka dźwiękowa, skomponowana przez Johna Camerona oraz rzecz jasna jakże zbliżona do historycznego tła tego feralnego dla Londynu roku 1888 rewolucyjna postawa jego mieszkańców. 

Cała akcja filmu skupia się na drobiazgowym śledztwie inspektora Fredericka Abberline’a, który wraz ze swoim asystentem, George’m Godley’em, systematycznie podąża od jednego podejrzanego do drugiego. Jego dochodzenie nabiera tempa po rozmowie z jasnowidzem, Leesem, z usług którego korzysta królowa Wiktoria. Mężczyzna zdradza mu, że miał wizję, w której ujrzał człowieka o dwóch twarzach. Ilustratorka, Emma Prentiss (znakomita Jane Seymour), z którą Abberline swego czasu miał romans i miejscowy dziennikarz zabierają Leesa na teatralną adaptację powieści Roberta Louisa Stevensona pt. „Doktor Jekyll i pan Hyde”. Wówczas to jasnowidz, ku swojemu przerażeniu widzi znanego aktora, Richarda Mansfielda, zmieniającego swoje oblicze na identyczne z jego wizji (bardzo przekonujące, płynne efekty komputerowe). To był pierwszy wątek, który pozytywnie mnie zaskoczył (notabene w 1990 roku Wickes wyreżyserował filmową adaptację książki Stevensona również z Caine’m w roli głównej). Otóż, filmy i książki zainspirowane działalnością Kuby Rozpruwacza na ogół opuszczają fakt zbieżności tego przedstawienia w Londynie z krwawymi mordami prostytutek (ostatnią książką, którą czytałam i która o tym wspomniała była „Autobiografia Kuby Rozpruwacza”, którą notabene zapewne napisał sam Paul Begg). Richard Mansfield, jak można się było tego spodziewać trafia na sam szczyt listy podejrzanych Abberline’a, ale inspektor sprawdza też kilka innych zamieszanych w sprawę osób. Przede wszystkim rewolucjonistę, George’a Luska. Jego liderska działalność była pretekstem dla twórców do oddania ówczesnych nastrojów londyńskiej społeczności, która w obawie przed nieuchwytnym psychopatą wyszła na ulicę. Cieszy mnie, że scenarzyści nie zapomnieli o tych wydarzeniach, bo właśnie owe strajki najsilniej przyczyniły się do nieśmiertelności tego seryjnego mordercy. Z uwagi na fakt, że prostytutki z Whitechapel były patroszone z chirurgiczną precyzją wielotorowe śledztwo Abberline’a skupiało się również na ludziach mających jakieś przeszkolenie z zakresu medycyny – studentów tego kierunku, rzeźników, lekarzy, artystów itp., co z czasem kazało mu szukać porady o najznakomitszego lekarza w Wielkiej Brytanii, który świadczył swoje usługi również rodzinie królewskiej. William Gull stał się dla Abberline’a kimś w rodzaju mentora, a nawet dzięki swoim teoriom na temat rozdwojenia osobowości kimś na kształt dzisiejszego profilera.

Zadziwiające, że Wickesowi w jeden trzygodzinny film udało się wtłoczyć wszystkie ważniejsze aspekty śledztwa tropem Kuby Rozpruwacza, ze szczególnym wskazaniem na głównych podejrzanych Abberline’a. Nie zapomniał nawet wspomnieć o chwilowych podejrzeniach księcia Alberta i teorii, że morderców tak naprawdę było dwóch. W trakcie seansu jedynie parę, mniej znaczących faktów opuszczono bądź odrobinę zmodyfikowano, ale w finale zaserwowano nam już czystą fantazję (choć niejednego propagatora teorii spiskowych może ona przekonać), co w tego rodzaju kryminale było chyba potrzebne. Wszak widzowie zawiedliby się, gdyby twórcy nie pokusili się o jakieś, choćby fikcyjne z punktu widzenia historii rozwiązanie tej zagadki. Wedle oficjalnych informacji Wickes nakręcił kilka różnych wariantów finału, a mnie przyszło zobaczyć UWAGA SPOILER ten znany mi już z „Z piekła rodem”, choć różniący się paroma szczegółami. Hmm, już wiem, skąd Hughesowie czerpali inspirację… KONIEC SPOILERA. No, i na koniec bardzo cieszyło mnie odżegnanie się twórców od plotek, że jakoby ostatnia ofiara Kuby Rozpruwacza była w ciąży. Wiele źródeł upiera się przy tej teorii, więc poważni „rozpruwaczologowie” mają spory problem z prostowaniem tych fantastycznych pogłosek.

Moim zdaniem ten obraz, poza zakończeniem, to całkiem wierne kompendium wiedzy o śledztwie tropem Kuby Rozpruwacza. Parę faktów oczywiście pominięto, co nieco dodano, a wiele rzeczy z punktu widzenia współczesnych śledczych się zdezaktualizowało (na przykład listy od mordercy oraz połowa nerki przesłana Luskowi, które wedle niektórych „rozpruwaczologów” albo nie miały miejsca, albo były fałszywkami), ale summa summarum obraz Davida Wickesa prezentuje się naprawdę zacnie. I to pod kątem prawdziwości historycznej, jak i klimatu i skrupulatności w podejściu do dochodzenia Abberline’a. Dla osób pasjonujących się przypadkiem Kuby Rozpruwacza jest to wręcz produkcja obowiązkowa, ale ci, którzy nie znają tej historii, a nie mają czasu na czytanie książek również mogą śmiało zacząć od tego obrazu. Choć radzę nikomu nie spodziewać się porywających efektów specjalnych, licznych zwrotów akcji, czy dynamicznej fabuły – to nie jest tego rodzaju kryminał!

poniedziałek, 21 lipca 2014

Anna Jansson „Kruchy lód”


Czternastoletnia córka pastora z Kronviken, Cecilia Stahl, zostaje zamordowana. Sprawę prowadzi inspektor kryminalna Maria Wern. Już na wstępnym etapie śledztwa policja odkrywa, że lista podejrzanych jest długa. Ofiara po stracie matki przed laty walczyła o uwagę ojca ze swoją macochą, Reidun – znajdowała przyjemność nie tylko w ranieniu jej, ale również nauczycieli i rówieśników. Z czasem sprawę dodatkowo komplikują tropy, prowadzące do nielegalnego imigranta z Egiptu, z którym Cecilia miała się spotkać tuż przed śmiercią.

„Kupowany czas jest taki ubogi dla duszy. Wyzuty z wartościowych treści. Zjawisko to można nazwać wzmagającym się konsumpcjonizmem. Siła przyzwyczajenia staje się ogromna, dawki wzrastają wraz z cenami, a czas staje się towarem deficytowym. Deficyt czasu, deficyt miłości, deficyt snu i wartościowych treści, by wymienić tylko kilka chorób współczesnej cywilizacji.”

Po zapoznaniu się z pierwszą wydaną w Polsce częścią kryminalnej serii szwedzkiej pisarki, Anny Jansson, która doczekała się swojej serialowej adaptacji, wiedziałam, że na dłużej zatrzymam się przy jej prozie. W zalewie tych wszystkich skandynawskich kryminałów naprawdę ciężko jest znaleźć coś, co wyróżniałoby się na tle innych. Taką innowacyjność odnalazłam w „Ofiarach z Martebo” i liczyłam, że w kolejnej części Jansson podejdzie do problematyki swojej książki w równie zaskakującym, jak na tego rodzaju literaturę, stylu. Za to w najśmielszych marzeniach nie podejrzewałam, że „Kruchy lód” przebije fabularnie poprzedni tom przygód inspektor kryminalnej Marii Wern.

Oryginalność Anny Jansson tkwi przede wszystkim w narracji, która w przeciwieństwie do innych kryminałów więcej miejsca poświęca osobom zamieszanym w śledztwo, aniżeli prowadzącej owo dochodzenie. Taki zabieg w połączeniu z wnikliwym spojrzeniem na rzeczywistość, uosabianym przez często wtrącane w akcję umoralniające wywody autorki, wymaga od czytelników tego rodzaju prozy całkowicie innego nastawienia, niż to, do którego przywykli. Poza finałem nie ma tutaj porywających zwrotów akcji, czy gęsto ścielących się trupów. Jest spokojne, chwilami wręcz leniwe dochodzenie, w którym najważniejszą rolę odgrywają głębokie charakterologicznie postaci, które skrywają przed światem swoje prawdziwe oblicza.

„Jak daleko można się posunąć w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania dotyczące kwestii egzystencjalnych? Gdzie przebiega granica normalności? Co jest chore, a co zdrowe?”

Oto mamy małe, senne miasteczko Kronviken w iście skandynawskiej zimowej scenerii. Przez pierwsze sto stron autorka najsilniej skupia się na rodzinie Stahlów. Pastorze Johanessie, który po śmierci swojej pierwszej żony nie wahał się przed rozpieszczaniem córki, dając jej wszystko, czego zapragnie. Takie metody wychowawcze w mniemaniu jego drugiej wybranki życiowej, Reidun, zepsuły dziewczynę. Teraz, kiedy Cecilia weszła w okres dojrzewania zaczęła wykorzystywać swoje szerokie oddziaływanie na ojca, rówieśników i nauczycieli. Dom Stahlów zamienił się w pole bitwy, w której terroryzowana przez pasierbicę Reidun stanęła na straconej pozycji, bowiem Johaness nie dopuszczał do siebie myśli, że jego córeczka mogłaby komukolwiek zaszkodzić. Tymczasem jej kłamstwa pozbawiły właśnie pracy nauczyciela wychowania fizycznego, Svante Henningssona. Niesłusznie oskarżony o pedofilię, wyrzucony z pracy i borykający się z ostracyzmem mieszkańców Kronviken zdecydował się na ten ostatni samobójczy krok. Kolejnym celem nastoletniej manipulantki ma być opóźniony umysłowo, wychowywany przez babcię, Rune Villman , który niczym bohater „Pachnidła” Patricka Suskinda z upodobaniem oddaje się swojemu kontrowersyjnemu hobby – śledzi młode dziewczyny, wabiony ich zapachami, bowiem dzięki swojemu wrażliwego węchowi czuje feromony uwalniane przez pory ich skóry. Zdenerwowana jego zachowaniem Cecilia postanawia zasugerować społeczeństwu, że podobnie jak Svante chłopak ma wyraźne zapędy pedofilskie. Przy okazji tych wątków Jansson zauważa jak łatwo jest w dzisiejszych histerycznych czasach zniszczyć niewinnego człowieka. W końcu wystarczy plotka, aby oskarżony został odrzucony przez społeczeństwo, bez możliwości całkowitego oczyszczenia się z zarzutów. Przed wymiarem sprawiedliwości może tak, ale według autorki „raz zasiane ziarno zwątpienia” w umysłach społeczeństwa już zawsze będzie kiełkować. Kiedy otruta cyjanowodorem Cecilia zostaje rozczłonkowana przez pędzący pociąg akcja tylko czasowo będzie się skupiać na pracy i życiu rodzinnym inspektor Marii Wern. W zgodzie ze swoim nowatorskim podejściem Jansson najwięcej uwagi poświęci postaciom drugoplanowym, przede wszystkim najbliższej przyjaciółce ofiary, Amandzie Myrbacke. Dziewczyna, która u boku Cecilii cieszyła się dużą popularnością w szkole teraz została odrzucona przez rówieśników. Aby jakoś zrehabilitować się w ich oczach nawiązuje kontakt na Lunarstorm, szwedzkim portalu społecznościowym, z osobą podpisującą się nickiem Yourlove. Wie, że jej przyjaciółka przed śmiercią prowadziła z nim długie rozmowy internetowe i ten fakt ostatecznie przekonuje ją, że ten ponoć siedemnastoletni chłopak mówi prawdę, obiecując jej karierę w modelingu. Kiedy postanawia się z nim spotkać czytelnik już wie, że oto mamy do czynienia z seryjnym mordercą, wykorzystującym zdobycze techniki w polowaniu na dziewczyny. Pytanie tylko, kto jest sprawcą? Anna Jansson ma tę rzadką zdolność niewyobrażalnego wręcz mnożenia podejrzanych. Im więcej osób z otoczenia panny Stahl spotyka Maria tym bardziej utwierdza się w przekonaniu, że właściwie wszyscy mieli motyw. Czy to zauroczony nią wychowawca, czy żona niesłusznie oskarżonego o pedofilię Svante, czy wreszcie terroryzowana macocha i nielegalny imigrant z Egiptu. Każdy miał powody, aby pozbyć się wyrachowanej nastolatki, ale osoba, którą ostatecznie wybrała autorka zaskakuje nie tylko swoją tożsamością, ale również najsilniejszym, umykającym mi przed zakończeniem motywem, uwiarygodniającym jej zbrodnie.

„Kruchy lód” to podobnie jak „Ofiary z Martebo” idealna propozycja dla osób poszukujących ambitnych kryminałów, które tak samo jak na śledztwie skupiają się na zwyczajnych problemach prostych ludzi w aktualnych realiach tej chorej rzeczywistości. Absolutnie nie jest to lektura dla sympatyków typowych thrillerów detektywistycznych – styl Jansson pretenduje do czegoś głębszego, a przy tym bardziej innowacyjnego. Według mnie proza tej pani znacznie wyróżnia się na tle innych skandynawskich kryminałów i choćby za to należą się Jansson brawa, a przecież powodów do aplauzu jest więcej…

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 19 lipca 2014

„Porwani przez obcych” (1998)


Rodzina McPhersonów wraz z osobami towarzyszącymi spotyka się na kolacji z okazji Święta Dziękczynienia. Kiedy gasną światła trzech braci wychodzi na zewnątrz, aby sprawdzić bezpieczniki. Ku swojemu przerażeniu natrafiają na statek istot pozaziemskich, którym zakłócają eksperymentowanie na ciele krowy. Ich pośpieszny powrót do domu i fantastyczna opowieść, którą przekazują reszcie członków rodziny początkowo nikogo nie przekonują. Dopiero taśma z nagraniem feralnych wydarzeń z zewnątrz wywołuje panikę. Sytuacja dodatkowo pogarsza się, gdy Obcy zaczynają prezentować swoje moce oraz podejmują próby wejścia do domu.

W 1989 roku Dean Alioto nakręcił przeszło godzinny found footage o ataku Obcych, zatytułowany „U.F.O. Abduction”, który nie cieszył się wielkim zainteresowaniem wśród widzów. Dopiero w 1998 roku reżyserowi udało się pozyskać wystarczający budżet do nakręcenia filmu podejmującego ten temat. Telewizyjny horror science fiction pt. „Porwani przez obcych” Alioto również utrzymał w raczkującej wówczas stylistyce „kręcenia z ręki” i mockumentary. Co zaskakujące pomimo niewielkiego budżetu produkcji tej udało się wywołać w Stanach Zjednoczonych lekkie kontrowersje. Alioto wyciął napisy końcowe (które dodał dopiero jakiś czas później) i wtłoczył w rzekomo znalezione w domu McPhersonów nagranie, obrazujące ich kilkugodzinną walkę z istotami pozaziemskimi, komentarze „ekspertów”, uwiarygodniające autentyczność taśmy. W efekcie spore grono obywateli USA uległo sile sugestii – ot, taka powtórka z radiowej audycji „Wojny Światów” Orsona Wellesa z 30 października 1938 roku tylko na mniejszą skalę. A pamiętajmy, że były to czasy sprzed powstania utrzymanego w podobnej konwencji „Blair Witch Project”, który dzięki większej kampanii oszukał pokaźniejszą ilość widzów, ale wcale nie był pierwszym tego rodzaju przedsięwzięciem filmowym, jak co poniektórzy chcieliby myśleć. Alioto wpadł na to rok wcześniej i dopiero reakcja bardziej sceptycznych od Amerykanów Nowozelandczyków, którzy rozpoznali aktorów grających w „Porwanych przez obcych” zdekonspirowała Deana Alioto. W polskiej telewizji film wyświetlono już z napisami końcowymi.

Wydaje mi się, że tak mała popularność „Porwanych przez obcych” w Polsce jest przede wszystkim wynikiem małego budżetu i jednorazowego wyświetlenia w telewizji, bowiem o niskiej jakości nie może tutaj być mowy. Ten film w każdym aspekcie dyskredytuje komercyjny „Blair Witch Project”! Więcej: gdyby wszystkie „kręcone z ręki” produkcje prezentowały się tak, jak ta pewnie zapałałabym sympatią do tej, jak dotąd, mocno irytującej mnie mody. Dean Alioto dokonał czegoś wręcz niebywałego – napisał fantastyczny scenariusz i pomimo niewielkiego budżetu (albo może dzięki niemu) w mocno realistycznym stylu oddał go na małym ekranie.

Historia rodziny McPhersonów, pokazana nam za pośrednictwem kamery jej szesnastoletniego członka, w gatunku science fiction nie odznacza się niczym oryginalnym. Alioto wręcz uparcie podąża utartym schematem, ale robi to tak sprawnie, że zamiast nużyć brakiem większej inwencji zwyczajnie zatapia widza w swojej opowieści. Właściwie od początku wiemy, jak zakończy się koszmar McPhersonów i ich partnerów, ale to wcale nie przeszkadza nam w utożsamieniu się, a co za tym idzie dopingowaniu protagonistom w ich nierównej walce. Akcja, niczym w home invasion, w całości rozgrywa się w stojącym na uboczu domu i jego okolicach. Taki zabieg w połączeniu z brakiem prądu, a więc niemożnością telefonicznego, czy radiowego skontaktowania się ze światem zewnętrznym pomógł twórcom w stworzeniu mocno klaustrofobicznego klimatu pułapki bez wyjścia. Zaskoczyła mnie również stylistyka found footage, która w innych filmach, przez zbyt dużą chwiejność obrazu na ogół mnie razi. Tutaj również nasz nastoletni operator często kierował oko kamery w ściany i podłogi, ale Alioto dzięki temu udało się wprowadzić w akcję swego rodzaju aurę paranoi, co w połączeniu z mroczną kolorystyką robi naprawdę piorunujące wrażenie – w przeciwieństwie do innych horrorów z tego nurtu. Aby natchnąć tę produkcję jeszcze większym realizmem twórcy, co jakiś czas przerywali seans ostrzeżeniem o drastyczności następnych scen (choć naprawdę brutalne nie były) oraz komentarzami rzekomych specjalistów, którzy badali autentyczność nagrania McPhersonów przed jego podaniem do publicznej wiadomości. Co paradoksalne realizm „Porwanych przez obcych” tkwi również w obrazowaniu przybyszów z Kosmosu. Ilekroć w polu widzenia pojawia się jakiś kosmita kontury jego wizerunku mocno się rozmywają, tak jakbyśmy patrzyli na jego sylwetkę przez mgłę. To powinno mnie denerwować, bo zawsze optowałam za dosłownością, ale tutaj również zaskoczyłam samą siebie winszując takiemu zabiegowi. W końcu niski budżet nie pozwalał na porywające efekty komputerowe, czy przekonujące kostiumy, a więc twórcy zdecydowali się na najlepsze z możliwych wyjść – pokazać tyle, aby zaakcentować obecność nieznanego, ale równocześnie tuszując ewentualne niedoróbki kiepską jakością obrazu.

Z tych kilku zamazanych manifestacji Obcych wnoszę, że rodzinie McPhersonów zagrażały Szaraki, ale mogę się mylić, bo naprawdę nie sposób im się dokładnie przyjrzeć. Dzięki ich nadprzyrodzonym zdolnościom mamy okazję podejrzeć kilka naprawdę niepokojących scen. Dziewczyna jednego z McPhersonów, Renee, (znakomita Emmanuelle Chriqui, znana mi z „Drogi bez powrotu”) traci przytomność, toczy pianę z ust i dostaje drgawek. Pomimo przepalonych bezpieczników wszystkie urządzenia elektryczne, co jakiś czas się włączają. Czerwone lasery kosmitów palą skórę swoich celów. Rozlegający się nagle piszczący dźwięk ogłusza naszych protagonistów, którzy też z czasem dostają krwotoków z nosa. Ale i tak największą siłą tego filmu są relacje międzyludzkie i namacalna wręcz panika niemalże wszystkich członków rodziny. Nie wiem, jakim cudem dysponując tak niskim budżetem Alioto udało się opłacić tych owszem mało znanych, ale jakże profesjonalnych warsztatowo aktorów. Patrząc na ich silne przerażenie momentami naprawdę można uwierzyć, że ogląda się amatorską relację z koszmaru prawdziwej, nie fikcyjnej rodziny. Z tej całej gromadki zdecydowanie najciekawsza charakterologicznie była mała Rosie, która po podejrzeniu martwego kosmity nabiera dziwnych jak na swój wiek cech. Komentarz zamieszczony przez psychologa sugeruje opętanie, a patrząc na jej nieludzkie opanowanie i próby uspokajania dorosłych można chyba śmiało przyjąć tę tezę. Poza tym znalazło się również miejsce dla blond panikary, odważnego awanturnika, racjonalnego (jak na warunki, w których się znalazł) Afroamerykanina, matkę alkoholiczkę, która myślała jedynie o winie, nawet po zniknięciu jej synów i tak dalej, bowiem nasza rodzinka jest naprawdę liczna.

Moim zdaniem wszystko w „Porwanych przez obcych” stoi na naprawdę wysokim poziomie, pomimo niskiego budżetu. Amatorska realizacja wespół z ciemną kolorystyką i miejscami chwiejnym obrazem tworzą naprawdę mroczną atmosferę wszechobecnego szaleństwa. Ciekawe charakterologicznie postaci znacznie urozmaicają seans, a oszczędne epatowanie efektami specjalnymi i stylizacja na autentyczność nagrania mocno wzmagają realizm sytuacyjny. Naprawdę jestem w szoku, że ten horror odbił się tak cichym echem na opinii publicznej, bo jest naprawdę niebywały!