Stronki na blogu

wtorek, 12 sierpnia 2014

„Gallows Hill” (2013)


David Reynolds przebywa wraz z rodziną w Bogocie. Podczas ulewy mają wypadek samochodowy. Ranna zostaje jedynie narzeczona mężczyzny, Lauren. Chociaż przebywają z dala od cywilizacji nie muszą długo szukać schronienia. Nieopodal miejsca kolizji natrafiają na zaniedbany dom, zamieszkały przez starszego mężczyznę, Felipe. Po ulokowaniu nieproszonych gości w salonie właściciel i Reynolds wychodzą po drewno. Tymczasem córka Davida, Jill i jej chłopak Ramon, zwabieni słabym głosikiem schodzą do piwnicy. Ku swojemu przerażaniu odkrywają, że Felipe więzi tam małą dziewczynkę. Postanawiają ją uwolnić, tym samym sprowadzając na siebie wielkie zagrożenie.

Victor Garcia, reżyser „Gallows Hill” (znanego też pod tytułem „The Damned”) ma już na koncie kilka horrorów, przy czym każdy z nich to zwyczajny „zapychacz czasu” i co ważne każdy podpina się pod markę innych filmów. W omawianym gatunku ten hiszpański twórca dotychczas kręcił jedynie sequele, tak znanych produkcji, jak „Wysłannik piekieł”, „Dom na Przeklętym Wzgórzu” i „Lustra”. Tym razem, dysponując wyższym budżetem, niż zwykle postawił na coś swojego i muszę przyznać, że niezmiernie mnie zaskoczył tak wysokim poziomem. „Gallows Hill” pierwotnie miało mieć swoją premierę w 2013 roku, ale ostatecznie trafiło na szerszy rynek rok później (nie licząc premiery na festiwalu filmowym), tym samym stając się najlepszym tegorocznym horrorem, jaki dotychczas widziałam.

Film od początku do końca trzyma się utartego w kinie grozy schematu, Garcia w żadnym momencie nie stara się zaskoczyć odbiorców. Już podczas pierwszych scen wiemy, jak to wszystko się potoczy, łącznie z finałem, który zatracił element zaskoczenia już w prologu. Realizacyjnie i fabularnie „Gallows Hill” przywodzi na myśl remake „Martwego zła”, ale twórcy dodają też coś od siebie, unikając równocześnie przesady w epatowaniu scenami gore. To wszystko pewnie zdeklasuje ten obraz w oczach poszukiwaczy jakichś mocno oryginalnych straszaków, ale mnie brak innowacyjności w najmniejszym stopniu nie zniechęcał. Co więcej w paru momentach złapałam się nawet na tym, że mimo, iż wiem, do czego to wszystko zmierza i tak daję się ponieść nastrojowi, który od początku do końca budowany jest w iście mistrzowskim stylu. Kolumbijska głusza, w trakcie ulewy i obskurne, zawilgocone wnętrza domostwa Felipe oraz mroczna kolorystyka obrazu stwarzają scenerię, od której wielbiciel kina grozy zapewne nie będzie mógł oderwać oczu. Ale nie to jest największym osiągnięciem twórców tylko zręczne manewrowanie kamerą i szybki montaż wespół z wyczuciem klimatu. To ostatnie najlepiej widać w scenie poszukiwania odnalezionej w piwnicy dziewczynki, Any Marii przez Lauren. Kobieta krąży po mrocznych pokojach mając za plecami kamerę, a towarzyszy jej delikatna wręcz niesłyszalna ścieżka dźwiękowa. Dzięki owym cichym tonom jump scena, która następuje w kulminacji ma jeszcze większą siłę oddziaływania. Kiedy protagoniści postanawiają uwolnić dziewczynkę obeznany z kinem grozy doskonale zdaje sobie sprawę, jak to się dla nich skończy. I choć nie zna dokładnych motywów postępowania jej ojca, Felipe, podskórnie czuje, że to nie on, jak podejrzewa nasza rodzinka, jest czarnym charakterem. Kiedy już Ana Maria wychodzi z piwnicy do długiej listy niebezpiecznych posunięć w horrorach obok między innymi wybierania bocznych dróg i zabierania autostopowiczów możemy sobie dopisać uwalnianie dzieci z zamknięcia. A bo nasza zaniedbana dziewczynka nie jest tym, na kogo wygląda. Obdarzona wielkimi mocami nie spocznie, aż nie wyeliminuje wszystkich, a efekty jej działań bardzo przypominają te z „Martwego zła”.

Wykorzystując swoją zdolność zaglądania w umysły ludzi początkowo dziewczynka dezorientuje swoich wrogów dekonspirowaniem ich głęboko skrywanych sekretów, z czasem przechodząc do bardziej zdecydowanych czynów. Bardzo cieszy mnie, że Garcia nie przesadził z efektami gore i ingerencją komputera. Te drugie widać w momentach zaczerniania twarzy opętanych i w moim zdaniem najlepszej scenie, rodem z „Egzorcysty”, w której połamana kobieta wolno sunie w kierunku chłopaka, po drodze poprawiając swoją chwiejącą się na złamanym karku głowę. Na uwagę zasługuje też mrożący krew w żyłach, skrzeczący, gruby głos Any Marii, którym co jakiś czas się posługuje – nie wiem, jak Was, ale mnie zawsze niepokoją byty, które posługują się takim głosem, aż ciarki przechodzą… Krwi jest trochę więcej, ale twórcy cały czas pilnują, aby nie zalewać nią ekranu, co zapewne skłoniłoby się w stronę groteski. I najważniejsze: jej kolor i konsystencja jest na tyle przekonująca, aby być może zniesmaczyć tych mniej obytych z kinem gore odbiorców. Jak można się tego spodziewać w drugiej połowie seansu atmosfera mrocznej tajemniczości zostanie wyparta przez większą, brutalną akcję, ale co zaskakujące napięcie i klimat grozy pozostaną. Naprawdę, mało który reżyser potrafi nie zatracić atmosfery w obliczu rąbanki, więc w tym aspekcie Garcia również mocno mnie zaskoczył. Jedyne, co mnie zastanawiało to postawa Moralesa, który znał tajemnicę Felipe i po jakimś czasie dołączył do naszych bohaterów. Twórcy nie wyjaśnili, dlaczego na początku udawał, że nie zna angielskiego – nie wiem, czy to ich niedopatrzenie, czy celowe, czymś usprawiedliwione zagranie.

Z obsady najbardziej wyróżnia się Peter Facinelli i Carolina Guerra. Najmniej podobała mi się Sophia Myles, która już w „Underworld” irytowała mnie swoją „kwadratową dykcją”, a tutaj niestety korzysta z niej jeszcze częściej. Natomiast zdecydowanie najtrudniejsza rola przypadła w udziale małej Julietcie Salazar, z której wywiązała się wręcz idealnie.

W roku, w którym filmowy horror sięgnął dna takie obrazy, jak „Gallows Hill” mocno się wyróżniają. Konwencjonalny, ale za to tak znakomicie zrealizowany straszak, zainspirowany „Martwym złem”, że aż trudno uwierzyć, iż miał swoją premierę w bieżącym, feralnym dla gatunku roku. Jak widać Garcii wystarczyło jedynie dać większy budżet niż dotychczas, aby pokazał, że bardzo dobrze rozumie gatunek, w obrębie którego tak bardzo lubi się poruszać. Oby częściej obdarzano go takim zaufaniem;)  

niedziela, 10 sierpnia 2014

Książki, które inspirowały twórców głośnych filmów grozy

Za rozwój kina grozy w dużym stopniu odpowiada literatura. Najbardziej znanym reżyserom horrorów zdarzało się nakręcić hit, którego scenariusz oparto na znanej powieści (czasami nawet przebijając pierwowzór). Poniżej przytaczam kilka przykładów takich powieści, które znacząco przyczyniły się do rozkwitu kina grozy, z wyłączeniem prozy Stephena Kinga. Nieraz już o tym autorze pisałam, zarówno w kontekście jego twórczości, jak i jej adaptacji filmowych, dlatego chciałabym uniknąć monotematyczności.

XIX wiek

Mary Shelley „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz” pierwsze wydanie: 1818 rok

Powieść angielskiej pisarki, która w wielu kręgach uważana jest za pierwszy utwór z gatunku science fiction. Książka opowiada o panu Frankensteinie, który dzięki rozwojowi nauki powołuje do życia potwora skazanego na samotną egzystencję. Fabuła zauważalnie jest odbiciem niepokojów młodziutkiej wówczas autorki („Frankensteina” pisała od osiemnastego do dwudziestego roku życia). Spisana stylem epistolarnym w gotyckim klimacie powieść traktuje o zgubnym wpływie rozwoju nauki i techniki na jednostkę z kompleksem Boga. Książka była wielokrotnie przenoszona na ekran i choć jak na razie żadna jej adaptacja nie oddała w całości geniuszu tej prozy to największym uznaniem cieszą się filmy z 1931, 1957 i 1994 roku.

Robert Louis Stevenson „Doktor Jekyll i pan Hyde” pierwsze wydanie: 1886 rok

Nowela szkockiego pisarza, która zrewolucjonizowała artystyczne postrzeganie dobra i zła. W XIX wieku o zaburzeniach tożsamości dysocjacyjnych potocznie znanych, jako rozszczepienie osobowości krążyło wiele teorii, ale nie każdy jeszcze dawał im wiarę. Sukces „Doktora Jekylla i pana Hyde’a”, pod koniec XIX wieku wielokrotnie wystawianego w teatrze jeszcze bardziej zaognił burzliwe dyskusje nad tego rodzaju chorobą psychiczną. Główny bohater historii Stevensona do przywoływania swojej drugiej, mrocznej strony wykorzystywał własnoręcznie wytworzoną miksturę, tym samym zahaczając o estetykę science fiction, co wcale nie przeszkadzało ówczesnym czytelnikom brać na wiarę aspektów stricte psychologicznych. Badacze literatury do dziś wielorako interpretują oś fabularną „Doktora Jekylla i pana Hyde’a”, a twórcy ochoczo przenoszą tę nowelę na ekran.

Bram Stoker „Dracula” pierwsze wydanie: 1897 rok

W czasach, w których gotycka literatura wampiryczna była dopiero w powijakach – pierwszy pisał na ten temat John Polidori w swoim utworze pt. „The Vampyre” – irlandzki pisarz, Bram Stoker po wieloletnim zbieraniu materiałów wydaje powieść, która ku zaskoczeniu wszystkich cieszy się przeogromną popularnością. Spisana stylem epistolarnym historia hrabiego Draculi, pożywiającego się ludzką krwią, pełna nieprzystającego do XIX-wiecznych obyczajów erotyzmu powieść arcydzieło, która przetrwała próbę czasu i do dziś cieszy się ogromną poczytnością. Wielu badaczy doszukuje się w postaci hrabiego Draculi cech hospodara włoskiego, żyjącego w latach 1431-1476, zwanego Władem Palownikiem, od krwawego procederu nabijania ludzi na pal, któremu z lubością się oddawał. Owa teoria jest dyskusyjna, głównie przez brak jakichkolwiek informacji, które sugerowałyby, że Stoker znał historię Palownika. W każdym razie, cokolwiek Stokera by nie inspirowało, książka zyskała międzynarodową popularność nie tylko w kręgach literackich, ale również w kinematografii. Do najpopularniejszych adaptacji filmowych należy plagiat „Draculi”, pt. „Nosferatu – symfonia grozy”, jego remake z 1979 roku, produkcja Toda Browninga z 1931 roku i hollywoodzki obraz Francisa Forda Coppoli z 1992 roku.

XX wiek

Jack Finney „Inwazja porywaczy ciał” pierwsze wydanie: 1955 rok

Czołowa pozycja literatury science fiction z naleciałościami horroru, która była swoistym odbiciem niepokojów trawiących amerykańskie społeczeństwo lat 50-tych. Akcja rozgrywa się w małym miasteczku, którego mieszkańcy podczas snu za pośrednictwem nasion z Kosmosu są zastępowani odczłowieczonymi duplikatami. Tak więc największą siłą tej powieści jest klimat małomiasteczkowej paranoi. Pierwotnie Finney publikował tę historię w odcinkach w 1954 roku w Colliers Magazine, ale jej poczytność przyczyniła się do wydania w formie książkowej rok później. Powieść doczekała się kilku ekranizacji i adaptacji, z których największym uznaniem cieszą się wersje z 1956 i 1978 roku.

Shirley Jackson „Nawiedzony” pierwsze wydanie: 1959 rok

Arcydzieło Shirley Jackson do dziś uważane jest za jedną z najlepszych powieści o duchach, a to głównie za sprawą pięknego języka, jakim operuje autorka i niejednoznacznej, dosyć innowacyjnej na początku drugiej połowy XX-wieku fabuły. Wydarzenia mające miejsce w Nawiedzonym Domu na Wzgórzu, rysowane z punktu widzenia głównej, infantylnej bohaterki pozostawiają szerokie pole do interpretacji. Nawet po skończonej lekturze tak do końca nie wiemy, czy niepokojące zjawiska, którym świadkowaliśmy miały coś wspólnego ze sferą paranormalną, czy były zwyczajnym odbiciem zwichrowanej psychiki czołowej protagonistki. Ale za jaką interpretacją byśmy się nie opowiedzieli jedno jest pewne: powieść równie mocno niepokoi na obu frontach. Prozę Jackson przenoszono na ekran dwa razy w 1963 i 1999 roku, ale na uwagę zasługuje jedynie ta pierwsza ekranizacja, która moim skromnym zdaniem wpisuje się do grona istnych arcydzieł kina grozy.

Robert Bloch „Psychoza” pierwsze wydanie: 1959 rok

„Psychoza” jest typowym przykładem thrillera, ale za sprawą głośnego dzieła Alfreda Hitchcocka z 1960 roku pośrednio przyczyniła się do rozkwitu filmowego horroru. Po filmie kinematografia zaczęła być wręcz zalewana produkcjami traktującymi o rozdwojeniu osobowości, a niektórzy uważają (ja też się do nich zaliczam), że produkcja Hitchcocka dała podwaliny pod jakże popularny nurt horroru zwany slasherem. Historii Normana Batesa, pierwotnie zainspirowanego prawdziwym seryjnym zabójcą, Edem Geinem, pewnie nikomu nie trzeba przypominać, bo to jeden z czołowych morderców w historii literatury i kinematografii.

Ira Levin „Dziecko Rosemary” pierwsze wydanie: 1967 rok

Najpopularniejsza powieść Iry Levina, a to głównie za sprawą ekranizacji Romana Polańskiego z 1968 roku. Mało obyty wówczas z przenoszeniem prozy na ekran reżyser starał się jak najdokładniej oddać myśli Levina. W ten sposób powstała jedna z najwierniejszych ekranizacji, jaką dane mi było obejrzeć. Drobne zmiany oczywiście są, głównie w finale (który moim zdaniem jest lepszy niż w książce), ale i tak daleko idącej wierności, która ponoć zaskoczyła nawet samego autora, nie można filmowi odmówić. Choć książka napisana jest typowym dla Levina prostym stylem jej siła tkwi w klimacie wielkomiejskiej paranoi i mistrzowskim suspensie. Psychologia i satanizm przeplatają się tutaj w tak znakomicie subtelny, acz dający do myślenia sposób, że raczej nie dziwi jej ciągle niesłabnąca popularność.

William Peter Blatty „Egzorcysta” pierwsze wydanie: 1971 rok

Studiując na Uniwersytecie Georgetown, William Peter Blatty usłyszał o egzorcyzmach odprawianych przez jezuitę Williama S. Bowderna, co zainspirowało go do napisania powieści o opętaniu dwunastoletniej dziewczynki, której matka nie znajdując pomocy u psychologów zwraca się do księdza, który z kolei za pośrednictwem Watykanu sprowadza do niej znanego egzorcystę. Pierwsza połowa powieści w całkiem zgrabny sposób bazuje na atmosferze tajemniczości, urozmaicanej kilkoma niepokojącymi zdolnościami opętanej dziewczynki. Natomiast druga jest dosyć suchym zapisem wyobrażonych przez Blatty’ego egzorcyzmów. Powieść czyta się całkiem znośnie, ale nie dostarcza jakichś nadzwyczajnych emocji, dlatego też jestem przekonana, że gdyby nie ponadczasowa ekranizacja Williama Friedkina, na podstawie scenariusza samego Blatty’ego książka pewnie nie przetrwałaby próby czasu. Film zdeklasował prozę, a to się rzadko zdarza. Nadał jej rozgłosu, ale z drugiej strony nie należy zapominać, że raczej by nie powstał bez niej i choćby za to należy się książce Blatty’ego szacunek.

piątek, 8 sierpnia 2014

„Bal maturalny” (1980/2008)


Dziesięcioletnia Robin ginie podczas zabawy ze starszymi od niej dziećmi, Wendy, Nickiem, Kelly i Jude, którzy w obawie przed konsekwencjami ukrywają swój udział w tej sprawie. Sześć lat później cała czwórka dostaje telefon z pogróżkami, od kogoś, kto wie, co zrobili w dzieciństwie. Słuchawkę podnoszą tylko dwie dziewczyny, które nie biorą sobie do serca słów nieznajomego. Są zajęte, podobnie jak inni licealiści, przygotowaniami do zbliżającego się balu maturalnego. Córka dyrektora, Kim, wybiera się na zabawę ze swoim chłopakiem Nickiem, nie wiedząc jeszcze, że chłopak przed laty przyczynił się do śmierci jej młodszej siostry. Ale wie to ktoś, kto nie zawaha się pomścić Robin.

„Bal maturalny” Paula Lyncha został okrzyknięty najbardziej dochodowych horrorem kanadyjskim roku 1980. Na jego publikę składali się przede wszystkim widzowie kin samochodowych, pragnący popularnej wówczas, niewymagającej myślenia rozrywki, jakiej niewątpliwie dostarczały slashery. Pomimo nieprzychylnych opinii krytyków film odniósł na tyle duży sukces, że w późniejszych latach doczekał się trzech sequeli.

Film rozpoczyna nowoczesna zabawa w chowanego w opuszczonym budynku, z szukającym udającym mordercę. Kiedy gra wymyka się spod kontroli ginie dziesięcioletnia Robin, a czworo jej mimowolnych oprawców zawiązuje pakt milczenia (czyżby twórcy „Koszmaru minionego lata” czerpali z „Balu maturalnego”?). Sześć lat później akcja skupi się przede wszystkim na siostrze Robin, Kim (w tej roli bożyszcze wielbicieli kina grozy, znakomita Królowa Krzyku, Jamie Lee Curtis). Dziewczyna jest córką dyrektora (samego Leslie Nielsena) i przyszłą królową balu, do którego przygotowuje się wraz ze swoim chłopakiem, Nickiem, który przed laty przyczynił się do tragicznej śmierci jej siostry. Dzięki aż nadto rozwleczonej pierwszej połowie filmu (ponad godzina bez większej akcji to zdecydowana przesada) dokładnie poznamy relacje pomiędzy nastoletnimi bohaterami. Dowiemy się, że Kim przyjaźni się z dwiema dziewczynami, Jude i Kelly, które podobnie jak jej chłopak miały swój udział w nieszczęśliwym wypadku Robin. Natomiast czwarta oprawczyni, Wendy, po stracie Nicka stała się takim modelowym czarnych charakterem. Nie mogąc pogodzić się z porażką wraz ze swoim znajomym, typowym szkolnym zabijaką, planuje zemścić się na Kim podczas balu (jak w „Carrie”). Te mało interesujące młodzieńcze realia odrobinę urozmaicą tajemnicze telefony do sprawców dawnej zbrodni oraz śledztwo policji śladem przebywającego na wolności mężczyzny, który sześć lat temu został obwiniony za zabójstwo Robin. 

Na sam bal przyjdzie nam jednak długo czekać, a kiedy już się zacznie i morderca przystąpi do swojej mało krwawej vendetty zgony będą następowały po sobie zbyt szybko, tak jakby twórcy przysnęli w pierwszej godzinie seansu, a pod koniec śpieszyli się z wybiciem wszystkich protagonistów. Sytuację dodatkowo pogarsza brak większej oryginalności i brutalności. Ot, mamy szablonowe w slasherach podcięcie gardła, ciosy w szyję i wreszcie dekapitację, ale niestety niedane nam będzie ujrzeć tych okropieństw w całej ich makabrycznej krasie. Jedyne godne uwagi sceny w drugiej połowie filmu, nie licząc finalnego pojedynku z zabójcą w rytmach disco to pełen napięcia, długi pościg za Wendy i dynamiczna sekwencja morderstwa kochanków – zaraz po stosunku i popalaniu marihuany, czyli jak zauważył to Randy z „Krzyku” (nie uprawiaj seksu i unikaj używek, bo zginiesz). Wyłączając te sekwencje fabuła nie przyciąga uwagi niczym szczególnym, tym bardziej, że już podczas prologu filmu zapewne każdy domyśli się, kto jest mordercą. Jedyne, co skutecznie utrzymywało moje zainteresowanie tą produkcją to amatorska realizacja, która mocno się zestarzała, ale też paradoksalnie przyczyniła się do stworzenia gęstego klimatu wszechobecnego brudu. Ciemna kolorystyka i ponure szkolne korytarze znakomicie współgrały z chwytliwą ścieżką dźwiękową, skomponowaną przez Paula Zaza i Carla Zittrera i kilkoma mocno trzymającymi w napięciu, aczkolwiek mało krwawymi scenami mordów. I choćby dla tej osobliwej atmosfery grozy warto obejrzeć slasher Paula Lyncha.

Troszkę inaczej rzecz ma się z głośnym remake’iem „Balu maturalnego” z 2008 roku, wyreżyserowanym przez Nelsona McCormicka (późniejszego twórcę remake’u „Ojczyma”). Fabułę mocno zmieniono i dobrze, bo nienawidzę remake’ów całkowitych, bezkrytycznie kopiujących wszystko z oryginałów. Inna sprawa, że na tle innych slasherów i tak wypada to mało odkrywczo. W wielkim skrócie film opowiada o nastoletniej Donnie, która przed laty była obiektem obsesji nauczyciela, Richarda Fentona. Zaborczy mężczyzna zabił całą jej rodzinę, za co trafił do zakładu zamkniętego. Teraz, po latach, Donnie wreszcie udało się uporać z traumatyczną przeszłością i szykuje się do balu maturalnego, wyprawianego w wielkim hotelu. Jak można się tego spodziewać tę sielankę zakłóci ucieczka Fentona z miejsca odosobnienia.

Remake w przeciwieństwie do oryginału nie każe domyślać się tożsamości mordercy – jego personalia znamy już od pierwszych minut seansu, co oddziera tę produkcję z całej tajemniczości. Sytuację dodatkowo pogarsza brak jakiegokolwiek klimatu grozy, czy choćby napięcia. Bal w porównaniu do pierwowzoru rozpoczyna się dosyć szybko i jak przystało na współczesny amerykański slasher nie dojrzymy tutaj żadnego brudu i zepsucia. Za to naszym oczom ukaże się wspaniały, pełen przepychu hotel, w którym zorganizowano prawdziwie hollywoodzki bal maturalny. Pięknie odziani, wypacykowani młodzi ludzie dojeżdżający na miejsce limuzynami i spędzający sporą część wieczora na prowadzeniu „jakże dramatycznych i pełnych patosu” konwersacji o nieznanej przyszłości, rozstaniach i ostatnich szczęśliwych chwilach swojego życia. Całe szczęście, że twórcy, w porównaniu do oryginału dosyć szybko przeszli do właściwej akcji filmu, przerywając te rozterki egzystencjalne pojawieniem się Fentona w hotelu. Szkoda tylko, że jego czynom zabrakło pomysłowości (działa zgodnie z jednym, stałym modus operandi, zadając swoim ofiarom ciosy w brzuch), a twórcy, pewnie licząc na młodą publikę, nie mieli odwagi choćby raz skupić się na odrażających szczegółach krwawego procederu zabójcy. Przez co dostajemy slasher w wersji lajt, od którego fani makabry powinni trzymać się z daleka. Taka oszczędność w epatowaniu brutalnością niebezpiecznie balansuje na granicy gatunkowej – chociaż fabuła ściśle trzyma się ram slashera, realizacja bardziej przypomina thriller, i to taki pozbawiony większego napięcia.

Jedyne, co łączy remake z pierwowzorem to tytułowy bal maturalny i obserwacja tegoż przez poszukujących zbiegłego szaleńca policjantów. Śledczy podejrzewają, że Fenton wróci do swojego dawnego obiektu westchnień, Donny (całkiem przyzwoita kreacja Brittany Snow), a więc przybywają do hotelu i nie spuszczają oczu z dziewczyny. A podczas, gdy oni sobie tak na nią patrzą Fenton w pokojach hotelowych eliminuje personel i znajomych Donny. Późniejsze poczynania policji są oczywiście jeszcze bardziej amatorskie, ale na jej usprawiedliwienie należy nadmienić, że Fenton wbrew oszczędności twórców w epatowaniu makabrą nie jest zwyczajnym mordercą, tylko takim typowo slasherowym – pojawia się i znika, jakby przenikał przez ściany i (a jakże!) wcale nie musi biegać, aby dopaść uciekającą ofiarę. Cieszę się, że kreacja mordercy uciekała się do konwencji filmów slash, szkoda tylko, że jego personalia nie pozostały tajemnicą, aż do jakże podkreślającego niekompetencje policjantów finału. Oprócz nawiązującej do schematu slasherów specyfiki zabójcy spodobała mi się nowa Wendy – wredne dziewczę imieniem Chrissy całkiem nieźle wykreowane przez Brianne Davis, a bo wprost przepadam za takimi kobiecymi czarnymi charakterami. Szkoda tylko, że jej obecność na ekranie jest epizodyczna. Poza tym nie zauważyłam w tej produkcji niczego, w czym mogliby odnaleźć się wielbiciele mocnych, nastrojowych slasherów. Ot, kolejny teen-pseudohorror o niczym szczególnym, skierowany głównie do poszukiwaczy niewymagających myślenia, pozbawionych większej makabry rąbanek.

Chociaż ani pierwowzór „Balu maturalnego”, ani tym bardziej jego remake fabularnie nie mają sobą niczego bardziej intrygującego do zaoferowania to gdybym miała wybierać w ciemno poszłabym za produkcją Lyncha. W oryginale mogłam się przynajmniej cieszyć gęstym klimatem grozy, którego nową wersję całkowicie pozbawiono. Modyfikacja fabuły w remake’u również dużo nie dała, bo tak na dobrą sprawę w porównaniu do innych tego typu obrazów nie charakteryzuje się niczym szczególnym, a miejscami wręcz usypia, czego uniknęłam w trakcie seansu oryginału, który nudnawą opowieść podratował chociaż nastrojową realizacją. Jeśli nie jest się zagorzałym fanem slasherów to oba filmy można sobie spokojnie darować, a jeśli się jest to najlepiej skupić się na oryginale, zapominając, że coś takiego jak remake „Balu maturalnego” w ogóle powstało. 

czwartek, 7 sierpnia 2014

Zapowiedź „Stonehearst Asylum”

Zmieniono tytuł zapowiadanego na październik thrillera twórcy między innymi „Dziewiątej sesji” Brada Andersona z „Eliza Graves” na „Stonehearst Asylum”. Film ma być adaptacją opowiadania Edgara Allana Poe pt. „System doktora Smoły i profesora Pierza”. W obsadzie zobaczymy m.in. Kate Beckinsale, Jima Sturgessa, Michaela Caine’a i Bena Kingsley’a. Pojawił się też pierwszy zwiastun tego utrzymanego w gotyckim klimacie, od dawna oczekiwanego przeze mnie filmu (obejrzyj tutaj). Jest to jedyny tegoroczny film, co do którego żywię jakieś nadzieje, więc pozostaje tylko wierzyć, że Anderson nie zatracił swojego wyczucia klimatu z „Dziewiątej sesji”.