Stronki na blogu

środa, 11 listopada 2015

„The Hallow” (2015)


Adam i Claire Hitchens wraz ze swoim synkiem, Finnem, od miesiąca mieszkają w Irlandii, gdzie przeprowadzili się z Londynu. Adam z racji swojego zawodu większość czasu spędza na badaniu rosnących nieopodal ich nowego miejsca zamieszkania drzew, a Claire tymczasem zajmuje się obowiązkami domowymi. Ich największym problemem jest sąsiad, Colm Donnelly, który nieustannie daje im do zrozumienia, że nie są tutaj mile widziani. Miejscowy policjant zdradza małżeństwu, że według tutejszych wierzeń las na obrzeżach, którego stoi ich dom zamieszkują pradawne istoty, których spokój zostanie zakłócony zbliżającą się transakcją sprzedaży lasu i wycinką drzew. Adam i Claire początkowo z dużą pobłażliwością podchodzą do zabobonnych przekonań tutejszej społeczności. Do czasu, aż staną się celem leśnego ludu.

Po nakręceniu kilku krótkometrażówek i muzycznego dokumentu, Brytyjczyk Corin Hardy, postanowił połączyć w jednym pełnometrażowym filmie swoje pasje do horrorów i bajek. W efekcie z przytupem wdarł się w światek kina grozy, debiutując obrazem „The Hallow”, który nawet w Stanach Zjednoczonych zebrał sporo pozytywnych recenzji, według niektórych wielbicieli horroru zapowiadając narodziny nowej gwiazdy gatunku. Przewidywania mogą oczywiście okazać się przedwczesne, bo najbliższe plany Hardy’ego, jak na razie nie przewidują kręcenia kolejnego straszaka. Ale jeśli jednak zdecydowałby się osiąść w horrorze na dłużej to najprawdopodobniej byłaby to jedna z najtrafniejszych decyzji w jego życiu. Bo facet ma talent, co w pełni pokazał w „The Hallow”.

Ostatnimi czasy Brytyjczycy coraz częściej wykorzystują w kinie grozy potencjał drzemiący w rozległych leśno-trawiastych terenach Irlandii, jednocześnie zapierając dech w piersi przepięknymi zdjęciami niezdominowanej przez człowieka przyrody oraz wydobywając złowieszczą aurę z ich natury. Oczywiście, poszczególnym twórcom wychodzi to mniej lub bardziej udanie, w zależności od ich zdolności, ale akurat Corina Hardy’ego można dopisać do tej drugiej grupy. Reżyser z pomocą profesjonalnych operatorów maksymalnie wykorzystał dobra płynące z miejsca akcji, lwią część dramaturgii budując na silnie skontrastowanych, nastrojowych, miejscami przepięknych zdjęciach dzikich terenów Irlandii. Brytyjczyk przyznaje, że inspiracją do scenariusza, spisanego wspólnie z Felipe Marino były bajki Raya Harryhausena oraz takie ponadczasowe filmy, jak „Martwe zło”, „Obcy” oraz „Coś”. Hardy pragnął zgrabnie połączyć dobrodziejstwa tych obrazów w jednej produkcji, którą zauważalnie kierował w stronę wieloletnich wielbicieli kina grozy, tęskniących za praktycznymi efektami specjalnymi rodem z lat 80-tych. Klimatowi, co prawda bliżej było do „Labiryntu fauna”, aniżeli „Martwego zła”, ale w połączeniu z innymi częściami składowymi owej produkcji summa summarum przed moimi oczami wyłonił się obraz, który z takim wyczuciem podchodzi do nowoczesnego sposobu filmowania, że paradoksalnie bardziej kojarzy się z horrorami z ubiegłego wieku niż najnowszymi, plastikowymi tworami.

Zawiązując fabułę „The Hallow” scenarzyści tylko pośrednio podpinają się pod znany motyw przeprowadzki do nowego domu, wspominając, że Hitchensowie są nowymi lokatorami domku stojącego nieopodal irlandzkiego, rozległego lasu, ale samych przenosin z Londynu nie pokazując. Widz zostaje skonfrontowany z wydarzeniami mającymi miejsce miesiąc później, już po urządzeniu się w nowym miejscu, zapoznając się z kluczowymi wydarzeniami niejako od środka. Autorzy scenariusza zdradzają, że młode małżeństwo z kilkumiesięcznym dzieckiem jest nachodzone przez sąsiada, zapalczywego Colma, któremu z jakiegoś powodu zależy na ich rychłej wyprowadzce. Zarzewiem konfliktu zdają się być plany wycinki lasu, które bulwersują całą tutejszą społeczność, ale Colma w szczególności. Badający miejscową florę Adam jest przekonany, że sąsiada irytuje jego praca, ale mający jako takie doświadczenie z kinem grozy widz zapewne szybko domyśli się prawdziwych motywacji mężczyzny. Hardy i Marino długo ich nie ukrywają, stosunkowo szybko wtłaczając w usta policjanta historię o pradawnym ludzie rzekomo zamieszkującym lasy. Miejscowi pokładają głęboką wiarę w ich istnienie, ze wszach miar starając się ich nie rozdrażnić, ale Adam jak na wykształconego mieszczucha przystało nijak nie podziela ich przekonań. Rozmowa z policjantem jest pierwszym sygnałem dla widzów, że Hardy w swojej historii będzie czerpał z irlandzkiego folkloru, a dla czytelników może być sugestią, że reżyser naczytał się „Głębi ciemności” Michaela Laimo. Nie wiem, czy niniejsza książka inspirowała Hardy’ego, czy był to zwyczajny zbieg okoliczności. W każdym razie podobieństw jest sporo, w detalach, bo ostatecznie główna oś fabularna rozwija się w zupełnie innym kierunku. O Hitchensach nie wiemy nic ponad to, że przed miesiącem przeprowadzili się do Irlandii z Londynu, że są szczęśliwym młodym małżeństwem wychowującym synka, Finna, i że Adam zawodowo zajmuje się pasożytami żerującymi na drzewach. Hardy większą wagę przykłada do budowania gęstej aury wyalienowania i niezdefiniowanego zagrożenia, w czym z prawdziwą wirtuozerią posiłkuje się mroczną kolorystyką. Gra światła i cienia tak hipnotyzuje, że nawet nie zwraca się uwagi na szczątkowe zawiązanie akcji. Ba, nie oczekuje się przydługich wstępów tylko błyskawicznej kulminacji klimatu. Relatywnie szybki przeskok do właściwej akcji wbrew obecnej modzie w najmniejszym stopniu nie niszczy wypracowanej wcześniej atmosfery grozy. Wręcz przeciwnie klimat rośnie wprost proporcjonalnie do dynamiki sytuacyjnej, a pozornie mało odkrywczy, prościutki scenariusz zostaje wzbogacony nowymi, jakże intrygującymi wątkami.

Corin Hardy wykazuje wprost rozczulające zamiłowanie do praktycznych efektów specjalnych, z których głównie korzystał w „The Hallow” jedynie sporadycznie posiłkując się komputerem. Ingerencja CGI była jednak tak znikoma, że podejrzewam, iż nawet największy przeciwnik cyfrowych efektów nie zawiedzie się wizualizacją całości. Motyw pasożyta przejmującego kontrolę nad żywicielem w dalszej części seansu nie tylko przyczynił się do stworzenia kilku niebywale trzymających w napięciu sekwencji komplikujących relację pomiędzy głównymi bohaterami, ale również był okazją do pokazania naprawdę zgrabnej charakteryzacji. Gałązki wyrastające z ciała żywiciela, wyłupiaste oko i delikatnie zdeformowana twarz porażają przekonującym minimalizmem, brakiem przekombinowania, które jest tak powszechne we współczesnym kinie grozy. Ale bytność pasożyta to nie jedyny wątek, pozwalający zabłysnąć ekspertom od efektów specjalnych, bowiem porównywalnym wyczuciem gatunku wykazali się w scenach zdominowanych przez pradawny lud, których „drzewiasta” aparycja tchnęła oryginalnością i tak oczekiwaną demonicznością. Szczególny zachwyt wzbudziła we mnie pełna nieznośnego wręcz napięcia scena, w której do oka Claire (niebywały warsztat Bojany Novakovic) zbliża się igła wypuszczona z drzewiastej dłoni, zachwycająco zmontowana z migawkami zmagania się Adama z generatorem. Na początku mogło się wydawać, że tak konwencjonalny, wręcz miałki scenariusz nie ma sobą wiele do zaoferowania, że akcja z czasem przekształci się w typową, pozbawioną zajmujących akcentów fabularnych rozrywkę typu „oni ich gonią, oni uciekają”. Może i tak by było, bo nawet udane efekty specjalne na dłuższą metę nie są w stanie nieustannie zachwycać widza, ale scenarzyści pamiętali również o fabule, która z prostej historyjki przekształciła się w prawdziwie elektryzujący spektakl, gdzie ani bohaterowie, ani widzowie nie mogą być niczego pewni. Jedyne, co można zarzucić twórcom to finał, w którym byli dosłownie o krok od wstrząsającego, na długo zapadającego w pamięć akcentu. Niepotrzebnie się z niego wycofali. UWAGA SPOILER Znany z folkloru motyw podmieńców, pozostawiający furtkę do prawdziwie dramatycznego przechwycenia nie swojego dziecka finalnie został zaprzepaszczony. I jedynie pojawiająca się w trakcie napisów rzeź drzew pozostawia widza w stanie przygnębienia nie tyle dalszym losem ludzkości zaatakowanej przez czarną substancję, ile karygodnymi czynami naszej rasy KONIEC SPOILERA.

Jeśli Corin Hardy pozostanie przy stylistyce horroru, nie zrezygnuje ze swoich pasji na rzecz mainstreamu to wróżę mu wielką karierę. To, co pokazał w „The Hallow”, od efektów specjalnych przez klimat po fabułę, z której z zachwycającą lekkością potrafił wykrzesać maksimum napięcia wręcz wgniotło mnie w fotel. Prawdziwy talent, który mam nadzieję nie pozwoli usunąć się w cień i jeszcze nieraz o jego dokonaniach w kinie grozy usłyszymy!   

poniedziałek, 9 listopada 2015

„Las samobójców” (2013)


Japonia. Studentka Maiko dowiaduje się, że jej matka niedawno popełniła samobójstwo w lesie Aokigahara. Pragnąc odprawić rytuał, który zapewni jej duszy spokój i zadbać, aby pamięć po niej nie przeminęła, Maiko daje się namówić znajomej z uczelni, Amber, do udziału w jej szkolnym projekcie. Wraz z kolegami, domorosłymi operatorem Kylem i dźwiękowcem Terrym, w Halloween wyruszają do „lasu samobójców”, aby nakręcić materiał o matce Maiko, znaleźć miejsce, w którym odebrała sobie życie i odprawić rytuał. Na miejscu spotykają mężczyznę, Jina, który ostrzega ich przed tym miejscem i prosi, aby nie niepokoili umarłych, ale ostatecznie zgadza się pełnić rolę ich przewodnika. Niedługo potem dokumentaliści zostają zaskoczeni przez trójkę dowcipnisiów z uczelni, którzy postanowili zabawić się ich kosztem. Cała siódemka jakiś czas później odkrywa, że w lesie Aokigahara bardzo łatwo się zgubić. Na domiar złego okazuje się, że owe miejsce jest nawiedzone przez niespokojne, mściwe dusze samobójców, które z jakiegoś powodu pragną skrzywdzić studentów.

Nakręcony dla kanału SyFy horror Stevena R. Monroe’a na podstawie scenariusza Ryana W. Smitha i Sheldona Wilsona, który delikatnie mówiąc rozczarował widzów. Niektórzy pokładali spore nadzieje w produkcji Monroe’a nie tyle przez kojarzenie jego nazwiska z głośnym remakiem „Pluję na twój grób” (w Polsce znanym pod tytułem „Bez litości”) i jego sequelem, ile przez wybór miejsca akcji – zniesławionego lasu Aokigahara w Japonii. „Las samobójców”, co prawda kręcono w Kanadzie, która miała jedynie udawać Japonię, ale osoby orientujące się w niechlubnej historii tego miejsca liczyli przynajmniej na właściwe jej wykorzystanie, jeśli już nie na pokrywające się z rzeczywistym stanem zdjęcia. Zapewne ostrożniej na „Las samobójców” będą się zapatrywać osoby, którym znane jest zamiłowanie Stevena R. Monroe’a do makabry i jego słabości w stylistyce horroru nadprzyrodzonego. Porywając się na ghost story reżyser naturalną koleją rzeczy celował głównie w wielbicieli owego nurtu, a że nie czuje się w tego rodzaju kinie grozy najlepiej nic dziwnego, że efekt nie sprostał ich oczekiwaniom.

Telewizyjne straszaki na ogół nie grzeszą profesjonalną realizacją, dlatego też gdyby „Las samobójców” zestawiać jedynie z nimi oraz wyłącznie pod kątem technicznym należałoby nagrodzić starania Monroe’a. Choć zdjęciom bez wątpienia brakuje mroczności, choć operatorzy nie zrobili absolutnie nic, aby wykorzystać potencjał drzemiący w miejscu akcji i natchnąć obraz tak potrzebną aurą tajemniczości, sama praca kamer jest na tyle stabilna, żeby nie odwracać uwagi od właściwej osi akcji. Mimo, że zgodnie z panującą modą, twórcy wtłoczyli w standardową realizację kilka (niewiele) ujęć kręconych z ręki, obraz nie jest rozedrgany. Monroe postawił na silnie skontrastowane, wyraziste zdjęcia, dzięki którym nic nie ma prawa umknąć uwagi odbiorców, co może i ocierałoby się o plastik, gdyby nie miejsce akcji. Niby nic odkrywczego, ot kolejny las i kolejna grupka młodych ludzi zagubiona pomiędzy drzewami, ale tym, co odróżnia to miejsce od innych, niezliczonych terenów leśnych często wykorzystywanych w kinie grozy jest jego charakter. Historia owianego złą sławą Aokigahara, jednego z najbardziej preferowanych przez samobójców miejsc na świecie. Problem tylko w tym, że twórcy cały klimatyczny ciężar przerzucili na miejsce akcji, nie podejmując się wyzwania wygenerowania atmosfery grozy również za pośrednictwem kolorystyki. W ten sposób owszem dostaliśmy miejsce, które szczególnie na początku filmu tworzy zadowalającą aurę wyalienowania, ale nic ponadto. I nie pomagają nawet odziane w biel tajemnicze byty przemykające pomiędzy drzewami oraz liczne zbliżenia na ich bladolice oblicza, bo Monroe nie posiada czegoś takiego, jak wyczucie chwili w ghost story. Jawy manifestują swoją obecność bez skonkretyzowanego planu, bez uprzedniego potęgowania napięcia i bez odpowiedniej oprawy audiowizualnej towarzyszącej chwilom szczytowej grozy. Wszystkie sekwencje mające podnieść poziom adrenaliny we krwi widza oddano z tak denerwującą bezwładnością, wręcz przypadkowością, w dodatku niejednokrotnie z wykorzystaniem nazbyt dynamicznego, wręcz migawkowego montażu, że odbiorca stosunkowo szybko przyswaja sobie, iż nie należy z obawą oczekiwać manifestacji nieznanego, bo twórcy i tak nie zdołają go wzruszyć. Tym bardziej, że charakteryzatorzy nie wystarali się o przekonujące demoniczne, okaleczone oblicza duchów i ich bezcielesne postacie. Makijaż imitujący rany, zapewne przez niedostatki budżetowe, jawił się aż nazbyt sztucznie, co w połączeniu z zerowym wyczuciem klimatu nie przedstawiało się zachęcająco.

Obserwując rozpaczliwe, bezskuteczne próby przestraszenia odbiorców niejeden raz miałam ochotę przerwać seans „Lasu samobójców” i zapewne moje zażenowanie nieumiejętnym wykorzystaniem tradycji ghost stories wzięłoby górę, gdyby nie sporadyczne poruszanie się Monroe’a w konwencji filmu slash. Zastanawiam się, dlaczego ten reżyser decyduje się przekładać na ekran fabuły, poruszające się w sferze nadprzyrodzonej, skoro o wiele lepiej odnajduje się w krwawym odłamie horroru. Dlaczego po prostu nie nakręci jakiegoś slashera? W takiej konwencji przynajmniej nie musiałby się do niczego zmuszać. W „Lesie samobójców” tylko dwa elementy nie przygniatały mnie topornością, w tym umiarkowanie krwawe sceny mordów. Bez zbliżeń na miarę torture porn (chyba, że za takowe uznać powolne wyjmowanie drzazgi z dłoni), w zgodzie z tradycją filmów slash, w której widzów nie dławi się posoką, ale jednocześnie pokazuje akurat tyle, żeby nie mieli wrażenia niedosytu. Oryginalności w eliminacji ofiar, co prawda zabrakło, bo obyty z krwawymi horrorami odbiorca zapewne nie uzna za takowe przebicia tchawicy, czy odrywania kończyn, ale poziom realizmu jest wysoki i to nie tylko w kontekście filmu telewizyjnego, ale nawet na tle współczesnych wysokobudżetowych produkcji. Drugim elementem, który sprawił, że wytrwałam do końca seansu było lekkie podejście do bohaterów, bez silenia się na innowacyjne charakterystyki ich postaci. W zgodzie z konwencją rąbanek, którą zdążyłam już na tyle polubić, żeby czuć niechęć do nachalnego eksperymentowania, którego na szczęście w „Lesie samobójców” nie uświadczyłam. Choć równocześnie zdaję sobie sprawę, że większość widzów zapatruje się zgoła inaczej na powtarzalność osobowości bohaterów straszaków, więc zapewne oni nie będą spoglądać tak pobłażliwym okiem na protagonistów.

Myślą przewodnią „Lasu samobójców” jest powtarzana wielokrotnie myśl, że czasami gubimy się w lesie, a czasem las gubi nas (co brzmi tak bezsensownie, że ilekroć zagubię się w głuszy będę to sobie powtarzać na poprawę nastroju), co już powinno stanowić przestrogę dla potencjalnych odbiorców „Lasu samobójców”. Choć produkcja Monroe’a wyróżnia się miejscem akcji, aż dziw, że filmowcy częściej nie wykorzystują motywu lasu Aokigahara, zważywszy na jego historię to w ogólnym rozrachunku krzewi konwencjonalną opowieść o zjawach czyhających na życie przerażonych domorosłych dokumentalistów oraz nieangażującą intrygę, której korzenie sięgają w przeszłość. Gdyby to jeszcze przedstawić z większy wyczuciem klimatu, gdyby reżyser potrafił tak dobrze odnaleźć się w nastrojowej stylistyce, jak to pokazał sporadycznie skręcając w stronę konwencji slash to zapewne standardowość owej historii nie przeszkadzałaby mi zanadto. Być może nawet polubiłabym tę opowieść. Ale w takim kształcie pozostaje mi jedynie oczekiwać na jakiś slasher Monroe’a, bo chyba wcześniej, czy później powinien zauważyć, że w rąbankach spisuje się lepiej, aniżeli w nastrojowych, nadnaturalnych straszakach.

niedziela, 8 listopada 2015

Paula Hawkins „Dziewczyna z pociągu”


Alkoholiczka, Rachel Watson, od poniedziałku do piątku jeździ tym samym pociągiem. Jego trasa przebiega nieopodal jej dawnego domu, w którym mieszkała wraz z mężem Tomem. Teraz mężczyzna zajmuje to lokum z nową żoną i córeczką, a Rachel nadal nie może pogodzić się z tą stratą. Poza swoim dawnym domem kobieta skupia również uwagę na sąsiednim budynku, zajmowanym przez młode małżeństwo. Ilekroć pociąg zatrzymuje się przed semaforem Rachel ma okazję dostrzec drobne szczegóły z ich życia, na podstawie których kreuje w swoim umyśle własny, wyimaginowany obraz ich beztroskiej egzystencji. Do czasu, aż zachowanie nieznajomej kobiety burzy te wyobrażenia. Przez ułamek sekundy Rachel dostrzega coś, co drastycznie zmienia jej pojmowanie owego małżeństwa. Na domiar złego niedługo potem ich nazwiska trafiają na czołówki gazet w związku ze wstrząsającą sprawą kryminalną, uświadamiając Rachel, że wbrew sobie stała się częścią tej intrygi.

Urodzona i wychowana w Harare w Zimbabwe, od 1989 roku mieszkająca w Londynie, była dziennikarka „The Times”, Paula Hawkins, długo musiała czekać na przełom w swojej karierze pisarskiej. Ekonomiczny poradnik i powieść romantyczna pod tytułem „Confessions of a Reluctant Recessionista”, napisana pod pseudonimem Amy Silver nie przyniosły jej wielkiego rozgłosu. Dopiero wydany w 2015 roku thriller psychologiczny wdarł się na czołówki list bestsellerów, stając się prawdziwym hitem literackim na arenie międzynarodowej. Światowy rozgłos i miliony sprzedanych egzemplarzy zaprocentowały zakupieniem praw do ekranizacji przez wytwórnię DreamWorks. Jeśli plany nie ulegną zmianie film ma się ukazać w 2016 roku, a za reżyserię będzie odpowiedzialny Tate Taylor.

Z pozycjami z list bestsellerów bywa różnie – kierując się niniejszymi rankingami można natrafić na naprawdę wyjątkową książkę, ale bywa również, że komercyjny sukces powieści jest zupełnie niezrozumiały. Dlatego też z dużym sceptycyzmem podchodziłam do osławionego thrillera psychologicznego Pauli Hawkins, do końca nie ufając nawet entuzjastycznym opiniom tak zacnych autorów, jak Stephen King, czy Tess Gerritsen. Miałam obawy, że nieznana mi dotychczas pisarka nie sprosta regułom gatunku, że komercyjny sukces „Dziewczyny z pociągu” w dużej mierze był jedynie efektem udanej kampanii reklamowej. Na szczęście nauczyłam się już ignorować swój pesymizm na tyle, żeby nie rzutował na wybór lektur, dawać szansę nieznanym mi autorom pomimo alarmujących dzwonków rozbrzmiewających w mojej głowie. Na szczęście, bo w przeciwnym razie przegapiłabym książkę, która istotnie wyróżnia się na tle innych współczesnych thrillerów literackich i której popularność wydaje się nie być nawet w najmniejszym stopniu przesadzona.

„Dziewczyna z pociągu” to w wielkim skrócie zbiór wszystkiego, co najlepsze w thrillerze psychologicznym. Niemalże całkowicie dopracowany w najdrobniejszych szczegółach prawdziwy popis pisarskiego kunsztu, w którym nic nie jest takie, na jakie wygląda. Oczywiście, paru niedociągnięć również nie zabrakło, ale biorąc pod uwagę fakt, że Hawkins dotychczas nie miała żadnego doświadczenia w tym gatunku zaskakuje tak niewielka ilość mankamentów. Czytając tę powieść nie mogłam zrozumieć, dlaczego tyle czasu zajęło jej odnalezienie swojej niszy na rynku literackim, jakim cudem odkryła swoje powołanie dopiero teraz? A jeszcze bardziej zdumiał mnie fakt, że tak skonstruowana intryga potrafiła zaangażować miliony czytelników. Bo bądźmy szczerzy, narracji „Dziewczyny z pociągu” daleko do głównego nurtu, masowi czytelnicy nader rzadko sięgają po takiego rodzaju książki. Głównie przez niecierpliwość, wszak powieść Hawkins w gruncie rzeczy prezentuje sobą ten rodzaj literackiego dreszczowca, w którym bez zaangażowania emocjonalnego nijak nie można się odnaleźć, który nie szafuje nagłymi, zaskakującymi zwrotami akcji i nieustającą dynamiką. Stawia na stonowane, powolne budowanie napięcia, podlane aurą tajemnicy, ale jednak często odwracającą od niej uwagę detalami fabularnymi. Bardzo pomocna dla Hawkins w tworzeniu dramaturgii okazała się rozproszona narracja – relacja z punktu widzenia trzech zupełnie różnych kobiet. Dzięki temu czytelnik ma okazję dobrze zaznajomić się z bohaterkami, ale największą korzyścią wypływającą z tego rodzaju konstrukcji fabularnej jest dezorientacja odbiorców, tak potrzebna do stworzenia wręcz uwierającej tajemnicy, którą naprawdę pragnie się rozwiać. Sięgająca dna alkoholiczka, Rachel Watson, której nałóg zniszczył szczęśliwe małżeństwo i skazał ją na egzystencję u boku przyjaciółki, bez pracy i perspektyw na lepsze jutro. Jej następczyni u boku Toma, próżna Anna, borykająca się z ciągłymi najściami nietrzeźwej Rachel, całą sobą prezentująca obraz typowej, zastraszonej ofiary stalkera. I wreszcie jej sąsiadka Megan Hipwell, pozornie zdająca się wieść żywot szczęśliwej młodej żony u boku opiekuńczego partnera, Scotta, ale w istocie skrywająca przed światem mroczne tajemnice. Losy tych trzech kobiet połączy zagadkowa tragedia, splot dziwnych okoliczności, który zapoczątkuje prawdziwie elektryzującą intrygę kryminalną, angażującą dzięki dojrzałej, niejednoznacznej warstwie obyczajowej. Głównych bohaterek nie sposób standardowo podzielić na te dobre i złe, bo jak każdy człowiek mają w sobie tyle samo zalet, co wad. Hawkins zręcznie żongluje ich cechami, sprawiając, że odczucia względem nich przechodzą od skrajności w skrajność, od sympatii i zwykłej ludzkiej litości po antypatię i zniesmaczenie ich oburzającymi czynami.

„Nie wiem. Nie wiem, gdzie podziała się moja siła, nie pamiętam, jak ją straciłam. Myślę, że kawałek po kawałku odłupało ją życie, że się powoli zużyła.”

Choć zwroty akcji w „Dziewczynie z pociągu” nie należą do zanadto zatrważających po skończonej lekturze zapewne wielu czytelników zda sobie sprawę, że tak naprawdę wszystko to, z czym obcowali na początku finalnie ukazano w zupełnie innym świetle. Same zwroty nie zapierają tchu w piersi, bo Hawkins serwuje je oszczędnie, stopniowo, tak aby cała ich istota była dostrzegalna dopiero po jakimś czasie, po złożeniu wszystkiego w jedną całość. Jedno, pozornie niewinne wydarzenie z życia którejkolwiek z kobiet z czasem splata się z incydentem z egzystencji innej i to w tak nienachalny, wręcz naturalny sposób, że cała intryga zyskuje jedynie na wiarygodności. Jednocześnie mnożąc znaki zapytania, z matematyczną precyzją wtłaczane w najbardziej pożądane ustępy książki. Gonitwa myśli bohaterek „Dziewczyny z pociągu”, często bezwładny, przeskakujący z tematu na temat ciąg refleksji początkowo może męczyć nastawionych na mniej emocjonalną lekturę odbiorców, ale myślę, że z czasem nawet oni odkryją, że w tym szaleństwie jest metoda, że zgłębienie na pierwszy rzut oka niezrozumiałych motywacji protagonistek, wejście w ich skórę i zrozumienie ich światopoglądu jest kluczem do rozwikłania piętrowej intrygi kryminalnej. Sprawy, która rozwija się powoli, żeby w końcu roztoczyć przed czytelnikiem prawdziwe przygnębiający obraz niezrozumiałej zbrodni. Niezrozumiałej do pewnego momentu, bo Hawkins nie ma jeszcze wprawy w przysłanianiu istotnych tropów tymi mylącymi, przez co obyty z thrillerami czytelnik ma dużą szansę przedwcześnie właściwie odczytać wszystkie wskazówki i wytypować najbardziej prawdopodobnego winnego. Na szczęście nie od razu, bo do tego momentu „Dziewczyna z pociągu” wykorzystuje motyw znany chociażby z „Dziecka Rosemary” Iry Levina, gdzie dosłownie do wszystkich podchodzi się z dużą rezerwą, dostrzegając w ich zachowaniu podejrzane występki i interpretując je dokładnie tak, jak chciałaby tego autorka. Błąd popełnia dopiero mniej więcej w połowie powieści, przez co finał dużo traci na elemencie zaskoczenia, ale nawet domyślając się tożsamości sprawcy pragnie się doczytać to do końca, choćby po to, aby upewnić się w swoich domysłach i oczywiście uzyskać pełny obraz życia bohaterek, na który składa się mnóstwo elementów dramatycznych.

Gdybym nie wiedziała, że „Dziewczyna z pociągu” cieszy się tak wielką międzynarodową sławą byłabym niespokojna o jej losy, bo pisarstwo Pauli Hawkins, nie próbuje sprostać oczekiwaniom masowych odbiorców. Konstrukcja tej książki i odżegnywanie się od tanich, dogłębnie zaskakujących zabiegów na rzecz powolnego budowania dramaturgii nie zapowiadały, aż takiej poczytności „Dziewczyny z pociągu”. Jednakże zamiast osiąść w niszy powieść Hawkins wdarła się na listy bestsellerów, co tylko napawa mnie nadzieją na lepsze jutro tego rodzaju literatury oraz podbudowuje moją ocenę literackich gustów masowych odbiorców. Pozostaje jedynie liczyć na kolejną powieść tej brytyjskiej autorki, poruszającą się w ramach dreszczowca psychologicznego, bo chyba już sama odkryła, że w tym gatunku znakomicie się odnajduje.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 6 listopada 2015

„The Exorcism of Molly Hartley” (2015)


Dwudziestoczteroletnia Molly Hartley zostaje wspólniczką w dużej firmie. Aby to uczcić wybiera się z przyjaciółmi na imprezę, z której wraca z mężczyzną i młodą kobietą. Po upojnie spędzonej nocy w mieszkaniu Molly zostają odkryte zwłoki jej przygodnych kochanków, a podejrzana nie jest w stanie wyjaśnić okoliczności tego zdarzenia. Kiedy władze uświadamiają sobie, że Molly słyszy głosy kierują ją do zakładu psychiatrycznego na miesięczne leczenie. W odizolowanym od świata zewnętrznego budynku Hartley trafia pod opiekę doktor Laurie Hawthorne, psychiatry, która po zbadaniu przeszłości pacjentki i przyjrzeniu się objawom jej przypadłości szybko dochodzi do wniosku, że młoda kobieta jest opętana. Zwraca się z prośbą o pomoc do byłego księdza, egzorcysty Johna Barrowa, który również przebywa w tym ośrodku. Mężczyzna odkrywa, że w ciele Molly zamieszkał sam Szatan, który próbuje wdrożyć w życie plan pozwalający mu zstąpić na Ziemię w swojej własnej postaci. Barrow decyduje się interweniować zanim będzie za późno.

W 2008 roku Mickey Liddell nakręcił lekki teen horror zatytułowany „The Haunting of Molly Hartley”, który nie spotkał się z wielką popularnością, a bo i nie pretendował do niczego odkrywczego, czy bardziej charakterystycznego. Po latach Steven R. Monroe, który wielbicielom kina grozy dał się poznać przede wszystkim, jako twórca dwóch części „Bez litości”, podjął się dokręcenia dalszych losów Molly Hartley. Tytuł filmu nie nastrajał pozytywnie – doświadczenie uczy, że horrory o opętaniach, w nazwach których widnieją personalia dotkniętych owym przekleństwem w przeważającej większości w miernym stylu powielają znane schematy, spopularyzowane przez „Egzorcystę”. I owszem, jeśli porównywać „The Exorcism of Molly Hartley” do ponadczasowego dzieła Williama Friedkina to nie pozostaje nic innego, jak zdyskredytować obraz Monroe’a (prawdopodobieństwo nakręcenia czegoś zbliżonego tematycznie, co równałoby się „Egzorcyście” jest znikome), ale zestawiając go z takimi tworami ostatnich lat, jak na przykład „The Possession of Emma Evans”, „Grace: Opętanie”, czy „The Possession of Michael King” można się miło zaskoczyć.

Scenariusz „The Exorcism of Molly Hartley” autorstwa Matta Venne’a w przeciwieństwie do większości powstałych w ostatnich latach horrorów satanistycznych nie porusza się tylko i wyłącznie w wyeksploatowanej przez ten nurt konwencji. Wybierając miejsce akcji scenarzysta inspirował się raczej typową przede wszystkim dla ghost stories scenerią odizolowanego od świata zakładu psychiatrycznego, pełnego niekontaktujących z rzeczywistością pacjentów. Właśnie do takiego przygnębiającego wystrojem i charakterem przybytku trafia podejrzana o podwójne morderstwo Molly Hartley - dwudziestoczterolatka, która od sześciu lat jest naczyniem Szatana. Po latach egzystencji w ukryciu Książę Piekieł postanawia się ujawnić, aby doprowadzić do końca plan umożliwiający mu zstąpienie na Ziemię. Monroe zaczyna z przytupem, nie zawracając sobie głowy przydługim, stonowanym zawiązaniem akcji, chyba, że za tokowy uznać dosyć śmiałe manifestacje przekleństwa Hartley. Po odnalezieniu w jej wannie poćwiartowanych zwłok dwóch osób (przekonujące efekty specjalne) kobieta trafia do zakładu psychiatrycznego, gdzie prób jej leczenia podejmuje się doktor Laurie Hawthorne. Psychiatra szybko odkrywa, że obecność Molly rzutuje na personel i pozostałych pacjentów, że dziewczyna może wpływać na mentalność chorych i korzystając ze swoich telekinetycznych mocy zakłócać spokój pracowników zakładu. Innymi słowy: standard, nic odkrywczego na tle innych horrorów o opętaniach. „The Exorcism of Molly Hartley” prezentuje się dużo lepiej w scenach bazujących na większej dosłowności, zmierzających do zniesmaczenia odbiorców. Steven R. Monroe remakiem „Pluję na twój grób” udowodnił już, że wykazuje szczególne zamiłowanie do krwawych horrorów, co w przebłyskach widać również w niniejszej produkcji. Sekwencja uderzania głową o ścianę, z licznymi zbliżeniami na krwawą plamę, powolnego wyjmowania odłamka szkła z nadgarstka, czy wreszcie zapewne inspirowana „Egzorcystą” scena obfitych wymiocin wylanych na Hawthorne wypadają aż nadto realistycznie (w ostatniej nie przeszkadza nawet filmowanie od tyłu), stojąc w opozycji do kształtowania aury nieznanego. Monroe chyba zwyczajnie nie odnajduje się w nadnaturalnych horrorach. W tym obrazie doskonale widać, że lepiej spełnia się w krwawych obrazach, w których może pochwalić się realistycznymi efektami specjalnymi, aniżeli stojących na przeciwnym biegunie ewokacji kina grozy nastrojowych, nadnaturalnych produkcjach. I paradoksalnie dzięki temu udało mu się stworzyć horror o opętaniu z całkiem innowacyjnym na tle tego rodzaju współczesnych tworów klimatem.

Przybrudzone, długo nieodnawiane, przytłaczające, ciasne, stare wnętrza zakładu psychiatrycznego i posępne zdjęcia bardziej kojarzą się z kinem gore, aniżeli nastrojówką bazującą na nadnaturalności. W pracy kamery i kolorystyce widać powtórkę z „Bez litości”, co o dziwo całkiem przyjemnie koegzystuje z fabułą. Jedyną przywarą jest znikoma dbałość o aurę tajemniczości, tak oczekiwaną od tego rodzaju obrazów, ale za to dzięki równomiernie rozłożonym środkom ciężkości całość charakteryzuje się przyzwoitą dozą napięcia. Skumulowanego tytułowymi egzorcyzmami, które odebrałam w dwójnasób. Z jednej strony zadowoliła mnie demoniczna charakteryzacja opętanej, skrepowanej Molly, przemawiającej zgrubiałym głosem i rzucającej bluźnierczymi kwestiami (wizualnie daleko jej było do Regan, ale na tle tych wszystkich współczesnych minimalistycznych w przekazie postaci opętanych przez demony znacząco się wyróżniała), a z drugiej rozczarowało mnie zachowanie byłego księdza Johna Barrowa. Szarżujący na demona z kropielnicą w dłoni, którą wojowniczo wymachiwał na wszystkie strony egzorcysta ocierał się o autoparodię, budząc rozbawienie iście hollywoodzką, przerysowaną bohaterską postawą. Nic dziwnego, że Szatan go wyśmiewał, w czym ochoczo mu wtórowałam… Za to końcowym odniesieniom do „Biblii Szatana” Antona Szandora LaVey’a oraz sfinalizowaniu całej intrygi nie mogę niczego zarzucić. Zwrot akcji nawet mnie zaskoczył, bo nie spodziewałam się dotknięcia takiej problematyki w horrorze o opętaniu z personaliami głównej bohaterki w tytule. Gorzej niestety prezentowały się ujęcia z demonicznymi owadami oczywiście wygenerowanymi komputerowo, przez co mało realistycznymi. Na koniec warto wspomnieć o obsadzie, głównej bohaterce kreowanej przez Sarah Lind, która o wiele zgrabniej wyrażała swoje emocje w postaci Szatan, aniżeli wyzwolonej, pnącej się po szczeblach kariery młodej kobiety, Ginie Holden w roli psychiatry, miejscami niepotrzebnie egzaltowanej i wreszcie bohaterskim egzorcyście, Devonie Sawie, który dopóki nie dobywał kropielnicy najbardziej przekonywał mnie do swojej postaci.

Na tle tych wszystkich współczesnych taśmowo produkowanych horrorów o opętaniach w moim odczuciu „The Exorcism of Molly Hartley” znacząco się wyróżnia, ale oczywiście nawet nie zbliża się do fenomenu „Egzorcysty”. Steven R. Monroe, co prawda bardziej zadbał o umiarkowanie krwawe, acz realistyczne ujęcia zmierzające do zniesmaczenia odbiorców, aniżeli ich przestraszenia, ale osobiście poczytuję to na plus, bo w końcu mamy miłą odmianę po tych wszystkich modnych ostatnimi czasy zbliżonych tematycznie obrazach. Co więcej do pełnego zrozumienia produkcji Monroe’a nie jest wymagana znajomość części pierwszej, więc osoby którym umknął film Liddella mogą śmiało sięgnąć jedynie po sequel, jeśli rzecz jasna odnajdują się w takich klimatach.