Stronki na blogu

wtorek, 8 listopada 2016

„Ouija: Narodziny zła” (2016)

Rok 1967, Los Angeles. Wdowa Alice Zander samotnie wychowuje dwie córki, nastoletnią Linę i dziewięcioletnią Doris. Na życie zarabia szarlatanerią: organizowaniem udawanych seansów spirytystycznych, w prawdziwość których wierzą jej klienci, tłumacząc to pragnieniem niesienia im pociechy. Pewnego dnia Alice kupuje planszę Ouija, z zamiarem wykorzystywania jej w swoich inscenizowanych seansach. Najbardziej zainteresowana nowym nabytkiem jest Doris, która wkrótce zaczyna utrzymywać, że za pośrednictwem planszy kontaktuje się ze swoim zmarłym ojcem, przedstawiając wiarygodne dowody na poparcie swoich słów. Alice jest zachwycona nowo odkrytymi zdolnościami młodszej córki, w przeciwieństwie do przerażonej tym wszystkim Liny. Alice postanawia wykorzystać moc córki w seansach spirytystycznych, wierząc, że dzięki temu pomogą wielu ludziom pragnącym nawiązać kontakt z duszami swoich bliskich. Lina tymczasem zaczyna zauważać coraz więcej oznak świadczących o zmianie osobowości Doris.

W tym roku chyba nikt nie powie, że odczuwa niedobór filmów Mike'a Flanagana. Amerykański twórca realizujący się głównie w produkcjach grozy na 2016 rok przygotował aż trzy obrazy, zaczynając od thrillera „Hush”, przez horror „Zanim się obudzę, a na „Ouija: Narodziny zła” kończąc. Ten ostatni jest prequelem „Diabelskiej planszy Ouija” - ghost story z 2014 roku w reżyserii Stilesa White'a. Scenariusz Flanagan napisał we współpracy z Jeffem Howardem, tym samym, z którym opracowywał scenariusze swoich dwóch wcześniejszych filmów, „Oculusi „Zanim się obudzę”. I z którym jeśli plany się ziszczą będzie kooperował podczas tworzenia filmowej adaptacji powieści Stephena Kinga zatytułowanej „Gra Geralda” i remake'u „Koszmaru minionego lata”. Obie produkcje wstępnie zapowiedziano na 2017 rok, choć oczywiście zarówno data premiery, jak i nazwiska twórców mogą jeszcze ulec zmianie.
 
Szacuje się, że Mike Flanagan przeznaczył na „Ouija: Narodziny zła” dziewięć milionów dolarów, czyli dość, aby nakręcić profesjonalny horror nastrojowy. I istotnie jeden z najbardziej znanych współczesnych reżyserów kina grozy zauważalnie całkiem dobrze spożytkował te pieniądze, choć nie zapatruję się, aż tak pozytywnie na ten obraz, jak spora część amerykańskich krytyków i takich jak ja zwykłych odbiorców. Podpisuję się pod stwierdzeniami wspomnianej grupy odbiorców, mówiącymi, że prequel przebił swojego poprzednika, co prawdę powiedziawszy dla twórcy z takim doświadczeniem, jak Mike Flanagan wcale nie powinno być trudne. Wziąwszy pod uwagę mierny poziom „Diabelskiej planszy Ouija” i znając wcześniejszą twórczość Flanagana można było się spodziewać, że prequel będzie przedstawiał sobą nieco większą wartość. Nie spodziewałam się jednak, aż tak daleko posuniętego minimalizmu, zwłaszcza, że wciąż jeszcze mam w pamięci dużo bardziej efekciarskie „Zanim się obudzę”, a i poprzedniczka omawianego filmu, „Diabelska plansza Ouija” do najbardziej stonowanych obrazów również nie należała. Nie twierdzę, że Flanagan całkowicie zrezygnował z posiłkowania się dobrodziejstwami nowoczesnej techniki, bo ingerencję komputera doskonale widać w kilku sekwencjach, głównie z udziałem smoliście czarnych stworów i małej Doris, aczkolwiek w moim odczuciu tylko w tym pierwszym przypadku przedobrzono. Rażąco sztuczne, wywołujące raczej śmiech niźli przerażenie czarne upiory uważam za całkowicie zbędne – gdyby poprzestano na przemykających cieniach widzianych przez szybkę we wskaźniku dołączonym do planszy Ouija (jeden z motywów spinających ten film z produkcją White'a) nie narażono by się na śmieszność, przynajmniej jeśli wziąć pod uwagę moją reakcję na unaocznienie jednego z zagrożeń w całej jego żenującej postaci. Zgoła inaczej zapatruję się na drugą wyraźną ingerencję twórców efektów komputerowych, a mianowicie co jakiś czas odkształcającą się twarz dziewięcioletniej dziewczynki - nadawanie jej rysom swoistej płynności i nieludzko szerokie otwieranie ust, które charakteryzowały się dużą powściągliwością, niewykazywaniem pragnienia popisywania się nowoczesną technologią, przez co łatwo było zapomnieć, że to jedynie wytwór komputerowych speców. Demoniczny wymiar postaci dziewczynki potęgowały jej upiorne białe oczy i nieosiągalne dla zwykłego człowieka ruchy ciała, spośród których największe wrażenie robi szybki spacerek po ścianie. Nie zdziwiłaby mnie wiadomość, że tworząc szkaradne oblicze dziewięciolatki obrazowane w dalszych partiach filmu, twórcy „Ouija: Narodzin zła” inspirowali się „Martwym złem” Sama Raimiego. Jeśli rzeczywiście tak było to nie widzę w tym niczego złego, szczególnie, że z mojego punktu widzenia wypadło to bardzo dobrze, chociaż oczywiście nie aż tak znakomicie, jak w kultowym dziele Raimiego. Wpływ komputera doskonale widać jeszcze choćby w sekwencji ze znikaniem ust dziewczyny wpatrującej się w lustro, która może i nie jawi się jakoś nadzwyczajnie, ale przynajmniej nie wywołuje poczucia obcowania z wizualizacją rodem z jakiejś animacji, a takie wrażenie dosyć często towarzyszy mi podczas spoglądania na wytwory współczesnej techniki w horrorach. Tak więc summa summarum, wyłączając groteskowe czarne stworki nie miałam żadnych przeciwwskazań do rezultatów działań twórców efektów specjalnych, którzy to o dziwo w większości przypadków wykazali się wyważonym umiarkowaniem, dostrzegalnie starając się niczego nie przejaskrawić (nie udało im się tego uniknąć tylko w jednym wspomnianym już przypadku).

Dzielenie się swoimi odczuciami z seansu „Ouija: Narodzin zła” rozpoczęłam od skrótowego omówienia efektów specjalnych, ale to nie one (choć w lwiej części całkiem zacne) najbardziej przypadły mi do gustu. Projekcję o wiele silniej uprzyjemniało mi udane odwzorowanie realiów lat 60-tych ubiegłego wieku i stylizowanie zdjęć na starą modłę. Nieprzesadnie, bo zrezygnowano choćby z ziarnistych wstawek, ale za to uważny widz zapewne dostrzeże pojawiające się co jakiś czas w prawym górnym rogu czarne kółko niegdyś wskazujące na zmianę szpuli, co w połączeniu z wyblakłymi barwami i starymi szlagierami rzeczywiście przywołuje na myśl niegdysiejsze produkcje grozy. O obowiązkowych staroświeckich ubraniach aktorów i takowym wystroju wnętrz już nie wspominając. Kolejną mocną stroną tego obrazu z mojego punktu widzenia jest klasyczne podejście do tradycji ghost stories w warstwie fabularnej i w pewnym stopniu również w realizacyjnej. Mike Flanagan i Jeff Howard postawili na konwencjonalną historyjkę, w której nie zabraknie typowych dla ghost stories seansów spirytystycznych, oznak nawiedzenia starego domu na przedmieściach i oczywiście objawów opętania małej dziewczynki, która za pośrednictwem planszy Ouija najprawdopodobniej nawiązała kontakt z jakimś bytem z zaświatów. W ten roli zobaczymy dobrze zapowiadającą się, utalentowaną Lulu Wilson, a towarzyszą jej między innymi równie zadowalająco wywiązujące się ze swoich zadań, Elizabeth Reaser i Annalise Basso – ta druga miała już okazję występować w filmie Mike'a Flanagana, a mowa oczywiście o „Oculus”. Poszukiwacze innowacji pewnie nie będą zadowoleni z propozycji scenarzystów „Ouija: Narodzin zła” (nawet wziąwszy pod uwagę akcent polski, któremu w takim wydaniu wyświechtania zarzucić nie można), najprawdopodobniej zniechęci ich kolejne standardowe podejście do nurtu ghost story, ale osoby, które tak jak ja znajdują przyjemność w obcowaniu z niektórymi charakterystycznymi dla gatunku wątkami powinny podzielać moją satysfakcję z takiego ujęcia tematu. Bo Flanagan z dużym szacunkiem podszedł do znanego schematu, przez większość czasu kładąc silny nacisk przede wszystkim na relacje międzyludzkie, akcentując psychologiczny wymiar koszmarnego położenia, w jakim znalazła się trzyosobowa rodzina złożona wyłącznie z przedstawicielek płci żeńskiej – i w tym miejscu pochwalę szczegółowe sportretowanie początkowo odmiennych reakcji Alice i Liny na nowe zdolności najmłodszej członkini familii, które zostały pokazane w naprawdę wciągający, nieprzegadany sposób. Nie licząc dynamicznej ostatniej partii filmu twórcy z rzadka wtłaczali w akcję dosłowne manifestacje jakiejś nadprzyrodzonej siły, a i wówczas (nie licząc końcówki) poprzestawali na przemykających cieniach, czy wspomnianej już sekwencji znikania ust. Pojawiło się również trochę mniej dosadnych oznak nawiedzenia typu ściąganie kołdry, czy samo przesuwający się wskaźnik dołączony do tabliczki Ouija i oczywiście parę „nieśmiertelnych” jump scenek, które w moim przypadku nie odniosły zamierzonego skutku, bo pojawiały się w łatwych do przewidzenia momentach i nie były należycie podkreślane wyrazistą ścieżką audio, choć klimat w tych i pozostałych ustępach był zadowalająco (acz niepowalająco) mroczny. Lepiej by zrobiono, gdyby całkowicie zrezygnowano z tych nielicznych prymitywnym form straszenia, bo nie dość, że były cokolwiek nieudolne to jeszcze niezbyt pasowały do założenia, polegającego na odwzorowywaniu sznytu twórców starszych horrorów. A biorąc pod uwagę nieśpieszną narrację, scenerię i po części stylizowanie zdjęć tak, aby przypominały te z minionego wieku, mniemam, że Mike Flanagan takie złudzenie zamierzał wytworzyć. Na koniec uprzedzę tylko, że po napisach końcowych pojawia się jeszcze jedna sekwencja, wiele wyjaśniająca, ale chyba niepotrzebnie, bo podejrzewam, że osoby zaznajomione z „Diabelską planszą Ouija” już wcześniej wszystkiego się domyślą, a ci którzy owego filmu nie znają i tak nie zrozumieją o co chodzi.

Jestem skłonna polecić „Ouija: Narodziny zła” wielbicielom klasycznego ujęcia ghost story, z domieszką współczesnych technik filmowania tudzież podejścia do form straszenia. Nie jest to jakieś arcydzieło, ani nawet nic nadmiernie emocjonującego, ale ogląda się całkiem dobrze, zwłaszcza jeśli pochwala się w większości aspektów minimalistyczne podejście do gatunku. Mike Flanagan moim zdaniem zdeklasował „Diabelską planszę Ouija”, ale nie mogę powiedzieć, żeby mnie znokautował efektem swojej pracy. Uważam, że to dobra nastrojówka, ale do wspaniałości jej jeszcze daleko.

poniedziałek, 7 listopada 2016

„Świadek mimo woli” (1984)

Hollywood. Cierpiący na klaustrofobię Jake Scully jest nisko opłacanym aktorem, grywającym w filmach klasy B. Aktualnie pracuje na planie taniego horroru, gdzie wciela się w rolę wampira. Kiedy pewnego dnia wraca wcześnie do domu zastaje swoją dziewczynę w łóżku z innym mężczyzną. Ta sytuacja zmusza go do szukania nowego lokum. Traf chce, że nowo poznany Sam Bouchard, zajmujący się domem swojego znajomego, musi wyjechać na parę tygodni. Proponuje więc Jake'owi lokum do czasu swojego powrotu, w zamian oczekując jedynie podlewania roślin. Przed wyjazdem Sam oprowadza Jake'a po futurystycznym, bogato urządzonym domu, pokazując mu między innymi teleskop, przez który można podejrzeć piękną sąsiadkę, Glorię Revelle, która co wieczór „daje pokaz” tańca erotycznego w swojej sypialni. Po wyjeździe Sama Scully zauważa, że nie jest jedynym mężczyzną podglądającym Glorię, że przygląda się jej również mężczyzna przypominający Indianina. Nazajutrz zauważa, że nieznajomy ją śledzi, więc bez zastanowienia również rusza jej śladem. Jake stara się zapewnić ochronę, jak mu się wydaje niczego nieświadomej sąsiadce, którą jest wielce zafascynowany.

„Świadek mimo woli” w reżyserii niedoścignionego Briana De Palmy, na kanwie scenariusza spisanego wespół z Robertem J. Avrechem po wejściu na duże ekrany w Stanach Zjednoczonych wywołał niemałe kontrowersje. Wiele widzów uważało, że obraz jest przeładowany niesmaczną erotyką i przemocą (co uważam za stwierdzenie przesadne), pojawiły się nawet opinie, że z obrazu bije mizoginizm, o który posądzono oczywiście reżysera. Nominacja Briana De Palmy do Złotej Maliny była ukoronowaniem ówczesnej krytyki, wymierzonej w „Świadka mimo woli”, choć gwoli sprawiedliwości znaleźli się również odbiorcy, którzy stawali w obronie tego dokonania De Palmy. Jednak potrzeba było lat, aby produkcja wkupiła się w łaski szerokiej opinii publicznej, żeby przestano postrzegać ją jedynie w kategoriach bezsensownego spektaklu przemocy i seksu. Dzisiaj zrealizowany za dziesięć milionów dolarów „Świadek mimo woli” w wielu kręgach cieszy się statusem thrillera kultowego, a recenzenci z lubością chwalą jego realizacyjny i fabularny potencjał.

„Świadek mimo woli” to swoiste połączenie „Okna na podwórze” i „Zawrotu głowy” Alfreda Hitchcocka, rzecz jasna wzbogacone o nowe wątki. Brian De Palma słynie z silnych inspiracji dziełami nieodżałowanego mistrza suspensu - przez wielu widzów uważany jest wręcz za godnego następcę Hitchcocka, pod czym bez zmrużenia oka się podpisuję. Podczas, gdy w „Zawrocie głowy” mieliśmy bohatera cierpiącego na akrofobię, w „Świadku mimo woli” dostajemy mężczyznę borykającego się z klaustrofobią, która to znacznie utrudnia mu pracę. Bo w końcu aktor aktualnie pracujący nad rolą wampira sypiającego w ciasnej trumnie, którego paraliżuje strach ilekroć spocznie w swoim upiornym legowisku dla reżysera jest kompletnie nieprzydatny. Nie dziwi więc, że nasz bohater, Jake Scully (w którego w znakomitym stylu wcielił się Craig Wasson), wkrótce zostaje zwolniony, a jego miejsce zajmuje bardziej wydajny pracownik. W końcu Hollywood nie jest miejscem na jakiekolwiek sentymenty, tutaj liczy się przede wszystkim zysk, a więc i minimalizacja kosztów jest nieodzowna. Reżyser podrzędnego horroru o wampirze nie może sobie pozwolić na czekanie, aż odtwórca tytułowej roli dojdzie do siebie, bo i po co, skoro aktorów pokroju Jake'a Scully'ego jest na pęczki. Na przykładzie zawodowych perypetii głównego bohatera „Świadka mimo woli” scenarzystom, Brianowi De Palmie i Robertowi J. Avrechowi udało się w przystępny, nieprzedobrzony sposób pokazać bezwzględność filmowego światka - zdołali unaocznić widzom, jak trudne jest pozyskanie i utrzymanie roli nawet w kiczowatym horrorze i jak łatwo można z dnia na dzień wypaść z tej branży. Nie przez wrodzone okrucieństwo producentów tudzież reżyserów tylko przez konieczność szybkiego sfinalizowania projektu i przeogromną konkurencję. Twórcy jednak nie sprowadzają całego filmu do trzeźwego osądu jednego z przykrych aspektów życia w światku filmowym, nieporównanie więcej uwagi poświęcając obsesji głównego bohatera - jego głębokiej fascynacji tymczasową sąsiadką, Glorią Revelle, która jak można się tego spodziewać będzie miała opłakane skutki. Czyli podobnie, jak w „Zawrocie głowy” Alfreda Hitchcocka, aczkolwiek należy nadmienić, że wpływ pięknej kobiety na Jake'a Scully'ego wydaje się dużo większy. W latach 80-tych pojawiły się głosy krytyków wskazujące na mizoginizm De Palmy, a ściślej nienawiść do kobiet przebijającą z tego konkretnego obrazu. Do wykrystalizowania się takich opinii zapewne przyczyniło się kilka wstawek o zabarwieniu erotycznym, które sprowadzały kobiety do rozpustnych jednostek, gotowych sprzedawać własne ciała byle tylko zaistnieć w branży i wejść w posiadanie dużej gotówki. Mizoginia w pojęciu co poniektórych widzów mogła przebijać również ze sceny stanowiącej apogeum napięcia, tj. ataku na tymczasową sąsiadkę Jake'a Scully'ego w jej własnym domu i nie tylko z powodu brutalnego potraktowania kobiety, ale również poprzez symbolikę tej konkretnej sekwencji. Otóż, mogę sobie wyobrazić, że w wiertle dzierżonym przez napastnika dopatrywano się symbolu fallusa, jednakże nie wykluczam, że aż tak daleko w interpretacjach nie wybiegano. Chociaż nie kwestionuję obecności w „Świadku mimo woli” postaci kobiecej, która specjalizuje się w branży porno, choć nie neguję wydźwięku erotycznego silnie wyczuwalnego w wielu sekwencjach z udziałem niektórych kobiet to nie odniosłam wrażenia, żeby film niósł jakiś mizoginistyczny podtekst. Nie zauważyłam niechęci twórców do kobiecych postaci, nie miałam poczucia demonizowania ich sylwetek, czy beznamiętnego obchodzenia się z nimi, albo wręcz czerpania radości z ich okrutnego traktowania. Już raczej odnosiłam wrażenie, że scenarzyści zaakcentowali wady czołowej męskiej postaci, Jake'a Scully'ego (brak większych oporów przed podglądaniem kobiety, stopniowe poddawanie się zboczeniu), że w przeciwieństwie do wzbudzających sympatię sylwetek płci żeńskiej cechował się swoistą ambiwalencją. Na początku niejeden widz najprawdopodobniej będzie mu współczuł. Wszak Brian De Palma z dużą, acz niemelodramatyczną wrażliwością pokazał obraz człowieka znajdującego się na rozstaju. Posiłkując się melancholijną ścieżką dźwiękową niezastąpionego Pino Donaggio i operując silnie skontrastowanymi zdjęciami oddanymi w pastelowych, acz przemyślnie lekko przybrudzonych barwach, twórcy przybliżyli nam historię człowieka, który z dnia na dzień traci niemalże wszystko: dziewczynę, mieszkanie i angaż. Zyskuje jednak nowego przyjaciela, który „wyciąga do niego pomocną dłoń”, oferując tymczasowe lokum w okazałym domu. Pomysłowa konstrukcja, na której usytuowane jest nowe lokum Jake'a Scully'ego sprawia wrażenie, jakby przeniesiono ją z jakiegoś obrazu science fiction, a bogaty wystrój, w którym widać wyłącznie „męską rękę” z pewnością wprawi w czysty zachwyt niejednego widza.

Pytanie, czy odbiorcy będą tak samo zafascynowani podglądactwem, jak Jake Scully, czy tak samo jak on „uzależnią” się od widoku roznegliżowanej sąsiadki, która co wieczór daje nieświadomy pokaz tańca erotycznego i będą wyczekiwać chwili, w której znowu spojrzy na jej nagie ciało, czy raczej potępią takie zachowanie. Pokaz jest nieświadomy, bo wszystko wskazuje na to, że żona majętnego, agresywnego człowieka, Gloria Revelle, idealnie wykreowana przez Deborah Shelton, nie zdaje sobie sprawy, że ktoś się jej przygląda (motyw znany z „Okna na podwórze”, choć nieco zmodyfikowany). A podglądaczy jest dwóch – jeden z nich Jack Scully zauważa bowiem, że Glorię obserwuje również mężczyzna przypominający Indianina, który nie zamierza ograniczyć swoich kontaktów z nią jedynie do podglądania. Od tego momentu akcja nabiera tempa i to w kilku różnych kierunkach. Z jednej strony dostajemy ujęcia świadczące o rosnącej niezdrowej obsesji Scully'ego na punkcie sąsiadki, a z drugiej silnie trzymające w napięciu sekwencje podążania tajemniczego mężczyzny śladami Glorii, któremu z kolei bacznie przygląda się główny bohater „Świadka mimo woli”, tak dalece niewprawny w sztuce śledzenia, że aż dziw, iż Gloria nie zdała sobie sprawy z jego obecności dużo wcześniej. W każdym razie w końcu zauważyła Jake'a, ale zanim ten zdołał jej wszystko wyjaśnić, wkroczył mężczyzna przypominający Indianina, wyrywając kobiecie torebkę. Pościg w wykonaniu Jake'a, sfinalizowany klaustrofobiczną sekwencją w tunelu to pokaz prawdziwie mistrzowskiego wyczucia dramatyzmu De Palmy i niezwykłej wprawy w tworzeniu naprawdę przytłaczającej aury, zbudowanej głównie za sprawą prostego triku z przybliżającym się i oddalającym obrazem, sprawiającym wrażenie, jakby ściany miały za chwilę zmiażdżyć zlanego potem głównego bohatera. W tym ustępie odrobinę zraziło mnie jedynie nienaturalne wpadnięcie Glorii w ramiona Jake'a tuż po tym jak napastnik oddalił się ze swoim łupem. Nie sądzę, żeby w rzeczywistości tak wytworna kobieta tak szybko przylgnęła do nieznajomego mężczyzny, nawet jeśli stanąłby w jej obronie. Wydaje mi się, że De Palma tym ustępem próbował wykrzesać lekko oniryczny klimat, czy też wygenerować swego rodzaju marzycielską atmosferę, gdyż „wirująca, całująca się para” sprawia wrażenie żywcem wyjętej z jakiejś fantazji. Niedługo po tym wydarzeniu, mniej więcej po upływie połowy filmu dochodzimy do najbardziej charakterystycznej sceny, w której wcześniej doskonale wyczuwalne napięcia osiąga punkt kulminacyjny. Moment szczytowej grozy poprzedza pojawienie się w domu Glorii tajemniczego Indianina, którego Jake zauważa podczas zwyczajowego podglądania kobiety przez teleskop. Od tego momentu następuje niezwykle długi spektakl niebotycznie emocjonujących wydarzeń, obfitujący w dosłownie wbijające w fotel ujęcia duszenia Glorii, powolnego zbliżania się do niej z dużym wiertłem w ręku i szaleńczego „wyścigu z czasem” w wykonaniu Jake'a. Widziałam już na ekranie niejedną sekwencję brutalnego ataku na niewinną ofiarę, ale to co pokazał De Palma w „Świadku mimo woli” autentycznie mną sponiewierało. Wpatrywałam się w ekran szeroko otwartymi oczyma z silnie zaciśniętymi pięściami i błagałam w myślach scenarzystów, żeby kobiecie udało się ujść z życiem, żeby Jake zdążył wybawić ją z opresji. Bo do tego czasu zdążyłam już zapałać dużą sympatią do Glorii, bo De Palma sprawił, że naprawdę zależało mi na jej bezpieczeństwie i byłam wręcz oburzona zachowaniem głównego bohatera, tym, że nie raczył wcześniej zawiadomić policji. Trwałam więc w stanie nieznośnego napięcia (nie pamiętam filmu, w którym pojawiłaby się scena ataku, która tak silnie by na mnie podziałała), zanosząc modły do twórców, aby nie wykazywali się bezwzględnością i pozwolili Glorii przeżyć (choć na ogół wolę bezkompromisowość, co powinno najdobitniej świadczyć o tym, jak bardzo polubiłam tymczasową sąsiadkę Jake'a) i przeklinając w duchu głównego bohatera za wcześniejszą bierność, za chęć ukrycia swoich niechlubnych praktyk, kosztem bezpieczeństwa niewinnej kobiety. Ale równocześnie dopingowałam mu podczas biegu w kierunku znajdującej się w wielkim niebezpieczeństwie kobiety, głośno zachęcałam go do podkręcenia tempa. To był naprawdę niesamowity ciąg niezwykle emocjonujących wydarzeń, co zdarza się tak rzadko w kinematografii, że grzechem byłoby tego nie zobaczyć, więc jak ktoś nie widział „Świadka mimo woli” to choćby ze względu na tę jedną sekwencję radzę czym prędzej się z tą produkcją zapoznać. A przecież plusów jest więcej. Poza tymi wzmiankowanymi wyżej i pojawiającymi się w pierwszej partii filmu warto nadmienić, że wydarzenia mające miejsce po ataku na Glorię obfitują w jeszcze więcej superlatywów, z Melanie Griffith na czele, nominowaną za tę rolę do Złotego Globu, która poza wszystkim innym (zapadającą w pamięć kreacją, trzymającą w napięciu końcówką z jej udziałem i krztyną niewymuszonych humorystycznych akcentów pojawiających się za sprawą jej postaci) wypowiada niezwykle błyskotliwą kwestię na temat nekrofilów, dając widzom do zrozumienia, że jest ekspertką w tym temacie, bo obejrzała film dokumentalny o tego rodzaju dewiantach. Innymi słowy De Palma w ten subtelny sposób mówi nam, że doszliśmy do punktu, w którym wiedzę czerpie się przede wszystkim z filmów. W domyśle większą wiarę pokładamy w kreowane na ekranie postacie i wydarzenia, aniżeli w suche fakty – a przynajmniej ja tak zinterpretowałam wyznanie Holly Body, partnerującej Scully'emu w dalszych partiach filmu. Na miejscu scenarzystów popracowałbym dłużej nad finałem, nie warstwą techniczną, bo ta wypada niezwykle emocjonująco tylko nad płaszczyzną tekstową, bo odpowiedź na najważniejsze pytanie postawione w scenariuszu łatwo znaleźć już na początku „Świadka mimo woli”. Naprawdę nie trzeba być „orłem”, żeby przedwcześnie rozszyfrować jeden z końcowych zwrotów akcji, choć przyznam się, że drugi twist mocno mnie zaskoczył. Na koniec, i o tym też warto wspomnieć, De Palma przygotował scenę pod prysznicem, która miała unaocznić widzom jeden ze sposobów „oszukiwania” widza przez branżę filmową, dać mu do zrozumienia, że nie należy ślepo pokładać wiary w to co widzimy na ekranie. Ostatnia sekwencja wydaje się więc być finalizacją wcześniejszej znamiennej kwestii Holly Body, będącej przytykiem w stronę „łatwowiernych” widzów.

„Świadek mimo woli” to moim zdaniem jedno z najlepszych dokonań Briana De Palmy, oczywiście spośród tych, które dotychczas dane mi było zobaczyć. Chociaż film trwał niemalże dwie godziny żałowałam, że nie wydłużono go o co najmniej drugie tyle, bo oglądając go dosłownie zapomniałam o otaczającym mnie świecie. Byłam tylko ja, ogarnięty obsesją Jake Scully, wzbudzająca ogromną sympatię Gloria Revelle i wyzwolona (aż za bardzo), bezpruderyjna Holly Body. I oczywiście czysty geniusz Briana De Palmy, który emanuje z dosłownie każdego ujęcia „Świadka mimo woli”, zamieniając ten nieskomplikowany thriller w niezwykle emocjonujące, zapadające w pamięć widowisko, które w moim odczuciu całkowicie zasłużyło sobie na status filmu kultowego.

sobota, 5 listopada 2016

„The Unspoken” (2015)

Angela dostaje propozycję pracy w charakterze opiekunki dziewięcioletniego Adriana, który od śmierci ojca nie mówi i stroni od ludzi. Chłopiec wraz z matką Jeanie właśnie wprowadził się do drewnianego domku w zacisznych okolicach miasteczka, o którym od siedemnastu lat krąży wiele przerażających historii. Wówczas doszło do zaginięcia całej rodziny mieszkającej w tym domu, której nigdy nie odnaleziono. Większość tutejszych mieszkańców nie przekracza progu domu Briar, jak go nazywają, ale ciężka sytuacja finansowa ojca Angeli zmusza dziewczynę do przyjęcia oferty pracy, pomimo niepokoju jaki wzbudza w niej to miejsce. Już pierwszego dnia Angela nawiązuje kontakt z Adrianem, co wielce raduje jego matkę. I gdy już zaczyna jej się wydawać, że wszystkie opowieści, jakie słyszała o domu Briar mijają się z prawdą świadkuje dziwnym wydarzeniom, wskazującym na jakąś złowrogą obecność.

„The Unspoken” znany również pod tytułem „The Haunting of Briar House” to kanadyjski horror w reżyserii Sheldona Wilsona, do którego sam napisał scenariusz. Ma on już pewne doświadczenie w kinie grozy – stworzył między innymi „Płytko pod ziemią”, „W szponach strachu”, „The Hollow” i „Pole strachu”, ale jak dotąd żaden jego horror nie spotkał się z wielkim uznaniem szerokiej opinii publicznej. Sheldon Wilson wielbicielom kina grozy dał się poznać przede wszystkim, jako twórca obrazów spoza głównego nurtu, w których można odnaleźć kilka superlatywów, ale nie aż takiej rangi, żeby można było uznać jego dokonania za jakieś wiekopomne dzieła, odgrywające istotną rolę w rozwoju całego gatunku. Powiedziałabym raczej, że Sheldon tworzy modelowe „wypełniacze wolnego czasu", na które można się pogapić z braku innych propozycji, ale bez nastawiania się na coś nadzwyczajnego. „The Unspoken” moim zdaniem również jest właśnie takim obrazem.

Prolog „The Unspoken” skupia się na wydarzeniu, które sprawiło, że niewielki drewniany dom usytuowany w odludnej okolicy zyskał złą sławę. Widzimy wówczas policjanta, który nocą w pojedynkę przekracza jego próg, a wewnątrz odnajduje ślady przemocy. Nie zastaje rodziny, która zajmowała ten dom, ale zauważa krwawe ślady na podłodze, ścianach i drzwiach oraz odkrywa ciało mężczyzny zwisające z sufitu. Poza tym wszystko sprawia wrażenie, jakby dom opuszczono nagle w wielkim pośpiechu, jakby coś zaskoczyło mających niedługo zasiąść do kolacji lokatorów. Przypomina to trochę przypadek Mary Celeste, statku, z pokładu którego w tajemniczych okolicznościach zniknęli wszyscy pasażerowie i załoga. Sposób, w jaki twórcy podchodzą do wstępnych sekwencji każe sądzić, że zdecydowali się największy nacisk kłaść na budowanie napięcia i narastającej atmosfery nieznanego zagrożenia, czyhającego na protagonistów przechadzających się po przeklętym domu. Ale choć w tej materii wykazują się bardzo dużą cierpliwością, nieśpiesznie przechodzą od audiowizualnych zwiastunów niebezpieczeństwa do kulminacji, to niestety klimat osnuwający wspomnianych śmiałków nie jest na tyle wyrazisty, żeby znacząco podnieść poziom adrenaliny, a przynajmniej mnie zabrakło mroczności i dobitniejszego potęgowania napięcia. Taki sam problem miałam z pozostałymi, całkiem licznymi, tego typu sekwencjami. Jeśli chodzi o ich długość to nie mam absolutnie nic twórcom do zarzucenia – zamiast tak często spotykanych we współczesnych straszakach błyskawicznych przejść od poprzedzających manifestacje jakiejś nieziemskiej siły ustępów do tychże „chwil szczytowej grozy”, operatorzy pod kierownictwem Wilsona dali widzom czas na zsynchronizowanie swoich emocji z emocjami bohaterów filmu, nad którymi właśnie zawisło widmo śmierci. Nie śpieszyli się, nie zależało im na tworzeniu „niekończących się” kompilacji upiornych zdjęć okraszonych głośną ścieżką dźwiękową tylko na powolnym budowaniu napięcia. Coś jednak mi w tym zgrzytało – widać było, że Wilson pragnie odwzorować styl prezentowany głównie dawniej przez wielu twórców nastrojowych horrorów, którzy wychodzili z założenia, że o wiele bardziej przerażające jest to, czego nie widać, ale czego istnienie wyraźnie się wyczuwa, ale nie odniosłam wrażenia, żeby w pełni wykorzystał potencjał drzemiący w tego typu narracji. Zabrakło mi nutki jakiegoś szaleństwa, chwilowego odchodzenia od obranej ścieżki i oczywiście bardziej zdecydowanego grania na emocjach. Miejscami wyglądało to tak, jakby Sheldon Wilson trzymał się jakichś wytycznych, jakby dzierżył w ręku podręcznik zawierający szczegółowe instrukcje konstruowania świata przedstawionego horroru nastrojowego. Czyli mniej więcej tak: najpierw dostajemy długą czy to wędrówkę czy bierne wyczekiwanie danego bohatera na jakieś uderzenie, oddane w nazbyt jasnej kolorystyce i toczące się w przewidywalnym kierunku, który pozwala z zegarmistrzowską precyzją domyślić się, w którym ułamku sekundy nastąpi finalne uderzenie, a po długim oczekiwaniu rzeczywiście dostajemy spodziewaną kulminację, która najczęściej bazuje na wyświechtanych akcentach. Pomijając ostatnią dynamiczną partię „The Unspoken” twórcy właściwie tylko raz odbiegli od oklepanych sposobów manifestacji jakiejś nieziemskiej siły. Serię mało widowiskowych, bo pozbawionych towarzystwa paraliżującego wszystkie zmysły klimatu grozy samoistnie otwierających się drzwi i drzwiczek od kuchennych szafek, przestawiających się naczyń i toczącej się po podłodze kuleczki należącej do Adriana, uświetnia sekwencja z rozkładającym się truchłem psa, które to nagle ożywa i odgryza mężczyźnie żuchwę. Oprócz pomysłowości (na tle pozostałych kulminacji pojawiających się przed ostatnią partią filmu) ten ustęp charakteryzuje całkiem umiejętne podejście do stylistyki gore – efekty specjalne wykorzystane do zobrazowania rozkładających się zwłok zwierzęcia i śmiertelnego obrażenia odniesionego przez jego ofiarę wypadają całkiem przekonująco i co równie ważne twórcy dają widzom możliwość dokładnego przyjrzenia się wszystkim szczegółom poprzez długie, acz nie nazbyt rozwleczone zbliżenia. To wydarzenie dało mi do zrozumienia, że Sheldon Wilson nie zamierzał ograniczać się do estetyki horroru nastrojowego bazującego na jakimś nadnaturalnym zagrożeniu, że chciał przemieszać elementy tożsame dla tego odłamu kina grozy z krwawymi fragmentami na ogół niekojarzonymi z nurtem, do którego „The Unspoken” w większej części się wpisuje. Co więcej odniosłam wrażenie, że twórcy tego obrazu lepiej odnajdywali się w warstwie gore, która uwidoczni się jeszcze w końcowych partiach filmu i uraczy nas między innymi udaną (moim zdaniem najbardziej charakterystyczną sekwencją pojawiającą się w „The Unspoken”), bo budzącą nieprzyjemne, „bolesne” odczucia, sceną eliminacją jednego z bohaterów spoczywającego na gwoździach wbitych w podłogę.

Fabuła „The Unspoken” (nie licząc przewrotnego finału, o którym później) bazuje na mocno wyeksploatowanych w kinie grozy motywach. Przeprowadzka do nowego domu dobrze wykreowanej przez Pascale Hutton Jeanie i jej dziewięcioletniego syna Adriana (którego nieobecne spojrzenie i kamienny wyraz twarzy niemalże mnie hipnotyzowały, za co należą się brawa odtwórcy tej roli, Sunny'emu Suljicowi) sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z klasyczną ghost story, gdyż motyw przeprowadzki najczęściej pojawia się właśnie w tym nurcie kina grozy. Wątek opiekunki do dziecka również nie grzeszy oryginalnością, ale jako że uwielbiam nawiązania do tradycji gatunku, mało odkrywcze podejście do historii w najmniejszym stopniu mi nie przeszkadzało. Już raczej cieszyło. W rolę opiekunki Adriana, Angeli, wcieliła się dobrze znana fanom horrorów jak zwykle znakomita Jodelle Ferland, której aktorski kunszt (bo przecież nie wyróżniająca się osobowość jej postaci) sprawił, że właściwie z miejsca zapałałam sympatią do Angeli. Dziewczyna mieszka z ojcem, który aktualnie jest bezrobotny i zajmuje się dziećmi w przedszkolu. Oprócz Pandy, z którą łączy ją głębsza relacja aniżeli zwyczajna przyjaźń, Angela nie utrzymuje kontaktów ze swoimi rówieśnikami, jest raczej samotnicą, która największą przyjemność odnajduje w zajmowaniu się dziećmi. I która zmaga się z koszmarami sennymi, mającymi związek z jej matką, którą straciła przed laty. Demoniczne oblicze rodzicielki Angeli w paru miejscach pojawi się na ekranie w formie jump scenek, ale tak nieudolnie wyliczonych w czasie i zbyt delikatnie zaakcentowanych dźwiękowo, że całkowicie nieskutecznych, pomimo przekonującej, bo minimalistycznej charakteryzacji martwej kobiety. Poza wątkiem koncentrującym się na nowej pracy Angeli u boku zamkniętego w sobie dziewięciolatka w drewnianym domu uważanym za przeklęty, „The Unspoken” roztacza przed widzami wątek grupy młodych mężczyzn zaprzyjaźnionych z Pandy, którzy próbują dostać się do feralnego domostwa celem wyniesienia narkotyków, które przechowują w piwnicy. Ich historia jest zdecydowanie najsłabszą częścią składową fabuły, bo przez większość czasu kojarzy się z tanią sensacją pozbawioną pierwiastka nadprzyrodzonego. O wiele lepiej śledziło mi się losy głównej bohaterki zaczynającej pracę w domu Briar, które to pomimo opisanego wyżej deficytu mroczności przynajmniej nie nudziły, czego nie mogę powiedzieć o dziejach dilera i jego trzódki. Choć gwoli sprawiedliwości muszę nadmienić, że zdjęcia zrobione przed feralnym domkiem dzięki wypraniu z kolorów (niecałkowitemu, ale szarości zdecydowanie wówczas dominują) generowały całkiem złowieszczy klimacik – bardziej dobitnie aniżeli długie sekwencje poprzedzające manifestacje siły nieczystej, które nie potrafiły wykrzesać ze mnie większego napięcia emocjonalnego. Dynamiczną końcówkę, zasadzającą się zarówno na umiarkowanie krwawych akcentach, jak i nadnaturalności, uważam za całkiem udaną, również z tego względu, że twórcom udało się mnie zaskoczyć końcowym zwrotem akcji UWAGA SPOILER wskazującym, że wtłoczenie w ramy konwencji kojarzonej głównie z ghost stories i dawanie do zrozumienia, że dom Briar jest nawiedzony było typowym pogrywaniem na oczekiwaniach widza, skutecznym odwracaniem jego uwagi od istoty problemu. Ponadto ucieszyło mnie „puszczenie oka do widza” w ostatnim ujęciu, nawiązującym do jednego z najpopularniejszych horrorów nastrojowych w historii kinematografii (i istniejącej w rzeczywistości legendy tego miejsca) tj. widokiem tabliczki z napisem „Amityville” KONIEC SPOILERA.

„The Unspoken” ostatecznie odebrałam w kategoriach zwykłego średniaka, który to choć nadmiernie nie przynudza, ani za bardzo nie irytuje to jednocześnie nie wyróżnia się na tyle mocnym klimatem, czy zapadającymi w pamięć sekwencjami, żeby wyrwać się ze szponów przeciętności. Jestem przekonana, że za parę dni całkowicie o nim zapomnę, bo w moim pojęciu to jedna z tych produkcji, którą ogląda się całkiem znośnie, ale nie sposób zachować jej długo w pamięci. Innymi słowy niewymagająca myślenia taka sobie rozrywka, niewyróżniająca się niczym szczególnym na tle współczesnych straszaków, tak pod kątem fabuły, jak i (co jest nieporównanie ważniejsze) podejściem do klimatu i kulminacji scen grozy.

piątek, 4 listopada 2016

Zapowiedzi na rok 2017

Tradycyjnie poniżej przedstawiam kilka wybranych filmowych horrorów (chociaż niektóre finalnie mogą okazać się thrillerami) zapowiadanych na przyszły rok. Celowo pominęłam te produkcje, o których już wspominałam przy okazji innych tego typu zestawień. Dlatego nie pojawiły się tutaj tak szumne zapowiedzi, jak „It”, czy „Smakosz 3” (choć nie wykluczam, że coś się mogło powtórzyć – pamięć już nie ta). Aczkolwiek wiele innych tytułów również pominęłam, z czystej konieczności, gdyż jest ich tak dużo, że nie byłabym w stanie wspomnieć o wszystkich. I oczywiście muszę nadmienić, że zamieszczone przeze mnie informacje o poniższych filmach mogą jeszcze ulec zmianie.

„Friday the 13th”, reż. Breck Eisner

Początkowo nowy slasher z serii o Jasonie Voorheesie miał reaktywować postać jednego z przeciwników zamaskowanego mordercy, pojawiającego się w kilku odsłonach cyklu, Tommy'ego Jarvisa, w którego ponownie miał wcielić się Corey Feldman. Planowanej produkcji nadano roboczy tytuł: „Friday the 13th Part XIII: Jason vs. Jarvis”, ale koncepcja upadła. Ostatecznie zdecydowano się na reboot, czy też kontynuację pierwszej części nowej serii o Jasonie Voorheesie z 2009 roku (ciężko się w tym połapać). Jednak niezależnie od tego, jak nowy slasher o mordercy w masce hokejowej nie wpasuje się w poprzednie odsłony jedno wydaje się być pewne: Jason wróci i znów będzie zabijał.

„Obcy: Przymierze”, reż. Ridley Scott

Reżyser „Obcego – ósmego pasażera Nostromo” i „Prometeusza”, Ridley Scott postanowił połączyć oba wspomniane filmy w swoim nowym przedsięwzięciu. Horror science fiction„Obcy: Przymierze” ma być nawiązującą do „Obcego” kontynuacją „Prometeusza” - środkową częścią z planowanych trzech. Fabuła ma koncentrować się na załodze statku kosmicznego „Przymierze”, która dociera na dotąd nieznaną planetę, którego jedynym mieszkańcem wydaje się być android David. Ich początkowy zachwyt nad pięknem tego miejsca zamienia się w przerażenie, gdy uświadamiają sobie skalę niebezpieczeństwa, z jakim przyszło im się zmierzyć.

„Rings”, reż. F. Javier Gutierrez

Krążyły plotki, że „Rings” ma być prequelem remake'u z 2002 roku w reżyserii Gore Verbinskiego, ale F. Javier Gutierrez, twórca zapowiadanej odsłony, zdementował te informacje zamieszczając na jednym z portali społecznościowych wpis mówiący, że „Rings” będzie kontynuacją sequela nowego „The Ring” (pomieszanie z poplątaniem, wiem...). Jak to będzie, przekonamy się z czasem. W każdym razie film ma traktować o młodej kobiecie, która próbuje uratować życie swojego chłopaka, który obejrzał nagranie na niesławnej przeklętej kasecie (w roli głównej, co jest fatalną informacją nie zobaczymy ponownie znakomitej Naomi Watts tylko Matildę Annę Ingrid Lutz).

„Halloween: The Night Evil Dead”, reż. Kohl V. Bladen, Jeffrey J. Moore

Film ma być kolejną odsłoną „starej serii” slasherów o zamaskowanym mordercy, Michaelu Myersie, czyli skupiającą się na wydarzeniach mających miejsce po tych zaprezentowanych w „Halloween: Powrót” z 2002 roku i nienawiązującą do nowego cyklu Roba Zombiego. Scenariusz ma skupiać się na Emmie i grupie jej przyjaciół, którzy po śmierci ojca tej pierwszej wybierają się do Haddonfield, aby spróbować odkryć tajemnicę jej rodziny.

„Annabelle 2”, reż. David F. Sandberg

Reżyser głośnego „Kiedy gasną światła”, David F. Sandberg, zaprezentuje światu swój drugi pełnometrażowy horror, będący prequelem obrazu Johna R. Leonettiego z 2014 roku, choć spotkałam się również z informacjami, że ma to być sequel wspomnianej produkcji. Główną bohaterką ponownie będzie mordercza lalka, która tym razem nawiedzi sierociniec.

„Odgłosy”, reż. Luca Guadagnino

Włosko-amerykański remake jednego z najbardziej znanych obrazów Dario Argento z 1977 roku. W obsadzie najprawdopodobniej zobaczymy między innymi Chloe Grace Moretz, Tildę Swinton i Dakotę Johnson, a film będzie traktował o młodej Amerykance, Susie Bannion, która trafi do prestiżowej szkoły baletowej, gdzie w tajemniczych okoliczności znika jedna z uczennic. Susie i jej nowa przyjaciółka Sara dojdą do przekonania, że mury szkoły skrywają jakieś mroczne tajemnice.

„Saw: Legacy”, reż. Michael Spierig, Peter Spierig

Amerykańsko-kanadyjska ósma odsłona jednej z najpopularniejszych serii XXI wieku, której tytuł może jeszcze ulec zmianie. Niektóre źródła wskazują, że za scenariusz będą odpowiadali Pete Goldfinger i Josh Stolberg, ale jego szczątkowy zarys nie jest jeszcze znany. Choć wnosząc po poprzednich częściach cyklu obecność przemyślnych pułapek wydaje się być nieodzowna.

„Get Out”, reż. Jordan Peele

„Get Out” ma być debiutem Jordana Peele w roli reżysera, opartym na scenariuszu jego własnego autorstwa, ale jak na razie nie ujawniono jego szczegółów. Pojawiły się jedynie niewiele mówiące informacje, że jakoby akcja będzie się skupiać na Afroamerykaninie, który przekroczy progi przeklętej posiadłości. A więc jeśli wierzyć tym luźnym doniesieniom można przypuszczać, że będziemy mieli do czynienia z klasyczną ghost story, choć nie można wykluczyć, że początkujący reżyser przygotował jakieś niespodzianki.

„Mom and Dad”, reż. Brian Taylor

Współtwórca między innymi dwóch odsłon „Adrenaliny”, Brian Taylor, tym razem bierze na warsztat film grozy. Scenariusz napisał sam i jak wieść niesie do obsady zaprosił między innymi Nicolasa Cage'a i Selmę Blair, ale ich udział z mojego punktu widzenia wydaje się jeszcze nie być przesądzony. Film ma opowiadać o nastolatce i jej młodszym bracie, którzy zostają zmuszeni do walki z własnymi rodzicami, będącymi ofiarami jakiejś zarazy, która zmusza ich do polowania na własne dzieci.

„Death House”, reż. Harrison Smith

Informacje krążące o planowanej produkcji grozy w reżyserii Harrisona Smitha, którą zatytułowano „Death House” każą mi domniemywać, że będziemy mieli do czynienia z horrorem akcji, choć oczywiście mogę się mylić. W każdym razie do takich podejrzeń skłonił mnie szczątkowy opis fabuły filmu, która to jeśli nic się nie zmieni będzie skupiać się na dwóch agentach wysłanych do tajnego więzienia, w którego niższych partiach zagnieździły się jakieś potworne istoty, z którymi będą musieli się zmierzyć. Zresztą tak samo, jak z osadzonymi.

„XX”, reż. Roxanne Benjamin, Sofia Carrillo, Karyn Kusama, Saint Vincent, Jovanka Vuckovic

„Żeńska antologia grozy” - tj. produkcja złożona z kilku krótkich opowieści wyreżyserowanych tylko i wyłącznie przez kobiety. Najbardziej obiecującą informacją, jaka pojawiła się na temat „XX” jest ta mówiąca, że scenariusz jednego z segmentów opracował Jack Ketchum na podstawie swojego własnego opowiadania pt. „Pudełko” zamieszczonego w zbiorze „Królestwo spokoju”. Oczywiście nie jest to jeszcze pewne, ale jeśli rzeczywiście tak będzie to antologia „XX” z pewnością przyciągnie przed ekrany wielbicieli tego pisarza.

„Rock Paper Dead”, reż. Tom Holland

Film twórcy między innymi „Postrachu nocy”, „Laleczki Chucky” i „Przeklętego” - miłośnikom kina grozy to powinno wystarczyć na zachętę. Ale żeby nie było dodam, że scenariusz „Rock Paper Dead”, spisany przez Kerry'ego Fleminga i dobrze znanego szczególnie fanom „Piątku trzynastego” Victora Millera, ma traktować o seryjnym mordercy, który po wyjściu z zakładu psychiatrycznego wraca do swojego rodzinnego domu. To miejsce sprawia, że ożywają w nim traumatyczne wspomnienia. Wkrótce powracają również dawne pragnienia, które przed laty popychały go do zbrodni.

„Cage Dive”, reż. Gerald Rascionato

Australijski animal attack pt. „Cage Dive” ma skupiać się na trójce przyjaciół, która organizuje przesłuchanie do teleturnieju polegającym na nurkowaniu w klatce w pobliżu rekina. Który jak można się tego spodziewać przypuści nieoczekiwany atak na żądnych emocji ludzi, zamieniając telewizyjne show w krwawy spektakl i zmuszając uczestników programu do walki o przeżycie.

„But Deliver Us from Evil”, reż. Joshua Coates

Historia demona siejące postrach w jednym z amerykańskich miast. I właściwie tyle informacji, jak na razie znalazłam o tej produkcji. Po tytule można oczywiście domniemywać, że film będzie miał coś wspólnego z obrazem „Zbaw nas ode złego” z 2014 roku – może będzie sequelem, może prequelem, a może w ogóle odrębnym filmem, nawiązującym do wspomnianego jedynie tytułem. Tego nie wiem, ale jeśli ten film rzeczywiście powstanie to raczej pewne jest to, iż będzie wpisywał się w konwencję horrorów satanistycznych / religijnych.

„Escape Room”, reż. Peter Dukes

„Escape Room” ma być horrorem podejmującym tematykę modnej ostatnimi czasy rozrywki, polegającej na zamykaniu grupy ludzi w jakimś pomieszczeniu, których zadaniem jest znalezienie sposobu na wydostanie się z pułapki. W filmie Petera Dukesa na kanwie jego własnego scenariusza czwórka przyjaciół weźmie udział w tego typu zabawie i ku swojemu przerażeniu odkryją, że muszą zmierzyć się z demonem. W jednej z ról najprawdopodobniej zobaczymy znanego między innymi z „Krzyku” Skeeta Ulricha.

„Ghost House”, reż. Rich Ragsdale

Scout Taylor-Compton wykreuje jedną z głównych postaci filmu „Ghost House”, w reżyserii Richa Ragsdale'a. Scenariusz zakłada raczej klasyczne podejście do tradycji ghost stories. Koncentruje się na młodej parze, która wybiera się do Tajlandii, gdzie trafia do domu nawiedzanego przez złego ducha.

„Hybristophilia”, reż. Romane Simon

Ze skąpych informacji na temat zapowiadanego horroru Romane Simona wnoszę tylko tyle, że najprawdopodobniej będzie reprezentował krwawy odłam kina grozy. Zakładając oczywiście, że w skrótowym opisie fabuły drzemie ziarno prawdy, że rzeczywiście będzie ona traktować o seryjnym mordercy wyrzynającym grupę ludzi.

„Close Calls”, reż. Richard Stringham

„Close Calls” to projekt debiutującego zarówno w roli reżysera, jak i scenarzysty Richarda Stringhama, w którym Jordan Phipps wcieli się w rolę nastolatki z problemami psychicznymi. Kiedy zostaje sama w domu nachodzi ją jakiś tajemniczy osobnik. Mierząc się z nim będzie również zmagała się z własnymi wewnętrznymi demonami i uciążliwymi lękami.

„Alice: The Hatred”, reż. Michael G. Kehoe

W zapowiadanym horrorze Mihaela G. Kehoe pt. „Alice: The Hatred” zobaczymy między innymi Sarah Davenport, Andrew Divoffa i Darby Walker. Na temat fabuły na razie wiadomo tylko tyle (choć oczywiście nie można być pewnym, że nic się w tej kwestii nie zmieni), że będzie koncentrować się na czterech młodych kobietach, które postanawiają spędzić weekend w domu, który okazuje się mieć koszmarną przeszłość.

„Naznaczony: rozdział 4”, reż. Adam Robitel

Twórca „Opętanej” z 2014 roku, Adam Robitel, jak wieść niesie podjął się reżyserii czwartej odsłony osławionej serii, której dwie pierwsze części stworzył James Wan. Scenariusz po raz kolejny został opracowany przez Leigh Whannella. O fabule na razie nic pewnego nie wiadomo, aczkolwiek pojawiły się przypuszczenia, że w dużej mierze skupi się na przeszłości Elise Rainier, w którą znowu wcieli się Lin Shaye.

„Scream: A New Beginning”, reż. Riley Lorden

Piąta odsłona osławionego pastiszu filmów slash. Poprzednie części wyreżyserował nieodżałowany Wes Craven, a teraz po raz pierwszy będziemy mieć okazję sprawdzić, jak na ową konwencję zapatruje się inny twórca najprawdopodobniej w osobie Rileya Lordena, który weźmie na warsztat scenariusz Michaela Stevena Kakoczki. Ponoć koncentrujący się na kobiecie imieniem Lori, która stara się odkryć tożsamość mordercy skrywającego swoje oblicze pod znaną fanom serii maską ducha.

„World War Z 2”, reż. David Fincher

Mówi się, że sequel „World War Z” wyreżyseruje David Fincher, twórca między innymi takich hiciorów, jak „Siedem” i „Podziemny krąg”, ale wciąż istnieją co do tego wątpliwości. Najprawdopodobniej w roli głównej ponownie zobaczymy Brada Pitta, który jak można się domyślić będzie gromił żywe trupy, aczkolwiek to tylko moje przypuszczenia, bo oficjalny opis fabuły nie jest jeszcze znany.

„Linia życia”, reż. Niels Arden Oplev
Na temat tego filmu krąży tyle przypuszczeń, że już zdążyłam się w tym pogubić. Często pojawiającą się informacją jest ta, że będziemy mieć do czynienia z sequelem produkcji Joela Schumachera z 1990 roku, ale pojawiły się również doniesienia, że projekt Nielsa Ardena Opleva ma być remakiem wspomnianego obrazu. W obsadzie najprawdopodobniej znowu zobaczymy Kiefera Sutherlanda, do którego dołączą między innymi Ellen Page, Nina Dobrev i James Norton, a scenariusz przypuszczalnie znowu skoncentruje się na studentach medycyny eksperymentujących ze śmiercią.

„Tragedy Girls”, reż. Tyler MacIntyre
Twórca między innymi horroru komediowego pt. „Patchwork”, Tyler MacIntyre, w przyszłym roku planuje uraczyć nas kolejnym filmem grozy zrealizowanym z przymrużeniem oka. Scenariusz ma poruszać się w ramach konwencji slasherów, acz z humorystycznymi dodatkami. Fabuła skupi się na nastoletnich dziewczynach zafascynowanych śmiercią, które prowadzoną stronę internetową poświęconą ludzkim tragediom.

„Day of the Dead”, reż. Hector Hernandez Vicens
Remake zombie movie George'a Romero z 1985 roku pod tym samym tytułem, będący drugim pełnometrażowym obrazem Hectora Hernandeza Vicensa, po „Ciele Anny Fritz”. O fabule wiadomo na razie tyle, że przypuszczalnie ma opowiadać o grupie entuzjastów survivalu, którzy szukają schronienia w świecie zdominowanym przez żywe trupy.

„I Know What You Did Last Summer”
Żaden znany horror nie może się ostać bez uwspółcześnionej wersji – taka konkluzja nasunęła mi się, gdy po raz pierwszy usłyszałam o pracach nad remakiem „Koszmaru minionego lata”, popularnego teen slashera Jima Gillespiego z 1997 roku. Ale to mnie jeszcze nie przeraziło. Niepokój pojawił się, gdy natrafiłam na informację, że rozważa się powierzenie roli Julie James Selenie Gomez (!), ale niejaką ulgę przyniósł mi news, że uwaga twórców koncentruje się również na Ninie Dobrev. W każdym razie obsada nie została jeszcze zatwierdzona, to samo zresztą dotyczy reżysera, choć mówi się, że jednym ze scenarzystów ma być Mike Flanagan (drugim Jeff Howard), co jeśli tylko zostanie potwierdzone zapewne przyciągnie przed ekrany rzesze jego fanów.

„Winchester”, reż. Michael Spierig, Peter Spierig
„Winchester” ma być amerykańsko-australijską ghost story, kładącą nacisk na budowanie klimatu grozy, choć szczątkowy opis fabuły krążący w Internecie nie bardzo na to wskazuje. Jeśli wierzyć luźnym doniesieniom film ma traktować o ekscentrycznej dziedziczce fortuny zgromadzonej na handlu bronią palną, która utrzymuje, że jest prześladowana przez dusze ofiar „karabinu Winchester”. W rolę główną być może wcieli się Helen Mirren – jeśli tak to jak dla mnie jest to zdecydowanie najlepsza wiadomość odnośnie tej produkcji.

„It Comes at Night”, reż. Trey Edward Schults
Trey Edward Schults być może już w 2017 roku zaproponuje widzom nastrojowy horror na kanwie swojego własnego scenariusza, który ma opowiadać o mężczyźnie, starającego się chronić swoją rodzinę przed tajemniczą obecnością, która ich prześladuje.

„The Vault”, reż. Dan Bush
„The Vault” Dana Busha, współtwórcy między innymi „Sygnału” z 2007 roku, jest klasyfikowany jako hybryda horroru i thrillera, ale po szczątkowych informacjach na temat fabuły wnoszę, że jest duże prawdopodobieństwo, iż będzie poruszał się w ramach tego drugiego gatunku. Chyba, że twórcy zdecydują się wtłoczyć w akcję jakieś krwawe akcenty, czemu wydaje się sprzyjać taki szkielet fabularny. Bo jeśli nic się nie zmieni „The Vault” będzie opowiadał o dwóch siostrach, które są zmuszone obrabować bank, co ma być zaczątkiem jakichś koszmarnych wydarzeń.

„Stephanie”, reż. Akiva Goldsman
Jeśli wierzyć wstępnej klasyfikacji gatunkowej zapowiadanej produkcji Akivy Goldsmana zatytułowanej „Stephanie” można domniemywać, że uraczy się nas pozycją utrzymaną w tradycji dark fantasy. Shree Crooks ma tutaj wcielić się w tytułową Stephanie, osieroconą młodą dziewczynę, która spotka kobietę i mężczyznę utrzymujących, że są jej biologicznymi rodzicami.

„Re-Animator: Evolution”, reż. Serge Levin
Czwarta część znanej serii o naukowcu, który wynalazł środek umożliwiający ożywianie zmarłych. Filmowe wersje zainspirował utwór H.P. Lovecrafta, a pierwsza część w reżyserii Stuarta Gordona przez wielu widzów jest uważana za jeden z lepszych obrazów gore w historii kinematografii. Kolejna odsłona również ma opowiadać o Herbercie Westcie, w którego tym razem wcieli się Jonathon Schaech. Opętany obsesją ożywiania zmarłych, ścigany przez policję główny bohater tym razem spróbuje wskrzesić swoją zmarłą żonę. Jeśli wierzyć zapowiedziom obsadę „Re-Animator: Evolution” zasilą również Lin Shaye, Brad Dourif oraz sam reżyser Serge Levin.

„The Black String”, reż. Brian Hanson
Frankie Muniz w nastrojowej opowieści o mężczyźnie, w którego życie wkracza tajemnicza kobieta. Po tym spotkaniu bohater jest przekonany, że czyha na niego jakaś złowroga siła. Tymczasem jego rodzina i przyjaciele zaczynają podejrzewać, że mężczyzna powoli traci zmysły. Reżyserem i współscenarzystą „The Black String” (obok Richarda Handleya) ma być debiutujący Brian Hanson.

środa, 2 listopada 2016

„Observance” (2015)

Po tragicznej śmierci synka żona Parkera unika kontaktów z nim, choć mężczyzna stara się ocalić ich długoletni związek. Po powrocie do pracy w roli prywatnego detektywa dostaje zlecenie na obserwowanie przez okna i podsłuchiwanie młodej kobiety, Tenneal. W tym celu wprowadza się na kilka dni do opuszczonego, zaniedbanego domostwa stojącego naprzeciwko jej miejsca zamieszkania. Szybko odkrywa, że kobieta pozostaje w związku z niejakim Bretem Buchananem, który nie traktuje jej dobrze. Zauważa też, że od dłuższego czasu Tenneal nie opuszcza swojego mieszkania, najpewniej z powodu choroby, co utrudnia mu założenie podsłuchu. Na jednym ze zrobionych przez siebie zdjęć Parker wkrótce dostrzega zarys kobiecej postaci stojący nieopodal Tenneal, co w połączeniu z innymi dziwnymi incydentami każe mu sądzić, że zlecenie, które przyjął nie jest tak proste, jak początkowo mu się wydawało.

Australijski horror „Observance” to drugi pełnometrażowy film Josepha Simsa-Dennetta. Po nakręceniu 25-minutowego shorta stworzył pełnometrażowy film grozy zatytułowany „Bad Behaviour”, do którego sam napisał scenariusz. Debiut Simsa-Dennetta przeszedł jednak bez większego echa, co wcale nie obniżyło zapału początkującego twórcy. Kilka lat po premierze „Bad Behaviour” we współpracy z początkującym w tej roli Joshem Zammitem napisał scenariusz „Observance” i choć suma jaką mógł przeznaczyć na realizację tego filmu prawdopodobnie opiewała na około 11 tysięcy dolarów nie porzucił swoich planów i niedługo potem pokazał światu ekstremalnie niskobudżetowy horror (jeśli wierzyć doniesieniom recenzentów), którego warstwa techniczna okazała się zaskakująco dopracowana. O wiele gorzej sprawa prezentuje się w przypadku scenariusza „Observance”, sprawiającego wrażenie, jakby twórcy nie bardzo wiedzieli, jaki kierunek powinni obrać.

Jeśli prawdą jest, że „Observance” powstał nakładem jedenastu tysięcy dolarów to śmiem domniemywać, że obserwujemy narodziny nowej gwiazdy, że jeśli Joseph Sims-Dennett nie straci zapału i nie da się skomercjalizować może jeszcze uraczyć wielbicieli kina grozy jakąś kinematograficzną perełką. Pod warunkiem, że więcej popracuje nad scenariuszami bądź wykorzysta dzieła bardziej uzdolnionych w tym kierunku autorów. Formy moim zdaniem nie musi szlifować, bo w „Observance” pokazał styl, którego we współczesnym kinie grozy z utęsknieniem wypatruje niejeden miłośnik gatunku, rozumiejący, że na ogół mniej znaczy więcej. Sims-Dennett osadził akcję swojego drugiego pełnometrażowego filmu w zapuszczonym budynku, pełnym starych sprzętów i ścian oklejonych stronicami wyrwanymi z gazet, oświetlając to miejsce głównie bladymi snopami z żarówek. W efekcie dostaliśmy serię wyblakłych, lekko przybrudzonych zdjęć przywodzących na myśl kino grozy z lat 90-tych XX wieku, które generowały klimat rodem z koszmaru sennego, nadawały całości swego rodzaju onirycznego posmaczku. Co ciekawe Sims-Dennett nie pokierował swoją ekipą tak, aby wystarali się o kilka skąpanych w gęstych ciemnościach sekwencji, cały czas pamiętając o blady oświetleniu, również w momentach (w zamyśle) szczytowej grozy, co nie jest zbyt często wykorzystywanym zabiegiem w kinie grozy. Twórcy horrorów wolą budować atmosferę poprzez posiłkowanie się ciemnymi barwami, podkreślając grozę sytuacji niemalże nieprzeniknioną czernią, choć oczywiście zdarzają się wyjątki. Takim odstępstwem do tej reguły jest właśnie „Observance” - film dobitnie pokazujący, że aby odmalować gęsty klimat niezdefiniowanego zagrożenia wcale nie trzeba „gasić światła”. Przerywnikami, które wzmagają poczucie obcowania z projekcją koszmarnego snu, są rzeczywiste sny głównego bohatera, utrzymane w zgoła odmiennej kolorystyce. Oddane w wyblakłych barwach i pełne lekko zatartych konturów zdjęcia rozgrywające się na jawie, podczas koszmarów sennych Parkera zostają zastąpione silnie skontrastowanymi, metalicznymi obrazami również natchnionymi swoistym onirycznym pierwiastkiem, ale z wykorzystaniem innych środków przekazu. Przez długi czas twórcy „Observance” posługiwali się płynnie zmontowanymi, tajemniczymi wstawkami z sennych widzeń głównego bohatera w celu ożywienia akcji i zaakcentowania tajemnicy. Wiemy, że Parker jakiś czas temu stracił syna, ale nie znamy dokładnych okoliczności tego nieszczęścia. Z jego snów dowiadujemy się, że wypadek musiał zdarzyć się na skalnej wysepce, gdzie dziecko przebywało razem z ojcem, ale scenarzyści wprost nie ujawniają, w jaki sposób chłopiec zginął. Warto nadmienić, że wspomniane miejsce akcji poraża dzikim pięknem i nieposkromioną siłą, które atakują zmysły widza za sprawą długich, nieśpiesznych najazdów kamer na rozbijające się o skały wzburzone morskie fale, nad którymi rozpościera się nieskończone szare niebo. Te przerywniki za każdym razem doskonale spełniają swoje główne zadania – wprowadzają w fabułę element tajemnicy, zasadzający się na zagadkowej przeszłości głównego bohatera, potęgują oniryczną atmosferę filmu i w paru momentach dynamizują akcję zdecydowanymi próbami straszenia. Wydaje się jednak, że zbyt rzadko, że Sims-Dennett wykazał się zbyt dużą powściągliwością, że w swoim dążeniu do stworzenia minimalistycznego w formie horroru, bazującego przede wszystkim na klimacie troszkę się pogubił poprzez nierównomierne rozłożenie środków ciężkości. W „Observance” są momenty, które aż prosiły się o zaakcentowanie obecności czegoś nieznanego, czy to w rzeczywistości, czy przynajmniej w wyobrażeniach głównego bohatera – stateczne partie, które tak niemiłosiernie rozciągnięto w czasie, że nawet złowieszcza oprawa wizualna nie była w stanie utrzymać mojej ciekawości. Miejscami wyglądało to wręcz, jakby klimat tracił na intensywności nie dlatego, że operatorzy i oświetleniowcy „obniżyli loty” tylko z powodu marazmu w warstwie tekstowej. Który rzecz jasna nie uwidacznia się przez cały czas, ale faktem jest, że trzeba uzbroić się w cierpliwość.

Szczerze mówiąc nie jestem przekonana, czy scenarzyści „Observance” od początku wiedzieli w jakim kierunku popchnąć fabułę, czy może raczej w trakcie pisania ad hoc wymyślali wątki, których nie zamierzali należycie rozbudowywać. Już prędzej wtłaczali je w scenariusz aby zaciemnić widzom prawdziwą istotę tej opowieści, utrudnić przedwczesne rozszyfrowanie finalnego akcentu, aczkolwiek w sposób, który chwilami przypominał zlepek kilku znanych motywów, które artykułowano bardzo pobieżnie. Kiedy zadowalająco wykreowany przez Lindsaya Farrisa, prywatny detektyw Parker, przystąpił do obserwacji młodej kobiety, Tenneal (w którą równie przyzwoicie wcieliła się Stephanie King) zaczęłam podejrzewać, że będę miała do czynienia z wydarzeniami rodem z „Okna na podwórze” Alfreda Hitchcocka. Kiedy „na scenie” pojawił się agresywny chłopak kobiety utwierdziłam się w tym przekonaniu i zaczęłam oczekiwać jakiejś rychłej tragedii zarejestrowanej przez dociekliwego detektywa. Jednak zaraz po wprowadzeniu tego motywu twórcy długo skupiają się głównie na nudnawym egzystowaniu głównego bohatera w zaniedbanym domostwie – patrzymy, jak bierze kąpiel, posila się, ścieli łóżko, okleja stronicami z gazet okno w kuchni i oczywiście wpatruje się w mieszkającą naprzeciwko nieszczęśliwą kobietę. Ponadto scenarzyści zapoznają nas z kilkoma telefonicznymi konwersacjami z pośrednikiem, któremu Parker ma referować swoje obserwacje. Tak samo jak on nie znamy tożsamości człowieka, który płaci mu za szpiegowanie Tenneal, nie wiemy nawet w jakim celu to się odbywa. Wiemy jedynie, że Parkerowi nie wolno ingerować w jej życie, nawet wówczas, gdy jak się wydaje jest ono zagrożone. Ten aspekt scenariusza wprowadza kolejny tajemniczy element zasadzający się na pytaniu, co tak właściwie pragnie uzyskać enigmatyczny klient – czy wie o Tenneal coś, czego my nie wiemy? Czy przewiduje, że niedługo dojdzie do tragedii i z jakiegoś powodu pragnie, aby Parker wszystko zarejestrował? Zapewne brzmi interesująco, aczkolwiek problem w tym, że przez długi czas scenariusz bazuje wyłącznie na tym wątku, nie dając widzom żadnych odpowiedzi i nie podsycając jego ciekawości kolejnymi rewelacjami. Akcja dosłownie się zatrzymuje, chyba, że za intrygujące uznać codzienne zajęcia Parkera i snującą się po mieszkaniu Tenneal, ukazane w tak ślamazarnym tempie, że aż człowiek zaczyna się zastanawiać, czy scenarzyści aby na tym nie poprzestaną... Chociaż gwoli sprawiedliwości należy wspomnieć o sporadycznym ożywianiu akcji niepokojącymi koszmarami sennymi głównego bohatera, w których z czasem ujrzymy realistycznie ucharakteryzowane oblicze synka Parkera – demonicznie się prezentującego za sprawą czarnych oczu i takowej mazi wypływającej z otworów w jego twarzy. Zresztą równie udanie prezentuje się martwe oblicze mężczyzny: trupioblada twarz ze szklistymi gałkami ocznymi. Ale na to przyjdzie nam trochę poczekać, podobnie jak na motywy odbiegające od wątku przewodniego, ale nasuwające na myśl znane konwencje kina grozy. Kilka wstawek zasugerowało mi, że Sims-Dennett z czasem skręci w stronę body horroru. Długie zbliżenia na poparzone plecy Parkera, zadziwiająco przekonująco oddane na ekranie, co tylko udowadnia, że nie potrzeba wielkich nakładów finansowych do stworzenia realistycznych efektów specjalnych oraz znacznie rozciągnięte w czasie wymiotowanie Parkera czarno-fioletową mazią. Na owe motywy delikatnie ocierające się o body horror nałożyły się elementy rodem z ghost stories, które uraczyły mnie dwiema silnie podnoszącymi napięcie sekwencjami – nagraniem złowieszczo brzmiącego półszeptu nakazującego Parkerowi zaprzestania obserwacji i raptownemu kadrowi okaleczonego oblicza biegnącej zjawy, któremu dzięki umiejętnemu montażowi udało się poderwać mnie z fotela. Żeby tego było mało scenarzyści sporo uwagi poświęcili akcentowaniu elementów stricte psychologicznych, na początku ujawniających się w zmaganiach Parkera ze swoją przeszłością, ale z czasem wkraczającej w teraźniejsze wydarzenia mające miejsce w zaniedbanym domostwie. A poskładanie tego wszystkiego pozostawili w gestii widza, nie zdradzając zbyt wiele w finale, przez co wydaje się, że można obrać więcej niż jedną interpretację całości. Zastanawia mnie, czy Sims-Dennett i Zammit skłaniali się ku jakiemuś wyjaśnieniu, czy zwyczajnie zostali zmuszeni do takiego enigmatycznego zamknięcia tej historii poprzez niemożność wymyślenia czegoś, co spinałoby te wszystkie motywy zaczerpnięte z różnych konwencji kina grozy. Nawet jeśli zostało to wymuszone przez okoliczności cieszyło mnie, że powstrzymali się od udzielenia odpowiedzi na kilka pytań, które wypłynęły we wcześniejszych partiach filmu. Aczkolwiek nie radowało mnie tak długie wstrzymywanie akcji, bo nie dość, że taka narracja wprowadziła kilka nazbyt długich, nudnawych przestojów to na domiar złego kiedy już zdecydowali się nadać jej odpowiedniego tempa miałam poczucie przesytu. Nie w warstwie technicznej, bo tutaj na szczęście zachowano umiar i realizm, ale w warstwie tekstowej, która w dalszych partiach filmu w nazbyt szybkim tempie przeskakuje z jednego motywu w drugi.

Kameralny, oszczędny w środkach, acz zaskakująco profesjonalnie zrealizowany „Observance” nie jest horrorem pozbawionym wad. Duże niedostatki widać w warstwie fabularnej – monotonia w pierwszych partiach seansu dla wielu widzów może okazać się nie do wytrzymania, ale myślę, że sympatycy minimalistycznych w formie, bazujących głównie na klimacie horrorów powinni być w stanie przetrwać początkowy marazm, nawet jeśli podobnie jak ja będą mieli poczucie, iż liczne przestoje miejscami negatywnie wpływają na oprawę wizualną. Z czasem za swą cierpliwość zostaną nagrodzeni kilkoma naprawdę udanymi manifestacjami zjaw i delikatnymi odniesieniami do body horroru, których jedyną przywarą w moim odczuciu jest niewyważone rozciągnięcie tego wszystkiego w czasie i być może zbyt duża różnorodność gatunkowa. Jednak mimo wszystko zauważyłam ogromny potencjał drzemiący w Josephie Simsie-Dennettcie, który być może rozkwitnie, gdy będzie miał do dyspozycji lepiej skonstruowany scenariusz. W każdym razie przez to co osiągnął w warstwie technicznej „Observance” będę wyczekiwać jego kolejnych dokonań na polu kina grozy.