Stronki na blogu

sobota, 14 kwietnia 2018

„Pyewacket” (2017)

Nastoletnia Leah Reyes od śmierci ojca mieszka tylko z matką, z którą nie łączą jej dobre stosunki. Kobieta nie może sobie poradzić ze świadomością utraty ukochanego mężczyzny, często sięga po alkohol, rozpacza w samotności i wszczyna kłótnie ze swoją córką. Leah dużo czasu spędza ze swoimi przyjaciółmi, Aaronem, Janice i Robem, z którymi dzieli zainteresowanie okultyzmem. Wkrótce jednak, ku swojemu niezadowoleniu, musi ograniczyć kontakty z nimi, bo matka znajduje dla nich nowy dom w pobliżu lasu. Kobieta ma nadzieję, że zmiana otoczenia pomoże jej pogodzić się ze śmiercią męża i naprawić relacje z córką. Leah do końca roku może uczęszczać do swojej starej szkoły, ale musi znacznie ograniczyć swoje spotkania z przyjaciółmi po zajęciach. Po jednej z licznych kłótni z matką dziewczyna udaje się do lasu i odprawia rytuał mający przywołać ducha chowańca imieniem Pyewacket, który ma uwolnić ją spod, w jej mniemaniu, jarzma rodzicielki.

Adam MacDonald do 2005 roku zajmował się głównie aktorstwem. Swoją przygodę z reżyserią zaczął wówczas od shorta „Sombre Zombie”, a potem dopiero w 2010 roku ponownie spróbował swoich sił w tej formie artystycznej, kręcąc kolejny krótki filmik, „In the Dominican”, tym razem na podstawie swojego własnego scenariusza. W długim metrażu debiutował w 2014 roku, thrillerem „Na szlaku”, którego scenariusz także napisał sam. Drugi pełnometrażowy film Adama MacDonalda (również na podstawie jego własnego scenariusza), horror zmiksowany z dramatem pt. „Pyewacket”, miał premierę w 2017 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto i jeszcze w tym samym roku trafił do trochę szerszego obiegu w swojej rodzimej Kanadzie.

W 1644 roku angielski łowca czarownic, Matthew Hopkins, pojmał podejrzaną o czary kobietę, która po czterech nocach bez snu wymieniła imiona swoich chowańców, opisując przy tym formy, w jakich najprawdopodobniej będą się pojawiać. Hopkins utrzymywał, że on i paru innych ludzi widzieli pięć z nich (!), ale szóstego nazwanego przez pojmaną Pyewacketem, opisanego jako chochlika, znany łowca czarownic nie spotkał. Hopkins opisał to w swojej broszurze, „The Discovery of Witches” po raz pierwszy wydanej w 1647 roku. Jakkolwiek cudacznie dla współczesnego człowieka by to nie brzmiało przybliżyłam właśnie fakty, a ściślej spojrzenie autentycznej postaci na pewne wydarzenia z okresu, w którym żył. W kulturze masowej Pyewacket najczęściej jest pokazywany w formie kota (film „Czarna magia na Manhattanie” Richarda Quine'a, gra wideo z 2008 roku „A Vampyre Story”), ale w horrorze Adama MacDonalda ta nadnaturalna istota w niczym nie przypomina tego ssaka. Ale po kolei. Scenariusz „Pyewacket” konfrontuje nas z dramatem dwóch kobiet, bardzo dobrze odegranych przez Nicole Munoz i Laurie Holden, nastoletniej Leah Reyes i jej matki. MacDonald tak silnie rozbudował warstwę obyczajową, że część widzów pewnie będzie miała opory przed zaklasyfikowaniem tego obrazu do gatunku horroru. Tym bardziej te osoby, które przywykły do współczesnych hollywoodzkich form straszenia, bo reżyser omawianego filmu ewidentnie wyszedł tutaj z założenia, że najbardziej boimy się tego, czego nie widzimy. Dawniej takie spojrzenie na niniejszy gatunek było przez ogół akceptowalne, ale obecnie duża część publiki uważa, że bez dosłowności nie ma horroru. Jestem więc przekonana, że pojawią się (pewnie liczne) głosy, iż „Pyewacket” jest thrillerem albo dramatem, opinie odmawiające mu przynależności do horroru. Ale ufam, że jakaś część odbiorców „Pyewacket” zajmie inne stanowisko. Nieco inne, bo egzystencji także na płaszczyźnie filmowego dramatu nie sposób nie odnotować, ale na słowo „także” stawiam tutaj szczególny nacisk. Bo „Pyewacket” porusza się też w ramach konwencji horroru. Tyle tylko, że przez większość czasu twórcy nie zaznaczają jego obecności w taki sposób, jak zwykł to czynić choćby dużo bardziej znany James Wan. Przeprowadzka do nowego domu, do drewnianej nieruchomości w bezpośredniej bliskości mrocznego lasu oraz zainteresowania głównej bohaterki, licealistki Leah Reyes i jej zaprzyjaźnionych rówieśników, powinny zasygnalizować każdemu wielbicielowi gatunku przynależność „Pyewacket” do gatunku horroru. Ale forma, jaką MacDonald i jego ekipa zdecydowali się obrać co poniektórych prawdopodobnie szybko zawróci z tej ścieżki. Bo „Pyewacket” to obraz bazujący głównie na tajemniczości, na sygnalizowaniu nadnaturalnego zagrożenia i długim pozostawianiu go jedynie w gestii wyobraźni widza. Hałasy rozlegające się nocą w nowym domu Leah i jej owdowiałej matki i wiara nastolatki w skuteczność rytuału odprawionego przez nią niedługo po przeprowadzce przez jakiś czas są jedynymi nawiązaniami do horroru nastrojowego o nadprzyrodzonej istocie. Adam MacDonald nie daje nam jednak pewności – snuje swoją opowieść w taki sposób, żeby odbiorca cały czas brał pod uwagę też inną ewentualność, żeby interpretował obserwowane wydarzenia na dwa sposoby. Dopuszczamy więc możliwość przywołania przez Leah ducha chowańca dawno zmarłej wiedźmy albo jej samej, ale jednocześnie mamy na uwadze to, że dziewczyna mogła jedynie ulec sile sugestii, że jej wiara w skuteczność okultystycznych obrzędów jest tak silna, że powoli zatraca poczucie rzeczywistości. Z czasem jednak MacDonald wrzuca do tego garnca składniki, które mogą zmusić nas do odrzucenia jednej z tych perspektyw, do obrania tylko jednej interpretacji UWAGA SPOILER i tak aż do finału, który może, ale nie musi, zmienić postać rzeczy (moim zdaniem jej nie zmienia, ja pozostałam przy opcji nadprzyrodzonej, ale to już zależy od indywidualnego spojrzenia na wcześniejsze wydarzenia). Mnie już dużo wcześniej udało się przewidzieć taki obrót spraw i prawdę powiedziawszy marzyłam o tym, żeby właśnie tak to sfinalizowano. Bo choć zaskoczenia nie było to dostałam przynajmniej najbardziej tragiczne zamknięcie, jakie dla tej opowieści potrafiłam sobie wyobrazić. Bałam się happy endu, którego ku mojemu niezmiernemu zadowoleniu nie dostałam KONIEC SPOILERA.

Jak już nadmieniłam Adam MacDonald w scenariuszu „Pyewacketa” przybliża dramat dwóch kobiet, matki i córki, które niedawno straciły ukochanego męża i ojca. Każda z nich próbuje sobie z tym poradzić na swój sposób – Leah szuka ukojenia w towarzystwie swoich przyjaciół, z którymi dzieli zamiłowanie do okultyzmu i mocnego brzmienia, jej matka tymczasem topi smutki w alkoholu i wylewa tony łez w czterech ścianach ich domu. Zdarza jej się wyładowywać swoją złość na córce, która też nie zawsze pozostaje jej dłużna. Pomiędzy tymi aktorkami aż iskrzy, Munoz i Holden idealnie wchodziły w burzliwe interakcje, przetykane okresami względnego spokoju, („zawieszeniem broni”), podczas których przede wszystkim matka starała się na powrót zbliżyć do swojego dziecka, a dziewczynę dręczyły wyrzuty sumienia za sprowadzenie na rodzicielkę widma śmierci. „Pyewacket”, jak na standardy współczesnego horroru, jest całkiem mroczny, zwłaszcza wówczas, gdy miejscem akcji jest las pod którym przycupnął nowy dom czołowych bohaterek filmu. Nagie, wysokie drzewa, gruba warstwa liści zalegająca na ziemi (co wskazuje na moją ulubioną porę roku tj. jesień) i metaliczne, ciemne barwy, w których ukazano ten jakże nośny w horrorze krajobraz. Gdybym ja mieszkała w takim miejscu byłabym przeszczęśliwa, ale dla nastolatki, na której taki układ wymusza znaczne ograniczenie kontaktów towarzyski musi to być bardzo bolesne. I MacDonald pokazuje to zagubienie młodej kobiety, alienację nastolatki, przyzwyczajonej do zgoła innego trybu życia. I przeciwną postawę jej matki, upatrującej w takim rozwiązaniu szansy na odbudowanie ich życia niemalże zrujnowanego przez śmierć „głowy rodziny”. Nowy dom, jak pewnie będzie się tego spodziewał każdy widz dobrze zaznajomiony z motywem przeprowadzki w horrorze, przyniesie nie wybawianie, ale jeszcze większe przekleństwo. Być może sprowadzone z zaświatów przez lekkomyślną, działającą pod wpływem emocji nastolatkę. Albo zrodzone tylko w jej umyśle, z wiary w czarną magię, która tak naprawdę nie przynosi takich rezultatów, jakie wyobraża sobie zagubiona dziewczyna. W środkowej partii „Pyewacket” MacDonald trochę się zagapił. To znaczy miałam wówczas nieodparte wrażenie, że nie zbilansował środków ciężkości, czas który powinien wykorzystać na znaczne podsycenie napięcia, poziomem dramaturgii niemalże przyrównał do wstępnej części mającej charakter poznawczy. Nie do końca, bo jednak zagadkowe przeżycia Janice i czarna człekokształtna postać pojawiająca się w pokoju Leah (to akurat prezentowało się doprawdy zabawnie) miały nieco ożywić tę historię. Ale napięcie rodziło we mnie głównie udzielające mi się przekonanie Leah, że sprowadziła widmo śmierci na swoją własną matkę, ale od momentu rytuału, aż do dynamicznej końcówki (w której wreszcie dostajemy upiornie się prezentującą postać) zdarzało mi się mocno niecierpliwić. Nie dlatego, że nie popisywano się wówczas efektami specjalnymi i nie serwowano mi jakże popularnych we obecnych czasach jump scenek (to przyjęłam z dużym zadowoleniem) tylko z powodu częstego wytracania emocjonalnego pędu. W moim odczuciu napięcie nierzadko spadało niemalże do zera, w warstwę psychologiczną wkradał się zwykły marazm, tak jakby MacDonaldowi brakowało pomysłu na rozwinięcie tej opowieści. Impulsy, które wynosiły emocje na wyższy poziom były, ale brakowało mi konsekwentnego trzymania się tego poletka. Choć zestawiając ten obraz z wieloma hollywoodzkimi straszakami z ostatnich lat i tak muszę oddać mu wyższość w sferze budowania emocjonalnego napięcia, atmosfery niezdefiniowanego zagrożenia i przede wszystkim wiarygodnych, ciekawych postaci pierwszoplanowych.

Nie ma czym się zachwycać, ale już dawno przestałam tego oczekiwać od współczesnych horrorów (dzięki czemu czasem spotykają mnie niespodzianki). Wystarczy mi, jak nie nudzę i nie irytuję się zanadto. Jak w miarę bezboleśnie mogę przebrnąć przez daną opowieść. Ta mieszkanka horroru i dramatu wielkich cierpień mi nie dostarczyła. Potrafiła wzbudzić zainteresowanie i wykrzesać trochę napięcia, nie sprawiała, że z niecierpliwością wyczekiwałam napisów końcowych, a gdy je zobaczyłam nie ogarnęło mnie poczucie zmarnotrawienia czasu. Jeśli ktoś nie oczekuje od horroru licznych spektakularnych efektów specjalnych, daleko idącej oryginalności i multum jump scenek, a na dodatek wprost przepada za motywem okultyzmu, czarnej magii, wiedźm, chowańców, to według mnie może śmiało dać szansę temu przedsięwzięciu Adama MacDonalda. Moim zdaniem „Pyewacket” lekko wybija się ponad średnią, aczkolwiek mam przeczucie, że szczegóły szybko wyparują z mojej pamięci, że niedługo ten obraz zleje się w moich wspomnieniach z niektórymi innymi straszakami powstałymi w XXI wieku.

piątek, 13 kwietnia 2018

„Rój” (1978)

Położona w Teksasie baza rakietowa zostaje zaatakowana przez rój afrykańskich pszczół. Większość żołnierzy przebywających wówczas na jej terenie umiera na skutek użądleń jeszcze przed dotarciem pomocy pod wodzą generała Slatera. Jego ludzie znajdują w bazie intruza, niejakiego Brada Crane'a, który utrzymuje, że jest entomologiem i prosi o zweryfikowanie jego tożsamości u jednego z doradców prezydenta Stanów Zjednoczonych. Głowa państwa przekazuje mu dowództwo nad całą operacją ku niezadowoleniu generała Slatera. Crane jest przekonany, że grozi im inwazja zmutowanych pszczół afrykańskich. Sprowadza więc do bazy znajomych naukowców, których zadaniem jest stworzenie środka, który unicestwi problematyczny gatunek owadów i antidotum na ich jad. Nieopodal bazy rakietowej, z której Crane zrobił ich siedzibę leży miasteczko Marysville, pierwsze większe skupisko ludzkie na drodze agresywnego roju.

Scenariusz „Roju” autorstwa Stirlinga Silliphanta, animal attacku w reżyserii Irwina Allena, powstał w oparciu o powieść z 1974 roku napisaną przez Arthura Herzoga III. Budżet filmu oszacowano na dwadzieścia jeden milionów dolarów lub jedenaście i pół miliona dolarów, bo i takie szacunki można znaleźć. Nominowany do Oscara za kostiumy obraz Allena poniósł finansową porażkę i zebrał głównie negatywne recenzje od krytyków. John Wilson, współzałożyciel Złotych Malin, umieścił „Rój” na liście stu najgorszych filmów w historii kina w swojej książce „The Official Razzie Movie Guide: Enjoying the Best of Hollywood's Worst”. „The Sunday Times” i „Time Out” także nie szczędziły krytyki pod adresem tego dokonania Allena, który z kolei żałował, że przeznaczył na niego tak dużo pieniędzy. Zdarzyło mu się jednak nazwać go najbardziej przerażającym filmem, jaki kiedykolwiek powstał. Chociaż z drugiej strony mógł mieć wówczas na myśli niepokój, w jaki wprawił jego samego skrajnie negatywny odzew krytyki i dużej części zwykłych odbiorców:)

„Rój” nieżyjącego już Irwina Allena to jeden z filmów mojego dzieciństwa. W tamtym okresie był dosyć często pokazywany w telewizji – pamiętam, że przed laty obejrzałam go kilkukrotnie, ale nie mam zielonego pojęcia, z którą wersją się wówczas stykałam. Bo powstały dwie. Jedna liczy sobie 116 minut, a druga trwa 155 minut i właśnie to rozszerzone wydanie trafiło w moje ręce w bieżącym okresie życia. W pamięci ostało mi się tylko kilka charakterystycznych scen i oczywiście wrażenie obcowania z naprawdę niezłym kinem. Nie pamiętałam jednak długości seansów „Roju” za dzieciaka, a po odświeżeniu sobie tej pozycji nadal nie jestem w stanie rozstrzygnąć, czy wszystkie sekwencje zawarte w rozszerzonej wersji widziałam już w przeszłości. Ale jedno wiem na pewno: po raz kolejny zupełnie nie zgadzam się ze zdaniem krytyków i dużej części zwykłych odbiorców filmu, po raz enty nie potrafię pojąć tak skrajnie negatywnego nastawienia do efektu pracy twórczej. Możliwe, że w jakimś stopniu przemawia przeze mnie sentyment – sympatia do „Roju” jaka narodziła się we mnie w dzieciństwie może oczywiście mieć jakiś wpływ na moje obecne zapatrywania na ten obraz, ale „klapek na oczy z całą pewnością mi nie nałożyła”. Bo kilka felerów dostrzegłam, nie byłam kompletnie ślepa na wady tej produkcji, z których jedna wydaje mi się dosyć istotna. Znalazłam kilka recenzji wskazujących na wyższość krótszej wersji „Roju” nad tą rozszerzoną. Tej drugiej zarzuca się przede wszystkim obecność niepotrzebnych scen, zbytnie przeciąganie rzeczy nieistotnych, a wręcz nudnawych. Jako że nie jestem w stanie przypomnieć sobie, czy kiedyś widziałam 116-minutowe wydanie nie mogę z absolutną pewnością stwierdzić, że jest ona lepsza od tej 155-minutowej, ale jestem w stanie wziąć to na wiarę. Bo podczas projekcji wersji rozszerzonej co jakiś czas ogarniała mnie pewność, że wycięcie albo skrócenie danej sekwencji przysłużyłoby się temu obrazowi. I nie chodzi mi tutaj o scenki z udziałem śmiercionośnych pszczół, ani tym bardziej o halucynacje niektórych użądlonych jednostek (to doskonale pamiętałam z dzieciństwa) tylko o szczegółowe portrety pracy wojskowych i naukowców oraz o historię dyrektorki szkoły podstawowej w Marysville adorowanej przez dwóch jegomościów. Coś mi świta, ale pewna nie jest, że to drugie widziałam już w dzieciństwie, co mogłoby wskazywać albo na to, że oglądałam już tę dłuższą wersję, albo na to, że owa romantyczno-dowcipna opowieść znajduje się też w 116-minutowym wydaniu „Roju”. Te (jak je odbierałam) przystanki drastycznie obniżały napięcie emocjonalne, atmosfera zaszczucia, wręcz namacalnego niebezpieczeństwa tak znakomicie wyczuwalna w pozostałych partiach, ulegała wówczas znacznemu rozproszeniu, ostawały się tylko słabiutkie alarmistyczne sygnały. Nieustająca świadomość obecności zmutowanych pszczół afrykańskich w pobliżu skupisk ludzkich nie wystarczała do podtrzymywania we mnie dużego zainteresowania, nie odsuwała znużenia. Ale na szczęście tych z mojego punktu widzenia nudnawych wstawek nie było znowu tak dużo. Lwia część „Roju” upłynęła mi pod znakiem czystej przyjemności, wynikającej głównie z napięcia, w jakim trzymała mnie większość wydarzeń zaprezentowanych na ekranie. Wcześniej być może na kartach powieści Arthura Herzoga III, ale jako że literackiego pierwowzoru jeszcze nie miałam okazji przeczytać nie potrafię rozstrzygnąć w jakim stopniu pokrywa się on z filmem Irwina Allena.

Główna rola przypadła w udziale Michaelowi Caine'owi, a partnerowali mu między innymi Katherine Ross, Richard Widmark i Richard Chamberlain. Mamy więc gwiazdorską obsadę, która to według mnie mogła być główną winowajczynią wygenerowania tak dużych wydatków na „Rój”. Aczkolwiek wybuchy, różnego rodzaju katastrofy (śmigłowców, pociągu) tanie też pewnie nie były. Twórcy efektów specjalnych postawili na realizm, nie posiłkowali się sztucznie się prezentującymi rekwizytami, atrapami i kiczowatymi animacjami. Ogień był prawdziwy, tak samo jak pszczoły widziane na zbliżeniach. Trudno mi tylko rozstrzygnąć, czy ujęcia czarnych chmur będących w istocie rojem śmiercionośnych owadów były zdjęciami prawdziwych stworzeń. Do filmu „zatrudniono” miliony pszczół – kilkaset tysięcy osobników pozbawiono żądeł w celu zapewnienia bezpieczeństwa aktorom podczas scen wymagających ich obecności w bezpośredniej bliskości owadów. Ale na mnie w dzieciństwie największe wrażenie robiły przerośnięte pszczoły zrodzone przez rozgorączkowane umysły małego Paula, chłopca który stracił rodziców w jakże widowiskowej scenie z rojem i kapitan Heleny Anderson, kobiety, którą z głównym bohaterem filmu, entomologiem Bradem Crane'em, połączyło głębsze uczucie. Rzeczone, nawet teraz robiące na mnie niemałe wrażenie, ujęcia to w istocie wielokrotne powiększenia prawdziwych pszczół, owadów, które w normalnej postaci nie budzą we mnie nawet przebłysku niepokoju. Ale widok takich bestii wprawił mnie w lekki dyskomfort – lekki, bo umniejszany świadomością, że w świecie przedstawionym „Roju” są one podane jedynie w formie halucynacji. Filmowe pszczoły w istocie grożące Amerykanom są zmutowane, ale ich rozmiary nie odbiegają od zwyczajowych. Jak się dowiadujemy wystarczą trzy-cztery użądlenia, żeby uśmiercić dorosłego człowieka nieuczulonego na jad, ale na przykładzie Heleny Anderson widzimy też, że już jedno użądlenie owocuje nawracającymi majakami, utratami przytomności i gorączką. Dla dziecka zabójcza może być tylko jedna dawka jadu – jedno użądlenie wystarcza do zabicia nieletniego człowieka. Stirling Silliphant w swoim scenariuszu nie uciekał przed zabijaniem dzieci (żeby nie było: uśmiercał je na kartach swojego dzieła, nie naprawdę), nie bał się również ścierać z powierzchni Ziemi większych skupisk ludzkich, ofiary afrykańskich pszczół mnożyły się w zastraszającym tempie, a naukowcy i żołnierze mogli tylko błądzić jak dzieci we mgle. Ci pierwsi zostali ukazani w nieporównanie lepszym świetle – każde ich posunięcie było dogłębnie przemyślane (choć na ogół nieskuteczne), starali się maksymalnie zminimalizować ryzyko powstania szkód dla naszej planety, gdy tymczasem wojskowi, a konkretniej generał Slater i jego przyboczny, woleli „wylewać dziecko z kąpielą”. „Wytrujmy wrogów” i nic to, że razem z nimi zniszczymy niezwykle przydatne pszczoły miodne i wszelką roślinność. Po co nam plony? Liczy się tylko pokonanie przeciwnika, a o problemach, których przy okazji narobimy będziemy myśleć później. Pewnie wielu widzów uzna to podejście za kompletnie pozbawione logiki, będzie trwało w przekonaniu, że scenarzyści taką taktyką amerykańskich żołnierzy podkopali realizm, ale akurat mnie zawsze cieszy demonizowanie w filmach tych „słoni w składzie porcelany”, jakimi w moich oczach są wszystkie armie świata. W animal attackach żołnierzy często ukazuje się w złym świetle, robi się z nich wręcz imbecyli, narwanych ignorantów, czasami może i popadając w nieprzekonujące skrajności (chociaż jak się pomyśli o Hiroszimie i Nagasaki...), ale akurat w „Roju” niczego takiego nie odnotowałam. Zaznaczam jednak, że jest to całkowicie subiektywne odczucie, biorące się z mojego osobistego nastawienia do każdej armii świata. Za to wychwyciłam trochę patosu. Film Irwina Allena całkiem nieźle wybrnął z próby czasu, nie zestarzał się zbytnio – myszką trącą jedynie sprzęty zgromadzone w bazie, może też stroje aktorów, ale jak już, to w bardzo niewielkim stopniu i nutka patosu wybrzmiewająca w finale. Wcześniejsze przemowy Crane'a na temat pszczół, branie przez niego w obronę tych pożytecznych owadów i wieszczenie apokalipsy przez nie nam gotowanej, napuszczone nie były, ale ta przemowa na koniec... No, cóż, czułam się jakbym słuchała obecnego „miłościwie nam panującego” prezydenta w jednym z jego niezliczonych orędzi.

Dobry animal attack. Tak uważam i nie ma dla mnie absolutnie żadnego znaczenia, że tak zwani znawcy kina, ludzie, ze zdaniem których tak wielu się liczy, obstają przy zgoła innym stanowisku. Oczywiście ten fakt winien być przestrogą dla tych nieznających jeszcze „Roju” Irwina Allena, których zdanie zwykle pokrywa się z ocenami większości krytyków. Oni lepiej zrobią omijając ten film szerokim łukiem, ale pozostali fani animal attacków moim zdaniem spokojnie po ten obraz mogą sięgnąć. Swoje wady ma, ale i tak uważam, że to jeden z lepszych reprezentantów tego nurtu. Nie najlepszych, ale w moich oczach tych plasujących się o dwa oczka powyżej średniej już tak (mowa o wersji rozszerzonej).

środa, 11 kwietnia 2018

„Na cztery ręce” (2017)

W dzieciństwie Jessica i jej młodsza siostra Sophie akurat przebywały w domu, gdy do środka wdarła się para włamywaczy. Ojciec i matka dziewczynek padli ofiarami jednego z nich. Od tego momentu Jessica zawsze starała się chronić swoją siostrę, a ta postawa z czasem przekształciła się w obsesję i paranoję. Kiedy kobieta dowiaduje się, że osoby odpowiedzialne za śmierć jej rodziców opuściły więzienie, są wolni po odbyciu dwudziestoletniej kary, postanawia zmusić ich do wyjazdu z miasta. Nie spuszczając przy tym oka z Sophie, która tymczasem nie chce brać w tym udziału. Młodsza siostra pragnie normalnego życia, chce być zawodową pianistką i zostawić tragiczną przeszłość za sobą. Ma dość towarzystwa nadopiekuńczej i agresywnej siostry. Gdy stara się jej uciec dochodzi do wypadku. Obie kobiety wpadają pod samochód, ale tylko Sophie budzi się w szpitalu. Jessiki nie udaje się uratować, a wiadomość o jej śmierci okazuje się mieć katastrofalne skutki dla psychiki ocalałej siostry.

„Na cztery ręce” to niemiecki thriller psychologiczny w reżyserii Olivera Kienlego i na podstawie jego własnego scenariusza. Dotychczas stworzył on tylko jeden pełnometrażowy film: kryminał/dramat „Bis aufs Blut – Bruder auf Bewahrung”, który w Polsce jest praktycznie nieznany, a i na świecie nie odbił się głośnym echem. Póki co nic nie wskazuje na to, żeby druga pełnometrażowa produkcja Kienlego miała odwrócić ten trend tj. rozsławić nazwisko niemieckiego twórcy. Premierowy pokaz „Na cztery ręce” odbył się w czerwcu 2017 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Monachium, a parę miesięcy później gościł na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Do szerszego obiegu w Niemczech trafił w listopadzie tego samego roku, a polskim widzom po raz pierwszy został zaprezentowany przez Canal+ Film w pierwszym kwartale roku 2018.

Zasiadłam do „Na cztery ręce” Olivera Kienlego w przeświadczeniu, że będę miała do czynienia z lekkim thrillerem jakich pełno w polskiej telewizji. Z niewymagającym myślenia obrazem utrzymanym w łagodnym klimacie, w którym najpewniej ujawni się niemiecka toporność, realizatorska i fabularna kanciastość, w którym będzie mi brakowało swoistej płynności. I nadwerężać mózgownicy rzeczywiście nie musiałam. Scenariusz „Na cztery ręce” istotnie nie wymagał ode mnie maksymalnego skupienia, nie zmuszał mnie do lawirowania wśród mylnych tropów w poszukiwaniu tylko tych ważnych szczegółów, które należało złożyć w jedną spójną całość. I dobrze, bo akurat w tamtym momencie nie miałam najmniejszej ochoty na arcytrudne zagadki, na wyzwanie logiczne, przy którym nie dałoby się zrelaksować – wyłączyć myślenie i po prostu cieszyć się seansem. Ale żebym mogła czerpać z tego więcej przyjemności musiałam dostać coś, czego boleśnie brakuje mi we współczesnych thrillerach. To nie mógł być kolejny plastikowy twór o czymś, co nie leżałoby w sferze moich zainteresowań, kolejna bezpłciowa, odarta z indywidualności kalka skrojona pod sympatyków lżejszych dreszczowców. Szczerze mówiąc na właśnie takie niższych lotów kino się nastawiłam, na słabiutkie emocje (jeśli w ogóle), ale przy odrobinie szczęścia bez większych mąk. Ale już pierwsze sceny „Na cztery ręce” uświadomiły mi, że przynajmniej w jednej kwestii się pomyliłam, że Oliver Kienle wcale nie stworzył lekkiego thrillerka dla grzecznych dzieci, bo doprawdy nie sposób podciągnąć tego klimatu pod tę kategorię. Jego film jest stosownie mroczny, zdjęcia, nad którymi pieczę trzymał Yoshi Heimrath, epatują różnymi odcieniami czerni i szarości, słońce z rzadka przebija przez brudnoszare chmury wiszące nad posępnym miastem, w którym toczy się akcja omawianej produkcji, a wydarzenia, którym świadkujemy do najmniej złowieszczych z pewnością nie należą. Nietrudno wyrobić w sobie przekonanie, że wkrótce stanie się coś strasznego, że główna bohaterka mimowolnie wkroczyła na drogę ku zatracaniu, tym bardziej tragiczną, że tak naprawdę nie ma wpływu na bieg wydarzeń. Nie może powstrzymać agresywnej siostry przed czynami, za które w dodatku sama najprawdopodobniej będzie odpowiadać. Nie sądzę, żeby był to spoiler, ale jeśli ktoś przed przystąpieniem do seansu „Na cztery ręce” nie chce wiedzieć, z jakim konkretnie problemem skonfrontuje go Oliver Kienle, jaki czynnik wepchnie główną bohaterkę filmu na drogę ku potencjalnemu zatraceniu powinien opuścić dalszą część recenzji. Po wypadku, w którym zginęła jej siostra, Sophie (dobra kreacja Fridy-Lovisy Hamann) co jakiś czas ma zaniki pamięci, po których nierzadko budzi się w nieznanych sobie miejscach. Nie pamięta jak się tutaj dostała, nie wie, co robiła podczas tych długich okresów nieświadomości, nie potrzebuje jednak dużo czasu, aby dojść do przekonania, że władzę nad jej ciałem czasowo przejmuje osobowość jej zmarłej starszej siostry. Już podczas jej pobytu w szpitalu nabrałam pewności, że Oliver Kienle uraczy mnie opowieścią o zaburzeniu dysocjacyjnym tożsamości, o kobiecie, której jaźń rozszczepiła się w wyniku tragedii, z którą jej psychika nie potrafiła w inny sposób sobie poradzić. Właśnie tak, „Na cztery ręce” to kolejny thriller o rozdwojeniu osobowości, który jednak w przeciwieństwie do większości tego typu historii obrazuje tego rodzaju przypadek w sposób odpowiadający temu, który bywał już (rzadko i chyba bez absolutnej pewności) diagnozowany w rzeczywistości. Innymi słowy Sophie i Jessica nie mogą wchodzić ze sobą w bezpośrednie interakcje, zostawiają sobie nawzajem wiadomości, ale nie siadają i nie rozmawiają, jak to najczęściej bywa w filmach z wątkiem rozdwojenia jaźni. Widz wie, z którą osobowością ma w danej chwili do czynienia nie tylko z powodu diametralnie odmiennych zachowań obu pań, ale również dzięki zmianom aktorek. W miejsce Fridy-Lovisy Hamann co jakiś czas wchodzi wcielająca się w rolę starszej siostry Friederike Becht, która radzi sobie nie gorzej od odtwórczyni roli Sophie. Wygląd chorej kobiety tak naprawdę się nie zmienia, Oliver Kienle umawia się tutaj z widzem, ułatwia mu rozeznanie się w danej sytuacji, ale ufa, że odbiorca nie będzie traktował tego dosłownie, że nie ubzdura sobie, że wygląd zewnętrzny Sophie rzeczywiście ulega zmianie.

Fabuła „Na cztery ręce” nie jest ani skomplikowana, ani szczególnie pomysłowa. Ot, mamy kobietę z dwiema osobowościami, z których to jedna stara się odnaleźć wypuszczone niedawno na wolność dwie osoby odpowiedzialne za śmierć ich rodziców przed dwudziestoma laty, a druga nie chce mieć z tym nic wspólnego, chce odsunąć na bok traumatyczne wydarzenie z przeszłości i skoncentrować się na układaniu sobie życia prywatnego i zawodowego. Osobowość Jessiki jest gotowa zrobić wszystko, żeby chronić swoją młodszą siostrę, z którą tak się składa, przez lwią część filmu dzieli ciało. Jessica ma istną obsesję na punkcie chronienia Sophie, jest paranoiczną i wybuchową jednostką, niewahającą się zrobić krzywdy każdemu, w kim jej zaburzony umysł dopatrzy się prawdziwego, czy tylko wyimaginowanego zagrożenia. Jej problemy psychiczne, których korzeni należy upatrywać w traumie z dzieciństwa, już za życia Jessiki rzutowały na egzystencję jej młodszej siostry. Ta druga miała poczucie przebywania w klatce, czuła się osaczona, tak jakby siostra dusiła ją w swoich opiekuńczych ramionach (pewnie dlatego nie rozstawała się z inhalatorem). Więc teraz sobie wyobraźcie, jak musiała czuć się Sophie, gdy dotarło do niej, że ta wcześniejsza wielce niekomfortowa sytuacja po śmierci Jessiki przesunęła się do ekstremum, że teraz musi dzielić ciało ze swoją strażniczką i zarazem dręczycielką. „Na cztery ręce” moim zdaniem najlepiej wypada na płaszczyźnie psychologicznej. Oliver Kienle zawarł w swoim scenariuszu interesujący konflikt dwóch osobowości, sprawił, że udzielił mi się ogromny dyskomfort Sophie, pozwolił mi dosłownie wejść w skórę kobiety dotkniętej przerażającą przypadłością, zmusił mnie do wyobrażania sobie czasowego tracenia czegoś tak ważnego jak własna jaźń, do wypierania jej przez tożsamość, która jak wszystko na to wskazywało stanowiła zagrożenie dla otoczenia. Za wszystkie ewentualne przestępstwa i wykroczenia popełnione przez Jessicę odpowiadać najprawdopodobniej będzie Sophie, ale widmo sądu nie powinno być jej największym zmartwieniem. Obok okropnej świadomości, że w każdej chwili może stracić władzę nad własnych ciałem, Sophie musi brać pod uwagę także potencjalne tragiczne następstwa działalności jej drugiej jaźni. Bo tożsamość Jessiki jest zdeterminowana do tego, aby znaleźć osoby odpowiedzialne za śmierć ich rodziców i przegonić ich z miasta. To znaczy tak mówi, tylko czy tak agresywna osoba jak ona nie zdecyduje się na przekroczenie granicy, zza której nie ma już powrotu? Czy poprzestanie na groźbach skierowanych do dwóch osób, które przed dwudziestoma laty włamały się do jej rodzinnego domu, czy raczej posunie się do podwójnego morderstwa, wyrządzając tym samym ogromną krzywdę swojej ukochanej siostrze, z którą dzieli ciało? Albo, co równie prawdopodobne, sprowokuje swoich wrogów do rozpoczęcia polowania na ciało Sophie. Doprawdy ciekawa sytuacja, wciągająca i w miarę silnie trzymająca w napięciu, również dzięki doskonałej pracy realizatorów, w której chwilami dostrzegałam nawet ujęcia zahaczające o estetykę nastrojowego horroru (niektóre przejścia z osobowości Sophie do Jessiki), w której nie zauważyłam ani grama niemieckiej niezgrabności, być może tylko subiektywnie odbieranej nieforemności. Wszystko było płynne, nawet jeśli warstwie kryminalnej czegoś brakowało, jakiegoś pomysłu, który dodatkowo podsyciłby moją ciekawość. Niestety, nie mogę oddać scenarzyście dużej kreatywności albo maksymalnej efektywności w szafowaniu mało wymyślnymi motywami na tym konkretnym polu (bo już płaszczyzna psychologiczna w pełni mnie usatysfakcjonowała). A końcówka? Przyznaję, że nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy, niemniej w fotel ta rewelacja mnie nie wbiła – aż takiej wagi w moich oczach nie miała.

Niemiecki thriller psychologiczny „Na cztery ręce” polecam przede wszystkim tym osobom, którzy akurat nie poszukują zawiłych, wielowątkowych i innowacyjnych historii osadzonych w ramach rzeczonego gatunku. Oliver Kienle oferuje nam bowiem coś innego, coś niezbyt wymyślnego, acz całkiem mrocznego i wciągającego, coś co powinno zadowolić sympatyków trzymających w napięciu dreszczowców opartych na znanych motywach, które dają odbiorcom pewien niemały, ale też nie szczególnie szeroki wgląd w psychikę dwóch kobiet, które w dzieciństwie przeżyły niewyobrażalną traumę rzutującą na całe ich dalsze życie. Tak, myślę, że ten thriller ma szansę znaleźć sporo sympatyków. Trzeba tylko dać mu szansę, do czego namawiam zwłaszcza tę wyżej wyszczególnioną grupę osób.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Lars Kepler „Hipnotyzer”

W stadionowej toalecie w Tumbie w Szwecji zostaje odnalezione ciało zamordowanego mężczyzny. Po dotarciu do jego domu policjant odkrywa zwłoki jego żony i pięcioletniej córeczki. Nastoletni syn, Josef Ek, odniósł poważne obrażenia, ale w szpitalu udało się ustabilizować jego stan. Sprawą zajmuje się komisarz Joona Linna z Krajowej Policji Kryminalnej. Mężczyzna jest przekonany, że kolejnym celem niezidentyfikowanego mordercy będzie starsza siostra Josefa. Chcąc odnaleźć ją przed oprawcą Linna angażuje psychiatrę Erika Marię Barka, byłego hipnotyzera. Komisarzowi udaje się namówić lekarza do wprowadzenia Josefa w stan hipnozy w celu wydobycia z nastolatka informacji na temat miejsca pobytu jego siostry. Bark ulega jego namowom, chociaż przed dziesięcioma laty złożył obietnicę, że już nigdy nikogo nie zahipnotyzuje. Ta decyzja ma dla niego i jego rodziny katastrofalne skutki.

W 2009 roku szwedzki rynek wydawniczy zawojował „Hipnotyzer”, powieść tajemniczego Larsa Keplera. Początkowo podejrzewano, że pod tym pseudonimem ukrywa się Henning Mankell, ale on sam i wydawca książki Keplera szybko wyprowadzili opinię publiczną z błędu. Brano pod uwagę także paru innych powieściopisarzy, jednak dopiero po wyczerpującym śledztwie dziennikarskim udało się ustalić prawdziwą tożsamość autora. Tożsamości, bo okazało się, że pod pseudonimem Lars Kepler ukrywa się małżeństwo pisarzy, Alexander Ahndoril i Alexandra Coelho Ahndoril. Informację jako pierwsza, jeszcze w tym samym roku, opublikowała gazeta „Aftonbladet”. Pseudonim jest hołdem dla niemieckiego matematyka, astronoma i astrologa Johannesa Keplera i Stiega Larssona, autora popularnej trylogii „Millennium”. Zresztą niektórzy recenzenci chętnie zestawiają owoce pisarskiej współpracy pary Ahndoril z rzeczonym dorobkiem nieżyjącego już Larssona. „Time Magazine” nazwał „Hipnotyzera” jedną z dziesięciu najlepszych powieści roku, a „The Wall Street Journal” wciągnął go na listę dziesięciu najlepszych powieści kryminalnych roku. W 2012 roku odbyła się premiera filmu na podstawie omawianej powieści w reżyserii Lassego Hallstroma.

Lars Kepler (będę używać pseudonimu) dotychczas napisał sześć powieści z komisarzem Jooną Linną, a w 2015 roku w Szwecji ukazała się książka „Playground” („Plac zabaw”), pierwszy utwór Keplera niezwiązany z jego poczytną serią. Wszystkie dzieła Keplera trafiły już na rynek polski. Pierwsze wydanie „Hipnotyzera” (pierwszej części serii) ukazało się w 2010 roku, ale na moje nieszczęście wspólna twórczość państwa Ahndoril dotychczas nie była mi znana. W moje ręce trafiło dopiero trzecie wydanie „Hipnotyzera”, publikacja Wydawnictwa Dolnośląskiego, i z całą pewnością na tej jednej pozycji nie zakończy się moja przygoda z Larsem Keplerem. Nie spocznę dopóki nie zapoznam się z całą jego bibliografią, bo jeśli pozostałe powieści są choć w połowie tak dobre jak „Hipnotyzer” to nie pożałuję ani minuty mu poświęconej. Przyznam, że początek, choć brutalny, nie nastroił mnie optymistycznie. Sposób w jaki nieznany sprawca obszedł się z rodziną Eków, zwłaszcza jej najmłodszą członkinią (przecięcie na pół) kazał mi nastawić się na bezkompromisowe podejście do literackiego thrillera, czyli na coś za czym wprost przepadam. Z drugiej jednak strony nie miałam powodów by oczekiwać czegoś innego niż kolejnej brutalnej powieści o tajemniczym seryjnym mordercy, którego śladami w tym przypadku będą podążali doświadczony policjant Joona Linna i psychiatra Erik Maria Bark. Tego typu thrillerów powstało już na pęczki, literacki rynek od dawna wręcz zalewają historie o seryjnych mordercach, których spora część uparcie podąża wydeptaną ścieżką, z mojego punktu widzenia w sposób tak beznamiętny, że nie mogę się nadziwić niesłabnącej popularności tego typu utworów (nie tylko literackich, filmowych też). Pomna jednak tego, że co jakiś czas mimo wszystko trafia mi się jakieś niepozbawione indywidualności, trzymające w napięciu dziełko o wielokrotnym mordercy ściganym przez charyzmatyczną postać, nie traciłam nadziei, że w dalszych partiach „Hipnotyzera” dostanę coś, co będzie mi się chciało czytać. Że nie będę tylko przyglądać się mozolnej pracy policyjnej i skakać od jednego miejsca zbrodni do drugiego w oczekiwaniu na dekonspirację oprawcy, którego tożsamość, jak błędnie podejrzewałam, rozszyfruję na długo przed pozytywnymi bohaterami książki. I nie musiałam długo czekać na natychmiastową śmierć wszystkich moich złych przeczuć, aczkolwiek równocześnie z tym zjawiskiem pojawił się kolejny problem. Dużo bardziej denerwujący, jak się okazało. To już nie są te czasy, kiedy to mogłam poświęcać nawet dziesięć godzin w ciągu doby na czytanie nie ryzykując przy tym uporczywego bólu głowy i okropnego pieczenia oczu. Gdyby tak było to mogłabym oszczędzić sobie mąk płynących z konieczności rozłożenia tej powieści na trzy wieczory. Aż trzy! A przecież już pierwszego podejścia nie chciało mi się kończyć, przecież już wtedy walczyłam z ograniczeniami własnego organizmu (głowa omal mi nie pękła), starałam się ignorować ból, byle tylko jeszcze trochę odsunąć w czasie nieuchronną dłuższą przerwę w czytaniu. Takie boje zdarza mi się toczyć, ale zapomniałam już kiedy ostatnio doświadczyłam czegoś takiego jeśli chodzi o literaturę skandynawską. Czy od czasu mojej przygody z trylogią „Millennium” zdarzyło mi się tak głęboko wsiąknąć w jakąś powieść z tego regionu Europy, że wręcz marzyłam o tym, żeby nie musieć się z nią rozstawać? Wydaje mi się, że nie, że dopiero teraz natrafiłam na coś, co ma dużą szansę wypełnić lukę po Stiegu Larssonie. Co wcale nie oznacza, że Larsowi Keplerowi winno się zarzucać kopiowanie „Millennium”, bo choć moim zdaniem poziom techniczny jest równie wysoki to w „Hipnotyzerze” próżno szukać powielania pomysłów nieodżałowanego Larssona.  

Powiedzieć, że „Hipnotyzer” to opowieść o seryjnym mordercy to tak jakby nic nie powiedzieć. Tuż po pierwszym zwrocie akcji, który następuje bardzo szybko, zostałam wciągnięta w wir nieoczekiwanych wydarzeń, w najmniejszym nawet stopniu niekojarzących mi się z żadną ze znanych mi konwencji utworów o wielokrotnych mordercach. Ani nie dostałam szczegółowego wglądu w umysł psychopaty, powieści, która choćby tylko w części konfrontowałaby mnie z perspektywą mocno zaburzonej jednostki, ani z mozolnym dochodzeniem policyjnym śladami rzeczonego seryjnego mordercy. Sytuacja jest dynamiczna, zmienia się jak w kalejdoskopie. Jedna sprawa prowadzi do następnej, która może, ale wcale nie musi pozostawać w ścisłym związku z tą pierwszą. Nowe wątki mnożą się w zastraszającym tempie, a korzenie niektórych sięgają dekadę wstecz, wiążą się z przeszłością niegdyś cenionego psychiatry i hipnotyzera Erika Marii Barka, ale ciężko o pewność, że mają one jakieś znaczenie dla toczących się właśnie kryminalnych spraw, prowadzonych przez Joonę Linnę. Komisarza Krajowej Policji Kryminalnej, który, jak sam twierdzi, nigdy się nie myli. Podejrzewam, że w kolejnych tomach ulegnie to zmianie, ale w „Hipnotyzerze” lepiej poznajemy Erikę Marię Barka, to jemu towarzyszymy najczęściej i to w jego umysł mamy największy wgląd. Dokładnie poznajemy też jego najbliższych, żonę Simone i czternastoletniego syna Benjamina borykającego się z chorobą von Willebranda. W „Hipnotyzerze” odnajdujemy mocno rozbudowaną płaszczyznę psychologiczną, która to koegzystuje z warstwą kryminalną. Efekt jest wprost wyborny, produkt jaki powstaje z tego współżycia wspomnianych dwóch płaszczyzn, nie przeplatania się tylko właśnie symbiozy, jest tak przepyszny, że chciałoby się smakować go dużo dłużej. W sumie to nie mam żadnych wątpliwości, że gdyby „Hipnotyzera” rozciągnięto nawet i na tysiąc stron to i tak miałabym poważny niedosyt prozy Larsa Keplera. Z równie ogromnym (albo jeszcze większym) żalem rozstawałabym się z tą fenomenalną powieścią, z porównywalnym poczuciem niezaspokojenia, z uporczywym głodem, który mam nadzieję nie osłabnie przynajmniej do czasu zapoznania się z całą serią o Joonie Linnie. Nie mogę niestety przybliżyć wszystkich wątków tej opowieści, bo stanowią one następstwa zaskakujących zwrotów akcji, tak raptownych i ogłuszających zmian sytuacji, że gdybym nawet ograniczyła się tylko do wypunktowania wyłącznie motywów przewodnich to bez wątpienia zepsułabym komuś przygodę z „Hipnotyzerem”. Mroczną przygodę, dramatyczną, iście przygnębiającą przeprawę przez najciemniejsze zakamarki ludzkich umysłów, przez czystą rozpacz, niewyobrażalne wyrzuty sumienia, niszczący nałóg, trudną do wybaczenia zdradę i wiele innych jakże silnie oddziałujących na odbiorcę składowych, łączących się w niezwykle emocjonującą opowieść, w której nie ma miejsca na techniczne niechlujstwo. Styl Larsa Keplera jest tak obrazowy, obfituje w tyle poruszających wyobraźnię szczegółów, w tyle detali, że z łatwością można zatracić poczucie rzeczywistości. Zapomnieć gdzie się przebywa, a po skończonej lekturze mieć duże trudności z odnalezieniem się w szarej codzienności. Bo w „Hipnotyzera” wchodzi się całym – nie tylko umysłem, ale także ciałem. A wziąwszy pod uwagę tematykę tego thrillera, bezkompromisowe podejście Larsa Keplera do tego gatunku, moim zdaniem przede wszystkim osoby łaknące mocnych wrażeń, niebywale trzymających w napięciu opowieści o bestialstwach, do jakich zdolny jest tylko człowiek, nie będą chciały rozstawać się ze światem wymyślonym przez Keplera.

Dodawanie do tej litanii pochwał kolejnych „ochów” i „achów” nie jest chyba konieczne. To, co napisałam wyżej nikomu, kto przeczyta te słowa nie pozostawi wątpliwości jaki mam stosunek do „Hipnotyzera” państwa Ahndoril publikujących pod pseudonimem Lars Kepler. Ale żeby nie było niedopowiedzeń – tak, uważam tę powieść za arcydzieło literackiego thrillera, jedną z najlepszych szwedzkich powieści z tych, które dotychczas przeczytałam i nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że powinien się z nią zapoznać każdy wielbiciel tego gatunku. I to jak najszybciej!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 7 kwietnia 2018

„A jednak żyje” (1974)

Lenore i Frank Daviesowie spodziewają się drugiego dziecka. Gdy nadchodzi czas porodu zostawiają swojego jedenastoletniego syna Chrisa pod opieką przyjaciela rodziny, po czym udają się do szpitala. Istota, którą Lenore wydaje na świat nie przypomina jednak innych dzieci. Mały mutant pozbawia życia kilku członków personelu i czym prędzej opuszcza teren placówki medycznej. Policja wszczyna poszukiwania zabójczego noworodka, a jego rodzice w tym czasie przeżywają najgorsze chwile swojego życia. Zainteresowanie mediów tą sprawą zmusza pracodawcę Franka do wysłania go na urlop bez możliwości powrotu do pracy po jego zakończeniu. Mężczyzna w przeciwieństwie do jego żony marzy o rychłej śmierci zmutowanego dziecka, wspiera przedstawicieli organów ścigania, których celem jest jak najszybsze zabicie go. Noworodek stwarza bowiem ogromne zagrożenie dla społeczeństwa. Po opuszczeniu szpitala mutant bynajmniej nie zrezygnował z zabijania przypadkowych ludzi i wszystko wskazuje na to, że nigdy nie zdoła się zasymilować.

„A jednak żyje” to pierwszy horror Larry'ego Cohena, amerykańskiego reżysera, scenarzysty i producenta, który w następnych latach stworzył między innymi takie filmy, jak „Substancja”, Powrót do miasteczka Salem”, „Ambulans” i dwa sequele omawianego obrazu. Horroru, którego budżet oszacowano na zaledwie pół miliona dolarów i przy którym pracowały tak znamienite osobistości, jak Bernard Herrmann (ścieżka dźwiękowa) i Rick Baker (charakteryzacja). Scenariusz Larry Cohen napisał sam – wyreżyserowane przez siebie kontynuacje „A jednak żyje” również oparł na swoich własnych scenariuszach, a w 2009 roku pojawił się remake omawianej produkcji w reżyserii Josefa Rusnaka, którego Cohen jest współscenarzystą.

Chociaż „A jednak żyje” powstało kilka lat po „Dziecku Rosemary” Romana Polańskiego pomysł Larry'ego Cohena mógł szokować. Nie zdziwiłabym się, gdyby nawet dziś pojawiały się takie skrajne reakcje na tę filmową pozycję. Bo Cohen w „A jednak żyje” finalizuje radosny czas oczekiwania na dziecko istnym koszmarem, uosabianym przez morderczego mutanta wydanego na świat przez kobietę, która pragnie zostać matką kolejnego dziecka. Jedenastoletni już syn Lenore i Franka Daviesów jest zwyczajnym chłopcem, ale jego młodszy brat, istota, która w początkowej partii filmu przychodzi na świat w niczym go nie przypomina. Po niedługim, mocno klimatycznym oczekiwaniu na narodziny drugiego dziecka Daviesów w szpitalu, kiedy to cały czas towarzyszymy „głowie rodziny”, przychodzi pora na drastyczny zwrot wydarzeń. Kamera przesuwa się po ciałach kilku członków personelu placówki medycznej, widzimy ich rozharatane szyje, śmiertelne rany, z których wysączyła się niewielka ilość krwi i przywiązaną do łóżka rozpaczającą Lenore, której nie dosięgła zabójcza ręka nowo narodzonego mutanta. Kobiety spodziewające się dziecka dla swojego własnego dobra powinny unikać tego filmu, bo jeśli mają jakieś obawy przed porodem to najprawdopodobniej ulegną one zwielokrotnieniu po jego obejrzeniu. A jeśli nie mają to istnieje poważne niebezpieczeństwo, że Cohen zaszczepi w nich przynajmniej zalążek irracjonalnego strachu. W przyszłych ojcach być może też... Ale i osoby bezdzietne taka koncepcja może lekko wytrącić z równowagi, wprawić ich w niejaki dyskomfort emocjonalny, bo faktem jest, że Larry Cohen tak samo jak przed nim Roman Polański (opierający się na prozie Iry Levina) wypuszcza się na terytoria, które wielu może uważać za zakazane. Może odbierać to jako zbezczeszczenie rzeczy świętej, istną profanację stanu błogosławionego, bo sfinalizowanego wydaniem na świat prawdziwego potwora. Chociaż z drugiej strony z tą potwornością noworodka to nie do końca jest tak, jak początkowo może się wydawać co poniektórym widzom „A jednak żyje”. Larry Cohen ewidentnie starał się ocieplić wizerunek mutanta, dać mu trochę tak zwanego człowieczeństwa w postaci jego przywiązania do rodziny, jego marzeń o zostaniu jej pełnoprawnym członkiem. Mutant chce być kochany, chce znaleźć ukojenie w ramionach swoich rodziców, ale uniemożliwia mu to jego mordercza natura. Bo choć noworodek nie czuje potrzeby zabicia swoich bliskich to instynkt każe mu pozbawiać życia osoby spoza jego kręgu rodzinnego. Reagować agresją na nieznane i subiektywne zagrożenie, na wrażenie zaszczucia przez innych przedstawicieli gatunku ludzkiego, również tych, którzy obiektywnie nie chcą go skrzywdzić. Larry Cohen chyba zdawał sobie sprawę z tego, że mogą znaleźć się osoby, które będą wyrzucać „A jednak żyje” potworny podtekst, rzecz, której wprost nie sposób zaakceptować. Mowa o dopatrywaniu się w tym zamyśle nawiązań do wydawania na świat dzieci niepełnosprawnych. Stawianie w jednym szeregu chorego noworodka ze zmutowaną istotą mordującą ludzi byłoby delikatnie mówiąc mocno niesmaczne i pewnie dlatego Larry Cohen zaasekurował się jednym z dialogów. Z ust Franka pada wówczas kategoryczny sprzeciw przed patrzeniem na jego drugiego syna, jak na dziecko niedorozwinięte. Mężczyzna reaguje oburzeniem na taką aluzję, na sam pomysł postawienia w jednym szeregu straszliwego potworka (jak go wtedy nazywa) z niepełnosprawnym umysłowo noworodkiem. Nie wiem tylko, czy taka asekuracja będzie dla wszystkich widzów wystarczająca... Ja patrzyłam na morderczego noworodka, jak na istotę „nadrozwiniętą” (nie niedorozwiniętą), bo które nowo narodzone, czy to pełnosprawne, czy niepełnosprawne, dziecko jest tak żywotne i tak samowystarczalne? Które samo opuści szpital zaraz po swoich narodzinach i przemierzy miasto w poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, pozostawiając za sobą kilka ciał dorosłych ludzi?

Scenariusz „A jednak żyje” zawiera silnie rozbudowaną warstwę dramatyczną/obyczajową i w sumie dominującą emocją towarzyszącą mi podczas każdego seansu tego obrazu jest smutek. Nie niepokój, choć trzeba twórcom oddać stworzenie kilku całkiem mocno trzymających w napięciu sekwencji z udziałem nowo narodzonego mutanta i ludzi znajdujących się w jego bliskości. Jego postać, zwłaszcza zdeformowana twarz, najczęściej jest odsłaniana fragmentarycznie w szybkich migawkach, w doskonale zmontowanych, nastrojowych ujęciach, które w moim umyśle zawsze automatycznie stapiają się w jedną upiorną całość. Bo niski budżet wcale nie stał na przeszkodzie do stworzenia naprawdę wiarygodnie się prezentującego potworka, ale chyba postawił filmowców przed koniecznością okrojenia warstwy gore. Nie wiem, czy gdyby dysponowali większą gotówką zaserwowaliby kilka odpychających, zniesmaczających ujęć krwawych ataków i następujących po nich długich zbliżeń na brzydkie, poszarpane rany zadane przez oszalałego ze strachu potworka. Taki od początku mógł być zamysł Larry'ego Cohena, niewykluczone, że trzymałby się tego wydelikacenia nawet wówczas, gdyby dysponował większym budżetem, ale jeśli o mnie chodzi to zdecydowanie bardziej wolałabym zobaczyć więcej przebłysków śmiałości w warstwie gore. Przesada też byłaby niewskazana, zamienienie tego obrazu w groteskową sieczkę moim zdaniem byłoby przegięciem w drugą stronę, ale parę ujęć bardziej makabrycznych obrażeń od tych, które pokazano (lekko krwawiące ranki na szyjach), może troszkę konsumpcji ludzkiego mięsa, na pewno ożywiłoby środkową partię filmu. Bo tam wkradły się dłużyzny, przerywane co prawda trzymającymi w napięciu wstawkami z udziałem mutanta, ale i tak odrobinę nużące. Nie w tym rzecz, że akcja w „drugim akcie” raptownie zwalnia, że scenarzysta nie pędzi przed siebie z zawrotną prędkością, a twórcy efektów specjalnych nie rozrzucają na prawo i lewo widowiskowych rekwizytów. Owszem, parę dodatkowych scenek gore bardzo by się przydało, ale z jeszcze większym zadowoleniem przyjęłabym większe skupienie na płaszczyźnie psychologicznej. Bo choć odmiennym reakcjom Franka i Lenore (kreacja Johna P. Ryana jakoś mnie nie przekonuje, ale Sharon Farrell jak na moje oko spisała się całkiem nieźle. A jeśli już o aktorach mowa to muszę pochwalić też Daniela Holzmana wcielającego się w postać pierworodnego syna Daviesów) na nieoczekiwaną, jakże traumatyczną sytuację, poświęcono sporo miejsca to nie miałam wrażenia maksymalnego wgłębiania się w psychikę żadnego z nich. Ukazano to tak „po łebkach”, mało intensywnie (tutaj trzeba wspomnieć, że Cohen w pewnym momencie nawiązuje do „Frankensteina”), co zaskakuje mnie o tyle silniej, że cała otoczka - lekko przybrudzone i wyblakłe kadry, którym akompaniuje znakomita ścieżka dźwiękowa mistrza Bernarda Herrmanna, przez fanów kina grozy kojarzonego głównie z „Psychozą” Alfreda Hitchcocka - jest właściwie bez zarzutu. To znaczy z mojej strony. A zakończenie... No, to jest coś. UWAGA SPOILER Ale nie z powodu obdarowania mnie jakąś drastyczną, czy mocno przerażającą niespodzianką tylko ze względu na przytłaczający smutek, jaki ogarnia mnie w odpowiedzi na poczucie straty państwa Davies, tragizm, do którego przecież musiało dojść, którego przez cały czas można się spodziewać. Wcześniej też doskonale odbiera się tę emocję, ale w końcówce zostaje ona zdecydowanie wzmocniona – tak bardzo, że trudno nie uronić paru łez KONIEC SPOILERA.

Wiem, że „A jednak żyje” nie posiada rzeszy fanów, że liczba jego sympatyków nie jest imponująca, ale ja mam jakiś sentyment do tej produkcji. Dostrzegam kilka wad, nie umiem zamknąć na nie oczu i wspominać tego obrazu w samych superlatywach. Nie uważam tego przedsięwzięcia Larry'ego Cohena za arcydzieło filmowego horroru, ale i tak co jakiś czas do niego wracam. Mimo tego, że nie wszystko w tym obrazie mi się podoba. Polecać więc będę. Tym osobom, którzy nie mają nic przeciwko ubiegłowiecznym horrorom zmiksowanym z dramatem. I to takim, które przez co poniektórych mogą być uznawane przynajmniej za lekko kontrowersyjne. Ale bynajmniej nie przez warstwę gore, bo ta została aż nadto wydelikacona. A więc według mnie przeciwnicy krwawych horrorów nie powinni z góry skreślać tej pozycji.

środa, 4 kwietnia 2018

„Terrifier” (2016)


Dwie zaprzyjaźnione młode kobiety, Tara i Dawn, kończą halloweenowe imprezowanie i przed planowanym powrotem do domu udają się do podrzędnej pizzerii. Zaraz potem do środka wchodzi milczący mężczyzna przebrany za klauna i dźwigający czarny foliowy worek z nieznaną zawartością. Zajmuje stolik nieopodal nich i zaczyna uporczywie wpatrywać się w Tarę. Dziewczęta widziały go już wcześniej i już wtedy tajemniczy jegomość zdążył zaniepokoić Tarę, ale jego zachowanie w pizzerii jest dla niej o wiele bardziej alarmujące. Klaun odprawia pantomimę na użytek młodej kobiety, po czym rusza do toalety. Zaraz potem zostaje wyrzucony przez właściciela pizzerii, a Tara i Dawn wkrótce udają się do samochodu. Zauważają, że jedna opona jest przebita. Tara dzwoni do swojej siostry z prośbą o pomoc, która obiecuje przyjazd we wskazane przez nią miejsce. Nieopodal ich unieruchomionego pojazdu znajduje się stary budynek, do którego Tara w pewnym momencie musi się udać. Żadna z dziewcząt nie zdaje sobie sprawy z tego, że obserwuje je niedawno spotkany klaun, który znajduje przyjemność w zabijaniu ludzi.

W 2011 roku Damien Leone wypuścił dwudziestominutowy filmiki zatytułowany „Terrifier”, którego był między innymi reżyserem i scenarzystą. W 2013 roku ukazał się jego „Cukierek albo psikus”, film stanowiący zbiór nakręconych przez niego shortów firmowany postacią wymyślonego przez Leone klauna Arta, antybohatera jego „Terrifier”. Rzeczony short z 2011 roku został dołączony do zbiorku „Cukierek albo psikus”. W 2015 roku pojawiła się antologia filmowa dystrybuowana jako kontynuacja zbiorku Damiena Leone, a w roku 2016 na Telluride Horror Show Film Festival w Stanach Zjednoczonych odbył się pierwszy pokaz pełnometrażowego filmu z klaunem Artem znanym odbiorcom produkcji „Cukierek albo psikus” lub samego „Terrifier” z 2011 roku. A do szerszego obiegu to najnowsze przedsięwzięcie Damiena Leone trafiło w roku 2018, poczynając od swoich rodzimych Stanów Zjednoczonych.

Kiedy tylko dowiedziałam się o wypuszczeniu pełnometrażowego filmu ze znanym mi już klaunem Artem, którego reżyserem i scenarzystą jest twórca zbiorku krótkich horrorów pt. „Cukierek albo psikus” wiedziałam, że nie mogę tego przegapić. Miałam bowiem powody przypuszczać, że Damien Leone uraczy mnie powieleniem stylistyki tamtego dziełka, tym razem w jednej dłuższej opowieści. Facjata klauna Arta widniejąca na plakacie filmu obiecywała powrót złowieszczego klauna, a znalezione przeze mnie recenzje kilku dotychczasowych odbiorców pełnometrażowego „Terrifier” utwierdziły mnie w tych przekonaniach. Zasiadłam więc przed ekranem w przeświadczeniu, że będę miałam do czynienia z udaną stylizacją na kino z lat 80-tych, że moje oczy będzie pieścić slasher stylizowany na rąbankę z rzeczonej dekady XX wieku, w którym czarnym charakterem będzie klaun, do którego za przeproszeniem Pennywise z nowego „To” moim zdaniem się nie umywa. I ten drugi element istotnie według mnie zdał egzamin, ale z tą stylizacją na kino grozy z minionych lat było o wiele gorzej niż w zbiorze „Cukierek albo psikus” (jego kontynuacji zresztą też). Chociaż nie. To sformułowanie nie jest chyba tak do końca trafne. A więc inaczej: mając w pamięci „Cukierek albo psikus” spodziewałam się stylizacji na horror klasy B, a dostałam coś, co owszem może przypominać slasher z tej dekady XX wieku, ale z dużo niższej półki. Pewnie gdybym poszukała wśród tzw. horrorów klasy Z rzeczonego okresu to pewnie znalazłabym coś podobnego na poziomie realizacji, ale nie potrafię sobie przypomnieć ani jednego tytułu XX-wiecznego slasherowego B-klasowca nakręconego w taki sposób. Tutaj problemem była dla mnie kolorystyka – żywe barwy, tak niewygodnie dla oka skontrastowane, że uwierzyłabym, gdyby mi powiedziano, że „Terrifier” został nakręcony jakimś tańszym modelem telefonu komórkowego i to przez osobę, która pierwszy raz mogła wykazać się w roli operatora. A tymczasem zdjęcia nadzorował George Steuber, człowiek, który pracował już przy kilku produkcjach, w tym przy zbiorku „Cukierek albo psikus”. A przecież to właśnie na klimat rodem z niniejszej produkcji najbardziej liczyłam... Skoro łyżkę dziegciu mam już za sobą to kolej na porcję miodu, czyli na antybohatera, który w moich oczach prezentuje się dużo lepiej niż rozreklamowany nowy Pennywise. Przy klaunie Arcie nie majstrował komputer, Damien Leone i jego ekipa zadowolili się zwykłym kostiumem, ubraniem aktora w cudaczne łaszki, które w połączeniu z jego złowieszczą pantomimą i często zakrwawionymi zębami robią całkiem upiorne wrażenie. Klaun Art jest groteskowy, ale to tego rodzaju groteska, która może budzić niepokój, dużą niepewność – śmieszyć także, ale myślę, że u dużej części widzów będzie to raczej histeryczny śmiech. Do stworzenia bardzo krwawych, jak na slasher, efektów specjalnych też nie zatrudniono speców od komputerowych tworów, tutaj również celowano w fizycznie obecne na planie dodatki, ale moim zdaniem płaszczyźnie gore nie przysłużyło się to tak bardzo jak postaci seryjnego mordercy. Nie wiem, czy było to spowodowane niedostatkami finansowymi, czy miało być celowym zagraniem, nawiązaniem do tego rodzaju kiczu, który według twórców „Terrifier” można odnaleźć w niskobudżetowych rąbankach z dawnych lat, ale faktem jest, że kolor i konsystencja substancji imitującej krew ani razu mnie nie przekonała. Rzadka, różowawa posoka znacznie utrudniała mi docenianie wkładu charakteryzatorów, napisałabym podziwianie realistycznie się prezentujących ran widniejących w ciałach filmowych ofiar, ale wiem jak to brzmi, więc poprzestańmy na docenianiu pracy twórców efektów specjalnych:) Owszem, zgadzam się, że z tą krwią to w latach 80-tych bywało różnie, ale na tę chwilę nie potrafię sobie przypomnieć ani jednego slashera, w którym prezentowałaby się ona aż tak tandetnie, jak w „Terrifier”. I w którym w aż takim stopniu wpływałaby ona na mój odbiór innych drastycznych elementów.
 
W „Terrifier” znajdujemy sporo krwawych ujęć – może nie aż tyle, żeby nie pozostawić wielbicieli kina exploitation z poczuciem niedosytu, ale osoby, które ograniczają się do XXI-wiecznych rąbanek powinny mieć aż nadto ekranowej przemocy. Wielbiciele slasherów, także tych z XX wieku, pewnie również nie będą narzekać na niedobór krwawej makabry. Może na przesyt, ale wydaje mi się, że nie na niedostatek. Właśnie dla mnie, osoby, która wpisuje się w grono długoletnich miłośników slasherów, gore było stanowczo za dużo. W tym podgatunku horroru zazwyczaj nie znajdujemy aż tyle skrajnie drastycznych scen i to w dodatku aż tak przerysowanych. Krew bluzga na prawo i lewo, organy wewnętrzne wylewają się na podłogę w najśmielszej sekwencji z przepiłowaniem kobiety od krocza w górę (a raczej w dół, gdyż nieszczęśnica wisi do góry nogami), czubek mózgu spoziera z głowy ofiary, którą oskalpowano, a jej piersi to krwawiąca papka mięsa, kule posłane z broni palnej pustoszą twarz młodej kobiety i wiele innych równie przerysowanych wstawek, które niestety we mnie mdłości nie wzbudziły. Przez tę przeklętą sztuczną krew! Przez przesadę pewnie też – jak czegoś jest za dużo to z czasem nam to powszednieje, a przynajmniej mnie, niewykluczone więc, że gdyby nawet skorzystano z substancji bardziej przypominającej posokę to przez tą mnogość gore i tak twórcom nie udałoby się ani mnie zniesmaczyć, ani tym bardziej zaszokować. Choć przyznaję im punkcik za odwagę – w obecnych czasach mało jest tak brawurowych filmowców, mam wrażenie, że dzisiaj bardziej ceni się tchórzy, twórców optujących za ugrzecznionymi formami rąbanek. Kolejny plusik daję za ścisłe trzymanie się konwencji filmów slash. Zamknięcie lwiej części akcji na ograniczonej przestrzeni (w tym przypadku w starym budynku w mieście) w halloweenową noc, przez co widok człowieka przebranego za klauna sam w sobie dla nikogo nie jest alarmujący (jego dziwaczne zachowanie już tak) i oczywiście kilka nielogicznych, nieprzemyślanych, być może dyktowanych paniką zachowań pozytywnych bohaterów, z niedobijaniem ogłuszonego mordercy na czele. Tego było najwięcej, ale zastanawiający może być też powrót ściganej kobiety do feralnego budynku zaraz po tym, jak wreszcie udało jej się z niego wydostać oraz niezrozumiała decyzja mężczyzny polegająca na nieczekaniu na wezwaną właśnie pomoc. Mamy też kilka pomniejszych głupotek, których nie ma potrzeby punktować, bo każdy wieloletni fan slasherów już z tych paru przytoczonych przeze mnie przykładów będzie wiedział, że Damien Leone w swoim scenariuszu ukłonił się tej nieakceptowanej przez wielu, ale nie przez fanów filmów slash, materii. UWAGA SPOILER Ucieszyło mnie też zastosowanie zabiegu znanego chociażby z „Psychozy” Alfreda Hitchcocka, czyli raptowna zmiana pierwszoplanowej bohaterki filmu oraz oczywiście jakże slasherowe zmartwychwstanie klauna Arta w kostnicy KONIEC SPOILERA.

Jakoś „Terrifier” mi się oglądało – ani nie tkwiłam w oparach odbierającej chęć do życia nudy, ani zanadto się nie denerwowałam, ale nie towarzyszyły mi też silne emocje, nie miałam poczucia oglądania czegoś, czego nie można było sobie odpuścić. Uwielbiam XX-wieczne slashery, z najprawdziwszymi wypiekami na twarzy zasiadam do każdego filmu slash powstałego w tamtym okresie i w większości przypadków jestem zadowolona z seansu, często wręcz zachwycona. A tutaj? No, ten obraz Damiena Leone mogłam sobie spokojnie darować, chociaż z drugiej strony jakoś mocno nie żałuję tego wyboru. Jestem jednak przekona, że duża część odbiorców tego filmu spotka się z dużo większym rozczarowaniem niż ja, będzie miała mniej litości dla „Terrifier” niż ja, a zwłaszcza ci, którzy nie przywykli do niskobudżetowych slasherów z dużą ilością krwawej makabry.

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

J.S. Monroe „Znajdź mnie”

Irlandczyk Jarlath 'Jar' Costello od pięciu lat boryka się z bolesną stratą. Jego dziewczyna, Angielka Rosa Sandhoe, najprawdopodobniej popełniła samobójstwo, gdy oboje studiowali jeszcze w Cambridge. Jej zwłok nigdy nie odnaleziono. Jar od dłuższego czasu ma halucynacje, widuje swoją zmarłą ukochaną w różnych miejscach, ale chociaż w pełni zdaje sobie sprawę ze swoich problemów psychicznych nie chce rozpocząć terapii, do której namawiają go bliskie mu osoby. Młody mężczyzna jest przekonany, że Rosa żyje i poświęca dużo czasu i energii na odnalezienie jej. Z czasem zaczyna także podejrzewać, że jest obserwowany, że pewni ludzi śledzą prawie każdy jego krok i że ma to związek z Rosą. Wkrótce chłopak odnajduje dowody wskazujące na zamieszanie w tę sprawę brytyjskich i amerykańskich służb specjalnych. Wygląda na to, że Rosa dobrowolnie wstąpiła w ich szeregi, a teraz, po pięciu latach stara się odzyskać wolność. A Jar jest gotowy zrobić wszystko, by jej ją zwrócić.

J.S. Monroe to pseudonim literacki brytyjskiego pisarza i dziennikarza Jona Stocka. Pod własnym nazwiskiem wydał kilka powieści szpiegowskich. Prawa do filmowych wersji jego Legoland Trilogy pierwotnie zostały zakupione przez Warner Bros., ale w 2014 roku poinformowano opinię publiczną, że nad tym projektem pracuje teraz Wonderland Sound and Vision. Nic jednak nie wskazuje na to, żeby przynajmniej pierwszy film z zaplanowanej trylogii miał w najbliższym czasie się ukazać. „Znajdź mnie” to pierwszy thriller psychologiczny Stocka. Premierowe wydanie ukazało się w 2017 roku w Wielkiej Brytanii, a niektórzy recenzenci doszukiwali się w tej opowieści inspiracji „Słodką przynętą” Iana McEwana i „Nie mów nikomu” Harlana Cobena.

Potrzebowałam trochę czasu, żeby wsiąknąć w tę opowieść. „Znajdź mnie” spisano (nieprzesadnie, ale zawsze) uproszczonym stylem i na domiar złego przez jakiś czas uparcie podtrzymywano we mnie wrażenie obcowania z lekką powieścią młodzieżową. Czyli dostałam coś, co mija się z moimi literackimi preferencjami. To znaczy tak mi się wydawało, dopóki nie przyłapałam się na tym, że udzielił mi się obłęd głównego bohatera, Jara Costello. Dwudziestokilkuletni mężczyzna pochodzący z Galway, a obecnie mieszkający w Londynie od pięciu lat stara się odnaleźć swoją ukochaną Rosę Sandhoe. Dziewczynę, z którą spędził wiele upojnych chwil na studiach, i która to najprawdopodobniej nie żyje. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że Rosa popełniła samobójstwo, do którego popchnęła ją przede wszystkim niemożność pogodzenia się ze śmiercią jej ojca, Jima Sandhoe, jednego z pracowników Wydziału Politycznego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Jar wychodzi jednak z założenia, że ma do czynienia z szeroko zakrojonym spiskiem, ze zmową ludzi zajmujących wysokie stanowiska. Aż nadto wyraźnie wybrzmiewają tutaj echa gatunku, w którym specjalizuje się autor „Znajdź mnie”, elementy powieści szpiegowskiej są doskonale widoczne, a sposób w jaki te wątki poprowadzono doprowadził mnie do przekonania, że Monroe (Stock) „zna się na tym fachu”. Doskonale odnajduje się w tym gatunku literackim. Unika oczywistości, potrafi wyjść poza nudne schematy i... zrobić z czytelnika kompletnego głupca. Bo „Znajdź mnie” nie jest lekką opowiastką młodzieżową o chłopaku starającym się odnaleźć swoją ukochaną, jak początkowo myślałam, tylko pełnokrwistym thrillerem psychologicznym o młodym mężczyźnie, którego upór w poszukiwaniach dziewczyny dawno uznanej za zmarłą zwraca uwagę nieodpowiednich ludzi. Z takim przekonaniem w końcu cała weszłam w tę opowieść i już wkrótce odkryłam, że nie ufam nikomu poza głównym bohaterem. W każdej postaci przewijającej się przez życie Jara widziałam uczestnika spisku, którego ofiarą padła niewinna młoda kobieta chcąca przysłużyć się swojemu kraju. A ten we współpracy z Amerykanami ją zdradził, potraktował jak mięso armatnie, coś co można wykorzystać, a potem bez najmniejszych wyrzutów sumienia, tak po prostu się tego pozbyć. Jak rzeczy, bo w końcu właśnie tak każda władza patrzy na obywateli swojego kraju. Często powtarzam: „nikt tak cię nie pognębi, jak twój własny rząd” i dlatego właśnie niezmiernie ucieszyło mnie postawienie części pracowników państwowych w roli tych złych. I dlatego bez namysłu przyjęłam sposób patrzenia Jara na całą tę sprawę. Chłopak ewidentnie miał problemy psychiczne – nierzadko miewał halucynacje i wiele wskazywało na to, że stał się paranoikiem. Wszędzie wypatrywał zagrożenia, w każdym doszukiwał się czegoś podejrzanego, momentami tracił nawet zaufanie do swoich znajomych, do ludzi, których miał czas dobrze poznać. A mnie się to udzieliło. Zamiast spokojnie zastanowić się nad przypadkiem Jara, zamiast to jego obdarzyć bacznym spojrzeniem, czym prędzej przystąpiłam do szukania jakichkolwiek, choćby nawet najmniejszych, anomalii w jego otoczeniu. J.S. Monroe wepchnął mnie więc w stan zbliżony do tego, w którym trwałam podczas lektury „Dziecka Rosemary” Iry Levina (i w trakcie seansu ekranizacji tej książki), ale nie tylko to nasunęło mi skojarzenia z pisarstwem tego nieżyjącego już artysty. Levin wolał serwować zwroty akcji na długo przed finałem, nie czekał z największymi niespodziankami aż do ostatnich stron swoich dzieł i w „Znajdź mnie” właśnie z czymś takim mamy do czynienia.

Pierwsza książka Jona Stocka wydana pod pseudonimem J.S. Monroe została napisana z perspektywy kilku osób. Narracja trzecioosobowa została zastosowana w umownej teraźniejszości (w roku 2017) i koncentrowała się na Jarze Costello. W pierwszej części powieści naprzemiennie z tymi wydarzeniami autor serwuje zdarzenia z roku 2012, ubierając je w formę dziennika – dziennika Rosy Sandhoe prowadzonego w czasie, gdy razem z Jarem studiowała w Cambridge. W drugiej części też będziemy cofać się do tego okresu. Ponadto będziemy mieli trzy, a nie jak dotychczas tylko dwie perspektywy, ale bliższych szczegółów na ich temat nie przedstawię. Żałuję, że nie mogę zdradzić o czym tak naprawdę jest ta opowieść – mogę jedynie przyznać, że nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy i takiej śmiałości ze strony autora, bo choć do nieodżałowanego Jacka Ketchuma mu jeszcze daleko to jeśli zestawi się dalsze partie „Znajdź mnie” z wcześniejszymi wydarzeniami to trudno nie dojść do wniosku, że opowieść Monroe'a znacznie zyskała na drastyczności. Podczas gdy pierwszą część utrzymano w atmosferze paranoi, w poczuciu szybko zagęszczającego się niebezpieczeństwa ze strony tak potężnych person, że los głównego bohatera od początku zdaje się być przesądzony, w drugiej partii „Znajdź mnie” dominują uczucia wściekłości, dojmującego smutku, współczucia i odrazy. To ostatnie jest odpowiedzią na takie bezeceństwa, do których zdolni są tylko ludzie, tym bardziej oburzające, że w pewnym zakresie zaczerpnięte z rzeczywistości. Kolejnym superlatywem pisarstwa J.S. Monroe'a był dla mnie fakt, że cały czas pozostawałam przynajmniej o krok przed nim, że potrafił tak mną zakręcić, że w końcu musiałam pogodzić się z tym, że nie uda mi się go przechytrzyć. Największy zwrot akcji może kogoś doprowadzić do wniosku, że pisarz dotychczas grał nieczysto, ale gdy dokładnie przeanalizujemy to, czym uraczył nas wcześniej znajdziemy wskazówki, właściwe tropy, informacje niezbędne do stworzenia w swojej głowie właściwego obrazu tej historii. Problem w tym, że ja je zignorowałam, a na to właśnie liczył autor „Znajdź mnie”. Tak głęboko tkwiłam w tej paranoi, tak mocno udzielił mi się obłęd głównego bohatera, że nie przykładałam nawet najmniejszej wagi do rzeczonych wskazówek. Wiedziałam swoje, wszystko inne nie miało dla mnie absolutnie żadnego znaczenia, byłam przekonana, że patrzę na to z odpowiedniej perspektywy... i, przyznaję, w duchu kpiłam z autora. „Naprawdę myślisz, że te sztuczki zawrócą mnie z obranej drogi” - takie pytanie zadawałam mu w myślach, ilekroć wrzucił w akcję jakiś, według mnie, mocno naciągany wątek. A potem była bomba, którą to aż nadto wyraźnie autor dał mi do zrozumienia, że to on cały czas był górą, a w ślad za nią przyszły liczne pytania, na które sama, bez wskazówek autora nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi. Z czasem to wszystko złożono w spójną, w pełni logiczną całość, chociaż tuż po zwrocie akcji byłam wręcz przekonana, że bez naciągania faktów, bez wpadania w otchłań absurdu zwyczajnie się nie obejdzie.

W trakcie zapoznawania się z pierwszymi kilkudziesięcioma stronami „Znajdź mnie” J.S. Monroe'a nawet przez myśl mi nie przeszło, że to napiszę, ale mając już za sobą lekturę tej powieści muszę stwierdzić, że to solidny thriller psychologiczny z elementami powieści szpiegowskiej. Moim zdaniem. Bo to, co zapowiadało się na niewymagający myślenia, prosty utwór młodzieżowy z czasem przekształciło się w trzymającą w napięciu opowieść o niewyobrażalnym okrucieństwie, poprzedzonym w miarę gęstą atmosferą paranoi, czystego szaleństwa, które dotknęło także mnie. Mam nadzieję, że na tym nie zakończy się przygoda Jona Stocka z thrillerem psychologicznym, a jeśli moje życzenie się spełni to liczę na zainteresowanie polskich wydawców, bo udało mu się rozbudzić we mnie apetyt na swoją prozę, na więcej jego historii osadzonych w tym konkretnym gatunku. Koniecznie z domieszką powieści szpiegowskiej, bo taka mieszanka w mojej ocenie wyszła na dobre jego pierwszej książce wydanej pod pseudonimem J.S. Monroe.

Za książkę bardzo dziękuję grupie wydawniczej

sobota, 31 marca 2018

„W głąb lasu” (2016)

Ośmioletni Tom i jedenastoletni Benjamin od rozwodu rodziców pozostają pod opieką matki w Paryżu, podczas gdy ich ojciec mieszka sam w Szwecji. Chłopcy prawie wcale nie widywali się z tatą, ale teraz mają spędzić jakiś czas u niego. Tom nie cieszy się na to spotkanie, ponieważ ma przeczucie, że stanie się coś złego. Niedługo po dotarciu do Szwecji ojciec decyduje się na nieplanowany wypad do lasu ze swoimi synami. Po długiej pieszej wędrówce zatrzymują się w zaniedbanej chatce w głębi lasu. Ojciec jest przekonany, że Tom tak samo jak on potrafi czytać w myślach innych ludzi i widzieć rzeczy niedostrzegalne przez innych i nie zważając na lęk, jaki budzi to w chłopcu, stara się nauczyć go korzystać z tych mocy. W największe przerażenie wprawia jednak Toma świadomość, że prześladuje go Diabeł, że podążył on za nim nawet do tej głuszy i tylko czeka na dogodny moment, aby przypuścić atak.

Francusko-szwedzki thriller psychologiczny z elementami horroru w reżyserii twórcy „Kto zabił Bambi?” (2003) i „Innego świata” (2010) Gillesa Marchanda nie przyciągnął przed ekrany dużej liczby widzów. Był wyświetlany na kilku festiwalach filmowych, w tym na Locarno Film Festival i London Film Festival, trafił do francuskich kin i doczekał się wydań DVD w kilku krajach świata. Nie zebrał jednak wielu pozytywnych recenzji – reakcje amerykańskich widzów były lepsze niż polskich, ale daleko im jeszcze do zachwytu. Zresztą negatywnych też nie, bo jak już wspomniałam „W głąb lasu” nie cieszy się dużą oglądalnością. Scenariusz Gilles Marchand napisał razem z Dominikiem Mollem, z którym miał okazję już współpracować, między innymi przy takich filmowych projektach, jak „Harry, twój prawdziwy przyjaciel” (2000), „Leming” (2005) i wspomniany już „Inny świat”, i to właśnie on (ten scenariusz) zdaje się być głównym powodem niechęci niektórych odbiorców do tego francusko-szwedzkiego przedsięwzięcia.

Do obejrzenia „W głąb lasu” zachęciły mnie zapewniania co poniektórych osób, którym zechciało się zaopiniować ten film, że nie wiadomo o co w nim chodzi, że scenarzyści niczego nie zechcieli widzom wyjaśnić, że niepodobna doszukać się w tym jakiegokolwiek sensu. Uznałam więc, że mam szansę na widowisko, które nie podaje widzowi wszystkiego na tacy, które zachęca do szukania własnej interpretacji, czyli proponuje to, za czym wprost przepadam. Po raz enty więc to właśnie negatywne, a nie pozytywne, opinie, zachęciły mnie do seansu i nie zajęło mi wiele czasu dojście do przekonania, że „W głąb lasu” to istotnie film „skrojony pode mnie”. Bo same recenzje takiej pewności mi nie dały – tylko mgliste podejrzenia. Gilles Marchand stworzył minimalistyczny, bardzo kameralny obraz, a jak wiadomo takie podejście do procesu tworzenia nie jest przyjmowane entuzjastycznie przez większość współczesnych widzów. Odżegnywanie się od prymitywnych form straszenia, od sztuczek stosowanych przede wszystkim przez twórców hollywoodzkiego kina grozy, prawdopodobnie też przyczyniło się do takiego, a nie innego przyjęcia „W głąb lasu”. Dynamiczny montaż, multum jump scenek, wymyślne efekty komputerowe, zawrotne tempo akcji? Nie, nie. Tego tutaj nie zobaczymy. Dostaniemy za to trzymającą w napięciu podróż w głąb dziecięcego umysłu, będziemy błądzić w oparach rozbuchanej wyobraźni ośmiolatka albo oglądać rzeczywiste zjawiska, które chłopiec dostrzega dzięki swoim wrodzonym niezwykłym zdolnościom. Niepokojące rzeczy nieodbierane przez zwykłych śmiertelników. Tom może być wszak telepatą, empatą i osobą dostrzegającą nadnaturalne istoty, które choć o tym nie wiemy żyją wśród nas. Takie przekonanie w każdym razie ma jego ojciec, człowiek, który nigdy nie śpi (jak Samara Morgan), i który uważa, że jego młodszy syn odziedziczył swoje niezwykłe zdolności po nim. Myślę, że trudności w odczytaniu fabuły „W głąb lasu” nastręcza głównie ujęcie jej z perspektywy dziecka. Nie patrzymy na wszystko oczami Toma sensu stricto, kamera skupia się bowiem też (przede wszystkim) na nim, ale rezygnacja z subiektywnego filmowania nie utrudnia twórcom omawianej produkcji zmuszenia widza do „wejścia w jego skórę”. Do przyjęcia jego sposobu postrzegania otaczającego go świata. Mały Timothe Vom Dorp wręcz doskonale odnajduje się w tej roli – chłopiec nie jest gadatliwy, ale jego twarz to istna skarbnica wiedzy na temat towarzyszących mu w danej chwili emocji, choć często trzeba dobrze się przyjrzeć, bo młodociany aktor nie wpada w mimiczną przesadę. W dodatku dosłownie przez cały czas trwania seansu bije z niego jakaś mroczna tajemniczość, ma się przekonanie, że scenarzyści nie mówią o nim wszystkiego, że ukrywają coś istotnego, że starają się stworzyć jedynie pozory zanurzenia się w jego osobowość na wystarczającą głębokość. Starszy brat Toma, Benjamin, w którego też w całkowicie przekonujący sposób wcielił się Theo Van de Voorde to z kolei zwyczajny jedenastolatek. Uzależniony od elektryczności przedstawiciel pokolenia niewyobrażającego sobie życia bez smartfona, który to wedle ojca obu chłopców nie posiada żadnych niezwykłych zdolności. Z tego też powodu nie cieszy się takim zainteresowaniem rodziciela, jak jego młodszy brat. Widać, że ich przewodnik po leśnej głuszy nie obdarza jedenastolatka taką uwagą jak swoją młodszą latorośl. Ale kocha obu, pragnie spędzać czas z każdym z nich. Mężczyzna (niezła kreacja Jeremie Elkaima) ewidentnie ma już dość samotności, która towarzyszy mu od rozwodu z żoną, do której to obecnie nie żywi ciepłych uczuć. „W głąb lasu” stanowi więc też swego rodzaju studium przytłaczającej samotności, jej niszczycielskiej siły, spustoszenia, jakie czyni w umyśle dorosłego człowieka gotowego wiele poświęcić, aby zyskać upragnioną bliskość bliźniego.

Gęsty las, w którym aż roi się od mrocznych zakamarków, wysokie drzewa stojące blisko siebie i skrywające drewnianą, zaniedbaną chatkę, w której od dawna nikt nie mieszkał. Nie ma elektryczności ani kanalizacji, mebli jest niewiele, a te z których korzystają nasi bohaterowie są stare i brudne, ale w oczach pełnoletniego członka tej naprędce zorganizowanej wyprawy to wprost wymarzone środowisko do życia. Cisza, spokój i przede wszystkim ciągłe towarzystwo dwóch ukochanych osób. Czego chcieć więcej? No cóż, przydałoby się pozbyć demonów, które niszczą go od środka, a w tym według mężczyzny bardzo pomocny może być jego młodszy syn, Tom. Jeśli tylko uda się wyplenić z niego lęk przed nieznanym, oswoić go z jego hipotetycznymi niezwykłymi zdolnościami, nauczyć wykorzystywać je do własnych celów. Każdorazowy widok mrocznej postaci, która prześladuje Toma sprawia, że trudno dziwić się lękom ośmiolatka. Niniejsze manifestacje stanowiły dla mnie istną kwintesencję nastrojowego horroru – postać przemykająca w cieniu, człekokształtna istota nieśpiesznie, w niebywale trzymających w napięciu momentach, zbliżająca się do przerażonego chłopca i absolutne zero komputerowego efekciarstwa. Groza wynika z atmosfery, ze znakomitej żonglerki emocjami, z wolno następujących po sobie niebywale wysmakowanych zdjęć, z obrazów, które dla mnie stanowiły niepodważalny dowód rzadko spotykanego wyczucia horroru nastrojowego. Ale „W głąb lasu” to przede wszystkim thriller psychologiczny, to w ramach tego gatunku w przeważającej mierze egzystuje niniejsza produkcja. Horror stanowi jedynie dodatek, Gilles Marchand, co jakiś czas skręca w tę stronę, ale najwięcej uwagi poświęca trzymającej w napięciu analizie psychiki dziecka mierzącego się z własnymi lękami i mężczyzny, który być może popada w szaleństwo. Benjaminowi nie potrzeba dużo czasu na dojście do wniosku, że jego ojciec ma poważne problemy psychiczne. Jedenastolatek szybko uświadamia sobie, że on i jego brat znaleźli się w ogromnym niebezpieczeństwie zgotowanym im przez ich własnego ojca. Czy chłopiec ma rację? Czy rodziciel Toma i Benjamina faktycznie chce na siłę zatrzymać ich przy sobie, albo nawet sprowadzić śmierć na nich, a potem na siebie? Faktycznie, wszystko wskazuje na to, że chłopcy zostali porwani, że jeśli nie stawią czoła swojemu ojcu i nie wyjdą z tego starcia zwycięsko to nie zobaczą już matki. Ale dlaczego w takim razie Tom jest całkowicie bierny? Dlaczego nie czyni żadnych prób wyrwania się spod jarzma ojca wzorem swojego starszego brata? Tym bardziej, że zdaje się odbierać więcej sygnałów ostrzegawczych niż Benjamin. Doprawdy zagadkowy to film i to kolejny argument, który do mnie przemawiał na jego korzyść. Dzięki tej niemalże namacalnej tajemniczości śledziłam fabułę „W głąb lasu” z ani na moment niesłabnącą ciekawością, z zainteresowaniem podszytym obawą o los chłopców tkwiących w leśnej głuszy razem z mężczyzną, który nie wydawał się być okazem zdrowia psychicznego. Interpretować ten obraz można na różne sposoby – scenarzyści wykazali się dużą konsekwencją jeśli chodzi o niedopowiedzenia, czym dodatkowo mnie ujęli, bo to zmusiło mnie do obracania w głowie poszczególnych wątków tej opowieści przez część nocy. A nieczęsto zdarza mi się tak intensywnie myśleć o jakimś współczesnym filmie po napisach końcowych. I żeby była jasność, swoją interpretację mam, ale nie mam śmiałości upierać się przy jej trafności, bo moim zdaniem to tego rodzaju opowieść, którą można tłumaczyć na różne sposoby. UWAGA SPOILER W mojej interpretacji nie ma miejsca dla Diabła i niezwykłych mocy chłopca i jego rodziciela. Odczytuję to jako obraz wyidealizowania ojca przez dziecko, opowieść o podświadomym lęku ośmiolatka przed zobaczeniem prawdziwego, nieupiększonego przez jego wyobraźnię oblicza ojca, a gdy to wreszcie następuje pogodzeniu się przez Toma z tym, że jego tata jest inny niż go sobie wyobrażał. I odnalezieniu w sobie miłości do tego niedoskonałego człowieka (bo nie ma ludzi doskonałych), co z kolei pozwoliło mężczyźnie zaakceptować siebie takiego, jakim jest KONIEC SPOILERA.

„W głąb lasu” to film ewidentnie nakierowany na pewną niszę, nieodpowiedni dla szerokiego grona odbiorców. Wyjadacze hollywoodzkich superprodukcji, osoby, które optują za dynamicznym, mocno efekciarskim kinem według mnie powinny trzymać się z dala od tego obrazu. Gilles Marchand nakręcił bowiem minimalistyczny, powolny, ukierunkowany na emocje, z którymi mamy czas się oswoić, „w których możemy trochę popływać”, film, z niejednoznaczną fabułą, ze scenariuszem poddającym się różnym interpretacjom. I chyba nie w pełni, bo jakiejkolwiek drogi by się nie obrało nie można oprzeć się wrażeniu, że czegoś tutaj brakuje, że pozostały jeszcze jakieś kwestie, na które nie sposób znaleźć satysfakcjonującej odpowiedzi. To strasznie frustrujące, a przez to zachęcające do kilkukrotnego podejmowania wyzwania, do długiego obracania w głowie tej opowieści w pragnieniu odsłonięcia kompletnego obrazu, całej koncepcji twórców. Tak właśnie zapatruję się na tę zagadkową historię, ale zaznaczam, że mój pozytywny odbiór takiego podejścia do fabuły nie pokrywa się z reakcjami wielu, jeśli nie większości, jego dotychczasowych odbiorców.