Stronki na blogu

piątek, 11 maja 2018

„Creepshow 2 – Opowieści z dreszczykiem” (1987)

Po sukcesie filmowego hołdu dla komiksów z dreszczykiem z 1982 roku, zbiorku krótkich opowieści grozy zatytułowanego „Creepshow” („Koszmarne opowieści”) tylko kwestią czasu było powstanie kolejnego obrazu spod tego znaku. Zważywszy na jego przyjęcie przez ówczesną publiczność można by się spodziewać, że „Creepshow 2” pojawi się wcześniej, że nie będzie trzeba czekać aż pięć lat na następną partię koszmarnych opowieści/opowieści z dreszczykiem. Autor zdjęć do pierwszej odsłony, Michael Gornick, zastąpił nieodżałowany George'a Romero na krześle reżyserskim, ale ten drugi napisał scenariusz w oparciu o pomysły Stephena Kinga. Niełatwo było zgromadzić odpowiedni budżet. Pierwszy projekt zakładał pięć (plus klamra) krótkich filmików, czyli tak jak w przypadku jedynki, ale niedostatki finansowe (szacowany budżet produkcji opiewał na trzy i pół miliona dolarów) zmusiły twórców do rezygnacji z dwóch z nich. Były to „Pinfall” i „Cat from Hell”. Ten pierwszy został wymyślony specjalnie na potrzeby omawianego zbiorku i opowiadał o dwóch rywalizujących ze sobą drużynach kręglarskich. Scenariusz „Pinfall” później planowano wykorzystać w drugiej odsłonie filmowych „Opowieści z ciemnej strony”, ale przedsięwzięcie to nigdy nie doszło do skutku. „Cat from Hell” spotkał lepszy los. Ta oparta na opowiadaniu Stephena Kinga (opublikowanym między innymi w zbiorze „Po zachodzie słońca”) historia weszła do filmowego zbiorku „Opowieści z ciemnej strony” w reżyserii Johna Harrisona i choćby dla jednej sekwencji warto to zobaczyć.

Jako że „Creepshow 2 – Opowieści z deszczykiem”, tak samo jak część pierwsza, miały składać hołd komiksom grozy, nikogo nie powinny dziwić wstawki animowane. W poprzedniej odsłonie pojawiały się z rzadka i tyko na chwilę, ale w omawianym zbiorku niemalże cała opowieść pomyślana jako klamra została przedstawiona w formie animacji. A szkoda, bo chciałoby się dłużej popatrzeć na legendarnego twórcę efektów specjalnych, Toma Saviniego, w roli pana The Creep i nie tylko ze względu na niemałe zdolności aktorskie tego niezwykle zasłużonego dla filmowego horroru człowieka, ale także z powodu jego całkiem upiornej, w żadnym razie nieprzesadzonej charakteryzacji. Poza tym dobrze by było zobaczyć końcówkę opowieści o małoletnim miłośniku komiksów z dreszczykiem w formie filmowej, bo trudno zaprzeczyć, że dawała ona duże pole do popisu twórcom efektów specjalnych, w którym to gronie Tom Savini pełnił rolę konsultanta. Animacja w tym gatunku nigdy nie była przeze mnie pożądana. Właściwie to niezmiennie (w horrorze, „Króla Lwa” proszę do tego nie mieszać) drastycznie obniża ona, albo w ogóle sprowadza do zera, wszystkie emocje, które twórcy starali się przekazać. I tak też było w tym przypadku. Aby być jednak maksymalnie sprawiedliwą muszę zaznaczyć, że scenariusz też poniekąd przyczynił się do takiego, a nie innego mojego odbioru tej pokazywanej we fragmentach (na początku, na końcu i pomiędzy filmowymi historiami wchodzącymi w skład „Creepshow 2 – Opowieści z dreszczykiem”) animacji o małym Billym, który chyba miał być tym samym, co w prologu i epilogu „Koszmarnych opowieści”, tyle że tutaj wcielił się w niego Domenick John, a nie syn Stephena Kinga, obecnie ceniony w światku literatury grozy pisarz, publikujący pod pseudonimem Joe Hill. Domenicka Johna widzimy tylko przez chwilę, na początku „Creepshow 2”, bo potem zostaje on zastąpiony przez swoją animowaną imitację, która stanie w centrum mało zajmujących wydarzeń prowadzących do okrutnie przewidywalnego finału. To ostatnie nie przeszkadzałoby mi specjalnie gdybym zamiast bajeczki dostała filmowy horror, ale tylko w przypadku niezaprzepaszczenia przez twórców efektów specjalnych szansy jaką dawał im scenariusz w tym konkretnym punkcie.

Wódz Drewniana Głowa” („Old Chief Wood'nhead”) to opowieść nie tyle przerażająca, makabryczna, upiorna etc., ile smutna. Nieodżałowany George Kennedy wciela się tutaj w rolę Raya Spruce'a, poczciwego właściciela podupadającego sklepu wielobranżowego, w prowadzeniu którego pomaga mu ukochana żona Martha (Dorothy Lamour za tę rolę otrzymała nominację do Saturna). Małżeństwo od dłuższego czasu ledwo wiąże koniec z końcem. Miasteczko, w którym osiedli niegdyś tętniło życiem. Jego mieszkańcy mogli sobie wówczas pozwolić na większe wydatki, ale od jakiegoś czasu panuje tutaj straszna bieda. Ray nie ma serca odmawiać wydawania ludziom produktów na kredyt, którego według jego żony nigdy już nie spłacą. Mężczyzny w ogóle by to nie zdziwiło, ale nie ma serca odmawiać pomocy swoim sąsiadom. Twórcy potrzebowali tylko paru minut do obudzenia we mnie ogromnej sympatii do państwa Spruce, zwłaszcza do Raya, w czym największa zasługa autora scenariusza, George'a Romero. Dlatego właśnie mocno przygnębił mnie już moment pojawienia się w ich sklepie trzech młodych mężczyzn zamierzającym okraść starszych ludzi. Jeden z nich jest członkiem rodziny wodza indiańskiego, który chwilę wcześniej wręczył Rayowi cenne przedmioty pod zastaw długu zaciągniętego u niego przez jego i jego ludzi. Czym zresztą mocno zaimponował Marthcie, na powrót napełnił jej serce wiarą w ludzi. Ale ta dopiero co odzyskana wiara pewnie została znacznie nadwątlona na widok włamywaczy, których przywódca przy okazji chce się trochę zabawić. Nie zamierza poprzestać na splądrowaniu sklepu. Pragnie zaspokoić też swój chory apetyt na dręczenie niewinnych, kompletnie bezbronnych ludzi. Gdy to stanie się jasne, dzwonki alarmowe, które uruchomi moment zastania ich w sklepie przez państwo Spruce, zyskają na głośności. Powinny wręcz ogłuszyć widza zapowiedzią rychłej tragedii. Ale będzie też nadzieja. Wątły jej przebłysk pojawił się już wszak trochę wcześniej podczas jednej ze scenek z udziałem drewnianego Indianina stojącego przed sklepem Raya. Pytanie tylko czy czepianie się jej w tym przypadku będzie miało jakikolwiek sens, czy nasze nadzieje na ocalenie tego jakże sympatycznego małżeństwa nie okażą się płonne? W tym segmencie pojawia się kilka umiarkowanie krwawych efektów specjalnych. Sceny mordów nie są może szczególnie wyszukane, ale też trudno zarzucić ich pomysłodawcy (którym prawdopodobnie był sam Stephen King) rażącej sztampowości. Za to muszę wyrzucić twórcom efektów specjalnych wykorzystanie substancji niezbyt udanie imitującej krew. Barwa jest zdecydowanie nieadekwatna. Ale już rozwój wypadków (często wykorzystywany w kinie grozy motyw, acz wciąż przeze mnie akceptowany) dostarczył mi upragnionego katharsis, co w całości zrekompensowało mi jego przewidywalność.

„Creepshow 2” po raz pierwszy oglądałam lata temu i od tego momentu cały czas miałam w pamięci „Tratwę” („The Raft”). Trochę później przystępując do lektury opowiadania, które stanowiło podstawę tego segmentu, do utworu Stephena Kinga zamieszczonego w zbiorze „Szkieletowa załoga”, miałam żywo w pamięci poszczególne scenki z tego filmiku. I te wspomnienia, na które z czasem złożył się obraz zamieszczony w „Creephow 2” i jego literacki pierwowzór prawie wcale nie zblakły do wczorajszego odświeżania sobie przeze mnie tej produkcji. Do drugiego mojego seansu omawianego dziełka. Co sprawiło, że to właśnie „Tratwa” dołączyła do grona horrorów, które jak się wydaje na trwałe zakotwiczyły się w mojej pamięci? Co takiego ma w sobie ta opowieść, że nie dała mi o sobie zapomnieć? Myślę, że powodem tego jest absurdalny pomysł na zagrożenie. Tak niedorzeczny, że aż fajny. Rzecz traktuje o czwórce młodych ludzi, dwóch chłopakach i dwóch dziewczynach, którzy postanawiają zrelaksować się na tratwie usytuowanej na niewielkim jeziorze. Krótko przed dopłynięciem wszystkich do obranego celu jednego z nich ogarnia niepokój na widok... wielkiej plamy na wodzie, która jak zauważa posiada niezwykłe zdolności. Niezwykłe dla plamy, nie dla organizmów żywych. Szybko okazuje się jednak, że kłopotliwa plama żyje – wszystko wskazuje nawet na to, że potrafi myśleć. A jej umysł zaprząta tylko to, jak zjeść tkwiących na tratwie ludzi. Same pisanie o myślącej plamie wprawia mnie w lekki dyskomfort. Właściwie to wydaje mi się bezgranicznie głupie, ale żeby było śmieszniej uważam, że właśnie w tym tkwi urok tej opowieści. Twórcy efektów specjalnych też trochę poszaleli. Nieprzesadnie, co odnotowuję na plus, bo większa ilość gore mogłaby obedrzeć sceny mordów z realizmu. Bo w takim kształcie umiarkowanie krwawe sceny jak na moje oko prezentują się bardzo przekonująco. Najbardziej charakterystyczny jest najazd kamery na obdartą ze skóry stopę i takąż połowę twarzy, ale nawet te bezkrwawe ujęcia z ludźmi szamotającymi się w czarnej mazi robią dosyć upiorne wrażenie. Jedyne, nad czym moim zdaniem powinno się tutaj popracować to wygląd plamy, w chwilach, w których nie atakuje, w których tylko czai się na protagonistów. W tych ujęciach nie wygląda bowiem jak plama mazi tylko jak brzydki dywan – założę się, że coś w ten deseń położono na wodę, a przecież o ile lepiej (i bardziej cudacznie) by się to prezentowało gdyby po prostu wylano jakąś czarną substancję. Ale wybaczam twórcom to niedopatrzenie. Innego wyjścia w przypadku tak atrakcyjnej z mojego punktu widzenia i (poza tym „dywanem”) tak doskonale zrealizowanej opowieści, po prostu nie mam.

Dzięki za podwiezienie” - haha. „Autostopowicz” („The Hitchhiker”), nie licząc klamry trzeci i zarazem ostatni segment „Creepshow 2 – Opowieści z dreszczykiem” powinien mieć właśnie taki tytuł. To, na początku tego akapitu, przytoczone przeze mnie zdanie wybrzmiewa tutaj bardzo często, ale nie dlatego uważam, że taka nazwa byłaby lepsza od „Autostopowicza”. Chodzi o to, że ilekroć padało ono z ust nieprzejednanej ofiary wypadku samochodowego parskałam śmiechem. I to jak najbardziej życzliwym. W pierwszej produkcji spod znaku „Creepshow” humor prawie nieustannie szedł w parze z horrorem, uwidaczniał się w każdej historyjce i to bardzo wyraźnie. Dwójkę zrobiono bardziej na poważnie. Jeśli się uprzeć to da się odnaleźć jakieś przebłyski humoru we wszystkich zaprezentowanych tutaj opowieściach grozy, ale zdecydowanie najwięcej jest ich właśnie w „Autostopowiczu”. Opowieści o Annie Lansing, kobiecie która regularnie zdradza swojego męża z męską prostytutką. Bardzo stara się utrzymać to w tajemnicy, bo choć nie kocha męża to kocha jego pieniądze, a rozwód przecież odciąłby ją od źródełka. Główną bohaterkę „Autostopowicza” trudno polubić. Annie jest próżna, egoistyczna i przebiegła. To odrażająca materialistka, myśląca tylko o zaspokajaniu swoich własnych potrzeb, w ogóle nielicząca się z bliźnimi. Stanowi kompletne przeciwieństwo Raya Spruce'a z „Wodza Drewniana Głowa”, jest ona jednym z typów ludzi, na które w prawdziwym życiu mam istne uczulenie. Ale na ekranie takie osoby według mnie zazwyczaj dodają smaczku fabule i w mojej ocenie tak też jest w tym przypadku. Tak jak we wspomnianym przed chwilą „Wodzu Drewniana Głowa” widz pewnie opowie się tutaj po stronie oprawcy. Albo inaczej: jednego z oprawców, bo Annie Landis też ma na sumieniu czyjąś śmierć (i tu też uwidacznia się pewne podobieństwo do „Wodza Drewniana Głowa”). A konkretnie tytułowej postaci i zarazem mściciela, który wybrał doprawdy dziwny sposób karania kobiety za odebranie mu życia. Dziwny, bo podczas przepraw z podróżującą samochodem główną bohaterką tej opowieści z jego ust pada zdanie, które udaje wyraz wdzięczności – udaje bo jego „dzięki za podwiezienie” w takiej sytuacji brzmi nad wyraz sarkastycznie. I zabawnie. Ze wszystkich segmentów „Creepshow 2” tutaj największy nacisk położono na warstwę gore, ale nawet ta obfitsza dawka krwawej makabry, widoki coraz to bardziej pokiereszowanego ciała upartego autostopowicza, nie jawi się groteskowo, nie obniża to poziomu realizmu. Przydałaby się za to większa koncentracja na budowaniu napięcia, bo choć nocna, zwłaszcza ta leśna, sceneria, prezentowała się w miarę mrocznie to efekt psuł zbytni pośpiech realizatorów. Przydałoby się kilka dłuższych przystanków, tj. okresowe wstrzymywanie akcji (starć dwóch osób) w celu zaserwowania paru powolnych „wędrówek” kamerzysty po najbliższej okolicy, nieśpiesznych zbliżeń i oddaleń. Tego najbardziej mi tutaj brakowało, ale nie miałabym też twórcom za złe, gdyby postawili na mniej jasne zakończenie, takie, które można by interpretować na przynajmniej dwa sposoby. Bo moim zdaniem akurat ta koncepcja aż się o to prosiła.

Znowu jestem w mniejszości. Ehh, takie życie. A dlaczego? Bo w przeciwieństwie do, jak wiele na to wskazuje, większości widzów, z krytykami włącznie, zaznajomionych z przynajmniej dwoma pierwszymi odsłonami „Creepshow” (powstała jeszcze jedna, trzecia) bardziej cenię sobie dwójkę. Według mnie poziom zawartych tutaj historii jest bardziej wyrównany niźli w przypadku pierwowzoru (przy czym faktem jest, że dwójka miała fory przez mniejszą ilość segmentów). Ale nie do końca, bo jednak „Tratwa” w moim osobistym rankingu wysuwa się na prowadzenie – w sumie to jedna z moich ulubionych krótkich filmowych opowieści grozy. A z kolei animowana klamra w moich oczach pozostaje daleko w tyle za bardzo dobrym „Wodzem Drewnianą Głową” i niezłym „Autostopowiczem”. Tak w wielkim skrócie przedstawia się mój osobisty ranking opowieści zawartych w tym wyreżyserowanym przez Michaela Gornicka zbiorku. Moim zdaniem przewyższającym swojego poprzednika, kultowe „Koszmarne opowieści” w reżyserii George'a Romero.

czwartek, 10 maja 2018

Zapowiedź: Jack Finney „Inwazja porywaczy ciał”

„Inwazja porywaczy ciał" Jacka Finneya, to kolejna klasyczna powieść science fiction jaka znajdzie się w katalogu wydawnictwa Vesper. Wydana po raz pierwszy w 1955 roku, zgrabnie łącząca elementy grozy z fantastyką naukową stanowi dziś kanon gatunku. Powieść została kilkukrotnie zekranizowana, i to głównie za sprawą kinowych adaptacji historia tajemniczych przybyszów z kosmosu opanowujących ciała i umysły mieszkańców niewielkiego amerykańskiego miasteczka, zyskała rozgłos. Mało kto jednak sięgnął po jej książkowy pierwowzór. "Inwazja porywaczy ciał" napisana w obliczu zagrożenia III wojną światową, stanowi alegorię napiętej relacji amerykańsko - radzieckiej i odzwierciedla antykomunistyczne nastroje jakie panowały wówczas w USA. Stanowi ciekawe świadectwo wyobrażeń Amerykanów na temat społeczeństw socjalistycznych.
 
INWAZJA PORYWACZY CIAŁ
Autor: Jack Finney
Tłumaczenie: Henryk Makarewicz
Ilustracje: Piotr Herla
Format: 140x205 mm
Stron: 220
Oprawa miękka
ISBN 978-83-7731-296-4
EAN 9788377312964
Cena detaliczna: 29,90 zł

O książce:
Ostrzegam cię, że to, co zaczynasz czytać, jest pełne luźnych wątków i pytań bez odpowiedzi. To wszystko nie zostanie na samym końcu zgrabnie rozwiązane i zadowalająco wyjaśnione. W każdym razie nie przeze mnie. Albowiem ja sam nie mogę powiedzieć, że rzeczywiście wiem dokładnie, co się stało i dlaczego, albo przynajmniej, jak się zaczęło, skończyło – czy się skończyło – i czy mam rację co do istoty rzeczy. Jeżeli nie lubisz tego rodzaju historii, to jest mi przykro, a dla ciebie będzie najlepiej, jeśli nie będziesz czytał dalej. Wszystko, co mogę zrobić, to opowiedzieć tyle, ile wiem…

Małe kalifornijskie miasteczko Mill Valley w hrabstwie Marin. Pewnego dnia do gabinetu miejscowego lekarza, Milesa Bennella, przychodzi jego dawno niewidziana przyjaciółka, Becky Driscoll. Jest zaniepokojona dziwnym zachowaniem swojej kuzynki, która twierdzi, że jej wujek Ira zmienił się i jest całkiem inną osobą, niczym pozbawioną uczuć i emocji skorupą. Miles decyduje się odwiedzić rodzinę Becky, chcąc zweryfikować jej opowieść, ale niczego nie może potwierdzić – nie widzi żadnych różnic ani w wyglądzie, ani w zachowaniu Iry. Kilka dni później dowiaduje się jednak, że coraz więcej osób w Mill Valley zauważa znaczące zmiany u swoich bliskich... Pisarz Jack Belicec znajduje w piwnicy swojego domu tajemniczy kokon. W środku nocy jego wystraszona żona Theodora przybiega do doktora Bennella, by donieść mu o zatrważającym odkryciu – kokon zaczął zmieniać kształt i przemienia się w jej męża. Przerażony pisarz niszczy znalezisko. Wspólnie postanawiają rozwikłać zagadkę tajemniczych przemian w miasteczku. Udają się zatem po pomoc najpierw do kolegi Milesa – doktora Kaufmana, a potem do profesora Budlonga, autora artykułu opisującego niewyjaśnione wydarzenia w hrabstwie Marin na przestrzeni ostatnich miesięcy. Czyżby Ziemię czekała inwazja nieznanej formy życia tworzącej duplikaty ludzkich istot?

Na podstawie powieści Jacka Finneya w 1956 roku powstał klasyczny horror science-fiction w reżyserii Dona Siegela.

Źródło: wszystkie materiały od wydawnictwa In Rock - Vesper

wtorek, 8 maja 2018

Alan Drew „Milczący świadek”

Rok 1986. W kalifornijskim miasteczku Rancho Santa Elena pojawia się od dawna poszukiwany seryjny morderca, który dusi wybrane starsze kobiety w ich własnych domach. Detektyw Ben Wade wykazuje szczególne zainteresowanie tą sprawą, choć oficjalnie jej nie prowadzi. Mężczyzna jakiś czas temu wrócił do rodzinnego Rancho Santa Elena wraz ze swoją żoną Rachel i córką Emmą. Wcześniej pracował w wydziale zabójstw w Los Angeles, a po przeprowadzce do położonego nieopodal spokojnego miasteczka dołączył do grona lokalnych policjantów. Z czasem jego małżeństwo się rozpadło, ale Ben nadal dużo czasu spędza ze swoją obecnie czternastoletnią córką i utrzymuje kontakt z byłą żoną. Niedługo po pierwszym ataku seryjnego mordercy, któremu media nadały przydomek Nocny Łowca, Wade dostaje sprawę śmierci siedemnastoletniego nielegalnego imigranta z Meksyku. Przyczyną zgonu chłopaka był postrzał w głowę, ale zagadką pozostaje czy został on zamordowany, czy popełnił samobójstwo. Wade współpracuje przy tej sprawie z lekarzem medycyny sądowej, Natashą Betencourt, która od dawna darzy go głębszymi uczuciami. Wkrótce okazuje się, że zmarły nastolatek to Lucero Vega, gwiazda szkolnej drużyny pływackiej, ulubieniec trenera Lewisa Wakelanda. Tymczasem Nocny Łowca regularnie przypuszcza ataki na wybrane mieszkanki Rancho Santa Elena i choć policja robi wszystko, co w jej mocy, aby schwytać oprawcę, ten przez cały czas znajduje się o krok przed śledczymi.

Pierwsza powieść Amerykanina Alana Drew, „Gardens of Water”, pierwotnie ukazała się w 2008 roku, zbierając głównie pozytywne recenzje krytyków i zwykłych czytelników. W Polsce jak na razie nie została opublikowana, ale w 2018 roku nakładem wydawnictwa Czarna Owca ukazało się drugie dziełko Alana Drew, które swoją premierę (w Stanach Zjednoczonych) miało w 2017 roku. „Milczący świadek” także został bardzo dobrze przyjęty przez czytelników, z tak zwanymi znawcami literatury popularnej włącznie. Omawiana powieść to thriller psychologiczny zmiksowany z rasowym kryminałem i chwytającym za serce dramatem, napisany w stylu, który chyba żadnemu bardziej wymagającemu sympatykowi literatury pięknej nie da większych powodów do narzekań.

Ile to już razy utyskiwałam tutaj na uproszczone formy wypowiedzi autorów thrillerów i kryminałów (innych zresztą też), na nazbyt pobieżne opisy miejsc, wydarzeń i przede wszystkim bohaterów. Na szczęście jednak powierzchowność nie jest domeną wszystkich współczesnych autorów preferowanych przeze mnie gatunków literackich. Śmiem wręcz zauważyć, że to zjawisko zdaje się powoli zanikać – na rynku pojawia się coraz więcej powieści napisanych w wyczerpujący, poruszający wyobraźnię sposób. Takich, w którym nie ma miejsca na warsztatowe niechlujstwo. Ale ryzyko natrafienia na nieporządnie skonstruowane historie wciąż istnieje, dlatego ilekroć spotykam się z tak solidnym warsztatem, jak w przypadku Alana Drew, czuję się, jakbym wygrała na loterii. W „Milczącym świadku” Drew nie tyle przybliża co ożywia wszystkie składniki świata przedstawionego. Przedstawia je w sposób, który właściwie nie daje czytelnikowi szansy na zakotwiczanie się w otaczającej go (tej prawdziwej) rzeczywistości, na śledzenie tej opowieści z zewnątrz, z pozycji chłodnego, w pełni obiektywnego obserwatora osobiście niezaangażowanego w dramaty bohaterów. W „Milczącego świadka” wchodzi się całym sobą – wpada się w tę bezgraniczną czeluść ludzkich słabości, w ohydztwa, które trudno nazwać zezwierzęceniem, bo to zakrawałoby na kłamstwo względem zwierząt, ale też w zupełnie zrozumiałe ludzkie obawy, psychiczne blokady, które prowadzą do tragicznych konsekwencji. Nazwanie „Mrocznego świadka” powieścią o seryjnym mordercy grasującym w małym miasteczku nie oddawałoby całej prawdy. Bo choć Alan Drew sporo miejsca poświęca temu wątkowi to i tak nie wskazałabym go jako motywu przewodniego. Ani nawet najbardziej wartościowego. W sumie to wykorzystanie tej jakże popularnej konwencji wydawało mi się prawie kompletnie zbędne. Drew miał też inny pomysł na tę powieść. Koncepcję, której poświecił jeszcze więcej miejsca niźli seryjnemu mordercy zwanemu Nocnym Łowcą aktualnie grasującemu w dotychczas pozornie idyllicznym miasteczku Rancho Santa Elena. I moim skromnym zdaniem to właśnie ona, tylko ta sprawa, powinna tworzyć płaszczyznę kryminalną. Z drugiej jednak strony powieść byłaby wówczas zbyt krótka, a przecież z takim pisarstwem chciałabym obcować jak najdłużej. Rozbudowywać tego wątku też nie było potrzeby, bo Alan Drew podszedł do niego z porywającą wręcz skrupulatnością. Mowa o śmierci nielegalnego imigranta: siedemnastoletniej gwiazdy szkolnej drużyny pływackiej, która zazwyczaj po zajęciach musiała ciężko pracować na polu truskawek. Autor „Milczącego świadka” ma wiele ciepłych słów dla nielegalnych imigrantów – całkowicie odcina się od skrajnie krytycznego zdania tych, jak się wydaje większości obywateli tzw. cywilizowanego świata na temat ludzi poszukujących lepszego życia poza granicami swojego kraju. Przyznam, że pisarz mocno zaimponował mi tym podążeniem pod prąd. W świecie, w którym nienawiść względem imigrantów rozprzestrzenia się szybciej niż grypa, w którym na tego typu jednostki tak wiele osób nie potrafi już patrzeć jak na ludzi, Drew tworzy obraz ciężko pracujących, skazanych na zatracenie, żyjących w ciągłym strachu przed deportacją meksykańskich imigrantów, którzy są solą amerykańskiej ziemi. Czego wielu rodowitych Amerykanów niestety nie dostrzega. Ben Wade jest jednym z nielicznych, który ma ogromny szacunek dla nielegalnych imigrantów. Jednym z tych policjantów, którego boli konieczność wyłapywania i odsyłania tych ludzi do kraju, z którego pochodzą, ilekroć tylko nadarzy się taka, stricte polityczna, potrzeba. Ben to w ogóle ten typ powieściowego bohatera, których towarzystwo bardzo sobie cenię. Człowiek na wskroś empatyczny, acz niewyidealizowany (mający swoje słabości), przedkładający potrzeby innych nad własny komfort, niepatrzący na świat przez różowe okulary, doskonale zdający sobie sprawę ze zgnilizny trawiącej naszą planetę, ale mający też świadomość tego, że nawet w zdemoralizowanych jednostkach tkwi dobro, że nawet w tej grupie z łatwością można znaleźć osoby zasługujące na szczere współczucie. Człowiek, którego mierzi zawłaszczanie coraz większej przestrzeni przez deweloperów, marzący o tym, żeby proces niszczenia środowiska został jak najszybciej powstrzymany. Alan Drew z niezwykłą wrażliwością opisuje ten haniebny proces na przykładzie miasteczka Rancho Santa Elena. Miejsca, które jeszcze w dzieciństwie Bena Wade'a szczyciło się naturalnym krajobrazem, w którym ludzie, zwierzęta i rośliny żyli w harmonii, a które teraz jest areną krwiożerczych deweloperów.

Na zewnątrz wydawał się taki sam jak wszyscy, ale wcale taki nie był. Jesteście mną, ale ja nie jestem wami. We mnie zieje czarna dziura; czuł ją, jej odwróconą grawitację, nieustannie postępującą implozję.”

Akcja powieści przypada na rok 1986, choć należy zaznaczyć, że autor często serwuje nam retrospekcje z życia głównego bohatera, detektywa Bena Wade'a. Przedstawia rozczulającą biografię „młodego gniewnego”, dziecka zagubionego, cierpiącego, sprawiającego kłopoty, nielubiącego siebie samego, które wpada w sidła najprawdziwszego potwora. Fragmenty z jego przeszłości wplata w umowną teraźniejszość, w szerzej prezentowane dzieje dorosłego już Bena, starającego się rozwikłać zagadkę śmierci siedemnastoletniego nielegalnego imigranta. Ale biorącego też czynny udział w polowaniu na seryjnego mordercę, który właśnie zawitał do dotychczas spokojnego, idyllicznego wręcz miasteczka, stanowiącego istną enklawę dla tych, którzy pragną uciec od wszelkich niebezpieczeństw tego świata. Ale jak to zwykle w przypadku takich miejsc bywa sielankowość tego miejsca jest tylko pozorna. To istna zasłona dymna, bo jeśli wejrzeć głębiej, a Alan Drew właśnie to będzie robił, okaże się, że Rancho Santa Elena wcale nie jest odporne na ludzkie okrucieństwo. Autor między innymi poddaje tutaj analizie zjawisko znieczulicy społecznej, jak Jack Ketchum w „Dziewczynie z sąsiedztwa”, mówi o jak się wydaje nieśmiertelnym zjawisku zamykania oczu na niewyobrażalne cierpienia bliźnich. Niereagowania na krzywdę wyrządzaną nawet najbardziej bezbronnym jednostkom, czy to z obawy o własne bezpieczeństwo, czy z wewnętrznej potrzeby niewychylania się, niezwracania na siebie uwagi, czy z najzwyklejszego egoizmu. Alan Drew pisze o tym miejscu tak, jakby było ono skrzyżowaniem gniazda żmij, wylęgarni śmiercionośnych zarazków z pozornym schronieniem dla zagubionych dusz, których to nijak nie można winić za ich bierność. Portret głównego bohatera powieści to w zasadzie najsilniejszy element tej książki. Ben Wade jest postacią złożoną, nieszablonową, miejscami w dużym stopniu nieprzeniknioną (do czasu), składającą się z wielu zalet, ale mającą także wady. Innymi słowy: to człowiek z krwi i kości, mężczyzna, którego psychikę, gwarantuję, każdy odbiorca „Milczącego świadka” będzie znał lepiej niż psychikę wielu swoich bliskich (jak nie wszystkich). Drew będzie wchodził coraz głębiej w jego umysł, konsekwentnie przedzierał się przez wszystkie warstwy jestestwa Bena, zauważalnie zmierzając do samego jądra jego osobowość, do punktu, który w pewnym stopniu go ukształtował, do przerażającego zwrotu w jego życiu, wydarzeń, które kładły się cieniem na całym jego późniejszej istnieniu. Warstwę psychologiczną ten amerykański, dotychczas nieznany mi pisarz, przedstawił wręcz po mistrzowsku, zaserwował mi istną jazdę bez trzymanki na kolejce górskiej, z której chwilami chciało się wyskoczyć, aby nie ranić się dłużej jakże żywymi obrazami wyciskającego łzy z oczu bezeceństwa. Ale się nie mogło, bo potrzeba patrzenia była zdecydowanie silniejsza. Seryjny morderca z jego standardowym, niczym niewyróżniającym się modus operandi (duszenie) przy osobistych przeżyciach Wade'a i przy szczegółach sprawy zmarłego nastoletniego Meksykanina, wypadał blado. Właściwie to tylko parę faktów z jego przeszłości wzbudziło we mnie żywsze emocje. Jego działalność, poszczególne fazy policyjnego śledztwa w sprawie Nocnego Łowcy i nade wszystko wstawki (na szczęście sporadyczne i krótkie) ukazane z jego perspektywy, najczęściej dawały mi nieprzyjemne, niepożądane poczucie odrywania mnie od tego, co w „Milczącym świadku” najciekawsze. Od wątków, które wprost kipiały od emocji – przerażały, trzymały w napięciu, rozczulały i doprowadzały do istnej wściekłości na samą myśl o tym, że takie rzeczy zdarzają się codziennie na całym świecie. I to pod okiem tak zwanych praworządnych obywateli, którzy wolą udawać, że problem nie istnieje. Zamieść go pod dywan i cieszyć się życiem w wyimaginowanym, wmówionym sobie raju. Alan Drew doskonale wie jakie sznurki pociągnąć, żeby obudzić w odbiorca silne emocje. Wie, jakimi słowami operować, co szczegółowo opisać, a co pozostawić wyobraźni odbiorcy, aby wziąć we władanie całą jego uwagę. Jak sprawić, żeby los bohaterów nie był czytelnikowi obojętny, żeby śledził dzieje tych wyimaginowanych postaci z najprawdziwszymi wypiekami na twarzy i z nadzieją, że wszystko się ułoży, że to pasmo nieszczęść w końcu dobiegnie końca, że sprawiedliwości stanie się zadość i już nikt nie będzie musiał przechodzić przez to, przez co przechodzili inni. Choć chyba nikogo nie będzie przy tym opuszczało przekonanie, że ta nadzieja jest złudna, że w rzeczywistości w której żyje Ben Wade nie ma dobrych zakończeń. Tak jak nie ma ich w rzeczywistym świecie, tak podobnym do tego przelanego na karty tego nietuzinkowego thrillera psychologicznego wzbogaconego o elementy kryminału i dramatu.

„Milczącego świadka” Alana Drew w całego serca polecam wszystkim wielbicielom doskonale skonstruowanych dreszczowców z silnie rozbudowaną płaszczyzną psychologiczną. Poszukiwaczom książek o policyjnych śledztwach, ale też tym, którzy dużo bardziej cenią sobie zmuszające do myślenia, poruszające, można chyba nawet rzec, że wstrząsające analizy psychologiczne jakże żywych, kompletnych bohaterów. Antagonistów zresztą też, aczkolwiek w zdecydowanie mniejszym stopniu niż w przypadku pozytywnych postaci. Niektórzy sympatycy klasycznych opowieści o seryjnych mordercach mogą poczuć się odrobinę zawiedzeni. Wcale nie zdziwiłabym się gdyby tak było, ale podejrzewam, że większość z nich z otwartymi ramionami powita to nieszablonowe podejście do gatunku, ten moim zdaniem całkiem duży powiew świeżości cechujący się porywającą wnikliwością, starannością i empatią. Coś wspaniałego, po prostu!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 6 maja 2018

„The Maus” (2017)

Samochód pozostających w związku Selmy i Alexa psuje się w bośniackim lesie. Mężczyzna uznaje, że najlepiej będzie pieszo poszukać miasta, ale kobietę przeraża perspektywa dłuższego pozostawania w tej głuszy. Alexowi w końcu udaje się namówić ją do podjęcia wędrówki, ale Selma przez cały czas jest mocno niespokojna. Wkrótce boleśnie przekonują się, że las jest zaminowany, co zresztą kobieta od początku podejrzewała. Dwóch napotkanych Serbów, Vuk i Milos, oferuje im pomoc, którą Alex pomimo zdecydowanych sprzeciwów swojej partnerki decyduje się przyjąć. Nieznajomi dają im do zrozumienia, że są w stanie bezpiecznie wyprowadzić ich z zaminowanego lasu, ale Selma nie wierzy w ich dobre zamiary. Kobieta nigdy nie rozstaje się z naszyjnikiem wręczonym jej niegdyś przez ojca, dzięki któremu jak wierzy może przywołać Ya Hafizu, istotę, która będzie ją chronić. A coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że ona i jej ukochany już wkrótce będą potrzebować pomocy.

„The Maus” (tytuł oryginalny: „Maus”) to zrealizowany w Hiszpanii pierwszy pełnometrażowy obraz w reżyserii i na podstawie scenariusza Yayo Herrero. Koszt całego projektu oszacowano na dwa miliony euro, a pierwszy pokaz odbył się we wrześniu 2017 roku na amerykańskim Fantastic Fest, a w swojej rodzimej Hiszpanii „The Maus” po raz pierwszy został wyświetlony w październiku tego samego roku na Sitges Film Festival. Yayo Herrero od 2010 roku wprawiał się w shortach – od tego czasu nakręcił trzy krótkie filmiki, z których to żaden nie egzystował w ramach horroru. „The Maus” czystym horrorem nie jest, można w nim bowiem odnaleźć też elementy thrillera, dramatu i fantasy, ale choć jestem przekonana, że część odbiorców „The Maus” nie zgodzi się ze mną, jak na moje oko obraz ten porusza się głównie w ramach tego pierwszego gatunku. Tyle że robi to w dość zawoalowany sposób.

Już otwarcie „The Maus”, długie ujęcie twarzy jednej z czołowych bohaterek filmu, kazało mi przypuszczać, że będzie to obraz dla mnie. Produkcja zrealizowana tak jak lubię: kameralne kino wręcz kipiące emocjami, nad którym można podumać, które nieśpiesznie, acz z coraz większą siłą wwierca się w umysł odbiorcy. Wystarczył jeden najazd kamery na zamyślone oblicze Selmy, abym nastroiła się na tego typu, tak uwielbiane przeze mnie, kino. Gdy kamera została wprawiona w ruch ogarnęła mnie już pewność co do tego. Operator trzymał się tuż za kobietą, prezentował ją od tyłu, co dawało wprost wymarzony dla miłośniczki horroru efekt. Miało się wrażenie, jakby ktoś, coś (ja sama?) podążał/podążało za główną bohaterką, bynajmniej nie mając względem niej przyjaznych zamiarów. Twórcy zastosowali ten pomysłowy trik jeszcze kilkukrotnie w trakcie trwania „The Maus” i za każdym razem dawało to taki rezultat, jak we wstępnej fazie projekcji. Odpowiadający za zdjęcia Rafael Reparaz zasłużył sobie na wyróżnienie i nie tylko za sprawą tych spacerków z kamerą za bohaterami filmu, bo całe to przedsięwzięcie składa się z małych dzieł sztuki, z obrazów wprost emanujących nieuchwytnym, niezdefiniowanym, nieustannie odczuwalnym zagrożeniem. Silnie skontrastowane zdjęcia leśnego krajobrazu w pełnym świetle dziennym z definicji nie powinny generować takiego nastawienia. Nie powinno odbierać się tego tak, jakby gdzieś między drzewami ukrywała się jakaś istota dybiąca na życie protagonistów, a już na pewno nie powinno się mieć złudnego poczucia sukcesywnego zmniejszania się przestrzeni. Tak wyraziste, jasne obrazy nie powinny zapewniać tak klaustrofobicznych doznań! Ale właśnie tak reagowałam na bezcenny wkład Rafaela Reparaza. Główny motyw muzyczny skomponowany przez The Youth nie wybrzmiewał często, a szkoda, bo to jedna z najbardziej nastrojowych melodii spośród tych, które dotychczas dane mi było w horrorach usłyszeć. Coś wręcz hipnotycznego, działającego niczym magnes, ale przyciągający nie do oazy spokoju tylko w czeluście piekielne. Świadomie nie chce się tam iść, ale jakaś niezrozumiała wewnętrzna potrzeba każe nam działać wbrew temu przekonaniu. Nie spuszczać oka z pierwszoplanowych postaci, zwłaszcza z Selmy, którą Alma Terzic odegrała wprost po mistrzowsku. Co to jest za rola, co za kreacja... Mmm, oderwać oczu od niej można, a wierzcie mi, że chwilami chciałoby się móc to zrobić. Bo gehenna, którą przeżywa kobieta w kraju, z którego się wywodzi, w bośniackim lesie, w którym utknęła wraz ze swoim partnerem, Niemcem Alexem, do przyjemnych widoków z pewnością nie należy. Tym bardziej, że Yayo Herrero, odnosi się tutaj do jednych z najbardziej krwawych konfliktów zbrojnych w Europie, do wojny domowej w Bośni i Hercegowinie, która przypadła na lata 1992-1995. Scenarzysta (i zarazem reżyser) „The Maus” przygląda się wojennej traumie, pokazuje przerażające, niemalże wyciskające łzy z oczu wspomnienia, nie osuwając się przy tym w otchłań groteski. Yayo Herrero nie epatuje krwawą makabrą, nie przeprowadza nas przez długie fizyczne tortury tylko wnika w głąb okaleczonego umysłu. Skupia się głównie na krzywdzie psychicznej, okraszając to oczywiście tą drugą formą przemocy, ale w żadnym razie nie zamieniając tego w tanią, bezrozumną rąbankę. W „The Maus” zapowiedź niebezpieczeństwa wyrasta z kilku źródeł. Pierwszym, najbardziej enigmatycznym jest Ya Hafizu, strażnik muzułmanki Selmy. Istota, w istnienie którego kobieta wierzy, którą czy to faktycznie, czy tylko w swojej głowie, przywołuje ilekroć czuje się zagrożona, niepewna, przestraszona. Czerpie siłę z naszyjnika wręczonego jej niegdyś przez ojca, który według niej zapewnia jej ochronę Ya Hafizu. Drugim potencjalnym zagrożeniem są Serbowie, doskonale znający te lasy Vuk i Milos, którzy oferują pomoc Selmie i Alexowi. Ta pierwsza w dzieciństwie przeżyła wojnę i choć wie, że ta już dawno się skończyła nie potrafi patrzeć na Serbów inaczej, niż jak na wrogów. I w tym miejscu rodzi się kolejne źródło niebezpieczeństwa. Jest nim Selma, kobieta, której wprost nie sposób nie współczuć, której nienawiść względem dwóch napotkanych Serbów łatwo zrozumieć, której złe przeczucia w stosunku do nich podzielałam, a mimo to nie potrafiłam w pełni zaufać skrzywdzonej kobiecie.

„The Maus” w wielkim skrócie to taka oddana w survivalowych realiach konfrontacja z wojenną traumą podlana, rzeczywiście egzystującą w świecie przedstawionym bądź jedynie wyobrażoną, szczyptą nadnaturalności w formie w miarę upiornie się prezentującego Ya Hafizu. To Selma walczy z demonami swojej traumatycznej przeszłości ożywionymi pochówkiem szczątków jej rodziny zamordowanej podczas wojny w Bośni i Hercegowinie i dopiero niedawno odnalezionych. Alex jest bezsilnym, ale nie całkowicie biernym, obserwatorem jej zmagań. Człowiekiem robiącym wszystko, aby załagodzić jej konflikt z Vukiem i Milosem, starającym się skłonić ją do odrzucenia swoich uprzedzeń względem nich, wytłumaczyć jej, że ci mężczyźni nie ponoszą winy za śmierć jej bliskich, że wojna dawno się skończyła, a chowanie urazy do wszystkich Serbów do niczego dobrego jej nie zaprowadzi. Alex ma sporo racji, ale ten głos rozsądku wcale nie umniejszał mojej niechęci do Vuka i Milosa. Gdy tylko ich zobaczyłam w mojej głowie odezwały się dzwonki alarmowe i bynajmniej nie spowodowała tego całkiem brutalna scenka z okaleczoną przez minę Selmą. UWAGA SPOILER Jak szybko się okazało rozgrywająca się tylko w jej głowie KONIEC SPOILERA. Nie, moje złe przeczucia brały się z dotychczasowych doświadczeń z motywem zagubienia bohaterów w jakimś oddalonym od cywilizacji miejscu. Dosłownie jeden rzut oka na Vuka i Milosa wystarczył, aby z maksymalną wyrazistością przywołać wspomnienie „Uwolnienia” Johna Boormana. To była pierwsza myśl, ale zaraz potem przez moją głowę przemknęły tytuły innych filmów grozy (survivali i slasherów, żeby być dokładną), w których protagoniści dawali się zwieść tubylcom, nieznajomym rzekomo oferującym im pomoc, a tak naprawdę wiodących ich na zatracenie. Ale jak już wspomniałam Selma też dała mi powody do nieufności, z tej strony także spodziewałam się śmiercionośnego uderzenia. Z całej tej czwórki tylko Alex nie wzbudzał we mnie żadnych podejrzeń, byłam przekonana, że tylko jemu mogę w pełni zaufać. Jego naiwność zdawała się nie znać granic. Bezgraniczna wiara w przyjazne nastawienie nieznajomych Serbów, ignorowanie przestróg ukochanej to jedno, ale jeszcze bardziej zdumiała mnie jego niefrasobliwość – sięganie po rzeczy, które do niego nie należały na kompletnie obcym dla niego terytorium (mowa o akcji przy znalezionym samochodzie). Jak zauważyła Selma Alex zachowywał się tak, jakby znajdował się w Berlinie, w mieście, w którym mieszka, a nie w bośniackim lesie oddalonym od cywilizacji, a więc w takim, w którym mogą nie obowiązywać żadne prawa. Poza prawem dżungli. Taką postawę mężczyzny należy tłumaczyć jego dotychczasowymi doświadczeniami – mężczyzna jest mieszczuchem z krwi i kości, który nigdy nie zaglądał śmierci w oczy, który nie wie co to wojna i kompletne bezprawie. Ale nawet ktoś taki nie powinien pozostawać ślepy na jeden istotny fakt: UWAGA SPOILER na to, że Vuko i Milos z czasem porozumiewają się z nim w języku angielskim, chociaż początkowo stwarzali takie pozory, jakby był on im całkowicie obcy KONIEC SPOILERA. Najbardziej zaskoczyło mnie jednak późniejsze zachowanie Selmy i Alexa, gdy już mieli pewność, że las jest zaminowany. Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że w takim wypadku nikt nie wchodziłby między drzewa, instynkt kazałby trzymać się ścieżki albo wręcz tkwić w jednym miejscu (tak, ja na pewno zastygłabym w miejscu na wieść o minach i jedynie pragnienie albo głód, jeśli w ogóle, byłoby w stanie wprawić moje nogi w ruch, niemniej oczu od ziemi i tak nie oderwałabym ani na moment). Można do tego dodać jeszcze niezrozumiałe zapuszczenie się tej parki w głąb lasu tuż po opuszczeniu uszkodzonego samochodu, bo sensowniejszy byłby kierunek przeciwny (z czymś takim spotkałam się już w „Drodze bez powrotu” Roba Schmidta) oraz długie powstrzymywanie się Alexa przed szukaniem zasięgu niezbędnego do nawiązania połączenia z numerem alarmowym. Ale to już takie czepianie się szczególików. W tak doskonale zrealizowanym, tak interesującym, diablo klimatycznym i w sumie wstrząsającym obrazie takie drobne nielogiczności nie mają większego znaczenia. Nie grają dużej roli, tj. prawie wcale nie rzutują na odbiór całości.

Yayo Herrero w moim mniemaniu ma szansę wejść do panteonu najlepszych reżyserów współczesnego kina grozy. Przysłużyć się gatunkowi, tworzyć rzeczy unikatowe, a zarazem mające w sobie coś znajomego tj. posiadające elementy, które każdemu długoletniemu wielbicielowi szeroko pojętego horroru są doskonale znane. Choć niekoniecznie w dokładnie takim kształcie. Yayo Herrero ma pomysł na siebie i według mnie obrał bardzo dobry kierunek. W „The Maus”, bo nie mogę przecież być pewna, że na tego rodzaju ścieżce pozostanie. Życzyłabym sobie, żeby tak było, żeby ten hiszpański twórca nie powiedział jeszcze ostatniego słowa w kinematografii grozy i oczywiście nie dał się skomercjalizować. Bo minimalistycznych, intensywnych, emocjonalnych horrorów nigdy nie będę miała dość.

sobota, 5 maja 2018

„Family Blood” (2018)

Małżeństwo Ellie jakiś czas temu rozpadło się przez jej uzależnienie od środków przeciwbólowych. Opiekę nad dziećmi, Kyle'em i Amy, przejął wówczas ojciec, ale teraz Ellie wreszcie znowu może mieszkać ze swoimi nastoletnimi już pociechami. Wprowadza się wraz z nimi do dużego wynajętego domu i dołącza do tutejszej grupy wsparcia, gdzie w tajemnicy przed dziećmi dzieli się z innymi uzależnionymi swoimi problemami. Kobieta wciąż odczuwa silną potrzebę sięgnięcia po pigułki, ale ze wszech miar stara się jej nie ulec. Do czasu gdy spotyka znajomego, który wręcza jej narkotyk. Wkrótce po jego zażyciu pojawia się nowy członek grupy wsparcia, Christopher, który zamienia jeden nałóg Ellie na inny, dużo bardziej destrukcyjny.

Sonny Mallhi, reżyser i scenarzysta „Anguish” (2015) oraz scenarzysta „Współlokatorki” (2011) i „Zauroczenia” (2013), zaczął kręcić swój kolejny film, horror „Family Blood” w 2016 roku. W marcu 2018 roku wpuszczono go do kilku wybranych amerykańskich kin, a niedługo potem (w maju tego samego roku) obraz pojawił się na platformie Netflix. Scenariusz Mallhi napisał razem z niezbyt doświadczonym Nickiem Savvidesem, a reżyserią zajął się sam. W roli głównej obsadzono Vinessę Shaw, którą fani gatunku mogą kojarzyć z takimi obrazami, jak remake „Wzgórza mają oczy” i „Pobawmy się” (remake „Czy zabiłbyś dziecko?”).

Utrzymywanie w tajemnicy charakteru przypadłości, z jaką Ellie będzie borykała się za sprawą niejakiego Christophera nie wydaje mi się konieczne. Nie sądzę, aby to był spoiler, ale jeśli ktoś chce wejść w ten scenariusz bez rzeczonej wiedzy powinien darować sobie resztę tego tekstu. Kim jest nowy członek grupy wsparcia, do której od niedawna należy główna bohaterka łatwo można się domyślić już podczas prologu, ale nie jestem pewna, czy krzyż naprowadzi absolutnie wszystkich odbiorców „Family Blood” na właściwy trop. A na bardziej dobitną artykulację trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. Najpierw Sonny Mallhi i Nick Savvides pokrótce omówią aktualną sytuację pierwszoplanowej postaci Ellie i jej nastoletnich dzieci Kyle'a i Amy. Dowiemy się o uzależnieniu od środków przeciwbólowych tej pierwszej, które to przyczyniło się do rozpadu jej małżeństwa. Nad czym zresztą kobieta nie ubolewa. Nie może sobie za to wybaczyć tego, że nie przejmowała się utratą dzieci. Chwilową, bo teraz jej pociechy znowu są z nią. Starsza latorośl Ellie, Kyle, trzyma ją na dystans, nie potrafi zbliżyć się do matki, zapomnieć o krzywdzie, jaką wyrządziła całej rodzinie. Chłopak spodziewa się też, że matka znowu sięgnie po pigułki, a właściwie to wydaje się nie do końca wierzyć w to, że kobieta w ogóle je odstawiła. My wiemy, że to zrobiła, ale nie pozostawia się nam również wątpliwości, że Ellie nadal odczuwa przemożną potrzebę zażycia tych środków. Sposób opowiadania tej w gruncie rzeczy prościutkiej opowieści kazał mi sądzić, że zamiarem Sonny'ego Mallhi było stworzenie minimalistycznego, intensywnego, skoncentrowanego na psychologii postaci horroru wampirycznego, ale efekt tych starań szybko utwierdził mnie w przekonaniu, że na powtórkę z choćby takiego „Przeobrażenia” Michaela O'Shea nie mam co liczyć. Kąty nachylenia kamer często były tak cudaczne, że zastanawiałam się, czy operatorzy nie wzięli sobie czegoś na wzmocnienie, czy aby na pewno byli całkowicie trzeźwi. Zdarzało im się nawet „ucinać” fragmenty postaci, o uciekaniu z pierwszego planu, na którym akurat rozgrywało się coś istotnego już nie wspominając. Chociaż słowo „istotny” nie jest chyba tak do końca trafne. Bo doprawdy ciężko było mi znaleźć w tej opowieści coś interesującego. Pierwsza partia „Family Blood” dawała jeszcze promyk nadziei (co prawda nikły, ale zawsze) na kawałek w miarę emocjonalnego kina wampirycznego, na powolne przeprowadzanie mnie przez wszystkie fazy przemiany Ellie w bezwzględną krwiopijczynię, której ofiarami wkrótce mogą paść jej własne dzieci, niezdający sobie sprawy z jej nowej natury. Nic to, że realizatorzy, z Sonnym Mallhi na czele, szybko uświadomili mi, że nie udało im się w pełni opanować sztuki generowania napięcia, że ewidentnie brakuje im cierpliwości dla mnie nieodzownej w takich wypadkach. Ufałam, że kolorystyka, całkiem mroczna, jak na standardy współczesnego kina grozy otoczka, z czasem sama z siebie zacznie emanować silnym napięciem. Ale nie. Tego niestety się nie doczekałam. Z tych ciemnych barw absolutnie nic nie wynikało – żadna tam upiorność, miażdżąca wrogość, intensyfikacja zagrożenia czyhającego na niczego nieświadome nastoletnie rodzeństwo. Zagrożenia w postaci ich własnej matki, która to nareszcie wyrwała się ze szponów uzależnienia od środków przeciwbólowych, ale bynajmniej nie może się z tego cieszyć. Bo w miejsce tego dobrze jej znanego nałogu wszedł nowy, dużo bardziej niszczący. Taki który stwarza nieporównanie większe niebezpieczeństwo dla istot żywych znajdujących się w jej otoczeniu. Ellie staje się wampirzycą. Uzależnionym od krwi monstrum, starającym się odnaleźć w tym jakże ciężkim położeniu. Okazuje się jednak, że to o wiele trudniejsze wyzwanie od tego, z którym mierzyła się do tej pory, że życie z tym nowym nałogiem jest dużo cięższe. Scenarzyści nie mówią tego wprost, ale założę się, że Ellie zatęskniła za uzależnieniem, z którym tak zaciekle wcześniej walczyła, że oddałaby wszystko, aby wrócić do tego poprzedniego, wtedy tak nienawidzonego, stanu.

(źródło: https://www.nflix.pl/)

Wampiry u Sonny'ego Mallhi i Nicka Savvidesa mogą egzystować w świetle dziennym i nie poszerzają swojego gatunku poprzez ugryzienie połączone ze spożyciem krwi wybranego człowieka. W kinie i literaturze wampirycznej zdarzało się już, że wampir musiał sfinalizować ten proces napojeniem swojej ofiary własną krwią i właśnie do tej fazy ograniczyli się scenarzyści „Family Blood”. A właściwie to nie do końca, bo jak widzimy potem Christopher musi jeszcze odebrać doczesne życie swojej wybrance. Najpierw poi Ellie własną krwią, a potem skręca jej kark. Niedługo potem kobieta budzi się, ale jak szybko odkrywa nie jest już tą samą osobą. Od teraz będzie myśleć głównie o tym, aby w końcu zaspokoić ogromny apetyt na krew, starając się przy tym zachować w tajemnicy przed dziećmi swoją nową, potworną naturę. Od momentu przemiany głównej bohaterki w wampirzycę akcja nabierze tempa. Sytuacja Ellie ze sceny na scenę będzie się pogarszać, co pewnie ukontentuje zwolenników bardziej dynamicznych horrorów, ale prawdopodobniej inaczej będą się na to zapatrywały osoby oczekujące dużego skupienia na postaciach. Dalsza partia „Family Blood” odarła mnie z wszelkiej nadziei, śledziłam ją z nieustannie narastającym niedowierzaniem. Nie mogłam wprost uwierzyć w to, jak dokumentnie zniszczono ten materiał. Nie był on jakoś szczególnie obiecujący, ale można przecież było obrać dużo lepszą ścieżkę. Trzymać się tej powolnej narracji ze wstępnych sekwencji, poruszać się głównie po płaszczyźnie psychologicznej zamiast wybierać tę podróbkę rąbanki. Piszę „podróbkę”, bo ograniczanie się do bluzgów substancji imitującej posokę, nawet tak realistycznie się prezentującej, to zdecydowanie za mało, żeby zadowolić fanów tego typu kina. Największa makabra niezmiennie rozgrywa się poza kadrem, nawet najważniejszego starcia nie dane nam będzie zobaczyć. Twórcy poprzestaną na sugestiach – nie pozostawią nam żadnej wątpliwości co do brutalnych poczynań bohaterów, ale nie raczą ich pokazać. Zostawią to wyobraźni odbiorcy, co dla mnie nie byłoby takie złe, gdyby obok tych dosyć chaotycznych starć egzystowało coś jeszcze. Coś, na czym warto byłoby zawiesić oko. Niekoniecznie oryginalnego, ale chociaż odrobinę zajmującego. Bo jakoś nie przekonała mnie ta, że tak ją nazwę, marna imitacja Van Helsinga i rozpaczliwe zmagania wampirzycy z nieubłaganie narastającymi w niej destrukcyjnymi zapędami. Rola Christophera w tym wszystkim też nie przyniosła mi żadnych profitów. Kreujący go James Ransone (m.in. „Sinister”, „Sinister 2”) jak na moje oko wypadł najlepiej z całej obsady „Family Blood”, ale jego warsztat nie zdołał mi zrekompensować nieznośnie miałkiego charakteru sylwetki Christophera. W ogóle cały scenariusz jest denerwująco banalny. Tak mizerny, że nie zdziwiłabym się, gdyby pisano go tak jak w Polsce prawdopodobniej pisze się większość ustaw: w parę minut, na kolanie, bez choćby chwili zastanowienia.

Strata czasu. Do takiego wniosku doszłam, gdy na ekranie wreszcie pojawiły się napisy końcowe. Aczkolwiek już dużo wcześniej podejrzewałam, że zadowolona z tego wyboru nie będę. Sonny Mallhi stworzył coś tak beznamiętnego, tak bezbarwnego, tak topornego, że niektórych może zdziwić, że w ogóle zdecydowano się na dystrybucję tego filmu. Ale akurat mnie to nie zaskakuje, bo nie jest to najniższy poziom z jakim dotychczas spotkałam się w XXI-wiecznym kinie grozy. Łatwo znaleźć coś dużo gorszego, przy czym w takich wypadkach nie zawsze mam wrażenie zaprzepaszczenia potencjału. Ten materiał nie dawał dużych nadziei, a i owszem, ale jestem przekonana, że można było zrobić z tego coś, co przynajmniej dobiłoby do średniej. W moich oczach, bo nie mogę przecież zakładać, że ta propozycja Sonny'ego Mallhi nie znajdzie swoich zwolenników. Pozwolę sobie jednak zaryzykować przypuszczenie, że nie będzie ich wielu...

czwartek, 3 maja 2018

Jorn Lier Horst „Jedna jedyna”

Komisarz William Wisting prowadzi sprawę zaginięcia dwudziestoletniej piłkarki ręcznej, Kajsy Berg. Młoda kobieta wyszła z domu przed południem, zmierzając na trening, ale nie dotarła do celu. Śledczy nie mają żadnego punktu zaczepiania. Nie potrafią popchnąć tej bardzo medialnej sprawy do przodu. Nie znają nawet jej charakteru. W grę może bowiem wchodzić porwanie, morderstwo albo ucieczka z miasta. Pierwszy zwrot w sprawie następuje tuż po ugaszeniu przez strażaków niewielkiego pożaru lasu. Znajdują oni wówczas zwęglone ludzkie zwłoki przykute do jednego z drzew. Nieopodal nich ktoś wykopał dół, który najprawdopodobniej miał być grobem i zostawił ciało kota z odciętymi łapami. Policjanci widzieli już coś bardzo podobnego. Głęboki dół i okaleczone zwłoki zwierzęcia znaleziono wcześniej w innym miejscu i już wtedy brano pod uwagę możliwość związku ze sprawą zaginięcia Kajsy Berg. Teraz Wisting i jego zespół nie mają już co do niego żadnych wątpliwości.

„Jedna jedyna” to czwarta część serii o komisarzu Williamie Wistingu pióra norweskiego pisarza, byłego oficera śledczego Jorna Liera Horsta. Jak na tę chwilę cykl ten liczy sobie dwanaście tomów, z których tylko dwie nie ukazały się jeszcze w Polsce. Piąta odsłona, która będzie nosiła tytuł „Nocny człowiek”, została już zapowiedziana przez wydawnictwo Smak Słowa (fragment powieści zamieszono w wydaniu części czwartej). A dwunasta została opublikowana w Norwegii w 2017 roku pod tytułem „Katharina-koden” i można chyba bezpiecznie założyć, że w niedalekiej przyszłości Horst obdaruje swoich czytelników kolejnymi odsłonami przygód komisarza Williama Wistinga i, mam nadzieję, jego córki Line. Mam nadzieję, bo dał mi już powody do przypuszczenia („Ślepy trop”), że moja ulubiona bohaterka tej serii może rychło zejść na dalszy plan albo w ogóle opuścić „scenę”.

Te osoby, które sięgną po „Jedną jedyną” bez znajomości innych odsłon tej serii Jorna Liera Horsta (można tak zrobić, bo nie ryzykuje się niezrozumienia wszystkich wątków tej powieści) początkowo mogą nie zapatrywać się pozytywnie na tę opowieść. Norweg zaczyna wszak mało spektakularnie żeby nie rzec do bólu zwyczajnie. Ot, mamy zaginioną dwudziestolatkę, piłkarkę ręczną, która zniknęła w biały dzień podczas przemierzania jednej ze swoich zwykłych tras - w drodze z domu do centrum treningowego. Już na pierwszych stronicach „Jednej jedynej” Horst wprowadza zagadkę, tworzy aurę tajemnicy, której jednak, obawiam się, jeszcze wówczas osobom niezaznajomionym z jego prozą, nie będzie się chciało zgłębiać. Ale mam nadzieję, że przezwyciężą oni swoją niechęć, zacisną zęby przynajmniej do momentu odnalezienia zwęglonych ludzkich zwłok, bo właśnie wtedy Horst da im jasno do zrozumienia, że nie poprzestanie na żmudnych poszukiwaniach młodej kobiety przez zespół śledczych, na czele którego stoi doświadczony glina, William Wisting. Nie mogę stwierdzić, że tropy mnożą się tutaj w zastraszającym tempie, że śledztwo zacznie podążać w niezliczonych kierunkach, tak błyskawicznie się rozgałęziać, że czytelnik z czasem kompletnie zagubi się w tym chaosie tj. uzna, że najlepiej będzie całkowicie zdać się na autora, poczekać, aż sam Horst naprowadzi go na rozwiązanie zagadki. Tak, w sprawie prowadzonej przez Wistinga na kartach „Jednej jedynej” pojawia się parę różnych wątków, ściera się tutaj ze sobą kilka kryminalnych spraw, które jak się domyślamy jakoś się ze sobą łączą, ale żeby znaleźć te punkty trzeba wykazać się godną pozazdroszczenia sztuką dedukcji. Nie radzę jednak nastawiać się na multum takich rozgałęzień, które będą następować po sobie bez uprzedniego przygotowania odpowiedniego gruntu. Chcę przez to powiedzieć, że w „Jednej jedynej”, co akurat jest typowe dla twórczości Jorna Liera Horsta, jeden wątek często prowadzi do następnych naturalną koleją rzeczy, są one w pełni logicznym następstwem wcześniejszych wydarzeń, aczkolwiek z całą pewnością nienoszącym znamion przewidywalności. Kiedy już William Wisting dojdzie do jakiegoś słusznego skądinąd wniosku, kiedy powiąże przynajmniej dwa luźne dotychczas wątki czytelnik najpewniej zacznie się zastanawiać dlaczego sam na to nie wpadł. Bo gdy już Horst „palcem wskaże mu” właściwą ścieżkę, drogę którą z jakiegoś powodu odbiorca powieści dotychczas skrzętnie omijał krążąc tym samym dookoła rozwiązania tajemnicy zamiast się do niego przybliżać, z całą mocą dotrze do niego to, jak łatwo było przechytrzyć autora. Brzytwa Ockhama, Proszę Państwa. Tej zasadzie Horst jest wierny. Ale jak tutaj nie kombinować, jak nie wypuszczać się na dalekie terytoria, jak nie wyciągać śmiałych wniosków z tak różnorodnego dochodzenia? Przecież Horst stosunkowo szybko daje nam do zrozumienia, że komisarz William Wisting i jego zespół zajmują się sprawą, na którą mogą składać się przestępstwa i wykroczenia różnego rodzaju. Mogą, ale nie muszą. Złożenie tego wszystkiego w jedną całość w sposób jak najprostszy okazało się wyzwaniem ponad moje siły. Nie mogę oczywiście zakładać, że wszyscy odbiorcy „Jednej jedynej”, tak jak ja, poniosą na tym polu fiasko, dadzą się Horstowi wymanewrować, ale pozwolę sobie zaryzykować twierdzenie, że co najwyżej tylko nieliczni zdołają go przechytrzyć. Tylko garstka czytelników rozpracuje tę sprawę na długo przed wszelkimi objaśnieniami poczynionymi przez autora.

Jorn Lier Horst jest jednym z przedstawicieli nurtu nordic noir, kryminalnych powieści skandynawskich (kręci się też filmy poruszające się w ramach tego podgatunku), w których obok przewodnich wątków różnego rodzaju śledztw egzystują wątki obyczajowe i/lub polityczne, w których nierzadko porusza się także aktualne problemy społeczne, a na pierwszym planie często stawia się bohatera, który w życiu prywatnym boryka się z jakimiś mniej lub bardziej poważnymi kłopotami. W „Jednej jedynej” Williama Wistinga rozprasza tęsknota za żoną, która wyjechała z kraju, aby nieść pomoc potrzebującym. Komisarz ma powody by się o nią zamartwiać, by obawiać się o jej bezpieczeństwo, przez co czasami nie skupia się na prowadzonym przez siebie śledztwie w takim stopniu jak powinien. Ponadto dręczą go wyrzuty sumienia wywołane tym, że nie poświęca swojemu ojcu tyle czasu, ile powinien. Spowodowane jest to zwyczajnym brakiem czasu, głośna sprawa, którą właśnie prowadzi wymaga bowiem pracowania w godzinach nadliczbowych, czasem wręcz zarywania nocy, co przez większość czasu zadowalających rezultatów i tak nie przynosi. Moja ulubiona bohaterka tej serii, Line Wisting, córka czołowej postaci, w czwartej odsłonie serii ma większy udział niż w poprzednich, aczkolwiek jeszcze nie można powiedzieć, że w końcu przyszedł jej czas. Bo w porównaniu do dalszych części jest to w sumie bardzo marginalna rólka. Ot, co jakiś czas spotyka się z ojcem, zasięga języka o prowadzonych przez niego sprawach, o których pisze do gazety (jest dziennikarką) i dzieli się z nim pozyskanymi materiałami, świadomie i przypadkowo (bezpośrednio i pośrednio) naprowadza go na nowe tropy, które mogą, ale nie muszą okazać się kluczowe w sprawie zaginięcia Kajsy Berg. Piłkarki ręcznej, która całkiem niedawno przeprowadziła się do Larviku, gdzie szybko znalazła przyjaciół. Komisarz William Wisting wie, że wśród nich może znajdować się osoba odpowiedzialna za jej zniknięcie, ale w toku śledztwa wypływają dowody, które każą mu brać pod uwagę również osoby trzecie, niewpisujące się do grona bliskich znajomych poszkodowanej. Chyba poszkodowanej, bo śledczy rozważają także ucieczkę Kajsy, opuszczenie przez nią miasta być może w obawia o własne bezpieczeństwo. Nie bez znaczenia może być tutaj przeszłość zaginionej, wydarzenia, o których, jak wiele na to wskazuje, nie dano młodej kobiecie zapomnieć, nie pozwolono, aby toczyła spokojne życie z dala od swojego rodzinnego miasta, w którym prawdopodobnie miała jakichś wrogów. Tak jak w pozostałych częściach serii, w „Jednej jedynej” Horst operuje uproszczonym językiem – nie ma tutaj długich, obfitujących w najdrobniejsze szczegóły opisów miejsc i maksymalnego zagłębiania się w umysły postaci, nad czym akurat na jego miejscu bym popracowała. Ale na szczęście nie można tego samego powiedzieć o samym śledztwie, bo choć owszem tutaj Norweg też celuje w prościutki warsztat to już na niedobór detali narzekać nie można. Przez wszystkie etapy dochodzenia Jorn Lier Horst przeprowadził mnie z dużą skrupulatnością, z drobiazgowością, która jak zawsze u niego pozwoliła mi na własnej skórze odczuć trud, jaki ambitni śledczy muszą wkładać w swoją pracę. Konieczność mozolnego gromadzenia dowodów i interpretowania ich na przeróżne sposoby, frustrujące zastoje i niespodziewane zwroty akcji, które każą im czym prędzej kompletować nowe dowody i poszlaki, które być może w końcu doprowadzą ich do upragnionego rozwiązania. Równie prawdopodobne jest jednak to, że cały ich trud pójdzie na marne i będą musieli wrócić do punktu wyjścia. To jest właśnie najlepsze w twórczości Horsta – ten realizm, odżegnywanie się od hollywoodzkiego sznytu na rzecz maksymalnego zbliżenia się do stanu faktycznego, do takiego obrazu policyjnych dochodzeń, jaki najczęściej odnajduje się w rzeczywistości. A w każdym razie częściej od tych przeważnie pokazywanych w wysokobudżetowych amerykańskich filmach z policjantami w rolach głównych.

„Jedna jedyna” to w mojej ocenie kolejny dobry kryminał w wykonaniu Jorna Liera Horsta. Rasowy nordic noir, który powinien w pełni zaspokoić oczekiwania dużej części miłośników gatunku. A fanów pisarstwa Horsta już na pewno, chociaż muszę tutaj zaznaczyć, że miałam już przyjemność zapoznać się z lepszymi jego dokonaniami. Do poziomu „Psów gończych” ani „Ślepego tropu” omawiane dziełko według mnie się nie zbliżyło, ale na tle całości i tak wypada całkiem zacnie. Dlatego nie pozostaje mi nic innego jak polecić „Jedną jedyną” sympatykom skandynawskiej literatury kryminalnej. Nawet tym, którzy jeszcze z twórczością Jorna Liera Horsta się nie zetknęli, bo podejrzewam, że akurat ta powieść do twórczości tego pana ich nie zniechęci, a i cała seria jest napisana tak, że nie ma się trudności w odnalezieniu się w świecie przedstawionym tego pisarza bez względu na to, od której odsłony cyklu zacznie się przygodę z komisarzem Williamem Wistingiem.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 1 maja 2018

„Koszmarne opowieści” (1982)

Pięć opowieści, plus jedna krótsza rozdzielona na prolog i epilog, zamkniętych w jednej produkcji, której budżet oszacowano na osiem milionów dolarów. Owoc współpracy zaprzyjaźnionych mistrzów grozy, George'a Romero i Stephena Kinga, będący hołdem dla komiksów, łączący w sobie stylistykę horroru i (przede wszystkim czarnej) komedii. Reżyserię wziął na siebie ten pierwszy nieżyjący już twórca, a King napisał scenariusz, po raz pierwszy wchodząc w taką rolę. Dwie historie zamieszczone w niniejszym zbiorze jeden z najbardziej rozpoznawalnych autorów literatury grozy, zaadaptował ze swoich wcześniejszych utworów, a pozostałe wymyślił specjalnie na potrzeby tego projektu. Premiera „Koszmarnych opowieści” („Creepshow”) odbyła się w 1982 roku – w tym samym roku ukazało się pierwsze wydanie komiksu powstałego w oparciu o ten filmowy projekt, który w Polsce pojawił się dopiero w XXI wieku pod tytułem „Opowieści makabryczne”. W 1987 roku wypuszczono „Creepshow 2”. Tym razem reżyserii podjął się Michael Gornick, odpowiadający za zdjęcia do pierwszej odsłony, a George Romero podjął się przelania na karty scenariusza historii wymyślonych przez Stephena Kinga. W 2006 roku pojawiła się część trzecia, stworzona już bez udziału pierwotnej ekipy, która to spotkała się z najmniej przychylnym przyjęciem widzów.

„Koszmarne opowieści” otwiera kłótnia małego chłopca z jego ojcem. Rodzic odbiera swojej latorośli komiks „Creepshow” wywrzaskując przy tym przestrogi przed sięganiem po taką wypaczającą umysł formę rozrywki. Mały nie pozostaje mu dłużny, ale to ojciec jest górą. Komiks ląduje w śmietniku, a chłopiec zostaje sam w swoim pokoju z obolałą połową twarzy (po ciosie zadanym przez ojca). W rolę młodocianego miłośnika komiksów wcielił się syn Stephena Kinga, Joseph Hillstrom King, ten sam, który lata później pod pseudonimem Joe Hill napisał między innymi „Rogi”, „NOS4A2” i „Strażaka”. Z tym bohaterem rozstaniemy się zaraz po pojawieniu się za oknem jego pokoju upiornej postaci, ale nie bezpowrotnie. Poświęcono mu bowiem także epilog – to wówczas nastąpi finalizacja wątku chłopca, któremu zabrania się czytania komiksów. W czym ewidentnie zawarto przytyk w stronę tych rodziców, którzy starają się trzymać swoje pociechy z dala od opowieści z dreszczykiem. Szczęście, że ja nie miałam takich problemów:)

Dzień Ojca” („Father's Day”) opowiada o majętnej, obecnie niewielkiej familii, która na tytułowy Dzień Ojca zaplanowała spotkanie w ich rodzinnej posiadłości. Gościem honorowym ma być starsza kobieta, która jak głosi plotka w przeszłości zamordowała swojego ojca w odwecie za to, że zlecił on zabójstwo jej ówczesnego partnera. Ojciec rzeczonej kobiety był zapatrzonym w siebie, apodyktycznym jegomościem, który swoją córkę zwykł traktować jak służącą i który... lubił tort. To znaczy w każdy Dzień Ojca oczekiwał tego przysmaku i jak się wkrótce okaże śmierć wcale nie powstrzyma go przed kontynuowaniem tej tradycji. Nad efektami specjalnymi do „Koszmarnych opowieści” czuwał niedościgniony Tom Savini i to on był głównym powodem, dla którego tak długo szukałam tej pozycji (Stephen King i George Romero mieli tutaj drugorzędne znaczenie). Znając (z informacji znalezionych w Internecie) zamysł twórców, tj. dążenie do oddania na ekranie ducha makabrycznych komiksów i wiedząc, że całość podlano obfitą dawką humoru, w głównej mierze czarnego, nie spodziewałam się co prawda takich maksymalnie realistycznych, odstręczających efektów, do jakich Savini mnie przyzwyczaił. Ale liczyłam na pokaźną dawkę takiego kiczu, do jakiego mam ogromny sentyment. I już widok upiora zaglądającego przez okno do pokoju małego miłośnika obrazkowych historii z dreszczykiem w prologu „Koszmarnych opowieści” utwierdził mnie w przekonaniu, że właśnie z czymś takim będę miała do czynienia. A żywy trup wołający „Gdzie mój tort?” (przezabawne i nasuwające skojarzenia z późniejszym „Powrotem żywych trupów”, w którym to zombie krzyczą „mózg”) był kolejnym tego dowodem. Sama historyjka mogłaby być bardziej zajmująca, ale do postaci powstałego z martwych ojca starej panny żadnych zastrzeżeń nie mam.

W mojej ocenie „Samotna śmierć Jordy'ego Verrilla” („The Lonesome Death of Jordy Verrill”), gdzie w rolę tytułową wcielił się sam Stephen King, wypada zdecydowanie najlepiej. To adaptacja bądź ekranizacja opowiadania Kinga (nie czytałam, więc nie umiem tego stwierdzić) po raz pierwszy opublikowanego w magazynie „Cavalier” w drugiej połowie lat 70-tych XX wieku, która mnie nasunęła na myśl „Kolor z przestworzy” H.P. Lovecrafta. Mamy meteoryt o niezwykłych właściwościach, który ląduje nieopodal domu Jordy'ego Verrilla, przekomicznej postaci, w której King ujawnił swoje niemałe zdolności aktorskie. Pisarz doskonale odnalazł się w takiej mocno komediowej odsłonie, a realizatorzy z George'em Romero na czele pilnowali by cała otoczka tej opowieści tchnęła czystą grozą uosabianą przez tajemniczą roślinność. Wyrastającą nie tylko z okolicznej ziemi, ale także, co najbardziej widowiskowe, z ciała głównego bohatera.

Fala przypływu” („Something to Tide You Over") przypomina trochę opowiadanie „Gzyms”, zamieszczone w zbiorze „Nocna zmiana”. Tutaj też mamy zdradzonego męża, który obmyśla oryginalny plan zemsty na niewiernej partnerce i jej kochanku. W rolę mściciela wcielił się kojarzony przede wszystkim z komediami Leslie Nielsen, który to zmusza nowego partnera swojej żony do zakopania całego swojego ciała z wyjątkiem głowy na plaży, po czym przynosi telewizor, na ekranie którego nieszczęśnik widzi swoją ukochaną zakopaną tak samo jak on i walczącą z falami przypływu. Tak samo jak w „Gzymsie” odbiorca sympatyzuje nie ze zdradzonym jegomościem tylko z mężczyzną, który odbił mu kobietę. Z niewierną żoną też – tyle że w mniejszym stopniu z racji tego, że dla kobiety przewidziano mniejszy udział niż dla jej kochanka. Historię skonstruowano tak, że nawet najmniej domyślny widz nie powinien mieć problemu z domyśleniem się, do jakiego punktu to wszystko zmierza. Jaki charakter przybierze finał tej historii, aczkolwiek efekty specjalne, które wówczas zobaczymy zapewne wcześniej nie zakiełkują w wyobraźni ani jednego widza. Ale nie to uważam za największe osiągniecie twórców w tej konkretnej opowieści – najbardziej byłam zadowolona z tego, że udało jej się wzbudzić we mnie zainteresowanie pomimo dużej przewidywalności.

Przegadana „Skrzynia” („The Crate”) to adaptacja lub ekranizacja opowiadania Stephena Kinga pierwotnie opublikowanego w magazynie „Gallery” pod koniec lat 70-tych XX wieku. Piszę „przegadana”, bo oglądając to miałam, być może tylko subiektywne (nie pokrywające się ze stanem faktycznym), wrażenie zbytniego rozciągnięcia tego w czasie. Takie odczucie mogło być spowodowane tym, że kiedy już ujawniono zawartość tajemniczej skrzyni podpisanej „ekspedycja arktyczna z 1834 roku”, kiedy już zobaczyłam tandetnie się prezentującą zawartość tego schowka moje zainteresowanie momentalnie prysło. George'owi Romero nie udało się uświetnić tego scenariusza. Bo i wątpię, żeby w ogóle istniał sposób na ukazanie tej konkretnej, mocno przewidywalnej, w gruncie rzeczy całkiem standardowej historyjki w dużo lepszym (oczywiście z mojego punktu widzenia) świetle.

W porównaniu do „Oblezą cię całego” („They're Creeping Up on You”) poprzednia „Skrzynia” nie wypada tak źle. Okazuje się, że można było nakręcić coś, co oglądało mi się z większym trudem. Opowieść o bogatym mężczyźnie z ewidentnym kompleksem wyższości, człowieku wymagającym od swoich pracowników absolutnego posłuszeństwa, który staje się celem armii karaluchów. W tym segmencie posłużono się prawdziwymi insektami, które kosztowały twórców ponad sto tysięcy dolarów, ale nie wszystkie widziane na ekranie karaluchy były prawdziwe – w sekwencjach z nimi Tom Savini wykorzystał także orzechy i rodzynki. W każdym razie oprócz makabrycznego, całkiem realistycznie się prezentującego finału w „Oblezą cię całego” nie znalazłam nic, co warto odnotować na plus. Ani mnie to w napięciu nie trzymało, ani nie było na czym zawiesić oka (poza wspomnianym zakończeniem), ani nawet z czego się pośmiać. Wynudziła mnie ta historyjka niemiłosiernie.

Poziom zaprezentowanych w „Koszmarnych opowieściach” historii jest mocno nierówny. Dostałam dwa bardzo udane segmenty, jeden co najwyżej średni i dwa, których końca przez większą część ich trwania z utęsknieniem wyczekiwałam. To daje bilans dodatni, ale nie dlatego nie żałuję szansy, jaką dałam tej produkcji. „Koszmarne opowieści” to jeden z najbardziej znanych zbiorów filmowych opowiadań, którego na tle innych tego typu projektów wyróżnia jakże smaczna forma, częste wyraźne odniesienia do komiksowej stylistyki, taki kicz za jakim wprost przepadam i sporo humoru doskonale współgrającego z horrorem. Dlatego właśnie warto zapoznać się z tym obrazem, pomimo jego dość licznych wad.