Stronki na blogu

czwartek, 28 maja 2015

„Wagary” (1989)


Nastolatek, Brian Woods, zostaje zwolniony ze szpitala psychiatrycznego, w którym wyrokiem sądu umieszczono go po podejrzanej śmierci jego ojca. Chłopak zakochuje się w córce prokuratora, który wniósł akt oskarżenia przeciwko niemu, Pauli Carson. Dziewczyna spotyka się z byłym przyjacielem Woodsa, Dwightem Ingallsem. Choć Brian stara się na powrót zjednać sobie sympatię kolegi, Dwight nie potrafi wybaczyć mu zbrodniczego czynu z przeszłości. Jest tak wrogo nastawiony do Woodsa, że kiedy w szkole zaczynają ginąć ludzie przekonuje rodziców i nauczycieli, że sprawcą jest niedawny pacjent zakładu psychiatrycznego.

Reżyserska kariera Rospo Pallenberga zaczęła się i skończyła na „Wagarach”. Współscenarzysta między innymi adaptacji „Excalibura” (1981) być może po swoim jedynym przedsięwzięciu reżyserskim uznał, że nie czuje się dobrze w tej dziedzinie, albo zniechęciły go miażdżące opinie krytyków. „Wagarom” zarzucano między innymi brak klimatu, przewidywalność i infantylny wydźwięk scen mordów. Tak zwanym znawcom kina nie odpowiadała lekkość przekazu, akcenty humorystyczne i maksymalnie konwencjonalna fabuła. W swoich recenzjach podkreślali, że taki miszmasz zapewne zainteresuje jedynie uczniów, aczkolwiek czas pokazał, że prognoza okazała się nietrafna. Znaleźli się wielbiciele slasherów, którzy odnaleźli się w stylistyce Rospo Pallenberga i docenili przewrotność scenariusza Steve’a Slavkina.

Polskie tłumaczenie oryginalnego tytułu „Cutting Class” jest nieadekwatne do problematyki filmu. O wagary dopytuje się jeden z bohaterów w finalnej scenie, ale akcja filmu nawet przez chwilę nie koncentruje się na ucieczce z zajęć już raczej na lekko odkształconych realiach szkolnych. Kadrę nauczycielską sportretowano „w krzywym zwierciadle”, jako zbieraninę erotomanów, oglądającą się za uczennicami i nieprzebierających w słowach, grubiańskich person, „twardą ręką” obchodzących się z nastolatkami. O wiele bardziej sprawiedliwie, bo różnorodnie potraktowano uczniów. Mamy sumienną, cieszącą się dużym zaufaniem dyrekcji i odżegnującą się od typowo młodzieżowych rozrywek, Paulę (niezbyt udana kreacja Jill Schoelen), która od początku jawi się, jako szablonowa final girl. Ponadto zobaczymy jej najlepszą przyjaciółkę, chętnie eksponującą swoje nagie ciało i uprawiającą seks na terenie szkoły oraz jej równie frywolnego chłopaka. I wreszcie najbarwniejszą postać w filmie, Dwighta, w rolę którego bezbłędnie wcielił się mało doświadczony wówczas Brad Pitt. Relację kluczowej pary, Pauli i Dwighta, komplikuje były przyjaciel tego drugiego, ojcobójca Brian Woods, który po wyjściu ze szpitala psychiatrycznego, gdzie poddano go terapii elektrowstrząsowej wrócił do liceum i skierował swoją uwagę na Paulę. Choć chłopak boryka się z ostracyzmem kolegów dziewczyna, jak zwykle uczynna, stara się nie traktować go „z góry”, wzorem swojego nadpobudliwego chłopaka, typowego młodego gniewnego. Dwight tymczasem z entuzjazmem pastwi się nad Woodsem i na jego użytek akcentuje swój związek z córką prokuratora.

Właściwą akcję filmu zawiązuje już jedna z początkowych sekwencji oddania strzału do ojca Pauli, który wybrał się na mokradła, na polowanie na dzikie kaczki. Uporczywe próby dostania się do miasta przez rannego prokuratora będą stanowić swego rodzaju żartobliwy przerywnik głównej osi fabularnej. Która tymczasem skupi się na bestialskich mordach w szkole dokonywanych przez tajemniczego oprawcę. Tajemniczego dla widzów, bo uczniowie i kadra nauczycielska szybko nabierają przekonania, że winnym jest Brian Woods. Sposoby eliminacji poszczególnych osób (spalenie, wbijanie ostrych narzędzi w głowy) oprócz jednej sekwencji nie wyróżniają się niczym szczególnym. Mowa o nabiciu na zaostrzony kij skaczącego na trampolinie nauczyciela. Co więcej niektóre sceny mordów podlano obfitą dawką czarnego humoru. Kontrowersyjny zabieg, zmuszający widzów do żartobliwego przyjmowania rzeczy z natury odrażających, ale jeśli zaakceptować taką konwencję można się doskonale bawić, z lekkim przymrużeniem oka oczywiście. Pallenberg szczególnie kpi sobie ze śmierci sekretarki dyrektora, której okaleczoną podobiznę powielała fotokopiarka. Zdjęcia jej nienaturalnie wykrzywionej twarzy później krążyły po szkole, jako dowód odrażającej zbrodni, ale ich przerysowanie, wręcz groteskowość kazały przypuszczać, że twórcy nie bez przyczyny tak humorystycznie podeszli do jej przedwczesnego zgonu. Za życia kobieta była prawdziwą zmorą uczniów, nieprzejednaną personą, która z prawdziwą przyjemnością karała, co bardziej problematycznych nastolatków, nie próbując nawiązać z nimi kontaktu tylko z radością nadużywając swojej władzy. Żartobliwy wydźwięk jej śmierci miał chyba stanowić ukłon w stronę nastoletnich odbiorców „Wagarów”, tłamszonych w swoich szkołach przez równie zawziętą kadrę. Abstrahując od w większości mało pomysłowych mordów film Pallenberga może poszczycić się znakomitym klimatem. Przerysowane, pozornie idylliczne szkolne realia, urozmaicane pokaźną dawką jakiejś nieuchwytnej ciężkości. W przeważającej mierze pastelowa kolorystyka w chwilach największego zagrożenia nabiera iście zachwycającej mroczności, dodatkowo potęgowanej wpadającą w ucho, podnoszącą napięcie ścieżką dźwiękową skomponowaną przez Jill Fraser. Pomimo chwilami komediowego wydźwięku scenariusza Pallenberg udowadnia, że w momentach szczytowej grozy potrafi należycie oddać aurę zaszczucia i wyalienowania. Szkoła staje się śmiertelnie niebezpieczną pułapką bez wyjścia, w której grasuje prawdziwy szaleniec. Jego tożsamość poznamy dopiero pod koniec, ale choć jedni twierdzą, że jest mocno przewidywalna UWAGA SPOILER bo uwypuklana przez cały seans, ja uważam, że scenarzysta skorzystał z niezbyt powszechnego w latach 80-tych zabiegu wskazania na najbardziej podejrzanego osobnika. Ówczesna opinia publiczna mogła być nieprzygotowana na taką przewrotność, choć perspektywa dzisiejszego widza jest już nieco inna KONIEC SPOILERA.

Znakomicie oddany klimat lat 80-tych, kiedy trzeba mroczna atmosfera wszechobecnego zagrożenia i umiejętnie generowane napięcie emocjonalne, wciągająca choć konwencjonalna fabuła, idealna kreacja Brada Pitta i miejscami naprawdę zabawny czarny humor to największe plusy tej produkcji. Oprócz jednej sceny mordy są co prawda mało pomysłowe, ale pozostałe części składowe dobrego slashera (zagadkowa tożsamość sprawcy, portret final girl i rzecz jasna klimat) doskonale wkomponowują się w główną oś fabularną. Fani filmów slash nakręconych z lekkim przymrużeniem oka powinni być zadowoleni, a chyba głównie z myślą o nich powstały „Wagary”.

środa, 27 maja 2015

„Skóra, w której żyję” (2011)


Chirurg plastyczny, Robert Ledgard, przetrzymuje w domu młodą kobietę, Verę Cruz, na której testuje swój wynalazek – sztuczną skórę odporną na oparzenia i ukąszenia owadów. Zniewolona Vera nie przeciwstawia się takiemu traktowaniu, kiełkujące w niej głębsze uczucie do Roberta uniemożliwia jakikolwiek większy opór. Po zakończeniu prac nad syntetyczną skórą przełożeni chirurga wymuszają na nim porzucenie owego projektu ze względu na nielegalne eksperymentowanie na organizmach transgenicznych. Po zarzuceniu badań matka Ledgarda, Marilia, próbuje skłonić go do wyeliminowania Very, ale uczucia, jakimi mężczyzna darzy swojego „królika doświadczalnego” nie pozwalają mu pozbyć się jej ze swojego życia.

Adaptacja „Tarantuli”, krótkiej powieści francuskiego pisarza, Thierry’ego Jonqueta, którą „The Washington Post” porównał do twórczości Markiza de Sade’a i Jeana-Paula Sartre. Za scenariusz i reżyserię odpowiadał jeden z najsłynniejszych współczesnych hiszpańskich twórców, Pedro Almodóvar, który był ponoć zachwycony innowacyjną problematyką „Tarantuli”. Swój film sklasyfikował, jako horror, co niektórzy krytycy powielili w entuzjastycznych recenzjach „Skóry, w której żyję”. Moim zdaniem to lekka przesada. Owszem, film porusza kontrowersyjną tematykę, ale narracją nie przystaje do filmowego horroru tylko thrillera.

„Skóra, w której żyję” to obraz osobliwej relacji pomiędzy nieetycznym chirurgiem plastycznym, Robertem Ledgardem i więzioną przez niego kobietą, Verą Cruz, którą wykorzystuje w swoim nielegalnym projekcie. Almodóvar wymarzył sobie obsadzenie w tych rolach Antonio Banderasa i Penelope Cruz, ale ostatecznie temu pierwszemu towarzyszyła Elena Anaya. Oboje nie mieli łatwego zadania, bowiem na osobowościach ich postaci zasadzała się większość dramaturgii scenariusza. Banderas wydawał się wręcz stworzony do tej roli, szczególnie kunsztownie prezentując się w paranoicznej odsłonie Roberta (zawsze dobrze wypadał w kreacjach ze szczyptą szaleństwa), ale w stonowaniu zdecydowanie lepiej prezentowała się jego partnerka z planu, Elena Anaya. Aktorka z wielkim wyczuciem szafowała całą gamą nieprzesadzonych, nieegzaltowanych emocji odmalowujących się na jej twarzy – „kamienna twarz” wybijała się na pierwszy rzut oka, ale po dokładniejszym przyjrzeniu się można było dostrzec, zaledwie w przebłyskach, kłębiące się w niej najróżniejsze emocje. Artyzm Banderasa i Anaya'i, zapewne rozbudzony przez kierującego nimi Almodóvara natchnął relację pary głównych bohaterów jakąś chemią, wręcz można było wyczuć, iż pomiędzy tą dwójką dosłownie iskrzy, ale nie w tendencyjnym znaczeniu tego słowa. Wszak pożycie Roberta i Very do zwyczajnych nie należy. On kilka lat temu ją porwał, a teraz przetrzymuje w zamkniętym, monitorowanym pokoju w swoim domu i wykorzystuje jej ciało w swoim najnowszym projekcie. Tymczasem ona godzi się na takie traktowanie, co prawda czasem się okalecza, ale nie pała nienawiścią, ani odrazą do swojego oprawcy. Syndrom sztokholmski? Można to i tak wyjaśnić, choć twórcom zauważalnie zależało na czymś mniej oczywistym, trudnym do sprecyzowania.

Pierwsza połowa „Skóry, w której żyję” pokrótce zarysowuje nam relację pomiędzy trójką bohaterów – Robertem, Verą i zajmującą się domem-więzieniem Marilią. Stateczna, kładąca nacisk na nieistotne detale realizacja wręcz hipnotyzuje. Silnie nasycone, pastelowe barwy, melancholijna klasyczna ścieżka dźwiękowa i maksymalne skupienie na scenerii, nabierającej iście bajkowych cech dzięki kolorystyce, nieprzystającej do klasycznych dreszczowców i właśnie przez owo skontrastowanie tak wielce magnetyzującej. Pierwszą połową seansu Almodóvar zauważalnie daje do zrozumienia, że nic nie jest takie, jakie wydaje się na pierwszy rzut oka. Nawet nie znając istoty całej intrygi można się domyślić, że obserwujemy tylko „jedną stronę monety”, że dopiero poznanie faktów początkowo skrywanych przed widzami da nam pełny obraz kuriozalnego romansu głównych bohaterów. Almodóvar niespieszenie odkrywa przed nami tajniki swojego scenariusza, przygotowując nas na najmocniejsze uderzenie innymi mocnymi wątkami. Najpierw dosyć szczegółowo, jak na filmowy thriller obrazuje brutalny gwałt na Verze, potem przybliża nam tragiczną przeszłość Roberta. Kluczowa dla problematyki scenariusza retrospekcja następuje na końcu, kiedy już odbiorcy uświadomią sobie, że „Skóra, w której żyję” nie zalicza się do delikatnych produkcji, choć odżegnuje się od nadmiernej dosłowności. Scen gore tutaj nie uświadczymy, ale już sama istota całej intrygi, wątki egzystencjalne miały za zadanie przede wszystkim szokować. Po cofnięciu się w przeszłość Roberta i Very przewidziałam, na czym będzie bazować największy zwrot akcji, ale udało mi się to rozszyfrować na tyle późno, że nie śmiem zarzucić scenariuszowi braku elementu zaskoczenia. Wątek spinający dwie połowy filmu poraża dość dużą innowacyjnością i to taką, która nie sprawia wrażenia przekombinowanej, czy nierealnej, ale mnie osobiście nie zniesmaczył. Można by rzec, że w moim przypadku zamysł scenarzysty nie odniósł sukcesu, ponieważ Almodóvar zmierzał do zaszokowania opinii publicznej, ale nie tylko do tego. I jeśli nawet problematyka filmu mnie nie zbulwersowała, zniesmaczyła etc. to już treści, jakie twórcy zawarli w podtekstach jawiły mi się, jako niezwykle błyskotliwe. UWAGA SPOILER Rzecz o tożsamości seksualnej i łatwości, z jaką można ją pogwałcić – pozbawić jednostkę przynależności płciowej. Przeciwnicy genderyzmu mieliby używanie… Szkoda tylko, że po rozczarowującym, mało pomysłowym zamknięciu tej historii Almodóvar odchodzi od tej tezy, sugerując, iż całkowite wyzbycie się płci jest jednak niemożliwe, przynajmniej nie w przypadku jednostek niebędących transseksualistami. Ponadto Almodóvar daje do zrozumienia, że niektórych osobników nie krępują żadne normy moralne, że są gotowi wykorzystywać swoje talenty do iście odrażających czynów oraz że są osoby, które czują się zniewoleni we własnym ciele. To być może nadinterpretacja, ale odniosłam wrażenie, że scenarzysta tym ostatnim przesłaniem próbował wczuć się w psychikę transseksualistów, którzy jeszcze nie przeszli operacji zmiany płci KONIEC SPOILERA.

„Skóra, w której żyję” najbardziej zachwyciła mnie nieziemską, dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach oprawą audiowizualną, dosyć oryginalną problematyką, kunsztem aktorskim i przesłaniem, które niestety scenarzysta niepotrzebnie złagodził w finale. Pedro Almodóvar przeniósł na ekran książkę Thierry’ego Jonqueta z wszelkim poszanowaniem suspensu, napięcia i zwyczajnej pasji do gatunku. Hiszpan już swoją wcześniejszą twórczością udowodnił, że potrafi opowiadać i nawet, jeśli „Skóra, w której żyję” nie wywarła na mnie szokującego wrażenia to w zamian dostarczyła mi innych, równie oczekiwanych od dreszczowców emocji, ze szczególnym naciskiem na zelektryzowanie aurą demoralizacji i paranoi, wiszącej w powietrzu dosłownie przez całą projekcję. Owszem, Almodóvar mógł wykazać się nieco większą odwagą w epatowaniu brutalnością, ale wówczas istniałoby niebezpieczeństwo, że poza zniesmaczeniem „Skóra, w której żyję” nie dostarczy mi innych wrażeń, które w takim kształcie wysnuły się na pierwszy plan. Lubię być szokowana przez kino, ale nie kosztem klimatu i napięcia, dlatego też wybaczam Almodóvarowi odżegnywanie się od gore. I oczywiście polecam jego produkcję każdemu, kto jeszcze jej nie widział – arcydziełem bym jej nie nazwała, ale i tak znacząco wybija się ponad ogólny poziom większości współczesnych thrillerów.  

wtorek, 26 maja 2015

Niespodzianki od wydawnictwa Zysk i S-ka

Wydawnictwo Zysk i S-ka kontynuuje swoją tradycję wydawania powieści, których najnowsze filmowe wersje niedawno trafiły na ekrany. Tym razem wypuściło publikację, "W ciemnym zwierciadle", zawierającą nowelę „Carmilla”, której najnowsza adaptacja zatytułowana „Angels of Darkness” („Klątwa Styrii”) miała swoją światową premierę w 2014 roku. Oprócz wspomnianej „Carmilli” książka zawiera inne opowiadania grozy pióra Josepha Sheridana Le Fanu (recenzja wkrótce).

Opis wydawnictwa Zysk i S-ka:  W ciemnym zwierciadle to wyjątkowa książka w dorobku Josepha Sheridana Le Fanu, jednego z twórców powieści gotyckiej. Motywem przewodnim są najrozmaitsze przykłady zjawisk nadprzyrodzonych, z których każdy stanowi studium przypadku z archiwum doktora Martina Hesseliusa, lekarza i naukowca zajmującego się studiowaniem stanów psychologicznych w kontekście choroby umysłowej. W umysłach pacjentów doktora Hesseliusa naruszona została granica pomiędzy światem realnym i nadprzyrodzonym: są prześladowani przez mściwe zjawy i wampiry, pojeni trucizną i w efekcie zapadają w sen przypominający śmierć, cierpią na przerażające halucynacje. Doktor jest zazwyczaj w stanie wyjaśnić te zjawiska za pomocą metod psychopatologii, ale dzięki literackiemu chwytowi w postaci obiektywnego z pozoru narratora wiele niepokojących wątpliwości pozostaje dla czytelnika nierozwiązanych. Każda z opowiedzianych historii porywa frapującym pomysłem fabularnym, a w najsłynniejszej z nich, Carmilli (z której Bram Stoker zaczerpnął pomysł do swojego Drakuli), Le Fanu stworzył typ kobiety wampira, funkcjonujący w kulturze popularnej aż do dziś.

Ponadto wydawnictwo ma w planach minipowieść grozy/detektywistyczną Wilkiego Collinsa połączoną z jego opowieściami niesamowitymi. Książka niedługo ukaże się pod tytułem „Nawiedzony hotel”.

Opis wydawnictwa Zysk i S-ka: Wilkie Collins, najbardziej uwielbiany autor swoich czasów, prekursor powieści detektywistycznej, w fascynującej mieszance tajemnicy i grozy! Nawiedzony hotel to inteligentne połączenie fabuły typowej dla powieści detektywistycznej z opowieścią o duchach. Rzecz dzieje się w Wenecji, która jawi się jako miasto ponurych kanałów, cieni i śmierci. Zagadkowa kobieta staje się przyczyną zerwania zaręczyn Agnieszki Lockwood z jej dalekim kuzynem, lordem Monberrym, a następnie zostaje jego żoną. To początek historii, w której losy obu kobiet są ze sobą splecione, a udział w akcji biorą nawet duchy. Nadprzyrodzone wydarzenia, szybkie tempo akcji i mnożące się tajemnice to główne atuty tej klasycznej prozy. W tomie prócz tytułowej minipowieści znajdziemy wybór najciekawszych opowieści niesamowitych, jakie wyszły spod pióra autora Księżycowego Kamienia.

poniedziałek, 25 maja 2015

„Area 51” (2015)


Reid ma obsesję na punkcie Strefy 51 od czasu feralnej imprezy, na której padł ofiarą jakiejś siły. Trzy miesiące przygotowywał się do wyprawy na strzeżony rządowy teren, namawiając do pomocy swoich przyjaciół, Darrina i Bena. Do opracowania dobrego planu wykorzystał materiały, będące w posiadaniu, Jeleny, córki pracownika Strefy 51, który po zatargu ze swoimi pracodawcami ponoć popełnił samobójstwo. Zaopatrzeni we wszelki sprzęt niezbędny do przedostania się do strzeżonych hangarów i w kamery, które mają im pomóc w zdekonspirowaniu rządowych tajemnic młodzi ludzie wyruszają do stanu Nevada na spotkanie z wielkim sekretem władz Stanów Zjednoczonych.

Tak zwana Strefa 51 – amerykańska baza wojskowa, której istnienie rząd Stanów Zjednoczonych latami utrzymywał w tajemnicy przed opinią publiczną. Dopiero w 2001 roku prezydent George Bush zasugerował, że placówka istnieje, a w 2013 roku Centralna Agencja Wywiadowcza ostatecznie to potwierdziła. Osnucie taką tajemnicą terenów operacyjnych zaprocentowało wykluciem się jednej z najgłośniejszych teorii spiskowych w dziejach Stanów Zjednoczonych. Spore grono Amerykanów jest przekonanych, że w bazie bada się pozaziemskie formy życia, które przyleciały na Ziemię i w 1947 roku rozbiły się w okolicach Roswell. Twierdzenia dla jednych kuriozalne, dla innych wielce prawdopodobne, ale bez względu na stosunek, jaki żywi się do tej opowiastki bez wątpienia stanowi ona dobry materiał na horror science fiction.

Reżyser kasowego „Paranormal Activity”, Oren Peli, dostrzegł potencjał tkwiący w owej teorii spiskowej (choć nie był pierwszy). Scenariusz napisał wraz z Christopherem Denhamem, ale za reżyserię odpowiadał sam. W „Paranormal Activity” łączył kręcenie z ręki ze stabilnym obrazem rejestrowanym przez kamery zainstalowane w domu głównych bohaterów, ale w „Area 51” poprzestał na tej pierwszej formie narracji. W ten sposób powstał kolejny horror verite, umożliwiający widzom dokładne przyjrzenie się ścianom i podłogom. Choć coraz częściej twórcy filmów kręconych z ręki przykładają większą wagę do stabilności obrazu (pewnie w odpowiedzi na utyskiwania odbiorców) swoim drugim filmem Peli dał do zrozumienia, że nie ma zamiaru iść na takie ustępstwa, że w verite chaotyczna realizacja jest czymś pożądanym. A przynajmniej ja tak to odebrałam, bo już dawno nie widziałam równie rozchwianego obrazu.

Scenariusz „Area 51” zauważalnie podzielono na dwie części. Stateczną pierwszą połowę, obrazującą przygotowania i podróż trójki młodych ludzi do Nevady na spotkanie z jedną z najbardziej strzeżonych tajemnic rządu Stanów Zjednoczonych i bardziej dynamiczne wydarzenia w Strefie 51. Najpierw widzowie są zmuszeni przysłuchiwać się średnio interesującym konwersacjom protagonistów o tym, co mają zamiar uczynić, ich przekomarzaniom i dowcipom, którym oddają się głównie w samochodzie. Miłą odskocznią od tych nudnawych wynurzeń są malownicze widoczki rozciągające się za szybami wozu oraz pertraktacje z Jeleną, której ojciec przed śmiercią skonfliktował się ze swoimi pracodawcami. Dziewczyna przekazuje im materiały niezbędne do przedostania się na teren Strefy 51, ale kartę identyfikacyjną oraz odcisk palca, potrzebne do otwarcia drzwi muszą zdobyć sami. Wyruszają, więc do domu pracownika bazy i w najbardziej klimatycznym ustępie pierwszej połowy filmu niepostrzeżenie wchodzą do środka i przystępują do przeszukiwania wszystkich pomieszczeń. Napisałam „najbardziej klimatyczny”, ale to wcale nie oznacza, że owy wątek silnie utrzymywał mnie w napięciu. Peli, bowiem postawił na delikatność, stroniąc od jump scenek i gęstej atmosfery grozy, ale w porównaniu do zbyt mocno rozciągniętych w czasie konwersacji głównych bohaterów w pełnym świetle dziennym wędrówka po ciemnych wnętrzach domu pracownika Strefy 51 wypada najmroczniej. Niestety szybko się kończy, oczywiście bez żadnego finalnego mocnego uderzenia i akcja ponownie koncentruje się na podróży naszych nieustraszonych domorosłych badaczy tajemnic rządowych. Kiedy wreszcie docierają do hrabstwa Lincoln po kilku krótkich wywiadach z mieszkańcami przekonanymi o obecności przybyszów z innej planety w położonej nieopodal strzeżonej placówce, twórcy pośpiesznie przechodzą do właściwej tematyki „Area 51”. Chciałoby się rzec: nareszcie, po mniej więcej pięćdziesięciu minutach projekcji wypadałoby wreszcie przejść do rzeczy. Właśnie tylko, na czym w istocie ta „rzecz” polega? Cóż, całą akcję zapoczątkowuje długa piesza wędrówka w kombinezonach ochronnych Reida, Darrina i Jeleny przez strzeżony teren w stronę osławionych hangarów. Wówczas to oprócz rozchwianego obrazu widzowie mają wątpliwą przyjemność obserwowania wszystkich wydarzeń przez szybkę ochronną w masce i noktowizor - innymi słowy ziarnisty, przymglony obraz uniemożliwia dostrzeżenie czegokolwiek poza ciemnymi sylwetkami młodych ludzi. Kiedy wreszcie dostają się do hangarów scenarzyści udowadniają nam, że wyszkolona ochrona i najnowocześniejszy sprzęt nie są w stanie zdekonspirować trójki zdeterminowanych dokumentalistów-amatorów (spróbujcie tego w domu) i… że nie mieli właściwie żadnego pomysłu na rozwinięcie tej historii. Bohaterowie odkrywają tajemnice władz Stanów Zjednoczonych, które swoją drogą wcale tak tajemnicze nie są (wszystkiego, bowiem mogliśmy domyślić się wcześniej), a podczas ucieczek przed ochroną i czymś jeszcze ukrywającym się na terenie Strefy 51 dają odbiorcom możliwość dokładnego zbadania ścian i podłóg. To najczęściej rejestrowane przez nich elementy scenerii, co być może w ocenie bardziej aprobujących horrory verite widzów podniesie poziom aury zaszczucia i przyczyni się do zaakcentowania paniki przerażonych protagonistów. Mnie jednak tak dalece chaotyczna realizacja uniemożliwiła postawienie się w sytuacji bohaterów i nacieszenie wzroku skąpanymi w mroku, obskurnymi korytarzami nie wspominając już o osobliwych właściwościach organizmów przechowywanych w hangarze – to, co udało mi się z tego chaosu wyłowić było tak kiczowate i mało pomysłowe, że zbyłam wysiłki Peliego jedynie lekkim wzruszeniem ramion. Nad finałem nawet nie będę się rozwodzić, bo bardziej pasowałby do jakiejś parodii kina science fiction niż w zamyśle poważnego horroru verite.

Na plus zdecydowanie można odnotować obsadę. Reid Warner, Ben Rovner, Darrin Bragg i Jelena Nik pokazali się z jak najlepszej strony, oczywiście w kontekście filmu kręconego z ręki i oczywiście kreowani przez nich bohaterowie nosili ich  imiona. To częsty zabieg w tego typu obrazach mający podnosić poziom realizmu scenariusza, oczywiście jak zawsze zaprzepaszczony napisami końcowymi. Poza obsadą nie byłam w stanie dopatrzeć się w „Area 51” żadnych znaczących plusów. Film zauważalnie aż prosił się o bardziej stabilną realizację, mroczniejszy klimat i kilka jump scen – wiem, że to najprymitywniejszy zabieg kina grozy, ale w tym konkretnym przypadku mógłby zdać egzamin. Zawsze to jakaś szansa, że produkcja Peliego czymś konkretnym wbiłaby mi się w pamięć, zaś w tak delikatnej formie nie ma na to niestety żadnych szans.

Nie wiem, czy polecić tę pozycję zagorzałym wielbicielom horrorów kręconych z ręki, bo pewnie widzieli już bardziej zdecydowane straszaki utrzymane w tej stylistyce. Oni muszą zadecydować sami, ale pozostałym odbiorcom, nawet tym przepadającym za science fiction zdecydowanie odradzam. Drugi film Orena Peliego nie ma nic wspólnego z mocnym, nastrojowym horrorem, nawet obok niego nie stał. W mojej ocenie, bo nie mogę wykluczyć, że taka koncepcja przemówi do, co poniektórych widzów.