Stronki na blogu

sobota, 25 lipca 2015

Zapowiedź: Stephen King „Bazar złych snów”


Zbiór dwudziestu opowiadań pióra Stephena Kinga zatytułowany „Bazar złych snów” ma już polską okładkę, ale nie jest jeszcze znana data premiery w naszym kraju. W Stanach Zjednoczonych książka ma się ukazać 3 listopada 2015 roku (jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planami wydawców), więc można domniemywać, że Prószyński i S-ka również uraczy nas „Bazarem złych snów” w tymże miesiącu.

Spośród dwudziestu opowiadań, które zostaną zamieszczone w najnowszym zbiorze Stephena Kinga tylko dwa nie były wcześniej publikowane, a jedno nie ukazało się w języku angielskim. Najwięcej tekstów publikowano już w różnych magazynach w Stanach Zjednoczonych, ale znajdą się też takie, które zasilały różne antologie oraz zostały wcześniej wydane w formie e-booków i audiobooków. Amerykańskie wydanie ma sobie liczyć ponad 500 stron – o polskim (oprócz okładki) nadal nic nie wiemy.

Tytuły opowiadań zamieszczonych w „Bazarze złych snów”:
Mile 8, Premium Harmony, Batman and Robin Have an Altercation, The Dune, Bad Little Kid, A Death, The Bone Church, Morality, Afterlife, Ur, Herman Wouk is Still Alive, Under the Weather, Blockade Billy, Mister Yummy, Tommy, The Little Green God of Agony, That Bus is Another World, Obits, Drunken Fireworks, Summer Thunder

piątek, 24 lipca 2015

„Indigenous” (2014)


Scott i Steph przyjeżdżają do Panamy, gdzie dołączają do przybyłych wcześniej przyjaciół. Wszyscy mają zamiar posurfować, ale z czasem Scott odkrywa lepszy sposób spędzenia wolnego czasu. W Internecie natrafia na informacje o dżungli, w której zaginęło kilku turystów. Konsultacja z tutejszymi, Carmen i Julio, z którymi Amerykanie zdążyli się zaprzyjaźnić przynosi zaskakujące wieści. Panamczycy wierzą, że w owianej złą sławą dżungli mieszka legendarny stwór, Chupacabra, który poluje na każdego, kto ośmieli się wkroczyć na jego teren. Amerykanie jednak nie dają wiary tym opowieściom i wbrew ostrzeżeniom Julio, mając Carmen za przewodniczkę, ruszają do przeklętej dżungli. Ich celem jest ujrzenie znajdującego się tam wodospadu, ale nie będzie im dane długo się nim cieszyć.

Alastair Orr, twórca niecieszących się zbytnim uznaniem dwóch filmów grozy, „The Unforgiving” i „Expiration”, w swoim kolejnym przedsięwzięciu sięgnął do znanej legendy o Chupacabrze, wysysającym krew stworze, którego istnienia jak dotąd nie udowodniono. Przynajmniej nie bezspornie, bo relacje rzekomych świadków przekonały sporą rzeszę ludzi do pokładania wiary w ową legendę. Jakkolwiek ciekawa nie byłaby historia Chupacabry potencjału na solidny horror ciężko się w niej dopatrzeć, wszak filmów traktujących o wszelkiej maści stworach, żerujących w lasach nakręcono już całe mnóstwo. Nieważne, jakie miana im nadawano – konwencja zawsze była taka sama. Pierwszy pokaz „Indigenous” odbył się na Tribeca Film Festival w kwietniu 2014 roku, gdzie (co nie zaskakuje) nie zwrócił na siebie większej uwagi. Zarówno recenzje krytyków, jak i opinie zwykłych widzów utrzymane było w raczej chłodnym tonie, chociaż nikt nie odmawiał filmowi Orra solidnego wykonania. Zarzuty wymierzone były w scenariusz, który w przekonaniu publiczności niczym nie wyróżnia się na tle innych tego typu rąbanek.

„Indigenous” kręcono w Panamie – malowniczym państwie w Ameryce Środkowej, do którego zawitało kilkoro amerykańskich turystów, aby nacieszyć się słońcem, plażą i surfingiem. Jak dowiadujemy się z długich konwersacji bohaterów podróżowanie po świecie w poszukiwaniu dużych fal to ich hobby, przy czym Scott wolałby poświęcić owe wypady na rzecz stałej pracy. Teraz wraz z dziewczyną, Steph, zajmuje się programowaniem funkcji nagrywania sprzężonej z portalami społecznościowymi, co jak mają nadzieję przyniesie im duże pieniądze. Do tego czasu Scott musi borykać się z piętnem statusu osoby bezrobotnej. Wspominam o tym tylko dlatego, że spośród wszystkich rozwleczonych do granic możliwości dyskusji bohaterów zapełniających pierwszą, stateczną połowę filmu jedynie wzmianka o problemach gospodarczych nie ocierała się o infantylność. To znaczy o tyle, o ile, bo wydźwięk rozterek Scotta znacząco zakłócała jego pozycja społeczna, pomimo braku zatrudnienia pozwalająca mu podróżować po świecie. W każdym razie pierwsza połowa filmu upływa pod znakiem konwersacji bohaterów o niczym szczególnym i zapierających dech w piersiach, słonecznych krajobrazów, czyli podobnie jak w większości amerykańskich horrorów o grupie przyjaciół, która gdzieś tam wyjeżdża. Realizacji nie można niczego zarzucić – Orr wydobył maksimum piękna ze scenerii, dodatkowo urozmaicając narrację sporadycznymi, nierozchwianymi wstawkami „kręconymi z ręki”. Ale do scenariusza można już mieć sporo zastrzeżeń. Problem „Indigenous” nie tkwi w konwencjonalności, bo nierzadko nawet w niej można łatwo się odnaleźć. Przywarami trzeciej produkcji Orra są przede wszystkim zanadto rozciągnięty w czasie wstęp, oddarta z większego napięcia druga połowa seansu i wreszcie brak emocji. Wszystko podąża utartym torem. Z chwilą wkroczenia bohaterów filmu do owianej złą sławą dżungli twórcy kontynuują swój zapoczątkowany już wcześniej w rozmowach z Panamczykami proceder sygnalizowania widzom czającego się pomiędzy drzewami zagrożenia. Słyszymy szelesty, widzimy jakiś cień przemykający nieopodal, ale raczej wątpię, żeby owe tricki rozbudziły w kimkolwiek uczucie niepokoju. Za dnia twórcy nie przykładają jeszcze większej wagi do generowania klimatu, nawet scena samotnego poszukiwania przez jednego z protagonistów źródła dziwnych szelestów, rozpoczynająca właściwą akcję (w połowie projekcji!), jest pozbawiona napięcia. Dopiero, kiedy młodzi ludzie kończą swawole w wodzie (te sekwencje podobnie, jak sceneria nasunęły mi na myśl „Turistas”) i odkrywają, że ich towarzyszka zniknęła zapadają ciemności, które wypierają wszelką malowniczość na rzecz atmosfery zagrożenia. Chaotyczna bieganina po dżungli oświetlanej jedynie za pośrednictwem rozedrganych snopów z latarek i znakomity, migawkowy montaż w trakcie ataków Chupacabry na chwilę rozwiewają monotonność fabuły. Ale nie na długo, bo tuż po przeprawie Scotta przez jaskinię, będącą legowiskiem stwora, kiedy to pojawia się sprawnie zrealizowana sekwencja widzianego w przebłyskach pyska zbliżającego się do chłopaka, „Indigenous” nie ma już praktycznie nic do zaoferowania.

Po przeprawie przez stateczną pierwszą połowę filmu i nagrodzie za cierpliwość w postaci dwóch, trzech umiejętnie zmontowanych scen film na powrót stacza się w otchłań beznamiętności. Bohaterowie (cóż za niespodzianka…) giną w łatwej do przewidzenia kolejności, często się rozdzielają, a ich telefon komórkowy traci zasięg. Wszystkie okoliczności sprzyjają Chupacabrze, będącej skrzyżowaniem nowego Karła („Leprechaun: Origins”) i stworków z „Zejścia”, która wykorzystując znajomość terenu urządza sobie polowanie na świeże mięso. Same sceny mordów są tak dynamiczne, że raczej nie sposób przyjrzeć się szczegółom makabry, ale Orr co jakiś czas na chwilę przystaje obok ofiar, ukazując rany, jakie odnieśli – realistyczne, acz nieepatujące nadmiernym rozlewem krwi. Innymi słowy dostajemy czysty schemat, podany tak beznamiętnie, że właściwie nie sposób zaangażować się w walkę o przetrwanie protagonistów. No, ale przynajmniej pod koniec twórcom udało się mnie rozbawić relacją… TVN-u.

Jeśli szukasz typowego horroru o grupie przyjaciół, która gdzieś tam wyjeżdża, z rozwleczonym, nudnawym wstępem i szablonowym rozwinięciem akcji to „Indigenous” jest właśnie dla ciebie. Gniotem, co prawda nie można go nazwać – jest sprawnie zrealizowany i serwuje może ze trzy znakomicie zmontowane sekwencje – ale do rangi przeciętniaczka jeszcze trochę mu brakuje. Gdyby Orr pokusił się o większe napięcie i emocje scenariusz na pewno dostarczyłby mi jakiejś mocniejszej, survivalowej rozrywki. Niestety zabrakło doświadczenia i wyczucia gatunku.

czwartek, 23 lipca 2015

Wilkie Collins „Nawiedzony hotel”


Hrabina Claudia Naronne rozkochuje w sobie lorda Montbarry’ego, tym samym doprowadzając do zerwania jego związku z daleką kuzynką, Agnes Lockwood. Po ślubie lordostwo Montbarry wraz z bratem Claudii, baronem Rivarem, wyjeżdżają do Wenecji, gdzie zatrzymują się w pałacu. Tymczasem Agnes zostaje poproszona przez swoją znajomą o zarekomendowanie jej męża nowożeńcom, poszukującym kuriera. Wkrótce po zatrudnieniu się w Wenecji na usługach lordostwa Montbarry kurier znika bez śladu, a dręczona poczuciem winy Agnes podejmuje się prób odnalezienia go. Niedługo po tym wydarzeniu w weneckim pałacu dochodzi do kolejnej tragedii, która zapoczątkowuje ciąg niezwykłych zjawisk. Lady Naronne wraca do Anglii i zaczyna wieszczyć okrutne przeznaczenie, które pisane jest jej i pannie Lockwood, połączonym jakąś niejasną zależnością. Tymczasem pałac w Wenecji zostaje przekształcony w hotel. W jednym z pokoi cały ród Montbarrych świadkuje przeróżnym zjawiskom o podłożu nadprzyrodzonym, które jak się wydaje zapoczątkowały wcześniejsze, owiane tajemnicą, przerażające wydarzenia mające miejsce w tym przybytku.

Wilkie Collins, żyjący i tworzący w epoce wiktoriańskiej, jeden z najbardziej docenianych beletrystów swoich czasów i bliski przyjaciel Karola Dickensa jest prawdziwą legendą angielskiej literatury. Jego najwybitniejsze dzieło, „Księżycowy Kamień” powszechnie uważa się za prekursora powieści detektywistycznej, ale pisarstwo Collinsa nie cechowało się tylko i wyłącznie konwencją sensacyjną. Pisarz słynął z łączenia wątków detektywistycznych z aurą niesamowitości, czasami objawiającą się jedynie gotyckim, tajemniczym klimatem, a czasem bardziej dosadnymi nadprzyrodzonymi zjawiskami. Pierwotnie (od czerwca do listopada 1878 roku) wydawany w odcinkach na łamach „Belgravia Magazine”, „Nawiedzony hotel” łączy w sobie wszystko, co charakterystyczne dla pisarstwa Collinsa, choć powieści nie udało się obrosnąć taką legendą, jak na przykład wspomnianemu „Księżycowemu kamieniowi”, czy „Kobiecie w bieli”. Badacze literatury w późniejszej twórczości Collinsa, z lat 70-tych i 80-tych XIX wieku dopatrują się drastycznego spadku formy, co tłumaczy się śmiercią jego literackiego mentora, Karola Dickensa i uzależnianiem Wilkiego od laudanum. Cóż, „Nawiedzony hotel” to pierwsza powieść tego autora, z jaką miałam przyjemność się spotkać, a skoro w powszechnym mniemaniu taką perłę uważa się za słabszą w dorobku Collinsa to wprost nie mogę się doczekać spotkania z jego wcześniejszymi opowieściami.

Powieść rozpoczyna spotkanie hrabiny Claudii Naronne z lekarzem, któremu zwierza się ze swoich złych przeczuć. Przekonana, że zniszczyła związek lorda Montbarry’ego z jego daleką kuzynką, Agnes Lockwood, hrabina drży na myśl o czekającym ją małżeństwie z tym człowiekiem, wierząc, iż zapoczątkuje on ciąg wydarzeń, który doprowadzi do tragedii. Fatalizm kobiety w połączeniu z zauważalnymi objawami rozchwiania psychicznego wkrótce dopełnią plotki o jej jakoby grzesznych uczynkach i okrutnym charakterze, co w mniemaniu przedstawicieli angielskich wyższych sfer doprowadzi „głowę” rodu Montbarrych do zguby. Hrabina Naronne nosi wszelkie znamiona femme fatale, ale równocześnie Collins daje nam odczuć, że wisi nad nią jakieś fatum, przed którym nie jest w stanie się obronić. Tak jakby przy kreśleniu jej osobowości inspirował się dwoma zgoła odmiennymi archetypami postaci (tragiczną i fatalną), dzięki czemu stworzył prawdziwie intrygującą bohaterkę, której jednoznaczna ocena jest zwyczajnie niemożliwa. Bardziej nieskomplikowanie jawi się panna Agnes Lockwood, kobieta z dobrego domu o chwalebnym systemie wartości. Collins przedstawia ją w czysto pozytywnym świetle, nieustannie podkreślając nieskazitelność jej egzystencji i bezinteresowność w działaniu, ale jednocześnie dając do zrozumienia, że Agnes wbrew jej samej została narzucona rola nemezis lady Naronne. Kobieta nie ma pojęcia, w jaki sposób miałaby doprowadzić do zguby żony jej ukochanego, ale ta z kolei nie ma wątpliwości, że jej los tkwi w rękach (jak sama uważa) jej rywalki. Niejednoznaczne, owiane jakąś osobliwą tajemnicą relacje obu kobiet wręcz wynoszą tę historię na prawdziwe literackie wyżyny. Gdyby Collins skupił się tylko i wyłącznie na zależnościach pomiędzy nimi, w moim mniemaniu „Nawiedzonemu hotelowi” już należałby się status arcydzieła, bo tak niekonwencjonalnych relacji próżno szukać w literaturze światowej, ale autor na tym nie poprzestał. Natchnął tę znakomitą opowieść innymi rozbudzającymi wyobraźnię wątkami, osnutymi gęstą aurą gotyckiej grozy. Wątkiem przewodnim powieści jest amatorskie śledztwo Agnes, celem wyjaśnienia tajemnicy zniknięcia męża jej znajomej. Z czasem sytuacja znacząco się komplikuje – nieoczekiwana śmierć w murach weneckiego pałacu rozpoczyna ciąg nieoczekiwanych wydarzeń, które doprowadzą ród Montbarrych do przeklętego pokoju hotelowego. Każdy członek rodziny doświadczy w nim innych niepokojących zjawisk – od braku apetytu i bezsenności przez koszmary senne i odrażające zapachy po bardziej dosadne unoszenie się w powietrzu odciętej głowy denata – ale Collins nie pozwoli sobie wyjść poza ramy tajemniczości, nawet w finale pozostawiając czytelnika z odrobiną niedosytu. Zapewne pokładając nadzieję w inteligencji odbiorcy autor nie zamyka żadnego wątku, sugerując jedynie różne możliwe rozwiązania zagadki, ale ostateczne wnioski zostawiając indywidualnej interpretacji czytelnika. Owa tajemniczość w połączeniu z nacechowanym pewną wrażliwością i niewątpliwym zmysłem estetycznym stylem, pełnym aluzji do zakłamanego życia wyższych sfer tworzą iście artystyczne dzieło z pogranicza powieści gotyckiej i detektywistycznej.

„Zapis owych wypadków nie może nie zrodzić sprzecznych wrażeń. U jednych zrodzi wątpliwości, które zgłasza rozum; u innych podsyci nadzieję, która uzasadnia wiarę, a straszliwe pytanie o przeznaczenie człowieka pozostawi tam, dokąd poniosły je stulecia czczych poszukiwań: w ciemności.”

Przy „Nawiedzonym hotelu” opowiadania załączone do najnowszej publikacji tej pozycji wydawnictwa Zysk i S-ka wypadają słabiej. Ale choć pozostają w cieniu swojego powieściowego poprzednika nie można im odmówić tożsamego warsztatowego geniuszu. Brakuje jedynie niejednoznaczności, i to we wszystkich tekstach, ale nie pomysłowości. Wilkie Collins w owych ośmiu opowiadaniach skonfrontował czytelnika z najprzeróżniejszymi formami ingerencji sił nadprzyrodzonych w życie doczesne bohaterów. Ale nie tylko, bo pomimo poruszania się w konwencji opowieści niesamowitych wyjaśnienie niektórych fabuł okazało się czysto przyziemne. Stricte nadprzyrodzone historie to „Wyśniona kobieta” traktująca o proroczym śnie, „Pani Zant i duch” wtłaczająca zjawę w rolę obrońcy kobiety przed osobą żyjącą, „Panna Jeromette i pastor” będąca kolejną próbą skonfrontowania bohaterki z dręczącym ją poczuciem nieuchronnej tragedii (jak w „Nawiedzonym hotelu”), „Dziewiąta!” opowiadająca o tajemniczej przepowiedni, która determinuje losy całej rodziny oraz „Diabelskie okulary” ukazujące patrzącemu przez nie delikwentowi wszystkie ludzkie przywary, dotykające również śmiałej, jak na prozę z XIX wieku tematyki kanibalizmu. Pomimo tego, że krótkie formy Wilkiego Collinsa załączone do tej publikacji nie mogą się równać z powieścią, klimatu wręcz nieznośnej grozy i bezbłędnego wyczucia gatunku autorowi z pewnością odmówić nie można, a to w gruncie rzeczy wystarczy żeby rozbudzić ciekawość czytelnika. Natomiast zdecydowanie słabiej prezentują się opowieści, których podłożem nie są zjawiska nadprzyrodzone, poza „Martwą ręką”, bo pomysł na nocowanie z trupem wręcz zachwycił mnie swoją prostotą i iście makabrycznym wydźwiękiem. „Upiorne łoże” traktujące o przemyślnej pułapce zgniatającej śpiących ludzi oraz „Do nieba razem z brygiem!” opowiadające o pułapce zastawionej przez Hiszpanów na pewnego marynarza znużyły mnie zbyt długim zarysowywaniem akcji i rozczarowały mało spektakularnymi finałami.

Zachwycająca, niejednoznaczna i niebywale klimatyczna powieści plus osiem opowiadań pióra prawdziwej ikony XIX-wiecznej angielskiej literatury to prawdziwa gratka dla koneserów ponadczasowej prozy. Tej grupy zapewne zachęcać nie muszę, ale ufam, że młodzi czytelnicy, odżegnujący się od klasycznej prozy również dadzą szansę tej publikacji, bo jeśli jakaś powieść ma zaszczepić w nich miłość do XIX-wiecznej literatury to „Nawiedzony hotel” ma na to sporą szansę. Wszak takiego magicznego warsztatu oraz tak głębokiej wrażliwości, poczucia estetyki i wyczucia gatunków (detektywistycznego oraz gotyckiego) próżno szukać we współczesnej beletrystyce.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 22 lipca 2015

„Egzorcyzmy Emily Rose” (2005)


Ojciec Moore zostaje oskarżony o nieumyślne spowodowanie śmierci dziewiętnastoletniej Emily Rose. Wywodząca się z głęboko wierzącej rodziny dziewczyna została poddana egzorcyzmom, które nie przyniosły efektów, a krótko po nich umarła. Obrony ojca Moore’a podejmuje się agnostyczka, Erin Bruner, która początkowo nie wierzy w opinię swojego klienta, że jakoby denatka za życia była opętana. Jednakże ciemne moce otaczające tę sprawę wkrótce stają się wyczuwalne również dla niej. Bruner coraz silniej utwierdza się w przekonaniu, że Emily Rose rzeczywiście padła ofiarą demonów, a co za tym idzie decyduje się przedstawić w sądzie stricte religijną linię obrony ojca Moore’a.

Przed nakręceniem „Egzorcyzmów Emily Rose”, Scott Derrickson nie cieszył się zbytnią sławą w filmowym światku. Przedtem wyreżyserował jedną krótkometrażówkę i piątą odsłonę „Wysłannika piekieł”, której podobnie jak drugiej części „Ulic strachu” był również współscenarzystą. Moment przełomowy w karierze Derricksona nastąpił z chwilą powstania „Egzorcyzmów Emily Rose”, których scenariusz Paula Harrisa Boardmana i samego Derricksona luźno oparto na historii Anneliese Michel, młodej Niemki, która zmarła w 1976 roku po serii nieudanych egzorcyzmów. Bezpośrednią inspiracją dla twórców filmu była książka autorstwa Felicitas Goodman, traktująca o przypadku Michel. 

Od czasu „Egzorcysty” wielbiciele horrorów nie mieli okazji nacieszyć się jakimś innym arcydziełem skończonym, opowiadającym o opętaniu. A patrząc na kondycję współczesnego kina grozy i obserwując, w jaką stronę zmierza jest wielce wątpliwe, że zobaczą jeszcze horror religijny dorównujący opus magnum Williama Friedkina. Jednak w zalewie tych wszystkich, z biegiem czasu coraz bardziej przekombinowanych, straszaków o opętaniach Amerykanom udało się stworzyć coś, co choć nie dorównuje „Egzorcyście”, znacząco wybija się ponad ogólny poziom innych pozycji o tej tematyce. Nakręcony za niebagatelną sumę dwudziestu milionów dolarów film Derricksona został uhonorowany Saturnem w kategorii najlepszego horroru, a przerażającą kreację Emily Rose w wykonaniu Jennifer Carpenter, wyróżniono Złotym Popcornem. Recenzje krytyków były co prawda zróżnicowane – wśród tak zwanych znawców kina można odnaleźć tyle samo fanów „Egzorcyzmów Emily Rose”, co przeciwników – ale szeroka opinia publiczna doceniła starania Derricksona. 

Scenariusz „Egzorcyzmów Emily Rose” łączy w sobie konwencję klasycznego horroru o opętaniu z filmem sądowym, co jest dosyć rzadkim zabiegiem, przez co tym bardziej intrygującym. Jako wielka miłośniczka produkcji o sądowych sporach prawie całkowicie odnalazłam się w takiej stylistyce, tym bardziej, że sprawa, jaka trafiła na wokandę do zwyczajnych nie należała. W sądzie stają naprzeciw siebie katolicki prokurator, próbujący wykazać, że oskarżony ksiądz Moore dopuścił się zaniedbań, które doprowadziły do śmierci nastoletniej dziewczyny oraz agnostyczka prezentująca zgoła odmienny pogląd. Opowiadanie się za możliwością opętania przez osobę, która z definicji sceptycznie podchodzi do aspektów religijnych i negowanie ich przez zdeklarowanego katolika to klasyczny przykład odwrócenia ról, zdeterminowanego serią osobliwych wydarzeń. Początkowo obrończyni ojca Moore’a, Erin Bruner (w tej roli całkiem znośna Laura Linney, która tak na marginesie w latach 90-tych „zabłysnęła już na sali sądowej” w „Lęku pierwotnym”) myśli jedynie o profitach, jakie przyniesie jej ta głośna sprawa. Jednakże zacieśnienie kontaktów z klientem (znakomitym Tomem Wilkinsonem) oraz niepokojące wydarzenia, którym zaczyna świadkować napełniają ją wątpliwościami. Innymi słowy mamy tutaj typową w horrorach religijnych przemianę bohaterki – z niedowiarka w osobę wierzącą. Późniejsze pełne patosu wyznania Bruner na użytek Moore’a zbyt nachalnie wtłaczają jej osobowość w wyeksploatowany do granic możliwości typ zagubionej, miotającej się postaci, co więcej jej nudnawe wynurzenia z czasem zaczynają irytować. Na szczęście scenariusz „Egzorcyzmów Emily Rose” egzystuje również na innych, o wiele sprawniej oddanych płaszczyznach, dzięki czemu widz nie musi zbyt długo zmagać się z coraz nudniejszą charakterystyką Bruner. Właściwą oś akcji stanowi rozprawa sądowa w Stanach Zjednoczonych, nie w Niemczech, jak można by się tego spodziewać znając inspirację Derricksona. Jak to zwykle w tego typu filmach bywa twórcy jednoznacznie opowiadają się po jednej stronie. O ile w klasycznych dramatach sądowych taka stronniczość mi nie przeszkadza realia akurat tej sprawy, aż prosiły się o pozostawienie jakiegoś pola na indywidualną ocenę wszystkich przedstawionych dowodów. Zamiast tego twórcy już na początku postawili ostrą granicę pomiędzy prokuraturą i obroną – kpiąc z oskarżenia, kierującego się pragmatyzmem i wywyższając fantastyczne idee księdza Moore’a. Tak więc sala sądowa zamienia się w arenę, na której obrona stara się przekonać ławę przysięgłych do istnienia demonów… Oddając jednak warstwie sądowej sprawiedliwość, choć brakuje w tej sprawie niejednoznaczności nie można odmówić jej ciekawej rozgrywki pomiędzy aroganckim prokuratorem i zaradną prawniczką, która właściwie od początku do końca elektryzuje coraz to dziwaczniejszymi, ale też ciekawymi rewelacjami podrzucanymi przez obie strony.

Z niepokojącym przypadkiem tytułowej Emily Rose zapoznajemy się za pośrednictwem krótkich retrospekcji. Opętanie dziewczyny nie wychodzi poza ramy konwencji – mamy delikatne pierwsze objawy zmieniającej się osobowości Rose, następnie eskalację mentalnego upadku, a potem szablonowe egzorcyzmy – ale też oryginalność nie była tutaj potrzebna. Wydawać by się mogło, że Derrickson przy tak pokaźnym budżecie pozwoli sobie na przeładowanie całego obrazu efektami komputerowymi, ale na szczęście postawił na minimalizm, a co za tym idzie realizm. Wykrzywiona w przerażającym grymasie twarz znakomitej Carpenter, jej wyginające się pod nieprawdopodobnymi kątami ciało, konsumpcja owadów, samookaleczanie, przemawianie w obcych językach mrożącym krew w żyłach głosem – wszystko to podano z takim wyczuciem gatunku, z tak idealnie obliczonym w czasie elementem zaskoczenia i wreszcie w towarzystwie niebywale wręcz gęstego klimatu niezdefiniowanego zagrożenia, że grzechem byłoby nie przyklasnąć talentowi Derricksona. Podczas, gdy większość twórców po pozyskaniu większego budżetu na swoje filmowe przedsięwzięcia traci „pazur” reżyser „Egzorcyzmów Emily Rose” rozkwitł, nie dając się omamić możliwościom współczesnej technologii, która jestem o tym przekonana, zniszczyłaby cały, tak zręcznie oddany na ekranie realizm owej historii. Ale nie tylko objawy opętania nacechowano ogromnymi pokładami grozy – na uwagę zasługuje również wkraczanie nieznanego w dotychczas przyziemną egzystencję Bruner. Sceny podczas, których budzi się o trzeciej rano, zaalarmowana zapachem spalenizny i wędruje przez skąpane w mroku mieszkanie to dowód na to, że oprócz umiejętności dosłownego straszenia powyginanym ciałem opętanej, Derrickson może pochwalić się również rzadko dziś spotykanym wyczuciem napięcia, powolnego budowania dramaturgii z kulminacjami pozostawiającymi pole dla wyobraźni odbiorców. Patrząc na wszystkie, tak liczne nadnaturalne wydarzenia przedstawione w tym obrazie tylko jedno ociera się o śmieszność. Mowa o konwersacji Emily z Matką Boską na polu przed jej domem. Początkowe „zanurzanie się” dziewczyny we mgle zapiera dech w piersiach (ten kadr to apogeum estetyki), ale dalszy rozwój owej sceny wywołuje już tylko politowanie. Zresztą Derrickson chyba doskonale zdawał sobie sprawę z przekombinowania, bo podkreślił groteskowy wydźwięk owego wydarzenia niedowierzającym pytaniem Bruner skierowanym do księdza Moore’a, relacjonującego spotkanie Emily z Maryją. 

„Egzorcyzmy Emily Rose” w moim mniemaniu zajmują zaszczytne drugie miejsce w rankingu wszystkich horrorów o opętaniach, jakie dane mi było dotychczas obejrzeć. „Egzorcysty” już nic nie przebije, ale to wcale nie znaczy, że nie istnieją twórcy, którzy nie potrafią wykrzesać z owej problematyki czegoś godnego uwagi. Bo choć horrory o egzorcyzmach już zawsze będą pozostawać w cieniu arcydzieła Williama Friedkina to ta tematyka ma jeszcze w sobie na tyle potencjału, żeby zaspokoić oczekiwania osób, niewymagających widowiska na miarę „Egzorcysty”. Trzeba jedynie posiadać odrobinę talentu, żeby ten potencjał wydobyć. Scott Derrickson właśnie tego dokonał – pokazał, że można nakręcić prawdziwie klimatyczny, realistyczny i wciągający film o opętaniu, od którego wręcz nie można oderwać oczu. Nawet biorąc pod uwagę kilka słabszych, niepotrzebnych momentów, bo summa summarum nie szkodzą one zanadto całości.