Stronki na blogu

sobota, 13 czerwca 2015

„Maglownica” (1995)


W pralni Blue Ribbon dochodzi do śmiertelnego wypadku. Jedna z pracownic zostaje wciągnięta do maglownicy. Sprawę ma zbadać detektyw John Hunton, który w następnych dniach odbiera niepokojące wiadomości o kolejnych wypadkach w Blue Ribbon. Dzięki okultystycznej wiedzy Marka Jacksona, Hunton wkrótce uświadamia sobie, że wiekowa magiel jest opętana, a właściciel pralni, Bill Gartley wykorzystuje jej moce do swoich diabelskich celów. Wspólnie z Jacksonem i znajomym fotografem detektyw, wbrew woli swojego przełożonego, staje do walki z demoniczną maszyną.

Amerykańsko-brytyjsko-australijsko-południowoafrykańska adaptacja opowiadania Stephena Kinga pt „Magiel”, zamieszczonego w zbiorze „Nocna zmiana”. Za reżyserię odpowiadała legenda kina grozy klasy B, Tobe Hooper, który rozpisał również scenariusz z pomocą Stephena Davida Brooksa i Harry’ego Alana Towersa (pod pseudonimem: Peter Welbeck). Ocena tej współpracy przez krytyków zapewne nie zaskoczyła Hoopera, który musiał się już przyzwyczaić do ich zjadliwych recenzji pod adresem jego horrorów, ale raczej wątpię, żeby artysta był przygotowany na tak chłodne przyjęcie również w kręgach wielbicieli kina klasy B. Oczywiście, są wyjątki, ale nietrudno zauważyć, że dominują negatywne recenzje, z których przede wszystkim przebija głębokie rozczarowanie naiwnością owej opowieści. Co wcale nie zniechęciło filmowców do dokręcenia kolejnych dwóch części „Maglownicy”. Taka skrajna ocena u osób nieznających literackiego pierwowzoru mnie nie dziwi, ale pozostali musieli wiedzieć, że „Magiel” Stephena Kinga nie prezentuje sobą żadnych ambitnych treści. Ot, jeden z wielu utworów w dorobku pisarza, który znakomicie sprawdza się, jako jednorazowe, krwawe czytadło, dla osób wprost przepadających za kuriozalnymi pomysłami podanymi w stylistyce klasy B.

Zestawiając film Tobe’a Hoopera z jego literackim pierwowzorem można zarzucić scenarzystom jedynie zbyt wielkie rozbudowanie fabuły, które chwilami wręcz zbacza w stronę czystego absurdu. Nie jest niczym dziwnym rozszerzanie oryginalnej osi fabularnej o kolejne wątki w przypadku adaptacji krótkich opowiadań (czymś trzeba zapełnić wymagany czas dla pełnego metrażu), ale w tym konkretnym przypadku wyobraźnia troszkę scenarzystów poniosła. Choć „Magiel” nie jest żadnym literackim arcydziełem, ilekroć czytam to opowiadanie jestem zadowolona z jego prostoty, osobliwości i kiczowatości. Hooper pamiętał o dwóch ostatnich elementach, jednocześnie porzucając nieskomplikowaną konstrukcję fabularną. Zaczyna się, jak u Kinga od makabrycznych wypadków w pralni Blue Ribbon. Najpierw młodziutka pracownica rani się w dłoń i choć krew leje się obficie to tylko preludium do mocniejszego, następującego chwilę potem uderzenia. Kobieta wpada do magla i zostaje dosłownie sprasowana – widok poskręcanych ochłapów mięsa, mocno podlanych posoką, które kiedyś było ciałem człowieka być może nie odstręczy zaprawionych w kinie gore odbiorców, ale na pewno docenią oni całkiem przekonujące rekwizyty wykorzystane do nakręcenia tego ujęcia. Następnie akcja filmu skupia się na detektywie Johnie Huntonie (w tej roli nieco egzaltowanym Tedzie Levine’ie). Zmęczony swoją pracą, nadmiernie przejmujący się losem ofiar, z którymi przez wiele lat służby obcował, mężczyzna mocno angażuje się w sprawę przemielenia kobiety przez magiel. Jest skłonny poczytywać to zdarzenie w kategorii zwykłego wypadku do czasu kolejnego incydentu – poparzenia kilku pracownic (zaczerwieniona, pełna pęcherzy skóra jednej z nich robi naprawdę realistyczne wrażenie). Wówczas John dopuszcza do śledztwa parającego się okultyzmem, Marka Jacksona, który orzeka, że maszyna jest najprawdopodobniej opętana przez demona. I to właściwie tyle (poza parowami akcentami finalnymi), jeśli chodzi o zbieżności z opowiadaniem, bowiem lwią część projekcji zajmuje inny wątek, reprezentowany przez właściciela pralni, okaleczonego Billa Gartley’a. Niespodzianką dla wielbicieli kina grozy będzie zapewne obecność Roberta Englunda w tej roli, ale myślę, że większość widzów rozczaruje charakter jego postaci. Otóż, mężczyzna zawiązał pakt z demoniczną maglownicą, na mocy którego co jakiś czas karmi ją młodziutkimi dziewicami. Gartley jest bezkarny przez wzgląd na udział prominentnych mieszkańców miasteczka w jego krwawym procederze, ale jak można się domyślić John Hunton nie będzie zwracał uwagi na jego znajomości. Choć (mocno „odmieniony” wizualnie) Englund, jak zwykle dał z siebie wszystko, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wszystkie sceny z jego udziałem niepotrzebnie komplikowały fabułę filmu. W dodatku mocno ją udziwniając. Przekazywanie części demonicznej natury okaleczonym przez magiel ofiarom brzmiało cokolwiek kuriozalnie i zamiast urozmaicać akcję czymś świeżym w moich oczach popychało ją w stronę zwykłej groteski. Dodatkowo podkreślonej kiczowatymi efektami komputerowymi, które prawdziwe apogeum bzdurności osiągnęły podczas dynamicznego finału, z chodzącą maglownicą w roli głównej…

Monotonia nie wkrada się jedynie w wątek z Billem Gartley’em – znużenie może ogarnąć, co poniektórych widzów również w trakcie chaotycznego dochodzenia Huntona i Jacksona. Zbyt mocno rozciągnięte w czasie, nudnawe konwersacje protagonistów i zauważalnie wymuszone, nieprzekonujące wstawki okultystyczne, które może i wypadłyby lepiej, gdyby Hooper zadbał o odpowiedni, nadnaturalny klimat. Obserwując te wszystkie, w moich oczach, przestoje w akcji zastanawiałam się, dlaczego twórcy tak rzadko przerywali je makabrycznymi czynami demonicznej maszyny. Gdyby wtłoczyć w fabułę więcej gore zapewne uniknęłabym tak wielkiej nudy w środkowej partii filmu. Tym bardziej, że te krwawe wstawki, które się pojawiają zrealizowano z prawdziwym wyczuciem gatunku i daleko idącą pomysłowością. Nie tylko początkowe przemaglowanie kobiety zwróciło moją uwagę swoją innowacyjnością (wyłączając opowiadanie) i dopracowaniem, ale również końcowe składanie ciała mężczyzny. Aż płakać się chciało, że Hooper nie pokazał więcej takich ujęć, bo film wręcz o to się prosił. Zamiast tego w finale, jak to często z tym artystą bywa mocno go poniosło – tak silnie, że nie mogłam powstrzymać wybuchów śmiechu.

Choć „Maglownica” Tobe’a Hoopera rozbudowuje koncepcję Stephena Kinga nowymi, jakże nużącymi wątkami to myślę, iż ducha opowiadania udało się twórcom zachować. Ot, B-klasowa, niewymagającą myślenia, kuriozalna historyjka na jeden raz. Wielbicieli niskobudżetowego kina grozy może miejscami zachwycić, ale tylko miejscami, bo w przeciwieństwie do utworu Kinga zabrakło jej urzekającej prostoty. Scenarzyści wiele sekwencji wręcz przekombinowali, zapewne starając się zaskoczyć zaznajomionych z literackim pierwowzorem odbiorców, ale mnie osobiście tylko rozśmieszyli. Dzięki dopracowanym, pomysłowym scenom mordów i mrocznemu klimacikowi lat 90-tych czasu przeznaczonego na seans „Maglownicy” nie uważam za całkowicie straconego, ale jestem przekonana, że można to było opowiedzieć lepiej.

piątek, 12 czerwca 2015

Jo Nesbø „Krew na śniegu”

Premiera 17 czerwca 2015 roku

Olav pracuje dla Daniela Hoffmanna, jednego z dwóch działających w Oslo handlarzy narkotykami i żywym towarem. Jego specjalizacją jest eliminowanie wskazanych przez szefa ludzi. Ich układ komplikuje się, kiedy Hoffmann zleca Olavowi zabicie jego niewiernej żony, Coriny. Płatny morderca zakochuje się w niej i ukrywa ją w swoim mieszkaniu. Aby ocalić ich oboje łączy siły z konkurencją swojego szefa, Rybakiem.

Norweski pisarz Jo Nesbø zdobył międzynarodową popularność serią kryminalną z Harry’m Hole. Jego powieści sprzedają się w dużych nakładach w wielu krajach, a recenzje krytyków literackich zazwyczaj są mocną entuzjastyczne. Nesbø jest laureatem Nagrody Rivertona, Szklanego Klucza oraz nagrody norweskich księgarzy – wszystkie wyróżnienia otrzymał za powieści wchodzące w skład cyklu o Harry’m Hole, choć autor ma na swoim koncie również kilka pozycji spoza tej serii. Taką książką, niezwiązaną z opus magnum Nesbø jest „Krew na śniegu”, króciutka powieść, która zdążyła już zaskarbić sobie sympatię norweskich krytyków.

Przyznaję ze wstydem, że nie miałam jeszcze okazji zapoznać się z serią o Harry’m Hole, właściwie to lektura „Krwi na śniegu” była moim pierwszym spotkaniem z prozą najpopularniejszego norweskiego pisarza literatury kryminalnej. Mam wątpliwości, czy wybór tej pozycji na początek był trafny, bo nie sposób nie zauważyć, że napisano ją w wielkim pośpiechu. Nie wiem, czy taki był zamysł autora, czy zwyczajnie „goniły go terminy”, ale jakie motywy by nim nie kierowały odniosłam wrażenie, że bądź co bądź ciekawa koncepcja fabularna zasługiwała na większe rozbudowanie. Trochę ponad sto pięćdziesiąt stron to za mało, żeby należycie zaprezentować tę historię czytelnikom, ale na szczęście nie we wszystkich aspektach. Największym, niekwestionowanym superlatywem „Krwi na śniegu” jest główny bohater, płatny morderca z sumieniem, Olav. Wychowywany przez kochającą go matkę alkoholiczkę, maltretowaną przez męża, w dorosłym życiu mężczyzna kieruje się zasadami moralnymi, które utrudniają mu pracę dla jednego z dwóch największych gangsterów w Oslo. Jego wielki szacunek do kobiet uniemożliwia mu zajęcie się stręczycielstwem, więc przyjmuje propozycję Hoffmanna objęcia posady płatnego mordercy, eliminującego jedynie jednostki mające coś poważnego na sumieniu, szczególnie z drugiego obozu przestępczego światka, zarządzanego przez tak zwanego Rybaka. Siłą tej postaci jest przeogromny dystans do samego siebie i intrygująca ambiwalentność. Z jednej strony płatny morderca, a z drugiej uczuciowy, szukający miłości, sympatyczny osobnik, który nie zawaha się pomóc bliźniemu w potrzebie. Obdarzony cynicznym i autoironicznym poczuciem humoru Olav właściwie przy każdej nadarzającej się okazji podrzuca jakąś adekwatną do aktualnych wydarzeń ciekawostkę, którą wyczytał w jakieś książce, po czym dodaje skromnie, że może się mylić, bo tak właściwie nic nie wie o świecie, który go otacza i nie potrafi robić nic, poza zabijaniem. Jednocześnie nieustannie dając dowody swojej nieprzeciętnej błyskotliwości, z której notabene nawet nie zdaje sobie sprawy. W zestawieniu z pobieżnym potraktowaniem wszystkich wątków „Krwi na śniegu” postaci Olava  Nesbø poświęcił najwięcej uwagi, wręcz skontrastował jego dogłębny rys psychologiczny z akcją powieści.

„Co sprawia, że dociera do nas świadomość naszej śmiertelności? Co się wydarza w dniu, gdy nagle już wiemy, że to nie tylko ewentualność, ale cholerny fakt, że nasze życie się skończy?”

Autorem bez wątpienia kierowało pragnienie opowiedzenia historii w stylu noir. Najsilniej sygnalizuje to postać Coriny, żony szefa Olava, którą ten ma wyeliminować. Zamiast tego mężczyzna ukrywa ją we własny mieszaniu i przystępuje do wdrażania w życie planu zabójstwa swojego pracodawcy. Wątek romansu przez ciągłe uzewnętrznianie się ckliwej kobiety, jest aż nadto przesłodzony, ale na szczęcie opisywanie wspólnego pożycia Olava i Coriny Nesbø ograniczył do absolutnego minimum. Dzięki temu nie byłam zmuszona zbyt długo obcować z płomiennymi deklaracjami wdzięcznej i całkowicie oddanej swojemu wybawcy kobiety. Tym bardziej, że przez wzgląd na skrótową konstrukcję fabularną powieści, właściwie pozbawioną mylących tropów, już na początku tego niebezpiecznego romansu domyśliłam się, jak będzie prezentował się jego finał. Równolegle z romantycznym członem fabuły Jo Nesbø snuje stricte gangsterską historię, opartą na przemyślnym planie wyeliminowania Daniela Hoffmanna, opracowanym przez Olava. Dialogi pomiędzy poszczególnymi bohaterami autor rozpisał wręcz po mistrzowsku – z dowcipną przenikliwością i swego rodzaju trafiającą w sedno surowością, idealnie oddającą sposób rozumowania reprezentantów światka przestępczego. Podobny sukces odniósł przy odmalowywaniu zimowej scenerii, czym dosłownie przeniósł mnie w realia mroźnej Norwegii. Ale niestety nie zdołał należycie oddać innych, równie ważnych części składowych właściwej akcji powieści. Cała intryga, jak już wspomniałam jest przewidywalna, głównie przez brak większego rozbudowania poszczególnych wątków. Wszystkie wydarzenia następują po sobie w matematycznym porządku, finał jednego wydarzenia, zapoczątkowuje następne jednocześnie sygnalizując czytelnikom, jak się skończy. Jedyny wyjątek to przebieg ataku na Hoffmanna, opisany równie pobieżnie jak pozostałe wątki pod koniec powieści i szczerze mówiąc wbrew zapewnieniom norweskich krytyków bardziej dowcipny, aniżeli brutalny. Jednak pomimo swojej przewidywalności ta historia ma sobie, jakąś trudną do sprecyzowania siłę, która co prawda mnie nie zelektryzowała, ale też nie znużyła. Być może magnesem, przyciągającym mnie do kart „Krwi na śniegu” był znakomicie scharakteryzowany Olav, którego los nie był mi obojętny. Z tego też powodu tak silnie przypadł mi do gustu finał powieści, podczas którego autorowi ten jeden raz udało się mnie zdezorientować i zaskoczyć.

Pokaźne grono wielbicieli prozy Jo Nesbø z całą pewnością sięgnie po tę pozycję bez przykładania jakiejkolwiek wagi do mojej krytyki – i bardzo dobrze, bo nie chciałabym nikogo zniechęcać do jego ulubionego pisarza. Natomiast osoby, które tak jak ja dotychczas nie miały okazji zapoznać się z żadną pozycją literackiej gwiazdy norweskiego kryminału mogą być odrobinę rozczarowani, jeśli oczywiście preferują bardziej rozbudowane powieści. Ale jak gustują w takich szybkich, treściwych opowieściach, na dosłownie jeden wieczór mogą zaryzykować lekturę „Krwi na śniegu” – bo chyba głównie z myślą o takich czytelnikach ona powstała.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 11 czerwca 2015

Zapowiedź: „Twarz anioła”


Sensacyjna historia brutalnego morderstwa młodej studentki, pokazana z perspektywy dziennikarskiego śledztwa i procesu, w którym media wydały wyrok na długo przed sądem. Cara Delevingne – modelka i celebrytka oraz Daniel Brühl i Kate Beckinsale w rolach głównych.

Zanim powstał film, o tej historii było głośno na całym świecie. Prasa pisała, że jest w niej wszystko, czego potrzebuje dobry kryminał: morderstwo, miłość, seks, narkotyki, piękna podejrzana i kontrowersyjny prokurator snujący teorię satanistycznej orgii seksualnej, która miała doprowadzić do śmierci niewinnej dziewczyny.

Polska premiera: 19 czerwca 2015 roku

Źródło: http://bestfilm.pl/

„Córeczka” (1996)


Don i Barbara Mitchell mieszkają z córką adopcyjną, Jody, która sprawia problemy wychowawcze w szkole. Kiedy dyrektorka wspomina dziewczynce o przeniesieniu do podstawówki z internatem ta przerażona, że może zostać rozdzielona z rodziną, zabija ją i pozostaje poza wszelkim podejrzeniem. Kiedy w domu Mitchellów, na czas wakacji, zatrzymuje się Karen Conners, bratanica Dona destrukcyjne zachowanie Jody się nasila. Dziewczynka ma prawdziwą obsesję na punkcie ojca i jest w stanie wyeliminować każdego, kto zagraża ich relacjom. Tylko Karen dostrzega poważne anomalie w zachowaniu Jody, ale adopcyjni rodzice dziewczynki nie podzielają jej podejrzeń. Tymczasem Jody kontynuuje swój zbrodniczy proceder eliminowania każdego z otoczenia Mitchellów, kto w jej mniemaniu pragnie zniszczyć ich rodzinę.

Thriller twórcy między innymi piątej części „Cichej nocy, śmierci nocy”, Martina Kitrossera, który w swojej reżyserskiej karierze nigdy nie wybiegł poza produkcje telewizyjne i rynek wideo. „Córeczka” powstała na fali popularności motywu morderczego dzieciaka, rozpropagowanego między innymi przez twórców „Synalka” i „Mikey’ego”. Chociaż scenariusz Steve’a Pesce’a koncentrował się na małej dziewczynce (nie na chłopcu) łatwo odnaleźć w „Córeczce” echa tamtych filmów.

Oryginalność z pewnością nie jest jednym z elementów obrazu Martina Kitrossera. Rys psychologiczny młodocianej morderczyni, Jody Mitchell, jest zbliżony do charakterologii Mikey’ego. Łatwo zauważyć, że scenarzysta przy rozpisywaniu postaci Jody starał się troszkę moralizować. Pokazać, że procedura adopcyjna w połączeniu z tragiczną przeszłością wyrządza poważne szkody w psychice dziecka. Tutaj jest to posunięte do ekstremum. Ciągłe „przerzucanie” dziewczynki z jednej rodziny zastępczej do drugiej zaowocowało jej obsesyjnym pragnieniem utrzymania przy sobie Mitchellów, za wszelką cenę. Szczególną niezdrową sympatią Jodie obdarza swojego przybranego ojca, Dona. Idealizowanie go i pragnienie ciągłego pozostawania w jego towarzystwie zostało uwarunkowane tragicznym losem jej biologicznego ojca, z którym nigdy nie zdołała się pogodzić. Teraz, podobnie jak Mikey, usilnie pragnie dopasować się do nowej familii i w jedyny znany sobie sposób eliminować wszelkie problemy, które burzą rodzinny spokój, ale w przeciwieństwie do niego ze szczególną troską o właściwe relacje z zastępczym ojcem, który w jej oczach jest kimś wyjątkowym. Zbrodnie, które popełnia Jody w obawie przed zakłóceniem w jej mniemaniu rodzinnej idylli nie charakteryzują się większą brutalnością, czy innowacyjnością. Przez wzgląd na swoje gabaryty dziewczynka jest zmuszona uciekać się do podstępów w starciach z silniejszymi od siebie dorosłymi. Dyrektorkę zrzuca z krzesła, babcię spycha ze schodów, przyjaciółkę Barbary zachodzi od tyłu i uderza z zaskoczenia. Mordów jest oczywiście więcej, ale dosłownie wszystkie bazują na takim samym schemacie: unikania frontalnego ataku na rzecz podstępu. Chociaż kilka scen zabójstw aż prosiło się o większą drastyczność należy oddać scenarzyście, że należycie zatuszował niedostatki siłowe Jody, przekonująco oddając jej modus operandi. Ponadto twórcy zadbali o odpowiednie napięcie, podczas wszystkich scen mordów, ze szczególnym wskazaniem na ujęcia poprzedzające atak przybranej babci Jody i przyjaciółki jej zastępczej matki. W tym drugim przypadku najsilniej emocjonuje przeciągnięte w czasie, powolne podążanie dziewczynki śladami niczego nieświadomej kobiety, podlewającej kwiaty przy akompaniamencie stonowanej, acz idealnie zsynchronizowanej z obrazem ścieżki dźwiękowej. Przed zaatakowaniem babci natomiast Jody ucieka się do podstępu. Skłania staruszkę do zabawy w chowanego, podczas której zostawia na parterze magnetofon z nagraniem wołania o pomoc i kryje się na piętrze. Scenę, podczas której jej ofiara wspina się po schodach, aby na szczycie dobiegł jej uszu rozpaczliwy krzyk przybranej wnuczki, Kitrosser oddał z prawdziwym wyczuciem suspensu. Wiemy, że Jody za chwilę pojawi się za jej plecami, żeby zepchnąć ją ze schodów i właśnie owa nieuchronność tragedii najsilniej na nas oddziałuje.

W przeciwieństwie do „Mikey’ego”, „Córeczkę” oddarto z nadmiernie gęstego klimatu grozy. Uświadomienie nam, do czego zdolna jest Jody zagwarantowało Kitrosserowi odpowiednią aurę zdefiniowanego zagrożenia, należycie trzymającą w napięciu, dzięki skutecznym trickom realizatorskim, o których pokrótce wspomniałam wyżej. Ale jednocześnie twórcy odrobinę zaniedbali grę barw. Kolorystyka, przeciwnie niż w „Mikey’m” nie wywołuje wrażenia ciężkości, nie jest na tyle „przybrudzona”, aby dosłownie przygniatać odbiorców. Kitrosser postawił na większą delikatność, która owszem również może się podobać, ale jego film na pewno na dłużej pozostałby w pamięci, gdyby wykazał się większą odwagą w generowaniu atmosfery grozy. Zanim przejdziemy do związków „Córeczki” z „Synalkiem” warto wspomnieć o jeszcze jednej analogii z „Mikey’m”. Otóż, po niemalże każdym zbrodniczym akcie (bądź tuż przed nim) Jody sili się na jakiś adekwatny do sytuacji dowcip, który znacząco podkreśla jej szaleństwo. Po zrzuceniu przybranej babci ze schodów dziewczynka stwierdza, że najwięcej wypadków przydarza się w domu, a po zabiciu przyjaciółki Barbary zauważa, że w okolicy, aż roi się od bandytów. Takich dowcipnych, idealnie dopasowanych do aktualnej sytuacji tekstów wtłoczono w usta Jody o wiele więcej, i co ważniejsze z takim wyczuciem gatunku, aby nie natchnąć jej postaci cechami stricte prześmiewczymi. Inspirację z „Synalka” Steve Pesce najpewniej czerpał podczas rozpisywania wątku Karen, bratanicy Dona, która zatrzymuje się u nich na okres wakacji. Kuzynka Jody, aż do finału jest jedyną osobą z jej otoczenia (poza jej znajomą), która dostrzega poważne anomalie w jej zachowaniu. Oczywiście, początkowo nie dopatruje się w niej morderczej natury, ale z biegiem trwania własnego amatorskiego dochodzenia zaczyna podejrzewać, że Mitchellom grozi poważne niebezpieczeństwo. Wątek mało odkrywczy, ale znacząco dynamizujący fabułę i co ważniejsze reprezentowany przez właściwie jedyną aktorkę, która jako tako przyłożyła się do swojej roli. Roxana Zal całkiem przekonująco wykreowała postać Karen, mocno kontrastując z główną bohaterką - egzaltowaną, przesadnie dramatyczną Gabrielle Boni, której częste, jakże sztuczne wybuchy emocji dosłownie raniły moje oczy. Szkoda, że Kitrosserowi nie udało się zatrudnić lepszej młodocianej aktorki, choćby odrobinę, bo Boni zdecydowanie nie była w stanie podołać temu niełatwemu zadaniu. 

Dla wielbicieli thrillerów o morderczych dzieciakach „Córeczka” powinna być idealnym wyborem. Innowacyjności, czy większej odwagi w epatowaniu makabrą oraz duszącym klimatem tutaj nie uświadczymy, ale raczej wątpię, żeby entuzjastom tego typu filmów przede wszystkim na tym zależało. W swoim gatunku zdaje egzamin, choćby dzięki zdolności reżysera do należytego stopniowania napięcia i wciągającego snucia bądź co bądź konwencjonalnej historii. Poszukiwacze oryginalności zapewne będą rozczarowani „Córeczką”, ale osoby takie jak ja nieprzykładające do tego większej wagi w ogólnym rozrachunku powinni być zadowoleni.