Stronki na blogu

sobota, 5 grudnia 2015

Guillermo del Toro, Chuck Hogan „Upadek”


Wirus wampiryzmu błyskawicznie rozprzestrzenia się po całym świecie. W Nowym Jorku, kilkoro zorientowanych w sytuacji osób próbuje powstrzymać wiekowego krwiopijcę, Mistrza, odpowiedzialnego za pandemię. Były pracownik CDC doktor Ephraim Goodweather, jego syn Zach i koleżanka z pracy Nora Martinez, szczurołap Wasilij Fet oraz stary antykwariusz, Abraham Setrakian, który większość życia poświęcił na tropienie i eliminowanie wampirów ukrywają się w antykwariacie tego ostatniego, starając się opracować plan zażegnania kryzysu. Tymczasem Pradawni, wiekowe wampiry, zajmujący w hierarchii tę samą rangę co Mistrz, niezadowoleni ze zdemaskowania ich natury i zaniepokojeni ewentualnością wyczerpania się pożywienia, werbują do walki z nim gangsterów. Jednak jedyną nadzieją dla ludzkości wydaje się być stara, oprawiona w srebro księga, „Occido Lumen”, zawierająca kompletny opis strzyg. Setrakian wierzy, że odnajdzie w niej wytyczne zgładzenia Mistrza.

Druga część wampirycznej trylogii autorstwa Guillermo del Toro, który wsławił się szczególnie w profesji reżysera i scenarzysty oraz powieściopisarza Chucka Hogana. Po spektakularnym sukcesie pierwszej odsłony zatytułowanej „Wirus” i serialu opartego na całej historii, notabene również będącego wynikiem współpracy obu panów, Polakom wreszcie umożliwiono zapoznanie się z drugą, środkową odsłoną ich osławionego literackiego dzieła. Książką, która została doceniona przez amerykańskich krytyków, choć nie w takim stopniu, co jej poprzedniczka, do czego po części przyczynił się brak efektu nowości, szczególnie w charakterystyce wampirów, będący jednym z najsilniejszych elementów „Wirusa”, ale również tak charakterystyczna dla środkowych odsłon trylogii, swego rodzaju przejściowa akcja.

Po nastrojowym, niezwykle sugestywnym i pomysłowym zawiązaniu oraz rozwinięciu akcji, zaprezentowanych w „Wirusie” przyszła kolej na swego rodzaju przerywnik, czyli sfinalizowanie niektórych wątków zarysowanych w jedynce i zawiązanie nowych, tyle że tych najciekawszych dopiero pod koniec powieści. Lwia część „Upadku” koncentruje się na kreowaniu podupadającego świata w ogóle, a Nowego Jorku w szczególe, co nie jest często spotykane w literaturze wampirycznej, ale w zalewających rynek powieściach o żywych trupach już tak. Zresztą w dziełach traktujących o różnego rodzaju zarazach również, a specyfika krwiopijców w wydaniu del Toro i Hogana zasadza się na tajemniczym wirusie przemieniającym ludzi w krwiożercze bestie, podporządkowane Mistrzowi. Tak więc, jeśli rozpatrywać główną oś fabularną „Upadku” przez pryzmat tego rodzaju apokaliptycznej literatury to o żadnym novum nie może być mowy. Co gorsza fabuła chwilami się zapętla, tak jakby autorzy nie mieli pomysłu na zdynamizowanie niektórych wątków bądź też naznaczenie ich jakimiś pobudzającymi wyobraźnię elementami. Liczne, pozbawione mocniejszych aspektów gore szturmy wampirów na spanikowanych mieszkańców Nowego Jorku oraz obszerne wątki eliminowania ich przez domorosłych łowców wampirów w większości są pozbawione polotu, widowiskowości, która tak porywała podczas lektury „Wirusa”. Te wątki, niestety wysuwające się na czoło akcji, w pewnym sensie będące główną formą jej intensyfikacji to właściwie jedyne uchybienia autorów „Upadku”, ale przez wzgląd na swoją mnogość znacząco obniżające poziom lektury. Zupełnie inaczej sprawa ma się z wątkami pobocznymi, wplecionymi w fabułę, celem jej skomplikowania, ale też nadania nowatorskiego wymiaru. Doskonałym pomysłem było wtłoczenie w akcję oprawionej w srebro przeklętej księgi, „Occido Lumen”, jakoby zawierającej tekst spisany ze starożytnych mezopotamskich glinianych tablic, szczegółowo przedstawiający obraz prawdziwych, nie wykreowanych przez kinematografię i literaturę, strzyg. Z interludiów, szczątkowo przybliżających przeszłość Abrahama Setrakiana, dowiadujemy się, że mężczyzna długo poszukiwał tej owianej złą sławą księgi, podobnie jak Mistrz, zdający sobie sprawę z tego, że jeśli trafi w ręce jakiegoś człowieka jego jestestwo będzie zagrożone. Drugim wątkiem pobocznym miejscami ożywiającym konwencjonalną problematykę „Upadku” jest charakter Pradawnych, zmuszonych do połączenia sił ze swoim zwyczajowym pożywieniem tj. ludźmi i opowiedzenia się przeciwko terrorowi najmłodszego z nich, Mistrza. Ustępy koncentrujące się na zupełnie niepatriotycznej postawie miliardera, Eldritcha Palmera, który w zamian za nieśmiertelność sprzedał ludzkość charakteryzują się odrobiną jego rozterek egzystencjalnych oraz mnogością aspektów politycznych, co również poczytywałam na plus, bowiem odrywało mnie na chwilę od zupełnie niezajmujących, wręcz sztampowych scenek dziesiątkowania naszej rasy. Ostatnią wartą wyróżnienia tematyką „Upadku” jest kuriozalny konflikt rodzinny. Dziwaczny, bo tutaj o prawa do dziecka, Zacha, walczy zdesperowany łowca wampirów i jego zarażona była żona, która nie spocznie dopóki nie zdobędzie swojego syna. Owe ustępy są przyczynkiem do kilku iście dramatycznych, zdawać by się mogło z góry skazanych na porażkę prób chronienia chłopca, który notabene nie potrafi przeciwstawić się uczuciom, jakie żywi do matki, pomimo jej potwornej aparycji.

„Dużą część historii poprzedniego wieku napisano krwią. Napisali ją ludzie, kierując się swoimi chorymi przekonaniami i demonami. […] Szaleństwo […] to teraz nasze życie. Nie jest już zaburzeniem, lecz rzeczywistością.”

Po „Upadek” nie należy sięgać nie znając „Wirusa”, ponieważ jego problematyka jest bezpośrednim przedłużeniem fabuły części pierwszej. I jeśli wziąć pod uwagę ten wyznacznik (że książkę skierowano do czytelników jedynki) kuriozalna charakterystyka wampirów dla nikogo nie będzie zaskoczeniem. Efekt nowości został wyczerpany w „Wirusie”, ale to wcale nie oznacza, że wizja del Toro i Hogana całkowicie traci na atrakcyjności. Wszak w zalewie tych wszystkich, obecnie głównie młodzieżowych, powieści o Wiecznie Żywych z długimi kłami, pomagającymi w wysysaniu ludzkiej krwi, krwiopijcy będący nosicielami nitkowatych pasożytów, nicieni kotłujących się wewnątrz ich ciał i przysysających się do ofiar długimi żądłami wypuszczanymi z ust mają w sobie ogromne pokłady hipnotyzującego potencjału. Wręcz wszelkie predyspozycje do tego, żeby na stałe wpisać się we współczesny trend wampiryzmu. Więc pomimo wyeksploatowania takiej charakterystyki bestii we wcześniejszym tomie del torowskie i hoganowskie wampiry nadal fascynują. Chociaż autorzy istotnie miejscami mogli pokusić się o większą drastyczność, bardziej obrazowo przytoczyć ustępy okaleczania i zabijania ludzi oraz o silniej przemawiający do wyobraźni, duszący klimat, którego przecież w nadmiarze dostarczyli nam w „Wirusie”. Na plus należy jeszcze odnotować błyskotliwe odniesienia do ludzkości. Ogólnikowy obraz naszej destrukcyjnej natury, konkluzje, że może nie zasługujemy na rangę przewodniej rasy ziemskiej, że być może doskonalsze od nas wampiry byłyby łaskawsze dla sponiewieranej planety.

Myślę, że gdyby popracować dłużej nad „Upadkiem”, książka podobnie jak „Wirus” wyróżniałaby się na tle literatury wampirycznej. Może i nie przebiłaby poprzedniczki, o to byłoby trudno, ale przynajmniej bardziej zbliżyła się do jej wysokiego poziomu. W takim kształcie, w jakim ostatecznie oddano dwójkę do druku książka ma swoje walory rozrywkowe, na tyle silne, aby doczytać powieść do końca, pomimo kilku mankamentów z oczywiście subiektywnego punktu widzenia. Jestem ciekawa, jak del Toro i Hogan to rozwiną w trójce, bo w finale „Upadku” wysoko ustawili sobie poprzeczkę. Akcja zapewne skręci w stronę postapokaliptycznych realiów, w jakich kilku niedobitkom przyjdzie zmierzyć się z hordą wygłodniałych wampirów. Mam tylko nadzieję, że szablon nie będzie tak uwypuklony, jak w dwójce, że poczucie zderzenia ze znaną konwencją nie będzie tak silne, bo zarówno del Toro, jak i Hogan są na tyle doświadczonymi artystami, aby ożywić ten znany motyw wbijającymi się w pamięć, nowatorskimi wątkami.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 4 grudnia 2015

„Sinister 2” (2015)


Były zastępca szeryfa, So & So, przemierza kraj w poszukiwaniu domów, w których grasuje demon Bughuul. Śledztwo prowadzi go do wiejskiego gospodarstwa, w którym ukrywa się uciekająca przed brutalnym mężem Courtney Collins wraz ze swoimi synami, Dylanem i Zachiem. So &So podejrzewa, że będą oni kolejnymi ofiarami demona i postanawia zapobiec rychłemu terrorowi. Tymczasem Dylana w nocy nagabują duchy zabitych przez Bughuula dzieci, trzódka pozostająca na jego usługach, której zadaniem jest zapoczątkowanie krwawego rytuału. W tym celu zmuszają Dylana do nocnych seansów amatorskich filmików, na których w przeszłości zarejestrowali morderstwa rodzin. Zach jest zazdrosny o względy, jakimi dusze dzieci obdarzyły jego brata i próbuje skłonić ich do powierzenia tego zadania jemu. Tym bardziej, że Dylan jest oporny. Tymczasem ojciec chłopców, Clint, wykorzystując swoje liczne wpływy próbuje znaleźć sposób, aby zabrać rodzinę z powrotem do domu, czemu z kolei stanowczo sprzeciwia się So & So, zdający sobie sprawę, czym skutkuje przeprowadzka ludzi nawiedzanych przez Bughuula.

Kasowy sukces „Sinister”, horroru nastrojowego Scotta Derricksona, zachęcił filmowców do stworzenia jego kontynuacji. Tym razem na krześle reżyserskim zasiadł Ciaran Foy, który do tego momentu miał na koncie jedynie jeden pełnometrażowy film, „Citadel” z 2012 roku, w dodatku średnio przyjęty przez widzów. Za „Sinister 2” przemawiały natomiast nazwiska scenarzystów, Scotta Derricksona i C. Roberta Cargilla, którzy to odpowiadali za scenariusz części pierwszej. Jak to zwykle z sequelami mainstreamowych horrorów bywa zainwestowane pieniądze (10 milionów dolarów) szybko się zwróciły, a nawet przyniosły spory zysk, ale jednocześnie po raz kolejny sprawdziła się stara prawda o kontynuacjach – ludzie oblegają kina z potrzeby poznania ciągu dalszego lubianej historii, po czym wyrokują, że sequel nie zbliżył się do poziomu swojego poprzednika. Skrajne opinie prezentowali głównie krytycy, bezlitośnie punktujący wszystkie przywary „Sinister 2”, wielokrotnie zaznaczając, że to obraz nakręcony na fali popularności jedynki tylko z chęci zysku, niemotywowany potrzebą sprostania wysokim wymaganiom wielbicieli pierwszej odsłony. Masowi odbiorcy byli trochę łagodniejsi w swoich opiniach, również porównując kontynuację do jej poprzednika, oczywiście ze szkodą dla tej pierwszej, ale jednocześnie przyznając, że na miano całkowitej porażki dokonanie Foya sobie nie zasłużyło.

Wieść o powstaniu sequela „Sinister” przyjęłam z niejaką obojętnością. Wiedziałam, że film obejrzę ze zwykłej ciekawości, ale też nie spodziewałam się jakiegoś niezapomnianego hitu. Ot, nastawiałam się raczej na zwykły wypełniacz wolnego czasu, bez pretensji do czegoś wyróżniającego się na tle współczesnego kina grozy. I mniej więcej coś takiego dostałam, tyle że z drobnymi pozytywnie nastrajającymi smaczkami. Największą przyjemność sprawiły mi odniesienia do „Dzieci kukurydzy” Stephena Kinga, które to wedle słów twórców miały być hołdem złożonym tej znakomitej historii. Postać czarnowłosego, odświętnie ubranego Milo, zainspirowała osoba Issaca, przywódcy sekty złożonej z nieletnich oddających cześć bóstwu żerującemu na polu kukurydzy. Natomiast pogańskie bóstwo widmowych dzieci w „Sinister 2” pochodzi z czasów babilońskich, jest obecne w każdej kulturze (najprawdopodobniej to on jest tajemniczym Boogeymanem, przed którym drżą dzieci) i trudni się zawłaszczaniem dusz nieletnich, które go wzmacniają. Wszystkie te fakty wynikają ze śledztwa So & So (znany z jedynki, gdzie wcielał się w tę samą postać James Ransone). Scenarzyści bowiem w „Sinister 2” postanowili uchylić rąbka tajemnicy i znacząco rozbudować historię Bughuula (Bagula), tak enigmatycznie zarysowaną w jedynce. Rozwianie wszelkich wątpliwości, co do osoby demona w moim odczuciu zadziałało na niekorzyści filmu, oddzierając obraz z aury tajemnicy, tak mistrzowsko potęgowanej w „Sinister”. W dwójce niejako wszystko mamy wyciągnięte na wierzch, nie ma tutaj miejsca na domysły, czy wieloraką interpretację, co więcej sama historia nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle innych nastrojowych opowieści. Ot, kolejna rodzina prześladowana przez krwiożerczego demona i jego widmowych nieletnich wyznawców / ofiar. Scenarzyści nieco skomplikowali ich egzystencję wątkiem agresywnego ojca i męża, przed którym Courtney (przyzwoita kreacja Shannyn Sossamon) wraz z synami się ukrywa. Warstwa dramatyczna mnie osobiście znacząco umiliła ten w gruncie rzeczy liniowy seans, ale zapewne nie zelektryzuje optujących za innowacyjnymi rozwiązaniami, wymagających widzów. Choć z drugiej strony, jeśli już nie traumatyczna przeszłość Collinsów to może charakterystyka chłopców zyska uznanie również tej wspomnianej grupy odbiorców.

Dylan i Zach (bezbłędne kreacje Roberta Daniela i Dartaniana Sloanów) to całkowite przeciwieństwa. Podczas, gdy pierwszy, najczęściej padający ofiarą agresywnego ojca jest wyciszony i empatyczny, zupełnie jak matka to drugi stanowi raczej miniaturowe odbicie drugiego rodzica. Nadużywający przemocy fizycznej, egoistyczny i nieszanujący żadnych zasad Zach stanowi typowy obraz do szpiku zepsutego dzieciaka. Nic więc dziwnego, że kiedy pojawia się okazja udowodnienia swojej wyjątkowości, choćby nawet przed obliczem pradawnego demona chłopiec nie zamierza oddać palmy pierwszeństwa swojemu uczuciowemu bratu. Charakterystyka chłopców, choć mało odkrywcza, przez długi czas wręcz niesie fabułę „Sinister 2”, dodając jej odrobiny dramaturgii, napięcia wynikającego z reakcji wzbudzającego współczucie Dylana na widok nagrań, jakimi co noc raczą go demoniczne dzieciaki. Same taśmy, jak w wywiadach podkreślają twórcy, zawierają o wiele bardziej rozbudowane historie niż w jedynce, a i sposoby eliminacji ofiar zarejestrowane na nich nieco udziwniono. W jednym przypadku przekombinowano (zjadanie przez aligatory), ale pozostałe są na tyle ciekawe, żeby oglądało się to ze sporym zainteresowaniem. Zakopywanie rodziny w śniegu i pozostawienie jej, aby zamarzła, czy porażenie prądem same w sobie są całkiem udane, ale i tak najlepsze zostawiono na koniec – umiarkowanie krwawą torturę ze szczurami, której początek widziałam już w „Za szybkich, za wściekłych” i wówczas byłam zawiedziona, że twórcy nie odważyli się tego makabrycznie sfinalizować. Cóż, w „Sinister 2” się odważyli i to w wręcz mistrzowskim stylu. Atrakcyjności wszystkim nagraniom dodaje oprawa audio, mrożący krew w żyłach ciąg trzeszcząco-piszczących dźwięków skompilowanych z melancholijnymi dźwiękami, które robią tak piorunujące wrażenie i tak zagęszczają klimat grozy, że dźwiękowcom należą się duże brawa. Wszak można chyba wysnuć śmiałą tezę, że przynajmniej w tym jednym przypadku „Sinister 2” przebił swojego poprzednika. Ale niestety wydarzenia w czasie rzeczywistym na tle snuffów odrobinę rozczarowują. Jump scenek jest całkiem sporo, ale właściwie tylko jedna (i to w dodatku taka, którą widziałam już w zwiastunie) wyróżnia się większą pomysłowością. Mowa o So & So, który kilka razy oświetla latarką zniszczone pomieszczenie nie dostrzegając niczego w oddali, żeby nagle po którymś tam z kolei skierowaniu światła przed siebie, wyrosło przed nim demoniczne oblicze, Bughuula. Przyznaję, że w tym konkretnym momencie, pomimo, że sekwencja była już mi znana z trailera, lekko drgnęłam, ale właściwie tylko wtedy. Wykwitanie twarzy demona na monitorze laptopa, wyrastanie jego sylwetki nad śpiącym Dylanem i kilka innych równie szablonowych ujęć nie wywarły już na mnie większego wrażenia, a właściwie to żadnego. Pomimo starannego budowania klimatu niezdefiniowanego zagrożenia, do czego znacząco przyczyniła się sceneria wiejskiego gospodarstwa, a później pola kukurydzy oraz mroczne zdjęcia w chwilach szczytowej grozy. Dzięki oprawie audiowizualnej „Sinister 2” przyjmowało się z niejaką przyjemnością, bez zażenowania, nawet pod koniec w scenie żywcem wyjętej z „Dzieci kukurydzy”. Jakoś mnie w przeciwieństwie do większości widzów tak silna inspiracja w najmniejszym stopniu nie przeszkadzała, a nawet wywołała swego rodzaju poczucie nostalgii, choć już sam finał odrobinę rozczarowuje.

Do jedynki sequelowi daleko, ale tego spodziewał się chyba każdy jeszcze przed seansem filmu Ciarana Foya, dlatego to stwierdzenie dla nikogo odkrywcze nie będzie. Ale zaskoczyć ich może moja konkluzja, że w gruncie rzeczy, w oderwaniu od pierwszej odsłony, „Sinister 2” wypada całkiem zgrabnie. Oczywiście, sporo szczegółów można było poprawić, dłużej pomyśleć nad niektórymi rozwiązaniami fabularnymi i jump scenami, aby nieco wyróżnić się na tle innych horrorów nastrojowych, ale w takim kształcie przynajmniej nie jest nudno, czy żenująco, a to już coś jeśli mowa o tegorocznych straszakach.

czwartek, 3 grudnia 2015

„Berkshire County” (2014)


W przeddzień Halloween na imprezie, Kylie Winters, zostaje sfilmowana w trakcie stosunku oralnego z popularnym Marcusem. Nazajutrz w szkole odkrywa, że wielu uczniów jest w posiadaniu nagrania, które stało się przyczyną do niewybrednych żartów rówieśników kierowanych pod jej adresem. Zrozpaczona Kylie wraca do domu i przygotowuje się do wieczornego wyjazdu do Hrabstwa Berkshire, gdzie podczas tej halloweenowej nocy ma opiekować się dwójką dzieci, Phoebe i Samem. Okazałe, stojące na odludziu domostwo w nocy staje się celem tajemniczych osobników z maskami wyobrażającymi świnie na twarzach, którzy uparli się schwytać dzieci i ich nastoletnią opiekunkę.

Doceniony na różnego rodzaju festiwalach filmowych pełnometrażowy debiut kanadyjskiej reżyserki, Audrey Cummings, która od 2004 roku „wprawiała się” na shortach. Jednak nieprzynależących do kina grozy, dlatego też można założyć, że gdyby nie małe doświadczenie artystki w gatunku, „Berkshire County” (znany też pod tytułem „Tormented”) mogłoby wypaść lepiej, przynajmniej na tyle, aby zadowolić większą grupę odbiorców, nawet pomimo sztampowego scenariusza autorstwa Chrisa Gamble’a. Festiwalowa publiczność chwaliła dokonanie Cummings za autentyczność, ale niektórzy wielbiciele kina grozy utyskiwali na niski poziom techniczny i konwencjonalną, przewidywalną fabułę. Nie ma to nic wspólnego z ogólnie pojętą solidarnością, ale czuję się w obowiązku poprzeć tę drugą grupę odbiorców, ze wskazaniem, że pomimo wszystko nie zamierzam całkowicie zdyskredytować tej produkcji.

„Berkshire County” jest thrillerem, a konkretniej typowym przedstawicielem nurtu home invasion. Scenariusz bezkrytycznie powiela motywy wielokrotnie już eksploatowane w tym podgatunku, przez co dosłownie wszystkie wydarzenia można przewidzieć i to bez konieczności „nadwerężania mózgownicy”. Najlepszy jest zdecydowanie prolog, co samo w sobie już dużo mówi o wyczuciu reguł determinujących gatunek przez twórców, bo wstęp w oderwaniu od całości nie bazuje na grozie w dosłownym tego słowa znaczeniu. To raczej klasyczny dramatyczny wątek, przedstawiający liceum, jako siedlisko pozbawionych empatii młodych ludzi, którzy chętnie kompromitują rówieśników. Wystarczy jeden błąd, chwila słabości i odrobina ufności, aby stać się obiektem okrutnych żartów, o czym na własnej skórze przekonuje się Kylie Winters, dająca się namówić popularnemu koledze do stosunku oralnego. Temat niezwykle ciekawy i bez wątpienia uniwersalny, ale związany z późniejszymi wydarzeniami jedynie w warstwie psychologicznej, która notabene jest wątkiem pobocznym. Dopóki głównej bohaterce, nieprzekonująco wykreowanej przez Alysę King (zresztą swoją sztucznością nieodstającej od pozostałych członków obsady), nie przyjdzie zmierzyć się z prawdziwymi, nie nastoletnimi potworami będzie całą sobą prezentować obraz typowej ofiary prześladowań, przytłoczonej ogromem psychicznych cierpień i nierobiącej nic, żeby stawić im czoła. Scena poprzedzająca pobyt w hrabstwie Berkshire, kiedy to zrozpaczona Kylie bierze prysznic czytelnie nawiązuje do „Psychozy” Alfreda Hitchcocka. Nie wiem, czy był to celowy zabieg twórców, czy zwykły przypadek, ale zachęcił mnie do poszukiwania zbieżności z innymi produkcjami w dalszej części projekcji. Po dotarciu głównej bohaterki do odludnego, przestronnego domostwa mamy oczywiście do czynienia z popularnym motywem opiekunki do dzieci, szczególnie zbiegającym się ze scenariuszem remake'u „Kiedy dzwoni nieznajomy”. Niepokojący telefon, jaki odbiera dziewczyna niedługo po opuszczeniu domu przez gospodarzy i położeniu dzieci spać daje do zrozumienia, że scenariusz podąży w tym znanym nam już kierunku. Kylie będzie prowadzić długie, zagadkowe rozmowy z niezidentyfikowanym osobnikiem, powoli uświadamiając sobie, że jest obserwowana. Ale nie, bo zaraz potem akcja skręca w stronę bezpardonowego wkroczenia zamaskowanych oprawców do domu. W ich skład wchodzi dwóch dorosłych osobników i mały chłopiec. Wszyscy mają na twarzach świńskie maski, co jest którymś już tam z kolei nawiązaniem do „Piły”, która to rozpropagowała tę przemyślną, acz obecnie pozbawioną już atrakcyjności, formę zasłaniania swojego oblicza przez antagonistów.

O ile pierwsze, stateczne sekwencje można było przyjmować z niejakim zainteresowaniem w stanie przyzwoitego napięcia emocjonalnego może nie na miarę wstępnych i końcowych scen oryginalnego „Kiedy dzwoni nieznajomy”, a nawet nie na miarę jego remake’u, ale jak na standardy home invasion z drugiej dekady XXI wieku i tak będących zgrabnym zwiastunem rychłego koszmaru, o tyle odkrycie zagrożenia zapoczątkowuje ciąg iście monotematycznych zdarzeń. Monotematycznych, bo w kółko serwujących ostrożne podchody Kylie, a to celem wydostania się z domu, a to ukrycia się i wreszcie podjęcia próby wyrwania dzieci z łap oprawców. Swego rodzaju urozmaiceniem są jej rozmowy przez telefon komórkowy z telefonistką spod numeru alarmowego, Robertą UWAGA SPOILER aczkolwiek, jeśli wsłuchać się w jej porady szybko można zorientować się, kim tak naprawdę jest. Szczególnie podczas sekwencji w samochodzie Kylie, kiedy to Roberta radzi jej wrócić po dzieci. Wydawało mi się to na tyle nieprzystające do postępowania policji, która nade wszystko ma nie narażać cywilów, że z miejsca dotarło do mnie, iż rozmówczyni Kylie stoi po drugiej stronie barykady. Ten wątek bez odrobiny dobrej woli rodzi również pewną nielogiczność, szczególnie widoczną pod koniec, bo jeśli oprawcy przechwycili rozmowę z policją to, kto wysłał na miejsce patrol? Cóż, może namierzyli jej komórkę podczas pierwszego połączenia, to chyba jedyne wytłumaczenie, które zachowywałoby ciąg logiczny scenariusza KONIEC SPOILERA. Gdyby jeszcze Cummings pokusiła się o mroczniejszą oprawę i bardziej wyważoną pod kątem dramaturgii i napięcia akcję to te ciągłe bieganiny oglądałoby się z większym zaangażowaniem. A tak przez lwią część seansu przyszło mi beznamiętnie śledzić konwencjonalne, nużące wstawki. Ale nie cały czas, bo w „Berkshire County” w przeciwieństwie do większości reprezentantów kina grozy, policja nie przybywa na końcu, już po ostatecznej konfrontacji niedoszłej ofiary z oprawcami. Pojawia się w samym środku koszmaru, po to, aby stać się pożywką dla żądnych krwi napastników. Zjawia się też ktoś jeszcze, żeby odegrać podobną rolę, ale choć przez to scenariusz delikatnie dotyka konwencji slasherów to nie na tyle, żeby poczytywać go w kategoriach horroru. Same sceny mordów natomiast nie odznaczały się niczym na tyle pomysłowym, czy drastycznym, żeby wzbudzić moje choćby szczątkowe zainteresowanie. Wyłączając ostatnie, odważniejsze ujęcia, które ku mojemu ubolewaniu sprowadzono do uniemożliwiających przyjrzenie się szczegółom makabry migawek. Finalnie z całego tego spektaklu nieumiejętnie bazującego na emocjonalnym napięciu i ciągłych beznamiętnych pościgach mogę wyróżnić wewnętrzną przemianę głównej bohaterki. Nie jest to niczym nowym w kinie grozy, ale myślę że scenarzysta akurat ten element oddał na tyle zajmująco, żeby nie spisać całej tej produkcji na straty i przy okazji zręcznie połączył go z wprowadzeniem do historii, początkowo wydającym się w ogóle niezwiązanym z właściwą akcją.

Średniak? Może i tak, choć osobiście odebrałam „Berkshire County”, jako twór plasujący się o oczko niżej, głównie przez najdłuższą, nudnawą środkową partię, która w nurcie home invasion nie miała do powiedzenia nic, czego wcześniej już nie wyartykułowali inni twórcy tożsamego kina. Początek i koniec nawet interesujące, ale to za mało, żebym z czystym sumieniem mogła podsumować tę produkcję mianem przeciętniaka. Ale istnieje szansa, że osoby rozmiłowane w konwencji home invasion, tak bardzo, że odnajdują przyjemność w ich powtarzalności (ja mam tak ze slasherami), a nie jak ja zniechęcenie, zapałają sympatią do pełnometrażowego debiutu Audrey Cummings. Oni mogą chyba w ciemno zaryzykować seans, ale reszcie radziłabym się poważnie nad tym zastanowić.

wtorek, 1 grudnia 2015

„Martyrs. Skazani na strach” (2008)


Mała Lucie zostaje znaleziona w ciężkim stanie przy drodze i umieszczona w sierocińcu, gdzie zaprzyjaźnia się z Anną, której opowiada o mękach, jakie przeszła. Wyznaje jej również, że widuje zjawę okaleczonej kobiety, która zadaje jej fizyczny ból. Piętnaście lat później uzbrojona Lucie wkracza do domu czteroosobowej rodziny i bez słowa wyjaśnienia wszystkich zabija. O zdarzeniu informuje swoją partnerkę, Annę, która pomimo przerażania czynem Lucie, przybywa na miejsce zbrodni, celem pozacierania śladów.

„Martyrs. Skazani na strach” to jeden z najgłośniejszych reprezentantów nowego francuskiego ekstremizmu (zalicza się do niego również między innymi „Frontiere(s)” i „Najście”), choć wcale nie miał łatwych początków. Reżyser i scenarzysta produkcji, Pascal Laugier, wyznał, że miał spore problemy ze znalezieniem dystrybutora. Po długich poszukiwaniach udało mu się zawiązać współpracę z kanałem telewizyjnym Canal+, który patrząc z perspektywy czasu ubił intratny interes. Popularność, jaką nieoczekiwanie zdobył obraz Laugiera i to na arenie międzynarodowej zapewne zaskoczyła nawet samego twórcę, choć na wyrost byłoby stwierdzenie, że horror zyskał uznanie w absolutnie wszystkich kręgach widzów. Nie zyskał, bo i specyfika nurtu, do jakiego przynależy w swoją tradycję ma wpisane ryzyko stygmatyzacji. Filmy, które bezpardonowo przekazują jakieś treści przy użyciu skrajnej brutalizacji skierowane są do pewnej niszy, a dystrybucja kinowa i szumna kampania reklamowa, nawet w Polsce, przyciągnęły przed ekrany również odbiorców mainstreamowego kina. W torture porn nie jest to żadnym novum – reprezentanci tego nurtu często trafiają na duże ekrany, przez to tak liczne słowa krytyki skierowane pod adresem tych obrazów, a ściślej ich brutalności.

Pamiętam te pełen niesmaku recenzje i hasła promujące bądź krytykujące „Martyrs. Skazani na strach”, kiedy film wszedł na ekrany polskich kin. Jedni byli pod wrażeniem odwagi Laugiera, a drudzy ze wstrętem wspominali sceny skrajnej przemocy, którymi to jakoby przepełniony był cały seans. I tylko nieliczni długoletni wielbiciele niskobudżetowych tworów exploitation wzmiankowali, że w porównaniu do nurtów, w których nowy francuski ekstremizm ma swoje korzenie dokonanie Laugiera pod kątem fizycznej przemocy wypada dosyć łagodnie. Jestem skłonna zgodzić się z tą ostatnią, chyba najmniejszą grupą widzów, bo miałam poważny problem z doszukaniem się w tej produkcji przesadnego szafowania krwawymi sekwencjami. Oczywiście, twórcy nie uciekają przed posoką problem tylko w tym, że gros tego rodzaju ujęć wtłoczono w maksymalnie zdynamizowane sceny, umożliwiające widzom dojrzenie jedynie przebłysków makabry w wydaniu Laugiera. Liczne sekwencje cięcia ciała Lucie przez tajemniczą okaleczoną kobietę w ferworach walk rejestrowane celowo rozchwianą kamerą, czy nawet stateczna scena zaszywania jej ran przez Annę, ukazana migawkowo, raczej nie przystają do tych wszystkich szumnych zapowiedzi maksymalizacji dosłownej przemocy. Zbliżenia na makabrę? Cóż, nie jest to kunszt Lucio Fulciego, o długości tych ustępów nawet nie wspominając. Pascal Laugier przyznał, że inspirował się „Hostelem” Eliego Rotha i właściwie pod kątem pornograficznych zbliżeń na odniesione przez bohaterów obrażenia filmy są do sobie dość mocno zbliżone. Kilka się pojawia, ale z całą pewnością nie jest to taki ogrom, o jakim wspominali co poniektórzy recenzenci. Nie chcę, żeby to zabrzmiało, jak utyskiwanie na brak mocniejszych scen przez większość seansu (z tych rozważań wyłączam dwa krótkie ustępy), bo w zderzeniu z całą otoczką filmu takie podejście do graficznych obrazów fizycznej przemocy zadowala. Pragnę jedynie podkreślić, że z mojego punktu widzenia „Martyrs. Skazani na strach” absolutnie nie jest produkcją, którą mogłabym zdefiniować, jako obraz przeładowany dosłownymi scenami tortur. Do pewnego momentu cechuje się on swego rodzaju dehumanizacją, odważną, nihilistyczną narracją, ale odczuwalną przede wszystkich w klimacie i warstwie psychologicznej, a nie makabrze w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Pascal Laugier z zaburzeniem perspektywy czasowej przybliża nam historię Lucie, która w dzieciństwie przeszła jakąś długo nieprecyzowaną traumę, po czym trafiła do sierocińca, gdzie poznała swoją późniejszą życiową partnerkę, Annę. Przeszłość obu dziewcząt zredukowano do absolutnego minimum, celem szczątkowego zarysowania sytuacji, której szczegóły mają być ujawnione dużo później, w zamyśle w zaskakujących zwrotach akcji. Poza pączkującą relacją głównych bohaterek jedyne, co wyjawia nam prolog to koszmar, jaki Lucie niedawno przeszła oraz obecność jej nemezis, potwornie wychudzonej i okaleczonej kobiety z cierpiętniczym grymasem na twarzy (znakomita charakteryzacja), która z jakiegoś powodu zadaje jej fizyczny ból. UWAGA SPOILER Laugier może i sugeruje duchowy wymiar owej niewiasty, pragnąc wymusić na widzach przekonanie, że na jakimś poziomie scenariusz będzie funkcjonował w stylistyce ghost story, ale robi to na tyle nieudolnie, że z miejsca domyśliłam się, kim tak naprawdę jest prześladująca Lucie kobieta. Może gdyby zrezygnować z jej cielesności, pokusić się o kilka ujęć jej widmowej sylwetki Laugierowi udałoby się mnie zmylić KONIEC SPOILERA. Kiedy już krótki wstęp dobiega końca akcja skacze o piętnaście lat do przodu i naszym oczom ukazuje się idylliczny obrazek szczęśliwej rodzinki zasiadającej do śniadania w pewien niedzielny poranek. Kontrast nasłonecznionej kuchni i mrocznych korytarzy sierocińca widzianych przed chwilą jest aż nadto odczuwalny, co zapewne było celowym zabiegiem, mającym potęgować brutalizm następnej sekwencji. Wkroczenia w spokojną egzystencję kochającej się familii uzbrojonej kobiety i przerwania ich beztroski kilkoma szybkimi strzałami z dubeltówki. Z zimną krwią, bez słowa wyjaśnienia, bez pozostawienia szansy na pertraktacje. Wiemy, że to Lucie, ale jej motywów możemy się jedynie domyślać, wszak wszystkie rewelacje Laugier pozostawił ostatniemu aktowi scenariusza. Dopóki scenariusz dotyka konwencji home invasion film ogląda się z dużym zainteresowaniem, głównie przez uwypuklanie warstwy psychologicznej (relacji pomiędzy Lucie i Anną oraz problemów psychicznych tej pierwszej) oraz przez chłodny klimat, którym osnuto dosłownie każde ujęcie. Okazałe, wręcz muzealne wnętrze, gdzieniegdzie zbryzgane krwią robi wrażenie, tak samo jak zdawać by się mogło zimny akt zbiorowego morderstwa, popełnionego w nieprzystającej do tego rodzaju bezeceństwa porze dnia. Tyle, że wszystko, co dobre szybko się kończy, a w przypadku „Martyrs” moim zdaniem scenariusz traci na atrakcyjności z chwilą udzielenia odpowiedzi na wszystkie pytania, zadane wcześniej.

Dziewczyny z jakiegoś nieznanego mi powodu nie śpieszą się z oczyszczeniem miejsca zbrodni, pomimo narobienia hałasu wielką dubeltówką. Może dom stał na takim odludziu, że hałas nie docierał do uszu sąsiadów, to może być niejakim usprawiedliwieniem ich zachowania, ale tak długiego pozostawania w domu ofiar nie jestem w stanie zrozumieć. I właśnie owa nieopatrzność sprowadzi na jedną z nich koszmar, o jakim nawet nie śniła. UWAGA SPOILER Ostatnia partia scenariusza „Martyrs” zapoczątkowana jedną z mocniejszych scen z a la hełmem na głowie w przeważającej mierze zostaje sprowadzona do ciągłych ujęć dehumanizacji człowieka, koncentrujących się głównie na zadawaniu ciosów, co z czasem przestaje przygnębiać, a zaczyna zwyczajnie nużyć oraz pseudointelektualnych, religijnych rozważań, chwalonych za oryginalność, ale mnie osobiście jawiących się, jako pompatyczne. Cóż, o wiele bardziej trafia do mnie motywacja psycholi z „Hostela”, zabijanie dla samego aktu zabijania, bez mistycznej otoczki. Choć działalność oprawców można interpretować na dwa sposoby, Laugier na szczęście nie wyłuszczył wszystkiego, osobiście zapatruję się na to tak: jak nie szprycuję się lekami podczas menstruacji też cierpię tak, że widzę rzeczy, które nie istnieją. Czy to oznacza, że posiadłam wiedzę o życiu po śmierci? Innymi słowy filozofia oprawców do mnie nie trafiła, ale być może o to chodziło scenarzyście. Być może ich okrucieństwo w dużej mierze zasadzało się na bezsensownych przekonaniach. Innymi słowy, wierzyli w słuszność swojej idei i przysparzanie ludziom bólu nie robiło im żadnej różnicy, a ostatecznie zaprowadziło ich (jedną z nich) do konkluzji, że męczeństwo nie jest środkiem do celu. Na to wskazywałoby ostatnie ujęcie. Co nie zmienia faktu, że pomysł z męczeństwem nie wywarł na mnie żadnego wrażenia KONIEC SPOILERA. Pod koniec Laugier wreszcie zaserwował mi ułamek makabry, o której to rozwodzili się recenzenci. Ułamek, bo zrezygnował z długich zbliżeń na obdartą ze skóry postać, ale nawet w takiej szczątkowej formie ten sposób zadawania cierpienia poraża nieludzkim okrucieństwem i realistyczną charakteryzacją.

„Martyrs. Skazani na strach” odbieram na plus, aczkolwiek daleka jestem od określania tego filmu mianem jednego z najlepszych krwawych horrorów w historii kina. Przekonał mnie warstwą psychologiczną (wyłączając ostatnią partię scenariusza) i zimnym klimatem a la David Cronenberg. Oszczędność w szafowaniu makabrą szczególnie mi nie przeszkadzała, ale sfinalizowanie całej historii już tak, a że tak dalece rozciągnięto je w czasie nie jestem stanie całkowicie przekonać się do tego obrazu, kompleksowo rekompensując sobie elementy, które nie zaskarbiły sobie mojej sympatii wcześniejszymi, perfekcyjnymi sekwencjami.