Stronki na blogu

wtorek, 23 maja 2017

Paula Hawkins „Zapisane w wodzie”

W małym angielskim miasteczku Beckford zostaje odnalezione ciało Nel Abbott. Znajduje się w zakolu rzeki przez miejscowych nazywanym Topieliskiem ze względu na jego historię. W przeszłości utopiło się się tu kilka kobiet, jak wiele na to wskazuje wybierając ten sposób na odebranie sobie życia. Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem śmierci Nel Abbott jest więc samobójstwo, ale jej siostra Jules w to nie wierzy. Kiedy dowiaduje się, że Nel, do której od lat się nie odzywała nie żyje, a jej piętnastoletnia córka Lena potrzebuje opieki przybywa do Beckford, w którym się wychowała, aby zająć się siostrzenicą. Nastolatka nie ma wątpliwości, że jej matka popełniła samobójstwo, podobnie jak wielu innych mieszkańców miasteczka. Detektyw inspektor Sean Townsend uznaje jednak za konieczne przeprowadzenie gruntownego śledztwa. Tymczasem Jules stopniowo zapoznaje się z faktami z dorosłego życia swojej siostry niecieszącej się sympatią miejscowych, głównie z powodu książki, nad którą pracowała, traktującej o kobietach, które pochłonęło Topielisko.

Spektakularny sukces „Dziewczyny z pociągu”, bestsellerowej powieści przeniesionej na ekran przez Tate'a Taylora, najwyraźniej zachęcił jej autorkę, Brytyjkę Paulę Hawkins, do kontynuowania swojej pisarskiej przygody z thrillerem psychologicznym. Jej wcześniejsze publikacje napisane pod pseudonimem Amy Silver zasadzające się głównie na wątkach romantycznych i obyczajowych nie cieszą się taką poczytnością, jak pierwotnie wydana w 2015 roku „Dziewczyna z pociągu”, co może dowodzić, że Paula Hawkins lepiej spisuje się w mroczniejszej prozie. Pisarka w każdym razie chyba doszła do przekonania, że zyska więcej czytelników realizując się w thrillerze psychologicznym, że od czasu publikacji „Dziewczyny z pociągu” właśnie tego się od niej oczekuje. Mam tylko nadzieję, że dobrze się w nim czuje, że nie zmusza się do tworzenia opowieści egzystujących w ramach wspomnianego gatunku tylko po to, żeby ugruntować swoją pozycję na rynku literackim. Jej najnowsza powieść, „Zapisane w wodzie”, w ogóle na to nie wskazuje – właściwie to podczas tej lektury nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Paula Hawkins czuje się jak w domu, jakby całkowicie wsiąkła w stylistykę, która przyniosła jej światową sławę.

Zapewne niejeden fan „Dziewczyny z pociągu” na te słowa pokręci głową z niedowierzaniem, ale jeśli mam być szczera muszę przyznać, że Paula Hawkins omawianą powieścią przeskoczyła swoją poprzednią publikację. Moim zdaniem „Zapisane w wodzie” plasuje się na wyższym poziomie niż „Dziewczyna z pociągu”, wyraźnie bowiem widać, że brytyjska autorka znalazła sposób na efektowniejsze pogrywanie z czytelnikiem. Nie bez znaczenie jest również problematyka i miejsce akcji „Zapisane w wodzie” - bliższe mojemu sercu małomiasteczkowe realia osnute uwierającą, wręcz gęstą aurą tajemnicy, której korzenie zdają się sięgać XVII wieku, nawiązywać do procesów kobiet oskarżonych o praktykowanie czarów i paktowanie z Diabłem. W „Dziewczynie z pociągu” Paula Hawkins ochoczo eksperymentowała z narracją, dzięki czemu jej historia zyskała na jakości, nie dziwi więc, że zamiast zdecydować się na bardziej powszechną konstrukcję postanowiła nie tyle przy niej pozostać, ile raczej tę koncepcję rozbudować. Fabula omawianej powieści została ujęta z perspektywy większej liczby bohaterów niż miało to miejsce w przypadku poprzedniej książki Hawkins. Żeby tego było mało autorka wykorzystuje różne narracje - pierwszoosobową, trzecioosobową i moim zdaniem najciekawszą, bo niezbyt powszechną w tego typu literaturze formę bezpośredniego zwracania się do osoby zmarłej, wyłuszczania punktu widzenia Jules tak, jakby kobieta referowała swoje dzieje nieżyjącej siostrze. Dodajmy do tego kilka retrospekcji przybliżających czytelnikom traumatyczne przejścia trzynastoletniej wówczas Jules w 1993 roku i fragmenty książki, nad którą przed śmiercią pracowała jej siostra, Nel Abbott. Skupiała się ona na feralnym zakolu rzeki przecinającej ich rodzinnej miasteczko Beckford, zwanym Topieliskiem. A ściślej na kobietach, które poczynając od XVII wieku straciły w nim życie. Nel, co Hawkins jasno daje do zrozumienia, pokusiła się o własną interpretację tych tragicznych wydarzeń, nie należy więc ślepo wierzyć we wszystko, co napisała przed śmiercią. Z drugiej jednak strony jej wersja zaistniałych w przeszłości zdarzeń wydaje się wielce prawdopodobna, jak zauważa autorka owe nieszczęsne Topielisko może być czymś na kształt Aokigahara – lasu w Japonii, do którego przybywają ludzie pragnący ze sobą skończyć. Nie można jednak nie zignorować alarmistycznej sugestii przytoczonej w kontrowersyjnej pracy Nel. Zdania, które wskazuje na to, że Topielisko wcale nie przyciąga jednostek pragnących popełnić samobójstwo tylko jest miejscem zbrodni. Co z kolei stoi w jawnej sprzeczności z opisanymi przez Nel zgonami kilku kobiet, które w przeszłości, również niedalekiej, po raz ostatni odwiedziły to przeklęte miejsce. Przytoczony przed chwilą przymiotnik opisujący Topielisko nie jest przypadkowy, bo z tajemniczych opisów Pauli Hawkins, aż nazbyt wyraźnie przebija domniemanie skłonu w stronę motywu czarownic. Przedzierając się przez tę złożoną tajemnicę nie sposób nie ustrzec się podejrzeń, że autorka tym razem postanowiła zmierzyć się z wątkiem nadnaturalnym, spróbować swoich sił w tematyce wybiegającej poza ciasne ramy thrillera psychologicznego, być może nawet zahaczając o horror. Nie mogę wyjawić, jaki kierunek ostatecznie obrała, wybór ten jednak uważam za całkowicie trafiony. UWAGA SPOILER Z drugiej jednak strony nie jestem absolutnie przekonana, co do tego, że „wejście na tę drugą ścieżkę” okazałoby się dla Hawkins zgubne, bo zanim przystąpiła do stopniowego odkrywania tajników całej intrygi dała mi powody, by przypuszczać, że w stylistyce nastrojowego horroru również mogłaby się dobrze spisać KONIEC SPOILERA.

Młodziutką Libby oskarżono o czary i zaprowadzono nad rzekę. Dlaczego? […] Dlatego, że ona i jej babcia znały się na roślinach i ziołach, umiały robić lekarstwa. Wydawało się, że to głupi powód, ale w bajkach dla dorosłych zawsze roiło się od głupich okrucieństw; małe dzieci odprawiano spod szkoły, ponieważ miały inny kolor skóry, bito i zabijano ludzi, którzy czcili nie tego boga, co trzeba.”

W „Zapisane w wodzie” Paula Hawkins na pierwszy rzut oka korzysta ze sprawdzonych zabiegów, to jest pozornie oferuje nam powtórzenie swojego spojrzenia na literacki thriller psychologiczny. W ogólnym zarysie tak, ale jeśli wejrzeć głębiej dostrzeże się większe zdecydowanie autorki w żonglowaniu tak charakterystycznymi dla jej pióra elementami, pewność siebie, której jeśli spojrzeć przez pryzmat omawianej powieści brakowało jej podczas pisania „Dziewczyny z pociągu”. Wówczas mogła jeszcze obawiać się reakcji czytelników na eksperymentalną formę, którą zdecydowała się obrać, sukces tej powieści natomiast dodał jej wiatru w żagle – Hawkins zyskała pewność, że obrała właściwy kierunek, że jej podejście do thrillera psychologicznego zdobyło akceptację rzeszy czytelników, a więc nie musiała już powściągać swojego zamiłowania do kombinowania z formą. A przynajmniej ja tak na to patrzę. Czytając „Zapisane w wodzie” nie mogłam nie zauważyć, że wszystkiego jest tutaj więcej niż w „Dziewczynie z pociągu” - więcej różnych perspektyw, zdecydowanie gęściejsza aura jakże intrygującej tajemnicy, więcej mylących tropów i zaskakujących zwrotów akcji, które co ważne doskonale wpasowały się w całość i jeszcze wnikliwsze studium ludzkich słabości, pragnień i bolesnych trudów istnienia. W tym ostatnim posiłkowała się znanymi z „Dziewczyny z pociągu” bezwładnymi, nieskoordynowanymi, czasem zbyt krótkimi, innymi razy nazbyt rozbudowanymi zdaniami niezachowującymi stosownej składni, które początkowo trudno należycie przyswoić. Fenomen tego rozproszonego stylu polega jednak na tym, że niezwykle łatwo się do niego przyzwyczaić, z taką mocą w niego wsiąknąć, że z czasem książka zaczyna praktycznie czytać się sama. Postacie, którym towarzyszymy pomimo ich mnogości przestają tymczasem być fikcyjnymi produktami wyobraźni uzdolnionej pisarki, a zaczynają być traktowani przez odbiorcę jak ludzie z krwi i kości. Na pierwszy rzut oka doskonale nam znani, może nawet lepiej niż członkowie naszych rodzin, bo w końcu dostajemy tutaj bezpośredni wgląd w ich osobowości, wchodzimy w ich umysły – przez cały czas nie możemy jednak oprzeć się przeświadczeniu, że Hawkins coś przed nami ukrywa, że pokazuje nam jedynie ułamek ich jestestwa, celowo zaciemniając rzeczy najistotniejsze. Możemy spróbować je odkryć, autorka wręcz zachęca nas do tego – podjąć próbę zgłębienia mrocznego oblicza paru mieszkańców Beckford, najpierw musimy jednak wyłonić z tego grona głównych podejrzanych i rzecz jasna nie dać się zwieść licznym, jakże zmyślnym mylącym zabiegom Hawkins. Nie jest to wcale łatwe – w moim przypadku próba rozszyfrowania tajemnic małomiasteczkowej społeczności zaowocowała paranoicznym przekonaniem, że każdy ma na sumieniu jakieś grzechy, że każda przybliżona przez autorkę postać miała swój udział w rzekomym zakrojonym na całkiem szeroką skalę spisku w centrum którego tkwi złowieszcze Topielisko. Wrażenie wielce niewygodne, bo koncentrujące się na osobach, do których dzięki staranności Hawkins bardzo się przywiązałam. Którym głęboko współczułam, których procesy myślowe były dla mnie całkowicie zrozumiałe, wiarygodnie uzasadnione okolicznościami i ich jakże zróżnicowanymi indywidualnymi cechami, w wielu przypadkach ukształtowanymi bardzo ciężkimi przejściami. Co tylko ugruntowało we mnie przekonanie, że Paula Hawkins doskonale rozumie mechanizmy działania ludzkiej psychiki i potrafi sprawić, aby owa empatia nie tyle wzbogacała jej intrygującą opowieść, ile raczej stawała się głównym wyznacznikiem wysokiej jakości „Zapisane w wodzie”. Największym superlatywem jej najnowszego literackiego dziełka.

Jeśli wierzyć enigmatycznym doniesieniom prasowym filmowcy zamierzają „pójść za ciosem”, przenosząc na ekran również drugi thriller psychologiczny Pauli Hawkins. Filmowa odsłona „Dziewczyny z pociągu” cieszyła się zadowalającą oglądalnością, nikogo więc nie powinny dziwić plany uraczenia kinomaniaków kolejną opowieścią wymyśloną przez tę pisarkę. Czytelnicy mogą zapoznać się z nią już dziś, nie muszą czekać na, jak podejrzewam, hollywoodzką wersję „Zapisane w wodzie”. Do czego gorąco ich zachęcam, bo Paula Hawkins w mojej ocenie wzbiła się tutaj na prawdziwe wyżyny gatunku. Udowodniła, że nie jest autorką jednego przeboju, a wręcz obdarzyła mnie jeszcze bardziej interesującą historią, zręcznie podsycając ciekawość przemyślaną formą, cechującą się większym rozmachem i zdecydowanie skuteczniejszym wykorzystaniem wybiegów, które zastosowała w swojej poprzedniej powieści.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 21 maja 2017

„Satanic” (2016)

Zmierzające na festiwal muzyczny dwie młode pary, Chloe i David oraz Elise i Seth, postanawiają spędzić trochę czasu w Los Angeles, na zwiedzaniu miejsc związanych z satanizmem i okultyzmem. W sklepie z przedmiotami służącymi do czarnej magii dochodzi do scysji pomiędzy sprzedawcą i Sethem. Szukający mocnych wrażeń młodzi ludzie postanawiają dla zabawy podążyć za podejrzanym sklepikarzem po skończeniu jego dnia pracy. Mężczyzna zatrzymuje się w domu usytuowanym w zacisznym miejscu, po czym wraz ze swoimi znajomymi rozpoczyna dziwny rytuał. Obserwujący to Chloe, David, Elise i Seth w pewnej chwili zauważają młodą kobietę, którą wyznawcy Szatana najwyraźniej zamierzają oddać w ofierze swojemu panu. Występują w obronie nieznajomej i uciekają z miejsca zdarzenia. Nazajutrz niedoszła ofiara satanistów, Alice, kontaktuje się z nimi, chcąc zwrócić Sethowi telefon zgubiony przez niego w trakcie nocnej ucieczki. Młodzi ludzie proponują jej nocleg w pokoju hotelowym, w którym się zatrzymali. Przed laty miało w nim miejsce makabryczne wydarzenie z udziałem jednej z członkiń Kościoła Szatana. Alice skłania swoich nowych znajomych do wzięcia udziału w rytuale, który pozwoli im nawiązać kontakt z nieżyjącą satanistką.

Satanic” to horror satanistyczny klasy B w reżyserii Jeffrey'a G. Hunta, który dotychczas zajmował się jedynie serialami. Scenariusz do jego pełnometrażowego debiutu opracował Anthony Jaswinski, który w tej samej roli realizował się między innymi w takich produkcjach, jak „W głębi lasu”, „Zniknięcie na 7. ulicy”, „Kristy” i „183 metry strachu”. „Satanic” zbiera głównie negatywne recenzje – najbardziej bezlitośni są krytycy, łatwiej bowiem znaleźć przychylne temu obrazowi opinie wyrażone przez zwykłych odbiorców, przy czym jego przeciwników i tak jest dużo więcej.

Osoby ograniczające swoją przygodę z kinem grozy do wysokobudżetowych współczesnych obrazów mają zdecydowanie mniejszą szansę na odnalezienie się w tej produkcji od wieloletnich sympatyków niskobudżetówek, aczkolwiek wydaje mi się, że reakcje przynajmniej większości widzów wchodzących w skład tej drugiej grupy nie będą w pełni pozytywne. Jeffrey G. Hunt i jego ekipa nie zdołali bowiem uniknąć kilku jakże istotnych potknięć, które tyko w ułamku były następstwem niskich nakładów finansowych, nieporównanie bardziej szkodziły ich ograniczenia warsztatowe. Największą osobliwością cechuje się wkład operatorów i oświetleniowców – wydaje się, że stworzenie odpowiedniej oprawy wizualnej, w formie praktycznie nieosiągalnej dla tak wielu współczesnych twórców horrorów głównego nurtu, przyszło im łatwo, zgrzyty objawiły się wraz z pierwszą sekwencją, która w zamyśle miała bazować na szybko wzrastającym napięciu emocjonalnym. Lekko przybrudzone, przyblakłe zdjęcia, którym nierzadko akompaniują całkiem nastrojowe utwory muzyczne przywodzą na myśl kino grozy z lat 90-tych XX wieku, nie wydaje mi się jednak, żeby celem twórców „Satanic” było stylizowanie obrazu na produkcję rodem ze wspomnianej dekady. Odpowiednio złowroga, w żadnym razie nieplastikowa oprawa wizualna najpewniej prezentowałaby się zgoła odwrotnie, gdyby Jeffrey G. Hunt dysponował wielomilionowym budżetem – innymi słowy moim zdaniem taki, a nie inny obraz zawdzięczamy przede wszystkim niewielkiej gotówce, nie zaś, albo w mniejszym stopniu chwalebnemu (z mojej perspektywy) zapatrywaniu filmowców na kino grozy. Już w prologu widać jednakże, że twórcy nie potrafią należycie wykorzystać duszącej aury spowijającej właściwie każdy kadr „Satanic”. Intensyfikowanie atmosfery zagrożenia, zmuszanie oglądającego do trwożliwego wypatrywania wyraźnie zbliżającego się niebezpieczeństwa, zaciskanie jego krtani napierającą zewsząd grozą niewiadomego pochodzenia leżało poza zasięgiem twórców omawianego obrazu. Zabrakło konsekwentnej powolności w prowadzeniu sekwencji zwiastujących bezpośrednie zagrożenie życia, umiejętnego pogrywania ze światłem i cieniem oraz rzecz jasna wyboru najodpowiedniejszego momentu do skumulowania nagromadzonych emocji. Miałam nadzieję, że owe potknięcia nie unaocznią się w dalszych partiach filmu, że po zapoznaniu się z kontekstem prezentowanej historii z większym napięciem będę spoglądać na niedolę protagonistów niźli miało to miejsce w trakcie prologu. Pozornie niewinne wydarzenia następujące potem, to jest dzieje młodych turystów zwiedzających miejsca związane z satanizmem i okultyzmem w Los Angeles istotnie zasiewają ziarno niepewności. Nie tylko przez wzgląd na osobliwe zainteresowania dwójki z nich, która skłania pozostałych do towarzyszenia im podczas obchodu między innymi takich miejsc jak okolice domu, w którym zamordowano brzemienną Sharon Tate i jej przyjaciół oraz miejsce gromadzenia się wyznawców Kościoła Szatana założonego przez Antona Szandora LaVeya, ale również (albo przede wszystkim) dzięki wspomnianej już kolorystyce zdjęć. Irytujący zgrzyt pojawia się wówczas, gdy twórcy decydują się podnieść napięcie – zaprezentować dosadniejszy od wcześniejszych akcent okultystyczny, w formie podróży czwórki młodych ludzi śladami domniemanego wyznawcy Szatana, zakończonej widokiem fragmentu dziwnego rytuału przeprowadzanego w domu położonym w ustronnej okolicy, skąpanej w atramentowych ciemnościach. Na takie wydarzenia powinno się spoglądać z narastającą obawą, w mocno trzymającym w napięciu przeświadczeniu, że za chwilę wydarzy się coś okropnego. No cóż, wątpliwości co do tego, że młodym ludziom grozi niebezpieczeństwo nie miałam, ale daleka byłam od paraliżującego wszystkie zmysły przestrachu, zdecydowanie bliżej było mi do zobojętnienia tylko dlatego, że filmowcy nie potrafili wykrzesać zadowalającego napięcia z prezentowanej sceny. Tej i wszystkich następujących po niej.

Scenarzysta dynamizuje akcję dosyć późno i czyni to za sprawą wspomnianej już spontanicznej podróży głównych bohaterów „Satanic” do domostwa pełnego wyznawców Szatana oraz poprzez następujące niedługo potem spotkanie z młodą kobietą imieniem Alice, która jak wszystko na to wskazuje, gdyby nie ich interwencja zostałaby złożona w ofierze Księciu Ciemności. Ten drugi dosadny zwiastun nieuchronnie zbliżającego się niebezpieczeństwa poprowadzono nieporównanie lepiej, pewnie dlatego, że towarzyszyła mu bardziej wyrazista aura intrygującej tajemnicy. To znaczy dobrze zaznajomiony z kinem grozy widz nie powinien mieć żadnych trudności z przedwczesnym rozsądzeniem, gdzie należy wypatrywać niebezpieczeństwa – sekretny aspekt scenariusza zasadza się na charakterze owego zbliżającego się koszmaru, na sposobach oddziaływania sił nieczystych na egzystencję protagonistów. Sekwencja poprzedzająca feralne dzieje czwórki młodych ludzi, a finalnie sprowadzająca na nich prawdziwe przekleństwo to zdecydowanie najciekawszy ciąg wydarzeń zaprezentowany w „Satanic” pomimo nieodłącznego braku należytego napięcia. Makabryczna kulminacja owej scenki poprzedzona wymiotami i bezwiednym oddawaniem moczu mogłaby prezentować się nieco bardziej realistycznie (barwa substancji imitującej krew nie do końca mnie przekonała), ale w porównaniu do wydarzeń pokazanych później wypada zdecydowanie najlepiej. W czym zasługę miała nie tyle porażająca pomysłowość twórców, bo oryginalne to z pewnością nie było, ile dokładne unaocznienie widzom wszystkich szczegółów i oczywiście wyraźnie wybrzmiewające przekleństwo, z którym bohaterowie filmu będą zmagać się w kolejnej partii filmu. Moim zdaniem najsłabszej, głównie dlatego, że w zamyśle scenarzysty miała ona bazować na najwyższym napięciu, a jak już wspomniałam realizatorzy „Satanic” w tej materii nie potrafili się odnaleźć. Nie bez znaczenie było również posiłkowanie się sztucznymi wizualnie efektami specjalnymi (martwe ptaki w basenie, wstawki w opuszczonym budynku, w którym rozegrano ostatnią partię filmu) oraz kilka jakże nieskutecznych, właściwie to kompletnie niepotrzebnych jump scenek. Pochwalić muszę natomiast niespodziankę wplecioną w ostateczną konfrontację z siłami nieczystymi – motyw wykorzystywany już w kinie grozy, ale w kontekście takiego scenariusza zupełnie niespodziewany. A przynajmniej dla mnie, istnieje wszak możliwość, że znajdą się widzowie, którzy w przeciwieństwie do mnie właściwie odczytają podrzucony wcześniej trop naprowadzający na ten zwrot. Kolejnym superlatywem „Satanic”, o którym jakoś zapomniałam wspomnieć wcześniej, są wzbudzające sympatię postacie protagonistów, pomimo ewidentnych niedostatków warsztatowych ze strony ich odtwórców, włącznie z Sarah Hyland, która to w moim odczuciu była zbyt drętwa. Mało wyróżniająca się, pozbawiona charyzmy, co może i nie ubodłoby mnie tak mocno, gdyby nie wcielała się w postać zbudowaną w oparciu o cechy final girl, czyli sylwetki, którą w horrorze bardzo sobie cenię.

Satanic” to w mojej ocenie całkiem klimatyczny horror opowiadający prostą, przewidywalną, acz łatwo przyswajalną, w sumie to nawet nienużącą historię, którego największą bolączką jest brak tak bardzo oczekiwanego napięcia. Kilka innych potknięć również się pojawia, ale nie rażą one tak bardzo jak wspomniany mankament – gdyby zlikwidować tylko tę jedną przywarę i pozostawić pozostałe minusiki poziom „Satanic” w moich oczach i tak byłby wysoki. Ale w takim kształcie co najwyżej mogę spoglądać na niego w kategoriach tworu delikatnie wybijającego się ponad średnią, którego seans fan nastrojowego kina grozy klasy B może zaryzykować, ale nie powinien podchodzić do niego, jak do pozycji obowiązkowej, bez znajomości której nie można się obejść. Bo niczego wyjątkowego tutaj raczej nie zobaczy.

piątek, 19 maja 2017

„Valley of Ditches” (2017)

Młoda kobieta, Emilia, zostaje skrępowana przez nieznajomego mężczyznę imieniem Sean. Siedząc samotnie w jego samochodzie zaparkowanym na pustyni zauważa, że nieopodal jej oprawca kopie dół. Próbuje uciec, ale jej wysiłki okazują się bezskuteczne. Za swoje nieposłuszeństwo zostaje boleśnie ukarana przez Seana, który chwilę potem daje jej do zrozumienia, że jego celem jest nauczanie. Z jego słów można również wywnioskować, że jest człowiekiem wierzącym w Boga, przy czym jego pojmowanie religii okazuje się mocno wypaczone. Wykopany przez niego dół jest przeznaczony dla zamordowanego wcześniej chłopaka Emilii, Michaela, i dla niej samej. Sean przykuwa kobieta kajdankami do zwłok jej ukochanego, po czym wrzuca oboje do niezbyt głębokiej jamy w samym sercu pustyni. Potem zostawia ją samą.

Christopher James Lang dotychczas wyreżyserował trzy pełnometrażowe filmy. Jego debiutancki obraz (nie licząc shortów), „Franklin Wunder”, trwał zaledwie sześćdziesiąt dziewięć minut i podobnie jak druga produkcja Langa zatytułowana „Our Life in Make Believe” jest znany zaledwie garstce widzów. Thriller „Valley of Ditches” przyciągnął przed ekrany trochę liczniejszą publikę, ale jak na razie nic nie wskazuje na to, żeby dzięki tej produkcji Lang zdołał przełamać swoją złą passę. A szkoda, bo w moim pojęciu ten obraz zasługuje na zainteresowanie przynajmniej części wielbicieli gatunku. Scenariusz Christopher James Lang napisał we współpracy z Amandą Todisco, która wcieliła się w postać Emilii, głównej bohaterki „Valley of Ditches”, a na realizację filmu przeznaczył zaledwie trzydzieści pięć tysięcy dolarów.

Fabuła „Valley of Ditches” została skonstruowana tak, że do jej przełożenia na ekran nie potrzeba było pokaźnych nakładów finansowych. Niebezpieczeństwo stwarzała jedynie ewentualna konieczność zatrudnienia półamatorów, zwłaszcza w osobach operatorów, oświetleniowców i montażystów. Jakież więc było moje zdziwienie na widok w pełni profesjonalnej oprawy audiowizualnej – nie wiem, jak Christopher James Lang tego dokonał, ale udało mu się skompletować tak utalentowanych realizatorów, że praktycznie całkowicie przysłonili niedostatki budżetowe omawianego projektu. Silnie skontrastowane zdjęcia bezkresnej pustyni, za dnia skąpanej w gorących promieniach słonecznych, które składają się na długie, nieśpiesznie rozgrywane sceny okraszone smętną ścieżką dźwiękową wprawiającą w posępny nastrój niemalże przygniatają odbiorcę aurą wyalienowania na obszarze, w którym niepodzielną władzę zdaje się pełnić bardzo niebezpieczny osobnik. Sekwencje nocne rozgrywają się natomiast na mocno ograniczonej przestrzeni w postaci niezbyt głębokiego dołu, w którym główna bohaterka jest zmuszona przetrwać do rana u boku zimnego trupa swojego chłopaka. Taka perspektywa wprowadza iście klaustrofobiczny nastrój, choć ciemność napierająca na przerażoną młodą kobietę mogłaby być nieco mniej rozpraszana przez sztuczne oświetlenie – odrobinkę, bo przesada skutkowałaby niemożnością dojrzenia wszystkich szczegółów przez oglądającego. Nie żeby po zapadnięciu zmroku w dole działo się coś spektakularnego, a przynajmniej nie z punktu widzenia poszukiwacza zawrotnych akcji serwowanych na ekranie. Christopher James Lang i Amanda Todisco podczas przymusowego nocowania Emilii w tym nieprzyjaznym miejscu skoncentrowali się na jej emocjonalnych reakcjach na zaistniałą sytuację, dzięki czemu sprawili, że właściwie bez żadnego wysiłku ze swojej strony „weszłam w skórę ofiary”. Mogłam postawić się w jej ciężkim położeniu, a więc dzielić z nią emocje. Scenarzyści wpletli w te sceny wtręty retrospektywne, które wzmocniły moją więź z główną bohaterką poprzez obdarzenie jej dodatkową porcją współczucia. Okazuje się bowiem, że Emilia już wcześniej była ofiarą. Własnego ojca, który wymagał od niej całkowitego posłuszeństwa, bijąc ją za każdy przejaw niesubordynacji, niedostosowania się do wprowadzonych przez niego zasad, które uczyniły z niej więźnia. Twórcy „Valley of Ditches” symbolizują jej niegdysiejsze i obecne zniewolenie za pomocą pojawiających się co jakiś czas obrazków leżącej na pustyni Emilii z kończynami przywiązanymi do palików wbitych w ziemię. Bo w gruncie rzeczy właśnie o tym jest ten film – o tkwieniu w niewoli, w mentalnej matni, w którą młoda kobieta została wepchnięta przez dwóch mężczyzn, i z której za wszelką cenę stara się wydostać. Scenarzyści nie ukrywają, że jeden z oprawców Emilii cierpi na kompleks Boga, że stara się nauczać czerpiąc inspirację ze Starego Testamentu. Jest osobą wierzącą, poszukującą odpowiedzi na nurtujące ją pytania natury religijnej, aczkolwiek jego pojmowanie wiary jest aż nadto wypaczone. Russell Bradley Fenton idealnie wpasował się w rolę wymuskanego, czasem zimnego jak głaz, innymi razy emanującego czystą wściekłością Seana, który zapalał się przede wszystkim wówczas gdy mówił o Bogu i swojej misji. Amanda Todisco w roli Emilii mocno od niego odstawała – jej kreację znaczyła egzaltacja i „kwadratowa dykcja”, ale pomimo dużych niedostatków warsztatowych u tej aktorki zdołałam zapałać niemałą sympatią do odgrywanej przez nią postaci. Dzięki podejściu scenarzystów do tej sylwetki, zagłębianiu się przez nich w jej intrygującą psychikę, innymi słowy dzięki zaserwowaniu kompleksowego studium osobowości zniewolonej kobiety, targanej słusznym gniewem, który może jej dopomóc w wyrwaniu się z tej matni, równie dobrze jednak może przyczynić się do jej moralnego upadku.

Przez większość czasu twórcy „Valley of Ditches” powstrzymywali się od szczegółowego portretowania dosadniejszej fizycznej przemocy. To znaczy takie ujęcia, jak ciągnięcie skrępowanej kobiety po pustyni, czy przyciskanie ostrego szpadla do jej ramienia widzimy doskonale, ale już bardziej drastyczny moment miażdżenia nogi ofiary drzwiami samochodowymi rozgrywa się poza kadrem – naszym oczom ukazuje się dopiero opuchnięta kończyna cierpiącej kobiety. Zakrwawionej twarzy jej nieżyjącego chłopaka również będziemy mogli dobrze się przyjrzeć, ale już retrospektywna sekwencja jego zabójstwa jest pozbawiona pornograficznych zbliżeń na odniesione przez niego obrażenia. Nawet chwile zetknięcia się dłoni rozwścieczonego ojca Emilii z jej twarzą są skrzętnie ukrywane przed wzorkiem oglądającego. Biorąc to wszystko pod uwagę byłam wręcz przekonana, że nie należy czekać na odstręczającą makabrę, której szczerze powiedziawszy w ogóle mi nie brakowało, bo drastyczny wymiar scenariusza został na tyle wyraziście zaakcentowany, żebym nie miała nieprzyjemnego wrażenia nadmiernego wycofania twórców. Ponadto sugestie cielesnych tortur były tak klarowne, że bez żadnych problemów odmalowywałam w swojej wyobraźni wszystkie makabryczne detale. I tak aż do... napisałabym, że czegoś pięknego, ale mam świadomość, że to dziwnie zabrzmi w kontekście długiego, realistycznego, czyściutkiego gore. „Valley of Ditches” to thriller, ale tej jednej scenki może mu pozazdrościć niejeden krwawy horror. Tak doskonałej i to zarówno od strony technicznej, jak i pod kątem inwencji, emanującej taką ohydą i zarazem oczyszczającą świadomością zrywania mentalnych kajdan od lat tłamszących osobowość Emilii, że wprost nie można przejść obojętnie obok niemałego talentu jej twórców. Moja satysfakcja na widok tego, w zestawieniu z tym co zobaczyłam wcześniej, zaskakującego spektaklu obrzydliwości była tak wielka, że obejrzałam to sobie nie jeden, a dwa razy. Wyżej wspomniałam, że z owej scenki przebija swoisty oczyszczający pierwiastek, innymi słowy sugestia, że główna bohaterka tym czynem wychodzi wreszcie z niewoli, w której pozostawała od śmierci matki, scenarzyści jednak nie pozwalają aby ostatni akt „Valley of Ditches” utwierdził widza w tym przeświadczeniu. UWAGA SPOILER Emilia pod koniec filmu przystępuje do zemsty - coś a la rape and revenge, tyle, że bez gwałtu. I być może wówczas wreszcie jest w pełni sobą, chociaż moim zdaniem jej osobowość została ukształtowana przez jej oprawców. Upodobniła się do nich, co wybrzmiewa wyraźnie na przykładzie zamordowania nieświadomej czynów swojego męża małżonki Seana (nie jego samego, bo moim zdaniem w pełni zasłużył sobie na los, jaki go spotkał). Zabija niewinną kobietę, po to aby jej niedawny oprawca mógł poczuć to samo, co czuła ona patrząc jak morduje jej ukochanego. Mamy więc wszelkie powody by sądzić, że na skutek traumy, którą przeżyła stała się taka jak on, że po wyrwaniu się z roli ofiary stała się oprawcą, a więc wydostania się z dołu wykopanego na pustyni ciężko uznać za moment oczyszczenia. Należy chyba spoglądać na to wydarzenie, jak na chwilę mentalnego upadku, wkroczenia na drogę nieprawości, którą podążali również jej oprawcy KONIEC SPOILERA.

Valley of Ditches” to tego typu kino, które niemalże idealnie wpasowuje się w mój gust, jestem jednak przekonana, że nie każdy wielbiciel filmowych thrillerów będzie w stanie się w nim odnaleźć. Fabuła nie grzeszy skomplikowaniem, a akcja posuwa się do przodu tak nieśpiesznie, że poszukiwacze dynamicznych, mocno zaskakujących dreszczowców najpewniej poczują się zawiedzeni. Ale miłośnicy takich klimatów mają szansę odnaleźć się w koncepcji Christophera Jamesa Langa – takich czyli ogólnie rzecz ujmując prostych acz intrygujących opowieści leniwie wyłuszczanych z poszanowaniem klimatu wyalienowania i zagrożenia. Z dużym skupieniem na postaci zaszczutej ofiary zamiast na jak to nierzadko we współczesnym kinie bywa widowiskowych efektach specjalnych powpychanych w nadmiernie rozpędzoną akcję pełną sylwetek, w psychikę których nie uznaje się za stosowne zbytnio zagłębiać.

czwartek, 18 maja 2017

Dean Koontz „Maska”

Paul i Carol Tracy tworzą udane małżeństwo, któremu do całkowitego spełnienia brakuje tylko dziecka, na gruncie zawodowym wszakże oboje radzą sobie bardzo dobrze. Kobieta realizuje się w dziedzinie psychiatrii dziecięcej, a jej mąż pracuje na uniwersytecie i pisze książki. Przez wzgląd na bezpłodność Carol decydują się na adopcję dziecka, wydaje się jednak, że jakaś siła próbuje nie dopuścić do owocnego sfinalizowania tej procedury. W otoczeniu Tracych zaczynają mieć miejsce zastanawiające zjawiska, ale starają się nie przykładać do nich większej wagi. Pewnego dnia Carol potrąca samochodem piętnastoletnią dziewczynę, która po przebudzeniu w szpitalu nie pamięta żadnych faktów ze swojego życia, więc lekarze nadają jej tymczasowe miano Jane Doe. Dręczona wyrzutami sumienia Carol szybko przywiązuje się do nastolatki. Gdy dziewczyna jest zmuszona opuścić placówkę kobieta za zgodą Paula dopełnia wszystkich formalności dających jej prawo zaopiekowania się nastolatką do czasu odnalezienia jej rodziny. Pragnąc dopomóc jej w odzyskaniu wspomnień Carol zaczyna hipnotyzować Jane. To co odkrywa już w trakcie pierwszego seansu napawa ją ogromnym zdumieniem.

Powiadają, że Stephen King jest autorem nierównym, że w jego twórczości można odnaleźć zarówno prawdziwe perełki, jak i co najwyżej przeciętniaki. To prawda, ale na tym poletku nie może się równać ze swoim rzekomo najpoważniejszym konkurentem, Deanem Koontzem. Bibliografia tego ostatniego obfituje zarówno w doskonale skonstruowane, wprost zachwycające dojrzałym warsztatem powieści, które można śmiało nazwać arcydziełami literatury grozy (a przynajmniej ja nie mam takich oporów), ale w jego dotychczasowym pisarskim dorobku odnajdziemy również masę B-klasowców – często niedługich, niechlujnie napisanych prostych historii, które mogą wzbudzić niesmak u osób przyzwyczajonych do tego drugiego lepszego oblicza Deana Koontza. Pierwotnie wydana w 1981 roku pod pseudonimem Owen West, „Maska”, wpisuje się w poczet B-klasowej literatury Koontza, a więc czytelnikom, którzy spodziewają się jakości zbliżonej do chociażby „Szeptów”, czy „Intensywności” radzę zweryfikować swoje oczekiwania przed przystąpieniem do lektury omawianej pozycji.

Z tych książek Deana Koontza, które dotychczas przeczytałam mogę wyłonić tylko jeden utwór stricte klasy B, który wprawił mnie w czysty zachwyt, a nawet wzbudził niemały niepokój utrzymujący się długo po skończeniu lektury („Nocne dreszcze”). Natrafiłam jeszcze na kilka takich pozycji, które mogę uznać za dobre, ale w mojej ocenie większość z nich (tj. przeczytanych przeze mnie) ponad przeciętność absolutnie się nie wybija. „Maska” z całą pewnością nie przekracza owej „magicznej granicy”, choć do zwykłego gniota z mojego punktu widzenia jeszcze jej trochę brakuje, muszę jednak zaznaczyć, że niejeden jej odbiorca właśnie tak się na tę pozycję zapatruje. Głównym winowajcą jest bez wątpienia warsztat obrany przez autora, który to mocno spłaszczył tę jakże ciekawą koncepcję fabularną. I różnorodną, bo wykorzystującą nie jeden, a kilka dobrze znanych wielbicielom horrorów motywów. Pierwsze ustępy „Maski” każą sądzić, że mamy do czynienia z typową ghost story, klasyczną opowieścią o poltergeiście nawiedzającym domostwo kochającego się małżeństwa, którego obecność Dean Koontz z denerwującą ilościową przesadą akcentuje onomatopeją „łup”, zdradzając także, że dudnienie czasem jest tak donośne, że wprawia w drgania okazałe domostwo głównych bohaterów książki. Ponadto autor już na wstępie nie pozostawia żadnych wątpliwości, że potężne burze, które co jakiś czas przechodzą przez miasto bynajmniej nie należą do zwyczajnych. Dzieje Tracych Koontz przeplata z losami Grace Mitowski, kobiety w podeszłym wieku, która przed laty zaadoptowała nastoletnią wówczas Carol. Obie protagonistki nawiedzają koszmary senne, które jak podejrzewa Grace mogą okazać się prorocze. Najpewniej szybko przeszłaby nad nimi do porządku dziennego, gdyby nie niepojęte wydarzenia, którym w kolejnych dniach świadkuje. Wiele wskazuje na to, że osobowość jej kota Arystofanesa diametralnie się zmieniła, Grace ma wręcz całkowicie uzasadnione wrażenie, że zwierzak próbuje ją skrzywdzić. Na domiar złego odbiera telefony od człowieka, który podaje się za jej zmarłego męża i starającego się skłonić ją do powstrzymania siły, która zagraża Carol. Kolejny charakterystyczny dla horroru motyw ujawnia się w zagadkowej postaci piętnastoletniej dziewczyny z amnezją, której Carol stara się pomóc. Ilekroć dziewczyna podejmuje świadomą próbę sięgnięcia pamięcią wstecz ogarnia ją wręcz paraliżujący lęk, tak jakby prawda o jej dotychczasowym życiu była tak straszna, że jej mózg wzbrania się przed odblokowaniem wspomnień. Co więcej dziewczyna nocami lunatykuje, a przez sen wypowiada słowa, które powinny zmusić odbiorcę do wypatrywania w jej postaci największego zagrożenia. Najbardziej zagadkowo przedstawiają się jednak rewelacje ujawnione podczas hipnozy, którym poddaje ją Carol Tracy. Przez chwilę, bo „Maskę” spisano w taki sposób, że przedwczesne dojście do prawdy nawet przez mniej domyślnego czytelnika wydaje się niemalże gwarantowane – owe rozwiązanie zagadki podpina się pod jeszcze jeden znany fanom gatunku motyw, którego jednakże Koontz podobnie jak pozostałych nie portretuje w wyczerpujący, a co za tym idzie w pełni zadowalający sposób.

Wykorzystanie kilku jakże nośnych w tym gatunku motywów do zbudowania spójnej opowieści o nadprzyrodzonej sile czyhającej na życie młodej kobiety stanowiło doprawdy obiecujący zabieg. Ale jej jakość drastycznie zaniża maksymalnie uproszczony styl autora, któremu na domiar złego najwyraźniej bardziej zależało na zawrotnej akcji kosztem klimatu grozy, który przecież powinien być nieodłącznym towarzyszem tego rodzaju historii. Zamiast przystanąć i dokładnie opisać chociaż jeden z prezentowanych motywów z równoczesną dbałością o budowanie zagęszczającej się aury niedookreślonego zagrożenia Koontz sprintem prześlizgiwał się przez absolutnie wszystkie wątki, nie przejmując się nawet tym, że po drodze „upuszcza” tak wiele łatwych do właściwego odczytania tropów, że wyjaśnienie całej intrygi traci na elemencie zaskoczenia. Żeby było zabawniej wygląda to tak, jakby autor „Maski” podczas pisania tego utworu nie miał wątpliwości, że przygotowane przez niego niespodzianki oszołomią w jego mniemaniu nieprzygotowanych na nie odbiorców – chociaż z drugiej strony gwoli sprawiedliwości należy przypomnieć, że książkę po raz pierwszy opublikowano w latach 80-tych, czyli w czasach, w których pisarzom łatwiej było czymś zaskoczyć czytelników niż obecnie. Ja mogę oceniać tę powieść jedynie przez pryzmat współczesnego odbiorcy, a patrząc tymże okiem przede wszystkim nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że „Maska” sporo by zyskała, gdyby Koontz spisał ją w stylu zbliżonym do wydanych rok wcześniej „Szeptów”. Powiem więcej: gdyby do fabuły omawianej powieści podszedł z porównywalną starannością być może dzisiaj owa opowieść byłaby określana przez fanów literatury grozy, jako jedna z lepszych powieści o siłach nadprzyrodzonych, bo samemu pomysłowi na fabułę naprawdę nie mogę niczego zarzucić. Chociaż osoby definiujące dobry horror jedynie przez pryzmat oryginalności zapewne zgoła inaczej będą się zapatrywać na ten element „Maski”. Rozczarował mnie za to sposób wyłuszczania tej historii - nazbyt pośpieszna narracja, szczątkowe opisy miejsc i zdarzeń i ogólnikowe rysy psychologiczne czołowych postaci. Jeśli chodzi o to ostatnie to autor pogorszył jeszcze mój odbiór głównych bohaterów przesłodzonym portretem ich małżeńskiego pożycia. Dążenie do przekonania czytelnika, że Carol i Paul Tracy są szczęśliwym, bardzo kochającym się małżeństwem w kontekście takiej historii było całkowicie zrozumiałe. Będę się jednak upierać, że najlepszym sposobem do wyartykułowania tej myśli na pewno nie jest sprowadzanie większości konwersacji zakochanych protagonistów do wzajemnych płomiennych wyznań swojej miłości. W romansach może i jest to wskazane, ale osoba sięgająca po horror spodziewa się raczej mniej mdlącego sposobu podkreślania więzi pomiędzy pierwszoplanową parą bohaterów. Jeśli miałabym wybrać postać, którą w „Masce” przedstawiono najlepiej to wskazałabym Grace Mitowski, aczkolwiek nawet w tym przypadku radzę nie liczyć na kompleksowy ogląd osobowości postaci.

„Maska” to przykład drastycznego obniżenia rangi opowieści miernym warsztatem pisarza. Byłoby to w pełni zrozumiałe, gdyby Dean Koontz jeszcze przed wydaniem omawianej pozycji nie udowodnił, że stać go na więcej. Wiem, że ten autor odnajduje przyjemność również w tworzeniu utworów klasy B, że jest zainteresowany dokładaniem swoich cegiełek do wspomnianego odłamu literatury grozy, a przynajmniej tak wnoszę z jego twórczości. Ale moim zdaniem akurat ten pomysł zasługiwał na coś więcej. Bo wygląda to tak, jakby autor na własne życzenie zaprzepaścił niemały potencjał drzemiący w fabule, jakby kierowało nim osobliwe pragnienie osłabienia jakości obmyślonej przez siebie fabuły. Wiele B-klasowców Deana Koontza cierpi na tę przypadłość, ale ze wszystkich które dotychczas przeczytałam to właśnie „Maska” pozostawiła mnie z najsilniejszym poczuciem zmarnowanego materiału.

wtorek, 16 maja 2017

Filmy Monolith Films podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes

Podczas jubileuszowej 70. edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes Monolith Films zaprezentuje trzy filmy, które niebawem pojawią się na ekranach polskich kin. Roman Polański w „Prawdziwej historii” przedstawi opowieść o wypalonej zawodowo pisarce, Taylor Sheridan w „Wind River” będzie rozwiązywał zagadkę tajemniczej śmierci, a Yorgos Lanthimos uwikła Colina Farrella w niebezpieczną relację z protegowanym.

PRAWDZIWA HISTORIA (Based on True Story)
PREMIERA: do potwierdzenia

Roman Polański tym razem przenosi na ekran bestsellerową powieść Delphine de Vigan pod tytułem „Prawdziwa historia”.

Thriller psychologiczny o rodzącej się przyjaźni popularnej pisarki z tajemniczą czytelniczką, która z czasem ujawnia swoje mroczne oblicze.
Delphine (Emmanuelle Seigner) to poczytna paryska pisarka, która od jakiegoś czasu cierpi na brak weny. Gdy pewnego dnia w trakcie podpisywania książek poznaje tajemniczą kobietę (Eva Green), jej życie zaczyna stopniowo zbaczać z wcześniej wytyczonego toru. Między kobietami rodzi się relacja, która z czasem z przyjaźni zmienia się w toksyczne uzależnienie. Delphine zaczyna tracić kontrolę nad swoim życiem, a wszystko co uważała dotychczas za pewnik, zmienia swe pierwotne znaczenie.

Roman Polański o filmie:
Do podjęcia pracy nad tym filmem skłoniła mnie myśl bardzo prosta: zdałem sobie sprawę, że jeszcze nigdy nie pokazałem na ekranie starcia dwóch kobiet. W moich dotychczasowych filmach, poczynając od pierwszego, Noża w wodzie, nieustannie mocują się mężczyźni, w przeróżnych konfiguracjach, tragicznych i groteskowych. Ważne miejsce zajmuje w tych filmach wojna płci. Kobieta bywała u mnie wielokrotnie osią intrygi, czasami wręcz jako główny temat opowieści, stawka, o którą idzie gra.
Konfrontacje dwóch kobiet także się u mnie zdarzały, choćby w Dziecku Rosemary czy w Rzezi. W tych dwóch filmach jednak kobiety nie działały indywidualnie, lecz w porozumieniu z innymi postaciami, czy to z członkami tajemniczej sekty "satanistycznej", czy wręcz ze ślubnymi małżonkami.
Nigdy natomiast nie filmowałem dwóch kobiet w pojedynku, mano a mano, dwóch kobiecych indywidualności rywalizujących o prymat, czy nawet walczących o życie.
Ten aspekt właśnie zainteresował mnie w powieści Delphine de Vigan, która porusza ponadto inny jeszcze temat, bliski mi i od dawna podniecający moją wyobraźnię: dwuznaczne, częstokroć wręcz mętne stosunki, jakie utrzymujemy z rzeczywistością.

Reżyseria: Roman Polański („Pianista”, „Chinatown”, „Rzeź”, „Franctic” , „Autor widmo”, „Dziecko Rosemary”)
Gatunek: thriller
Obsada: Eva Green („Casino Royale”, „Osobliwy dom Pani Peregrine”, „Mroczne cienie”), Emmanuelle Seigner („Dziewiąte wrota”, „Gorzkie gody”, „Wenus w futrze”, „Motyl i skafander”), Vincent Perez („Królowa Margot”, „Po tamtej stronie chmur”, „Indochiny”)
Czas trwania: 110 minut
Produkcja: Francja 2017
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films


THE KILLING OF A SACRED DEER (polski tytuł do ustalenia)
PREMIERA: do potwierdzenia

Nowy film jednego z najbardziej oryginalnych, kontrowersyjnych i utalentowanych współczesnych reżyserów, twórcy filmów „KIEŁ” i „LOBSTER” (nominacja do OSCARA za najlepszy scenariusz).

Colin Farrell, Nicole Kidman i Alicia Silverstone we wciskającej w fotel opowieści o człowieku stojącym przed niewyobrażalnie trudnym wyborem. Bez względu na to jaką decyzję podejmie, stanie się sprawcą tragedii we własnej rodzinie. A wszystko za sprawą nastoletniego chłopca, który dotąd był dla niego jak syn.
Pełen napięcia na granicy szaleństwa i klaustrofobicznego poczucia zagrożenia mroczny thriller z elementami szatańskiego poczucia humoru.

Reżyseria: Yorgos Lanthimos („Kieł”, „Lobster”, „Alpy”)
Gatunek: thriller
Obsada: Colin Farrell („Lobster”, „Niepokonani”, „Pamięć absolutna”, „Miami Vice”, „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj”), Nicole Kidman („Lion. Droga do domu”, „Godziny”, „Oczy szeroko zamknięte”, „Wzgórze nadziei”, „Dogville”, „Zanim zasnę”)
Czas trwania: 109 minut
Produkcja: USA 2017
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films


WIND RIVER (polski tytuł do ustalenia)
PREMIERA: do potwierdzenia

Znakomity thriller, który krok po kroku prowadzi widza ku skutemu lodem piekłu.

Specjalista od tropienia dzikiej zwierzyny zostaje wezwany na pomoc w prowadzonym przez FBI śledztwie w sprawie brutalnego zabójstwa. Ofiarą jest nastoletnia dziewczyna znaleziona przez myśliwych na mroźnym odludziu gdzieś w głębi lasu. Okoliczne tereny zamieszkane są przez małą, zamkniętą społeczność, która nie ułatwia dochodzenia. Na domiar złego nadchodzi burza śnieżna, która wkrótce zatrze wszystkie ślady. Tropiciel musi więc działać szybko, podejmując ryzyko z jakim dotąd nie miał do czynienia. Tajemnica jaką odkryje, może być ostatnią w jego życiu…

Reżyseria: Taylor Sheridan
Gatunek: thriller
Obsada: Jeremy Renner („Nowy początek”, „Avengers”, „Dziedzictwo Bourne’a”, „Hurt Locker”), Jon Bernthal („Wilk z Wall Street”, „Furia”, „Sicario”, „Autor widmo”, „Księgowy”), Elizabeth Olsen („Kapitan Ameryka: wojna bohaterów”, „Avengers: Czas Ultrona”, „Godzilla”)
Czas trwania: 111 minut
Produkcja: USA 2017
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films


Źródło: wszystkie materiały podesłane przez Rabbit Action Sp. z o.o.

poniedziałek, 15 maja 2017

„Bornless Ones” (2016)

Emily i Jesse kupują drewniany dom w zacisznej okolicy po to aby mieszkać bliżej placówki, w której zamierzają umieścić cierpiącego na porażenie mózgowe brata kobiety, Zacha. Ich przyjaciele, Woodrow i jego spodziewająca się dziecka dziewczyna, Michelle, przyjeżdżają z nimi, aby pomóc im w uporządkowaniu starego domu. Wewnątrz znajdują dziwne symbole, których niezwłocznie się pozbywają. Nazajutrz odkrywają, że stan Zacha znacznie się poprawił. Chłopak odzyskał władzę w nogach i porozumiewa się z otoczeniem, ale jego zachowanie niepokoi pozostałych. Cudowne ozdrowienie Zacha jest początkiem serii nadnaturalnych wydarzeń. Emily nabiera przekonania, że ma to związek z tajemniczymi symbolami, które znaleźli w domu i księgami znajdującymi się w piwnicy.

Pełnometrażowy debiut reżyserski Alexandra Babaeva zatytułowany „Bornless Ones” jest horrorem klasy B przywołującym ducha krwawego kina grozy z dawnych lat. Scenariusz Babaev napisał sam, po raz pierwszy podejmując się opracowania tego rodzaju tekstu z myślą o pełnym metrażu. Wcześniej reżyserował i pisał scenariusze shortów i po nakręceniu „Bornless Ones” nie porzucił tego zajęcia, jak jednak widać na tymże przykładzie nie zamierza ograniczać się do krótkometrażówek. I dobrze, bo dał mi powody, by przypuszczać, że nie tylko darzy wielką miłością krwawe horrory z lat 80-tych, ale potrafi także przywołać ich ducha, co w dzisiejszych czasach nie zdarza się tak często, jakbym tego chciała. Oczywiście, „Bornless Ones” nie jest idealnym przeniesieniem jakości niskobudżetowych rąbanek ze wspomnianej dekady. Do domniemanego inspiratora Babaeva czyli „Martwego zła” Sama Raimiego jeszcze dużo omawianej pozycji brakuje, ale to co zobaczyłam w zasadzie wystarczyło, żebym odczuła dużą satysfakcję.

Już stosunkowo dawno temu nabrałam przekonania, że istnieje o wiele większa szansa natrafienia na klimat zbliżony do starszych horrorów we współczesnych niskobudżetowych obrazach niźli w przypadku wysokobudżetowych tworów. I „Bornless Ones” jest kolejnym dowodem słuszności mojej tezy. Nie mam wątpliwości, że gdyby Alexander Babaev dysponował wielomilionowym budżetem jego film znacznie straciłby na atmosferze, być może nawet reżyser podkopałby wiarygodność efektów specjalnych, bo wówczas istniałoby spore ryzyko, że jak wielu przed nim zechce popisać się zdobyczami nowoczesnej technologii. „Martwe zło”, kultowy horror Sama Raimiego, z którego Babaev najprawdopodobniej czerpał natchnienie, był ekstremalnie tani. Dlatego wydaje się, że twórcy dysponującemu niskim budżetem łatwiej jest przywołać ducha tej produkcji niż reżyserowi mogącemu pozwolić sobie na szastanie pokaźną gotówką, pod warunkiem oczywiście, że nie pozwoli, aby niedostatki finansowe działały na niego hamująco. Nie jest to łatwe, czego dowodem masa wprost tragicznych współczesnych tworów zrealizowanych niskim kosztem, wydaje mi się jednak, że jeśli ma się zamiar wystylizować obraz na rąbankę z lat 80-tych większą szansę ma się wówczas, gdy nie dysponuje się wysokimi nakładami pieniężnymi. Alexander Babaev w swoim „Bornless Ones” wydobywa potencjał drzemiący w... taniości. Przybrudzony, przygniatający klimat wszechobecnego zagrożenia, gęsta, niemalże lepka groza bijąca z ekranu w dużej mierze bierze się z ograniczeń finansowych. Niechlujne zdjęcia, częste zbyt duże zbliżenia, odrobina montażowej chaotyczności i niejednokrotnie dziwaczne kąty nachylenia kamer idealnie łączą się z przyblakłą, przybrudzoną kolorystyką, w efekcie oferując nam naturalistyczny obraz przywołujący na myśl tanie rąbanki z lat 80-tych. Zwłaszcza wzmiankowane już „Martwe zło”. Podczas prologu nie byłam jeszcze pewna zdolności twórców „Bornless Ones” - patrząc na demoniczną twarz opętanej dziewczynki i zbytnie rozproszenie nocnych ciemności sztucznym oświetleniem obawiałam się, że filmowcom braknie talentu do zadowalającego przełożenia zamysłu Alexandra Babaeva na ekran. Moje wątpliwości rozwiązała następująca niedługo potem sekwencja na stacji benzynowej (ktoś powinien napisać rozprawę o obecności tego obiektu w horrorze), ponieważ wówczas z mojego punktu widzenia operatorzy i oświetleniowcy po raz pierwszy w pełni unaocznili brud oblepiający poszczególne kadry. Pozostali przy nim, dzięki czemu zintensyfikowali złowieszczą aurę spowijającą drewniany dom będący nowym nabytkiem dwóch bohaterów filmu, pozostających w związku Emily i Jesse'ego. Przycupnięty w odosobnionej, zalesionej okolicy niepozorny budyneczek już w ujęciach zewnętrza wprost emanuje skłębioną grozą, nie tak wyrazistą jak ten z „Martwego zła”, ale odpychająca reakcja widza na jego widok jest praktycznie gwarantowana. Rustykalne, zakurzone wnętrze poprzecinane wąskimi wiązkami światła wydobywającego się z małych przerw pomiędzy deskami, którymi zabito okno, w następujących chwilę potem ujęciach zrobionych na parterze całym swoim wyglądem udowadnia, że twórcy „Borness Ones” nie mają żadnych trudności w umiejętnym operowaniu światłem i cieniem. To znaczy takim, który uwypukla ponurość tego miejsca i jakieś zepsucie być może czające się w zalegających gdzieniegdzie nieprzeniknionych ciemnościach. Alexander Babaev nie ogranicza akcentowania obecności jakiegoś zagrożenia do zdjęć mrocznych pomieszczeń, stosunkowo szybko pokazując widzom dziwne symbole wyryte na paru deskach, a trochę później informując go o zalegających w piwnicy księgach zawierających niepokojące treści (Goecja) .

Na środkową partię „Bornless Ones” moim zdaniem scenarzyście zabrakło pomysłu, a całej ekipie talentu do dosadniejszego generowania napięcia. Przygniatający klimat grozy nie zostaje należycie dopełniony trzymającymi w napięciu sekwencjami zwiastującymi obecność czegoś nieznanego. Śmiem jednak podejrzewać, że natura owego zagrożenia będzie zagadką jedynie dla bohaterów filmu, bo nie wydaje mi się, żeby niewłaściwe odczytanie prologu „Bornless Ones” było w ogóle możliwe. Scenarzyście wyraźnie nie zależało na utrzymaniu tego w tajemnicy i moim zdaniem w tym przypadku okazało się to właściwym zabiegiem, bo dzięki temu w prosty sposób wzmógł poczucie nieuchronności makabry u widza. Gdyby porwał się na trudniejszą sztukę uwypuklania niebezpieczeństwa z równoczesnym wstrzymywaniem się od wyjawiania charakteru zła gnieżdżącego się w drewnianym domku najprawdopodobniej atmosfera grozy straciłaby na wyrazistości. Bo niestety Alexander Babaev nie opanował jeszcze wszystkiego, czego oczekuje się od twórców klimatycznego kina grozy, nie potrafił wykrzesać ze środkowej partii swojego pełnometrażowego debiutu tyle napięcia, ile powinno wypływać z tego typu fabuł. Odkrywanie tajemniczych symboli i ksiąg znajdujących się w nowym domu Emily i Jesse'ego oraz koszmarny sen głównej bohaterki o zakrwawionym mężczyźnie wyłaniającym się z jutowego worka zostały poprowadzone tak nieskładnie, bez dbałości o powolnie budowaną aurę narastającej grozy, że doprawdy ciężko jest odczuć maksimum napięcia płynącego z tych samych w sobie złowieszczych składowych. Cudowne ozdrowienie Zacha dostarcza już dużo więcej niewygodnych emocji nie tylko dlatego, że doskonale wiemy, jaka siła się do tego przyczyniła i narracja w tym miejscu odznacza się większą płynnością, ale również przez niepokojące podobieństwo niepewnie stojącego chłopca do zakrwawionego osobnika ze snu Emily. Dalsze partie „Bornless Ones” jak można się tego spodziewać są spektaklem całkiem krwawej (acz bez przesady) przemocy z udziałem przekonująco ucharakteryzowanych maszkar przemawiających jakże upiornymi głosami będącymi swoistym miksem grubych skrzeków i dziecięcej jedwabistości. Praktyczne efekty specjalne cechują się tutaj takim realizmem, że chwilami wręcz ciężko było mi patrzeć na różnego rodzaju obrażenia zadawane nieszczęśnikom znajdującym się w feralnym domu. Zwłaszcza, że twórcy nie bali się długich zbliżeń na poszarpane rany broczące substancją jakże trafnie imitującą posokę, a scenarzysta obmyślił kilka doprawdy odpychających form okaleczenia ludzkiego ciała. Ostre narzędzie sterczące z oczodołu mężczyzny, czy pogrzebacz zatopiony w ciele innego osobnika pod iście wymyślnym kątem (od szyi przez policzek) prezentują się wręcz doskonale, tak pod kątem koncepcji, jak i realizacji. Ale najbardziej zdumiewające jest wkręcanie za pomocą wiertarki śrubki w swoje własne ciało celem ustabilizowania wypadającej żuchwy i podobna forma usztywniania złamanej nogi z tą różnicą, że w tym celu wykorzystana zostaje również deska. Groteskowy, budzący niesmak moment, który bodajże najdobitniej uwypukla szaleństwo, jakie opanowuje ten dom – chorobliwy pierwiastek niemalże oszałamiający skalą zepsucia. Na koniec warto również wspomnieć o finale, w którym uwidacznia się pewna ironia, jeśli połączyć to z informacjami przekazanymi wcześniej, nie radzę jednak nastawiać się na jakiś miażdżący, niebywale zaskakujący akcent, bo scenarzyście nie o to chodziło.

„Bornless Ones” to całkiem klimatyczny, choć cierpiący na niedobór napięcia horror całkiem udanie przywołujący ducha niskobudżetowych rąbanek z dawnych lat. Przybrudzony, duszący klimat wszechobecnej grozy, egzaltacja często bijąca z kreacji aktorów, realistyczne krwawe efekty specjalne i przekonujące, upiorne charakteryzacje maszkar grasujących w mrocznym drewnianym domku na odludziu – wszystko to nasuwa na myśl niskobudżetowe krwawe kino grozy z przedostatniej dekady XX wieku, zwłaszcza „Martwe zło”, do którego jednak (muszę to zaznaczyć) „Bornless Ones” jeszcze daleko. Niemniej myślę, że wielbicielom filmowych rąbanek ze wspomnianego okresu mogę spokojnie polecić ten obraz – nie twierdzę, że spodoba się im wszystkim, ale śmiem podejrzewać, że właśnie w tej grupie znajduje się najwięcej potencjalnych sympatyków tej produkcji.

niedziela, 14 maja 2017

„Aplik@cja” (2016)

Po nagłej śmierci nastoletniej Nikki jej przyjaciele dostają link do aplikacji wysłany z telefonu zmarłej. Instalują program na swoich smartfonach i zapoznają się z jego zdumiewającymi właściwościami. Aplikacja ma dostęp do informacji na ich temat widniejących w Internecie, ponadto rejestruje wszystko, co ma miejsce w ich otoczeniu. Może kontaktować się z użytkownikiem i wyręczać go w prostych czynnościach. Początkowo młodzi ludzie ochoczo korzystają z licznych funkcji nowej zabawki dopóki aplikacja nie zacznie ujawniać swoich prawdziwych zamiarów względem nich. Alice Gorman jako pierwsza nabiera przeświadczenia, że grozi im duże niebezpieczeństwo ze strony tajemniczego programu. Jak się z czasem okazuje aplikacja wykorzystuje lęki użytkownika w swoim dążeniu do zabicia go, młodzi ludzie muszą więc znaleźć sposób na wykasowanie programu ze swoich smartfonów.

„Aplik@cja” to pierwszy wspólny pełnometrażowy projekt braci Vang, Abla i Burlee, a ściślej pierwszy film wyreżyserowany przez obu na podstawie wspólnie napisanego scenariusza (wyjąwszy oczywiście krótkometrażowy „Sentient” z 2014 roku). Abel Vang może się pochwalić trochę większym doświadczeniem w branży filmowej niż jego brat – wcześniej stworzył między innymi dwa pełnometrażowe obrazy oficjalnie sklasyfikowane jako dramaty. Burlee wraz z Naoshoua Vangiem obmyślił historię, na kanwie której spisano scenariusz debiutanckiej produkcji Abla pt. „Nyab Siab Zoo” i jak już wspomniałam wyżej współpracował z Vangiem podczas kręcenia dwudziestominutowego „Sentient”. Z „Aplik@cją” część opinii publicznej wiązała duże nadzieje, może więc dlatego film zbiera tak pokaźną ilość skrajnie negatywnych recenzji. W końcu nie byłby to pierwszy przypadek, w którym wygórowane oczekiwania widza wpłynęły na jego nieprzychylny odbiór filmu.

Po „Aplik@cji” spodziewałam się mielizny na miarę choćby głośnego „Rings”, dlatego też starannie wybrałam moment przystąpienia do seansu. Gdy znajdowałam się w nastroju najodpowiedniejszym do przełknięcia mainstreamowego chłamu uznałam, że mogę spokojnie zaryzykować projekcję omawianej produkcji. I teraz ciężko mi orzec, co jest bezpośrednią przyczyną mojej pozytywnej reakcji na tak krytykowaną przez jak się zdaje większość jej odbiorców„Aplik@cję” - fakt, że moje oczekiwania względem niej były praktycznie zerowe, czy może raczej to, że w swoim życiu zdążyłam już obejrzeć sporo nieporównanie gorszych horrorów, z wieloma szeroko reklamowanymi, kinowymi produkcjami włącznie? Jakie powody takiego stanu rzeczy by nie były naprawdę nie mogę przyłączyć się do wielogłosu potępiającego niniejsze przedsięwzięcie braci Vang, choć gwoli ścisłości pod wielkim wrażeniem również nie jestem. „Aplik@cja” jest teen horrorem o zjawiskach nadprzyrodzonych – powiedziałabym, że obrazem jakich wiele, kolejnym reprezentantem „taśmowo produkowanych” straszaków, niewyróżniającym się niczym szczególnym na tle sobie podobnych. Ale nie do końca byłoby to prawdą, bo jednak scenarzyści, w osobach samych braci Vang, wykazali się odrobiną inwencji – zaledwie krztyną, bo ukazywanie różnego rodzaju zdobyczy nowoczesnej technologii w śmiercionośnym świetle nie jest żadnym novum w tym gatunku, nie przypominam sobie jednak horroru traktującego o aplikacji na smartfony, która posiadałaby zbliżone funkcje (może i coś podobnego do tego powstało, tylko że mnie nie dane było jeszcze tego zobaczyć). Scenariusz braci Vang pewnie w jakimś tam stopniu miał stanowić przestrogę dla całej masy osobników wprost uzależnionych od różnych aplikacji – tak dalece, że patrząc na nich czasami się zastanawiam, czy za parę lat będą oni potrafili oddychać bez pomocy takiego programiku... Głos wydobywający się ze smartfona głównej bohaterki filmu, Alice Gorman (niebywale drętwa Saxon Sharbino), nie ukrywa, że pobiera informacje na jej temat z Internetu. I najprawdopodobniej ma ich aż nadto, bo w końcu żyjemy w czasach, w których spora część ludzi celowo odziera się z prywatności poprzez uzewnętrznianie się między innymi na wszelkiego rodzaju portalach społecznościowych, bez zastanawiania się nad tym, kto może to zobaczyć i w jakim celu wykorzystać. Nie chciałabym jednak, żeby ktoś pomyślał, że „Aplik@cja stanowi jakieś ambitne studium psychologiczne, próbujące zgłębić przerażające z mojego punktu widzenia zjawisko zrzekania się swojej prywatności na użytek również nieznajomych internautów i gromadzenia naszych danych przez groźne aplikacje. Cieszyłabym się, gdyby tak było, ale nie, omawiany film jest prostym straszakiem, który jedynie pobieżnie zarysowuje ten problem, w żadnym razie się w niego nie zagłębiając. Mówiąc „straszak” mam na myśli horror, w którym nie brak prymitywnych jump scenek (z których swoją drogą żadna nie wywiera właściwego efektu, głównie przez błędne wyliczenia w czasie i niezbyt wyrazisty podkład muzyczny) i wszelkiej maści manifestacji nadprzyrodzonego bytu, który stara się zabić każdego użytkownika feralnej aplikacji. W tym celu wykorzystuje jego największe lęki, co w tym gatunku oryginalne na pewno nie jest, ale wziąwszy pod uwagę fakt, że ofiar jest kilka, możemy w tej kwestii liczyć na sporą różnorodność.

Abel i Burlee Vangowie już na etapie pisania scenariusza wydawali się dążyć do wkomponowania w całość kilku groteskowych akcentów, które miały chyba zdumiewać albo straszyć odbiorcę poprzez uwypuklanie szkaradzieństwa drzemiącego w czymś, co na pierwszy rzut oka powinno budzić śmiech. W przypadku biegnącego pluszaka ta niełatwa sztuka nawet w ułamku twórcom się nie udała, bo jedyne co odczułam patrząc na to, to pełne niedowierzania osłupienie, podszyte niemałą porcją czystego zażenowania. Jeśli zaś chodzi o klauny to charakteryzatorom o wiele łatwiej było się wybronić. Pomijam już fakt, że istnieją ludzie, którzy drżą na sam ich widok, bo twórcy tak demonizowali ich oblicza, że w ogóle nie przypominali nieszkodliwych przebierańców występujących w cyrkach. W projekcjach innych lęków protagonistów dostrzegłam natomiast naleciałości z paru innych horrorów. Nie wiem, czy bracia Vang starali się oddać hołd kilku kultowym produkcjom, czy podobieństwa były całkowicie przypadkowe, ale patrząc na policjanta z czymś przytwierdzonym do palców obu dłoni (bądź z długimi palcami, trudno o pewność, bo spowijał go cień) nie mogłam nie pomyśleć o Freddym Kruegerze. Za najbardziej udane uważam jednak manifestacje kobiety ze studni („The Ring”) oraz oszalałej babci z oszpeconą twarzą, która pod koniec wygina swoje ciało w sposób, który przywodzi na myśl opętaną Regan MacNeil z „Egzorcysty”. „Aplik@cji” brakuje gęstego klimatu grozy, plastikowych zdjęć dostajemy natomiast w nadmiarze, ale nawet pomimo deficytu silnie trzymającej w napięciu, szybko zagęszczającej się mroczności parę sekwencji powinno zwrócić uwagę wielbicieli kina grozy. Przebija z nich bowiem odrobina atmosferycznej złowieszczości i charakteryzują się one całkiem wyważoną stylizacją aktorów wcielających się w rolę zjaw będących projekcją lęków protagonistów. Z największą mocą (choć bez przesady - zaprawionego w kinie grozy odbiorcę na pewno nie wbije to w fotel) wybrzmiewa to podczas konfrontacji ze wspomnianymi upiornymi kobietami. Jeśli natomiast miałabym wyłonić zwycięzcę z grona scenek typowych dla horroru bez zastanowienia postawiłabym na złowrogi moment spoglądania przez jednego z bohaterów na kobietę stojącą bez ruchu na scenie w sali teatralnej, która jak nieszczęśnik chwilę potem sobie uświadamia jest projekcją kobiety, której ciało przed laty wyłowiono ze studni. Na odnotowanie zasługuje też późniejsze pojawienie się tej zjawy w domu przerażonego nastolatka, głównie przez wzgląd na powolne, a co za tym idzie w miarę zadowalająco potęgujące napięcie jej zbliżanie się do sparaliżowanej strachem ofiary oraz obraz jej odpychającej twarzy, niestety pokazany zaledwie w krótkiej migawce. Sama fabuła natomiast jest w gruncie rzeczy dokładnie taka, jakiej można się spodziewać po współczesnym, mainstreamowym teen horrorze. Ot, mamy grupę młodych ludzi, których pomimo pobieżnie zarysowanych osobowości da się lubić (jeśli o mnie chodzi to za wyjątkiem bezbarwnej głównej bohaterki), starających się pozbyć śmiercionośnej aplikacji. Nie muszę chyba dodawać, że nie sposób tak po prostu jej skasować, czy też pozbyć się telefonu, bo jak można się domyślić sprzęt i tak wróci do użytkownika. Jeśli go zniszczyć to samoistnie się naprawi, dlatego też jak również ławo przewidzieć młodzi ludzie dojdą wkrótce do wniosku, że jedynym sposobem na pozbycie się klątwy jest zgłębienie jej historii. Rozwój akcji do nadzwyczajnych więc nie należy – pospolitość goni pospolitość, jeden przewidywalny krok protagonistów zostaje zastąpiony kolejnym równie niezaskakującym posunięciem i tak aż do jakże oczywistego finału. Poprzedzonego całkiem widowiskową utarczką z nieznanym, za wyjątkiem sztucznie się prezentującej inferencji komputera. Wcześniej posiłkowanie się CGI było niewielkie, dzięki czemu „Aplik@cja” tylko zyskała w moich oczach – szkoda, że tutaj twórcom brakło konsekwencji, bo ostatni pojedynek prezentowałby się wówczas trochę lepiej. Trochę, bo efektów komputerowych nie było znowu tak dużo, żebym mogła z czystym sumieniem zdyskredytować całą tę partię. Na koniec warto jeszcze wspomnieć o oczku puszczonym do wielbicieli kina grozy za sprawą krótkiej wymiany zdań pomiędzy dwiema postaciami (- Sceneria jak z kiepskiego krwawego horroru. - Nie jest taki zły. Murzyn żyje.) , tj. daniu do zrozumienia, że scenarzyści poza wszystkim innym starali się delikatnie wybiec poza znane schematy, co swoją drugą wyjaśniałoby wywróconą kolejność eliminacji protagonistów. Mówiłam, że wszystko jest tutaj przewidywalne, ale muszę to skorygować, bo jednak kolejność umierania bohaterów filmu do przewidywalnych nie należy, pod warunkiem oczywiście, że zna się konwencję teen slasherów, do których przecież Vangowie po części również się odnoszą. Chociaż oczywiście ich historia została osadzona przede wszystkim w ramach horroru nadprzyrodzonego.

Patrząc na reakcję jak się wydaje większości widzów na „Aplik@cję” braci Vang wolę się wstrzymać od polecania tej produkcji komukolwiek, pomimo mojego całkiem pozytywnego zapatrywania na ten obraz. Nie uważam go za jakieś arcydzieło, ale w mojej ocenie nie wpisuje się również w poczet kinematograficznych pomyłek. Lekki, niewymagający myślenia straszak, który oglądało mi się całkiem znośnie, acz bez wpadania w stan uniesienia. Nie nudziłam się zanadto i nie cierpiałam, chociaż dokładnie na te ewentualności przygotowałam się po przeczytaniu paru opinii zamieszczonych w Internecie. Innymi słowy po raz enty jestem w mniejszości, nie powinno więc nikogo dziwić, że wolę wstrzymać się od rekomendacji.