Stronki na blogu

czwartek, 12 grudnia 2019

„Instynkt matki” (2018)


Lata 60-te XX wieku. Alice Brunelle i Celine Geniot mieszkają wraz ze swoimi mężami i synami na przedmieściach Brukseli. Kobiety są sąsiadkami i przyjaciółkami. Z czasem jednak ich relacja mocno się komplikuje. W rodzinie Geniot dochodzi do tragedii: siedmioletni synek Celine, Maxime, ginie w wypadku niejako na oczach Alice. Pomimo starań kobiecie nie udaje się zapobiec śmierci chłopca, a Celine nie pozostawia jej wątpliwości, że obwinia ją o to, co się stało. Alice też wyrzuca sobie, że nie zachowała się inaczej, że nie obrała innej strategii podczas tej straszliwej chwili, która zmieniła wszystko. Jakiś czas później relacja Alice i Celine ulega poprawie. Wszystko wskazuje na to, że przyjaciółka przestała obwiniać Alice o śmierć swojego syna. Ale z czasem Alice nabiera wątpliwości. Nie może oprzeć się wrażeniu, że Celine ma złe zamiary wobec niej i jej bliskich.

Francusko-belgijski thriller psychologiczny „Instynkt matki” (tytuł oryginalny: „Duelles”, tytuł międzynarodowy: „Mothers' Instinct”) został wyreżyserowany przez Belga Oliviera Masseta-Depasse, który pracował także nad scenariuszem, wraz z Francois Verjansem i Giordano Gederlinim. Panowie opierali się na powieści Barbary Abel pt. „Derriere la haine”, która swoje premierowe wydanie miała w roku 2012. „Instynkt matki” to czwarty pełnometrażowy film Oliviera Masseta-Depasse. Jego pierwszy pokaz odbył się we wrześniu 2018 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto, a do szerszego obiegu wszedł w roku 2019.

O „Instynkcie matki” mówi się, że to film, który mógłby zostać wyreżyserowany przez Alfreda Hitchcocka bądź (jakżeby inaczej) Briana De Palmę. Też uważam, że to historia absolutnie w ich stylu. Warstwa techniczna niekoniecznie, ale fabuła doprawdy silnie kojarzy się z tymi wielkimi nazwiskami. Zawdzięczamy ją jednak przede wszystkim Barbarze Abel, autorce powieści na kanwie której powstał scenariusz wspaniałego dzieła Oliviera Masseta-Depasse. A tak boleśnie mało znanego... To naprawdę nie fair, że tak wartościowe produkcje są dystrybuowane i reklamowe na dużo mniejszą skalę od zdecydowanie mniej efektywnych dreszczowców masowo produkowanych w Hollywood (są oczywiście wyjątki). Zasadniczo europejskie produkcje mają trudniej – i o zgrozo dotyczy to również takiej kinematograficznej perły, jak „Instynkt matki”. Tak, za takową ów obraz uważam. Thriller psychologiczny imponujący konsekwencją w budowaniu zgniatającej wręcz dramaturgii. A punktem wyjścia jest wprawdzie straszne, ale też niewyszukane wydarzenie. Zwykły wypadek, w wyniku którego traci życie siedmioletni chłopiec imieniem Maxime. Jedyne dziecko Celine i Damiena Geniot. Mamy lata 60-te XX wieku. Jesteśmy na przedmieściach Brukseli. W spokojnej, malowniczej okolicy. W iście pocztówkowej scenerii, w uroczym miejscu aktualnie kąpiącym się w ciepłych promieniach słonecznych i jak zwykle naznaczonym rutyną. Niewiele się tutaj dzieje, co mieszkańcy bardzo sobie cenią. Czerpią przyjemność z monotonii od czasu do czasu urozmaicanej takimi prozaicznymi rozrywkami jak na przykład przyjęcia w ogrodzie. Sielski klimat podszyty groźbą w retro otoczce. „Instynkt matki” co prawda nie jest stylizowany na obraz rodem z lat 60-tych XX wieku, ale choć zdjęcia nikogo zwieść nie powinny, to też raczej nikt nie będzie miał wątpliwości, że akcja nie toczy się w czasach nam współczesnych. Ubiór aktorów, wystroje wnętrz i ciepłe, pastelowe barwy, po które notabene najczęściej sięgają dzisiejsi filmowcy pragnący przywołać klimat dawnych lat. Zupełnie jakby w tamtych czasach nie było ponurych dni... Niemniej to zazwyczaj działa, a na pewno skutkuje w „Instynkcie matki”. Oprawa audiowizualna nie byłaby jednak tak efektywna, gdyby realizatorzy nie znali umiaru. Nie ma tutaj żadnej nachalności, niczego nie robi się na siłę, nie próbuje się imponować widzom mnogością różnego rodzaju retro składników. „Instynkt matki” imponuje, ale skromnością. Masset-Depasse czy to z konieczności narzuconej przez budżet, czy z faktycznej potrzeby, nie popisuje się możliwościami jakie daje współczesne kino. „Instynkt matki” to tekst i klimat. Na tych fundamentach opiera się to znakomite dzieło... ucznia Alfreda Hitchcocka? Możliwe, możliwe. Bez względu jednak na to, czy ten belgijski reżyser świadomie czerpał z twórczości mistrza suspensu, czy nie, wyszedł z tego taki Hitchcock we współczesnym wydaniu. Niesamowicie trzymający w napięciu thriller psychologiczny, który choć nie cechuje się fabularną złożonością, to delikatnie mówiąc unika oczywistości. „Instynkt matki” to w gruncie rzeczy nieustająca gra z widzem – to znaczy rozgrywka, która kończy się niedługo przed napisami końcowymi. Długo po śmierci Maxime'a. Oczywiście, film zamyka się w sposób, który na pewno już dużo wcześniej przynajmniej przemknie przez myśl niejednej osobie, ale to nie znaczy, że będą się tego trzymać. Absolutna pewność najprawdopodobniej nikomu podczas tej miażdżącej rozgrywki towarzyszyć nie będzie. Niby wiemy o co chodzi, a tak naprawdę błądzimy we mgle. Nie, nie do końca w tym rzecz. Prawda jest taka, że brałam, co twórcy mi dawali. Tak, to na pewno Celine stanowi zagrożenie. Pewnie, że to Alice należy się obawiać. I tak w kółko. Normalnie, aż mi się w głowie od tego zakręciło. Celine, Alice, Celine, Alice... Diabelska karuzela napędzana przez prawdziwych mistrzów manipulacji! Cała ekipa pracująca nad tym filmem „ponosi winę” za robienie ze mnie wariatki. Kiedy ostatnio byłam tak bezlitośnie wodzona za nos? Hmm, aż takiej wirtuozerii w tym zakresie sobie nie przypominam. Nie w nowszym kinie. Sztuka manipulacji na poziomie niedosięgłym nawet dla dużo bardziej doświadczonych artystów.

Veerle Baetens jako Alice Brunelle i Anne Coesens w roli Celine Geniot wypadły wprost nieziemsko. O takich kreacjach szybko się nie zapomina. To tego rodzaju występy, które podziwia się i osobno, i razem. A przynajmniej ja wprost nie mogłam się na nie napatrzeć. Każda z nich skupia na sobie wzrok, a gdy są razem prawie widzi się iskry pomiędzy nimi. Mieszanka wybuchowa, tworzona przez dające się lubić i nie lubić postacie. Wiem, że brzmi to schizofrenicznie, ale w gruncie rzeczy właśnie taki jest to film. Po śmierci swojego siedmioletniego synka Celine odsuwa się od Alice, ponieważ podejrzewa, że jej przyjaciółka nie zrobiła wszystkiego, co mogła, by uratować jej dziecko. Mały Maxime umarł prawie na oczach Alice – kobieta podjęła wprawdzie próbę zapobieżenia wypadkowi, ale jej starania nie przyniosły pożądanego skutku. Twórcy, bez epatowania makabrą, przeprowadzają nas przez ten potworny ciąg wydarzeń. Widzimy każdy szczegółów rzeczonego wyścigu ze śmiercią. Alice bez zastanowienia rzuca się na ratunek chłopcu, ale kiedy dociera na miejsce jest już stanowczo za późno. Maxime nie żyje, a nas zaczyna dręczyć myśl, że gdyby Alice zamiast wchodzić do środka, podbiegła pod feralne okno pokoju chłopca, to może zdołałaby go złapać... Mnie w każdym razie już podczas tego szaleńczego biegu Alice mocno ten szczegół rzucił się oczy, tylko że ja nie przykładałam do tego takiej wagi, jak Celine. Bo kobieta nie zwlekała zbyt długo z zarzuceniem swojej najlepszej przyjaciółce, że nie zrobiła wszystkiego, co w jej mocy, by uratować Maxime'a. Nie mogę powiedzieć, że dziwiło mnie nastawienie Celine, że nie potrafiłam zrozumieć mechanizmu zachodzącego wówczas w jej głowie. Kobieta ta właśnie straciła swojego jedynego syna, w dodatku gdy przebywał on pod jej opieką. Nic więc nadzwyczajnego w tym, że stara się stłumić wyrzuty sumienia poprzez zrzucenie przynajmniej części winy na inną osobę, która była w pobliżu, kiedy jej syn umierał. Nie twierdzę, że tak to zwykle dzieła w podobnych sytuacjach, chcę jedynie przez to powiedzieć, że reakcja Celine na moje stanowcze potępienie sobie nie zasłużyła. Obiektywnie patrząc: tak, Alice mogła obrać lepszą strategię. Może i też nie odniosłaby ona skutku, ale wydaje mi się, że Alice dzięki temu zwiększyłaby swoje szanse w wyścigu o życie Maxime'a. Ale trzeba pamiętać, że kobieta działała instynktownie. Nie miała czasu na myślenie. Emocje wzięły górę, co w tak kryzysowej sytuacji nikogo dziwić nie powinno. Postacie stworzone na potrzeby „Instynktu matki” moim zdaniem odstają od standardowych bohaterów i antybohaterów filmowych thrillerów. Próżno szukać tutaj protagonisty, który nie ulega emocjom, który nawet w najbardziej krytycznych momentach odznacza się chłodnym, przynajmniej w miarę logicznym myśleniem. Nie chodzi o to, że fabułę omawianej produkcji znamionuje niedostateczne zachowanie ciągu logicznego. Wszystko jest jak najbardziej logiczne, maksymalnie spójne, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Tyle że nie po hollywoodzku. Uczestnicy tego dramatu zapoczątkowanego śmiercią siedmioletniego chłopca, zachowują się tak, jak moglibyśmy zachowywać się i my, gdybyśmy na swoje nieszczęście znaleźli się w podobnym położeniu. Nie twierdzę, że dokładnie tak by to przebiegało, ale powiedzcie szczerze, czy naprawdę zawsze zachowujecie zimną krew w stresujących sytuacjach? W sumie w tym przypadku to eufemizm. To co przeżywa Celine to nie tyle stres, ile istny koszmar. Koszmar kochającej matki, koszmar kobiety, której dziecko odeszło i nigdy już nie wróci. W porównaniu z jej problemami kłopoty Alice mogą wydawać się dziecinną igraszką. Ot, straciła najlepszą przyjaciółkę. Wielkie mi co! Nadal ma synka (doskonała kreacja Julesa Lefebvresa) i męża, którym na niej zależy. A Celine tak naprawdę nie ma już nikogo. Została tylko rozpacz i pustka, której prawdopodobnie nie sposób wypełnić. Ale, ale... Mówiąc w skrócie: sytuacja Alice już wkrótce ulegnie pogorszeniu. Za sprawą podstępnej działalności jej niegdysiejszej przyjaciółki? Tak myślałam, ale potem kazano mi zwrócić baczniejszą uwagę na Alice. I wtedy dopiero zaczęła się jazda! Komu ufać? Która z tych pań jest ofiarą? Której kibicować, a której się obawiać? Opętanej żądzą zemsty Celine, czy może chorej psychicznie Alice, uparcie trwającej w fałszywym przekonaniu, że przechodząca przez niewyobrażalne katusze psychicznie kobieta zagraża bezpieczeństwu jej i jej bliskich? Kto jest kim w tej bez reszty wciągającej rozgrywce? W tym diabelnie emocjonującym spektaklu, w tym dosłownie ściskającym krtań thrillerze psychologicznym, którego moim zdaniem jedyną wadą jest to, że trwa zdecydowanie za krótko. Seans trwa mniej więcej półtorej godziny, a moim zdaniem powinien co najmniej cztery. Cztery godziny skutecznej manipulacji, paranoi, schizofrenii, ale i realnego oraz niewątpliwie nieustannie narastającego zagrożenia. Zagrożenia życia bądź zdrowia psychicznego jednej lub więcej osób biorących mniejszy lub większy udział w tej nieoczywistej intrydze. Szaleństwo ze sceny na scenę narasta, ale podejrzane są tylko dwie postacie. Raz jedna, raz druga, raz jedna, raz druga. I tak aż do miażdżącego finału. Niezupełnie nieprzewidywalnego, ale chyba nikt nie zarzuci Olivierowi Massetowi-Depasse asekuranctwa. Zamknięcie tej opowieści już lepsze chyba być nie mogło. Chociaż... Zastanawiam się, czy ten akcent nie zadziałałby jeszcze silniej, gdyby odjąć mu finalny przeskok w czasie. Zakończyć na ujęciu salonu i pokoju na piętrze w domu jednej z czołowych żeńskich postaci „Instynktu matki”. A już na pewno więcej osób takie rozwiązanie by sfrustrowało:)

Aż trudno uwierzyć, że taki thriller psychologiczny przechodzi w takiej ciszy. Ograniczona dystrybucja moim zdaniem nie tłumaczy aż tak niskiego zainteresowania tą pozycją na arenie międzynarodowej. Mnie samej wstyd, że odkładałam w czasie seans takiego znakomitego przedsięwzięcia. Przedsięwzięcia Oliviera Masseta-Depasse. Belgijskiego twórcy, przed którym biję pokłony. Za „Instynkt matki”, film, który nie tyle mnie zaskoczył, co zaszokował. Tak, to był istny nokaut. No bo człowiek zasiada przed ekranem w przekonaniu, że wypełni sobie wolny czas jakąś niezobowiązującą, niewyróżniającą się rozrywką, a tutaj coś takiego! Arcydzieło thrillera psychologicznego, tak uważam. I proszę, wręcz błagam wszystkich miłośników dreszczowców, ale i mocniejszych dramatów o szansę dla tego filmu. Chociaż zerknijcie na to, rzućcie okiem na pierwsze sceny. O więcej nie proszę, bo mam podejrzenie graniczące z pewnością, że przynajmniej większość z Was już wtedy w to wpadnie. Wsiąknie w niezwykle emocjonującą opowieść o dwóch skonfliktowanych i zaprzyjaźnionych kobietach.

wtorek, 10 grudnia 2019

Antologia „Wigilia pełna duchów”


MRS. J.H. RIDDELL, ANDREW HAGGARD, G.B. BURGIN, ELIZABETH GASKELL, F. MARION CRAWFORD, ARTHUR CONAN DOYLE, EDITH WHARTON, M.R. JAMES, EMILY ARNOLD, ISABELLA F. ROMER

„Wigilia pełna duchów” to publikacja stworzona gównie z myślą o sympatykach klasycznych opowieści grozy. Opracowany przez wydawnictwo Zysk i S-ka zbiór dwunastu opowiadań o zjawiskach nadprzyrodzonych zawiera zarówno XIX-wieczne teksty, jak historie powstałe w pierwszej połowie XX wieku. Zbiór został stworzony pod natchnieniem, najszerzej kultywowanego w czasach wiktoriańskich, świątecznego zwyczaju. Co roku w okresie Świąt Bożego Narodzenia w wielu domach urządzano wieczory czytelnicze, podczas których raczono się wszelkiej maści opowiadaniami z dreszczykiem. Opowiadaniami, które wynajdywano w różnych magazynach i to bez większego trudu, bo ówczesny rynek dostosowywał się do tej świątecznej tradycji. W tym okresie, zwłaszcza w Anglii, nikt nie mógł narzekać na niewielki wybór mrożących krew w żyłach opowieści. Opowieści o zjawiskach paranormalnych, które notabene w tamtej epoce cieszyły się większą estymą niż obecnie. „Wigilia pełna duchów” przenosi nas do czasów, w których wzmożone zainteresowanie opowieściami o zjawiskach nadnaturalnych nie było w złym guście. Na osoby zafascynowane literaturą grozy nie patrzono z góry – może dlatego, że lubowała się w niej także tzw. śmietanka towarzyska. Zainteresowanie sferą nadprzyrodzoną w tamtych czasach nie obejmowało wyłącznie lektur fikcyjnych opowieści – w epoce wiktoriańskiej modne były też seanse spirytystyczne, a co za tym idzie ludzie utrzymujący, że mają dar nawiązywania kontaktu z osobami zmarłymi traktowano z najwyższym szacunkiem, zabiegano o kontakty z nimi... Takie to były czasy. A ich próbkę znajdziecie w „Wigilii pełnej duchów”.

Dwanaście opowiadań pióra mniej i bardziej (obecnie) znanych autorów. Niektóre z nich zostały przedrukowane z różnych publikacji wydawnictwa C&T – można więc powiedzieć, że taki, a nie inny kształt „Wigilii pełnej duchów” zawdzięczamy współpracy dwóch wydawnictw. Wkład wydawnictwa Zysk i S-ka jest tutaj jednak zdecydowanie większy. Zwolennicy klasycznych opowieści z dreszczykiem pewnie w pierwszej kolejności przyklasną tej inicjatywie. „Wigilia pełna duchów” przeniesie Was w przeszłość – zwiedzicie różne nawiedzone obiekty, za przewodników mając ludzi (postacie literackie) stykające się ze sferą nadprzyrodzoną. Spotkacie istoty nie z tego świata z przeróżnych powodów wkraczające w życie zwyczajnych ludzi. Istoty nękające śmiertelników, szukające pomocy, ale i takie które ją dają. Duchy zakochane, duchy rozgniewane, duchy sfrustrowane i tęskniące za swoimi bliskimi. Ta wigilia faktycznie jest pełna duchów!

Podróż po w pewnym sensie nieznanych światach rozpoczyna pani J.H. Riddell (właściwie Charlotte Riddell), irlandzka pisarka, która zabierze nas do „Domu pod Włoskim Orzechem” (1882). Domu, w którym mieszka duch chłopca nieustający w poszukiwaniach kogoś lub czegoś. Atmosfera podszytej grozą tajemniczości to jedno, ale według mnie największą siłą tej opowieści jest empatyczne, wręcz wzruszające podejście do ghost story. Andrew Haggard w swoim „Duchu panny młodej” (1896) celował w podobne emocje, ale już z trochę gorszym skutkiem. Opowiadanie otwiera trzymający w napięciu seans spirytystyczny, na którym pojawia się nieproszony gość: młoda kobieta zaskakująco dobrze zorientowana w temacie duchów. Kobieta tajemnicza, może nawet stanowiąca zagrożenie dla głównego bohatera. Co ciekawe Haggard dotyka pewnego spopularyzowanego później (głównie przez kino) zaburzenia. To zaledwie muśnięcie, i to raczej nieświadome. W każdym razie opowiadanie nie urzekło mnie tak jak poprzednie – głównie dlatego, że brakowało mu płynności, konsekwencji tak w budowaniu poszczególnych emocji, jak w ogóle ram fabularnych. Wydaje mi się, że to był materiał na dłuższą opowieść, że ta koncepcja lepiej sprawdziłaby się w minipowieści. Ale i tak chwilę później za nią zatęskniłam, bo „Modlitwa Sir Hugona” (1920) pióra G.B. Burgina (George'a Browna Burgina) nielicho mnie wymęczyła. Mamy oto parkę duchów obserwującą konkurencję dwóch młodzieńców o rękę urodziwej dziewczyny. Nie tylko obserwującą, ale rozwój tej bądź co bądź nietypowej historyjki bardziej emocjonujący od niezbyt jasnego wstępu dla mnie nie był. Jedyny plus to długość tego utworu – gdyby był obszerniejszy to nie wiem, czy zdołałabym doczytać do ostatniej kropki. W sumie to gdybym wiedziała, co czeka mnie zaraz potem, to też darowałabym sobie dalszą lekturę „Modlitwy Sir Hugona” już po zapoznaniu się z jej niezachęcającym wstępem. „Opowieść starej piastunki” (1852) Elizabeth Gaskell zajmuje bowiem pierwsze miejsce w moim osobistym rankingu opowiadań zebranych w „Wigilii pełnej duchów”. Klasyczna opowieść o nawiedzonym domostwie umownie snuta przez kobietę wspominającą dawne dzieje. Swój pobyt w imponującej rezydencji, do której to trafiła wraz ze swoją małą podopieczną tuż po śmierci rodziców dziewczynki. Sekrety rodzinne, tajemnicze dziecko i nie mniej tajemnicza muzyka rozlegająca się w niektóre noce w tym przepastnym domu. Krótko mówiąc: ghost story w najczystszym wydaniu!

„Widziałem ducha – o ile to był duch. W każdym razie był martwy.”

Najwięcej miejsca w „Wigilii pełnej duchów” dano amerykańskiemu pisarzu Francisowi Marionowi Crawfordowi. Podczas gdy wszyscy inni goszczący w tym zbiorze dochodzą do głosu po razie, to Crawford „cieszy się tutaj specjalnymi względami”. Wydawcy zdecydowali się umieścić aż trzy opowiadania tego autora, poczynając od moim zdaniem najsłabszego. „Duch lalki” (1896) sprawił, że z lekką obawą „patrzyłam w przyszłość”. Nie nastroił mnie szczególnie pozytywnie na najbliższe kilkadziesiąt stronic, aczkolwiek mając świeżo w pamięci nieszczęsną „Modlitwę Sir Hugona”, pocieszałam się myślą, że mogło być nieporównanie gorzej. Mamy oto opowieść o człowieku trudniącym się naprawą lalek, w ręce którego trafia doprawdy niecodzienny egzemplarz. Lalka niechcący uszkodzona przez swoją nieuważną, małą właścicielkę, do której główny bohater opowiadania (lekarz lalek) przywiązuje się jak do żadnego innego z dotychczasowych obiektów swojej pracy. Człowiek ten zwykł co prawda podchodzić do wszystkich „swoich pacjentek” jak do żywych istot, ale lalka o imieniu Nina jest szczególna. W jego oczach jest wyjątkowa, a i myślę, że czytelnicy nie zechcą z tym polemizować. „Duch lalki” wyrasta wprawdzie z ciekawego pomysłu (dziś już niecechującego się taką świeżością, jak w czasach kiedy tekst ów powstawał), ale traci przez swoją rozwlekłość. Gdyby Crawfrod nieco skrócił późniejsze nocne przejścia głównego bohatera, to mój odbiór tej opowieści uległby znacznej poprawie. A tak? No cóż, przeciętniak. Nie to co „Wrzeszcząca czaszka” (1911) tego samego autora. Nietradycyjna forma – monolog, przetykany niedocierającymi do nas wypowiedziami przyjaciela naszego narratora, co wnioskujemy z odpowiedzi naszego sprawozdawcy. Co najciekawsze relacjonuje on także bieżące wydarzenia – po przedstawieniu jakże pomysłowej opowieści o tytułowej czaszce, narrator i zarazem główny bohater tego opowiadania przechodzi do relacji z bieżących wydarzeń. Jest ich uczestnikiem i jednoczesnym sprawozdawcą. Też tak macie? Głośno mówicie o wszystkim co właśnie robicie i gdzie się znajdujecie? Facebook się nie liczy... Niemniej i ta niezwykła forma, i tym bardziej fabuła „Wrzeszczącej czaszki” na pewno długo zostaną w mojej pamięci. Ostatni utwór F. Mariona Crawforda zamieszczony w omawianym w zbiorze, „Górna koja” (1886), też całkowicie mnie usatysfakcjonował. Forma już tradycyjna, fabuła w gruncie rzeczy też niewyszukana, ale miłośnicy opowieści o nawiedzonych miejscach narzekać nie powinni. Nie jakiś tam pierwszy lepszy nawiedzony dom, tylko jedno pomieszczenie na statku. A konkretniej kabina 105, liniowiec „Kamczatka”. Crawford zabiera nas w rejs transatlantycki, o którym długo nie zapomnimy. Ani my, ani główny bohater i zarazem narrator tej opowieści, któremu przypadła feralna kabina 105. Kabina, która napawa nie tak znowu nieuzasadnionym lękiem członków załogi problematycznego liniowca. Jak można się spodziewać nasz bohater też niebawem wyzbędzie się sceptycyzmu.

Przechodzimy do opowiadania Arthura Conana Doyle'a (twórcy nieśmiertelnego Sherlocka Holmesa) zatytułowanego „Kapitan Gwiazdy Polarnej” (1883), które mogło być inspiracją dla Dana Simmonsa piszącego swój wielki „Terror”. Ta opowieść Arthura Conana Doyle'a, oczywiście mu ustępuje, ale to i tak niebagatelna rzecz. Z dziennika studenta medycyny przemierzającego Morze Północne na wielorybniku o nazwie „Gwiazda Polarna”. Wielorybniku, którym dowodzi osoba o bardzo zmiennych nastrojach. Ale nie to najbardziej niepokoi naszego narratora. Główny bohater tej niesamowicie klimatycznej opowieści jest coraz bardziej przekonany, że na czele załogi stoi szaleniec (postać ta delikatnie kojarzyła mi się z Kurtzem z późniejszego „Jądra ciemności” Josepha Conrada). Człowiek być może stanowiący zagrożenie nie tylko dla siebie, a i dla innych osób, które wybrały się z nim w tę arcytrudną podróż. Później mamy doskonałe „Później” (1910) pióra Amerykanki Edith Wharton, która przenosi nas do Anglii i stawia u boku pewnego małżeństwa, które przeprowadza się do ponoć nawiedzonego domu. Pochodzący ze Stanów Zjednoczonych bohaterowie nastrojowego opowiadania Wharton nie tylko znają historie krążące o tym miejscu, ale wręcz mają nadzieję, że dane im będzie zobaczyć jakiegoś ducha. Jest tylko jeden problem. Wieść niesie, że jeśli już spotkają ducha to nie będą wiedzieć, że to duch. Dopiero później sobie to uświadomią. Kiedy dokładnie? Nie wiadomo, ale tak czy inaczej ta wiadomość trochę przytępia zapał naszych „poszukiwaczy duchów”. Nie dosłownie, bo to przede wszystkim ludzie, którzy pragną toczyć spokojny żywot w nowym miejscu. Osiąść w przytulnym domku, unikać stresów i cieszyć się wzajemnym towarzystwem, bo wcześniej nie mieli ku temu wielu okazji. Jak można się tego spodziewać ich życie w nowym miejscu nie potoczy się tak, jak go sobie wymarzyli. Przez ducha, którego przecież tak bardzo chcieli zobaczyć... My domyślamy się, że właśnie na niego patrzymy, ale oni nie. Objawienie, jak mówi tytuł tego utworu, przyjdzie do nich dopiero później. Za późno? Pozwólcie, że zamiast odpowiadać na to pytanie przejdę do opowiadania M.R. Jamesa (właściwie Montague Rhodes James) pt. „Jesion” (1904). Tytułowe drzewo dawniej rosło na terenie należącym do człowieka, który niejako został zmuszony do pogrążenia pewnej kobiety oskarżonej o praktykowanie czarnej magii i paktowanie z Szatanem i czym prędzej za to straconej. James oczywiście czerpał inspirację z jednej z czarnych kart historii chrześcijaństwa, z polowań na tak zwane czarownice. Tylko że u niego to wcale nie musi być tylko tak zwana czarownica. Finał, owszem, robi wrażenie, ale dosyć chaotyczny i nazbyt pośpieszny sposób, w jaki ten angielski pisarz rozwija swoją historię znacząco obniżał moje zaciekawienie tą bądź co bądź mroczną opowieścią. „Duch skarbca” (1886) Emily Arnold tak mroczny już nie jest, a mimo to moje zaangażowanie było większe. Historia pewnej dziewczyny, która jest zmuszona przynajmniej na jakiś czas opuścić ukochanego ojca i osiąść w rodzinnym zamku należącym do jej ciotki i mieszkającej w nim z dwójką swoich dzieci. Już niedługo. Chyba że jakimś cudem uda jej się znaleźć sposób na spłatę długu, który od lat się za nią ciągnie. „Duch skarbca” to delikatniejsze podejście do ghost story – może nie zaraz bajka dla grzecznych dzieci, ale na pewno lżejsze klimaty. Współczesnego czytelnika najsilniej może (ale nie musi) wzruszyć w tym romans kuzynostwa, który w tamtych pruderyjnych czasach był czymś jak najbardziej naturalnym. Ciekawe, prawda? Temat, który w sztuce współczesnej zasadniczo porusza się celem zaszokowania odbiorców, a przynajmniej wzbudzenia kontrowersji, dawniej był traktowany jak coś najnormalniejszego pod słońcem. Bo kazirodztwo niczym zdrożnym wówczas nie było. Isabella Frances Romer w „Nekromancie – duch a czarna magia” (1842) skupia się na majętnym rodzie, które przechodzi doprawdy ciężkie chwile. Dziedzic majątku znika, a jego niedoszła małżonka pogrąża się w rozpaczy. Majątek i jej ręka należą się teraz młodszemu bratu zaginionego. Problem w tym, że jego ukochana nie zamierza się z nikim wiązać, dopóki nie będzie miała absolutnej pewności, że wybranek jej serca nie wróci. I tutaj wkracza tytułowy nekromanta... Zaserwowany przez Romer zwrot akcji raczej nie zaskoczy wielu współczesnych czytelników, ale w XIX wieku mógł robić wrażenie. Wstęp i rozwinięcie tej historii pewnie trochę mniejsze. Bo to w gruncie rzeczy dosyć płaska historyjka. Z wyjątkiem finału, bo choć przewidywalny to cios, to jednak wreszcie jakieś ożywienie. Szkoda tylko, że na koniec.

„Wigilię pełną duchów” nie nazwałabym wprawdzie maksymalnie wyrównaną publikacją, bo jednak uważam, że parę opowiadań jakościowo wyraźnie odstaje od reszty, ale tę magiczną podróż w przeszłość i tak będę dobrze wspominać. I pewnie jeszcze nie raz powrócę do niektórych jej etapów. To jest większości. Większości opowiadań wcielonych do tego tomu. Wybranych przez wydawnictwo Zysk i S-ka przede wszystkim dla miłośników klasycznej literatury grozy. Klasycznych opowieści o przeróżnych zjawiskach nadprzyrodzonych, których wcale nie trzeba czytać w okresie świątecznym. Bo i nie do atmosfery świąt odnosi się tytuł tej publikacji. Tylko do dawnego zwyczaju, który może i Wy zechcecie spraktykować: uświetnić wigilijny wieczór lekturą jakiegoś tekstu z tej wyśmienitej publikacji. Tak czy inaczej warto to przeczytać – samemu czy w towarzystwie, jak chcecie. Ale jeśli lubicie historie z dreszczykiem i nie mieliście jeszcze okazji zapoznać się z opowiadaniami zamieszczonymi w tej książce, to teraz już macie. Chyba nie przegapicie takiej szansy, co?

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 8 grudnia 2019

„Them That Follow” (2019)


Mara Childs żyje w odizolowanej społeczności zielonoświątkowców, której przewodzi jej ojciec, pastor Lemuel. Kobieta jest oddaną członkinią Kościoła, głęboko wierzącą osobą aprobującą wszystkie, nawet groźne, praktyki swojego ojca. Człowiek, w którym się zakochuje, młody mężczyzna imieniem Augie też mieszkający w tych stronach, nie podziela jej wiary, ale nie to stanowi ich problem. Gdy Mara uświadamia sobie, że zaszła w ciążę z Augiem, stara się od niego oddalić bez wyjawienia mu przyczyny swojej decyzji. Przyjmuje oświadczyny zaufanego człowieka swojego ojca, Garreta, i robi wszystko, by utrzymać swoją ciążę w sekrecie. Nie ma bowiem wątpliwości, że narazi się tym nie tylko swojemu ojcu, ale całej wspólnocie zielonoświątkowej, do której przynależy. Mara jest przekonana, że poważnie zgrzeszyła i nie ma pojęcia jak mogłaby odkupić swoje winy.

Reżyserski pełnometrażowy debiut Britt Poulton i Dana Madisona Savage'a, amerykański thriller „Them That Follow” po raz pierwszy został pokazany w styczniu 2019 roku na Sundance Film Festival, chociaż główne zdjęcia ruszyły już w październiku 2017 roku (zakończyły się w listopadzie tego samego roku). Poulton i Savage pracowali już razem nad dziesięciominutowym filmikiem pt. „Lizard King” (2014), ta pierwsza natomiast współtworzyła scenariusz thrillera „Profil”, który został wyreżyserowany przez Timura Bekmambetova. Scenariusz „Them That Follow” napisała z Danem Madisonem Savage'em. Inspirację czerpali z filmu dokumentalnego z 1967 roku pt. „Holy Ghost People” i praktyk George'a Wenta Hensleya, pastora zielonoświątkowego, który spopularyzował wykorzystywanie węży w nabożeństwach.

„Them That Follow” nie jest typowym dreszczowcem o fanatyzmie religijnym, choć bez wątpienia dotyka tego tematu. Odtwórca roli Augiego, Thomas Mann, powiedział, że celem tego filmu jest zmuszenie widza do podjęcia próby zrozumienia ludzi, z którymi może się nie zgadzać. Główna bohaterka filmu, Mara Childs, w którą w przekonującym stylu wcieliła się Alice Englert (w ogóle cała obsada „Them That Follow” moim zdaniem spisała się na medal), nie tylko nie jest tutaj wyjątkiem, ale to właśnie ona ma stanowić swego rodzaju drogowskaz dla tych, którzy nie dość, że nie podzielają jej systemu wierzeń, to na dodatek zwykle patrzą złym okiem na ludzi jej pokroju. Mara przed laty straciła matkę i od tego czasu mieszka tylko z ojcem, pastorem zboru zielonoświątkowego imieniem Lemuel, który wychował swoją córkę na bogobojną, oddaną Kościołowi młodą kobietę, uznającą jego groźne praktyki za konieczne. Mara, tak samo jak prawie wszyscy członkowie tej niewielkiej wspólnoty żyjącej w górach, wychodzi z założenia, że religia wymaga poświęceń, że Duch Święty wypełni tylko tych, którzy całkowicie się na niego zdadzą. Powierzą mu wszystko, nawet swoje życie. Swoistą próbą wiary są jadowite węże. Jeśli nie zostaniesz ukąszony to znak, że jesteś czysty. A jeśli gad cię ukąsi, to jeszcze nic straconego – wtedy z pomocą innych wiernych możesz wymodlić swoje ozdrowienie. Duch Święty daruje ci życie, gdy uzna że jesteś tego godzien. Pastor Lemuel (przykuwająca uwagę, złowieszcza kreacja Waltona Gogginsa) nie musi przekonywać swojej trzódki do tych niebezpiecznych praktyk. Może i wcześniej musiał się o to starać; tego nie wiemy, bo akcja „Them That Follow” toczy się w czasie, gdy te jego (o ile to on je wprowadził do zboru, o którym mowa w filmie) restrykcyjne zasady już jakiś czas obowiązują. Jeśli nawet wcześniej wzdragano się przed tymi niecodziennymi świadectwami wiary, to teraz są one już na porządku dziennym. Nikt ich nie kwestionuje, wręcz wszyscy członkowie zboru Lemuela uważają je za nieodzowne. Wydaje się, że w tej dosyć hermetycznej społeczności jest tylko jedna osoba, która wyłamała się z Kościoła. Młody mężczyzna imieniem Augie, który zakochuje się w córce pastora, Marze Childs. Ona także darzy go miłością, ale w przeciwieństwie do niego jest przekonana, że ich związek nie ma przyszłości. Ta młoda kobieta zdaje się mieć pewność, że ich związek nie znalazłby akceptacji we wspólnocie prowadzonej przez jej ojca. Dlaczego tak uważa można się tylko domyślać. Britt Poulton i Dan Madison Savage nie dają wyraźnych odpowiedzi, ale z ich mętnych sugestii można wywnioskować, że przeszkodą jest nieplanowana ciąża Mary. I prawdopodobnie oddalenie się Augiego od Kościoła, ale jeśli tak, to ma to raczej drugorzędne znaczenie. Najważniejszy jest poważny grzech, który oboje popełnili. Stosunek seksualny przed ślubem to dość, by Mara stała się nieczysta, ale sytuację jeszcze komplikuje fakt, że z tego „błędu” ma narodzić się nowe życie. „Them That Follow” obrazuje między innymi rozterki młodej kobiety, która za parę miesięcy ma wydać na świat nieślubne dziecko. Dla niej to nader istotne i to nie tylko dlatego, że egzystuje w społeczeństwie, które nie akceptuje seksu przedmałżeńskiego – kobieta wychodząc za mąż musi być czysta (tzn. musi być dziewicą), bo jak nie to... W najlepszym razie skazuje się na ostracyzm, przynajmniej do czasu dostąpienia łaski Ducha Świętego, a w najgorszym... na banicję? śmierć? Bez względu na to, jaki los faktycznie czeka Marę, gdy jej sekret w końcu wyjdzie na jaw (bo to wydaje się tylko kwestią czasu), ponad wszelką wątpliwość wiemy, że główna bohaterka boi się tej chwili. Najbardziej tragiczne w tym wszystkim jest to, że ona sama uważa, że zrobiła coś strasznego. Można chyba nawet powiedzieć, że patrzy na siebie ze wstrętem. Nie należy jednak przez to rozumieć, że takim samym uczuciem darzy „owoc zakazanego związku”. Mara jest rozdarta – pragnie tego dziecka i zarazem wolałaby żeby nie zostało poczęte. Ale skoro już tak się stało, to ani myśli dokonywać aborcji. W domyśle również dlatego, że to byłby jeszcze większy grzech od pozamałżeńskiego seksu, ale najprawdopodobniej przede wszystkich dlatego, że zdążyła już je pokochać. Warstwa psychologiczna „Them That Follow” nie jest zbyt klarowna – więcej w tym sugestii, aluzji niźli jednoznacznych odpowiedzi, co osobiście uważam za największy atut tej produkcji. Przypuszczam jednak, że takie podejście nie zjedna sobie rzeszy odbiorców. Tym bardziej, że opowieść ta rozwija się nieśpiesznie. I bez większych fajerwerków, chyba że za takowe uznać przepiękne węże. Nie twory wygenerowano komputerowo, nawet nie praktyczne efekty specjalne, tylko żywe stworzenia.

(źródło: https://www.heavenofhorror.com/)
Niewielka społeczność w większości złożona z ortodoksyjnych zielonoświątkowców żyjąca w zacisznych zakątku Stanów Zjednoczonych, oddalonym od innych skupisk ludzkich. Ich skromne domki też leżą w pewnym oddaleniu od siebie, a mieszkańcy zaopatrują się przede wszystkim w sklepie należącym do matki Augiego, wiernej członkini Kościoła prowadzonego przez pastora Lemuela, który stanowi coś w rodzaju centrum tej osady. Osady otoczonej górami i gęstymi lasami. Poczucie izolacji tworzone przez ową naturalną scenerię wzmaga kolorystyka zdjęć – przygaszone, nazwijmy je jesienne barwy – oraz nieśpieszna praca kamer i płynny, niegwałtowny montaż. Britt Poulton i Danowi Madisonowi Savage'owi wyraźnie zależało na intensywnym przekazie, na coraz chętniej praktykowanej we współczesnym kinie grozy powolnej narracji. „Them That Follow” to jeden z tych (na szczęście dla mnie) coraz liczniejszych thrillerów, które do opowiedzenia swoich historii nie wykorzystują dużych środków. Efekty specjalne, zaskakujące zwroty akcji, dynamiczny ciąg coraz to potworniejszych wydarzeń – to zdecydowanie nie są składniki pierwszego pełnometrażowego filmu Britt Poulton i Dana Madisona Savage'a. Scenariusza „Them That Follow” nie można nawet nazwać szczególnie odkrywczym, bo tak naprawdę sprowadza się on do zakazanej miłości młodych ludzi w świecie, w którym religia jest ważniejsza nawet od więzów rodzinnych. Weźmy na przykład przyjaciółkę Mary, Dilly Picket (w tej roli Kaitlyn Dever), która za namową pastora bez dłuższego zastanowienia rezygnuje z dalszego czekania na swoją matkę. Jedyne co w „Them That Follow” może być odebrane, jako niewielki powiew świeżości, to empatyczne podejście do postaci przesadnie oddanych swojej religii. Ludzi, którzy ryzykują zdrowiem i życiem swoim i innych, by dostąpić łaski Ducha Świętego. Ludzi, którzy starają się solennie wypełniać wszystkie rozkazy/życzenia swojego charyzmatycznego przywódcy. Przywódcy, który wypędzi Szatana z każdego swojego wyznawcy, nie przekreśli nikogo, kto zbłądził, bo sztuka nie w tym, żeby nie ulec podszeptom demonów, tylko żeby chcieć się od nich uwolnić. A jego trzódka szczerze tego pragnie. Lemuel dobrze to wie, dlatego okazuje im „swoje miłosierdzie”. Na tyle, na ile może sobie pozwolić (jego zdaniem). W swoim przekonaniu pomaga wiernym modlitwami, które w jego przekonaniu mają ogromną moc. Mogą nawet zwalczyć jad grzechotnika, pod warunkiem, że osoba ukąszona pokornie odda się Duchowi Świętemu. Żadnych lekarzy, tylko szczera modlitwa. Tyle naprawdę wystarczy, żeby nie tylko ujść z życiem, ale i zyskać natchnienie samego Ducha Świętego. „Them That Follow” pokazuje też codzienne życie członków zboru Lemuela, z nim włącznie. Egzystencję podporządkowaną ich religii i jak to często w takim przypadkach bywa, kobiety mają zdecydowanie gorzej. Co nie znaczy, że im to przeszkadza. Chociaż... Przyglądając się relacji Mary i Garreta (w tej roli Lewis Pullman) da się zauważyć, że bogobojna kobieta nie traktuje swojego przyszłego męża, tak jak tutejsze kobiety zwykły traktować swoich partnerów. Mara czuje wewnętrzny sprzeciw, niewątpliwie powodowany tym, że kocha innego, nie zaś rodzącym się w niej przekonaniem, że płeć żeńska w tych stronach jest traktowana niegodnie (wykorzystywana przez mężczyzn). Niby nic nadzwyczajnego. On kocha ją, a ona choć wiąże się z nim (przyjmuje oświadczyny) kocha innego i to ze wzajemnością. Historia stara jak świat, można rzec. Ale ten swoisty trójkąt miłosny do mnie bez trudu przemówił. Nacechowane groźbą rozterki pierwszoplanowej postaci, narastające poczucie beznadziei i nieuchronności tragedii, być może śmiercionośnego uderzenia ze strony... Wiele wskazuje na to, że pastora Lemuela i jego wyznawców, którzy jak wyraźnie daje nam do zrozumienia postawa Mary nie znajdą zrozumienia dla kobiety, która współżyła z mężczyzną przed ślubem. Która nosi w sobie dziecko zrodzone z niesformalizowanego związku i to w dodatku z mężczyzną, który nie zabiega o łaskę Ducha Świętego. Niewiernego. A niewierni, jak naucza Lemuel są skazani na wieczne potępienie. Chyba, że przed śmiercią zdołają odkupić swoje winy. Inna sprawa, czy wystarczy im na to czasu. Czy Augie zdąży wkupić się w łaski wspólnoty prowadzonej ku zbawieniu przez pastora Lemuela? I czy w ogóle będzie o to zabiegał, wiedząc, że jego ukochana postanowiła wejść w związek małżeński z innym i nie wiedząc, że niedługo zostanie ojcem? Ujmę to tak: zakończenie mocno mnie rozczarowało, ale wypadki, które je poprzedzały, groźne sytuacje, do których dochodzi w dalszej partii filmu, choć niezbyt pomysłowe, utrzymywały mnie w niemałym napięciu, aż do tego nieszczęsnego zamknięcia. Bez epatowania wizualną makabrą twórcom udało się wykreślić całkiem dramatyczny ciąg wydarzeń. A i wcześniej silniejszych emocji jakoś szczególnie mi nie brakowało. Można było oczywiście to podkręcić (nie zaszkodziłoby), ale i wielkich powodów do narzekań nie mam. Dosyć emocjonująca rzecz.

Pełnometrażowy debiut reżyserski Britt Poulton i Dana Madisona Savage'a „Them That Follow” nie jest thrillerem, który stara się sprostać wymaganiom osób wymagających od tego gatunku zaskakujących zwrotów akcji, dynamicznej fabuły i widowiskowych efektów specjalnych. Nie wydaje się też być produkcją skierowaną do poszukiwaczy nowatorskich rozwiązań, bo choć perspektywa jaką narzuca widzowi, a ściślej nastawienie, jakie stara się wypracować względem postaci, w tego rodzaju filmach normą raczej nie jest, to trudno powiedzieć, że scenarzyści i zarazem reżyserzy tej produkcji wspięli się tutaj na wyżyny kreatywności. Niemniej ci fani thrillerów, dla których wyżej wymienione elementy nie są najważniejsze mają szansę zatopić się w tej historii. Zwłaszcza jeśli cenią sobie nieśpieszny rozwój akcji i silną koncentrację na budowaniu odpowiedniego podłoża atmosferycznego. I poniekąd na postaciach – w pewnym sensie, bo choć wiemy o nich niemało, to w tych portretach nie brakuje pustych miejsc, które jeśli chcemy ich w pełni zrozumieć, powinniśmy sami sobie wypełnić. Choćby podążając za sugestiami twórców „Them That Follow”, które jednakowoż nie zawsze są jednoznaczne. Wersje mogą więc być z lekka rozbieżne. Tylko z lekka, bo choć odbiorcy mogą różnie odczytywać detale, to nie sądzę żeby fundamentalne składniki tej opowieści poddawały się różnym interpretacjom. Aż tak szeroko otwarty scenariusz „Them That Follow”, przynajmniej w moim pojęciu, nie jest. Tak czy inaczej uważam, że jest godny polecania, ale tylko tym sympatykom filmowych dreszczowców, którzy potrafią odnaleźć się w powolniejszych spektaklach. Minimalistycznych w formie, klimatycznych obrazach o ludziach, którzy znaleźli się w poważnych tarapatach. I oczywiście problematyki fanatyzmu religijnego oraz motywu do pewnego stopnia odizolowanej od reszty świata niewielkiej społeczności.

piątek, 6 grudnia 2019

Remigiusz Mróz „Chór zapomnianych głosów”


Przyszłość. Astrochemik Hakon Lindberg budzi się przedwcześnie z kriogenicznego snu na pokładzie ISS Accipitera, statku kosmicznego biorącego udział w misji kolonizacyjnej Ara Maxima. Oprócz niego na pokładzie jest jeszcze tylko jeden człowiek, nawigator Dija Udin Alhassan. Pozostali załoganci nie żyją. Ich potwornie okaleczone zwłoki zalegają na statku, ale mężczyźni nie znajdują śladu bytności kogoś niepożądanego. Zakładają jednak, że ISS Accipiter został zaatakowany przez kogoś lub przez coś z zewnątrz. Być może przez pozaziemską istotę, która mimo wszystko nadal może przebywać na pokładzie. Hakon bierze też pod uwagę możliwość, że to Dija Udin odpowiada za śmierć reszty pasażerów ISS Accipitera. Jest jednak zmuszony z nim współpracować. Mężczyznom udaje się wezwać pomoc, ale odsiecz ma przybyć dopiero za około pół wieku.

Remigiusz Mróz, doktor nauk prawnych, autor kilku artykułów naukowych i kilkudziesięciu powieści, w tym serii kryminalnych z mecenas Joanną Chyłką oraz komisarzem Wiktorem Forstem. Na podstawie tej pierwszej nakręcono na razie dwa sezony serialu z Magdaleną Cielecką w roli głównej. W 2017 roku Polskę obiegła wiadomość, że Mróz jest autorem Trylogii z Wysp Owczych, napisanej pod pseudonimem Ove Logmansbo – przez mniej więcej rok prawdziwa tożsamość autora była utrzymywana w tajemnicy. Choć kojarzony głównie z kryminałami, Mróz nie ogranicza się do tego gatunku. Thriller prawniczy, powieść historyczna, a nawet science fiction – wszystko to można odnaleźć w jego bogatej bibliografii. I poczytnej. W 2017 roku Remigiusz Mróz został uznany za najpoczytniejszego współczesnego polskiego pisarza (badanie Biblioteki Narodowej), a według tygodnika Wprost w 2019 roku był najlepiej zarabiającym pisarzem w Polsce. Bardzo prawdopodobne, zważywszy, że Mróz ma swoich fanów również poza granicami rodzimego kraju (jego utwory są wydawane także w innych państwach). 
 
W 2014 roku nakładem wydawnictwa Genius Creation wyszła powieść pod tytułem „Chór zapomnianych głosów”. Powieść science fiction autorstwa Remigiusza Mroza, która nie miała łatwych początków. Trochę z winy samego autora, znanego ze swojego zamiłowania do wszelkiej maści eksperymentów. Nierzadko dosyć ryzykowanych posunięć na rynku wydawniczym. I właśnie takim ryzykownym posunięciem był wybór daty premiery „Chóru zapomnianych głosów” – pod koniec roku, kiedy to zainteresowanie nowościami wydawniczymi jest raczej niewielkie. Zła passa omawianej książki trwała przez kilka lat, co chyba niezbyt obeszło jej autora. A na pewno nie powstrzymało go przed dopisaniem dalszego ciągu historii między innymi Skandynawa Hakona Lindberga. Historii, która nie znajdowała wielu czytelników. A potem... Cóż, potem sytuacja się zmieniła. Przesadą byłoby stwierdzenie, że o „Chórze zapomnianych głosów” zrobiło się bardzo głośno, ale mówiono/pisano o niej na tyle dużo, by informacja dotarła i do mnie: osoby, delikatnie mówiąc, niezbyt zainteresowanej polską literaturą. W 2019 roku wydawnictwo Czwarta Strona wypuściło kolejne wydanie „Chóru zapomnianych głosów” (okładka przypomina „Nadira” Edwarda Struna – wydanie Novae Res z 2019 roku), z napisanym w tym samym roku posłowiem, w którym Mróz między innymi w skrócie przedstawia wyboistą ścieżkę tego tytułu. W tej publikacji autor obiecuje też, że ciąg dalszy nastąpi. Co oznacza, że wkrótce powrócę do Hakona Lindberga, Nozomi Ellyse, Dija Udina Alhassana i innych postaci, którym miałam przyjemność towarzyszyć podczas lektury „Chóru zapomnianych głosów”. Remigiusz Mróz zabrał mnie w międzygwiezdną podróż nacechowaną terrorem, grozą i sukcesywnie narastającym poczuciem beznadziei. Bo oto kilku ambasadorów ludzkości musi zmierzyć się z nieznanym zagrożeniem, w poczuciu, że są zdani wyłącznie na siebie. Pomoc z Ziemi nie nadejdzie. Są sami w obliczu potęgi, którą trudno objąć rozumem. Albo... Zacznijmy od początku. Powieść otwiera scena, która może przywodzić na myśl „Obcego – 8. pasażera Nostromo” Ridleya Scotta. Astrochemik Hakon Lindberg, podobnie jak bohaterowie tamtego filmu, przed terminem zostaje wybudzony z kriogenicznego snu. Ale nie dlatego, że do statku dotarł sygnał z nieznanej planety. Hakon budzi się po to, by odkryć, że wszyscy poza nim i nawigatorem Dija Udinem Alhassanem nie żyją. Zmasakrowane zwłoki reszty załogantów ISS Accipitera zaścielają pokład. Ściany i podłogi są zbryzgane krwią. I choć na pokładzie panuje cisza, a statek nie wykrywa obecności innych żywych istot poza Hakonem i Dija Udinem, to mężczyźni muszą brać pod uwagę możliwość, że nie są sami. Że najeźdźca, kimkolwiek bądź czymkolwiek jest, ukrywa się gdzieś w przepastnych trzewiach statku. Rozważają też inne możliwości, jednocześnie starając się znaleźć wyjście z tej niecodziennej sytuacji. ISS Accipiter staje się dla nich więzieniem, z którego podejrzewają, że nie wyjdą cało. Nadzieje daje im tylko statek wojskowy ISS Kennedy – niezbyt wielką, bo owa jednostka dotrze do nich dopiero za około pięćdziesiąt lat. Lindberg i Alhassan muszą więc dokonać trudnego wyboru. Albo przeczekać na statku, albo osiedlić się na nieznanej im planecie, w nadziei, że uda im się dożyć dosyć leciwego wieku, albo pogrążyć się w kriostazie. A wtedy staną się łatwym celem dla niezidentyfikowanego intruza. O ile takowy istnieje. Przyznaję, że moje początki z „Chórem zapomnianych głosów” łatwe nie były. Trochę potrwało zanim odnalazłam się w tym, w pewnym sensie, nowym dla mnie świecie i u boku bohaterów, o których niewiele wiedziałam, a więc nie potrafiłam się w nich należycie wczuć. Ich wygląd zewnętrzny wprawdzie pozostał tajemnicą, ale charaktery z czasem się wykrystalizowały. Mróz najwięcej uwagi poświecił Skandynawowi Hakonowi Lindbergowi – w niego najchętniej się zagłębiał, procesy myślowe zachodzącej w tej głowie autor naświetlił najsilniej – ale nie powiedziałabym, że mocno zaniedbywał przy tym jego kompanów. Pierwszy etap tej kosmicznej podróży może być trudny nawet dla wieloletnich miłośników science fiction, ale radzę się nie zrażać do „Chóru zapomnianych głosów”, bo z czasem sytuacja ulegnie znaczącej poprawie. I nie dotyczy to tylko kreacji postaci zaludniających karty tej nietuzinkowej publikacji, ale i fabuły. Fabuły złożonej z kilku znanych i lubianych motywów, wzbogaconych owocami wyobraźni Remigiusza Mroza.

(źródło: https://www.youtube.com/watch?v=_Jmh1UTGCpk)
„Chór zapomnianych głosów” oficjalnie został zaklasyfikowany jako science fiction, ale ja dodałabym do tego „przedrostek” horror. Jak już nadmieniłam opowieść ta ma w sobie coś z „Obcego – 8. pasażera Nostromo” Ridleya Scotta. W szczególności, ale pewnie można też mówić o innych składnikach tej kultowej serii/franczyzy, której ów obraz dał początek. Weźmy pewien niezwykły przedmiot, w posiadanie którego wchodzą nasi międzygwiezdni podróżnicy. Przedmiot, który zwą konchą. Więcej nie zdradzę, ale też nie mam wątpliwości, że osoby zorientowane w temacie, nie będą potrzebowały żadnych wskazówek, by łączyć pewne widoki właśnie z „Obcym”. Co wcale nie musi oznaczać, że „Chór zapomnianych głosów” na pewno traktuje o jakimś pozaziemskim gatunku, że Remigiusz Mróz czarnymi charakterami uczynił agresywne stworzenia zamieszkujące nieznaną ludzkości planetę bądź planety. W pewnym momencie Ziemianie wysnuwają teorię, że za śmierć prawie wszystkich pasażerów ISS Accipitera może odpowiadać nieznany ludzkości wirus. Wirus systemu. Jednakże stąd już krótka droga do konkluzji, że ów wirus musiało wprowadzić wrogo do nich nastawione stworzenie z jakiejś odległej planety. Co najmniej jedno, ale trzeba też mieć na uwadze to, że ISS Accipiter mógł stać się celem zorganizowanego ataku obcej cywilizacji. Atmosfera tajemniczości ze strony na stronę tylko się zagęszcza. Zagadka goni zagadkę, a gdy już, już myślimy, że wreszcie otrzymaliśmy zadowalającą odpowiedź, Mróz podaje taką czy inną informację, która burzy tę w pocie czoła wzniesioną konstrukcję. Wszystko rozlatuje się niczym domek z kart pod wpływem podmuchu, a autor bez zbędnej zwłoki przystępuje do wznoszenia innej budowli, która wygląda na solidną. Ale przecież poprzednia hipoteza też się taka wydawała... Konsekwentnie zagęszczającą się atmosferę niezdefiniowanego zagrożenia w klaustrofobicznej scenerii (statki kosmiczne przemierzające bezkresny Kosmos), Mróz doprawia paranoiczną aurą wprowadzoną poprzez podejrzenia jakie Hakon Lindberg ma względem Dija Udina Alhassana. Relacja tej dwójki ze wszystkich interakcji międzyludzkich przedstawionych na kartach „Chóru zapomnianych głosów” jest niewątpliwie najbarwniejsza. Mężczyzn, jak można się tego spodziewać, z czasem połączy przyjaźń. Ale nie taka znowu zwyczajna. Wzajemna nieufność stopniowo będzie odchodzić w zapomnienie, ale obaj nadal będą odnajdywali przyjemności w przekomarzankach. Hakon i Dija Udin dogryzanie sobie nawzajem traktują jak swego rodzaju grę – rozrywkę, która w ich aktualnym położeniu jest praktycznie bezcenna. Pomaga im odciągnąć myśli od ogromnego niebezpieczeństwa, w jakim się znaleźli. W ten sposób zacieśniają też swoją przyjaźń – stają się sobie coraz bliżsi, co niekoniecznie okaże się fortunne dla każdego z nich. Bo jeden z ocalałych pasażerów ISS Accipitera może być sprawcą rzezi, o której dowiadujemy się już na początku książki. Tak Alhassan, jak Lindberg mógł dopuścić się masowego morderstwa. Co więcej, pojawia się uzasadniona wątpliwość natury biologicznej. Całkiem możliwe, że zostali oni w jakiś sposób zainfekowani. Ale istnieje też druga, nie mniej niepokojąca ewentualność... Akcja „Chóru zapomnianych głosów” potrzebuje trochę czasu na rozpęd, ale jak już się rozpędzi to na całego. Czytelnik może sobie brać głębsze oddechy w pierwszej partii książki, ale potem już praktycznie nie będzie po temu okazji. Zaskakujące zwroty akcji, poruszające wyobraźnię opisy i złowieszczych, i malowniczych krajobrazów, sympatyczne postacie i oczywiście zagadkowa intryga, w której nie obowiązują ziemskie prawa. W tym uniwersum dosłownie wszystko może się zdarzyć, bohaterowie muszą więc znacznie poszerzyć swoje horyzonty, jeśli chcą (a chcą) wyjść cało z tej mrocznej przygody. A z nimi i my. Bo aby znaleźć odpowiedzi na dręczące nas pytania, trzeba najpierw objąć rozumem prawidła obowiązujące w nieznanych nam rejonach wszechświata. Na obcym terytorium i być może w pozaziemskich cywilizacjach dalece bardziej rozwiniętych od naszej. A to jeszcze nic. Remigiusz Mróz każe nam iść jeszcze dalej – można powiedzieć, że zmusza nasz umysł do jeszcze większego wysiłku, bo każe mu objąć znacznie szerszą materię. Ale trzeba zaznaczyć, że jego lekki, acz niepowierzchowny styl znacznie ułatwia tę przeprawę przez nieznane. Innymi słowy: zdziwiłabym się, gdyby nawet niemający dużego doświadczenia z literaturą science fiction czytelnicy, czuli się zagubieni w tym nadzwyczajnych uniwersum. W sposób ze wszech miar niepożądany. Bo zagubieni bądź co bądź będą. Polski autor postawi ich wszak przed bardzo złożoną zagadką, która rozciągnie się... No, sięgnie daleko. Dużo dalej niż przynajmniej ja się spodziewałam. Jedno zastrzeżenie: Mróz nie dopiął wszystkich wątków. Ale może pociągnie je w drugim tomie.
 
Zaskoczyła mnie ta powieść. I to niezmiernie. Nie spodziewałam się takiego pisarskiego rozmachu. Co prawda jakichś ogromnych obaw nie miałam, bo mniej więcej wiedziałam już jak pisze Remigiusz Mróz (jedynie z Trylogii z Wysp Owczych), ale też nie spodziewałam się, że „Ove Logmansbo” tak dobrze będzie się czuł w science fiction. W horrorze science fiction, bo tak wolę klasyfikować tę klimatyczną, mocno trzymającą w napięciu, pomysłową, ale i wykorzystującą znane motywy powieść człowieka, który bardziej kojarzy się z kryminałami niźli literaturą science fiction. I nic w tym dziwnego, skoro w jego bibliografii to właśnie kryminały dominują. W dodatku bardzo poczytne. Ale „Chór zapomnianych głosów” już wychodzi z cienia. Zaczął wychodzić, bo podejrzewam, że ta niebagatelna ilość sympatyków, których już owa powieść zyskała to dopiero początek, że o książce tej zrobi się jeszcze głośniej. Zwłaszcza, że w niedalekiej perspektywie mamy ciąg dalszy tej pasjonującej opowieści. I mam nadzieję, że na tomie drugim się nie skończy. Tak, już teraz mam pewność, że będę towarzyszyć bohaterom „Chóru zapomnianych głosów” tak długo, jak długo Remigiusz Mróz zechce o nich pisać. I Wy, miłośnicy literatury science fiction, prawdopodobnie też zechcecie – tylko dajcie Hakonowi Lindbergowi szansę.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 4 grudnia 2019

„Sweet Sixteen” (1983)


Niespełna szesnastoletnia Melissa Morgan i jej rodzice niedawno przybyli do małego, spokojnego miasteczka w stanie Teksas, w którym szeryfem jest Dan Burke, samotny ojciec nastoletnich Hanka i Marci. Choć Morganowie zamierzają spędzić w tym miejscu tylko kilka miesięcy, Melissa stara się dopasować do nowego środowiska. Na swój sposób. Dziewczyna wykorzystuje swoje wdzięki do zjednywania sobie płci przeciwnej. Pewnego dnia miasteczkiem wstrząsa wiadomość o zabójstwie nastoletniego chłopca. Jedną z ostatnich osób, które widziały go żywego jest Melissa. Przed swoją śmiercią chłopak spędził trochę czasu w jej towarzystwie, ale szeryf Burke nie ma powodów by przypuszczać, że dziewczyna jest w to zamieszana. Do czasu. Niedługo potem w taki sam sposób ginie kolejny nastolatek, który nawiązał relację z Melissą. Burke nie ma już wątpliwości, że dziewczyna ma związek z tą sprawą, wciąż nie jest jednak przekonany, że to ona odpowiada za śmierć chłopców.

Slasher „Sweet Sixteen” / „Sweet 16” z 1983 roku to drugi pełnometrażowy film fabularny Jima Sotosa. Siedem lat wcześniej ukazała się jego przeróbka „Forced Entry”, horroru erotycznego Shauna Costello z 1973 roku. W tym samym roku wyszedł film dokumentalny pt. „The Super Weapon”, który Sotos wyreżyserował wraz z Henrym Scarpellim). Po „Sweet Sixteen” Sotos odszedł od kina grozy na rzecz głównie komedii. Niewielu – filmografia tego twórcy nie jest długa, ale jego działalność filmowa (również w roli producenta) i tak była zdecydowanie większa od działalności scenarzysty„Sweet Sixteen” Erwina Goldmana, który poza tym nie brał udziału w pracach już nad ani jednym pełnometrażowym obrazem.

„Sweet Sixteen” to mało znany amerykański slasher z okresu ekspansji tego podgatunku (pierwsza połowa lat 80-tych XX wieku). Film, któremu nie udało się wybić z tłumu. To raczej nie powinno zaskoczyć tych, którzy znają już trochę slasherów z tamtej epoki. Myślę, że nawet ci, którzy docenią ten wkład w filmowy horror, przyznają, że nie jest on reprezentatywny. „Sweet Sixteen” to dosyć niekonwencjonalne podejście do kina slash. W pewnym sensie, bo oczywiście nie zrezygnowano ze wszystkich jego elementów. Seryjny morderca jest. Postać posiadająca cechy final girl jest. Ale zamiast, jak to najczęściej w slasherach, bywa skupić się na grupie młodych ludzie konsekwentnie uszczuplanej przez czy to zamaskowanego, czy okaleczonego / zdeformowanego mordercę, fabuła obraca się przede wszystkim wokół śledztwa prowadzonego przez szeryfa Dana Burke'a (przekonująca kreacja Bo Hopkinsa). W nastoletnie szeregi też pozwala nam się wkraczać, ale na pierwszym planie bezsprzecznie postawiono przedstawiciela organów ścigania. Co chyba każdemu wieloletniemu miłośnikowi kina grozy bardziej kojarzy się z giallo niż slasherem. Nie oznacza to jednak, że gdyby głębiej pogrzebać, nie znalazłoby się więcej filmów slash bardziej skoncentrowanych na policyjnym śledztwie, niźli procesie eliminacji bohaterów przez jakiegoś osobnika. Tajemniczego bądź nie. Różnie z tym bywa, ale w „Sweet Sixteen” obrano tę pierwszą strategię – tożsamość oprawcy zostanie ujawniona dopiero w ostatniej partii filmu. Do tego czasu twórcy starają się utrzymywać to w sekrecie. Na mnie ich wysiłki nie do końca poskutkowały. Personalia czołowego czarnego charakteru udało mi się rozszyfrować (i to dosyć wcześnie), ale przyznaję, że ostatnie ujęcie trochę mi w głowie namieszało. Dzięki temu zabiegowi można tę historię odczytywać w różnoraki sposób i chyba nie muszę dodawać, że według mnie to największy walor „Sweet Sixteen”. Chociaż... Bodaj największą uwagę widzów przyciąga tutaj Aleisa Shirley, wcielająca się w Melissę Morgan, która już niedługo (pod koniec filmu) skończy szesnaście lat. Patrząc na jej zachowanie, trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z femme fatale. Młodą kobietą bezwstydnie kuszącą mężczyzn swoimi niewątpliwymi wdziękami, z premedytacją wykorzystującą swoją urodę do... No właśnie, do czego? Czy celem Melissy jest wodzenie mężczyzn i nastoletnich chłopców ku zatraceniu? A może po prostu to najskuteczniejszy sposób, jaki zna na zawieranie bliższych relacji z ludźmi? Melissa równie dobrze może być morderczynią bądź osobą współpracującą z czołowym czarnych charakterem, jak zagubioną nastolatką rozpaczliwie łaknącą kontaktów z bliźnimi. Tym bardziej, że przebywa w obcym miejscu – w małym teksaskim miasteczku, w którym nikogo nie zna (pomijając jej rodziców). W spokojnej mieścinie, w której wie, że nie zabawi długo. A więc nie powinno jej zbytnio zależeć na szukaniu tutaj przyjaciół, prawda? Niby tak, ale... Mimo wszystko trudno definitywnie odrzucić taką możliwość. Charakterologiczny zarys tej (anty?)bohaterki powinien uczynić ją moją zwyciężczynią postaci występujących w „Sweet Sixteen”. Tak zakładałam, bo femme fatales (w filmie, ale i w literaturze) od zawsze mnie fascynują. Nielicho się więc zdumiałam, gdy dotarło do mnie, że Melissa nie może konkurować z Marci Burke. To znaczy w moich oczach, bo nie da się ukryć, że jej potencjalna przeciwniczka zjednała sobie, w najgorszym wypadku, równie dużą uwagę, nie tak znowu licznej widowni. Wcielająca się w rolę Marci, Dana Kimmell, fanom gatunku jest znana przede wszystkim z „Piątku trzynastego III”, ale podejrzewam, że tylko dlatego, iż „Sweet Sixteen” jest nieporównanie mniej znany. Gdyby filmy miały zbliżoną oglądalność, to najpewniej Dana Kimmell byłaby kojarzona przede wszystkim z rolą Marci Burke. Bo to wspaniała postać jest!

Jak już wspomniałam na pierwszym planie w „Sweet Sixteen” stoi szeryf Dan Burke, prowadzący śledztwo w sprawie morderstw dokonywanych w dotychczas spokojnym miasteczku w stanie Teksas. Zadanie samo w sobie łatwe nie jest, a sytuację jeszcze pogarsza postawa niektórych mieszkańców. W miasteczku żyje niewielka społeczność rdzennych Amerykanów, którzy jak to często z mniejszościami niestety bywa, skupia na sobie nieuzasadnioną nienawiść kilku członków tej, w ich mniemaniu, lepszej większości. Lepszej, bo białej. Oczywiście, nie jest tak, że całe to miasteczko składa się z rasistów i bezskutecznie starających się nikomu nie wadzić rdzennych mieszkańców Ameryki. Tych pierwszych nie ma tutaj wielu, ale wystarczająco, aby stwarzać dodatkowe zagrożenie. Zwłaszcza gdy w mieście pojawia się morderca. Tajemniczy osobnik obierający sobie za cel nastoletnich chłopców, którzy wcześniej zbliżyli się do tymczasowej mieszkanki tego miejsca Melissy Morgan, która ku uciesze osób pałających nienawiścią do czerwonoskórych, skierowuje podejrzenia na tych ostatnich. W „Sweet Sixteen” może i nie pokuszono się o dogłębną analizę rasistowskich postaw względem rdzennych Amerykanów, ale też nie można powiedzieć, że potraktowano ten temat mocno po macoszemu. Właściwie to jak na slasher, którym „Sweet Sixteen” mimo wszystko pozostaje, poświęcono mu dosyć sporo miejsca. Mamy oto ludzi, którzy nie przepuszczą żadnej okazji do zaznaczenia swojej wyższości rasowej. To znaczy to oni myślą, że błyszczą mocarnością, podczas gdy w istocie to podszyci tchórzem awanturnicy. Mocni w stosunku do dużo słabszych od siebie, nadużywający alkoholu obdartusy, zachowujący się jak uczniaki chcący zaimponować kolegom. Inna sprawa, czy to im się udaje. Czy ich czyny znajdują akceptację w tej niewielkiej społeczności? Raczej nie. Wydaje się, że w tym małym amerykańskim miasteczku, na rasistów patrzy się gorszym okiem niż na rdzennych Amerykanów, ale też nie ma wielu na tyle odważnych, by zdecydowanie stawać w obronie pokrzywdzonych. Szeryf Dan Burke ma taką odwagę, ale w pewnym momencie nawet on musi dopuścić do siebie możliwość, że z kręgu osób prześladowanych może wywodzić się morderca. Jak na slasher „Sweet Sixteen” może poszczycić się dosyć szerokimi portretami bohaterów i być może antybohaterki. To jest ważniejszym postaciom poświęcono zaskakująco sporo uwagi. Zaskakująco, bo po slasherze spodziewa się powierzchowniejszego kreślenia tychże. Jak już wspomniałam w moich oczach najlepiej wypadła Marci Burke, nastoletnia córka szeryfa, u której wprawdzie uwidacznia się trochę cech final girl, ale i trudno posadzić ją o stereotypowość. Tym co odróżnia Marci Burke od rasowych final girl, to między innymi poza, jaką lubi przybierać: Sherlock Holmes w spódnicy. Dziewczyna interesują się zagadkami kryminalnymi. Zaczytuje się w kryminałach, ale ze zdecydowanie większą ochotą wchodzi w buty detektywa w realnym świecie. Czy to u boku ojca, czy w pojedynkę. Krótka scenka na szkolnych błoniach dobitnie pokazuje, że Marci (w niezgodzie z archetypem final girl) ma duży posłuch u rówieśniczek. W kontaktach z płcią przeciwną nie radzi sobie tak dobrze, jak Melissa, ale i nie wydaje się być nimi zainteresowana. Wystarczy jej przyjaźń z bratem, Hankiem - ich przekomarzanki stanowią dodatkową atrakcję, bo bądź co bądź jeszcze bardziej ocieplają ich wizerunki. Hank mocniej stąpa po ziemi od swojej siostry. Nie bawi się w detektywa, nie ubolewa nad tym, że w miasteczku jest za spokojnie i można powiedzieć, że pilnuje, by siostra „zbytnio nie odleciała”. Nie zapamiętała się w swojej „detektywistycznej działalności”. U Marci, wbrew definicji final girl, od początku widać niemałą siłę charakteru – czuje się, że to kobieta, która lubi stawiać na swoim, że nie stara się wtopić w tło, a wręcz przeciwnie: to typ liderki. Dziewczyna z charyzmą, działającą nie tylko na jej otoczenie, ale także na mnie. I to jak! W sumie to dosyć ciekawe zjawisko. Zamiast dawać się prowadzić pierwszoplanowemu bohaterowi, wolałam podążać za, notabene niezbyt pragmatycznym, głosem jego córki. I denerwowało mnie, że muszę tyle na nią czekać (nie, nie zakochałam się). Na nią i na jej brata, bo trzeba przyznać, że ta połówka duetu młodych Burke'ów sporo dodawała też Marci. Wiadomo – Dana Kimmell mnie... no dobrze zauroczyła, ale na partnerującym jej Stevie Antinie też się nie zawiodłam. Zawiodły mnie natomiast sceny mordów. Delikatnie wyróżnić mogę tylko jedno krótkie ujęcie ostrza przecinającego policzek pierwszej pokazanej ofiary mordercy, którego głowy aż do finału nie zobaczymy. O ile nic mi nie umknęło to pokazuje się nam jedynie jego rękę uzbrojoną w nóż: pchnięcia i cięcia ujęte z tej perspektywy plus parę zbliżeń na zwłoki pochlapane niezbyt wiarygodnie się prezentującą krwią. Nawet jak na slasher jest nazbyt delikatnie – warstwa gore znikoma. Jeśli w ogóle można mówić o gore w przypadku szybkich migawek (w dodatku niewielu) z praktycznie niedostrzegalnymi ranami. Trochę substancji nieudanie imitującej krew, i to w zasadzie tyle. Poza wyróżnionym cięciem policzka. Na domiar złego ścieżka fabularna była dla mnie zbyt wyboista. Bardzo nierówna to opowieść, a przynajmniej ja przeszłam przez istną sinusoidę nastrojów, od zachwytu (Marci), przez umiarkowane zainteresowanie (Melissa i Hank) i rozczarowanie (sceny mordów), po obojętność przechodzącą w znużenie i irytację (Dan Burke). Najgorsze, że to wątek przewodni, czyli policyjne śledztwo, budził u mnie niepożądane emocje. W sumie to sceny skoncentrowane na szeryfie i jego zastępcy oglądałam głównie z myślą o przerwach. Czekałam po prostu na skręty w stronę nastoletnich postaci. Za każdym razem po cichu licząc, że będzie wśród nich Marci.

Jim Sotos swoim „Sweet Sixteen” na wyżyny podgatunku slash niewątpliwie (no dobrze, moim zdaniem) się nie wspiął, ale też nie uważam, że film ten zasłużył sobie na los, jaki go spotkał. W całkowite zapomnienie co prawda się nie osunął, ale niedaleko mu do tego. Dobrze, „filmowi archeolodzy”, ludzie z zapałem oddający się poszukiwaniom starszych produkcji, o których praktycznie się nie słyszy, prawie na pewno to zobaczą. Jeśli jeszcze nie widzieli. A pozostali? Cóż, niekoniecznie będą sobie zawracać głowę tak mało znaczącą pozycją. Bo zgadzam się z tymi, którzy tak uważają. „Sweet Sixteen” to średniak, ale niekoniecznie taki, jakich wiele. Bo z pewnością nie trzyma się twardo schematu, nie jest na wskroś konwencjonalny. Inna sprawa, czy takie podejście do filmu slash jest efektywniejsze. Ja tam wolę tradycję, ale tym młodym bohaterom „Sweet Sixteen” to z najwyższą przyjemnością bym sobie jeszcze potowarzyszyła. Czemu nie nakręcili sequela z rodzeństwem Burke na pierwszym planie, no czemu?

poniedziałek, 2 grudnia 2019

„Zabawa w pochowanego” (2019)


Alex Le Domas po latach wraca do rodzinnej posiadłości wraz ze swoją narzeczoną Grace. Młodzi pobierają się na terenie należącym do majętnej familii Alexa, ale aby stać się pełnoprawną członkinią tego rodu Grace musi zrobić coś jeszcze. Jak dowiaduje się w swoją noc poślubną tradycja Le Domasów nakazuje jej wzięcie udziału w grze wskazanej przez stare pudełko wręczone ich przodkowi przez tajemniczego pana LeBaila. Grace przypada zabawa w chowanego, co wywołuje lekką konsternację w szeregach rodziny, której kobieta pragnie się przypodobać. Nie sprzeciwia się więc temu, by spędzić swoją noc poślubną na zabawie w chowanego. Ale nie zna jeszcze całej prawdy. Nie wie, że ta gra w wydaniu Le Domasów ma przynieść jej śmierć. A w każdym razie taki jest plan rodziny Alexa – zabić pannę młodą przez nadejściem świtu.

Twórcy między innymi „Diabelskiego nasienia” (2014) i współtwórcy antologii filmowych „V/H/S” (2012) oraz „Southbound” (2015), Matt Bettinelli-Olpin i Tyler Gillett, scenariusz swojego kolejnego filmu (autorstwa Guya Busicka i Ryana Murphy'ego) wysłali do wytwórni Fox Searchlight Pictures już w 2015 roku, ale dopiero dwa lata później dostali oficjalną zgodę na zrealizowanie tego projektu. A był nim „Ready or Not”, w Polsce dystrybuowany pod jakże zmyślnym tytułem „Zabawa w pochowanego”. Na tę kanadyjsko-amerykańską produkcję przeznaczono około sześciu milionów dolarów. Zdjęcia ruszyły dopiero w październiku 2018 roku i trwały mniej więcej miesiąc. Film kręcono między innymi w zamku Casa Loma, Sunnybrook Park, zabytkowej rezydencji Parkwood Estate i w Claireville Conservation Area. Pierwszy jego pokaz odbył się w lipcu 2019 roku na Fantasia International Film Festival, a szeroką międzynarodową dystrybucję rozpoczęto już w następnym miesiącu. Dotychczasowe wpływy z całego świata przekroczyły pięćdziesiąt siedem milionów dolarów.

Bogacze mają swoje dziwactwa. Główna bohaterka „Zabawy w pochowanego” boleśnie się o tym przekonuje podczas swojej nocy poślubnej. Bezbłędnie wykreowana przez Samarę Weaving, Grace, myślała, że wreszcie zyskała wytęsknioną rodzinę. Marzyła o tym od najmłodszych lat, ale jak to mówią: uważaj, czego sobie życzysz, bo to może się spełnić. Powiedzieć o rodzie Le Domas, że jest ekscentryczny to zdecydowanie za mało. Rodzina, z której wywodzi się Alex, świeżo upieczony małżonek protagonistki „Zabawy w pochowanego”, bardziej przystaje do miana bandy wariatów. Podczas ceremonii zaślubin urządzonej na terenie posiadłości szacownego rodu Le Domasów, Grace jeszcze o tym nie wie, ale po północy przekona się jak bardzo szaleni są to ludzie. Matt Bettinelli-Olpin i Tyler Gillett zamiast tradycyjnego filmu grozy chcieli stworzyć niekonwencjonalne widowisko łączące w sobie różne gatunki. Oficjalnie klasyfikuje się ten obraz jako horror komediowy, ale nie sposób nie zauważyć związków z thrillerami home invasion. Reżyserzy omawianej produkcji mówią przede wszystkim o horrorze, ale dla mnie to bardziej thriller. Thriller komediowy z drobnymi naleciałościami horroru. Filmy z nurtu home invasion, jak sama nazwa wskazuje, skupiają się na brutalnych najściach na dom jakichś nieszczęśników. Ale nie zawsze – wystarczy choćby wspomnieć „Motel” Nimróda Antala podpinający się pod tradycję home invasion, ale miejscem akcji czyniący nie dom protagonistów tylko tytułowy obiekt należący do jednego z oprawców. W „Zabawie w pochowanego” jest podobnie. Teren, na którym Grace przyjdzie najdłużej walczyć o życie jest własnością agresorów, czyli bogatego rodu Le Domasów, który przynajmniej w swoim mniemaniu, aby utrzymać się przy życiu (i to na wysokim poziomie, do którego przywykli) musi kultywować okrutną tradycję podobno narzuconą przed wieloma laty przez niejakiego pana LeBaila. Tajemniczego jegomościa, który już od dawna nie żyje i któremu Le Domasowie zawdzięczają swoją fortunę. W takim przekonaniu żyją, ale słuchając ich i patrząc na nich nie można oprzeć się wrażeniu, że delikatnie mówiąc, zatracili oni zdolność odróżniania rzeczywistości od fikcji. Inaczej mówiąc: ich motywy już bardziej bzdurne być chyba nie mogły. Ot, banda fanatyków, którym się wydaje, że jakiś dawno zmarły gość pilnuje, żeby przestrzegali jego zasad. Bogacze wierzący w bajki – tacy właśnie są Le Domasowie. Prawdopodobnie wszyscy poza Alexem, młodym mężczyzną, który na jakiś czas odseparował się od rodziny. I pewnie nadal by jej unikał, gdyby nie Grace. To właśnie jego ukochana nakłoniła go do powrotu na łono rodziny. Rodziny, która w ich noc poślubną, przynajmniej w swoim mniemaniu, zostanie zmuszona do urządzenia polowania właśnie na nią. Zmuszona przez pudełko wręczone ich przodkowi przez tajemniczego pana LeBail. Ktoś, komu nie brakuje piątej klepki pewnie nie poczuwałby się do takiego obowiązku, ale Le Domasowie najwidoczniej okazami zdrowia psychicznego nie są. Wszystko na to wskazuje. Myślę, że wielu miłośników kina grozy zgodzi się, że scenariusz Guya Busicka i Ryana Murphy'ego oparto na dosyć pomysłowym motywie. Zabawa w chowanego w nowej odsłonie. W wersji, którą należałoby opatrzyć adnotacją: nie próbujcie tego w domu. No, chyba że pan LeBail Wam tak rozkaże... Grace naturalnie wychodzi z takiego założenia, z jakiego najpewniej wyjdą odbiorcy „Zabawy w pochowanego” - wszechmocny LeBail to urojenie, a Le Domasowie to szaleńcy. Głosem rozsądku w tej krainie szaleństwa jest też jej świeżo poślubiony małżonek Alex, syn gospodarzy zabytkowego domostwa, w którym między innymi rozegra się gra w (po)chowanego. Zaczynamy o północy, a kończymy z chwilą śmierci Grace. Jest jednak jeden kruczek: aby zadowolić pana LeBaila trzeba zdążyć przed świtem – jeśli główna bohaterka filmu dożyje do wschodu słońca LeBail skierowuje swój gniew na ród Le Domasów. Tak myśli rodzina Alexa, chociaż twardych dowodów na to tak naprawdę nie posiada. Bo i po co fanatykom dowody?

Tyler Gillett powiedział, że u podstaw omawianego filmu leży dziedziczenie. Gówno, które odziedziczyłeś po rodzinie. A przynajmniej tak może o sobie myśleć Alex Le Domas. Młody mężczyzna, który podjął próbę oddalenia się od swojej „lekko” trzepniętej familii, ale jak to często z rodzinnymi korzeniami bywa, nie da się ich tak łatwo odciąć. Można sobie zadać pytanie, dlaczego Alex zamiast spełniać prośbę ukochanej, by pobrać się w jego rodzinnej posiadłości, po prostu nie wyjaśnił jej, jak niebezpieczni są to ludzie. Twórcy jednak udzielą na to odpowiedzi – może i niezbyt przekonującej, może i niepoważnej, ale i nie o powagę im w tym przedsięwzięciu chodziło. „Zabawa w pochowanego” jest satyrycznym spojrzeniem na rody, którym od wielu pokoleń fortuna sprzyja. Dziwactwa bogaczy w krzywym zwierciadle - tak w skrócie można podsumować tę historię. Omawianą produkcję należy więc brać z przymrużeniem oka. Co nie znaczy, że twórcy „Zabawy w pochowanego” byli całkowicie na bakier z logiką. Przy całej osobliwości tego pomysłu starali się zachować spójność i sens. Chcieli by ich historia wybrzmiała tak wiarygodnie, jak tylko było można w przypadku takowej wizji artystycznej. Obrazu uderzającego zarazem w dowcipne, jak i tragiczne tony. Bo trudno się nie uśmiechać, gdy śledzi się poczynania osób wytrwale polujących na filigranową blondynkę (zwłaszcza siostrę Alexa), ale jednocześnie nie można odsunąć od siebie świadomości, że to nie są żarty. „Zabawa w pochowanego” to mocno trzymająca w napięciu rozgrywka okraszona niewymuszonym humorem. Tak ja odebrałam to widowisko zgotowane przez od jakiegoś już czasu romansujących z kinem grozy Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta. Artystów, którym reguły tak filmowych horrorów, jak thrillerów niewątpliwie obce nie są. Ta wiedza prawdopodobnie ułatwiła im pracę nad omawianą pozycją. Bo „Zabawa w pochowanego” to nie tylko satyra na środowisko wielopokoleniowych bogaczy, ale również historia wprost naszpikowana pierwiastkami zaczerpniętymi z tradycji dosyć szeroko pojętego kina grozy. Oczywiście najbardziej rzuca się w oczy home invasion (ramy scenariusza), a właściwie coś na kształt reinterpretacji tego nurtu. Ale na tym filmowcy bynajmniej nie poprzestali. Weźmy na przykład główną bohaterkę, młodą kobietę imieniem Grace. Poznajemy ją jako ponoć grzeczną, usłużną, na wskroś niewinną osóbkę, która naiwnie sądzi, że już wkrótce dostąpi zaszczytu wejścia do szacownej familii, z której wywodzi się jej ukochany (nie zważa na ich pieniądze, zależy jej na tym, żeby wreszcie mieć kochającą rodzinę). Ale to nie wszystko. Już w pierwszych scenach filmu uwidacznia się pewien dysonans – głównie ustami Alexa twórcy starają się dać nam do zrozumienia, że Grace jest kobietą w każdym calu cnotliwą. Można więc zakładać, że twórcy sięgnęli do archetypu final girl? No, nie do końca, bo raczej nie spodziewamy się takiego języka po tego typu bohaterce, prawda? Niektóre słowa, które wydobywają się z jej ust przeczą temu wizerunkowi – bardziej pasują do final girl nowszego typu, modelu wypracowano później. Krótko mówiąc: Grace nie wydaje się być takim okazem grzeczności, jakim ją malują. A jak bardzo „niegrzeczna” potrafi być okaże się później (taka Tree Gelbman ze „Śmierć nadejdzie dziś” i „Śmierć nadejdzie dziś 2” Christophera Landona, w bądź co bądź delikatniejszym wydaniu). To nawet zabawne – grupa uzbrojonych po zęby ludzi przez przeważającą część trwania tego filmu bezskutecznie stara się upolować jakże bezbronnie prezentującą się kobietę w sukni ślubnej. Szczupłą blondynkę, której zupełnie obce są sztuki walki, a i z bronią palną wcześniej raczej nie miała do czynienia. Powiedzieć więc, że szanse są mocno niewyrównane, to nie powiedzieć nic. Ale długoletni miłośnicy kina grozy pewnie i tak będą przekonani, że to ona wyjdzie zwycięsko z tego starcia. Tak uczy doświadczenie. Tylko czy „Zabawa w pochowanego” na pewno trzyma się zasad? Można mieć wątpliwości śledząc ten z lekka archaiczny spektakl. Archaiczny głównie dzięki antycznemu wystrojowi domu Le Domasów, ale posmaczek retro niosą również oprawa audio (zwłaszcza piosenka o zabawie w chowanego) i kolorystyka zdjęć. To ostatnie to bardziej takie retro w stylu Tima Burtona – podkoloryzowana gotyckość, kontrolowany przepych, sepiowe odcienie, wyraziste kontury, ale też troszkę weselszych barw, które bardziej wzmagają wrażenie wszechobecnego obłędu, niźli je łagodzą. Jedyne, czego mi w tym filmie zabrakło, to większej ekspansji gore. Sekwencje okaleczeń i śmierci miejscami co prawda dosyć hojnie podlano syropem udanie imitującym krew, ale sporo z tego rozgrywa się poza kadrem, a te nieliczne zbliżenia na rany, które twórcy łaskawie nam pokazują przypuszczalnie nie zrobią żadnego wrażenie nawet na osobach mniej obytych z krwawymi horrorami. No może z jednym wyjątkiem. Chociaż to też nazbyt szybkie akcje, więc... Tego mi zabrakło, a z kolei za dużo moim zdaniem było minut w końcowej partii. UWAGA SPOILER Przyznaję, że takie rozwiązanie (nawiązujące do horrorów satanistycznych) z lekka mnie zaskoczyło, ale w tym przypadku wolałabym inną reakcję. Czarny humor w miejsce zaskoczenia – czyli zamknięcie tej historii w momencie uświadomienia sobie przez Le Domasów, że zachowywali się, że tak to ujmę, jak ekstremalnie zepsute dzieciaki KONIEC SPOILERA.

Może i „Zabawa w pochowanego” nie zrewolucjonizuje kina grozy, może i nie zasługuje nawet na miano jednego z najbardziej nowatorskich obrazów ostatnich lat. Może nawet słuch stosunkowo szybko o nim zaginie - teraz tak wychwalana, również przez tak zwanych znawców kina, propozycja Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta, nie wyjdzie zwycięsko z próby czasu. Być może ten thriller komediowy z elementami horroru (oficjalnie: horror komediowy) nie zapisze się złotymi literami w historii kina. Tego nie wiem, a wręcz mam wątpliwości, czy na to zasługuje. Ale nie mnie to rozsądzać. Chcę przez to powiedzieć jedynie tyle, że fakt, iż nie uważam „Zabawy w pochowanego” za szczególnie wielkie dzieło nie powstrzymuje mnie przez poleceniem tego obrazu wszystkim tym, którym nie przeszkadzają tego rodzaju gatunkowe eksperymenty. Z drugiej strony te osoby, które nie gustują czy to w thrillerach, czy horrorach podlanych czarną komedią mogą zmienić swoje nastawienie pod wpływem tego dziełka. Tak, jest szansa, że „Zabawa w pochowanego” przełamie ich opór i nie będą już unikać podobnych klimatów. Nie zaszkodzi sprawdzić.