Stronki na blogu

poniedziałek, 13 lipca 2020

Elizabeth Klehfoth „Dom nad jeziorem Langely”


Wywodzący się z majętnej rodziny dziedzic przynoszącej ogromne zyski firmy zajmującej się obrotem nieruchomościami, Alistair Calloway, wybudował dla swojej żony, Grace, przestronny dom nad jeziorem Langely w miasteczku, w którym się wychowała. Pewnego lata przebywająca w nim wraz ze swoimi dwiema córkami, Charlotte i Seraphiną, kobieta zniknęła bez śladu. Dziesięć lat później uczęszczająca do prywatnego liceum w Knollwood w New Hampshire siedemnastoletnia Charlie dotychczas żyjąca w przekonaniu, że matka ją porzuciła, zaczyna dopuszczać do siebie możliwość, że prawda może być zupełnie inna. Dziewczyna ma powody przypuszczać, że w sprawę zniknięcia jej matki jest zamieszany jej ojciec albo ktoś inny z rodu Callowayów. Ale odkrywa również, że matka miała swoje tajemnice. Zaczyna wręcz podejrzewać, że tak naprawdę jej nie znała. W samym czasie Charlie przechodzi inicjację do sekretnego stowarzyszenia działającego w jej szkole pod nazwą Klub A. Stowarzyszenia, do którego jedynie nieliczni, starannie wybrani uczniowie mają szansę przystąpić.

Wychowana w stanie Indiana, obecnie mieszkająca w Los Angeles, Elizabeth Klehfoth, dotychczas wydała tylko jedną, ale za to bardzo dobrze przyjętą powieść, thriller psychologiczny zatytułowany „All These Beautiful Strangers” (pol. „Dom nad jeziorem Langely”), którego światowa premiera przypadła na rok 2018. Klehfoth uzyskała tytuł licencjata na Uniwersytecie Chapmana oraz tytuł magistra na Indiana University w zakresie kreatywnego pisania. Na tej ostatniej uczelni wykładała sztukę pisania i kompozycji. Jej ulubioną powieścią jest „Duma i uprzedzenie” Jane Austen. Zapytana o źródło inspiracji dla głównej bohaterki swoje debiutanckiej powieści, Charlie Calloway, powiedziała, że choć nie jest ona oparta na nikim konkretnym, to w jej życiu nie brakuje podobnych silnych kobiecych wzorców: od jej matki, przez siostrę po przyjaciółki. Przyznała też, że pisanie „Domu nad jeziorem Langely” było dla niej pewnym wyzwaniem, a trudności wynikały głównie z obranej formy – różne okresy, kilku narratorów. Zanim Klehfoth przystąpiła do pisania książki, stworzyła dwudziestostronicowy zarys poszczególnych rozdziałów, który pomógł jej nie pogubić się w chronologii wydarzeń.

Główną bohaterką „Domu nad jeziorem Langely” jest siedemnastolatka, Charlotte 'Charlie' Calloway. Ale to wcale nie oznacza, że debiutancka powieść wiążącej swoją przyszłość z pisarstwem Amerykanki Elizabeth Klehfoth, jest lekturą ukierunkowaną głównie na nastoletnich sympatyków literackiego thrillera. Znać, że autorka „Domu nad jeziorem Langely” kształciła się w tym kierunku, że ma teoretyczne i w pewnym sensie praktyczne przygotowanie pisarskie. Świadczy o tym jej staranny, wyszlifowany styl (tutaj trzeba pochwalić też polskiego tłumacza Krzysztofa Obłuckiego: wydanie Świata Książki z 2019 roku) – szczegółowe, obrazowe opisy miejsc, wydarzeń i nade wszystko postaci, wyczucie suspensu i co tu dużo mówić, zdolności hipnotyzerskie. „Dom nad jeziorem Langely” porwał mnie już na wstępie, a potem już tylko coraz mocniej wsiąkałam w tę pozornie złożoną opowieść umownie relacjonowaną przez Charlie Calloway i jej rodziców. Oczyma tej pierwszej śledzimy „aktualne dzieje”, a z perspektywy Alistaira Callowaya i Grace Fairchild później Calloway, stopniowo odkrywamy wydarzenia z przeszłości, które jak dowiadujemy się już na początku książki doprowadziły do zniknięcia Grace. „Dom nad jeziorem Langely” to opowieść o rodzinnych tajemnicach, o potencjalnych trupach w szafie majętnego rodu, z którego wywodzi się główna bohaterka aktualnie uczęszczająca do prywatnej szkoły z internatem, renomowanego liceum w Knollwood, w którym kształcił się także jej ojciec. Mężczyzna, który przed dziesięcioma laty stracił swoją żoną i zarazem matkę Charlie oraz jej młodszej siostry Seraphiny. Dziewczynki wzrastały w przekonaniu, że matka ich porzuciła. Bo tak im mówiono. W to kazała im wierzyć rodzina ze strony ojca. Możliwe że tak właśnie było, ale teraz Charlie musi rozważyć jeszcze jedną, nie mniej potworną ewentualność. Możliwość, która stawia w złym świetle jej ukochanego ojca. I nie tylko jego, bo czytelnik, w przeciwieństwie do Charlie, pewnie z czasem zacznie wypatrywać spisku zawiązanego przez prawie wszystkich członków szanowanego rodu Callowayów. Bogacze i ich mroczne tajemnice... A w środku tego wszystkiego wciąż nieuświadomiona nastolatka, do której trudno się nie przywiązać. W każdym razie ja bardzo ceniłam sobie jej towarzystwo. Tak bardzo, że z najprawdziwszym żalem się z nią żegnałam. Niezależna, twarda młoda kobieta, która dobrze wie jak manipulować ludźmi, dbająca głównie o własny interes, a przynajmniej przez niektóre osoby ze swojego otoczenia w ten sposób postrzegana. Mistrzyni ciętej riposty starająca się nie dopuszczać do siebie ludzi zbyt blisko, ale też nie można powiedzieć, że stroniąca od towarzystwa. Charlie jest indywidualistką w każdym calu. Osobą, która nie potrzebuje wianuszka przyjaciół, by czuć się dobrze z samą sobą. Osobą znającą swoją wartość, pozbawioną kompleksów i bez oporów wykorzystującą innych do osiągnięcia swoich celów. Typ narcystyczny? Wiele na to wskazuje, choć sama Charlie tak na siebie nie patrzy. Wie, że jest podobna do ojca, niewylewnego, dumnego człowieka, na zaufanie którego trzeba sobie zapracować. Dziedzica bardzo dochodowej rodzinnej firmy zajmującej się obrotem nieruchomościami, Alistaira Callowaya, męża zaginionej przed dekadą matki Charlie, wywodzącej się z klasy robotniczej Grace. Elizabeth Klehfoth wprowadza nas w fabułę „Domu nad jeziorem Langely” informacją, że Grace z premedytacją porzuciła swoją rodzinę. Poszła w siną dal nie oglądając się za siebie. Zostawiła oddanego jej męża i co gorsza własne dzieci. I przez te wszystkie lata ani razu się do nich nie odezwała. Charlie i jej siostra Seraphina mają więc powody, by ją nienawidzić. By nie chcieć mieć z nią nic wspólnego. I unikać spotkań z rodziną ze strony Grace. Zresztą nie tylko z powodu samolubnej ucieczki matki. A przynajmniej Charlie ma jeszcze jeden powód by ograniczać kontakty z Fairchildami. Ale, jak można się tego spodziewać, już wkrótce ta sytuacja ulegnie zmianie. Dotychczas faworyzowana przez nią rodzina ze strony jej ojca stanie się dla niej mniej godna zaufania od familii ze strony matki. Chociaż... Powiedzmy, że nasza nieustraszona Charlie nie będzie już wiedziała w co ma wierzyć. Gdzie leży prawda – czy po stronie Callowayów, czy raczej Fairchildów, przekonanych, że Grace za żadne skarby świata nie porzuciłaby swoich córek. Ale męża już tak.

Tajemnice wiązały nas ze sobą. To była więź, która mogła z taką samą pewnością nas wykreować, jak też nas wszystkich zniszczyć.”

Motyw rodzinnych tajemnic spotyka się na kartach „Domu nad jeziorem Langely” Elizabeth Klehfoth z motywem sekretnego stowarzyszenia uczniowskiego. Nielegalnej organizacji zwanej Klubem A, do której przystąpić mogą jedynie nieliczni uczniowie ekskluzywnego prywatnego liceum z internatem w Knollwood w stanie New Hampshire. Charlie Calloway, jej kuzyn Leo i najlepsza przyjaciółka Drew w tym roku (2007: umowna teraźniejszość) wchodzą w skład owych wybrańców. Starannie wyselekcjonowanej wąskiej grupy osób mogącej ubiegać się o członkostwo w Klubie A. Najpierw muszą jednak zaliczyć tzw. Grę – przejść ciężkie próby narzucone przez pełnoprawnych członków stowarzyszenia, w najlepszym razie ryzykując zawieszenie w prawach ucznia, a w najgorszym wydalenie ze szkoły w trybie natychmiastowym. Przynależność do Kluby A jest utrzymywana w tajemnicy. Nikt oprócz jej członków nie wie, kto wchodzi w jego skład. Można co najwyżej snuć przypuszczania. Mamy więc tajemnicze stowarzyszenie, które najwyraźniej ma ogromną władzę w Knollwood. Trzyma w szachu nawet nauczycieli, ma duży wpływ na życie szkolne, ustanawia własne zasady i doskonale wie jak usunąć z drogi niepokornych. Skojarzenia z chociażby „Sektą” w reżyserii Roba Cohena, filmem z 2000 roku, wydają się więc jak najbardziej na miejscu. Z drugiej strony istnieje spore prawdopodobieństwo, że Klub A działa w interesie uczniów, że jego członkowie są gotowymi do wszelkich poświęceń swego rodzaju strażnikami interesów uczniów liceum w Knollwood. Ich aniołami stróżami. Charlie mniej więcej właśnie tak ich odbiera. To legendarne stworzenie, do którego teraz ma szansę wstąpić. I zamierza zrobić wszystko, by jej nie zaprzepaścić. Jednoczenie stara się rozwikłać zagadkę zniknięcia swojej matki sprzed dziesięciu lat. Niby nic nadzwyczajnego, niby wszystko to znamy, a... oderwać się nie mogłam! Jest w tym jakaś magia, jakiś niezaprzeczalny, ale też trudny do zdefiniowania urok. Wyczerpujący, pobudzający wyobraźnię niewymuszony warsztat Klehfoth. Doskonale rozplanowana kompozycja - wyważone, przemyślane częste przejścia z teraźniejszości w mniej i bardziej odległą przeszłość oraz możliwość poznania punktu widzenia trzech uczestników „tej tragedii”. Chwytliwe, choć już nieraz wykorzystywane tak w literaturze, jak w filmie, motywy. Klimat elitarnej szkoły z internatem i małego miasteczka nad tytułowym jeziorem, pobudzające tajemnice sięgające wielu lat wstecz i wreszcie niezwykle charyzmatyczna bohaterka. Niepozbawiona wprawdzie cech, które mogą być uznane za wady, ale ponad wszelką wątpliwość mająca w sobie tę siłę i determinację, których osobiście (między innymi) niestrudzenie poszukuję w beletrystyce i kinematografii. Trochę taka femme fatale, ale tylko odrobinę. Tak, wszystkie wymienione walory niewątpliwie wspólnie zapracowały na sukces „Domu nad jeziorem Langely”. Ale nie uważam, że cały urok omawianej książki sprowadza się tylko do tych drogocennych cegiełek. Istotne to zalety, ale nie powinny w aż takim stopniu wygładzać dość poważnych wad debiutanckiego utworu Klehfoth. A u mnie coś takiego właśnie się zadziało. Duża przewidywalność. Właściwie brak jakichś szczególnie wstrząsających, mocniejszych, czy w każdy inny sposób mocno wyróżniających się na tle podobnych historii, akcentów. Wielkich niespodzianek tak w stopniowo odkrywanej przeszłości, jak w umownej teraźniejszości reprezentowanej przez niezastąpioną Charlie Calloway. Coraz bardziej wikłającą się w tajemnice rodzinne i szkolne (swoją drogą momentami nachodziły mnie, mile widziane prawdę powiedziawszy, skojarzenia z „Furiami” Katie Lowe, inną uwielbianą przeze mnie powieścią z nastoletnimi postaciami). Zabijcie mnie, ale nie wiem, w czym rzecz. Nie mam pojęcia, dlaczego aż tak zatraciłam się w tej konkretnej i na dobrą sprawę dość zwyczajnej opowieści. Bo jak by na to nie patrzeć Elizabeth Klehfoth niczego nowego do gatunku nie wniosła (jeszcze...). Właściwie to grała na znanych skrzypcach. Ale jak przepiękna to była melodia! Po co komu oryginalność, gdy dostaje tyle emocji? I może to jest właśnie klucz – ta najważniejsza składowa „Domu nad jeziorem Langely”. Emocje może nie najsilniejsze, ale mocno zróżnicowane i nieustające. Jak nad tym pomyślę, to tak, nie było chwili tkwienia w oparach beznamiętności. Bez przerwy towarzyszyła mi co najmniej jedna pożądana emocja. Zero nudy, chociaż osoby nastawione na praktycznie nieustającą akcję, na wielce dynamiczny rozwój fabuły, inaczej mogą to odebrać. Dzieje się niemało, ale po części niejako pod powierzchnią. W warstwie psychologicznej, gdzieś w tle innych, przynajmniej pozornie mniej znaczących wydarzeń. Na obrzeżach szkolnej egzystencji wytrawnej manipulantki Charlie Calloway i powoli zawiązującej się relacji jej rodziców w przeszłości, w którą dość często będziemy zaglądać. I dzięki temu zawsze (ewentualnie prawie zawsze) będziemy o krok przed naszą siedemnastoletnią bohaterką, której życie naturalnie ulega coraz większym komplikacjom. I które być może jest zagrożone.

Nieważne, co przesądziło. Mniejsza z tym, co przede wszystkim sprawiło, że tak kompletnie wsiąkłam w „Dom nad jeziorem Langely”, debiutancką powieść Elizabeth Klehfoth. Może rzeczywiście chodziło o emocje, jakie nieustannie ta amerykańska autorka we mnie wlewała, a może ja najzwyczajniej w świecie gustuję w takich klimatach. Elitarnych szkół z podejrzanymi organizacjami uczniowskimi. I, tutaj już na pewno, małych miasteczek oraz mrocznych rodzinnych tajemnic. I takich charakterów, jakim Klehfoth w swojej mądrości obdarzyła siedemnastoletnią Charlie Calloway, bohaterkę, którą na pewno zapamiętam. I mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. Nie tylko przy, zakładam nieuniknionej, ponownej lekturze tego pasjonującego thrillera psychologicznego, jakim dla mnie okazał się „Dom nad jeziorem Langely”. Bo choć opowieść ta zdaje się być kompletna, raczej nieotwarta na kontynuacje, to mimo wszystko liczę na kolejne odsłony niełatwych przeżyć młodej Callowayówny. Szkoda by było tak szybko porzucać tak niewiarygodnie charyzmatyczną postać. No chyba że ta utalentowana Amerykanka ma pomysł na jeszcze lepszą. Wcale by mnie to nie zaskoczyło, zważywszy na pisarski poziom, jaki już zdążyła mi zaprezentować. Dla mnie – wyborny!

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

sobota, 11 lipca 2020

„Silhouette” (2019)


Amanda i Jack Harms po śmierci swojej córki Sarah przeprowadzają się z miasta do niewielkiego domu pod lasem. To pomysł mężczyzny, który wierzy, że zmiana scenerii pomoże im uporać się ze stratą. Jego żona nie jest entuzjastycznie nastawiona do przeprowadzki, a im dłużej przebywa w nowym domu, tym bardziej utwierdza się w przekonaniu, że to nie jest odpowiednie miejsce dla nich. Amandę nawiedzają bardziej realistyczne niż dotychczas koszmarne sny z udziałem jej zmarłej córki. Co gorsza kobieta ma powody przypuszczać, że jakaś zła siła upodabniająca się do Sarah czyha na nią na jawie. Jack natomiast zakłada, że stan psychiczny jego żony ulega pogorszeniu na skutek traumy, którą przeżyła. Mężczyzna robi, co może by uratować ich małżeństwo, starając się jednocześnie nie ulec pewnej zgubnej pokusie.

Zrealizowany za zaledwie dwadzieścia pięć tysięcy dolarów amerykański horror psychologiczny, z ewentualnym podłożem natury paranormalnej, „Silhouette” w reżyserii i na podstawie scenariusza Mitcha McLeoda, twórcy mało znanych filmów „Novella” (2013) i „Arc” (2016), był kręcony w stanie Teksas i obsadzony bez uprzednich castingów. McLeod wybierając aktorów kierował się ich występami w innych filmach, a w niektórych przypadkach dopisał role specjalnie dla zatrudnionego już aktora/aktorki. „Silhouette” trafił do wybranych amerykańskich kin w styczniu 2019 roku, a w lipcu tego samego roku gościł na Fort Worth Indie Film Showcase. UWAGA SPOILER Scenariusz był po części inspirowany sprawą Darlie Lynn Peck Routier, która została skazana na śmierć za zabójstwo swojego pięcioletniego syna Damona w 1996 roku i oskarżona o pozbawienie życia także swojego sześcioletniego syna Devona KONIEC SPOILERA.

Ponury obraz traumy po stracie jedynego dziecka. Z poruszającą muzyką skomponowaną przez Michaela Vignoli i intensywnymi zdjęciami Marca Rouse'a oraz jego pomysłowym, efektywnym montażem. „Silhouette” nie bez powodu zbiera głównie pozytywne recenzje, choć trzeba zaznaczyć, że to dość minimalistyczne podejście do kina grozy. Efektów specjalnych nie ma zbyt wiele. Podobnie jump scenek. „Silhouette” bazuje przede wszystkim na klimacie i postaciach. Na przeżywającym poważny kryzys małżeństwie. Na ludziach starających się uratować swój związek po tragicznej śmierci kilkuletniej córki. Każde z nich radzi sobie z traumą na własny sposób. Chociaż w przypadku kobiety, Amandy Harms, należałoby raczej powiedzieć: „nie radzi sobie”. Pomysł przeprowadzki do spokojniejszego miejsca wyszedł od jej męża, Jacka, który bez wątpienia jest w zdecydowanie lepszym stanie psychicznym od Amandy. Radzi sobie bez leków uspokajających, teraz tak niezbędnych jego małżonce. Jest bardziej rozmowny i, w przeciwieństwie do niej, pełen wiary w lepsze jutro. Amanda poddaje się jego woli. Jest pasywna, zamknięta w sobie, dosłownie przygnieciona smutkiem, z którym nijak nie potrafi sobie poradzić. Co absolutnie zrozumiałe po stracie jedynego dziecka. Zrozumiały jest też niesłabnący entuzjazm jej męża. Niesłabnący do czasu, bo jak można się tego domyślić nowy dom i na niego będzie miał zgubny wpływ. Bo, jak chce myśleć Amanda, jest nawiedzony przez jakąś agresywną istotę przypominającą jej zmarłą córkę? A może po prostu izolacja im nie służy? A przynajmniej nie Amandzie, bo Jack nie stara się jej wzorem unikać ludzi. Choć może powinien... Mitch McLeod stworzył iście depresyjny obraz wewnętrznych katuszy przeżywanych przez kobietę, której niesprawiedliwy los brutalnie odebrał najcenniejsze dobro, jakie posiadała. I wewnętrznego rozdarcia mężczyzny, który pragnie ulżyć w cierpieniu swojej małżonce, ale nie wie jak, jednocześnie będącym ciągniętym w innych kierunku. Czy ulegnie pokusie oderwania się od najwyraźniej popadającej w szaleństwo Amandy? Ułożenia sobie życia na nowo, bez niej? Czy raczej niestrudzenie będzie trwał przy niej, „po kawałku” wydobywając ją z bezdennej studni rozpaczy? Przed wcielającą się w postać Amandy, April Hartman, postawiono największe wyzwanie, z którego ta moim zdaniem wywiązała się wprost wyśmienicie. Całkowicie przekonujące oddanie na ekranie jednostki przygniecionej brzmieniem niepowetowanej straty, która na dodatek popada w coraz większe szaleństwo (partnerujący jej Tom Zembrod nie jest już tak wiarygodny). Coraz bardziej odrywa się od rzeczywistości, czy to na skutek autentycznych zjawisk paranormalnych, jakim świadkuje w nowym domu, czy częściowo pod wpływem niezwykle realistycznych koszmarnych snów i halucynacji. Amanda widuje swoją zmarłą córkę. A raczej coś na kształt jej demonicznego wydania. Ta zjawa albo imaginacja jest... Brr! Aż ciarki przechodzą. Zniekształcona, dość płynna, rozmazująca się twarz i te fantazyjne czarne oczy, z których niejako odchodzą nitkowate wyżłobienia. Mała dama w jasnej koszuli nocnej, która przemyka po skąpanych w ciemnościach ciasnych pomieszczeniach w nadszarpniętym zębem czasu, trochę zaniedbanych nowym domu Harmsów i po okolicznym lesie. Jeśli chodzi o to ostatnie... W „Silhouette” zobaczycie scenę, której prawdopodobnie długo nie zapomnicie. W każdym razie, ja na pewno. Niby nic wyjątkowego. W końcu ileż to już razy widzieliśmy zaspaną/śpiącą filmową bohaterkę, ewentualnie bohatera, wchodzącą nocą między drzewa śladami jakiejś tajemniczej postaci? Ale realizacja nadaje temu nowej jakości. A emocje... No, Proszę Państwa. Skąpana w zamglonych ciemnościach, co procentuje wręcz zgniatającą posępnością, nocna somnambuliczna przechadzka Amandy po lesie za upiorną postacią, która jak myśli jest jej nieżyjącą już przecież córką. Jej duchem? Jeśli tak to nieprzyjaznym. Demoniczną istotą, którą w finale tej pamiętnej sekwencji zobaczymy całkiem wyraźnie. Nieskuteczna to wprawdzie jump scenka, ale widok jest doprawdy potworny. Tego rodzaju, acz moim zdaniem już mniej widowiskowych, atrakcji jest w „Silhouette” więcej. Mitch McLeod na główny obiekt owych nie tak znowu zagadkowych zjawisk wybiera ponury domek Harmsów. W tych klaustrofobicznych, mrocznych wnętrzach przede wszystkim będzie objawiać się nasza mała widmowa dama, ale tylko Amanda (i naturalnie my) będzie mogła ją zobaczyć. Może jedynie w snach, a może to tylko fałszywe wrażenie mające uśpić czujność widza. Obliczone na efekt zaskoczenia. Zaskoczenia klasycznym motywem nawiedzenia przez niematerialną istotę z innego świata.

Długie ujęcia (niektóre trochę za długie), mroczne i ponure obrazy, charakterystyczny i mocno przygnębiający muzyczny temat przewodni i solidne efekty dźwiękowe biorące czynny udział w dawkowaniu napięcia. Potraktowane na równi ze zdjęciami, a nie jak to niestety najczęściej we współczesnym kinie grozy bywa jako swego rodzaju brzęczenie gdzieś w dalekim tle, które po pewnym czasie przestaje być przeze mnie rejestrowane. Mówiąc w skrócie: mocno intensywny to film. Aczkolwiek momentami trochę męczący. Mitchowi McLeodowi w „Silhouette” w moich oczach nie udało się niestety uniknąć nużących i zupełnie zbędnych przestojów. Ten niespełna dwugodzinny spektakl spokojnie i myślę, że z korzyścią dla niego, można było zredukować o kilkadziesiąt minut. Wystarczyło skrócić część ujęć. Wszystkie, które niemiłosiernie poprzeciągano bodaj jedynie po to, by przekaz na pewno dotarł do każdego odbiorcy, by jakiś średnio domyślny widz czasem nie przegapił jakiegoś szczególiku na temat danej postaci. Każdej postaci. A tych nie mamy wiele. Scenariusz koncentruje się tak naprawdę na czterech osobach. W największym stopniu oczywiście na Amandzie i Jacku Harmsach, ale uwaga filmowców pośrednio, ale i bezpośrednio skupia się też na ich zmarłej córce Sarah (przyzwoita kreacja Savannah Solsbery), która może, ale nie musi być też zjawą widywaną przez Amandę w nowym domu. I jest jeszcze ktoś. Człowiek z krwi i kości, który przypuszczalnie dodatkowo namiesza w życiu Harmsów. Z premedytacją... Właściwie to nie wiadomo, czy z premedytacją, ale pojawienie się tej osoby niewątpliwie zwiastuje kłopoty. A przynajmniej McLeod chce byśmy tak na to patrzyli. „Silhouette” z pewnością nie jest horrorem dla niecierpliwych widzów. Nie dla tych, którzy od kina grozy oczekują prawie nieustającej akcji, dosadności, że tak to ujmę, błyskawicznego i efekciarskiego przechodzenia do rzeczy. Twórcy „Silhouette” pochylają się nad najdrobniejszymi detalami tekstowymi, ale jeszcze bardziej technicznymi. To bez wątpienia audiowizualna uczta dla zmysłów, ale już fabuła może pozostawiać pewien niedosyt. Trochę wygląda to tak, jakby ładne opakowanie miało poza wszystkim innym odwracać uwagę publiczności od scenariusza. Scenariusza, który uważam nie został dostatecznie rozwinięty. Jakby jego autorowi brakło dosłownie jednego pomysłu. Bo naprawdę wystarczyłby jeszcze jeden ciekawy wątek w środkowej części „Silhouette”, żebym całkowicie pogrążyła się w tej depresyjnej opowieści. Czegoś mi zabrakło. Jakiegoś zrywu, ożywienia z lekka skostniałej środkowej partii jakimś niekoniecznie oryginalnym, czy zaskakującym motywem. Wystarczyłoby coś tylko trochę mniej prozaicznego od obrazów, bądź co bądź, ciężkiej codzienności coraz bardziej oddalających się od siebie małżonków. Może coś w otoczeniu Jacka, bo jego przeżycia przy tym przez co przechodzi Amanda wypadają blado. Nie, inaczej. Jego codzienność dostarczała mi nieporównanie słabszych emocji od tych zwyczajniejszych przeżyć jego życiowej partnerki. Bo wiadomo, że oniryczne, schizofreniczne i być może nadnaturalne sekwencje z udziałem Amandy, gwarantowały mi najsilniejsze doznania. Minimalistyczne, przerażająco realistyczne efekty specjalne, z co najwyżej znikomą ingerencją komputera, szarpiący nerwy montaż, pomysłowe wykorzystanie w paru momentach żywych kolorów tak smacznie kontrastujących z całą resztą, miażdżąca ścieżka dźwiękowa. I ta hipnotyczna ponurość, i ta dręcząca izolacja, i ta ciasnota, i konsekwentnie zagęszczający się mrok. Mrok spowijający dusze coraz gorząc radzących sobie małżonków. Mrok potem znajduje odbicie w całym ich otoczeniu. Najpierw była szarość. Moim zdaniem symbol ich smutku. Egzystencji wypranej z kolorów, bo te przez ostatnie lata wnosiła w ich życia córka, której już z nimi nie ma. A może jest? Może przybyła za nimi do nowego domu, a może już tam na nich czekała? To się okaże i choć końcówka „Silhouette” w żadnym stopniu mnie nie zaskoczyła, choć wszystko przebiegało tak, jak sobie umyśliłam już w pierwszej połowie seansu, to sposób, w jaki to poprowadzono... Mistrzostwo świata! Potworne mistrzostwo. Spodziewane rozwiązania podane w niezwykle widowiskowym, niesamowicie emocjonującym, miażdżącym wręcz stylu. Strasznie smutne.

Kameralny, klimatyczny, intensywny, minimalistyczny i trochę ubogi fabularnie amerykański horror psychologiczny z potencjalnym dodatkiem nadnaturalnego, w reżyserii i na podstawie scenariusza Mitcha McLeoda. Niedoświadczonego, nie licząc shorta „Birthday Girl” z 2016 roku, w gatunku twórcy, który w „Silhouette” pokazuje (nie on pierwszy i zapewne nie ostatni), że praktyka nie jest niezbędna do stworzenia solidnego horroru. Duży budżet też nie, bo jemu wystarczyło jakieś dwadzieścia pięć tysięcy dolarów, żeby w mojej osobistej hierarchii przebić niejeden współczesny straszak z wielomilionowym budżetem. Powiedziałabym nawet, że większość. Fabuła wprawdzie nie usatysfakcjonowała mnie w pełni, czegoś mi tutaj zabrakło, ale ogólne wrażenia jak najbardziej na plus. Również, a może nawet przede wszystkim, dzięki fenomenalnej realizacji. Z wyjątkiem niektórych w moim poczuciu niepotrzebnie poprzeciąganych ujęć. Ale absolutnie nie wszystkich, bo reszta ma bezcenny udział w intensyfikowaniu depresyjnego i dość niepokojącego przekazu „Silhouette”. Tego wyróżniającego się niedrogiego horroru nastrojowego dla cierpliwych odbiorców. A na pewno tych, którzy od horroru nie oczekują mnóstwa efektów komputerowych i jump scenek. To wolno rozwijająca się i w sumie nieoryginalna opowieść o wydaje się nieuchronnym rozpadzie małżeństwa po tragicznej śmierci ich jedynego dziecka. O niewyobrażalnych mękach psychicznych prostą drogą prowadzących do poważnej choroby. I o złej istocie, która może być tylko imaginacją udręczonego i coraz bardziej chorego umysłu, ale równie dobrze może okazać się przybyszem z zaświatów. Nadnaturalną, niszczącą siłą straszącą czołową postać filmu. Widmową dziewczynką, która podejrzewam niejednemu odbiorcy „Silhouette” napędzi niemałego strachu.

czwartek, 9 lipca 2020

Kira Peikoff „Matka wie najlepiej”


Kilka lat po śmierci swojego jedynego dziecka w wyniku choroby genetycznej, Claire i Ethan Abrams decydują się na kolejne. Aby uniknąć przekazania wadliwych genów, kobieta zwraca się do doktora Roberta Nasha, specjalisty od płodności, który, jak Claire wie, pracuje nad nielegalną w Stanach Zjednoczonych metodą manipulacji genetycznej. Za namową swojej współpracowniczki, Jillian Hendricks, Nash zgadza się wypróbować ją na Claire. Eksperyment się udaje i niedługo na świat, w atmosferze skandalu, przychodzi dziecko trojga rodziców. Jedenaście lat później, córka Claire, Abigail, nawiązuje internetowy kontakt z kobietą podającą się za kuzynkę jej rzadko wychodzącej z domu matki. Kiedy jej rodzice się o tym dowiadują robią wszystko by uniemożliwić Abby podtrzymywanie kontaktu z tą kobietą. Dziewczynka ma pewność, że coś przed nią ukrywają i jest zdecydowana odkryć ich tajemnicę. Tymczasem stan psychiczny Claire coraz bardziej się pogarsza. A na domiar złego ani ona, ani jej bliscy nie mogą już czuć się bezpiecznie za sprawą kobiety, która właśnie ich odnalazła.

Amerykanka Kira Lily Peikoff studiowała dziennikarstwo na Uniwersytecie Nowojorskim i bioetykę na Uniwersytecie Columbia. Potem była asystentką redakcji w wydawnictwach Henry Holt and Company i Random House, a od 2013 roku pracuje w charakterze niezależnej dziennikarki. Jej artykuły na temat zdrowia i nauki ukazują się między innymi w „The New York Timesie”, „Cosmopolitanie” i „Psychology Today”. Peikoff marzyła o zostaniu powieściopisarką od trzynastego roku życia, kiedy to przeczytała „Przeminęło z wiatrem” Margaret Mitchell. Jej debiutancka książka, „Living Proof”, dystopijny thriller powstały w wyniku jej oburzenia hamowaniem rozwoju badań nad komórkami macierzystymi przez ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych George'a W. Busha, była gotowa już w 2008 roku, ale wydano ją dopiero w roku 2012. Obecnie Peikoff ma na koncie cztery powieści, w tym pierwotnie opublikowany w 2019 roku (premiera polska: rok 2020) dobrze przyjęty thriller „Mother Knows Best” (pol. „Matka wie najlepiej”).

Tak się złożyło, że niedługo po lekturze „Ludzi doskonałych” Petera Jamesa, thrillera o modyfikacjach genetycznych człowieka, natrafiłam na kolejną powieść poruszającą tę problematykę. Kolejny thriller, tym razem pióra dotychczas niepublikowanej w Polsce Kiry Peikoff. Podejrzewam, że i pisarze i filmowcy coraz częściej będą sięgać po ten motyw. Bo to wdzięczny, zachęcający do dyskusji i oczywiście bardzo aktualny temat jest. Peikoff w omawianym utworze, w przeciwieństwie do Petera Jamesa w jego „Ludziach doskonałych”, zajmuje jasne stanowisko w sprawie projektowanych genetycznie ludzi. Autorka jest jak najbardziej za, ale wyłącznie w zakresie pozbawiania zarodków wadliwych genów. Eliminowania potencjalnych chorób genetycznych. Autorka „Matka wie najlepiej” widać pokłada dużą ufność w ludzkości – najwyraźniej wierzy, że gatunek, który stworzył między innymi bombę atomową i, generalizując, jest z tego dumny, zadowoli się tak niewielką ingerencją w ludzki genom. Tak czy inaczej na tym zagadnieniu Peikoff skupia się w swojej trzymającej w napięciu opowieści o fikcyjnych ludziach, którzy wbrew prawu wydali na świat zaprojektowanego genetycznie człowieka. Inicjatorka tego przełomowego wydarzenia, Claire Abrams, miała silną motywację, by podjąć to ryzyko. Jej pierwsze dziecko, Colton, umarło w ósmym roku życia przez mutację genetyczną, którą nieświadomie mu przekazała. A jej mąż Ethan marzył o kolejnym dziecku. Dyrektor programu bioetyki na Uniwersytecie Columbia, zdecydowany przeciwnik manipulowania ludzkimi genami, doktor Abrams, był gotów przyjąć ryzyko wydania na świat następnego dziecka, które będzie cierpiało i umrze młodo. Bo a nuż okaże się zdrowe. A jeśli nie, to trudno. Ważne, że pożyje parę lat w atmosferze miłości, którą dadzą mu rodzice. Innymi słowy, Ethan jest zdania, że lepiej wydać na świat dziecko obciążone śmiertelną i bolesną chorobą, niż ingerować w prawa natury. Claire myśli inaczej. W tajemnicy przed mężem zawiązuje więc współpracę z ludźmi, którzy jak już wcześniej zdążyła się zorientować, opracowali metodę eliminacji mutacji genetycznych z DNA zarodka. Z doktorem Robertem Nashem i współpracującą z nim badaczką Jillian Hendricks. To jedna oś fabularna, osadzona w przeszłości. A przeplata się ona z wątkami rozgrywającymi się w umownej teraźniejszości. Obecnie Claire mieszka w domu pod lasem w małym amerykańskim miasteczku, wraz ze swoją jedenastoletnią córką Abigail i mężem Michaelem. Kobieta maksymalnie ogranicza wyjścia z domu. Ewidentnie ukrywa się przed światem. Nie bez powodu, o czym doskonale wie jej partner, ale oboje uznali, że przynajmniej na razie nie będą wtajemniczać córki. I trudno się dziwić, wziąwszy pod uwagę atmosferę skandalu, w jakim Abby przychodziła na świat. „Dziecko Frankensteina”: tak pisano o niej w gazetach. Claire natomiast nazywano „Frankenmamą”. Innymi słowy z lubością stygmatyzowano tak matkę, jak jej dziecko. I gdyby odkryto ich miejsce zamieszkania, to najpewniej sytuacja by się powtórzyła. Cześć społeczeństwa postarałoby się jak najbardziej utrudnić życie jedenastoletniej dziewczynce, a jej matka najprawdopodobniej wylądowałaby w więzieniu. Ojciec być może również. A teraz jeszcze pojawia się kolejne zagrożenie. Kobieta z przeszłości Claire. Kobieta, której Claire ma powody się obawiać. Boi się czegoś jeszcze. Czegoś, z czym miała już do czynienia, a co teraz najwidoczniej wróciło z podwójną siłą.

Poszukiwanie prawdy nawet kosztem wielkich osobistych poświęceń stanowi definicję heroizmu.”

Kira Peikoff, zgodnie z panującą we współczesnej beletrystyce modą, roztacza swoją opowieść nie tylko w dwóch w miarę odległych od siebie okresach, ale także obiera perspektywę kilku osób. A konkretniej trzech przedstawicielek płci żeńskiej: Claire Abrams, jej jedenastoletniej córki Abby i Jillian Hendricks. W każdym przypadku spotykamy się z narracją pierwszoosobową i naturalnie tylko rozdziały ujęte z punktu widzenia najmłodszej członkini „tego trio” zasilają jedynie umowną teraźniejszość. Dawne dzieje śledzimy oczami tylko Claire i Jillian. Kobiet znacznie się od siebie różniących. Ale jedno niewątpliwie je łączy. A mianowicie gotowość do wszelkich poświęceń dla tego, co dla nich ważne. Dla Claire najważniejsze jest jej dziecko, a dla Jillian kariera naukowa, a na drugim miejscu mężczyzna, z pomocą którego opracowała rewolucyjną metodę eliminacji wadliwych genów z ludzkiego zarodka. I którego już od wielu lat nie widziała. Za to znalazła wreszcie Claire i jej zaprojektowaną genetycznie córkę: wielkie dzieło Jillian i doktora Roberta Nasha. Claire, ta niegdysiejsza nieustraszona dziennikarka, teraz, brzydko mówiąc, przypomina wrak człowieka. Wygląda na to, że zmaga się z lżejszą postacią agorafobii, ma halucynacje i paranoję. Jej jedyna córka spogląda na to z narastającą obawą i złością. Złością na matkę, która, jak wiemy, zrobiłaby dla niej absolutnie wszystko. Kira Peikoff, muszę jej to oddać, stworzyła naprawdę intrygujące, pasjonujące wręcz postacie, które odkrywa przed czytelnikiem stopniowo i z poszanowaniem suspensu. Uczynienie narratorkami aż trzech postaci i dwutorowa akcja okazały się w tym niezmiernie pomocne. Zwłaszcza w budowaniu suspensu, bo odmalowanie tak szerokich portretów czołowych sylwetek, tradycyjna narracja przecież też umożliwia. Wprawdzie na rynku literackim nie brakuje dreszczowców z jeszcze bardziej pogłębionymi, zdecydowanie bardziej wyczerpującymi rysami psychologicznymi poszczególnych postaci, ale poczucia niedosytu podczas lektury „Matka wie najlepiej” w tej materii na pewno nie miałam. I po zakończeniu lektury to bynajmniej się nie zmieniło, aczkolwiek muszę zaznaczyć, że zamknięcie nielicho mnie rozczarowało. Po tak emocjonującej podróży nie takiej mety oczekiwałam. Podróży trzymającej w niemałym napięciu, pomimo ogromnej przewidywalności. A może również dzięki niej? Bo Peikoff stosuje technikę kojarzoną głównie z Alfredem Hitchcockiem. Akcentuje zagrożenie, po czym przechodzi do innych wątków. Niejako zawiesza akcję, wcześniej zwracając uwagę czytelnika na źródło niebezpieczeństwa. Najprawdopodobniej nie jedyne, ale wiele wskazuje na to, że najpoważniejsze. Zresztą wszystkie przygotowane przez Peikoff „niespodzianki” łatwo przedwcześnie rozszyfrować. Nawet nie będąc orłem dedukcji, bo ja nim z pewnością nie jestem, a poskładanie tych puzzli żadnych problemów mi nie nastręczyło. Właściwie to niezmiennie wyprzedzałam przynajmniej o jeden krok coraz bardziej zaszczutych dorosłych bohaterów „Matka wie najlepiej”. I rzecz jasna ich dociekliwą córkę, bo akurat w tym przypadku tak chciała autorka. Abby miała być tą najmniej uświadomioną. Mniej nie tylko od swoich rodziców i nemezis Claire, ale również od nas, biernych obserwatorów tego emocjonującego pasma wydarzeń, które, jak każe nam myśleć Peikoff, niechybnie doprowadzi do nieodwracalnej tragedii. Może nawet niejednej. Koszmar coraz śmielej wkracza w spokojne, monotonne wręcz małomiasteczkowe życie Claire i jej bliskich. Bo oto autorka „Matka wie najlepiej” wprowadza motyw stalkerki. I to już we wstępnej fazie książki. Motyw jednostki opętanej niebezpieczną obsesją. Obsesją na punkcie zemsty? Najwyraźniej, ale gdy już Peikoff przybliży nam tę postać (a nastąpi to raczej prędzej niż później) będziemy mogli dołożyć kilka dodatkowych potencjalnych cegiełek do jej motywacji. Z gruntu diabolicznej, czy uzasadnionej? Czy spodziewana niecna działalność tej osoby zasługuje na najwyższe potępienie, czy absolutne rozgrzeszenie? A może tak naprawdę nie o niszczącą obsesję tutaj chodzi, tylko o przemyślaną strategię dla dobra ogółu. Również Claire i jej córki. Cudownego dziecka, które nie wie, że jest wyjątkowe. I że w oczach tak wielu ludzi uchodzi za potwora Frankensteina. Kira Peikoff nie omieszkała przybliżyć kontrowersji, jakie wzbudza temat manipulacji genetycznych. Zwłaszcza na ludziach. I choć trudno „posądzić ją” o obiektywizm, chociaż nie stawia się w pozycji swego rodzaju arbitra w tym zajadłym konflikcie natury etycznej, chociaż ewidentnie plasuje się w jednym z tych dwóch przeciwnych obozów, to nie można powiedzieć, że racje drugiej strony pomija milczeniem. Że nie przedstawia pokrótce poglądów tak zwolenników naturalnej reprodukcji, jak propagatorów naprawiania tego, co Natura psuje. Chociaż w przypadku tych pierwszych... Powiedzmy, że wykazuje pewne starania w kierunku antypatycznego nastawienia odbiorcy do tychże. Więc jeśli ktoś jest zdecydowanym przeciwnikiem manipulacji genetycznych na ludziach, również tylko w zakresie eliminowania z zarodków wadliwych genów, czego zwolenniczką najwyraźniej jest Kira Peikoff, to powinien przygotować się na zażartą dyskusję z autorką „Matka wie najlepiej”. Może i nieraz poczuje się urażony zagłębiając się w tę opowieść, którą jeszcze niedawno podciągnęlibyśmy pod science fiction (teraz już raczej do tej szufladki nie pasuje), ale istnieje też spore prawdopodobieństwo, że autorka „Matka wie najlepiej” da mu do myślenia. Zachęci może nie od razu do zmiany postawy na ingerencję w ludzki genom w zakresie pozbywania się mutacji genetycznych, ale może przynajmniej co poniektórych przeciwników „nienaturalnych urodzeń” zachęci do porzucenia swojej jawnie wrogiej postawy względem dzieci, które nie zostały poczęte w naturalny sposób. I ich rodziców, którzy „zawinili” naturalną przecież potrzebą posiadania własnego, zdrowego dziecka. Odwieczny konflikt: nauka kontra Natura. I miłość matki do dziecka. Jedna z najtrwalszych, jeśli nie najtrwalsza, jaka istnieje. Silniejsza nawet od strachu przed własną śmiercią...

Murowany hit? Tak mi się wydaje. „Matka wie najlepiej” pióra amerykańskiej dziennikarki i powieściopisarki, Kiry Peikoff, posiada prawie wszystkie składniki, jakie ma bodaj większość współczesnych bestsellerowych thrillerów. Nieskomplikowany, można nawet powiedzieć, że dość prosty, acz mocno poruszający wyobraźnię styl; niepowierzchowne i barwne postaci; nośny temat przewodni; suspens i modną formę. I oczywiście mnóstwo całkiem silnych emocji, co ciekawe generowanych w ramach konwencji, z którą w jakimś zakresie wielu miłośników gatunku pewnie już nieraz się spotkało. Choć może niekoniecznie z projektowanymi genetycznie dziećmi. Bo temat wciąż jest stosunkowo nowy – jeszcze niezbyt rozprzestrzeniony tak w literaturze, jak w filmie. Tym bardziej więc warto zapoznać się z historią możliwe, że właśnie wschodzącej gwiazdy literackiego thrillera. Już przez niektórych porównywanej do Michaela Crichtona. Ja, przy całej swojej sympatii do tego osiągnięcia Kiry Peikoff, tak daleko w porównaniach iść nie zamierzam. A przynajmniej nie teraz, bo kto wie, może w niedalekiej przyszłości autorka ta da mi więcej powodów do patrzenia na nią jak na godną następczynię nieodżałowanego Michaela Crichtona. Albo, co bym wolała, wykształci własny, unikalny styl. Tak czy inaczej cieszę się, że mogłam przeczytać jej pierwszą wydaną w Polsce powieść. I czekam na kolejne.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 7 lipca 2020

„Kamień, papier, nożyce” (2017)


Seryjny morderca, Peter Harris, po latach opuszcza zakład psychiatryczny, gdzie został umieszczony decyzją sądu. Jego lekarz prowadząca, doktor Evelyn Bauer, jest przekonana, że nie zagraża już społeczeństwu, ale detektyw policyjny, który zajmował się jego sprawą, Doyle Dechert, nie jest takim optymistą. Peter wraca do swojego domu, gdzie szybko odżywają w nim traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa. Tymczasem w sąsiedztwie pojawia się kobieta, Ashley Grant, podająca się za dziennikarkę i pisarkę zainteresowaną napisaniem biografii Petera Harrisa. Nie zważając na ostrzeżenia detektywa Decherta, stara się pozyskać zaufanie swojego nowego sąsiada. I w końcu udaje jej się zbliżyć do człowieka, który, jak doskonale wie, przed laty zabijał kobiety. Nie wie jednak, że mężczyzna ten jest coraz bardziej przytłoczony strasznymi wspomnieniami i na powrót zaczyna wierzyć w istnienie swojego rzekomego apodyktycznego brata bliźniaka Aarona, który, jak wierzy, dominował w ich morderczym tandemie.

Tom Holland, twórca między innymi „Postrachu nocy” (1985), „Laleczki Chucky” (1988) oraz opartych na prozie Stephena Kinga „Langolierów” (1995) i „Przeklętego” (1996) połączył siły ze scenarzystą legendarnego slashera Seana S. Cunninghama, „Piątku trzynastego” (1980), Victorem Millerem w sentymentalnym projekcie, filmowym horrorze „Rock, Paper, Scissors” (pol. „Kamień, papier, nożyce”) znanym też jako „Rock Paper Dead”. Miller naturalnie napisał scenariusz, a pomagał mu niedoświadczony w tej roli Kerry Fleming. Tom Holland natomiast zajął krzesło reżyserskie. Muzykę skomponował Harry Manfredini, który wzbogacił swoją wspaniałą twórczością mnóstwo kultowych horrorów, w tym wspomniany już „Piątek trzynastego”. Pierwszy pokaz „Kamień, papier, nożyce” odbył się w 2017 roku w jego rodzimych Stanach Zjednoczonych na Nightmares Film Festival, gdzie został wyróżniony za scenariusz. Do szerszego obiegu planowano wpuścić go w roku 2018, ale premierę przesunięto o rok. W Stanach Zjednoczonych film trafił bezpośrednio na rynek DVD, Blu-ray i VOD w lipcu 2019 roku.

Kamień, papier, nożyce” to bez wątpienia wyraz nostalgii filmowców doświadczonych w horrorze. Tęsknoty za tym co było, a nie jest. Za starymi, dobrymi horrorami, które przecież i oni tworzyli. Tom Holland i Victor Miller, legendy gatunku, zauważalnie chcieli przywołać ducha kina grozy z dawnych lat. Powiedziałabym, że lat 80-tych XX wieku, ale na upartego można to rozciągnąć na ostatnie trzy dekady poprzedniego stulecia. Retro klimacik – znajoma obskurna atmosfera – i prosta opowieść o psychopatycznym mordercy, który po długim leczeniu w zamkniętym ośrodku psychiatrycznym, wraca do domu, w którym spędził najgorsze lata swojego dzieciństwa. On i jego wyimaginowany brat bliźniak Aaron, w istnienie którego dzięki terapii już nie wierzy. Do czasu. „Kamień, papier, nożyce” niewątpliwie dużego budżetu nie miał, bo to w końcu miał być swoisty ukłon w stronę niskobudżetowych rąbanek z dawnych lat. Z dodatkiem thrillera psychologicznego. Czołowa postać, Peter Harris (nie najgorsza kreacja Luke'a Macfarlane'a) zwraca uwagę swoją obsesją na punkcie tytułowej gry oraz lalek, które tworzył na własny użytek zanim trafił na przymusowe leczenie. I maską wyobrażającą dość upiorną twarzyczkę laleczki. Nie, nie Chucky. „Ojciec” tego ponadczasowego antybohatera, w żadnym wypadku nie upodabnia owego cennego dodatku, jakim jest maska Petera, ani nawet zrobionych przez niego lalek, do rudowłosej przytulanki Andy'ego Barclaya, ale niewykluczone, że samym tym dodatkiem (motyw lalek) Holland odnosił się do swojego największego dokonania w horrorze. Tak czy inaczej pomysł na filmowego mordercę był. Sęk w tym, że moim zdaniem nie został odpowiednio wykorzystany. Zaczynamy od stosunkowo mocnego uderzenia, czyli dość obrazowej próbki zbrodniczej działalności Petera Harrisa. Ostatnie chwile z życia jego najnowszej ofiary i wiele mówiący zarys przypadku chorobowego jakim niewątpliwie jest jej oprawca. Męki tej pierwszej kończy błyskawiczne podcięcie gardła, z którego wypływa spora ilość substancji dość udanie imitującej krew. Następnie wpada policja i przechwytuje psychopatę. Wyrokiem sądu Peter trafia do zamkniętego zakładu psychiatrycznego, gdzie na wstępie okalecza jednego z sanitariuszy – pozbawia go oka w dość szczegółowych makabrycznych ujęciach – a zaraz potem zaczyna się drastyczne leczenie Petera. Przeskok akcji o niewiadomą ilość lat i oto wielkie wyjście jakoby wyleczonego sprawcy całej serii mordów na młodych kobietach. Jego lekarka prowadząca, doktor Evelyn Bauer (taki sobie występ Tatum O'Neal), w każdym razie jest przekonana o słuszności swojej decyzji. W przeciwieństwie do Doyle'a Decherta (posągowy Michael Madsen) detektywa z wydziału zabójstw, który pracował nad sprawą Petera Harrisa i przyczynił się do jego aresztowania. Ten ostatni rozpoczyna więc obserwację Petera, który tymczasem wraca do tego samego domu, w którym popełniał swoje zbrodnie. Gdzie spędził większość swojego życia, a część w towarzystwie szanowanego w okolicy wuja, który znęcał się nad nim. I, pewnie niechcący, zasiał w nim obsesję na punkcie gry w kamień, papier, nożyce. W ten oto sposób zawiązuje się raczej licha warstwa psychologiczna. Męczące przedstawienie codzienności człowieka, który rozpaczliwie stara się zatrzymać napływ potwornych wspomnień z dzieciństwa, które w dużym stopniu ukształtowały go na tak zwanego potwora w ludzkiej skórze. Z ofiary przekształcił się w oprawcę. I najwyraźniej teraz mordercze instynkty na powrót w nim odżywają. Swoją drogą dziwne, że pozwolono mu wrócić do tego domu, że jego terapeutka nie widziała w tym żadnego zagrożenia dla jego stabilności psychicznej. Zakładając, że Peter Harris w ogóle ją miał. W każdym razie po przekroczeniu progu tego od dawna niezamieszkanego domu, który Peter odziedziczył po zwyrodniałym wuju, zaczyna czuć się gorzej. Halucynacje z trupami już w stadium rozkładu są, że tak to przewrotnie ujmę, miłą dla oka, acz niestety sporadyczną odskocznią od męczącej codzienności naszego antybohatera. W życie którego w pewnym momencie wkracza Ashley Grant (przerysowana Jennifer Titus, możliwe że zamierzenie, by przywołać manierę obserwowaną w tak wielu XX-wiecznych, zwłaszcza tańszych horrorach). Twórcy „litościwie” zdradzą nam na jej temat to, czego Peter nie wie. I zaczną się niebezpieczne podchody, wynik których łatwo przewidzieć. Twórcy chcieli – bardzo chcieli – zaskoczyć odbiorcę. Co najmniej raz. Ale... Naprawdę? To ma być niespodzianka? Toż, już na początku założyłam, że tak będzie. A nie należę do najbardziej domyślnych widzów.

Zostawmy okrutną przewidywalność „Kamień, papier, nożyce” i przejdźmy do tego, co najważniejsze. Do domniemanego przewodniego celu twórców rzeczonej produkcji. Czyli przywołaniu magicznego ducha niskobudżetowego kina grozy z maksymalnie ostatnich trzech dekad XX wieku. Choć ja tam będę upierać się przy latach 80-tych tamtego stulecia. Przybrudzone, dość ciężkie i pewnie zamierzenie niechlujne zdjęcia Yasha Bhatta. To ta niechlujność, którą bardzo sobie cenię w starszych krwawych/umiarkowanie krwawych horrorach nakręconych mniejszym kosztem. No prawie taka. Smacznie, ale smakowałoby jeszcze lepiej, gdyby Harry Manfredini i tutaj dał wyraz swojego muzycznego geniuszu. Ścieżka dźwiękowa jest bowiem zaskakująco bezpłciowa. Taka nijakość od takiego giganta jak Manfredini? Z odsieczą przybył mu inny gigant, z którym notabene już miał przyjemność pracować, nad „Piątkiem trzynastego” Seana S. Cunninghama. Victor Miller, współtwórca miałkiego i dość naiwnego scenariusza „Kamień, papier, nożyce”. Ciągnącej się jak spaghetti historyjki o niegdysiejszym seryjnym mordercy, w którym najwyraźniej znowuż odżywają mordercze zapędy. Człowieka wchodzącego w, jak na niego, całkiem bliską relację z nową sąsiadką. Walczącego z demonami przeszłości, ale z coraz mniejszą skutecznością. Lalki, wyimaginowany brat bliźniak i inne omamy wzrokowe i słuchowe, fantazyjna maska, seryjne morderstwa, zdeterminowany obserwator, nemezis, zboczenia i mnóstwo gadania o niczym. Do tego w wielkim skrócie sprowadza się fabuła „Kamień, papier, nożyce”. Generalnie prosta historyjka mimo tego, że wepchnięto w nią dość pokaźną ilość sprawdzonych motywów. Traktując je po macoszemu. Może z wyjątkiem wewnętrznych przeżyć pierwszoplanowej postaci, którą znowu ciągnie ku szaleństwu. Twórcy praktycznie dają nam pewność, że obserwujemy ponowne narodziny psychopatycznego killera, że wcześniej czy później Peter wróci na zbrodniczą ścieżkę. Znowu będzie cieszył się swoimi „żywymi lalkami”. Obmacywał skrępowane ciała młodych kobiet, grał z nimi w swoją ulubioną grę, opowiadał im o swoim „cudownym wujku”, a potem ćwiartował te mimowolne powierniczki. I oczywiście znowu połączy się ze swoim ukochanych bratem bliźniakiem Aaronem. Swoim wspólnikiem w zbrodni, którego tak naprawdę nie ma. Nowy Peter to wie, ale dawny Peter już dobija się do drzwi. Chce wrócić i kontynuować morderczy plan, który „tak bezczelnie” przed wieloma laty mu przerwano. Innym słowy, standard. Co samo w sobie w moich oczach „Kamień, papier, nożyce” Toma Hollanda nie pogrążało, bo oryginalność nie jest dla mnie wartością nadrzędną (może i wcale jej nie być). Choć oczywiście tytułowa gra dodaje trochę świeżości tej pokracznej historyjce. Tak topornej, że aż nie chce się wierzyć, że wyreżyserował ją twórca „Postrachu nocy” i „Laleczki Chucky”. Nie chodzi o maksymalne uproszczenie, nawet nie o miejscową naiwność, bo to w końcu miał być swego rodzaju hołd dla podobnie skrojonych obrazów sprzed kilku dekad. Nie chodzi nawet o rażącą wręcz przewidywalność. Rzecz w niesprzyjającym utrzymywaniu przynajmniej mojego zainteresowania rozwijaniu historii między innymi Petera Harrisa. O dziwo, taka legenda kina grozy jak Tom Holland miała poważne trudności z dawkowaniem napięcia. Widziałam starania, choć na własnej skórze efektu nie odczułam. No dobrze, początkowo coś w ten deseń odbierałam, ale z biegiem seansu... Umiarkowanie krwawe sekwencje (przekonujące praktyczne efekty specjalne), których swoją drogą nie ma wiele, tak jak niektóre halucynacje Harrisa, których również dużo nie ma, działały na mnie pobudzająco. Gdyby nie to zapewne wpadłabym w objęcia Morfeusza. Takie to było beznamiętne. I poszarpane, bo trzeba wspomnieć, że twórcy raczej bezwładnie, w dość nieskoordynowany sposób skaczą od jednej coraz mniej interesującej postaci do innej też konsekwentnie zabijającej zaciekawienie, które bądź co bądź każda z nich na wstępie we mnie zasiała. Klimat, a ściślej same zdjęcia i wywołujące z lekka klaustrofobiczne poczucie, trochę archaiczne, zakurzone, zaniedbane niezbyt przepastne wnętrza domu Petera Harris (dom Ashley Grant przyjemnie z tamtym kontrastuje) też to dokonanie Toma Hollanda uchroniło przed całkowitą porażką w moich oczach. Tak jak i parę szczegółów na temat czołowej postaci. Ale z bólem serca muszę stwierdzić, że to nie wystarczyło, żeby „Kamień, papier, nożyce” dobiły u mnie chociażby do rangi przeciętniaka.

To nie jest Tom Holland, jakiego znam. To nie jest Victor Miller, jakiego znam. I to nie jest Harry Manfredini, jakiego znam. „Kamień, papier, nożyce” nie jest takim „powrotem do przeszłości”, jakiego oczekiwałabym po takich gwiazdach filmowego horroru. Szczerze mówiąc to niejeden debiutant młodszego pokolenia ma na koncie nieporównanie lepsze osiągnięcie. Dobrze, bywało gorzej. Tak, trochę plusów, z dość obskurnymi zdjęciami na czele, w tym obiecującym przedsięwzięciu wypatrzyłam. Ale to nie uchroniło mnie przez niepowstrzymanie narastającą nudą. Długoletni fani horrorów prawdopodobnie i tak poczują się w obowiązku „Kamień, papier, nożyce” obejrzeć. Część z nich zapewne nawet rozsmakuje się w tej nostalgicznej wizji nowego-starego horroru o seryjnym mordercy wracającym do domu. Ale wątpię, żeby nawet w tej głównej grupie docelowej produkcja ta znalazła wielkie poparcie. Niemniej, sprawdźcie to, ale tylko Wy, którzy kochacie niskobudżetowe horrory z lat 80-tych XX wieku (ewentualnie ostatnich trzech dekad poprzedniego stulecia). Pozostałym natomiast radzę... sprawę dogłębnie przemyśleć:)

niedziela, 5 lipca 2020

Stephanie Perkins „Ktoś jest w twoim domu”


Nastoletnia Makani Young już prawie rok przebywa u babci w małym miasteczku Osborne w stanie Nebraska, gdzie była zmuszona przeprowadzić się z Hawajów. Zyskała nowych przyjaciół, ale nie wyjawiła im swojej wstydliwej tajemnicy. Teraz jej sekret może wyjść na jaw, bo oczy całego kraju kierują się na tą niewielką miejscowość. Za sprawą tak zwanego Zabójcy z Osborne, niezidentyfikowanego osobnika, który rozpoczął krwawe polowanie na uczniów Osborne High School. Każdy tutejszy licealista może stać się celem. Nikt nie jest bezpieczny, nawet we własnym domu. Makani, jej przyjaciele Darby i Alex oraz jej nowy chłopak Ollie Larsson, brat jednego z miejscowych policjantów, też w każdej chwili mogą zginąć. Ta świadomość nie przeszkadza im jednak w miarę możliwości angażować się w śledztwo. Młodzi ludzie starają się znaleźć jakiś związek pomiędzy ofiarami, bo wierzą, że dzięki temu zdołają zapobiec kolejnym zbrodniom.

Stephanie Perkins to amerykańska pisarka, znana głównie z jak dotychczas trzyczęściowego cyklu książek dla młodzieży zapoczątkowanego powieścią „Anna i pocałunek w Paryżu”. Perkins studiowała w Kalifornii i w Georgii, a obecnie mieszka w Asheville w Karolinie Północnej. Jest wielką fanką horrorów, również filmowych, a wyrazem tej pasji jest jej pierwotnie wydana w 2017 roku powieść pt. „There's Someone Inside Your House”. Pierwsze polskie wydanie ukazało się w roku 2020 nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka pod nazwą „Ktoś jest w twoim domu”. Porównywana do „Krzyku” Wesa Cravena i „Koszmaru minionego lata” Jima Gillespiego młodzieżowa powieść grozy Stephanie Perkins prawdopodobnie już wkrótce zyska swój filmowy odpowiednik. Wyreżyserowany przez Patricka Brice'a, twórcę między innymi „Dziwaka” i „Dziwaka 2” film na podstawie „There's Someone Inside Your House” ma ukazać się na Netflixie pod tym samym tytułem, ale data premiery nie jest jeszcze znana.

Na końcu „Ktoś jest w twoim domu”, w podziękowaniach, autorka książki Stephanie Perkins, zdradza, że zawsze chciała przeczytać podobną powieść. To zupełnie jak ja. Slasher to jeden z najbardziej znanych podgatunków horroru, choć niecieszący się już takim zainteresowaniem filmowców, jak przed paroma dekadami. Ale choć filmów slash powstało całkiem sporo, naprawdę trudno znaleźć utwór literacki utrzymany w tym duchu. Z niemałym zapałem zasiadłam do powieści niejako firmowanej takimi tytułami jak „Krzyk” i „Koszmar minionego lata”. Tak, wiązałam spore nadzieje z tą publikacją. Ale też byłam świadoma tego, że przywołanie magii mojego ulubionego nurtu horroru w utworze literackim bynajmniej nie jest rzeczą prostą. Film rządzi się innymi prawami – to co zachwyca na ekranie niekoniecznie sprawdzi się w powieści. Oglądanie klimatycznych historii o tajemniczym mordercy pozbawiającym życia młodych ludzi na przeróżne wymyślne sposoby to jedno, ale czytanie takich celowo uproszczonych historii to już zupełnie inna sprawa. Łatwo się zniecierpliwić. Zwłaszcza jeśli nie zalicza się do fanów kina slash, bo okazuje się, że Stephanie Perkins jest nie tylko osobą bardzo świadomą prawideł, jakimi rządzi się ten podgatunek horroru, ale co ważniejsze, potrafiącą przelać część jego magii do literackiego świata przedstawionego. Niektórzy są zdania, że „Ktoś jest w twoim domu” to powieść ukierunkowana przede wszystkim na nastoletnich odbiorców, ale ja powiedziałabym, że to utwór celujący przede wszystkim w miłośników slasherów. Może i prawdą jest, że w większość to grono składa się z młodzieży, ale wierzcie lub nie, nie brakuje w nim także osób, które okres nastoletni mają już dawno za sobą. Perkins do nich także przemawia w swoim „Ktoś jest w twoim domu”. Areną wydarzeń uczyniła małe rolnicze miasteczko w stanie Nebraska, którego znakiem charakterystycznym jest... kukurydza. Rozległe pola, gdzie wprawdzie nie ma Tego, Który Kroczy Między Rzędami, ale długoletnim miłośnikom horrorów ziemie, z których wyrasta wysoka kukurydza i tak już chyba dożywotnio będą się kojarzyć z „Dziećmi kukurydzy”, prawda? I myślę, że to nie przypadek, że seryjny zabójca stworzony przez Perkins żeruje właśnie w takim miejscu. Choć nie wspomina tego tytułu, sądzę, że zależało jej na tym by nieprzypadkowi odbiorcy „Ktoś jest w twoim domu” chociażby tylko przelotnie pomyśleli o kultowych „Dzieciach kukurydzy”, czy to opowiadaniu Stephena Kinga, czy serii filmów, która zawdzięcza tamtemu swoje istnienie. Pisząc „nieprzypadkowi odbiorcy” mam na myśli oczywiście fanów horrorowych rąbanek, również albo wręcz przede wszystkim tych starszych. Akcja „Ktoś jest w twoim domu” co prawda jest osadzona w czasach nam współczesnych, ale fabuła w ogromnym stopniu egzystuje w twardych ramach spopularyzowanych w poprzednim wieku. W kinematografii, nie w literaturze. Mamy tajemniczego mordercę z pomysłowym i płynnym modus operandi, którego celem są uczniowie miejscowego liceum. Mamy wąską grupę szkolnych outsiderów, do której przynależy również osoba skrojona pod klasyczny model final girl (i, co trzeba zaznaczyć, wzbogacona o cechy jej drugiej, nowej odsłony). Mamy młodzieńczą miłość i małe amerykańskie miasteczko sterroryzowane przez człowieka w bluzie z kapturem. Jego tożsamość przez jakiś czas pozostaje nieznana, choć naturalnie lista podejrzanych jest dość długa. Ale to nie jedyny frapujący sekret wprowadzony przez Perkins w tę nieskomplikowaną opowieść. Jest jeszcze mroczna tajemnica ciemnoskórej Makani Young, głównej bohaterki „Ktoś jest w twoim domu”. A przynajmniej akcenty, jakie Perkins kładzie na ten jej sekrecik każą sądzić, że dziewczyna przed przyjazdem do Osborne dopuściła się czegoś potwornego. Kryminalna przeszłość? Wszystko na to wskazuje. Przed blisko rokiem, gdy Makani mieszkała jeszcze z rodzicami na Hawajach, najwyraźniej miała poważną kolizję z prawem. Zmieniła więc nazwisko i osiadła w nudnej miejscowości u swojej zasadniczej, ale i bezgranicznie oddanej wnuczce babci. Czego nie można już powiedzieć o biologicznych rodzicach Makani, którzy zostali na Hawajach – ludziach najwyraźniej mających córce za złe, że żyje. W Osborne dziewczyna nie jest duszą towarzystwa, ale udało jej się pozyskać dobrych przyjaciół. Przebojową Alex i będącego jej zupełnym przeciwieństwem transpłciowego Darby'ego. Ta dwójka przyjaźni się od dzieciństwa, Makani więc czasem czuje się w ich towarzystwie trochę jak piąte koło u wozu, ale wie, że może na nich polegać. Wie także, że to może się zmienić, gdy jej mroczna tajemnica wyjdzie na jaw. Tym bardziej więc truchleje, gdy o Osborne robi się głośno za sprawą seryjnego zabójcy uczniów tutejszego liceum. Makani i jej przyjaciołom teoretycznie też więc grozi śmierć, ale jak można się tego spodziewać nie zamierzają pozostawać bierni w obliczu terroru jednostki. Policja prowadzi co prawda intensywne śledztwo, ale bez wymiernych efektów. Cała nadzieja więc w szkolnych outsiderach. Ha, takiej spuściźnie po Klubie Frajerów z legendarnego „To”.

Smutne jest to, że ludzie dogadują się tylko wtedy, gdy wszyscy są nieszczęśliwi.”

Stephanie Perkins chciała w „Ktoś jest w twoim domu” przywołać poczucie wyobcowania, które według niej ma większość nastolatków. Autorce książki na pewno jest ono doskonale znane, bo jak wyjawiła, sama była takim szkolnym outsiderem, jak Makani Young i jej przyjaciel. Największym odludkiem w tym gronie jest jednak Oliver Larsson, nowa-stara miłość głównej bohaterki książki. Chłopak uchodzący za jednego z największych dziwaków w Osborne High School. Wyobcowany osiemnastolatek, który przed laty stracił rodziców i od tego czasu był wychowywany przez starszego brata, policjanta Christophera. Aspołeczny nastolatek. Hmm... Zakochujący się z wzajemnością w dziewczynie, która w przeszłości dopuściła się czegoś złego. Po dwakroć: hmm. W każdym razie dla Stephanie Perkins ważne było pokazanie mrocznej strony chyba każdej szkoły średniej na świecie. Zależało jej na wydobyciu na powierzchnię, powiedziałabym, że zaledwie odrobiny, tego licealnego brudu, które zwykle zamiata się pod dywan. Perkins jest zdania, że zastraszani i nękani młodzi ludzi, którzy w jakimś stopniu odstają od reszty (albo po prostu ad hoc zostali zaszufladkowani przez rówieśników) w końcu zaczynają wierzyć w to, że są gorsi, że nie zasługują na lepsze życie, a wręcz na los jeszcze cięższy od obecnego. Perkins wprawdzie zbytnio nie zgłębia tego tematu – można powiedzieć, że prześlizguje się jedynie przez powierzchnię egzystencjalnych bolączek młodych ludzi spoza szkolnego mainstreamu. Wyrzuconych poza nawias szkolnego społeczeństwa, dręczonych przez popularniejszych kolegów, ale nie tak często i ostro, jak można oczekiwać po książce dotykającej takiej tematyki. Autorka „Ktoś jest w twoim domu” więcej miejsca poświęciła młodzieńczej miłości niepopularnych uczniów Osborne High School. A konkretniej Makani Young i Olliemu Larssonowi. Samotnikowi nie z wyboru, który być może wreszcie znalazł upragnione towarzystwo. Albo zbliżył się do jednej z osób widniejących na jego liście śmierci. To może być jego najcenniejszy, najbardziej upragniony łup. Wielce prawdopodobnie jest to, że Ollie właśnie w ten sposób patrzy na tak bardzo zapatrzoną w niego dziewczynę. Przyjaciele ostrzegają ją przed taką ewentualnością, ale Makani ma pełne zaufanie do tego chłopaka. Myśli sercem, a nie rozumem? Na to wygląda, ale... Może ta jej pewność, że Ollie nie jest Zabójcą z Osborne bierze się stąd, że to nikt inny, jak ona sama dopuszcza się krwawych zbrodni. W końcu ma mroczną tajemnicę... A może sprawcy należy szukać gdzie indziej? Kandydatów w sumie nie brakuje. Przydałby się za to jakiś dodatkowy wątek, bo nie muszę chyba mówić, że romans Makani i Olliego w moich oczach fabuły nie wzbogacał. Nie nazwałabym go zbędnym – to na pewno dość istotny składnik tej konkretnej historii – ale nie mam wątpliwości, że mój odbiór „Ktoś jest w twoim domu” byłby znacznie lepszy, gdyby Perkins skróciła płaszczyznę romantyczną na rzecz czegoś bardziej w duchu powieści grozy. Na przykład morderstw. Tych stosunkowo sporo się przewija i co istotne Perkins wykazała się w tej materii sporą kreatywnością oraz wystarczającym skupieniem na makabryczny szczegółach. Bez przesady, ale tyle wystarczy, by zobaczyć w wyobraźni kompletny obraz praktycznie każdej śmiertelnej ofiary tajemniczego antybohatera terroryzującego niewielką rolniczą miejscowość w Nebrasce. Ale nie zaszkodziłoby wrzucić w to jeszcze więcej trupów. Od takiego przesytu tutaj głowa by mnie raczej nie rozbolała. Niemniej muszę Perkins przyznać, że dała tej historii niezgorszą atmosferę. A o klimat najbardziej się obawiałam. Aura zaszczucia, ciągła świadomość śmiertelnego niebezpieczeństwa stwarzanego przez człowieka z krwi i kości, który jednak jest niczym duch. Nieuchwytny, enigmatyczny mroczny cień włamujący się między innymi do domów upatrzonych młodych ludzi, z którymi „trochę się pobawi” zanim najpewniej w jakiś pomysłowy sposób odbierze im życie. Napięcie, które choć drastycznie spada w wielu fragmentach poświęconych coraz bardziej zacieśniającemu się związkowi Makani i Olliego, w pozostałych miejscach, a zwłaszcza tuż przed i w trakcie ataków seryjnego mordercy, absolutnie mi towarzyszyło. I ta tajemnica Makani – bonusowy ładunek emocjonalny, który finalnie w pierwszej chwili mnie skonsternował, ale po namyśle pojęłam, jaką, na dobra sprawę niegłupią, myśl autorka chciała tutaj przekazać. Tymczasem druga zagadka... Wyjawię tylko tyle, że w moim poczuciu za szybko znalazła rozwiązanie, ale to jedyna krytyczna uwaga, jaką dla niej mam.

Powieściowy teen slasher. Chyba więcej nie trzeba, żeby zwrócić uwagę długoletnich fanów horrorowych rąbanek. Bo ile znacie utworów literackich utrzymanych w konwencji tego spopularyzowanego przez amerykańską kinematografię podgatunku? Założę się, że niewiele. Jeśli w ogóle jakiś dane Wam było przeczytać. Amerykańska autorka powieści młodzieżowych i fanka horrorów, Stephanie Perkins, może i nie wywiązała się na medal z bądź co bądź niełatwego zadania przywołania w utworze literackim całej magii tego, mam nadzieję nieśmiertelnego, podgatunku filmowego horroru, ale myślę, że niejeden długoletni fan slasherów i za tyle będzie jej wdzięczny. Na początek może być, ale liczę, że autorka „Ktoś jest w twoim domu” napisze coś jeszcze w tym duchu. Bo mam przeczucie, że to może być jedynie wprawka przed czymś, co doprowadzi mnie do czystej ekstazy. Niezła powieść, ale Stephanie Perkins na pewno stać na dużo więcej. Tak czułam czytając to dość sentymentalne dziełko. O seryjnym mordercy szlachtującym młodych ludzi w kukurydzianym amerykańskim miasteczku.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 3 lipca 2020

„You Should Have Left” (2020)


Bogaty emerytowany bankier Theo Conroy, jego młoda żona, aktorka Susanna i ich sześcioletnia córka Ella wyjeżdżają na walijską wieś. Zatrzymują się w wynajętym domu na wzgórzu, gdzie zamierzają zostać kilka tygodni, spędzając czas jedynie we własnym gronie. Choć Theo i Susanna starają się utrzymać swój związek, oboje czują, że między nimi nie jest już tak jak dawniej. A wspólny wypoczynek na angielskiej prowincji wbrew oczekiwaniom nie poprawia ich sytuacji. Osobliwy dom należący do tajemniczego jegomościa coraz bardziej niepokoi bezskutecznie walczącego ze swoją zazdrością Theo. Mężczyznę, podobnie jak jego żonę i córkę, nawiedzają niezwykle realistyczne koszmary senne. Niezidentyfikowany cień, zagadkowe zdjęcie, samoistnie otwierające się drzwi: wszystko wskazuje na to, że z tym miejscem jest coś mocno nie w porządku. Że jego tymczasowym domownikom grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, a przynajmniej takie przeczucie narasta w Theo. Zmęczonym i zestresowanym człowieku, który powątpiewa w szczerość swojej ukochanej żony.

Pod koniec lat 90-tych XX wieku David Koepp na kanwie powieści Richarda Mathesona stworzył horror nastrojowy pt. „Stir of Echoes” (pol. „Opętanie”) z Kevinem Baconem w roli głównej. I to był początek męskiej przyjaźni trwającej do dziś. Przyjaźni, bez której „You Should Have Left” najprawdopodobniej nigdy by nie powstał. Kilka lat temu Kevin Bacon powiedział Davidowi Koeppowi, że powinni nakręcić przerażający, niezbyt drogi obraz o małżeństwie. Koepp natychmiast pomyślał o swoim ulubionym filmie, „Dziecku Rosemary” Romana Polańskiego, i bez dłuższego namysłu przystał na propozycję przyjaciela. Koepp wziął na siebie scenariusz, który na bieżąco omawiał z Baconem. W pewnym momencie aktor podsunął mu powieść Daniela Kehlmanna pod tytułem „You Should Have Left” (której Koepp nigdy wcześniej nie czytał), mówiąc, że wiele z tego, o czym rozmawiali znajduje się tutaj. Ostatecznie zdecydowali się przełożyć na ekran historię Daniela Kehlmanna, nadając filmowej wersji ten sam tytuł. Zdjęcia powstawały w Walii, między innymi w wakacyjnym domu w Llanbister, zaprojektowanym przez znanego architekta Johna Pawsona. Planowano dystrybucję kinową, ale z powodu pandemii COVID-19 film zdecydowano się rozpowszechnić w Internecie – na platformy VOD trafił w czerwcu 2020 roku.

Kevin Bacon, Amanda Seyfried i mała Avery Tiiu Essex w hollywoodzkim nadnaturalnym horrorze psychologicznym, w reżyserii i na podstawie scenariusza Davida Koeppa, twórcy między innymi „Opętania” (1999) i „Sekretnego okna” (2004), opartego na minipowieści Stephena Kinga pt. „Tajemnicze okno, tajemniczy ogród”. „You Should Have Left”, adaptacja, ewentualnie ekranizacja (nie potrafię stwierdzić, gdyż oryginału nie miałam przyjemności poznać), powieści Daniela Kehlmanna pod tym samym tytułem, to obraz stworzony przez człowieka wprost zachwyconego renesansem, jaki od paru lat przeżywa filmowy horror. Produkcjami często zawierającymi ważne komentarze społeczno-obyczajowe i w wielu przypadkach nieposiadającymi dużego budżetu. Minimalistycznymi w formie i maksymalistycznymi w przekazie, ogólnie rzecz ujmując. Intensywnymi, głębszymi horrorami stojącymi w kontrze do plastikowych straszaków, w których aż roi się od efektów komputerowych i prymitywnych jump scenek. „You Should Have Left” to horror z niewieloma praktycznymi efektami i bodaj żadną ingerencją komputera. W każdym razie ja takowej nie odnotowałam. Film z gotyckim posmaczkiem. Koncentrujący się przede wszystkim na opowiadaniu intrygującej historii i budowaniu adekwatnego klimatu. Historii niepozbawionej niezwykłości, ale pod wieloma względami także mocno prozaicznej. Mamy małżeństwo z problemami. Majętnego emerytowanego bankiera, mającego niekoniecznie uzasadnioną złą sławę oraz dużo młodszą od niego aktorkę. Ta różnica wieku była celowa – David Koepp i Kevin Bacon chcieli przedstawić napięcie i nieporozumienia, jakie mogą wynikać z takich istniejących przecież związków. W „You Schould Have Left” różnicę wieku pomiędzy małżonkami przedstawiono jako jedno z głównych źródeł ich problemów, co oczywiście nie oznacza, że Koepp jest zdania, iż każdy taki związek jest skazany na podobne przejścia. Wygląda na to, że napięcie wprowadza postawa Theo. Jego chorobliwa zazdrość. Słabość, z której nie tylko zdaje sobie sprawę, ale i pracuje nad pozbyciem się owej „toksyny”. Stara się wyleczyć z zazdrości „domowymi sposobami” i najwyraźniej odnosi pewne sukcesy na tym polu, ale to nie znaczy, że całkowicie uwalnia się od podejrzeń względem swojej młodej małżonki. One wciąż od czasu do czasu go nawiedzają. Już wystarczającą męką jest dla niego świadomość, że kobieta, którą kocha skończyła właśnie pracę nad filmem, w którym znajduje się przynajmniej jedna scena erotyczna z jej udziałem, ale z tym mężczyzna jeszcze mógłby sobie poradzić. Gorzej, gdyby się okazało, że Susanna ma kochanka, a tego Theo nie wyklucza. Oczywiście uspokaja się, jak może. Stara się przekonać samego siebie, że przesadza, że żona tak naprawdę nigdy go nie zdradziła, ale... Mężczyzna jest rozchwiany – balansuje pomiędzy przeczuciem, że Susanna jest mu niewierna, a przekonaniem, że nadal jest jedynym mężczyzną w jej życiu. A problem tak naprawdę tkwi w nim. Ona tymczasem... Niby niczego, co uzasadniałoby podejrzenia jej męża nie robi. Owszem, prawie nie rozstaje się ze swoim smartfonem – wymienia niezliczoną ilość wiadomości tekstowych z nie wiadomo kim – ale to jeszcze o niczym nie świadczy. W dzisiejszych czasach sklejenie z telefonem to w końcu powszechne zjawisko. Poza tym Susanna już za parę tygodni ma rozpocząć zdjęcia do swojego kolejnego filmu, więc jest prawdopodobne, że ustala szczegóły. Ale mimo wszystko... Coś może być na rzeczy. Albo po prostu zaczęłam ulegać paranoi jej zdestabilizowanego psychicznie małżonka.

(źródło: https://beforeitsnews.com/)
Dobrze zagrany, przykuwający uwagę nastrojowy horror o małżeństwie przechodzącym dość cichy kryzys. Małżeństwie, które wybiera się ze swoją sześcioletnią córką do dżdżystej Walii, na angielską prowincję, do wynajętego domu przypominającego labirynt, w którym jak można się tego spodziewać zderzymy się z zastanawiającymi zjawiskami. A więc wychodzimy (nie licząc krótkiego wstępu) ze sprawdzonego motywu wyjazdu do budzącego podejrzenia, być może nawiedzonego domu na odludziu, który zwraca uwagę nietypową architekturą. Pomysłowym projektem wnętrz. Długimi, ciasnymi, poplątanymi korytarzami. Alienacja, klaustrofobia, pobudzająca wyobraźnię tajemniczość, niezdefiniowane zagrożenie, jakiś nadnaturalny wymiar grozy czającej się w mrocznych, pomimo zaskakującej mnogości żarówek, pomieszczeniach tego molocha. Zimnego, również przez białe światło bijące z licznych żarówek, ale i przez dość spartański wystrój. A zewnętrze... Cóż, istny monolit kompletnie pozbawiony przytulnych, malowniczych akcentów. Ciemna, niegościnna, „lita skała”, która połyka troje przybyszów z miasta. Ale czy na pewno? Może to tylko fałszywe wrażenie wynikające z zaburzonej perspektywy Theo Conroya. I, już w mniejszym stopniu, znajomości konwencji, pod którą podpina się „You Should Have Left”. Bo w końcu w historii gatunku zapisało się już trochę horrorów, które tylko udają historie o nawiedzonych domostwach (a potem następuje zwrot akcji) oraz takich, które można interpretować w przynajmniej dwójnasób. „You Should Have Left” skłania do poszukiwania odpowiedzi w dwóch miejscach. Twórcy niejako zmuszają odbiorcę do wzięcia pod uwagę zarówno motywu złego domu, jak i człowieka z krwi i kości popadającego w szaleństwo. Nie dając przy tym absolutnej pewności, że któreś z tych wyjaśnień jest tym właściwym. Istnieje szansa, że zostawi się nas z niedopowiedzeniami, z otwartą na oścież furtką, zaproszeniem do ukucia własnej interpretacji. Ale z czasem pojawią się też przesłanki, które co uważniejszych widzów mogą skłonić do wysnucia jeszcze jednej teorii. Spisek?. „You Should Have Left” to jeden z tych horrorów, w którym przez dość długi czas pozornie niewiele się dzieje. Obserwujemy czy to powolny rozpad małżeństwa, czy bolesny proces naprawczy. Odzyskiwanie zaufania, tak przecież niezbędnego, w każdym poważnym związku. Albo zatracanie tej jego resztki, która jeszcze się ostała. Warstwa psychologiczna/obyczajowa nie tyle jest mocno rozwinięta, ile wręcz dominuje nad horrorem. W dalszej partii to się wyrówna, ale ci, którzy spodziewają się mnóstwa akcentów tzw. straszących mogą się okrutnie rozczarować. Natomiast ci, którzy wolą subtelniejsze w formie podejście do filmowego horroru, obrazy bazujące głównie na klimacie (ponurym, mglistym, chłodnym, tajemniczym i nacechowanych jakąś nadnaturalnością, odczuwalną, choć nie jest powiedziane, że w tym przypadku znajdzie ona odbicie w treści) myślę, że mają większą szansę zaangażować się w tę produkcję. Może nie zaraz zachwycić, bo jednak atmosfera mogła być dużo bardziej przytłaczająca, a rozwój fabuły... Szczerze mówiąc trochę się zawiodłam. Po wszystkich tych sugestywnych, zagadkowych i budzących niemały dyskomfort akcentach, na które w myślach niezmiennie reagowałam słowami „Witamy w Strefie Mroku!”, spodziewałam się większego zaangażowania w rozwijanie wszystkich tych tajemniczych i pożądanie nieprzyjemnych sygnałów wskazujących na, nazwijmy to nieprzystawanie problematycznego domu do naszego świata. Domu, w którym nie obowiązują żadna prawa fizyki – domu, w którym wszystko się może zdarzyć. Bo wszystko co niepojęte, irracjonalne może być jedynie projekcją udręczonego umysłu człowieka, który ma predyspozycje do pójścia śladami Jacka Torrance'a i George'a Lutza. Bo wszystko co niepojęte, irracjonalne może być przynależne temu miejscu, tej odpychającej nieruchomości, w której jest jakaś moc. Jak już, to niewątpliwie niszcząca. Tak czy inaczej najbardziej ubolewam nad niewykorzystaniem potencjału drzemiącego w unaocznionej już podczas pierwszej nocy spędzanej na walijskiej wsi przez trzyosobową rodzinę - która równie dobrze już wkrótce może się rozpaść, jak skonsolidować - sugestii niezwyczajnie upływającego tutaj czasu. Wygląda na to, że dla Theo płynie on innym tempem niż dla pozostałych tymczasowych domowników tego przestronnego przybytku. A jako że wprost przepadam za takimi wypaczeniami rzeczywistości w kinie grozy, niechybnie zaczęłam wypatrywać dalszych oznak zakrzywień czasoprzestrzeni, ale mój apetyt tylko połowicznie został zaspokojony. Nie wykorzystano potencjału drzemiącego w tej historii, a przynajmniej mnie ten kierunek nie porwał. Elementy ciekawe (acz przynajmniej w większości nieoryginalne), a i proces ich składania trzymający w niemałym napięciu, ale im dalej w las... Niedosyt pozostał, choć całkiem mocno wciągnęłam się w tę nieskomplikowaną i w sumie dosyć konwencjonalną opowieść o małżeństwie z problemami i potencjalnie przeklętym domu na angielskiej prowincji. Oczywiście na wzgórzu. Jakżeby inaczej.

Nie żebym była cała w skowronkach po zobaczeniu „You Should Have Left” Davida Koeppa, filmu opartego na powieści Daniela Kehlmanna pod tym samym tytułem. Hollywoodzkiego nadnaturalnego horroru psychologicznego nakręconego tak „nie po hollywoodzku”. Zero odnotowanych efektów komputerowych i zaledwie odrobina jump scenek. W miarę klaustrofobiczny, całkiem ponury klimacik nadnaturalnej tajemniczości i interesująca historia, z niepowierzchownie wykreślonymi i solidnie odegranymi postaciami. Historia w sumie nie pierwszej świeżości, co dla poszukiwaczy innowacyjności prawdopodobnie będzie miało decydujące znaczenie. Więc ich pozwolę sobie nie zachęcać. Ale fanów kameralnych nastrojowych horrorów, również gotyckich, nie czuję się w obowiązku przestrzegać przed tym dziełkiem. Spokojnie można zerknąć, ale też lepiej nie spodziewać się nie wiadomo czego.

środa, 1 lipca 2020

Ruth Ware „Pod kluczem”


Młoda kobieta, Rowan Caine, natrafia na obiecujące ogłoszenie. Niejacy Sandra i Bill Elincourtowie mieszkający w zacisznym rejonie Highlands poszukują opiekunki dla swoich dzieci. Rowan odpowiada na ofertę i wkrótce potem zostaje zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną. Heatherbrae House, wiktoriański smart dom położony w szkockich górach, z dala od innych ludzkich siedzib, fascynuje, ale i trochę niepokoi młodą opiekunkę. Bynajmniej nie dlatego, że na jego temat krążą upiorne historie, bo choć wszystko wskazuje na to, że poprzednie nianie nie zabawiły tutaj długo właśnie z tego powodu, Rowan zakłada, że zawiniła ich przesądna natura. Ona z całego serca pragnie tej pracy i jej marzenie szybko się spełnia. Na prośbę Elincourtów, kobieta bez zbędnej zwłoki przeprowadza się do ich domu, by czuwać nad ich trzema córkami: ośmioletnią Maddie, pięcioletnią Ellie i półtoraroczną Petrą. Gospodarze mają jeszcze jedną córkę, czternastoletnią Rhiannon, która jednak większość czasu spędza w szkole z internatem. Po wyjeździe Elincourtów Rowan uświadamia sobie, że praca, której się podjęła jest zdecydowanie trudniejsze, niż jej się wydawało. Nie dość, że znajduje się na odludziu i przynajmniej jedna z jej podopiecznych jest do niej wrogo nastawiona, to na dodatek w domu zachodzą tajemnicze, niepokojące zjawiska, które mogą mieć podłoże nadnaturalne. Rowan nie chce w to wierzyć, stara się więc znaleźć dla nich jakieś racjonalne wytłumaczenie. Coraz częściej jednak ogarnia ją przekonanie, że w Heatherbrae House gnieździ się jakaś siła nieczysta.

Ruth Ware to pseudonim artystyczny, brytyjskiej pisarki Ruth Warburton. Pod własnym nazwiskiem pisze młodzieżowe powieści fantasy, a książki wydawane pod pseudonimem to zwykle thrillery i kryminały. Porównywana do Agathy Christie, autorka między innymi bestsellerowych powieści „In a Dark, Dark Wood” (pol. „W ciemnym, mrocznych lesie”) i „The Woman in Cabin 10” (pol. „Dziewczyna z kabiny nr 10”), prawa do sfilmowania których już zostały sprzedane, wcześniej była kelnerką, publicystką i księgarką, a jeszcze wcześniej studiowała anglistykę na The University of Manchester. W 2019 roku swoją światową premierę miała powieść będąca wyrazem miłości Ruth Ware do literatury gotyckiej. Zainspirowana między innymi „W kleszczach lęku” (oryg. „The Turn of the Screw”!) Henry'ego Jamesa i „Draculą” Brama Stokera. Książka opublikowana pod wiele mówiącym tytułem „The Turn of the Key”, ukierunkowana zarówno na fanów thrillerów, jak horrorów nastrojowych. Pierwsze polskie wydanie (z sugestywną okładką), zatytułowane „Pod kluczem”, wyszło w 2020 roku nakładem wydawnictwa Czwarta Strona.

Gotycka powieść grozy. I więcej na zachętę mi nie trzeba było. A teraz wprost nie posiadam się z radości, że weszłam do Heatherbrae House, położonego w szkockich górach wiktoriańskiego domostwa, o którym w okolicy krążą niesamowite opowieści. Domostwa z tragiczną i podejrzaną historią, które od kilku lat znajduje się w posiadaniu pary architektów. Sandry i Billa Elincourtów, małżeństwa na stałe mieszkającego w nim wraz z czwórką swoich dzieci (a właściwie to obecnie z trójką, bo ich pierworodna jakiś czas temu rozpoczęła naukę w szkole z internatem, a do rodzinnego domu zagląda jedynie w dniach wolnych od zajęć). Wiktoriańska architektura domu została zachowana (widok z zewnątrz), ale wnętrza stanowią, według Rowan, gryzącą się mieszankę nowoczesności z archaicznością. Największym ukłonem w stronę tej pierwszej jest podpięcie prawie wszystkiego pod aplikację. Heatherbrae House to tak zwany inteligentny dom, czyli supernowoczesny bajer, który może budzić emocjonalny dyskomfort. W autorce „Pod kluczem” z całą pewnością budzi, tym bardziej, że wznosząc ową nieruchomość na kartach omawianego utworu, miała w pamięci przynajmniej jeden oburzający autentyczny przypadek związany ze smart domem. Chodziło o jedno z małżonków, które wykorzystywało tę nowoczesną technologię do kontrolowania innego domownika. I można domniemywać, że w „Pod kluczem” spotkamy się z podobną sytuacją. Główna bohaterka powieści, Rowan Caine, w każdym razie nie ma powodów by wątpić w to, że jest obserwowana przez swoich nader hojnych pracodawców. Może i nie nieustannie, ale z całą pewnością znajdujący się wiele kilometrów dalej Elincourtowie w dowolnej chwili mogą ją podejrzeć. Poza tym mogą też nagrywać. A potem obejrzeć sobie to wszytko, co praktycznie nieznana im kobieta robiła im ukochanym dzieciom. Ale czy rzeczywiście ta obecnie czekająca w szkockim zakładzie karnym na proces, kobieta, krzywdziła swoich podopiecznych? Czy dopuściła się dzieciobójstwa, o które została oskarżona? „Pod kluczem” to powieść epistolarna, co jak przyznaje jej autorka zostało częściowo zainspirowane „Draculą” Brama Stokera. Podejrzewała, że w czasach, w których listy w ogromnym stopniu zostały zastąpione przez e-maile - w epoce, w której nie pisze się już tylu listów, co w czasach Stokera - taki eksperyment może okazać się ciekawym doświadczeniem, tak dla niej, jak dla współczesnych czytelników. Dla Ware było to jakieś pobudzające wyzwanie – taka narracja wymagała od niej większej niż zwykle finezyjności, czujności. Prawie cała powieść to jeden długi list umownie spisany przez przebywającą w więzieniu (jeszcze przed wyrokiem) młodą kobietę do prawnika, niejakiego pana Wrexhama, którego nadawczyni ma nadzieję nakłonić do bronienia jej przed sądem, gdzie już wkrótce ma stanąć pod zarzutem dzieciobójstwa. Przyznaję, że nie byłam entuzjastycznie nastawiona do takiej formy. Z powodu licznych zwrotów w stronę adresata. Panie Wrexham to, Panie Wrexham tamto – wiedziałam, że na dłuższą metę to okaże się bardzo męczące, ale najwyraźniej Ware również była tego świadoma, bo po krótkim wstępie Rowan przestała już tak często zwracać się do człowieka, na użytek którego w świecie przedstawionym przez Ruth Ware, spisuje swoją mrożącą krew w żyłach historię. Historię, która ośmielę się wysnuć przypuszczenie, podbije serca miłośników literatury gotyckiej. Myślę, że włącznie z osobami wprost przepadającymi za najsłynniejszą historią Henry'ego Jamesa, czyli oczywiście „W kleszczach lęku”, bo czytając „Pod kluczem” trudno nie odczuć miłości i ogromnego szacunku Ware do tego ponadczasowego literackiego osiągnięcia. A i trzeba podkreślić, że to zupełnie nowa historia wzbogacona jedynie o elementy zapożyczonego od Jamesa. Powiedzmy: nowa budowla na starym fundamencie. No dobrze, nie taka znowu nowa, bo jednak w swojej własnej opowieści o niani przechodzącej przez istne piekło w rozległej, odizolowanej posiadłości, Ruth Ware chętnie wykorzystuje sprawdzone motywy historii z dreszczykiem.

Czy „Pod kluczem” tylko udaje ghost story, czy w Heatherbrae House rzeczywiście straszy, tego zdradzić nie mogę. Ale jakiekolwiek wyjaśnienie dla zjawisk zachodzących w tym ekstremalnie zacisznym miejscu autorka dla nas wybierze (jeśli w ogóle na jakieś się zdecyduje...), bezsprzecznie podpina się pod konwencję horrorów o nawiedzonym domach. Domach, w których zagnieździło się coś nie z tego świata, coś złego, nieczystego, mrocznego. Jakaś nadnaturalna siła pragnąca skrzywdzić śmiertelników niejako uwięzionych w czterech ścianach Heatherbrae House, nieruchomości, która w gatunku horroru jeszcze pospolitości nie nabrała. Jeszcze, bo podejrzewam, że tylko kwestią czasu jest, aż nam miłośnikom gatunku, przejedzą się smart domy. Ale póki co pomysł ów tchnie sporą świeżością. Z drugiej strony, w „Pod kluczem” odnajdujemy takie, zdaje się nieśmiertelne, zabiegi jak tajemnicze nocne odgłosy, znikające przedmioty i przedmioty pojawiające się w nieoczekiwanych miejscach, potencjalnie samoistnie otwierające się i zamykające na klucz drzwi, jakiś niezidentyfikowany cień przemykający przed domem i wreszcie nocny intruz, którego... nie ma. Jest jeszcze (a jakże!) tajemniczy pokój i zrzędliwa, niechętnie nastawiona do nowej niani gospodyni przypominająca panią Danvers z „Rebeki” Daphne du Maurier. I podejrzanie dobroduszny, zawsze pomocny kierowca robiący też za złotą rączkę Elincourtów, a pod ich nieobecność także opiekuna ich dwóch dużych psów. Człowiek nazwiskiem Jack Grant, który zajmuje domek dla służby, rzecz jasna, stojący nieopodal głównej posiadłości. Gdzie z kolei zamieszkała nasza Rowan Caine, postać niezbyt kojarząca się ze stereotypem czołowej bohaterki powieści gotyckiej. Absolutnie nie jest to bezbronna niewiasta, zdająca się tęsknić za silnym męskim oparciem, aczkolwiek nie da się ukryć, że wzorem niektórych swoich poprzedniczek może być typem osoby mającej trudności z oddzieleniem fantazji od rzeczywistości. W każdym razie teraz, podczas pobytu w Heatherbrae House. Podobnie jak to miało miejsce u Eleanor z
Nawiedzonego" aka „Nawiedzonego domu na wzgórzu” Shirley Jackson (której jednak w przeciwieństwie do Rowan jeszcze przed przybyciem do tytułowego domostwa zdarzało uciekać w świat wyobraźni), można podejrzewać, że w tym odizolowanym, okrytym złą sławą miejscu główna bohaterka „Pod kluczem” po prostu coraz bardziej zatraca kontakt z rzeczywistością. Za dużo sobie wyobraża, ulega sile sugestii, tj. jej podświadomość zbyt dużą wagę przywiązuje do plotek krążących na temat Heatherbrae House w najbliższym miasteczku oraz informacji znalezionych w Internecie. Do tragicznej historii tej posiadłości. Terenu z aż dwoma miejscami zdającymi się kumulować negatywną energię. Punkty wprost promieniujące jakąś nadnaturalnością, niezwykłością i co tu dużo mówić, upiornością. Wspomniany sekretny pokój i pewien obszar na zewnątrz. Genialny w swojej prostocie. Niepospolity i nawet jeśli zabrać mu całą tę nadzwyczajną otoczkę, mylącą czy faktyczną atmosferę nadnaturalności, którą Ware moim zdaniem ze smakiem oddała (zresztą klimat całej opowieści wprost mnie oczarował), to nie uczyni go niegroźnym. Tak czy owak to miejsce pozostanie niebezpieczne, zwłaszcza dla dziewczynek, którymi z niemałym poświęceniem opiekuje się pierwszoplanowa postać i zarazem narratorka „Pod kluczem”. Rowan robi wszystko, co w jej mocy, by zapewnić bezpieczeństwo i komfort emocjonalny swoim podopiecznym, ale z dość miernym skutkiem. Z winy duchów? Może. Ale na pewno pracę znacznie utrudnia jej postawa jednej z dziewczynek, która na domiar złego ma duży wpływ na jedną ze swoich sióstr. Mamy więc zapowiedź motywu diabolicznego dziecka, które (no oczywiście!) zdaje się być w kontakcie z bezcielesnymi istotami bądź istotą gnieżdżącymi się w Heatherbrae House, które podobno przepędziły wszystkie poprzednie nianie małych Elincourtów. Podobno. W „Pod kluczem” właściwie nic nie jest absolutnie pewne. Nie może takie być, skoro nawet narratorce trudno w zupełności ufać. Nie dlatego że nie jest bezstronną obserwatorką, a główną uczestniczką zagadkowych, często wielce niebezpiecznych wydarzeń w posiadłości Elincourtów, ale przez to, że jej zdrowie psychiczne właściwie stoi pod wielkim znakiem zapytania. Ruth Ware zdaje się zachęcać nas do kwestionowania wszystkiego. Mnoży pytania, wątpliwości, dręczy łamigłówkami, których przynajmniej na pierwszy rzut oka nie sposób rozwiązać. Nie da się ich wytłumaczyć, znaleźć dla nich racjonalne wytłumaczenie. Może takowe nie istnieje... Tak czy inaczej niespodzianki są. A jedna, przyznaję, uroniłam łezkę. Naprawdę potężny ciężar emocjonalny. Druzgocące uderzenie, które... zmienia wszystko? Zobaczycie, jak przeczytacie. Bo musicie to przeczytać!

Już teraz wiem, że „Pod kluczem” Ruth Ware (właściwie: Ruth Warburton) to będzie jedno z największych tegorocznych wydarzeń literackich. To na pewno będzie jedna z najlepszych powieści wydanych w Polsce w 2020 roku w moim osobistym rankingu. Gotycka powieść grozy w nowoczesnym przebraniu, horror nastrojowy zmiksowany z thrillerem psychologicznym, rzekoma bądź faktyczna opowieść o nawiedzonym domostwie i potencjalnie popadającej w szaleństwo opiekunki do dzieci, osadzona w chwytliwej scenerii Highlands i osnuta doprawdy mrocznym, klaustrofobicznym klimatem niezdefiniowanej grozy. Z przynajmniej jedną miażdżącą niespodzianką. Historia prosta, wykorzystująca sprawdzone i przez wielu lubiane (przeze mnie na pewno) motywy, ale tchnącą też pewną hipnotyzującą świeżością. Nowe spotyka stare na kartach „Pod kluczem”, a mnie pozostaje jedynie przyklasnąć tej koncepcji. I czym prędzej nadrobić zaległości, bo co przyznaję ze wstydem, to było moje pierwsze spotkanie z twórczością tej... mistrzyni literatury gotyckiej. W każdym razie lektura „Pod kluczem” każe mi sądzić, że jeśli Ruth Ware odbije w tę stronę, takie zaszczytne miano do niej przylgnie. Idźże więc, kobieto, tą drogą!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu