Stronki na blogu

poniedziałek, 14 lutego 2022

„Czerwona mgła” (2008)

 

Grupa studentów medycyny odbywająca praktyki w szpitalu podczas jednej z imprez zostaje zaskoczona przez znajomego sprzątacza Kennetha, którego mają za dziwaka. Tylko sympatia jąkającego się na skutek traumatycznych przeżyć w dzieciństwie Kennetha, stażystka imieniem Catherine, jest do niego życzliwie nastawiona. Kobieta mu współczuje i nie chce dokładać mu bólu, dlatego stara się delikatnie odrzucać jego zaloty. Kiedy tego feralnego wieczora wyprowadzony z równowagi Kenneth pokazuje jej znajomemu nagranie, które może go pogrążyć, studenci postanawiają działać. Zapraszają Kennetha do zabawy, która nagle wymyka się spod kontroli. Spanikowani studenci zostawiają nieprzytomnego Kennetha pod szpitalem, ale nazajutrz dowiadują się, że mężczyzna zapadł w śpiączkę. Co gorsza, niebawem ma zostać odłączony od aparatury podtrzymującej życie. Wyrzuty sumienia zmuszają Catherine do desperackich kroków. Nie konsultując tego z nikim, ukradkiem podaje Kennethowi nieprzetestowany lek. Tym samym niechcący sprowadzając śmiertelne zagrożenie na siebie i swoich znajomych.

Czerwona mgła” (oryg. „Freakdog” aka „Red Mist”) to „dziecko” Paddy'ego Breathnacha, twórcy między innymi horroru narkotycznego z 2007 roku pod tytułem „Schrooms” (pol. „Lęk” aka „Grzybki”). Brytyjski horror nadprzyrodzony, też klasyfikowany jako horror science fiction, na podstawie scenariusza debiutanta Spence'a Wrighta. Akcja „Czerwonej mgły” rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych, ale zdjęcia powstawały w Belfaście w Irlandii Północnej. Pierwszy pokaz filmu odbył się w sierpniu 2008 roku w Wielkiej Brytanii, w ramach FrightFest. Do kin na arenie międzynarodowej trafił w ograniczonym zakresie – w Stanach Zjednoczonych w lutym 2009 roku został wpuszczony na rynek DVD.

Gdy „Patrick” Richarda Franklina spotyka „Koszmar minionego lata” Jima Gillespiego, czy jak kto woli „Tamarę” Jeremy'ego Hafta. „Czerwoną mgłę” Paddy'ego Breathnacha otwiera scena retrospektywna. Mały chłopiec, Kenneth, bezsilnie przyglądający się tragedii, która odbije się na całym jego życiu. Gdy dorośnie dołączy do grupy sprzątającej w jednym z amerykańskich szpitali, gdzie w oko wpadnie mu studentka medycyny odbywająca praktykę w tej placówce o imieniu Catherine. Główna bohaterka filmu, w którą w przekonującym stylu wcieliła się Arielle Kebbel (m.in. „Zapach śmierci” Dave'a Payne'a, „Grudge - Klątwa 2” Takashiego Shimizu, „Nieproszeni goście” Charlesa i Thomasa Guardów). Twórcy naprędce, moim zdaniem nazbyt pobieżnie, malują obraz straumatyzowanego młodego człowieka, który rozpaczliwie łaknie towarzystwa. W domyśle Kenneth zaczął się jąkać na skutek wydarzenia ujawnionego w prologu. I - też tylko w domyśle - właśnie to zaburzenie zapoczątkowało jego osobistą tragedię. Wyśmiewany, dręczony, prześladowany. Nic dziwnego, że w końcu Kenneth całkowicie zamknął się w sobie. Zaczął stronić od ludzi, żyć jakby z boku. Z czasem zaczął nagrywać. Gromadzić w swoim telefonie przeróżne filmiki. Wojeryzm. I nekrofilia? Taka sugestia też się pojawia. Na początku filmu, ale tego tematu twórcy nie rozwijają. Skupiają się na czymś innych. Zaczyna się od motywu, który fanom gatunku zapewne w pierwszej kolejności nasunie na myśl „Koszmar minionego lata” Jima Gillespiego. Co bardziej drobiazgowi odbiorcy koniec końców mogą bardziej skłonić się stronę na przykład takiej „Tamary” Jeremy'ego Hafta. Okrutna „zabawa”, która kończy się w niezaplanowany sposób. W każdym razie grupka studentów medycyny, która bynajmniej nie z dobroci serca, zaprosiła Kennetha na swoją kameralną imprezkę, nie miała zamiaru tak mocno go skrzywdzić. Upijemy i nafaszerujemy lekami, trochę się z niego pośmiejemy, wykasujemy jeden filmik z jego telefonu i tyle. Najgorsze, co go czeka to potężny kac nazajutrz. Tak to sobie wymyślili, ale jak to zwykle w takich przypadkach (w kinie grozy) bywa, sytuacja szybko wymknęła im się spod kontroli. I tak rozpoczęła się debata: jedna przeciwko wszystkim. Jak można się domyślić to Catherine jest tą, która w pewnym sensie wchodzi w skórę Julie James z „Koszmaru minionego lata”. Ulega jednak presji grupy. Niechętnie przystaje na pomysł zostawienia nieprzytomnego, niewątpliwie będącego na skraju śmierci młodzieńca, pod szpitalem. W nadziei, że ktoś go znajdzie. Dzięki temu upieką dwie pieczenie na jednym ogniu: uratują biednego chłopaka i ocalą własną skórę. Pierwszy cel na pozór udaje im się osiągnąć, ale Kennethowi lekarze nie dają najmniejszych szans na przeżycie. I tutaj zaczynają się podobieństwa do „Patricka” Richarda Franklina (w 2013 roku wypuszczono remake tego obrazu w reżyserii Marka Hartleya pod tym samym tytułem; znany też jako „Patrick: Evil Awakens”). Przebywający w śpiączce mężczyzna zyskuje nadzwyczajną moc, która w „Czerwonej mgle” zostaje wymierzona przeciwko osobom, w których widzi swoim oprawców. Zemsta człowieka, który jedną nogą jest już po tamtej stronie. Zemsta, która nie mogłaby się odbyć bez ingerencji jednej z potencjalnych ofiar Kennetha. Catherine, w przeciwieństwie do swoich kolegów i koleżanek, nie potrafi pogodzić się z tą tragedią. Żyć dalej, jak gdyby nigdy nic. Pozwolić niewinnemu chłopakowi odejść z tego świata i zapomnieć o swoim udziale w tej sprawie. Wprawdzie tylko ona w pierwszym odruchu chciała ratować Kennetha, ale ostatecznie nie tyle dała się przekonać reszcie, ile pozwoliła, by zrobili to po swojemu. Mogła się postawić, mogła wziąć sprawy w swoje ręce. Wezwać pomoc, w pojedynkę przetransportować go do szpitala czy (takie to proste) choćby telefonicznie powiadomić szpital o umierającym człowieku leżącym przed budynkiem. Nazajutrz Catherine podjęła kolejną próbę przekonania reszty do ujawnienia ich udziału w tej sprawie. I znowu uznała, że lepiej nie iść w zaparte. Idź i mów, a my się wszystkiego wyprzemy – taki przekaz popłynął od jej niedawnych przyjaciół. Bo ta przyjaźń najwyraźniej już się skończyła. Tamci nadal trzymają się razem, ale Catherine ewidentnie się odsuwa. Zostaje sama... na placu boju. Bo jeszcze nie wszystko stracone. Catherine znajduje sposób na naprawienie swoich błędów, zaniechań. Uciszenie wyrzutów sumienia, zrehabilitowanie się we własnych oczach, przywrócenie funkcji życiowych mężczyźnie, za którego czuje się odpowiedzialna. Główna bohaterka „Czerwonej mgły” niby niczym się nie wyróżnia na tle swoich koleżanek i kolegów ze świata horroru. Taka Julie Jamesa na dopalaczach:) W każdym razie odnajdujemy w niej cechy klasycznej final girl. W horrorze o zjawiskach nadprzyrodzonych? I tak bywa, ale... Powiedzmy, że ten model żeńskiej postaci ładnie wkomponowuje się w dalszy etap tej całkiem klimatycznej wycieczki.

Czerwona mgła” Paddy'ego Breathnacha to podobno niskobudżetowa produkcja. Nie wiem, czy to prawda, ale podczas seansu na pewno tego nie odczuwałam. Większych niedociągnięć w sferze technicznej nie znalazłam. Mało tego, naprawdę zaskoczyła mnie atmosfera panująca w tym świecie przedstawionym - ach jaki ładny motyw muzyczny - mimo że „Lęk” aka „Grzybki” tego samego reżysera pod tym względem, całe lata temu, w moich oczach też się bronił. Mroczniejsza od tej, do której przyzwyczaiło mnie XXI-wieczne mainstreamowe kino grozy. „Czerwona mgła” do głównego nurtu się nie przedarła, ale nie mam wątpliwości, że Paddy Breathnach i jego ekipa tę propozycję kierowali do większej grupy odbiorców. Gonili za modą. Trendami, które w tamtym okresie, w pierwszej dekadzie XX, nie musiały tak zajadle walczyć o względy widza jak obecnie. Potem niektórym jakby się przejadło. I jeszcze ta „przeklęta opozycja”. Tak zwana nowa fala kina grozy. Wydaje mi się najpoważniejsza „konkurencja”, najchwytliwsza alternatywa z dotychczasowych. Filmy wolniejsze i nierzadko mniej efekciarskie, w większym stopniu bazujące na klimacie niż... Tak, „Czerwonej mgły” też to, w moim uznaniu, dotyczy. W swojej „szufladce” atmosferą może się chwalić, ale zapewne nie przyszłoby jej do głowy popisywać się przed dostojną panią Nową Falą:) Tak, tak, to już zależy od osobistych preferencji każdego widza. Cześć akcji „Czerwonej mgły” rozgrywa się w dużym szpitalu, umownie w Stanach Zjednoczonych. Dodajmy studentów medycyny, eksperyment pseudonaukowy i nadprzyrodzone zjawiska i mamy „Linię życia” Joela Schumachera... No niezupełnie. Może się kojarzyć, ale zasadniczo to całkiem inna opowieść. Zagrożenie na siebie i innych sprowadza Catherine, która niewątpliwie działa ze szlachetnych pobudek. Chce ratować życie ludzkie i przy okazji odzyskać spokój ducha. Podczas gdy, w jej przekonaniu, współwinni tej krzywdy myślą przede wszystkim o swoich karierach, ona udowadnia, że ma inne priorytety. Rozwój zawodowy zdecydowanie przestał być dla niej najważniejszy. W przeciwnym wypadku nie zdobyłaby się na takie ryzyko. Fałszowanie podpisów kierownika oddziału, na którym bez przytomności leży interesujący ją pacjent. Wdrożenie eksperymentalnego leczenia farmakologicznego bez konsultacji z kimkolwiek. Zrobienie z pacjenta swego rodzaju królika doświadczalnego. Pacjenta właściwie już skazanego na śmierć. Catherine tak naprawdę jest ostatnią nadzieją na przetrwanie tego młodego człowieka, który zawsze miał mocno pod górkę. Jego życie z pewnością nie było usłane różami. Efekt, jak można się tego spodziewać, przechodzi najśmielsze wyobrażenia dziewczyna, która chciała dobrze. W horrorze, tak jak i nierzadko w prawdziwym życiu, lepiej nie robić nic, niż działać w dobrej wierze. Dobry uczynek nie może pozostać bez kary. Catherine nader boleśnie się o tym przekona. Zemsta Kennetha opiera się na wielokrotnie wykorzystywanym w kinie grozy motywie (żeby daleko nie szukać: horror religijny lubi to), ale raczej nie w tego typu historiach. Innymi słowy, nie jest to pospolite podeście do tematu odpłacania pięknym za nadobne. W oczach Kennetha tak to musi wyglądać, ale nie sądzę, żeby wielu odbiorców trzymało kciuki za powodzenie jego misji. Tak czy inaczej, mamy tutaj trochę całkiem pomysłowych scen mordów. Na przykład akcja z lejkiem, albo zwłoki w wannie - widok samego miejsca zbrodni; morderstwo niedokonane na naszych oczach, ale wystarczył mi rzut oka na martwą kobietę, by uznać, że i w tym miejscu kreatywności nie zbrakło. Drastyczność mieści się w standardzie kina slash. Krwią raczej nikt się nie udławi, choć jedno zdarzenie (ostatnie, które uważam za godne wzmianki) jest bardziej czerwone od pozostałych. Tutaj na pewno nie oszczędzano substancji imitującej krew. Dodam, że na moje oko, udanie. Jakieś wrażenie robią też, nazwijmy to, kryjówki opętanego żądzą zemsty młodego mężczyzny, którego ciało niezmiennie spoczywa w szpitalnym łóżku. Budzące jakiś lekki dyskomfort, złowieszcze „narzędzia” tej nieustępliwej istoty. Czy oszczędzi chociaż tą, której zawdzięcza ową namiastkę życia? Tą, która zawsze była mu życzliwa? Stawała w jego obronie, i mniejsza z tym, że raczej nieśmiało, bez większego zdecydowania. Ważne, że się wyłamała. Nigdy nie bawiła się jego kosztem. „Czerwona mgła” kończy się w sposób, który za wyświechtany mógł uchodzić już w poprzednim wieku. Jedna z ulubionych metod domykania „strasznych historii” w drugiej połowie XX wieku (mam wrażenie, że szczególnie w jego dwóch ostatnich dekadach), z której jak widać nie tylko na załączonym obrazku, wciąż się korzysta. Na pewno pójście po linii najmniejszego oporu. Ale jakoś mnie to nie ubodło. Nie został niesmak.

A bałam się powtórki z „Lęku”, znanego też jako „Grzybki”. Zasiadłam do „Czerwonej mgły” Paddy'ego Breathnacha z silnym postanowieniem, że jak tylko zacznie zalatywać jego poprzednią wycieczką do świata horroru, to natychmiast uciekam. Nie miałam nastroju na narkotyczne wizje, więc... Mile się zaskoczyłam. Dostatecznie mroczna i całkiem wciągająca opowieść (złożona ze sprawdzonych w kinie grozy motywów), będąca swoistą mieszanką horroru nadprzyrodzonego, horroru science fiction i slashera, z dobrze skrojoną czołową postacią. A właściwie odrysowaną od szablonu, ale moim zdaniem starannie. W każdym razie mnie to towarzystwo jak najbardziej odpowiadało.

sobota, 12 lutego 2022

Sarah Pearse „Sanatorium”

 

Detektyw z brytyjskiej policji Elin Warner i jej życiowy partner Will przybywają do hotelu Le Sommet w Alpach Szwajcarskich na zaproszenie długo niewidzianego młodszego brata kobiety Isaaca, który organizuje przyjęcie zaręczynowe. Elin skrycie liczy, że pozna wreszcie prawdę na temat tragedii, do której doszło w rodzinie Warnerów przed laty. Kobieta podejrzewa, że sprawcą był Isaac i czuje, że dopóki nie rozwiąże tej sprawy, nie będzie w stanie ułożyć sobie życia. Jej plany, plany ich wszystkich, ulegają zmianie, gdy znika narzeczona Isaaca, zastępczyni dyrektorki hotelu, Laure Strehl. Niedługo potem staje się jasne, że na tym odizolowanym, całkowicie odciętym od reszty świata przez śnieżycę terenie, grasuje morderca.

Sanatorium” (oryg. „The Sanatorium”) to debiutancka powieść pochodzącej z Anglii autorki, która zaczynała od opowiadań – publikowane w różnych magazynach, a niektóre nominowane do nagród. Sarah Pearse studiowała język angielski i kreatywne pisanie na University of Warwick. Potem zajęła się public relations. W wieku dwudziestu lat przeprowadziła się do Szwajcarii, gdzie wraz ze swoim chłopakiem, później mężem, prawie każdy weekend poświęcała na piesze wycieczki po górach, w okolicach miasteczka Crans-Montana. Obecnie Sarah Pearse wraz z mężem i dwiema córkami mieszka w południowej części hrabstwa Devon w Anglii. Nad morzem. Pearse nie stroni od mroczniejszych literackich klimatów (miłość do książek obudziła się w niej już w dzieciństwie) - ale bez przesady, za horrorami nie przepada - choć ogólnie uważa się raczej za mięczaka. Zwiedzanie w pojedynkę opuszczonych budynków, w których panuje upiorna atmosfera? To nie dla niej. Woli grozę w bezpiecznym, kontrolowanym wydaniu: książka w domowym zaciszu.

Pomysł na jej debiutancką, pierwotnie wydaną w 2021 roku, powieść, która otwiera planowaną serię z brytyjską policjantką Elin Warner (światową premierę drugiego tomu zaplanowano na rok 2022; książka najprawdopodobniej będzie nosiła tytuł „The Retreat”), zrodził się w głowie Sarah Pearse, gdy jeszcze mieszkała w Crans-Montana w Szwajcarii. Po przeczytaniu artykułu zamieszczonego w lokalnym czasopiśmie na temat dawnego sanatorium dla ludzi chorych na gruźlicę, który tak samo jak wiele innych podobnych obiektów, później zamienił się w hotel. To pobudziło jej wyobraźnię. Zatrzymujesz się w miejscu, w którym jak dobrze wiesz, umarło wielu ludzi – Pearse zastanawiała się, jak by się czuła goszcząc w budynku z taką przeszłością. Tak czy inaczej, uznała, że to wprost idealna sceneria dla opowieści gotyckiej. W taki klimat celowała w swoim Le Sommet. Nowoczesnym hotelu w Alpach Szwajcarskich, dawniej zamkniętym ośrodku leczniczym przeznaczonym dla gruźlików. Minimalistyczny, wręcz kliniczny wystrój tego, bądź co bądź, ekskluzywnego obiektu był przemyślanym zabiegiem. Przeszłość nakładająca się na umowną teraźniejszość. Luksusowy hotel, zaprojektowany tak, by przypominać gościom dawne przeznaczenie tej przepastnej nieruchomości. Zamiast starać się odciąć od przeszłości, przegonić szpitalną atmosferę, jaka wgryzła się w to miejsce, urządzono to miejsce niejako pod jej natchnieniem: taki znak firmowy Le Sommet, coś, co odróżnia go od innych hoteli. Gdyby ktoś miał wątpliwości, że taki był cel architektów Le Sommet wystarczy przyjrzeć się eksponatom porozstawianym w środku. Przeszklone gablotki, w których umieszczono przedmioty będące spuścizną po tytułowej lecznicy. Główna bohaterka książki, Elin Warner, brytyjska policjantka, która już od dłuższego czasu przebywa na urlopie i nie jest pewna, czy w ogóle wróci do tej pracy, od początku czuje się nieswojo w tym budynku. Zimny wystrój i jeszcze zimniejsze otoczenie. Góry, lasy, śnieg. Samotnie strojąca budowla, z ogromnymi oknami (mnóstwo szkła), zaprojektowana pod koniec XIX wieku przez pradziadka Lucasa Carona, obecnego właściciela Le Sommet, który był inicjatorem i jednym z głównych wykonawców projektu zakładającego przekształcenie tego niegdysiejszego sanatorium dla ludzi chorych na gruźlicę, potem długo nieużytkowanego, „porzuconego” budynku w ekskluzywny hotel. Aż się przypomina „Lśnienie” Stephena Kinga. Nie mam jednak wątpliwości, że autorka „Sanatorium” w inną stronę swój wzrok kierowała. Zgaduję: Agatha Christie, Daphne du Maurier, może Shirley Jackson. Nie, o hotelu Overlook raczej nasza Pearse nie myślała. Ja tak, ale był to zaledwie przebłysk. Myśl ledwie się pojawiła, a już musiałam się z nią rozstać. I postarać nadążyć za główną bohaterką tego dreszczowca tylko na poły efektywnie starającego się przywołać ducha literatury gotyckiej. Elin Warner to nader rozchwiana postać. Jak mniemam Pearse zależało na tym, żeby czytelnik to całe jej niezdecydowanie, te wszystkie splątane myśli, traktował jako zupełnie naturalne następstwa tragedii, która przed laty dotknęła jej rodzinę. Nieprzepracowanej traumy z dzieciństwa. Śmiertelnego w skutkach wypadku. Taka jest oficjalna wersja, ale Elin nie może uwolnić się od straszliwych podejrzeń. Uważa, że kryje się za tym coś więcej. Że to nie był zwykły wypadek. Elin uważa, że do nieszczęścia, które położyło się cieniem na całym jej życiu, doprowadził nie kto inny, jak jej młodszy brat Isaac. Spotkanie po latach z okazji przyjęcia zaręczynowego Isaaca. W szwajcarskim hotelu, który jak można się tego spodziewać wkrótce zostanie całkowicie odcięty od reszty świata. Przez śnieżycę. Ale jeszcze zanim do tego dojdzie, niektórzy odbiorcy „Sanatorium” mogą dojść do wniosku, że Pearse przeszarżowała w tej swojej kreacji zdestabilizowanej psychiki jednostki. Bardziej wyglądało mi to na pogubienie autorki, a nie jej bohaterki. Pearse przekonuje, że Elin to silna, niezależna kobieta, która nie spocznie dopóki nie odkryje prawdy, by za chwilę właściwie całkowicie sobie zaprzeczyć. Jakby autorka miotała się pomiędzy dwiema różnymi postaciami. Jakby nie mogła się zdecydować jaką osobowość dać swojej bohaterce. Domyślam się, że chodziło o to, aby Elin Warner zaprezentowała się jako ogólnie twarda kobieta, ale po ogromnych przejściach - przygnieciona traumą, ale nie złamana – ale Pearse, moim zdaniem, nie udało się należycie tego oddać. Mnie ten portret, niestety, nie przekonał.

Will. Wybranek Elin Warner. Z tym panem też miałam problem. Podobna sytuacja, co z jego dziewczyną. Znowu ten brak zdecydowania ze strony autorki. Kolejny rażąco niekonsekwentny portret. Pearse przedstawia Willa jako całkowite przeciwieństwo Elin. Tłumaczy, że w przeciwieństwie do swojej wybranki doskonale wie, czego chce i z nadzwyczajną łatwością pokonuje wszelkie przeszkody, jakie napotyka na swojej drodze życiowej. Spokojnie, na chłodno rozwiązuje problemy. Nie wszystkie. Te których nie potrafi zwalczyć po prostu akceptuje. Tak musi być i nie ma co tego roztrząsać. Trzeba iść dalej. Przeżywać swoje życie, a nie pozwalać by toczyło się jakby obok ciebie. Wyznaczyć sobie jakiś kierunek i się go trzymać. Will ma wrażenie, a właściwie pewność, że jego dziewczyna okopała się w swoim małym światku, do którego nie dopuszcza nawet jego. Elin co prawda nie wyobraża sobie życia bez Willa, ale też nie wyobraża sobie życia pod jednym dachem. Chce by było jak jest: razem, ale jakby osobno. To znaczy ona potrzebuje własnej przestrzeni, a przynajmniej tak jej się wydaje, a on chciałby, żeby w końcu uwili sobie wspólne gniazdko. Will, zdaje się, chciałby również, żeby jego partnerka wróciła do praca, którą kocha. Ale kiedy jego życzenie się spełnia, kiedy Elin po miesiącach nicnierobienia w coś się angażuje, też jest niepocieszony. Niby taki zdecydowany człowiek, ale czego oczekiwał od Elin? Pogubiłam się. Szczerze mówiąc bardziej spodobała mi się druga para. Isaac Warner i Laure Strehl. Kobieta, ku mojemu ogromnemu ubolewaniu, prędko „zeszła ze sceny” (liczyłam jednak na jej rychły powrót). Zniknęła krótko po przybyciu Elin i Willa do hotelu Le Sommet. Pierwsza faza śledztwa prowadzonego przez główną bohaterkę „Sanatorium” będzie skupiać się na Laure – poszukiwania kobiety, która jakby zapadła się pod ziemię. Z czasem przerodzi się to w śledztwo w sprawie domniemanego seryjnego mordercy. Skrywającego swoje oblicze pod czymś, co przypomina maskę przeciwgazową. Tylko przypomina. Tego osobnika po raz pierwszy spotykamy w prologu. W każdym razie kogoś, kto przypuścił śmiertelny w skutkach atak na współpracownika Lucasa Carona w identycznej masce. Nie muszę chyba dodawać, że pachniało mi slasherem. „Sanatorium” to przede wszystkim thriller/kryminał, ale od czasu do czasu nachodziło mnie silne przekonanie, że Pearse romansuje z horrorem z nurtu slash. Czy sobie to uświadamiała, nie wiem. Tak czy inaczej, działalność tajemniczego osobnika w intrygującej masce - rzeczy, które zostawia przy ofiarach, które kończą w różny, ale jak się domyślamy nieprzypadkowy sposób - obok miejsca akcji, uważam za najsilniejsze składowe tej powieści. Najsoczystsze owoce wyhodowane przez niezbyt doświadczoną - co widać – autorkę. Doszlifuje i będzie dobrze. Tak myślę. I nie zdziwiłabym się, gdyby bohaterka, z którą tutaj było mi tak mocno nie po drodze, w swoim następnym wejściu, w drugiej odsłonie planowanej powieściowej serii z nią w roli głównej, zatarła to pierwsze wrażenie, jakie na mnie wywarła. Niezupełnie, bo przeżyłam też trochę lepszych, w każdym razie bezbolesnych, chwil u boku tej „budzącej się tygrysicy”. W obliczu zagrożenia, w ekstremalnych warunkach - całkowicie odcięty od świata hotel, w którym jakby tego było mało ktoś urządza sobie polowanie na ludzi – Elin powoli wychodzi z ewidentnie niewygodnej skorupy, w której zdaniem Willa zaczęła się już urządzać. Odżywa. Ta, jak by nie patrzeć, nadzwyczaj ciężka, przerażająca sytuacja, daje jej siłę do walki z wewnętrznymi demonami. Jakimi? Łatwo się domyślić. Elin właściwie jest przygotowana na to, że prawda o tragedii sprzed lat, będzie bolesna. Mimo że przeczuwa, jak wygląda ta prawda, choć miała czas, by oswoić się z tą potworną myślą, spodziewa się, że nie przyjmie tego obojętnie. W końcu chodzi o jej brata. Jak już w dzieciństwie zdążyła się przekonać, łatwo wpadającego w złość, lubiącego być w centrum uwagi, wytrawnego manipulanta, który nie odpuści żadnej okazji, by dopiec swojej siostrzyczce. Obnażyć jej słabości, upokorzyć, postarać się o to, by czuła się w każdym calu gorsza od niego. Wielkiego Isaaca. Aroganckiego młodego mężczyzny, który mógł zabić swoją piękną narzeczoną. Elin wie, że byłby do tego zdolny, i jeśli faktycznie to on stoi za zagadkowym zniknięciem Laure, jego siostra bynajmniej nie zamierza pomóc mu się z tego wywinąć. Jeśli jest winny, to na wsparcie Elin liczyć na pewno nie może. Intryga zbudowana przez Sarah Pearse obfituje w mniej i bardziej zaskakujące zwroty akcji, ale trzeba uzbroić się w cierpliwość. Przebrnąć przez, uważam, nazbyt rozciągnięty, przegadany, pierwszy etap śledztwa, które Elin będzie zmuszona przeprowadzić praktycznie w pojedynkę - utrzymując kontakt telefoniczny ze szwajcarskim zespołem śledczym. Zupełnie jakby Pearse zastanawiała się, i zastanawiała, jak to rozwinąć. Jakby szukała pomysłu na popchnięcie akcji. Chcę przez to powiedzieć, że pierwsze, a w zasadzie drugie zwłoki (pierwszy trup pada w prologu, ale zostanie odkryty dopiero po latach, po przybyciu do feralnego hotelu Elin i Willa), tajemniczy oprawca powinien podrzucić wcześniej. Może dzięki temu nie musiałabym tak długo przysłuchiwać się męczącym rozmowom, a właściwie ciągłym kłótniom kochanków. Tacy zakochani, a nic tylko działają sobie na nerwy... W każdym razie, gdy śledztwo w sprawie zaginięcia przerodzi się w śledztwo w sprawie morderstwa i zaginięcia, niektórzy z tych co bardziej strudzonych obserwatorów wydarzeń w imponującym, dosyć mrocznym szwajcarskim hotelu, który kiedyś był zamkniętym ośrodkiem leczniczym, i który z biegiem czasu zyska na upiorności (odrażająca sprawa; żeby nie było wątpliwości, poczytuję to na korzyść książki), zapewne pogratulują sobie cierpliwości. A przynajmniej łatwiej będzie im wejść w to drugie tempo. Aha, i nie, nie udało mi się rozszyfrować tożsamości człowieka w masce.

Niedoskonały thriller/kryminał od początkującej brytyjskiej powieściopisarki, w której mimo wszystko dostrzegam potencjał. Może wyjść na ludzi:) Utrzymana w dość niestabilnym, jakby rozproszonym klimacie podpatrzonym w literaturze gotyckiej, opowieść o zamaskowanym mordercy grasującym w odizolowanym szwajcarskim hotelu i ciężko doświadczonej przez los brytyjskiej policjantce, która właściwie w pojedynkę stara się rozwikłać tę nie tak znowu prostą sprawę. Dopaść mordercę zanim skończy to, co zaczął. Polowanie na ludzi i myśliwego w warunkach zimowych. Ekstremalnie zimowych. Ma coś w sobie to „Sanatorium” Sarah Pearse, pierwsza część planowanej powieściowej serii z Elin Warner. Trochę za mało, jak dla mnie. Ale wystarczy, by chciało mi się jeszcze do Elin zajrzeć. Sprawdzić, co kryje się w bramce numer dwa.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 10 lutego 2022

„Nitram” (2021)

Informacja dla tych, którzy nie znają sprawy Martina Bryanta: recenzja zawiera spoilery

Australia, lata 90-te XX wieku. Młody mężczyzna o przezwisku Nitram od zawsze przysparzał kłopotów swoim rodzicom, z którymi nadal mieszka. Jest blisko z ojcem, ale czuje zbyt dużą presję ze strony matki. Nie ma przyjaciół wśród swoich rówieśników, choć robi wszystko co w jego mocy, by ich pozyskać. Ludzie mają go za dziwaka, osobę nieprzystosowaną społecznie, nieliczącą się z innymi. Nitram uczęszcza na terapię i zażywa leki antydepresyjne. Jedynym źródłem jego dochodu są drobne prace wykonywane w domach i ogrodach sąsiadów. Na przykład koszenie trawników. Tak Nitram poznaje byłą piosenkarkę i aktorkę, starszą kobietę imieniem Helen, z którą szybko się zaprzyjaźnia. Wkrótce chłopak wprowadza się do jej domu, czując, że jego życie wreszcie zaczyna się układać. Ta sielanka nie trwa jednak długo.

Australijski thriller psychologiczny inspirowany prawdziwymi wydarzeniami. Historia Martina Bryanta, który w 1996 roku dokonał największej masakry - tak zwana masakra w Port Arthur - z użyciem broni palnej w historii Australii. Zabił trzydzieści pięć osób i ranił dwadzieścia trzy, za co został skazany na 35-krotne dożywocie. „Nitram” (przeczytaj od tyłu) został wyreżyserowany przez Justina Kurzela, który już w trakcie pierwszej lektury scenariusza, autorstwa Shauna Granta (m.in. „Syndrom berliński” z 2017 roku), który najpierw skontaktował się z nim mailowo – bezpośrednio zwrócił się do Kurzela z propozycją wejścia w ten projekt – poczuł, że musi to zrobić. Mimo strachu. Żona Kurzela pochodzi z Tasmanii, gdzie oboje mieszkają. Kurzel nie chciał rozdrapywać ran tutejszej ludności, dokładać bólu osobom, którzy, co zrozumiałe, nadal głęboko przeżywają potworność, jakiej dopuścił się Tasmańczyk Martin Bryant. „Nitram”, tak czy inaczej, wzbudził duże kontrowersje w swojej rodzimej Australii. Fundacja założona przez ojca dwóch zamordowanych przez Bryanta dziewczynek wydała oświadczenie potępiające to filmowe przedsięwzięcie. W środowisku politycznym i policyjnym też nie brakowało niezadowolonych, zaniepokojonych głosów. Dystrybucja w tasmańskich kinach była mocno ograniczona. Pierwszy pokaz odbył się natomiast we Francji, w lipcu 2021 roku na Festiwalu Filmowym w Cannes, gdzie Złotą Palmą uhonorowano odtwórcę roli głównej Caleba Landry'ego Jonesa. Warto dodać, że reżyser „Nitrama” był nominowany do tejże nagrody. Australijska Akademia Sztuki Filmowej i Telewizyjnej, mimo, bądź co bądź, zrozumiałych emocji, jakie w kraju wzbudził już sam pomysł nakręcenia filmu o jednym z najgorszych zbrodniarzy, jakich nosiła australijska ziemia, przyznała „Nitramowi” aż osiem nagród: AACTA. Nominowany w jeszcze siedmiu kategoriach. I jeszcze cztery nominacje w międzynarodowym wydaniu AACTA.

Nitram” Justina Kurzela to okrojona, żeby nie powiedzieć uproszczona, jeśli wierzyć świadkom, złagodzona opowieść o człowieku, którego znienawidziły miliony. O tykającej bombie, która w scenariuszu Shauna Granta nie jest przedstawiona z nazwiska. Tytuł to przydomek, nadany czołowej postaci filmu Kurzela przez złośliwców. W każdym razie on nie chce by tak się do niego zwracano. Nie lubi tego przezwiska, ale w okolicy, w której mieszka, w której dorastał, najwyraźniej jest na niego skazany. Po raz pierwszy spotykamy Nitrama w szpitalu, gdzie trafił w okresie chłopięcym, pod koniec lat 70-tych XX wieku, z poparzeniami po fajerwerkach. Cała reszta rozgrywa się dwie dekady później, gdy tytułowy antybohater jest już dorosłym mężczyzną. Dorosłym, ale nie dojrzałym. Ze scenariusza wynika, że to jakaś niepełnosprawność, zaburzenie rozwoju, może poważne zaburzenie psychiczne (w więzieniu u Martina Bryanta zdiagnozowano zespół Aspergera). Tak czy inaczej, już na początku widz zapewne nabierze przekonania, że Nitram wymaga troskliwej opieki drugiej osoby. Taką opiekę starają się mu zapewnić rodzice, ale to zadanie zdecydowanie ich przerasta. Nie radzą sobie ze swoim jedynym dzieckiem. Ojciec przymyka oczy na jego wybryki, pomaga mu, ilekroć wpakuje się w kłopoty, łagodzi sytuację i niewątpliwie nie jest zwolennikiem dyscypliny. To domena jego małżonki. Różne metody wychowawcze, sprzeczne sygnały w domyśle od zawsze wysyłane do najmłodszego członka ten małej rodziny. Apodyktyczna matka i liberalny ojciec. Kwestie sporne zwykle są rozstrzygane na korzyść pani domu. Ona rządzi pod tym dachem, co do tego nie ma wątpliwości. Wstawiennictwo ojca za niesfornym Nitramem rzadko przynosi efekty. Jego żona niczego nie konsultuje z mężem. W ogóle nie interesuje jej jego zdanie. Nie wspominając już o Nitramie. Z ojcem chłopak jest blisko, w nim ma przyjaciela, powiernika, w sumie można powiedzieć, że na początku tej filmowej drogi to jedyna osoba w życiu Nitrama, która nieco osłabia ból samotności. Tymczasem między nim a matką jakby wznosi się mur. On próbuje się przez niego przebić, ale do tego potrzeba dwojga. Zimna, szorstka, jakby w ogóle niezainteresowana zbudowaniem jakiejś trwalszej więzi z własnych dzieckiem. Tak to wygląda na pierwszy rzut oka, ale z czasem stało się dla mnie jasne, że matka Nitrama nie tyle nie chce się do niego zbliżyć, ile nie potrafi. Taka wada charakteru. Osobowość, która na innych działa odpychająco. Jej mąż jest tutaj wyjątkiem, ale nie syn. On pragnie matczynego ciepła, którego ona nie umie mu dać. Moim zdaniem Złota Palma dla Caleba Landry'ego Jonesa za kreację Nitrama, jest jak najbardziej zasłużona. Wspaniały, bezbłędny, kunsztowny popis aktorski. Ale uwagę przykuwa też Judy Davis, jako matka Nitrama i Essie Davis, pod postacią Helen. Anthony LaPaglia w roli ojca Nitrama też, w moim mniemaniu się spisał... w cieniu, „w kąciku”, jaki scenarzysta dla niego przygotował. To znaczy, LaPaglii, na moje oko, dostała się mniejsza przestrzeń, nie miał tak dużego pola do popisu jak wcześniej wymieniona trójca. Twórcy omawianej produkcji dali jej klimat, w którym, pewnie wbrew ich oczekiwaniom, przyuważyłam ducha kina z lat 70-tych XX wieku (ta specyficzna mgiełka, te wyprane barwy). Miał być klimat z lat 90-tych, ale, jeśli chodzi o mnie, to czułam coś, co pozwolę sobie nazwać zmieszaniem aromatów dwóch nie tak znowu odległych od siebie dekad w kinematografii. Spotkanie dwóch dobrych duszków na współczesnym, technicznym, podłożu. Klimat niedzisiejszy, ale bez stylizacji zdjęć na powstałe w wieku minionym (poza prologiem).

Scenariusz „Nitrama” skupia się na okresie poprzedzającym najbardziej wstrząsający masowy mord dokonany w Australii, w historycznym regionie Port Arthur na Tasmanii. Strzelaninę, która skłoniła parlamentarzystów do przeforsowania nowych, bardziej restrykcyjnych, przepisów dotyczących sprzedaży broni palnej. Czy skutecznych? Tak czy inaczej, „Nitram” to nie tylko niepełna i przypuszczalnie trochę złagodzona (Martin Bryant podobno - co w filmie nie wybrzmiało - dręczył zwierzęta i strzelał z wiatrówki do ludzi, zanim ograbił z życia trzydzieści pięć w większości zupełnie nieznanych mu, przypadkowych osób), sfabularyzowana biografia najniesławniejszego, najbardziej znienawidzonego przez opinię publiczną masowego mordercy przynajmniej w nowszej historii Australii. „Nitram” to także głos w trwającej w wielu krajach dyskusji na temat dostępu do broni palnej. Luzować przepisy czy zaostrzać? Między słowami można wyczytać, jaki stosunek do sprzedaży tych śmiercionośnych narzędzi mają twórcy „Nitrama”. Nienachalnie, nie wprost, ale dają do zrozumienia, że powszechny dostęp do broni palnej mógł ułatwić zadanie ogarniętemu rządzą mordu mężczyźnie. Z drugiej strony, twórcy każą nam się zastanowić (przeprowadzili małe badania w tym temacie), czy naprawdę byłoby mu trudniej, gdyby to mniej liberalne prawo, które wprowadzono w reakcji na masowy mord, którego dopuścił się Martin Bryant, zostało wprowadzone wcześniej, przed tak zwaną masakrą w Port Arthur. Czy to zrobiłoby jakąś różnicę? Czy wówczas Nitram nie mógłby ot tak sobie wejść w biały dzień do sklepu i wyjść uzbrojony po zęby? Justin Kurzel porównał to do nabywania wędki. Wchodzisz, płacisz i masz. Pozwolenie? Nie będzie mi potrzebne, bo nie zamierzam tych zakupów rejestrować. A, to jak tak, to nie ma problemu. Ta decyzja znacznie nam sprawę ułatwia. Zatrważająca scena. Twórcy postarali się byśmy czuli, że takie transakcje są na porządku dziennym, byśmy mieli pewności, że tutaj taka scenka nikogo by nie zdziwiła. Ot, zakupy jak każde inne. Nam jednak coś powinno się tu mocno nie zgadzać. W każdym razie filmowcy chcieli, by odbiorca „Nitrama” w tym miejscu poczuł się jakby świat mocno mu się przekrzywił. Zdążyliśmy już trochę poznać tego klienta sklepu z bronią – mile widzianego, wręcz obskakiwanego przez sprzedawcę, który zdążył się już przekonać, że ten nader skromnie przyodziany młodzieniec jest przy kasie – a zatem mamy powody uważać , że jest ostatnią osobą w mieście, którą powinno się dopuszczać do takich „zabawek”. Pomijając już ewentualną znajomość tej sprawy. W sumie z materiałów prasowych, wypowiedzi medialnych choćby reżysera, wnoszę, że ekipa wyszła z założenia, że widzom ta sprawa będzie znana, że potworny finał tej historii dla nikogo zaskoczeniem nie będzie. Ta wiedza w zasadzie wzmaga dramaturgię. Powiedziałabym nawet, że to główne źródło napięcia. Suspens w najczystszym, najszlachetniejszym wydaniu. Niełatwa sztuka, skraść uwagę uświadomionego już widza. Jego zapewne nie zaskoczy żaden większy zakręt w życiu Nitrama, który zamierzamy pokazać. Tak, jak już wspomniałam są odstępstwa, nie wszystko w filmie Justina Kurzela odpowiada prawdzie. Ale raczej drobne, nic spektakularnego. Na przykład Helen. Gdy Nitram ją poznaje mieszka sama, ale w rzeczywistości kiedy rodziła się jej przyjaźń z młodym Bryantem, mieszkała ze swoją matką. Kilkunastoma psami i dziesiątkami kotów, zwykle trzymanymi w garażu. Filmowa Helen, o ile czegoś nie przegapiłam, ma tylko jednego kota, ale za to gromadkę psów. Helen dorobiła się dość pokaźnego majątku – ma pieniądze, którymi chętnie dzieli się ze swoim nowym, dużo młodszym od siebie przyjacielem, który pomaga jej w domu i ogrodzie. Ale dla każdego z nich, najwyraźniej, najważniejsze jest po prostu towarzystwo drugiej osoby. Zarówno Helen, jak i Nitram wcześniej czuli się straszliwie samotni. Brakowało im kogoś, przy kim mogliby się otworzyć. Kto by ich rozumiał i wspierał w trudniejszych chwilach. Po prostu zaufanego towarzysza (kochanka/kochanki? Takie podejrzenie rodzi się w głowie matki tytułowej tykającej bomby), z którym śmielej i przyjemniej szłoby się przez życie. Akcja rozwija się bardzo wolno: leniwa, acz niesamowicie intensywna historia o nieprzystosowanym społecznie, nierozumianym, desperacjo zabiegającym o towarzystwo, naprzykrzającym się ludziom, będącym jakimś utrapieniem dla tego małego społeczeństwa, młodym człowieku, w którym powolutku budzi się morderca. Niektórzy dorośli członkowie tej niewielkiej społeczności, mieszkańcy sennej, acz malowniczej (och, to australijskie bogactwo naturalne) miejscowości w Tasmanii, mogą widzieć w nim egoistę, który czerpie perwersyjną przyjemność z zadręczania innych. Pokazuje to choćby jedna ze wstępnych sekwencji: fajerwerki i rozwścieczony sąsiad. Tak też wynika z opowieści, którą jego matka dzieli się z Helen - wtedy Nitram był jeszcze małym chłopcem, więc... Przydałoby się wspomnieć, chociażby przed napisami końcowymi, jakie zaburzenie u Martina Bryanta zdiagnozowano już po odizolowaniu go od społeczeństwa. Z drugiej strony nie brakuje w tym obrazie jasnych sugestii, dowodów, że Nitram jest osobą niepełnosprawną, tutaj najwyraźniej niedojrzałą także emocjonalnie. Dziecko i raczej nie aniołek uwięzione w dorosłym ciele. Wolałabym też inne domknięcie. UWAGA SPOILER Nie chodzi o samą masakrę. Do której twórcy podeszli bardzo powierzchownie, z delikatnością, którą rozumiem, a wręcz pochwalam. Działało. Ścisnęło serce. Ale moim zdaniem przydałby się jeszcze „rozdział po masakrze”. Reakcje społeczne. A przynajmniej dłuższe zatrzymanie przy matce Nitrama, szerszy wgląd w jej nielekkie życie potem... Gdy czas na działanie się skończył. A alarmujących sygnałów, jak to zresztą często bywa, nie brakowało. Zawiedli ludzie, zawiódł system KONIEC SPOILERA.

Minimalistyczna forma, ciężki temat. Mrożąca krew w żyłach historia, którą napisało życie (plus minus). Australijski thriller psychologiczny w reżyserii Justina Kurzela w klimacie retro, przynajmniej na poły dostosowanym do okresu w którym toczy się jego akcja. To jest, atmosfera zbliżona do tej, jaką można znać z filmów powstałych w latach 90-tych XX wieku, niemniej ja wyczułam tu też nieco starszy, jeszcze przyjemniejszy, zapaszek. Emocjonujący, niepokojący, intensywny. Powolny „Nitram”. Nieśpiesznie opowiedziana historia młodego człowieka, którego ogarnie niepohamowana żądza mordu. W którym obudzi się odrażająca bestia.

wtorek, 8 lutego 2022

Kamil Staniszek „Pętla”

 

Dwa lata po odejściu ukochanej nauczyciel języka polskiego z Warszawy Rafał Topielec postanawia odejść z tego świata. Próby samobójcze podejmuje w hostelu, w którym kiedyś gościł z miłością swojego życia. I wtedy dzwoni do niego babcia, Amelia Topielec, mieszkająca wraz z mężem Czesławem na zapadłej wsi Pogorzelisko w województwie lubelskim, która zaprasza go do siebie. A on praktycznie natychmiast, bez bagażu, wyrusza do krainy swojego dzieciństwa. Rafał szybko dochodzi do wniosku, że Pogorzelisko wygląda tak samo, jak w jego wakacyjnych wspomnieniach. Co jest niczym balsam na jego okrutnie poranione serce. Ale ma też powody do niepokoju. Przerażające zjawiska zachodzące w jego otoczeniu, sekrety tutejszych mieszkańców i ich alarmujące zachowania, jego własnych dziadków nie wyłączając... Rafał nie ma pewności, czy to wszystko dzieje się naprawdę. Zadręcza się myślami, czy to aby nie projekcie jego udręczonego, chorego umysłu.

Kamil Staniszek, wydawca i redaktor naczelny „Kuriera Południowego”, autor „Kociej mordy” i „Zemsta ma smak czerwieni”, powieści kryminalnych z dziennikarzem Andrzejem Kalickim. Jako pisarz zadebiutował w 2001 roku opowiadaniem pod tytułem „Gracz”, które ukazało się na łamach „Nowej Fantastyki”. Inne jego opowiadanie, „Nagła śmierć”, zasiliło pierwszy tom „Grobowca”, „Zarazę” - w planach cały cykl antologii krótszych opowieści grozy rodzimych autorów pod redakcją wydawnictwa Vesper. „Pętla”, trzecia powieść Kamila Staniszka, swoją premierę miała w 2021 roku - tak samo jak „Nagła śmierć”, i tak samo wyszła pod szyldem wydawnictwa Vesper. W upiornej, hipnotyzującej twardej okładce zaprojektowanej przez, długoletniego kolegę Staniszka (znają się od przeszło dwudziestu lat), Michała Loranca, który też zilustrował powieść: czarno-białe grafiki poprzedzające wszystkie rozdziały tej nieopasłej publikacji. Staniszek w jednym z wywiadów żartobliwie stwierdził, że ojcem „Pętli” jest kamień nerkowy. Gdy trochę osłabła intensywność i częstotliwość bolesnych kolek, Staniszek zdecydował się wykorzystać czas wolny od pracy... pracując. Tak powstała mroczna historia ku pokrzepieniu złamanych serc.

Kamil Staniszek zauważył, że w polskim społeczeństwie osoby, które nie potrafią przepracować rozstania z ukochaną osobą, które tracą wówczas wszelką chęć do życia, spotykają się z dużym niezrozumieniem. Problem jest bagatelizowany, umniejszany, czasami wręcz wyśmiewany. Dlatego tak mało ludzi o tym mówi, cierpiąc w samotności. Co czasami kończy się tragicznie. Niektórzy, podobnie jak bohater „Pętli”, niestety, dochodzą do wniosku, że najlepsze, co mogą w tej sytuacji zrobić, to odejść z tego padołu łez. Targnąć się na własne życie. Człowiek umiera, a ludzie pukają się w czoło. Oczywiście, nie wszyscy, ale powiedzmy sobie szczerze, i takich reakcji można się spodziewać. Głupiec - mówią. Tego kwiatu przecież pół światu. I weź tu takiemu współczuj... Rafał Topielec, nauczyciel języka polskiego w liceum pod Warszawą, to jeden z takich „głupców”. Zostawiła go kobieta, a on zamiast szybko wziąć się w garść, jak oczekiwali niektórzy, już od dwóch lat snuje się jak zombie, bez żadnej nadziei na lepsze jutro. Zaniedbuje pracę, unika kontaktów towarzyskich, konsekwentnie odtrąca pomocną dłoń, którą niestrudzenie wyciąga do niego, bądź co bądź coraz bardziej zniecierpliwiona jego zachowaniem, młodsza siostra, Beata Topielec-Kańska. Agentka nieruchomości, która w przeciwieństwie do Rafała, zdążyła uwić sobie rodzinne gniazdko. Wyszła za mąż, doczekała się dziecka, podczas gdy jej brat, prawdziwy romantyk, podtrzymywał w sobie nadzieję na coś więcej. Jego zdaniem siostra zadowoliła się „pierwszym lepszym”, mężczyzną, który nie był jej przeznaczony. To znaczy Rafał przez całe życie czekał na swoją drugą połowę, na Tę Jedyną. Czekał na swoją Martę. Ich związek trwał pięć lat – pięć bodaj najszczęśliwszych lat w życiu Rafała – i nagle, bez najmniejszego ostrzeżenia, zdaniem mężczyzny bez żadnego powodu, wszystko się skończyło. Marta Skibińska, mało znana autorka powieści kryminalnych, z jakiegoś kompletnie nieznanego Rafałowi powodu, ponownie związała się z Wojciechem Świdnickim, aroganckim prawnikiem, swobodnie skaczącym z łózka do łóżka (zmienia partnerki seksualne jak rękawiczki, kobiety lgną do niego jak muchy... wiadomo do czego) i mającym rozległe kontakty, znajomości, które w razie potrzeby chętnie wykorzystuje. Po dwóch długich latach katuszy, Rafał ma dość. Dochodzi do kresu swojej wytrzymałości. Jak młody Werter (porównanie autora) zamierza zakończyć swój przeklęty żywot. Pozbyć się kolczastego drutu oplatającego jego biedne serce. Uwolnić się od tego nieznośnego cierpienia. Nie czuć już absolutnie nic. Nicość, niebyt: tego mu trzeba. W pokoju hostelowym – tym samym, w którym w innym życiu gościł ze swoją drugą połową – podejmuje aż trzy próby samobójcze. I zapewne próbowałby aż do skutku, gdyby nie interwencja jego babci. Zupełnie jakby wyczuła, że jej wnuk znalazł się na zakręcie, że już prawie witał się z panią Śmiercią. Przeczucie, instynkt kochającej babci, czy coś więcej? Tak czy inaczej, nieoczekiwana rozmowa telefoniczna z dawno niewidzianą krewną, skutkuje zatrzymaniem zdesperowanego, ewidentnie potrzebującego wsparcia, mężczyzny, na tym świecie. Tylko że wieś na Lubelszczyźnie, w której Rafał w dzieciństwie zwykle spędzał lato, wieś, w której od kiedy sięga pamięcią mieszkają jego dziadkowie, w jego oczach przybiera tę specyficzną teksturę, którą ja zwykłam nazywać Strefą Mroku. Coś w rodzaju alternatywnej rzeczywistości. Miejsce, w którym nie obowiązują żadnej znane nam reguły. Niby niezbywalne, twarde prawa, jakimi rządzi się świat, w którym żyjemy. W którym dotąd żył też Rafał Topielec.

(źródło: https://pl-pl.facebook.com/kamilstaniszek/)

W „Pętli” Kamil Staniszek pod płaszczykiem prostej opowieści grozy skrupulatnie, cegła po cegle, wznosi „budowlę egzystencją”. Horror nadnaturalny i psychologiczny koegzystuje z bardziej uduchowioną historią o bolesnej samotności ludzkiej jednostki w szerokim świecie, poszukiwaniu sensu życia i walce z wewnętrznymi demonami. Jedno nie może istnieć bez drugiego. Permanentny mutualizm. Dwa organizmy stopione ze sobą. Dwa nie tak znowu odległe od siebie, jeśli się nad tym zastanowić (albo przypomnieć sobie inne takie spotkania; żeby daleko nie szukać za przykład niechaj posłuży tu „Golem” Gustava Meyrinka), obszary gatunkowe, które tak ściśle do siebie przylegają, że co bardziej dociekliwy odbiorca, może mieć problem z rozsądzeniem gdzie kończy się horror, a zaczyna opowieść egzystencjalna. Początkowo starałam się to jakoś rozgraniczać, ale gdy już dałam porwać się tej historii... Nie walczyłam z tym, pozwoliłam, by te dwa stworzenia, te dwa potwory, mówiły jednocześnie. Nie przekrzykiwały się, śpiewały dla mnie. Harmonijny dwugłos lamentujący o smutnym, złamanym człowieku, który w dość drastycznych, niepospolitych okolicznościach, stopniowo, kroczek po kroczku, odzyskuje chęć do życia. „Pętla” to opowieść o utraconych marzeniach. Ambicjach zjedzonych przez szarą prozę życia. Śmierć tyleż naturalna, co potworna. Niesprawiedliwa, ale takie jest życie. Tacy ludzie jak Wojciech Świdnicki biorą wszystko, a takie szaraczki jak Rafał Topielec muszą się zadowalać okruchami z pańskich stołów. Zostają z niczym, a przynajmniej tak im się wydaje. Rafał zdążył już nasiąknąć przekonaniem, że nic już nie trzyma go przy życiu. Stracił wszystko. Bezkresny tunel. Nieprzenikniona czerń, której przypuszczalnie nic już nie rozproszy. Garbiący się pod ciężarem rozpaczy, samotny wędrowiec, który po dwóch latach dostrzega wreszcie światełko w tej okropnej ciemnicy, którą stało się jego życie. Wystarczyło się cofnąć, dopuścić do głosu swoje młodsze ja. Spojrzeć na świat jego ufnymi oczyma. Pogorzelisko w odbiorze Rafała wygląda dokładnie tak, jak w jego dzieciństwie. Z ponurej Warszawy bohater „Pętli” przeniósł się do mieniącej się żywymi kolorami, magicznej krainy. Ożywają wspomnienia (Staniszek dał swojemu bohaterowi trochę własnych wspomnień z dzieciństwa). Idylliczne obrazki z czasów, kiedy życie na pewno było prostsze, niemniej w jakimś stopniu zapewne są one nieco podkoloryzowane. Pamięć to podstępna bestia. Ale nie tak jak miłość. Ta to uwielbia lukier. Przeżycia Rafała w Pogorzelisku zajmują najwięcej miejsca, ale będziemy przenosić się też do jego byłej dziewczyny Marty Skibińskiej i jej aktualnego partnera Wojciecha Świdnickiego – oraz młodszej siostry Rafała, Beaty Topielec-Kańskiej – co pozwoli nam bardziej obiektywnym okiem spojrzeć na ideał czołowej postaci książki. Staniszek daje nam tutaj jasno do zrozumienia, że miłość, czy raczej zauroczenie, nie zawsze jest dobrym doradcą. Wizerunek Marty, jaki zachował się w głowie Rafała, najprawdopodobniej jest jeszcze bardziej wyidealizowany od jego wspomnień z wakacji w Pogorzelisku. Wsi, w której panuje dość ciężka, duszna atmosfera, jednakże z czasem powietrze nieco się rozrzedzi. Co wydaje mi się przemyślanym, w gruncie rzeczy całkiem sprytnym zabiegiem – klimat panujący w tym miejscu jest swego rodzaju odbiciem stanu ducha Rafała, co powinno podsycić podejrzenia, że wszystkie osobliwe zjawiska, którym mężczyzna świadkuje w Pogorzelisku nie mają nadnaturalnego charakteru. Zielone muchy, jak gdyby nigdy nic, pochłaniane przez mieszkańców Pogorzeliska. Upiorny chłopiec, osamotniony, w zaniedbanym domu nieopodal farmy Topielców. Dziadek z lubością konsumujący surowe mózgi swoich ptasich ofiar. Identyczne kwestie w różnych ustach. Dawni znajomi, w których zaszły jakieś niepokojące zmiany. W zachowaniu, charakterze, ale nie zawsze w wyglądzie. O ile faktycznie to rówieśnicy Rafała, z którymi w innym, lepszym życiu bawił się praktycznie każdego lata. Można odnieść wrażenie, że Pogorzelisko gdzieś pomiędzy wtedy i teraz zostało skażone. Naznaczone. Przeklęte. Jakby jakaś zgnilizna nie od dziś toczyła to miejsce. Miejscowość pełną widm, upiorów niewykluczone, że zrodzonych w obłąkanym umyśle. Może się Wam wydawać, że znacie tę historię, że z tak wyświechtanych motywów nie sposób złożyć czegoś, co mogłoby Was zaskoczyć. Może się Wam wydawać, że rozwiązaliście zagadkę Pogorzeliska. Wiecie, do jakiego punktu Staniszek Was doprowadzi. Jak skończy się ta historia. Jak musi się skończyć... „Pętla” nie idzie tak prostą drogą, jak mogłoby się wydawać. Ta tkanina okazuje się nadzwyczaj przewiewna i elastyczna. Tak lekka, że wystarczy dmuchnąć, żeby przybrała jakiś fantazyjny, zupełnie niespodziewany kształt. Dmuchnij mocniej, to jeszcze inaczej się poskłada. „Pętla” to jedna z tych opowieści, które zostają z czytelnikiem na dłużej. Kamil Staniszek zachęca nas do tworzenia własnych teorii, uporczywego obracania w głowie poszczególnych elementów, przyglądania się im pod różnymi kątami. Sklej, przyjrzyj się temu co powstało, a potem spróbuj inaczej. Niechaj wyłoni się inny obraz, choć najpewniej nie bardziej podnoszący na duchu.

Depresyjna, ciężka, mroczna opowieść o życiu. Twardej rzeczywistości, która nagle staje się bardziej płynna, traci ostrość. Wkraczamy do strefy, w której dosłownie wszystko może się zdarzyć. Przenosimy na mocno niepewny, grząskim grunt. Do świata ekstremalnie niestabilnego, odkształconego, szkaradnego, plugawego. Ta tajemnicza kraina ma jednak też piękne zakątki, czystsze, sentymentalne oblicze. Ten oniryczny, surrealistyczny, szalony światek wykreowany przez Kamila Staniszka. Jest coś hipnotyzującego w tej jego „Pętli”. Niepokojącej, nieoczywistej opowieści o człowieku, który w upiornych realiach, jak na ironię, znajduje dawno niewidziane światło. Katusze istnienia w horrorowym, według mnie, bardzo twarzowym płaszczu.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 6 lutego 2022

Jay Kristoff „Wampirze cesarstwo. Tom 1”

 

Dwudziesty siódmy rok bezdnia. Czas panowania zimnokrwistych, nieumarłych istot, krwiopijców. Ludzkość zdziesiątkowana, pozbawiona wszelkiej nadziei na odbudowę swojego cesarstwa. Gabriel de León jest Ostatnim Srebroświętym, członkiem Srebrnego Zakonu San Michon powołanego do walki z siłami ciemności. Bladokrwistym, mieszańcem, o którym krążą legendy. Najbardziej zasłużony, najpotężniejszy wojownik, w żyłach którego płynie wampirza krew. Jego dni wydają się być policzone. Ostatni Srebroświęty przebywa w niewoli, w królestwie jednego z potężnych wampirzych rodów, szlechetnokrwistych, którzy najpewniej nie okażą mu litości. Zanim jednak pozbędą się najzacieklejszego ze swoich wrogów, chcą spisać jego historię. Zmusić wielkiego Gabriela de Leóna, legendarnego Czarnego Lwa, do zdania szczegółowej relacji ze swojego życia. Srebroświęty nie ma wątpliwości, że chodzi o Świętego Graala. Naczynie z krwią samego Odkupiciela, które, jak głosi legenda, jest jedyną nadzieją na odzyskanie światła słonecznego. A Gabriel najprawdopodobniej jest jedyną osobą, która wie, gdzie znajduje się ta ostatnia nadzieja ludzkości.

Australijski powieściopisarz specjalizujący się w fantastyce, Jay Kristoff, „Wampirze cesarstwo” (oryg. „Empire of the Vampire”) uważa za swoje najambitniejsze, najlepsze z dotychczasowych dzieł. Powieść z podgatunku dark fantasy, którą nazwał kulminacją wszystkiego, czego nauczył się w swojej pisarskiej karierze. Spisywanie tej historii zajęło mu trzy i pół roku, ale fundament pod nią tak naprawdę położył kilkanaście lat wcześniej. W swojej pierwszej, nieopublikowanej, powieści. Pierwszy tom „Wampirzego cesarstwa” - część druga już się pisze, a na tym prawdopodobnie nie koniec: plan Kristoffa zakłada trylogię – swoją światową premierę (polską też) miał w 2021 roku. Książka trafiła na listy bestsellerów New York Timesa, USA Today, Wall Street Journal (Stany Zjednoczone) i Sunday Timesa (Wielka Brytania). Pierwsze miejsce na liście bestsellerów amerykańskiej sieci księgarń Barnes & Noble i australijskiej Dymocks Books.

Pierwszy tom „Wampirzego cesarstwa” Jaya Kristoffa w Polsce został wypuszczony w dwóch opakowaniach (okładki za zagranicznymi wydaniami, oprawy twarde) przez wydawnictwo MAG. Prawie dziewięćsetstronicowa opowieść dark fantasy zilustrowana przez Bon Orthwick: bogate w szczegóły, liczne czarno-białe grafiki trochę w stylu japońskiego anime. Nie wiem, jak z drugą, ale okładka, która mi się trafiła, która bardziej wpadła mi w oko (ilustracja: Jason Chan, projekt: Young Jin Lim) - z tytułem książki wpisanej w herb otoczony różnymi stworzeniami – że tak to ujmę, ma dwa kolorystyczne oblicza. W zależności od kąta padania światła czerwień jest albo matowa, brudnawa, albo soczysta, świetlista, błyszcząca niczym egida Srebroświętego. Cudo! Bo i opowieść cudna. „Potwory nocy, przerażające, uwodzicielskie i całkowicie pozbawione ludzkiej moralności” - takimi słowami Jay Kristoff w jednym z wywiadów opisał bestie, jakie od początku zamierzał „powołać do życia” w swoim najwyraźniej najbardziej wytęsknionym dziele. Czyli stara szkoła wampiryzmu. Powrót do korzeni, naturalnie wzbogacony o pomysły własne tego utalentowanego Australijczyka. Kristoff celowo nawiązał do „Wywiadu z wampirem” Anne Rice. Ukłon dla zasłużonej „w dziedzinie wampiryzmu” pisarki. Dał i wyraz swojej sympatii do... „Pamiętników wampirów” Lisy Jane Smith. Spokojnie, to wciąż stara szkoła. Otóż, Kristoff zawsze uważał, że jest coś niepokojącego w liczącym sobie setki lat facecie, żywo zainteresowanym śmiertelnymi nastolatkami. I tak zrodził się Danton Voss, nieumarły mający straszliwą słabość do młodych dziewcząt. Sadysta. Jak oni wszyscy. W pierwszym tomie „Wampirzego cesarstwa” przeplatają się trzy okresy z życia Srebroświętego Gabriela de Leóna. Trzy tory albo w odległej przeszłości, albo dalekiej przyszłości. Tak czy inaczej, przypomina to wieki ciemne. Realia średniowieczne, ale język... język jest jedyny w swoim rodzaju. Archaizmy w osobliwej komitywie z mową bardziej współczesną. Nowomową, słowami wymyślony przez Kristoffa. To głównie obelgi, wulgaryzmy. Pomijam tutaj oczywiście unikalne nazwy oraz inne elementy funkcjonujące w tym fantastycznym świecie przedstawionym. W teraźniejszości głównego bohatera powieści mamy narrację trzecioosobową, natomiast dwie pozostałe gałęzie umownie są jego osobistą relacją. Słowa Ostatniego Srebroświętego są na bieżąco spisywane przez markiza Jeana-François z Krwi Chastain, nadwornego historyka Jej Wysokości Margot Chastain, Pierwszej i Ostatniej Tego Imienia, Bezśmiertnej Cesarzowej Wilków i Ludzi. Czyli wampira. Szlachetnokrwistego, bo należącego do jednego z przynajmniej czterech rodów, tak zwanych Krewnych, najpotężniejszych, obdarzonych specjalnymi mocami Umarłych. Taka struktura może się okazać mocno problematyczna, skrajnie niewygodna dla jakiejś części odbiorców „Wampirzego cesarstwa”. Przyznaję, że też początkowo nie byłam przekonana do tego pomysłu Kristoffa. W końcu aż trzy razy musiałam przechodzić przez najmniej lubianą przeze mnie część właściwie każdej książki. Trzy początki. Potrójne odnajdywanie się w tym na dobrą sprawę zupełnie obcym świecie. Nowym, zasadniczo nigdy wcześniej nie odwiedzanym. Nie w takim kształcie, ale w tej wybornej potrawce wypatrzyłam zarówno egzotyczne składniki, tj. pomysły własne Kristoffa, jak sprawdzone rozwiązania, znajome motywy, elementy świata przedstawionego w mniejszych czy większym stopniu przefiltrowane przez jego wyobraźnię. Ten układ jest dość wymagający. Potrzeba czasu, żeby w tym, bądź co bądź, ryzykownym tańcu zsynchronizować się z partnerem, autorem tego otyłego stworzenia. Potrzeba cierpliwości, samozaparcia, jeśli o mnie chodzi większej niż zazwyczaj determinacji. Poczekajcie jeszcze, nie uciekajcie, dajcie szansę Gabrielowi de Leónowi. Już on się postara wciągnąć Was do swojego świata. Niech tylko się rozgrzeje.

Jedyne, co powstrzymuje część ludzi od popełniania najgorszych potworności, jakie potrafią sobie wyobrazić, to lęk, że mogłoby to nie ujść im na sucho.”

Wampirze cesarstwo” Jaya Kristoffa to, również zdaniem samego autora, przede wszystkim opowieść o wierze. O bezgranicznym oddaniu Jedynemu Bogu, które w przypadku Gabriela de Leóna z czasem przechodzi w nienawiść. O oddaniu słusznej sprawie. I śmiertelnym istotom, towarzyszom niedoli, „braciom i siostrom”, osobom, którym na swoje szczęście bądź nieszczęście zaufałeś. Za którymi jesteś gotów skoczyć w ogień. Bądź zimne ramiona chodzącego trupa. Ostatni Srebroświęty, ku niezadowoleniu wampira, który jakoby chce spisać jego fascynującą historię dla potomnych (taki biograf, którego de León bynajmniej nie zatrudniał) – główny bohater powieści wie jednak swoje – nie trzyma się chronologii wydarzeń. Najpierw szybki wgląd w jego dzieciństwo w wiosce Lorson. Stąd płynnie przechodzimy do Srebrnego Zakonu San Michon, gdzie nastoletni Gabriel rozpoczyna szkolenie pod opieką przydzielonego mu mistrza znanego jako Szaroręki, który aktualnie ma jeszcze jednego ucznia, zarozumiałego Aarona de Coste'a, który postara się uprzykrzyć życie nowemu narybkowi Zakonu. Organizacji kościelnej, w każdym razie walczącej w imię Boga Wszechmogącego, w szeregach której są zarówno ludzie, jak mieszańcy. Ci drudzy, tak zwani bladokrwiści, to osoby wyłącznie płci męskiej przeklęte już od poczęcia. Taki grzech pierworodny, który mogą odkupić jedynie walcząc z siłami ciemności. Wiernie służąc Zakonowi. A wszystko przez ich ojców, a właściwie dawców nasienia, wampirów, po których odziedziczyli niezwykłe zdolności. I przekleństwo, straszliwy głód, głód krwi. Zakon znalazł sposób na trzymanie go w ryzach. Sakrament pozwalający mieszańcom zaspokajać to plugawe pragnienie bez konieczności krzywdzenia innych żywych istot. Za takowych rzecz jasna nie uważają zimnokrwistych. Ci ostatni dzielą się na szlechetnokrwistych i brudnokrwistych/nieszczęśników. Ale żeby nie było tak łatwo, istnieją przynajmniej cztery rody szlachetnokrwistych. Każdy z tych klanów (rody Krewnych) ma dodatkowe moce, których nie posiadają członkowie innych rodów. Różne specjalne zdolności. Bladokrwiści też je mają. Wyjątek rzecz jasna stanowią podwójni pechowcy, których nazywa się słabokrwistymi. Nie dość, że muszą żyć z piętnem potomka wampira, to na dodatek tego najniższego sortu. Z samego dołu wampirzej hierarchii, brudnokrwistych, posiadających tylko podstawowy, przynależny wszystkim bez wyjątku, pakiet niezwykłych mocy tych nocnych bestii. Jak można się tego spodziewać młody Gabriel de León, nowicjusz Srebrnego Zakonu San Michon, bez trudu odnajdzie tu swoje miejsce. Z zapałem rzuci się w wir pracy, będzie trenował do upadłego, przyswajał konieczną wiedzę, przeleje hektolitry, krwi, potu i łez. Żadne katusze nie będą w stanie zawrócić go z obranej drogi. Gabriel obiecał sobie, że stanie się jednym z najbardziej zasłużonych pogromców potworów, jakich „wyhodował” Srebrny Zakon. Miejsce nie tylko dla chłopców. Płeć żeńską (ludzie) znajdujemy w Srebrnym Zgromadzeniu – nowicjuszki i pełnoprawne siostry zakonne. A wśród tych pierwszych nieprzebierająca w słowach, charakterna Astrid Rennier. Lubiąca łamać zasady, marząca o wydostaniu się z tego miejsca, które, w przeciwieństwie do coraz bardziej zauroczonego nią Gabriela, traktuje jak więzienie. Co się stało z tym ufnym, oddanym szczytnej sprawie chłopakiem? Po latach spotykamy kogoś zupełnie innego. Zwykłego łajdaka. Zresztą sam tak o sobie mówi, ba, wręcz się tym szczyci. Obnosi się tym niechlubnym tytułem, który tak naprawdę sam sobie nadał. Inni mają go za bohatera. Czarny Lew: najskuteczniejszy, najbardziej zaciekły, najsilniejszy srebrny wojownik w całej historii Zakonu San Michon. Najsławniejszy Ordo Argent, miecz boży, który teraz nie chce nawet słyszeć o Wszechmogącym. A ludzie? Ludzie niech bronią się sami. To już nie jego sprawa. Gabriel teraz dba wyłącznie o własny interes, chociaż niewykluczone, że przypadkiem pokrywa się on z interesem gatunku ludzkiego. W każdym razie jego tajemnicza misja zostaje niespodziewana przerwana przez dawną znajomą. Co prawda niechętnie, ale ostatecznie Gabriel dołącza do niej i jej towarzyszy – doprawdy dziwna, na pierwszy rzut oka skrajnie niedopasowana grupka – którym wydaje się, że znaleźli sposób na zwalczenie największego sojusznika wampirów. Bezdnia, nieustępliwych ciemności (o różnym zagęszczeniu, ale bez promieni słonecznych), które zapadły całe lata temu. Tym samym znacząco zwiększając szanse zimnokrwistych w wojnie z gatunkiem ludzkim. Tym sposobem ma być Święty Graal, naczynie, w którym zebrano krew samego Odkupiciela. I ta właśnie krew może pomóc ludziom odzyskać władzę nad światem. Gabriel nie wierzy, że Graal istnieje – idzie z nimi, bo widzi w tym okazję dla siebie. Myśli o swojej misji, a nie bajeczkach, którymi karmią się ci biedni głupcy. Łatwo się domyślić, po czyjej stronie będzie racja, ale mylą się ci, którzy sądzą, że ta opowieść niczym ich nie zaskoczy. A przynajmniej tak mi się wydaje. W każdym razie ja niespodzianek miałam aż nadto. Klasycznych zwrotów akcji, zatrważających rewelacji umiejętnie dawkowanych przez autora. „Wampirze cesarstwo” to po części opowieść drogi. Obfitująca w niebezpieczeństwa długa wyprawa zgorzkniałego, wypalonego wojownika, ale i parę krótszych wypraw jego młodszej i przynajmniej pozornie lepszej wersji. To jest, na pewno łatwiej polubić nastoletniego Gabriela, z czasem jednak zapewne i ten drugi podbije serca wielu z Was, czytelników, którzy mam nadzieję ośmielą się wejść do cesarstwa wampirów. Opowieść o poświeceniu, imponującej odwadze, miłości, przyjaźni, zdradzie, nieodwracalnej stracie, mocy wiary (w cokolwiek), źle i dobrze ukierunkowanym zaufaniu, próżności, ślepej wściekłości, oszukiwaniu samego siebie, usilnym podtrzymywaniu w sobie fałszywych przekonań. Innymi słowy, strach przed konfrontacją z najgorszymi demonami. Potworami dużo bardziej przerażającymi od przebrzydłych krwiopijców powoli obejmujących niepodzielną władzę nad tym mrocznym światem. W którym zostało już niewiele życia. Płakałam (najgorzej zniosłam uderzenie, którego prawdę mówiąc się spodziewałam – miałam czas by się z tą straszną wizją oswoić, a jednak... Aż mnie głowa od tego płaczu rozbolała), w głos zaśmiewałam z zamierzenie humorystycznych akcentów (tutaj królował Gabriel, mistrz ciętego dowcipu), z łomoczącym sercem przyglądałam zmaganiom bohaterów, z którymi zdążyłam się zaprzyjaźnić. Smutek, obawa, złość, ulga, radość, gniew, rozczarowanie, duma... W sumie ta lista nie ma końca. Cała gama emocji w jednej, aczkolwiek nieźle wyrośniętej, księdze.

Oszałamiająca przygoda! Pierwszy tom „Wampirzego cesarstwa” Jaya Kristoffa, australijskiego poczytnego autora, który szczególnie upodobał sobie fantastykę - literatura młodzieżowa i utwory bardziej ukierunkowane na starszych czytelników. Tak się zachwyciłam tą historią, że z ciężkim sercem ją kończyłam. Och, jak chciałoby się zostać na kolejne dziewięćset stron. Tyle dobrze, że na tym nie koniec, że Gabriel de León jeszcze nie skończył swojej pasjonującej historii. Polecam wszystkim (no dobrze, pełnoletnim) sympatykom literatury fantasy. A już szczególnie zachęcam do lektury tych, którzy najchętniej zapuszczają się w mroczniejsze rejony tego gatunku. Idźcie proszę do cesarstwa Umarłych. Wejdźcie i przepadnijcie:)

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich

piątek, 4 lutego 2022

„Pokój gościnny” (2021)

 

Stella ma zamiar popełnić samobójstwo, ale jej uwagę odwraca nieproszony gość. Nieznajomy mężczyzna, który przedstawia się jej jako Giulio i twierdzi, że zarezerwował pokój w jej domu. Kobieta informuje go, że musiało dojść do pomyłki, że nie świadczy już takich usług. Mężczyzna prosi, ona upiera się przy swoim. A kiedy Giulio zaczyna się wycofywać, Stella nagle zmienia zdanie. Udostępnia pokój obcemu mężczyźnie, który, jak szybko się okazuje, czuje się w jej domu nader swobodnie. Skonsternowana Stella przygląda się jak obcy mężczyzna bez skrępowania krząta się w jej kuchni. I trochę wbrew sobie powoli przekonuje się do jego towarzystwa. Sytuacja drastycznie się zmienia, gdy w domu Stelli zjawia się jej mąż Sandro.

Włoski dreszczowiec, „Pokój gościnny” (oryg. „La stanza”, międzynarodowy: „The Room”), miał być filmem dokumentalnym o pewnym zjawisku. Reżyser Stefano Lodovichi pracował nad nim przez rok, a potem zwątpił. Miał inne zobowiązania, a ten projekt okazał się na tyle złożony, że pochłaniał mnóstwo jego czasu. Zbieranie materiałów nie miało końca, Lodovichi w końcu doszedł więc do wniosku, że lepiej będzie zrobić z tego film fabularny. Scenariusz, oczywiście w oparciu o pomysły Lodovichiego, spisali Francesco Agostini i Filippo Gili. Reżyser „Pokoju gościnnego” od lat jest miłośnikiem hollywoodzkich filmów akcji między innymi z Sylvestrem Stallone'em, Bruce'em Willisem i Arnoldem Schwarzeneggerem. W ogóle ceni sobie amerykańskie kino rozrywkowe, gatunkowe, ale chętnie też obcuje z kinem autorskim. „Pokój gościnny” miał łączyć te dwa filmowe bieguny – Stefano Lodovichi nazwał to pomostem między kinem autorskim a kinem rozrywkowym. W drobnych szczegółach odwołuje się w nim do „Psychozy” Alfreda Hitchcocka, „Lśnienia” Stanleya Kubricka i twórczości M. Nighta Shyamalana. Film powstawał w czasie głębokiego lockdownu tłumaczonego pandemią COVID-19. Główne zdjęcia trwały siedemnaście dni, w miejscu, które zostało stworzone specjalnie na potrzeby tego przedsięwzięcia – efekt pracy scenografów. Film najpierw został wypuszczony we Włoszech – w styczniu 2021 roku – w usłudze VOD. W Polsce wypłynął w listopadzie (polska premiera) 2021 roku, na Splat!FilmFest.

Przestronny, zaniedbany dom – obdrapane, zawilgocone ściany – sprawiający wrażenie mniejszego, ciaśniejszego niż jest w istocie. Panuje w nim iście depresyjna atmosfera i raczej nie zanosi się na to, by słońce mogło przebić się przez brudnoszare, skłębione chmurzyska wiszące nad tym cichym, samotnym, niekochanym miejscem. Właścicielka domu, kobieta imieniem Stella (przekonująca kreacja Camilli Filippi), doszła już do kresu swojej wytrzymałości. Nie zamierza dłużej trzymać się życia, które po odejściu jej ukochanego stało się przeraźliwie puste. Nic już nie trzyma jej na tym świecie, a przynajmniej ona musi tak to widzieć. W przeciwnym razie nie zdecydowała się na ten ostateczny krok. Skok z okna w sukni ślubnej: tak to sobie wymyśliła. I już, już ma pożegnać się z tym padołem łez, gdy zjawia się nieproszony gość. Przedstawia się jako Giulio (całkiem widowiskowy, intrygujący występ Guido Caprino) i twierdzi, że ma zarezerwowany pokój w jej domu. Problem w tym, że Stella już od jakiegoś czasu nie świadczy takich usług. Wygląda na to, że to niedopatrzenie administratorów strony internetowej, która nie zdjęła nieaktualnego już ogłoszenia Stelli i jej męża Sandro. W każdym razie Giulio mówi, że w taki właśnie sposób dokonał rezerwacji. Co więcej zapłacił z góry. Stella radzi mu skontaktować się z właścicielami tej nieszczęsnej witryny. Na pewno zwrócą mu pieniądze, niewątpliwie nie będzie z tym najmniejszego problemu. A teraz żegnam. Dobrze, pójdę sobie, ale byłbym wdzięczny, gdyby przynajmniej uraczyła mnie pani szklanką wody. Przepłuczę gardło i już mnie nie. Tyle Stella może zrobić dla tego „strudzonego wędrowca”. Bo któż by odmówił szklanki wody spragnionemu bliźniemu? Oj, mogłaby się zdziwić ta nasza Stella... Koniec końców nieznajomy przekracza próg domu Stelli, z rozkoszą wypija „niebiański” napój (kranówka zawsze przypomina mu dom, miejsce w których dorastał) i zostaje. Stella zmienia bowiem zdanie. Decyduje się udostępnić pokój obcemu mężczyźnie, który jak się wydaje zna jej męża. Tak twierdzi, ale widz w przeciwieństwie do Stelli raczej nie będzie skłonny mu wierzyć. Giulio nie budzi zaufania. Wygląda na to, że twórcy od początku starają się uczulić nas na tę postać. Widz ma wietrzyć w jakiś podstęp. Doszukiwać się złych zamiarów nieznajomego względem kobiety, która dała mu dach nad głową. Kobiety, która chce umrzeć. Gdy jednak „na scenę” wkracza ostatni (no dobrze, przedostatni) członek obsady, gdy „z odsieczą” przybywa Sandro (w tej roli Edoardo Pesce, który warsztatowo może i nieco odstawał od Filippi i Caprino, ale jakichś większych zgrzytów w jego grze to nie, nie zauważyłam) sytuacja staje się mniej klarowna. W każdym razie twórcy wyraźnie próbują trochę zaciemnić sytuację. Teoria, którą wcześniej mógł ukuć uważny odbiorca, albo po prostu mający już jakieś rozeznanie w podobnych historiach (podejrzani nieznajomi w szeroko pojętym kinie grozy), powoli traci na sile. Wkradają się wątpliwości. Gniew skupia się na kimś innym. A wraz z tym rodzi się pytanie, kto w tym świecie przedstawionym jest największym czarnym charakterem? Po której stronie leży wina? I czy naprawdę nie ma innego, lepszego sposobu na oczyszczenie atmosfery? Na naprawę tego, co się popsuło. Co zostało zepsute... w imię miłości? Tak czy inaczej, najwyższy czas rozpocząć terapię małżeńską. Prawda was wyzwoli. Albo zabije. Kłamstwa, półprawdy nie przejdą. Istota, którą macie przed sobą, zdaje się, wie o was wszystko. Grzechy, zaniedbania, słabości. Takie przynajmniej ma przekonanie. O ile nie jest to tylko gra, starannie wyreżyserowane przedstawienie. Chora zabawa mająca przysporzyć niewinnym ludziom dodatkowych cierpień.

Pokój gościnny” Stefano Lodovichiego to obraz ku przestrodze. Nie ustępuj. Nie pozwól, by choroba się rozwinęła. Nie wybieraj łatwiejszej drogi, nie ignoruj alarmujących sygnałów. I nie daj zaślepić się miłości. Zwłaszcza, gdy druga strona nie daje z siebie tyle, co ty. Stella nie potrafi się pogodzić, ze Sandro postanowił od niej odejść. Że już jej nie kocha. Stella próbowała wszystkiego – próśb, gróźb (jeśli do mnie nie wrócisz, to się zabiję) – ale wszystko na nic. W końcu dotarło do niej, że karmi się fałszywą nadzieją, że nie ma już żadnych widoków na naprawę ich związku. A Stella nie wyobraża sobie życia bez Sandro. Próbowała, ale nic z tego. Poddaje się... Niedługo potem nadzieja, ta przeklęta nadzieja, odżywa. Sandro nareszcie zjawia się w jej domu i choć wydarzenia błyskawicznie przybierają dosyć drastyczny obrót, w Stelli najwyraźniej znowu kiełkuje wiara w to, że ona i jej mąż w końcu przezwyciężą kryzys. Ona jest gotowa wybaczyć. Tak myśli, ale nie wie wszystkiego. Gdy ta niewydarzona terapia małżeńska dobiegnie końca, w Stelli może zostać już tylko gniew, wręcz czysta wściekłość na męża. Miłość zamieni się w nienawiść? A Sandro? Czy on też zmieni swój stosunek do Stelli? Czy w nim z kolei odżyje uczucie, którym kiedyś darzył tę kobietę? Ale czy na pewno? Czy Sandro kiedykolwiek prawdziwie kochał osobę, którą zdecydował się poślubić? Na jej prośbę lub żądanie. „Pokój gościnny” to jeden z tych filmów, który ogląda się trochę jak przedstawienie teatralne. Dużo zależy od dialogów. To one napędzają akcję, z nich buduje się ta, w moim odbiorze, całkiem frapująca intryga. Nic tylko siedzą i gadają? Nie, nie. Różne działania też są wdrażane. Uczestnicy tej „greckiej tragedii” nie ograniczają się do słów. Jedni podejmują próby wydostania się z tej pułapki, z tego piekielnego domu, a inny dba o to, by czuli się mocno niekomfortowo. Przynajmniej jedno z nich. Od tej drugiej osoby wymaga się tylko tego, by siedziała i słuchała. I zastanowiła się, czy warto było tyle poświęcać dla tego człowieka? Taka ofiara! Pomysł mnie zaciekawił. UWAGA SPOILER Cały świat dziecka w jednym pokoju, jego schronienie, królestwo, z którego od dłuższego czasu w ogóle nie wychodzi (hikikomori, zjawisko, które Stefano Lodovichi badał z myślą o nakręceniu filmu dokumentalnego). I rodzicie niepodejmujący zdecydowanych starań, by wyrwać swoją latorośl z tej tak naprawdę ciasnej klatki, z tego więzienia, w które sama (acz nie bez zachęty ze strony dorosłych) się wpędziła. Plus „kompleks terminatora” (to znaczy jedna z możliwości, bo nie wykluczam, że niektórzy przyjmą inne, bardziej przyziemne tłumaczenie), czyli przybywa gość z przyszłość. Z zamiarem uratowania samego siebie. Stania się kimś innym, kimś lepszym niż jest teraz. Zapewnienia sobie szczęśliwszego żywota KONIEC SPOILERA. Dom. Bezpieczny, kochający dom. O to powinno się przede wszystkim w życiu walczyć. Zbudować sobie i swoim bliskich takie szczęśliwe gniazdko i nieustannie je pielęgnować. Pilnować się. Nie pozwalać sobie na żadne zaniedbania. Nie spoczywać na laurach. Bądź czujny, zawsze gotowy do działania i dbaj o to, by osoba, na której ci zależy czuła, że ją kochasz. Taka to opowieść. Banalna? Cóż, przekaz z całą pewnością odkrywczy nie jest, ale twórcy nie wyłuszczają tego ot tak. W najprostszy z możliwych sposobów. Kluczą, meandrują, sięgają po różne mniej czy bardziej rozpowszechnione w kinie motywy. Zniewolenie, tortury (głównie psychiczne; na krwawe scenki lepiej się nie nastawiać), podglądanie (tutaj ukłonik w stronę „Psychozy” Alfreda Hitchcocka); co prowadzi nas do tajemniczego pokoju. A potem zrobi się jeszcze... dziwniej? Niespodziewanie (naprawdę nie byłam na to przygotowana, takiego skrętu w ogóle nie brałam pod uwagę) wypłyniemy na inne gatunkowe wody. Zamieszają twórcy w tym garncu, ale nie sądzę, żeby wielu widzów pogubiło się na tych wzburzonych wodach. Może na chwilę. Usuną filmowcy grunt spod nóg jakiejś części widzów, ale zaraz potem go przywrócą. W każdym razie, ja tak to odczułam – na moment straciłam przyczepność, a potem twórcy pośpieszyli z wyjaśnieniami. Naturalnie wątpliwości pozostały, ale rozwiały się w ostatnich minutach seansu. Niemniej ta furtka się nie zatrzaśnie. Różnie można to czytać. Niekoniecznie, tak jak ja, zaakceptować zwariowane opowieści jednej z postaci. Fabuła i miejsce akcji, które specjalnie dla tej opowieści stworzono (ponury, zaniedbany, że tak to ujmę, przyjemnie odpychający, subiektywnie dość ciasny, obiektywnie przestronny dom, chłostany porywistym wiatrem - za oknami ulewny deszcz i oczywiście szarzyzna), trochę jak w Strefie Mroku - albo... życie po śmierci? - w moim poczuciu nie zostały należycie wykorzystane. Uważam, że spokojnie można było podkręcić temperaturę. Wycisnąć z tego silniejsze emocje. Za mało dramaturgii jak dla mnie. Jak na taką historię.

Powinno ranić, zatrważać, budzić dotkliwy smutek. W ciągłym poczuciu zagrożenia i narastającym przekonaniu, że dla niektórych jest już za późno, że nie wszyscy wyjdą z tego cało. Może nikt. Tak czy inaczej, za słabo było u mnie z tymi emocjami. Trzymał, ale jakoś tak niezdecydowanie. Miast porządnie, brutalnie ścisnąć, to obchodził się trochę jak z jajkiem. Ten kameralny włoski dreszczowiec, którego fabuła – bądź co bądź całkiem pomysłowa – w dużym stopniu buduje się na dialogach. Skromne środki, maleńka obsada i przykuwający uwagę dom. Dom, w którym toczy się cała akcja tej rodzinnej tragedii. „Pokoju gościnnego” Stefano Lodovichiego. Historii, która moim zdaniem miała większy potencjał. Ale o niestrawność też mnie nie przyprawiła. Obleci.

środa, 2 lutego 2022

„Jeszcze raz” (1978)

 

Wokalista Nick Cooper po ślubie przerwał karierę i przeprowadził się z rodzimej Anglii do Stanów Zjednoczonych. Teraz, po rozstaniu z żoną i odnowieniu współpracy z menadżerem Websterem Jonesem, wraca do kraju z zamiarem nagrania nowego albumu. Z uwagi na to, że Nick nie jest gotowy na ponowne urządzenie się w swoim londyńskim apartamencie, Webster wykorzystując swoje kontakty znajduje mu tymczasowe lokum. Nick ma zamieszkać w dużej posiadłości na wsi, którą pod nieobecność właścicieli opiekuje się dwuosobowa służba, mieszkające tam starsze małżeństwo, Doris i Albert B. Cooper nie wie, że jego była żona została zamordowana w jego apartamencie w Londynie przez zamaskowanego człowieka, ale ma powody przypuszczać, że w wiejskiej rezydencji, do której się wprowadził, dzieje się coś złego. Albo to, albo Nick powoli traci zmysły.

Jeszcze raz” (oryg. „The Comeback”, znany też pod tytułem „The Day the Screaming Stopped”) to brytyjski horror w reżyserii Pete'a Walkera, twórcy między innymi „Zmory” (1974), „House of Mortal Sin” (1976), „Schizofrenii” (1976) i „Domu długich cieni” (1983) na podstawie scenariusza nieżyjącego już Murraya Smitha, z którym Walker dość często współpracował; Murray niejeden scenariusz dla niego stworzył. „Jeszcze raz” został sklasyfikowany jako slasher, ale to raczej luźne podejście do tego podgatunku. Zdjęcia trwały pięć tygodni i podobno na planie korzystano z prawdziwej krwi. Wieść niesie, że to dar od jednego ze szpitali, który tak czy inaczej musiał się jej pozbyć z powodu przekroczenia terminu ważności. Film najpierw wydano w Wielkiej Brytanii: premiera 16 czerwca 1978 roku. Dystrybucję w innych krajach rozpoczęto w drugiej połowie następnego roku. Wypada też dodać, że w 2014 roku obraz został pokazany w Barbican Centre w Londynie w ramach retrospektywy Pete'a Walkera.

Jeszcze raz” Pete'a Walkera to zaskakująco zgrabne połączenie różnych tradycji „od zarania dziejów” funkcjonujących w świecie horroru (też thrillera). Według mnie nie jest to slasher sensu stricto. Jest zamaskowany zabójca lub zabójczyni, ale raz, że uderza nader rzadko i co istotniejsze na ścieżce fabularnej odnajdujemy motywy prawie na pewno niepodpatrzone w tym nurcie. Tło, uważam, bardziej w stylu kina giallo. Z zakrętami. Odbiciami być może na terytorium duchów czy innych istot zza światów. Jak w gotyckich opowieściach grozy – wielkie domiszcze na angielskiej prowincji, którym opiekuje się starsze, mocno podejrzane małżeństwo. W każdym razie twórcy od początku budują w nas przekonanie, że z tymi ludźmi jest coś nie tak. Przypomina się „Rebeka” Daphne du Maurier, przypomina się „Nawiedzony” aka „Nawiedzony dom na wzgórzu” Shirley Jackson. Nie można wykluczyć, że Doris i Albert, państwo B. (według mnie doskonały występ Sheili Keith i już mniej widowiskowy popis Billa Owena – aktor wyraźnie pozostaje w cieniu swojej filmowej partnerki, nie tylko dlatego, że dostała mu się mniejsza rola, ale też, miałam wrażenie, przyćmił go aktorski talent tej pani), żadnych mrocznych sekretów nie ukrywają. Owszem, może są trochę dziwni, może i nie cieszy ich obecność Nicka Coopera (przekonująca kreacja Jacka Jonesa) w nieskromnych progach, w których najprawdopodobniej od dawna mieszkają. Bo i czemu mieliby ufać w gruncie rzeczy obcemu mężczyźnie, który w jakimś stopniu na pewno zakłócił ich spokój? Zaburzył rutynę starszych ludzi, przyjętą w czasie nieobecności ich pracodawców, właścicieli tej imponującej, zwłaszcza rozmiarami, rezydencji, którzy jak wywiedział się menadżer Nicka Coopera, Webster Jones (kolejny dobry występ, tym razem Davida Doyle'a), szczęśliwie piosenkarza gdzieś wyjechali. Co jak się wydaje zdarza im się dość często – bardziej goszczą niż mieszkają w domiszczu, które nie tylko wygląda, jakby urwało się z jakiejś opowieści o duchach, ale i „tak się zachowuje”. Nocami w tych dość zimnych murach Nick słyszy lament jakiejś niezidentyfikowanej kobiety. Płacz, który wywabia go z pokoju, ale poszukiwania tej nieszczęśnicy nie przynoszą rezultatu. Duch? Widz zapewne weźmie to pod uwagę, ale Nick obawia się czegoś innego. Boi się, że popada w obłęd. Brzmi znajomo? W każdym razie twórcy prowadzą nas na jeden z tych niepewnym gruntów, na jakim mogliśmy już nieraz bywać. Obecność nadprzyrodzona czy halucynacje, omamy doznawane przez bohatera? I jak w ten obrazek wpasowuje się zabójca w całkiem upiornej masce – staruszka, prawdopodobnie wiedźma – uzbrojony w sierp. Pierwsze wejście oprawcy (zwieńczenie sekwencji otwierającej tę, muszę przyznać, zaskakująco złożoną historię) zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Można powiedzieć, zmroziło krew w żyłach. Przeraźliwie ostre, szarpiące nerwy dźwięki (można się poczuć jak pod prysznicem w „Psychozie” Alfreda Hitchcocka – mocne brzmienie, ale na moje ucho tylko na tym zasadza się owo podobieństwo; melodia inna) towarzyszące dynamicznej, gorączkowej sekwencji ciosów zadawanych nieszczęsnej kobiecie przez postać w godnej zapamiętania masce. Wspaniała. Naprawdę straszna. Zakrwawione zwłoki, jak szybko się dowiemy, byłej żony Nicka Coopera, zabójca zostawi tam gdzie padły, żebyśmy mogli przyjrzeć się procesowi rozkładu. Filmowcy, co nie zdarza się często - niepospolite zagranie - co jakiś czas będą przenosić nas na tę scenę zbrodni, wracać do tej pierwszej ofiary. Czerwie kłębiące się w przeżartej twarzy. Nikomu ten „uroczy” widok pewnie nie umknie, twórcy wszak nigdzie się nie spieszą. Żadne tam nieśmiałe, czy jak kto woli tchórzliwe, szybkie migawki. Zbliżenia wystarczająco długie, żeby zdążyć utrwalić sobie, zapisać w pamięci wszystkie makabryczne szczegóły, realistycznie się prezentujące praktyczne efekty specjalne. Tak, tak, mówi się, że krew prawdziwa. Czerwie chyba też, w każdym razie w moich oczach wyglądały jak żywe, ale już mięsko, poszarpane ciało, to z pewnością zasługa, uważam, prawdziwych profesjonalistów.

Robota na tyle porządna, że aż można się zastanowić, dlaczego zagubiła się w pomroce dziejów. To znaczy obecnie niewielu się do niej dokopuje. Mało się o niej mówi. Podejrzewam, że niejednemu miłośnikowi gatunku ten tytuł nawet nie obił się o uszy. Innych mogły zrazić niepochlebne opinie znalezione w bezkresnej gardzieli internetu. Starsze, ale i nowsze, bo i takowe, bądź co bądź, można wypatrzyć. Pozytywne głosy oczywiście też są, ale w tych beczkach miodu zazwyczaj nie brakuje łyżek czy dwóch dziegciu. Jedną z bardziej drażliwych kwestii jest tempo tej historii. Wolne. Prawdę mówiąc też uważam, że dodanie jednego czy dwóch ataków zamaskowanego mordercy tylko by się tej pozycji przysłużyło. Niemniej ja, w przeciwieństwie do części widzów, z narastającym zainteresowaniem śledziłam także te co do zasady mniej ekscytujące przygody głównego bohatera. Sceny z dnia codziennego artysty, który po kilkuletniej przerwie decyduje się nagrać nowy album. Po ślubie sławny angielski wokalista Nick Cooper, jak wszystko na to wskazuje za namową swojej ukochanej, odszedł z branży i wraz z nią wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Gdy go spotykamy jest już rozwodnikiem. Właśnie wrócił do rodzimej Anglii, ale w najbliższych planach nie ma odwiedzenia swojego londyńskiego apartamentu. Gdzie spoczywa ciało jego niedawno zamordowanej żony. O czym nikt w tym świecie przedstawionym nie wie. Ale z pewnością prędzej czy później ta wstrząsająca prawda wyjdzie na jaw. Może jeszcze przed, a może już po kolejnym uderzeniu tajemniczego sprawcy. Pierwszym podejrzanym, za sugestią twórców, jest Webster Jones. Menadżer Nicka Coopera, który znalazł mu tymczasowe lokum na wsi w pobliżu Londynu, gdzie Webster ma swoje biuro. Ten albo bardzo zapracowany, albo wprost przeciwnie, próżniaczy, chętnie wysługujący się innymi człowiek, który nieprzekonująco tłumaczy skąd wzięła się krew na jego ręczniku. To pytanie kieruje do niego jego sekretarka, Linda Everett (przyzwoity występ Pameli Stephenson), która, jak można się tego spodziewać, nawiąże bliższą relację z głównym bohaterem filmu. Przyjaźń, a może i coś więcej. Na pewno da się zauważyć, że mają się ku sobie. Krąg podejrzanych poszerza się o kolejne dwie osoby tuż po dotarciu Nicka do wiejskiej rezydencji, w której planuje zostać do czasu uporządkowania swoich spraw. Nie wyklucza, że aż do zakończenia prac nad swoją najnowszą płytą, do czego, jak dobrze wie, musi się mocno przyłożyć. Od niej może zależeć jego być albo nie być w branży muzycznej. A przynajmniej pod skrzydłami Webstera Jonesa, najwyraźniej rozchwytywanego menadżera, który raczej nie będzie marnował swojego jakże cennego czasu na artystę, którego gwiazda przygasła. Obaj liczą się z tym, że Nick może już nigdy nie odzyskać sławy, jaką cieszył się przed laty, ale Jones ma nadzieję, że jakieś pieniądze mimo wszystko z tego nieodpowiedzialnego chłopaka będą. Trzeba wierzyć, że Cooper zrozumiał już, że nie warto poświęcać wszystkiego dla miłości. Trzeba wierzyć, że docenił to, co miał, dopiero gdy to stracił. A zatem zrobi wszystko, co w jego mocy, dołoży starań, by odzyskać to, co tak lekkomyślnie porzucił najwyraźniej na życzenie ukochanej małżonki. Kolejni podejrzani to oczywiście Doris i Albert B., z którymi Nick Cooper, czy mu się to podoba, czy nie, będzie mieszkał w coraz to bardziej niewygodnej dla niego posiadłości. Gdzie nocami rozlega się zagadkowy płacz, a za drzwiami do sypialni czeka najprawdziwszy trup. I żeby nie było tak łatwo, to wszystko może rozgrywać się jedynie w poplątanym, chorym umyśle Nicka. Kolejnego kandydata za zabójcę? Jeśli o mnie chodzi to w ogóle nie brałam go pod uwagę. Może powinnam? Po wprowadzeniu „na scenę” państwa B. Webster Jones jakby stracił na znaczeniu. Czyżby twórcy starali się odciągnął od niego uwagę widza? Co rusz pojawia się jakiś zgrzyt w postawie, mimice, słowach po prostu we wszystkim co dotyczy zwłaszcza Doris, ale i Albert o zaufanie widza zdecydowanie nie zabiega. Dziwni ludzie. Albo po prostu mocno zaniepokojeni zachowaniem Nicka Coopera. Nie tak zupełnie obcego człowieka – Doris podobno jest jego fanką; podobno przez lata skrupulatnie gromadziła wszelkie mniej czy bardziej prawdziwe informacje na jego temat krążące w przestrzeni medialnej, publicznej – który ma prawo nie wydawać się okazem zdrowia psychicznego. Doris i Albert najzwyczajniej mogą coraz bardziej bać się mężczyzny, z którym przyszło im przebywać pod jednym dachem. Winni czy nie? A jeśli tak, to czy działają w porozumieniu z Websterem Jonesem? W końcu to on sprowadził Nicka do tego przeklętego domostwa. Twórcy może i na chwilę uśpią naszą czujność, ale UWAGA SPOILER już niedługo znowu przekierują nasze podejrzenia na tego człowieka. Przynajmniej na moment odciągną naszą uwagę od państwa B., gdy przeniosą nas do sypialni menadżera. Proste, żeby nie powiedzieć prostackie skojarzenie: lubi przebierać się za kobietę, a maska noszona przez mordercę to ponad wszelką wątpliwość twarz kobiety, więc... Wniosek sam się nasuwa, prawda? Swoją drogą, nie wiem, czy taki był plan filmowców, ale w tym momencie wspomniałam „Psychozę” Alfreda Hitchcocka, a w ślad za tym (a to ci niespodzianka) „W przebraniu mordercy” Briana De Palmy. I skoro już spoilerujemy to dodam, że w „Jeszcze raz” ujawnia się też motyw zamurowania żywcem. Sprawdzony choćby przed Edgara Allana Poego, w „Beczce Amontillado”, żeby już daleko nie szukać. Tutaj mogą, ale nie muszą, nasunąć się lekkie skojarzenia choćby z późniejszym „W mroku pod schodami” Wesa Cravena. Tak mi jakoś w głowie błysło KONIEC SPOILERA. Oskarżycielski palec zostanie też skierowany na przyjaciela i pracownika Nicka Coopera. Prawa ręka piosenkarza, która bynajmniej nie zyska sympatii Lindy Everett. Już on postara się o to, by ją do siebie zrazić. Klimat lekko klaustrofobiczny, odrobinkę schizofreniczny. Ciemności mogłyby być ciut gęstsze, ale... Ta „gotycka aura”, ta charakterystyczna posępność i to, co kino grozy z lat 70-tych XX wieku zwykle ma mi do zaoferowania: przymglone, jakby brudnawe barwy. Za te smaczne zdjęcia odpowiada Peter Jessop, mam jednak podejrzenie graniczące z pewnością, że nie byłyby aż tak smaczne, gdyby nie zjawiskowa robota Stanleya Myersa, autora ścieżki dźwiękowej; gdyby choć poprzestał na delikatniejszych, spokojniejszych melodiach. Przeszywające, głośne, nieobliczalne, jakże pięknie jazgotliwe kompozycje – to jest to!

Jeszcze raz” Pete'a Walkera moim zdaniem zasługuje na więcej. Zasługuje na większą widownię. Klimatyczny, nieśpiesznie rozwijający się horror, z głową (nic na siłę) łączący w sobie różne konwencje. Slasher, giallo, ghost story utrzymana w klimacie gotyckim, historia o rodzącym się szaleństwie, popadaniu w obłęd w wielkim domiszczu na angielskiej prowincji. Podejrzane starsze małżeństwo, podejrzany menadżer, podejrzany przyjaciel. Mroczne sekrety, jakieś trupy niekoniecznie pozamykane w szafach przepastnej nieruchomości i morderca kryjący swoje oblicze pod upiorną maską. A narzędziem jego sierp. Wciągająca, zagadkowa, dosyć złożona, trzymająca w napięciu, intrygująca i na swój sposób pomysłowa opowieść (dobrze zorganizowane spotkanie różnych tradycji ze świata horroru i thrillera). Kawał solidnej brytyjskiej roboty, moim zdaniem.