czwartek, 26 grudnia 2019

„Gdzie nie pada cień” (2018)


Po trzech latach nauki w szkole z internatem czternastoletnia Hanna przyjeżdża na ferie do swojej rodzinnej wioski. Wśród mieszkańców panuje przekonanie, że na okolicznych bagnach mieszka wiedźma, a teraz ich podejrzenia koncentrują się na Hannie. Tutejsi wierzą, że zaginiona przed laty matka dziewczyny paktowała z Diabłem i że zamordowała trzech mężczyzn z tych stron. Jej mąż i zarazem ojciec Hanny jest wolny od podejrzeń, ale jego córka nie jest tutaj mile widziana. Nastolatce niedługo jednak doskwiera samotność, z czasem bowiem zaprzyjaźnia się z Evą, swoją rówieśnicą pochodzącą z miasta. Ale nadal czuje się zagrożona, tym bardziej, że w okolicy zaczyna dochodzić do różnych wypadków. A jedyną podejrzaną jest Hanna. Na dodatek czternastolatka widuje na bagnach i w lesie jakąś widmową postać, która w takich razach uparcie za nią podąża.

„Gdzie nie pada cień” (tytuł oryginalny: „Wo kein Schatten fallt”, tytuł międzynarodowy: „Hanna's Homecoming”) to niemiecki thriller z elementami horroru w reżyserii debiutującej w pełnym metrażu Esther Bialas i na podstawie scenariusza Leny Krumkamp. Panie wcześniej współpracowały ze sobą przy dwóch krótkich filmikach:„Landerdbeeren” z 2012 roku i „Sturzende Tauben” z roku 2013. Ekipa „Gdzie nie pada cień” złożyła się głównie z kobiet. Kobiet opowiadających o kobietach – o emancypacji, o życiu w zabobonnym, prostym społeczeństwie wrogo nastawionym do kobiet zachowujących się w sposób odbiegający od ich konserwatywnych norm. O kobietach wyzwolonych, silnych i... być może groźnych.

Esther Bialas w swoim pierwszym pełnometrażowym filmie zabiera widownię na ponurą, minorową, zimną prowincję, na wieś otoczoną owianymi złą sławą torfowiskami i gęstymi lasami, której ludność w większości stanowią osoby wierzące w wiedźmy, złe uroki, pakty z Szatanem i opętania przez demoniczne istoty. Właśnie w takim otoczeniu wychowywała się główna bohaterka omawianego filmu, niezbyt przekonująco wykreowana przez Valerie Stoll czternastoletnia Hanna. Po odnalezieniu na bagnach ciał trzech zamordowanych mężczyzn, jej ojciec, farmer i właściciel sklepu, uznał, że najlepiej będzie umieścić córkę w odległej szkole z internatem. W społeczeństwie tym zapanowało bowiem przekonanie, że zabójczynią jest matka Hanny – wiedźma, która najprawdopodobniej to straszne dziedzictwo przekazała swojemu jedynemu dziecku. Najbezpieczniejszą opcją dla Hanny było więc natychmiastowe opuszczenie tych stron. Ale po trzech latach dziewczyna wraca na feralną wieś, a wraz z nią powraca koszmar. Lwia część tutejszej populacji boi się Hanny i jak to często z ludźmi bywa ze strachem radzą sobie agresją. Lena Krumkamp w swoim scenariuszu z dużą wrażliwością wykreśliła współczesną rzeczywistość naznaczoną średniowieczną mentalnością, której nie ustrzegła się nawet osoba szykanowana. Hanna też wierzy w czarownice, przekleństwa, konszachty ludzi z Diabłem, opętania przez demony etc. Wie jednak, że to nie ona jest wiedźmą, że oskarżania, które na nią spływają są bezpodstawne. To znaczy ma tę pewność w pierwszych dniach ferii, ale potem zauważa sygnały, które, jak myśli, mogą świadczyć o potwornym dziedzictwie. Początkowe sceny „Gdzie nie pada cień” upłynęły mi głównie na podziwianiu klimatu tego damskiego przedsięwzięcia. Aura trochę jak z mrocznej baśni – utrzymane w zimnych barwach, głównie szarościach, zdjęcia rozległych mokradeł i robiących równie złowieszcze wrażenie gęstych lasów otaczających ubogą wieś pełną przesądnych ludzi. Dorosłych ludzi wierzących w bajki? W każdym razie bogobojnych osobników niemających wątpliwości, że na bagnach mieszka wiedźma – do szczętu zła kobieta, która samemu Szatanowi zawdzięcza niezwykłe moce, które wykorzystuje do krzywdzenia innych. Nastrojowa, melancholijna, ale od czasu do czasu okraszana ostrzejszymi tonami, ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Marco Dreckkottera, wyśmienicie koresponduje z posępnymi obrazami. Z jesienną kolorystyką zdjęć i odizolowaną, złowrogą, ale też przygnębiającą scenerią filmu. Gdyby nie ta oprawa audiowizualna, to bardzo możliwe, że poznałabym tylko początek tej historii. Początek pobytu zamkniętej w sobie, apatycznej, wycofanej, ale od czasu do czasu, w samotności, oddającej się beztroskim zabawom nastoletniej dziewczyny na wsi, którą opuściła przed trzema laty, delikatnie mówiąc nie był zachęcający. Kanciasta, niezbyt konsekwentna narracja, tj. trochę rozproszony sposób snucia opowieści, która na domiar złego w tamtych momentach wydawała mi się nieco infantylna. Przez główną bohaterkę. Jej wiek pewnie to usprawiedliwia, ale to nie zmienia faktu, że sporadyczne pajacowanie, poza tym poważnej dziewczyny, znacznie utrudniało mi przybliżenie się do tej postaci. Nie nadążałam za nią, nie do końca ją rozumiałam. Albo inaczej: nie potrafiłam nawiązać tak silnej więzi z tą biedną dziewczyną, jakiej pragnęłam. Szczerze jej współczułam, ale „w naszej relacji” był też jakiś dystans. Zupełnie jakby Hanna mnie od siebie odpychała. I to nie tylko w tych chwilach, w których do głosu dochodziło jej dziecięce ja. Niewprawny warsztat Valerie Stoll też miał na to pewien wpływ, ale to jeszcze nie wszystko. Było w Hannie coś, może nie od razu alarmistycznego, ale na pewno budzącego jakąś nieokreśloną rezerwę. Zupełnie jakby mówiła: nie podchodź, bo nie mam ochoty na towarzystwo. Co oczywiście gryzło się z innymi sygnałami, które wysyłała. Hanna równocześnie dawała bowiem do zrozumienia, że łaknie kontaktu z rówieśnikami, że chciałaby mieć przyjaciół i kochającego chłopaka. Jedno z tych marzeń nawet szybko się spełnia. Hanna poznaje dziewczynę, która stanowi jej zupełne przeciwieństwo. I tak oto na plan wkracza Milena Tscharntke, która najwidoczniej bardzo dobrze czuła się w roli Evy. Przebojowej nastolatki, która stopniowo wyciąga naszą Hannę ze skorupy nieśmiałości.

Klimatyczna, zabobonna prowincja z makabryczną przeszłością, sekrety rodzinne i najprawdopodobniej odradzający się po latach koszmar, który może mieć podłoże nadnaturalne. Równie dobrze jednak zło może płynąć od człowieka z krwi i kości. Albo ludzi. Bogobojnych chrześcijan rozpaczliwie walczących o swoje czyste dusze. To znaczy oni myślą, że stoją po stronie dobra, ale widz niekoniecznie ten pogląd będzie podzielał. W „Gdzie nie pada cień” panuje niemal inkwizycyjny nastrój – wrogość części mieszkańców do nastoletniej Hanny od początku bynajmniej tłumiona nie jest, ale też nie sposób oprzeć się poczuciu, że nienawiść, która idzie u nich w parze ze strachem, ze sceny na scenę narasta. Esther Bialas i jej ekipa ewidentnie pod płaszczykiem opowieści o wiedźmie ponoć terroryzującej pewną niemiecką osadę przemyciły bardziej prozaiczne, bliższe nam treści. Wciąż aktualne problemy kobiet, ale i mężczyzn. Te pierwsze pomimo tak zwanego postępu, rewolucji obyczajowej, nie zawsze mogą żyć w zgodzie ze sobą. Czasami muszą się dostosować do wymagań społeczeństwa, w którym przyszło im egzystować. Inaczej w najlepszym wypadku staną się outsiderkami, będą tkwić poza nawiasem społeczeństwa, a w najgorszym staną się ofiarami prześladowań. Bo, jak już pewnie wiecie, wszelka inność wciąż budzi strach, a ten z kolei (o czym bodaj najlepiej wiedzą politycy) prowadzi do nienawiści. Boimy się między innymi tego, czego nie znamy, nie rozumiemy, a reakcją obronną często jest atak. „Gdzie nie pada cień” koncentruje się na lęku, jaki wciąż wzbudza emancypacja kobiet. Lena Krumkamp nie uogólnia, nie wrzuca wszystkich mieszkańców wsi, w której toczy się akcja filmu, do jednego worka. Można to potraktować jako przekrój globalnego społeczeństwa – mamy tutaj i ciężko pracujących, pragmatycznych ludzi, i fanatyków religijnych. Ale także, że tak to ujmę, dobrych chrześcijan (ludzi niestarających się uwolnić od swoich lęków poprzez zadręczanie bliźnich) oraz ludzi pragnących po prostu spokoju, niewywołujących konfliktów, ale gdy już spada na nich jakiś potężny cios, idących za podszeptem zabobonnej większości. Ludzi nieatakujących, tylko błagających o litość. Czternastoletnią dziewczynę, bo to ona jakoby jest najprawdziwsza czarownicą. Odziedziczyła to po matce – to przekleństwo, przez które najbardziej cierpią niewinni. To znaczy, według niektórych, praworządni mieszkańcy problematycznej wsi. Hanna stara się wpasować w to społeczeństwo. Zdjąć z siebie podejrzenie o uprawienie czarnej magii, dostosować się do obowiązującej w tych stronach normy kobiety. Eva natomiast... Cóż, Eva uparcie płynie pod prąd. Wszystko robi nie tak jak trzeba. Jakby na przekór, ale tak naprawdę po prostu żyje w zgodzie z samą sobą. A że ludzie będę gadali, a że może zostać uznana za wiedźmę – nie tylko się tym nie przejmuje, ale wręcz ją to bawi. Silnie z nią sympatyzowałam, ale... No właśnie było „ale”. Coś, nawet wiem co, nie pozwało mi całkowicie jej zaufać. Od początku miałam złe przeczucia względem Evy, które swoją drogą scenarzystka konsekwentnie podsycała. Patrząc na Evę nie ma się wątpliwości, że jest kobietą w każdym calu wyzwoloną – wiedzącą czego chce i niebojącą się po to sięgać, samowystarczalną, waleczną, sprytną, inteligentną, ale wiele wskazuje na to, że również niebezpieczną. Klasyczna femme fatale? Niby tak, ale jest coś jeszcze. Drugie podłoże scenariusza „Gdzie nie pada cień”, płaszczyzna rodem z nastrojowego horroru. Zjawa, która i na jawie, i we śnie zdaje się prześladować Hannę, widmowa postać, którą tylko ona dostrzega może być co prawda wytworem jej przeciążonego umysłu, ale nie można wykluczyć, że mamy tutaj do czynienia z duchem czarownicy dybiącym na życie albo głównej bohaterki, albo jej prześladowców. Albo ich wszystkich. Elementy horroru nie są wprowadzane niejako pod dyktando współczesnych komercyjnych straszaków. Esther Bialas wykazuje się tutaj dużo większą subtelnością od swoich „modnych kolegów po fachu”. Tajemnicze cienie, minimalistyczny, a przy tym bardzo realistyczny portret kobiecej zjawy z nagła wyrastającej na bagnach i pomiędzy drzewami oraz naprawdę zręczny montaż. Sekwencja z cienistą postacią szybko zbliżającą się do Hanny pod osłoną nocy w leśnej głuszy (powiedzmy szarpanym krokiem) zrobiła na mnie niemałe wrażenie. Nie mam jednak wątpliwości, że gdyby nie ten montaż, to przeszłabym przez ten incydent bez większych wzruszeń. Bo to rozwiązanie raczej nie jest szczególnie chwytliwe – a na pewno (jeśli o mnie chodzi) mniej upiorne od wioku widmowej postaci w całej jej wyblakłej okazałości. Po prostu tkwiącej w miejscu i patrzącej. Przeszywającej wzrokiem przerażoną nastolatkę. A więc tam znakomity montaż, a tutaj efektywny motyw i nie mniej skuteczny nastrój. Chociaż akurat to ostatnie żadną niespodzianką w tych momentach już nie jest – bo dosłownie każdy kadr „Gdzie nie pada cień” jest utrzymany w doprawdy złowieszczym, diablo ponurym klimacie. Wyjaśnienie całej intrygi zaserwowane pod koniec filmu dla mnie niestety zaskoczeniem nie było i podejrzewam, że niejeden odbiorca tego niszowego dziełka będzie miał ten sam problem. Miłośnicy horrorów i thrillerów najpewniej nieraz spotkali się z podobnymi rozwiązaniami. A to działa uczulająco. UWAGA SPOILER Gdy na scenę wkracza dosyć tajemnicza sylwetka, która niechybnie wchodzi w bliską relację z czołową postacią filmowej historii, mogącej potoczyć się w dwóch kierunkach (wątek paranormalny albo choroba psychiczna), to przynajmniej ja z góry zakładam, że nie mam do czynienia z człowiekiem z krwi i kości. Przyznaję, że interakcje jasnowłosej nastolatki z innymi ludźmi trochę mnie zmyliły, zmusiły do poszukiwania innego wyjaśnienia tej zagadki. Rozważałam ducha matki Hanny z okresu nastoletniego i prawdę powiedziawszy takie wyjaśnienie bym wolała. Mniej oklepane od motywu alter ego, do którego potem powróciłam i już do końca się go trzymałam KONIEC SPOILERA. Co nie znaczy, że nie można tego odczytać inaczej – furtka w sumie pozostaje otwarta. Można wybrać tę drugą z wymienionych w spoilerze ścieżek, aczkolwiek nie jestem tak do końca przekonana, czy za tym optowałyby twórczynie omawianej produkcji. Czy zależało im na tym byśmy bardziej upodobali sobie ten drugi kąt patrzenia na ową mroczną opowieść o lęku, bezrozumnej nienawiści, spirali przemocy, napędzanej skrajną niechęcią do ludzi zachowujących się inaczej niż chciałaby tego większość danego społeczeństwa.
 
Bądź konformistą i oportunistą, a twoje życie będzie usłane różami – przesłanie współczesnego świata, które najwyraźniej budzi, moim zdaniem słuszny, sprzeciw u przynajmniej głównych autorek tego filmu: uzdolnionej reżyserki „Gdzie nie pada cień” Esther Bialas i nie mniej utalentowanej scenarzystki tego niebanalnego przedsięwzięcia, Leny Krumkamp. Ten ponury, przygnębiający, ale i mocno złowieszczy thriller z elementami horroru na pierwszy rzut oka może wydawać się prostą opowieścią o zabobonnej wiosce i nastolatce, która wprawdzie pragnie się dopasować, ale nie potrafi ot tak wyprzeć się swojego prawdziwego ja. Czy jest czarownicą, jak sądzi większa część tutejszego społeczeństwa, czy nastolatką tak naprawdę niczym nie różniącą się od innych młodych ludzi zamieszkujących te strony? Dziewczyną karaną za prawdziwe lub wyimaginowane grzechy matki, czy może bezwzględną istotą obdarzoną szatańskimi mocami? Zagadka może to i niezbyt wyszukana, ale „Gdzie nie pada cień” niewątpliwie przemyca ważne treści, porusza problem, który chyba nigdy się nie zdezaktualizuje i czyni to w dosyć przewrotny sposób. Przewidywalny, ale można chyba powiedzieć, że twórczynie rzeczonej produkcji wybrały całkiem ryzykowną metodę przemawiania do sumień widzów. Tak czy inaczej polecam wszystkim fanom klimatycznych thrillerów i horrorów, a zwłaszcza sympatykom opowieści o odizolowanych mieścinach, w których nie brakuje skrajnie przesądnych ludzi i rzecz jasna o czarownicach. Czy to faktycznych, czy tylko urojonych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz