Stronki na blogu

środa, 23 listopada 2022

Zapowiedzi na rok 2023

 
Poniżej przedstawiam wybrane zapowiedzi filmowe na rok 2023 z zastrzeżeniem, że światowe premiery niektórych mogą zostać przesunięte, a i do ujawnionych informacji pewnie lepiej na razie się nie przywiązywać. Jak zwykle starałam się pomijać te pozycje, które uwzględniłam w poprzednich tego typu zestawieniach (zmiana planów dystrybucyjnych).
 

„Evil Dead Rise”, reż. Lee Cronin

Kontynuacja „Martwego złego” Fede Álvareza, głośnego remake'u kultowego horroru Sama Raimiego z 1981. Napisanie i wyreżyserowanie produkcji powierzono Lee Croninowi, twórcy między innymi horroru „Impostor” (2019). Sam Raimi od początku był zaangażowany w ten projekt – początkowo to on i jego brat Ivan Raimi mieli napisać scenariusz, ale ostatecznie ten pierwszy zadowolił się rolą jednego z producentów wykonawczych. Tym razem akcja ma rozgrywać się w mieście (nie jak dotychczas w głębi lasu) i skupiać na skłóconych dwóch siostrach wykreowanych przez Alyssę Sutherland oraz Lily Sullivan spotykających się po dłuższej rozłące. Pojednanie krewnych zakłóci armia demonów przejmująca kontrolę nad stworzeniami ludzkimi.

„Krzyk 6”, reż. Matt Bettinelli-Olpin, Tyler Gillett

Drugi etap przygody twórców między innymi „Diabelskiego nasienia” (2014) i „Zabawy w pochowanego” (2019) z nieśmiertelnym slasherowym cyklem Wesa Cravena. Z „najstarszej gwardii” najprawdopodobniej zobaczymy tylko Courtney Cox, za to szykuje się wielki powrót postaci wprowadzonej w czwartej odsłonie „Krzyku”, która zyskała niemałą sympatię widzów. Garstka ocalałych z masakry urządzonej w „Krzyku 5” znowu nadzieje się na zabójcę (zabójców?) w legendarnym stroju Ghostface'a, ale już niekoniecznie w fikcyjnym amerykańskim miasteczku Woodsboro, zapowiedziano bowiem przeniesienie akcji do Nowego Jorku.

„Snow Falls”, reż. Colton Tran

Nakręcony w całe sześć dni amerykański niskobudżetowy projekt rozpisany przez Luke'a Gentona w oparciu o historię wymyśloną przez Coltona Trana i Laurę M. Young. Paranoja w pozbawionej energii elektrycznej chatce na odludziu, w której wątpliwe schronienie po burzy śnieżnej znajduje pięć zaprzyjaźnionych osób. Uwięzieni na białym pustkowiu powoli nabierają przekonania, że otaczający ich śnieg nie jest zwyczajny. Daleko mu do tego.

„The Oakley Witch”, reż. Rob Woods

Brytyjska opowieść grozy o mrożącym krew w żyłach rodzinnym domostwie. Główna bohaterka żyje w przekonaniu, że przed laty sprowadziła śmierć na swoją siostrę, ale szansa odkupienia pojawia się po odziedziczeniu skrajnie niewygodnej nieruchomości. Domostwa, w którym jak wszystko na to wskazuje zagnieździł się mściwy duch, istota znana jako The Oakley Witch.

„Slaughter Horse”, reż. Toby Johansen

Czołową postacią tego zbliżającego się amerykańskiego dziełka, którego scenariusz napisał Toby Johansen, jest skromnie żyjąca w stanie Kentucky, kobieta nazwiskiem Angel White, mozolnie lecząca rany pozostałe po koszmarnych przeżyciach w rzeźni, gdzie jakiś czas przetrzymywano ją wbrew jej woli. Porwana przez zamaskowanego maniaka, który, jak się okazuje, jeszcze z nią nie skończył. Ekstremalnie niebezpieczny osobnik bacznie obserwuje swoją niedoszłą ofiarę, bez najmniejszych skrupułów pozbywając się każdego, kto ma czelność wtrącać się w jego prywatne sprawy. Nie robiąc wyjątku także dla tych, którzy zupełnym przypadkiem, nienaumyślnie, stają na jego krwawej ścieżce życiowej.

„M3GAN”, reż. Gerard Johnstone

Historia wymyślona przez „króla współczesnych mainstreamowych straszaków” Jamesa Wana, którą w scenariusz przekuła Akela Cooper (ta dwójka wcześniej współpracowała przy „Wcieleniu”, dość eksperymentalnym filmie grozy nakręconym pod kierownictwem wspomnianego twórcy przebojowej „Obecności” i też niecichego „Naznaczonego”). Amerykański horror science fiction wyreżyserowany przez twórcę między innymi „Aresztu domowego” z 2014 roku, nowozelandzkiej mieszkanki humoru i grozy, który ma opowiadać o supernowoczesnym tworze ludzkich rąk. Inteligentnej lalce, czy raczej robocie niezamierzającym podporządkowywać się woli swoich stwórców. Idealny materiał na żonę rudowłosego Chucky'ego:)

„Miasteczko Salem”, reż. Gary Dauberman

Był miniserial Tobe'ego Hoopera, był i miniserial Mikaela Salomona, a teraz z opowieścią wampiryczną Stephena Kinga zmierzy się Gary Dauberman, reżyser „Annabelle wraca do domu” i między innymi współscenarzysta kasowego horroru pt. „To”, będącego readaptacją innej kultowej powieści Kinga. Pełnometrażowy film fabularny z Lewisem Pullmanem kreującym dobrze znaną najwierniejszym czytelnikom mistrza Nowego Horroru, postać pisarza, który na swoje nieszczęście wraca do krainy dzieciństwa, do tytułowego amerykańskiego miasteczka. Mężczyzna zamierza bliżej przyjrzeć się tak zwanemu Domu Marstenów, z którym więżą się jedne z jego najgorszych wspomnień. Chce napisać książkę o tym przerażającym domostwie górującym nad ową niewielką miejscowością. Uroczym Jerusalem, które już wkrótce straci cały swój urok. Ziemia skażona przez Wiecznie Żywych.

„Shelby Oaks”, reż. Chris Stuckmann

Inspirowany autentyczną historią pełnometrażowy debiut reżyserski Chrisa Stuckmanna, który jest także autorem scenariusza, przy czym w obmyślaniu fabuły spory udział miała Sam Liz. Amerykańska opowieść z dreszczykiem skoncentrowana na kobiecie, która nie spocznie, dopóki nie odnajdzie swojej siostry. Tym bardziej, gdy zyska pewność, że sprawcą tej rodzinnej tragedii jest demoniczna istota, z którą siostry miały do czynienia już w dzieciństwie. Z czasem nabierając, jak wszystko na to wskazuje, błędnego przekonania, że owo niezwykłe stworzenie było tylko produktem ich wybujałej wyobraźni.

„House Sinclair”, reż. Chris Snyder

Reżyserski debiut Chrisa Snydera oparty na scenariuszu Tylera Aucoina będący nieoficjalnym prequelem „Domu woskowych ciał” Jaume Colleta-Serry, remake'u „Gabinetu figur woskowych” Michaela Curtiza. Po dwóch dekadach „życia na obczyźnie” bracia Sinclair wracają do rodzinnego miasteczka Ambrose, aby przejąć nietypową schedę po matce. Największą lokalną atrakcję – upiorny dom z wosku.

„The Flood”, reż. Brandon Slagle

Amerykański animal attack na papierze przygotowany przez Chada Lawa i Josha Ridgwaya, który miał trafić pod reżyserskie skrzydła Jareda Cohna, ale potem z jakiegoś nieznanego mi powodu zdecydowano się na Brandona Slagle'a. Powódź, ucieczka z więzienia i głodne aligatory, taki lichy szkielecik fabularny można już chyba z dużą dozą pewności odmalować.

„Maya”, reż. Alex Colonna

Jak na razie dość zagadkowy projekt można powiedzieć od początku do końca rozwijany przez jedną postać (pomysł, scenariusz, reżyseria). To ma być opowieść o dziewczynie, która po śmierci matki zderza się z jakimś nieziemskim problemem. Paranormalnym zjawiskiem, który wydaje się mieć ścisły związek z jej zmarłą rodzicielką.

„Rival”, reż. David Elijah, Justin Trombley

„Karty wyrwane z dziennika fikcyjnej siedemnastolatki”. tj. opowieść spisana przez Davida Elijaha, która podąża za dziewczyną, która po bestialskim zabójstwie znajomej ze szkoły zaczyna podejrzewać, że sprawcą jest jedna z najbliższych jej osób. A to dopiero początek masakry w jej rodzinnym miasteczku Redwood Springs.

„The Art of Killing”, reż. Jacob Ennis

Na podstawie scenariusza Gregory'ego W. Brocka i Jacoba Ennisa. Można spodziewać się horroru w stylu retro, choćby dlatego, że akcja ma być osadzona w latach 80. XX wieku. A na pierwszym planie przypuszczalnie zobaczymy Shawna C. Phillipsa jako psychopatycznego Phila. Osobowość telewizyjną skutecznie ukrywającą przed światem swoje prawdziwe, mordercze oblicze.

„The Haunting at Saint Joseph's”, reż. Jon Cohen

Australijski horror nastrojowy o fatalnym wypadzie. Lekarka, jej narzeczony i parę innych osób zameldują się pod skrajnie niegościnnym dachem pensjonatu, o którym krążą mroczne historie. Podobno przed wiekami złożono tutaj ofiarę z człowieka. Powieszono niewinną dziewczynę, której dusza ponoć nigdy nie opuściła tych zimnych murów. O czym na własnej skórze być może przekonają się najnowsi tymczasowi lokatorzy tego przybytku. Albo istota z zaświatów, albo zbiorowe szaleństwo.

„Why, Mona Rae?”, reż. Lorenzo P. Adams

Pomysł zrodził się w głowie Lorenzo P. Adamsa, ale opracowanie scenariusza wziął na siebie Ryan Lesica. O niewidomej weterance wojennej, która na rzadko uczęszczanej drodze przez moment zagląda prosto w oczy nieporuszonej pani z kosą. Z opresji wyciąga ją rodzeństwo mieszkające w okolicy. Członkowie tutejszej społeczności Amiszów, którzy niedługo będą się cieszyć zaufaniem nowo poznanej kobiety. Główna bohaterka z czasem przygotuje się na najgorsze. Zwietrzy spisek, z jakiegoś nieznanego jej powodu zawiązany przeciwko niej.

„The INN”, reż. Kevin Beganovic, Sloan Losch

Brzmi jak slasher. Historia ze stronic scenariusza Kevina Beganovica i Sloana Loscha. W centralnym punkcie ma stać dziennikarz, która otwiera się przed motelowym barmanem. Opowiada o nieuchwytnym człowieku urządzającym rzezie w hotelach i podobnych przybytkach. Nie oszczędza ani gości, ani personelu. Podejrzenia dziennikarza niebawem skupią się na obcym, który zameldował się w tym samym motelu, co on, wytrwały poszukiwacz nieuleczalnego sadysty. Bardziej uśmiech czy złośliwość losu?

„Meathook”, reż. Jermey Ashley Pair

Jordyn Burns (Rene Leech) od dwóch lat toczy samotniczy żywot. Od kiedy jej przyjaciele zostali zamordowani przez jednego z premedytacją działającego osobnika, osławionego seryjnego zabójcę. Kiedy historia jakby zacznie się powtarzać, gdy straumatyzowana młoda kobieta zwróci uwagę na łudzące podobieństwa między masakrą, z której ledwo uszła z życiem, a obecnym terrorem, połączy siły z nowo poznanym podcasterem „internetowym ekspertem w dziedzinie true crime”.

„Vincent”, reż. David Noel Bourke

Mieszanka horroru, dramatu i fantasy o prześladowanym nastolatku nawiązującym znajomość z niezwykłą istotą. Stworzeniem, które bez większego wysiłku może diametralnie odmienić jego życie. Obdarzona mocą niedostępną zwykłym śmiertelnikom istota, która równie dobrze może być wybawcą, jak i kolejnym oprawcą pechowego młodzieńca.

„Fear”, reż. Deon Taylor

Deon Taylor i John Ferry spłodzili opowieść o zarazie, która wybucha podczas weekendowego wypadu paczki przyjaciół. W okresie Świąt Bożego Narodzenia. Zimowe szaleństwo, jakie nawet im się nie śniło. Wirus czy inna gadzina przenoszona drogą kropelkową i banda słusznie spanikowanych młodych ludzi.

„The Cult”, reż. Alexandre Alonso

Sam napisał, sam wyreżyseruje i może nawet zasili aktorską obsadę. Historia niestabilnej, w każdym razie raczej niegodnej najwyższego zaufania, przewodniczki po piekle na Starym Kontynencie. Po przeprowadzce do niewielkiej miejscowości gdzieś w Europie młoda kobieta zaczyna doświadczać czegoś, co trudno objąć rozumem. I szybko dochodzi do wniosku, że ktoś lub coś dybie na jej życie.

„Demonio Eclipse Rojo”, reż. Samot Marquez

Argentyńska opowieść grozy o niegdyś szaleńczo zakochanej parze, która teraz leci co najwyżej na oparach tamtego uczucia. Żadne z nich nie jest jeszcze gotowe na zakończenie tego związku. Mają wręcz cichą nadzieję na rychłe przezwyciężenie kryzysu. Ale jak tu odbudowywać relację z drugim człowiekiem, kiedy traci się zdolność odróżniania fikcji od rzeczywistości. Bo mroczne siły, które nagle wdarły się do ich domu nie mogą być przecież prawdziwe. Prawda?

„Werewolf Game”, reż. Cara Brennan, Jackie Payne

Filmowa wariacja na temat gra towarzyskiej dla dorosłych stworzonej przez Dimitry'ego Davidoffa, w której wystąpi między innymi „dobry znajomy” miłośników gatunku, Tony 'Candyman' Todd. Na oczach widzów rozegra się krwawa rozgrywka, w której udział niedobrowolnie weźmie dwanaście osób. Porwani przez tajemniczych organizatorów tzw. Werewolf Game, najwyraźniej wyrwani z różnych środowisk, wcześniej nieprzecinających się ścieżek, w drodze głosowania ze swoich szeregów mają odławiać tych „do odstrzału”, mięso dla samozwańczych wilkołaków. Aż zostanie tylko jeden, niekoniecznie szczęśliwy zwycięzca nadzwyczaj brutalnej gry nietowarzyskiej.

„The Blood Priestess”, reż. Arturo Alanis Garza

Meksykańska potrawka według przepisu (scenariusz) Héctora Andrésa Gonzáleza Cantú, Artura Alanisa Garzy i Aurory Jauregui. Trzy zaprzyjaźnione osoby postanawiają spędzić trochę czasu w pustelni. Wszystko z myślą o jednym z nich, w nadziei na zwalczenie jego wewnętrznych demonów. Walka z traumą w zacisznym zakątku Meksyku, która nie przebiega zgodnie z planem. A wszystko przez te przeklęte rytuały...

„Zakonnica 2”, reż. Michael Chaves

Ciąg dalszy nie najlepiej przyjętego straszaka Corina Hardy'ego z 2018 roku, jednej z cegiełek hitowej franczyzy funkcjonującej pod nazwą „The Conjuring Universe”. Tym razem krzesło reżyserskie zajął Michael Chaves, który pracował już pod tym szyldem: „Topielisko. Klątwa La Llorony” (2019) oraz „Obecność 3: Na rozkaz diabła” (2021). Scenariusz opracowała Akela Cooper, a w obsadzie najprawdopodobniej nie zabraknie Taissy Farmigi, ponownie wcielającej się w postać siostry Irene. „Na imprezę” zaproszono też gwiazdę „Opowieści z Narnii” Annę Popplewell, a rolę demonicznej zakonnicy ponownie przekazano Bonnie Aarons.

„Watchdog”, reż. L.C. Holt

Propozycja - scenariusz i reżyseria - człowieka, który najprężniej rozwija się w branży aktorskiej (m.in. „Następny jesteś ty” Adama Wingarda). Okropne przeżycia niejakiego Travisa Wilkesa, nieautentycznej postaci czującej się wielkim dłużnikiem pewnego włóczęgi. Dlatego zaprasza go do odosobnionego domu, w którym mieszka wraz ze swoją dziewczyną, tym samym najpewniej popełniając największy błąd w dotychczasowym życiu.

„Late Night with the Devil”, reż. Cameron Cairnes, Colin Cairnes

Operacja braci Cairnes przeprowadzona na australijskiej ziemi. Rozgrywający się w drugiej połowie lat 70. XX wieku koszmar niechcący zrodzony przez jakąś transmisję telewizyjną. Niezwyczajna niszczycielska siła, która nie okaże łaski żadnej żywej istocie.

„The Strangers”, reż. Renny Harlin

Nowe otwarcie „Nieznajomych”. Głośny thriller z nurtu home invasion Bryana Bertino z 2008 roku i skręcająca w stronę slashera cegiełka Johannesa Robertsa – ot, cała franczyza. Twórca między innymi „Piekielnej głębi” (1999), „Egzorcysty: Początku” (2004) i „Łowców umysłów” (2004) ma jednak nadzieję na znaczną rozbudowę tej serii w możliwie krótkim czasie. Mówi się o trylogii, fabularnie niepowiązanej z poprzednimi odsłonami. To znaczy nowe szarże znajomych nieznajomych:) Zamaskowani oprawcy najpierw uderzą w młodą parę podróżującą po Stanach Zjednoczonych. Bolesne zderzenie z bezwzględnymi zabójcami, jak wieść niesie, nastąpi podczas postoju w Oregonie. Kolejna piekielna noc z ludźmi, których ulubioną rozrywką jest dręczenie i mordowanie bliźnich.

„Naznaczony 5”, reż. Patrick Wilson

Patrick Wilson, odtwórca jednej z głównych postaci pierwszych dwóch części „Naznaczonego” w reżyserii Jamesa Wana (i jedna z największych gwiazd innej znanej marki wprowadzonej do świata horroru przez tego reżysera; oczywiście mowa o „Obecności”), reżyserem kolejnego rozdziału z życia Lambertów. „Naznaczony” dziesięć lat później. Ty Simpkins „wejdzie w skórę” - już studenta - Daltona. Scenariusz: chyba Scott Teems (m.in. „Halloween zabija” Davida Gordona Greena i. „Podpalaczka” Keitha Thomasa), a pomysł wyszedł od Leigh Whannella od samego początku związanego z tą dochodową franczyzą.

„An American Werewolf in Rome”, reż. Hunter G. Williams

Swoisty list miłosny do „Amerykańskiego wilkołaka w Londynie” Johna Landisa, którego nadawcą jest amerykański filmowiec Hunter G. Williams. Raczej skromnie się ten pomnik dla ponadczasowego horroru wilkołaczego zapowiada. Od strony technicznej, bo założenie fabularne jest dość, hmm, oryginalne. Jeśli wierzyć informacjom wykopanym w przestrzeni wirtualnej przeniesiemy się do dawnego Rzymu. Historia podlana likantropiczną fikcją.

„The Pope's Exorcist”, reż. Julius Avery

Według scenariusza Chestera Hastingsa, R. Deana McCreary'ego oraz Evana Spiliotopoulosa. Jak sama nazwa wskazuje kolejny ukłon w stronę wyjadaczy horrorów o walce dobrych chrześcijan z podłymi demonami. Dzieje autentycznej postaci, nieżyjącego już księdza Gabriele'a Amortha, który swego czasu pełnił funkcję czołowego egzorcysty w Watykanie. Przeprowadził jakieś sto tysięcy egzorcyzmów i chętnie przelewał swoje wspomnienia na papier (publikacje książkowe).

„True Haunting”, reż. Gary Fleder

Na kanwie książki Edwina Beckera. Pierwsza taka sprawa emitowana na kanale NBC, w 1971 roku. Egzorcyzmy, które bardziej pogorszyły niż poprawiły sytuację rodziny Beckerów. Nad scenariuszem pracowali, Blair Butler (m.in. współscenarzystka „Parku grozy” Gregory'ego Plotkina i scenarzystka „Polaroida” Larsa Klevberga) oraz Richard D'Ovidio (m.in. współscenarzysta „Trzynastu duchów” Steve'a Becka i scenarzysta „Gallows Hill” Victora Garcii).

poniedziałek, 21 listopada 2022

Lisa Unger „Mroczne wyznania”

 

Na pierwszy rzut oka Selena Murphy ma wszystko: kochającego męża Grahama, urocze dzieci, pięcioletniego Stephena i siedmioletniego Olivera, przestronny dom w bezpiecznej dzielnicy i satysfakcjonującą pracę w agencji literackiej należącej do jej najlepszej przyjaciółki. Ale to tylko pozory, konsekwentnie podtrzymywane przez nią również w mediach społecznościowych. Pod wpływem chwili Selena robi wyjątek dla nieznajomej z pociągu, która przedstawia jej się jako Martha i również dzieli swoim sekretem. Selena mówi jej o swoich podejrzeniach odnośnie niewierności męża, choć tak naprawdę ma pewność, że Graham sypia z nianią ich dzieci, Genevą Markson. Zgodnie uznają, że byłoby wspaniale, gdyby problemy rozwiązywały się same, ale niektóre uwagi Marthy zasiewają ziarno niepokoju w jej przelotnej znajomej. Choćby na poły żartobliwe spostrzeżenie, że najlepszym wyjściem z kłopotliwej sytuacji Murphych byłoby nagłe zniknięcie Genevy. Te złowieszcze słowa w najbliższej przyszłości wielokrotnie będą odzywać się w coraz bardziej skołowanej głowie Seleny. Kobiety przechodzącej być może ostatni kryzys małżeński, ale starającej się to ukryć przed policjantami zajmującymi się sprawą zaginięcia Genevy Markson.

Lisa Unger, z domu Miscione, urodziła się w New Haven w stanie Connecticut, ale okres dorastania spędziła w Anglii, Holandii i New Jersey. Po ukończeniu szkoły średniej przeprowadziła się do Nowego Jorku, gdzie ukończyła New School for Social Research. Potem dziesięć lat pracowała w jednym z nowojorskich wydawnictw, skąd odeszła po ślubie z mężczyzną poznanym podczas wakacji na Florydzie. Przeniosła się do tego stanu, gdzie skoncentrowała się na pisarstwie. Szybko znalazła agenta, a niedługo potem podpisała swój pierwszy kontrakt z wydawnictwem: na cztery powieści kryminalne. W swojej energicznie rozbudowywanej bibliografii ma między innymi takie wydane także w Polsce pozycje, jak „Wyspa nieprawdy” (oryg. „Heartbroken”) oraz wchodzącej skład cyklu „The Hollows”, „Kruche więzi” (oryg. „Fragile”) i „Mój przyjaciel mrok” (oryg. „Darkness, My Old Friend”). W 2019 roku Lisa Unger otrzymała dwie nominacje do prestiżowej Edgar Award, a to tylko jedno z licznych wyróżnień jej literackiej twórczości. Poza nagrodami i nominacjami gościła w zestawieniach topowych książek między innymi „Entertainment Weekly”, „Today Show”, „Good Morning America”, „People”, „Amazon”, „The Boston Globe”, „Los Angeles Times” czy „Goodreads”. Lisa Unger jest jedną z przewodniczących organizacji International Thriller Writers, a obecnie, wraz z rodziną, mieszka na Florydzie.

Thriller psychologiczny bestsellerowej amerykańskiej autorki, który swoją światową premierę miał w roku 2020, a w Polsce nakładem wydawnictwa Muza ukazał się w roku 2022 (w miękkiej okładce zaprojektowanej przez Tomasza Majewskiego i w tłumaczeniu Ewy Skórskiej), pt. „Mroczne wyznania” (oryg. „Confessions on the 7:45”). Firma Netflix pracuje nad serialem opartym na niniejszej powieści z Jessicą Albą w roli głównej. Można powiedzieć, że to owoc prywatnych, przeprowadzonych na własną rękę studiów Lisy Unger w zakresie psychologii oszustów. Lektury obowiązkowe: „Summary of The Confidence Game” Marii Konnikovej oraz „Liespotting: Proven Techniques to Detect Deception” Pameli Meyer. Główny patron filmowy: „Nieznajomi z pociągu” Alfreda Hitchcocka. Niektórym odbiorcom „Mroczne wyznania” silniej jednak skojarzyły się z „Dziewczyną z pociągu” Pauli Hawkins, głośnym powieściowym thrillerem psychologicznym pierwotnie opublikowanym w 2015 roku i przeniesionym na ekran już w roku 2016 przez Tate'a Taylora. Ja tam żadnych większych podobieństw nie dostrzegam. A pociąg? A pociąg w świecie przedstawionym przez Lisę Unger, zgodnie z jej zapowiedziami, przywiódł mi na myśl wyłącznie kultowy film noir w reżyserii niekwestionowanego mistrza suspensu. Nieznajome w pociągu. Wieczorne zwierzenia dwóch kobiet, które jak wszystko na to wskazuje nigdy wcześniej się nie spotkały i, przynajmniej wedle przypuszczeń jednej z nich, nigdy więcej się nie zobaczą. Podobno najłatwiej otworzyć się przed osobą, z którą nic nas nie łączy. Kimś obcym. Główna bohaterka omawianej powieści, Selena Murphy, wsiadając do nieszczęsnego pociągu była zupełnie sama ze swoim problemem. Z nikim nie podzieliła się raczej nieszokującymi wynikami swojego małego śledztwa. Nie była pewna, czy nie lepiej zamieść problemu pod dywan. Przymknąć oczy na ordynarną zdradę męża. Żyć dalej jak gdyby nigdy nic. Uparcie utrzymywać iluzję perfekcyjnie poukładanego żywota. „Teraz każdy żył w trybie ciągłej prezentacji siebie, wrzucał w sieć wykadrowane, przefiltrowane wersje własnej osoby, gotowe do publicznej konsumpcji. Całodobowy show online, z tobą w roli głównej. Dopiero gdy ludzie zostawali sami, gdy schodzili z widoku, maska spadała”. W tych słowach zawiera się cała gorzka prawda o Selenie, która niestety nie jest jedyna w swoim rodzaju. Internetowe cukierkowe kreacje to już bardziej norma niż odstępstwo od reguł przyjętych w tak zwanych cywilizowanych społeczeństwach. Prawda to przeżytek, teraz w cenie są kłamstwa. Autorka „Mrocznych wyznań” z wyczuwalnym zdumieniem, może nawet lekkim rozczarowaniem, przygląda się temu zjawisku. Odniosłam wrażenie, że łatwiej zrozumieć jej tych, którzy, jak Selena, poświęcają mnóstwo energii na budowanie przekłamanego portretu rodzinnego w przestrzeni wirtualnej (i nie tylko), aniżeli tych, którzy chcą to oglądać. Czyżby nie domyślali się, że to jeden wielki teatr? A może w głębi ducha chcemy, by wciskano nam pachnące kity? Lepsze piękne kłamstwo niż brzydka prawda? Myślę, że komentarze pani Unger pod adresem social mediów nieprzypadkowo wybrzmiewały w tej konkretnej intrydze. Proceder przedstawiony na kartach „Mrocznych wyznań” na jakimś głębszym, mniej dostrzegalnym poziomie może spotykać się z akceptowalną społecznie, legalną wyżej wspomnianą działalnością internetową. Interesujące – i odważne, zważywszy na ogromną popularność portali, na których swobodnie, w burzy oklasków, można chwalić się swoim odpowiednio zmontowanym, wyidealizowanym życiem – spojrzenie na oszukujących i oszukiwanych. Selena Murphy to „podwójna agentka”:) Tyle że jej kłamstwa w całym tym bałaganie wydają się najmniej szkodliwe. Ot, niewinne opowiastki o spełnionym American Dream. Przecież wszyscy (hmm) tak robią! To żaden grzech w dzisiejszych czasach. Raczej powód do dumy. To Graham powinien się wstydzić. Nie dość, że Selena musiała zatrudnić nianię, bo jej bezrobotny mąż nie potrafił należycie zaopiekować się własnymi dziećmi, to jeszcze znalazł sobie inne źródło rozkoszy. A tak się zarzekał, że to już się nie powtórzy. Gdyby chodziło tylko o nich, Selena pewnie nie potrzebowałaby tyle czasu na ustosunkowanie się do tej sprawy. Jak na kochającą matkę przystało dobro dzieci przedkłada ponad własne. Pytanie, czy w takiej sytuacji rozwód rodziców to najgorsza z możliwych opcji dla ich małoletnich pociech?

„W dzisiejszych czasach oczy są wszędzie – te małe obiektywy w dzwonkach do drzwi, w salonach, w telefonach. Wszędzie. Prywatność już nie istnieje. Nikt jej nie zabrał, oddaliśmy ją sami.”

W „Mrocznych wyznaniach” Lisa Unger postawiła na narrację trzecioosobową w nierównomiernej przeplatance postaci prowadzących. Najczęściej towarzyszymy Selenie Murphy, Pearl Behr i niejakiej Anne (w sumie łatwo się domyślić, kto zacz), a później po piętach zacznie im deptać prywatny detektyw Hunter Ross. Przystępnie napisany – prosty, acz treściwy język – dreszczowiec budowany głównie na postaciach. Ani bezdennie czarnych, ani oślepiająco białych. Niejednoznacznych, wielokrotnie złożonych, naładowanych wszelkimi odcieniami szarości. Wprawdzie autorka nie ujęła tego w ten sposób, ale opowiadając w przestrzeni publicznej o „Mrocznych wyznaniach” Unger dała mi do zrozumienia, że doczesne życie każdej istoty ludzkiej to coś w rodzaju balu maskowego. Nagie, prawdziwe oblicza zwykle pokazujemy, gdy jesteśmy sami. Podczas szaleńczego biegu przez życie niektórym od czasu do czasu może błyśnie w głowie niepokojąca konstatacja, że do ich ciał niepostrzeżenie zakradła się jakaś obca istota. Jak utrzymywać stały kontakt ze swoim „ja” w cywilizacyjnej dżungli, w której naturalność jest passé? Nie grasz, nie żyjesz. Ewentualnie lądujesz na samym dole ludzkiego łańcucha pokarmowego. Czarna owca, na którą zapewne nie spojrzy nawet najmniej wybredny drapieżnik. Urodzony aktor. Pewny siebie, charyzmatyczny zbieracz masek. Albo zbieraczka. Trochę jak w „Wielkim podrywie” Davida Mirkina. Wytrawna oszustka, bezduszna(?) wyzyskiwaczka, wyrachowana manipulantka, która według mnie mogłaby zawojować scenę polityczną, gdyby na jej drodze nie stanął pewien dżentelmen. Rogaty archanioł. Mentor, opiekun, tatko. Każdy musi grać takimi kartami, jakie zsyła mu ślepy los. Anne zawsze była ambitna, mimo że przeważnie sprawiała zgoła inne wrażenie. Wiecznie nienasycona żółwica. Tęgi umysł niby schowany w twardej, nieprzepuszczalnej skorupie. Architektka rozwiązań. Mistrzyni gry. Prestidigitatorka, której popisowym numerem jest niedostrzegalne gołym okiem strzyżenie owiec. Najpierw rozpali ogień w tobie, a potem podpali twoje życie. Rozumny żywioł od lat niemal niezauważenie przetaczający się przez Stany Zjednoczone. Cicha woda na trasie wyścigu szczurów. Gdy inni biegną z klapkami na oczach, ona gra w szachy z wybranymi zawodnikami. Od jakiegoś czasu „pracuje na więcej niż jeden etat” i wszystko wskazuje na to, że wśród jej aktualnych celów jest Selena Murphy. Albo Geneva Markson, z którą stanie się dokładnie to, o czym mówiła nieznajoma z pociągu. Słowa rzucone niby mimochodem okazują się czymś w rodzaju proroctwa. Wygląda na to, że kobieta, która pracodawczyni Genevy przedstawiła się jako Martha, uczciwie poinformowała tę pierwszą o swoich zamiarach względem młodej kobiety, która „skosztowała zakazanego owocu”. Sprawa od początku wydaje się aż nazbyt jasna. Podejrzanie oczywista. Mamy winną, więc co tu jeszcze robimy? Zaglądamy pod błyszczącą fasadę wspólnego pożycia państwa Murphych. Bacznie przyglądamy się nastoletniej, chowającej się za książkami dziewczynie imieniem Pearl, która musiała przyzwyczaić się do rozwiązłego trybu życia nieokazującej jej należytego zainteresowania rodzicielki (właścicielki małej księgarni będącej na skraju bankructwa – z ciężkim sercem o niebłaganie zanikającym czytelnictwie słów kilka). I wreszcie szukamy powiązań między głównymi uczestniczkami tej dość zawiłej intrygi. Rodzinnego błędnego koła. Błędy „przekazywane” z pokolenia na pokolenie. Jak jakaś potworna klątwa, którą przypuszczalnie sprytnie zarządza epizodyczna współpasażerka, władczyni marionetek działająca z ukrytych pobudek. O czarujących bestiach i podejrzanych sojusznikach. Dobrych uczynkach kryminalistów i brudnych sekretach „praworządnych”, ale niezupełnie poza wszelkim podejrzeniem...

Zajmująca opowieść o profesjonalistach i amatorach w niechlubnej dziedzinie oszustw wszelakich. W lepkiej sieci kłamstw, gdzie nie tak łatwo odróżnić muchy od pająków. „Mroczne wyznania” amerykańskiej poczytnej autorki, która szczególnie upodobała sobie thrillery/kryminały, to historia wzniesiona na żywym fundamencie. Czynnik ludzki kołem zamachowym wszechrzeczy. Nieprzesadnie skomplikowanej machiny, którą pewnie nie zaszkodziłoby od czasu do czasu pchnąć w mroczniejszy klimacik, ale autorka na tyle zręcznie manipuluje umownie żywymi stworzeniami, żeby dało się przejść do porządku dziennego nad tym zaniedbaniem. Chyba że kogoś akurat dopadł ogromny głód na intensywne doznania atmosferyczne. W takim wypadku lepiej wstrzymać się z lekturą „Mrocznych wyznań”. A chętnych na popływanie w sferze wewnętrznej niejednego człowieka (niepapierowe, pełnokrwiste postacie beletrystyczne) zachęcam do odwiedzenia tego „aquaparku”. O ile tabliczka z napisem „thriller psychologiczny” przytwierdzona do skromnej bramy wjazdowej nie działa odstraszająco;)

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 19 listopada 2022

„Fałszywy traf” (2021)

 

Lucia 'Lucy' i Adrian Martinowie, małżeństwo z Manhattanu, od dwóch lat bezskutecznie starają się od dziecko. W końcu postanawiają poszukać wsparcia u mentora Adriana, obleganego lekarza zajmującego się płodnością, doktora Johna Hindle'a. Dzięki opracowanej przez niego metodzie zapłodnienia, Lucy już po pierwszej próbie zachodzi w upragnioną ciążę. Spodziewa się trojaczków, ale doktor Hindle informuje Martinów, że w takim układzie mogą wystąpić komplikacje. Aby ich uniknąć należy przeprowadzić selektywną redukcję: małżeństwo musi zdecydować czy zatrzymać dziewczynkę, czy dwóch chłopców. Wbrew radzie lekarza, Lucy skłania się ku redukcji płodów męskich. Adrian nie ukrywa, że wolałby zastosować się do zaleceń zaufanego doktora, ale widząc, jak bardzo zależy jej na córce, po namyśle przekazuje żonie, że zmienił zdanie. Lucy nie posiada się ze szczęścia... ale to nie trwa długo. W kobiecie powoli rośnie przekonanie, że padła ofiarą jakiegoś zagadkowego spisku.

Drugi pełnometrażowy film - po komedii „Wielkie wakacje Pee-Wee Hermana” z 2016 roku - amerykańskiego reżysera, scenarzysty, aktora, producenta telewizyjnego i muzyka Johna Lee, oparty na jego własnym pomyśle, który narodził się w jednym z najszczęśliwszych i zarazem najboleśniejszych okresów jego życia. Po zajściu jego żony w ciężę, która niestety zakończyła się poronieniem, Lee pogrążył się w lekturze „Piotrusia Pana” Jamesa Matthew Barriego. Jeden fragment mocno go zaniepokoił – rodzice wpatrujący się w okno, przez które wyleciały ich pociechy. Późniejszego reżysera i współscenarzystę „Fałszywego trafu” (oryg. „False Positive”) uderzyło wszechpotężne poczucie straty ludzi, którym w jego interpretacji skradziono najcenniejsze dobra jakie posiadali. Strata, ale i nadzieja na rychły powrót ukochanych latorośli. W poszukiwaniu kolejnych cegiełek tej budowli pomogła mu Alissa Nutting, a na karty scenariusza John Lee przelał tę opowieść wraz z Ilaną Glazer, która też wzięła na siebie kreację pierwszoplanowej postaci, Lucy Martin. Obraz został wyprodukowany przez kultową firmę A24, a prawa do dystrybucji na terenie Stanów Zjednoczonych nabyła internetowa platforma Hulu, która udostępniła go w czerwcu 2021, dosłownie parę dni po premierze na Tribeca Film Festival.

Nazywany współczesnym „Dzieckiem Rosemary” thriller psychologiczny i medyczny w reżyserii Johna Lee, który nie ukrywa, że powieściowe opus magnum Iry Levina i/lub pierwsza ekranizacja tego wybitnego horroru satanicznego wyreżyserowana przez Romana Polańskiego, miała wpływ na jego historię. Ponadto Lee czerpał choćby z takich produkcji, jak „Zagubiona autostrada” Davida Lyncha, „Taksówkarz” Martina Scorsese, „Lśnienie” Stanleya Kubricka i jednego ze swoich ulubionych filmów, „Opętania” Andrzeja Żuławskiego. Nie wszystkie z tych muz ujawniają się w tekście, niektóre da się wyczuć jedynie w sferze duchowej. Eteryczne istoty „wtopione” w tło. John Lee preferuje te obrazy, które pozostawiają pole na domysły widza. Nie jest zwolennikiem wykładania wszystkiego na tacy, narzucania jedynej słusznej interpretacji. Taki plan rozrysował więc dla swojego drugiego pełnometrażowego dziełka. W moim odbiorze zaskakująco nijakiej opowieści o małżeństwie w ciąży, że pozwolę sobie użyć określenia Adriana Martina. W tej roli Justin Theroux, ze strony którego nie zauważyłam żadnych niedociągnięć, ale jestem przekonana, że scenarzyści mogli dużo więcej wycisnąć z tej postaci. Podobny problem miałam z Lucią Martin, która woli być nazywana Lucy. Poprawny występ Ilany Glazer - acz wolałabym, żeby zamieniła się miejscami z Sophią Bush, która tym razem pokazała się jako zaufana koleżanka głównej bohaterki, też niecierpliwie wyczekująca swojego pierwszego dziecka - ale konstrukcja tej postaci mojego wzroku jakoś szczególnie nie przyciągała. Może dlatego, że już gdzieś to widziałam... Się przejadłam, niemniej ośmielę się stwierdzić, że twórcy „Fałszywego trafu” z dużym zrozumieniem podeszli do problemu niejednej współczesnej kobiety. Interesujący manifest feministyczny, którego głównym autorem jest mężczyzna (John Lee). Wnikliwa analiza tych przyszłych ojców, którym tylko wydaje się, że realnie wspierają swoje ciężarne partnerki. Przekonani, że tak samo to przeżywają. Są i kamyki wrzucone do ogródka lekarzy dającym swoim pacjentkom jasno do zrozumienia, że nie znają swoich ciał tak dobrze jak oni. Jak doktor John Hindle (boleśnie oczywista postać, powiedzmy, że ożywiona przez Pierce'a Brosnana), zarozumiały twórca kolejnej metody walki z bezpłodnością. Jeden z najbardziej rozchwytywanych ginekologów w Nowym Jorku, a niewykluczone, że i w całych Stanach Zjednoczonych. Lekarz-celebryta, który w swojej klinice stosuje bodaj najpopularniejszy system zapisów w tym niedoskonałym świecie. Nieznajomi na koniec kolejki, a reszta na cito. Szczęśliwie dla Martinów, Adrian był jednym z ulubionych studentów doktora Hindle'a. Inni muszą porządnie uzbroić się w cierpliwość, ale nie oni, przedstawiciele białej wyższej klasy średniej, dumni posiadacze przestronnego, nowocześnie urządzonego mieszkania na Manhattanie. On jest chirurgiem plastycznym, ona zawodowo zajmuje się marketingiem. Oboje marzą o dziecku, ale jej stosunek do doktora Johna Hindle'a niebawem zacznie się zmieniać. Nie będzie już taka pewna, że los wreszcie szeroko się do niej uśmiechnął. Co gorsza, Lucy powoli dystansuje się także od własnego męża. Zaczyna myśleć, że Adrian gra w przeciwnej drużynie, w drużynie diabolicznego lekarza. Rzeczywistość Lucy na naszych oczach coraz to częściej miesza się z koszmarami sennymi. Jak odróżnić fakty od majaków? Wytyczyć granicę między jawą a krainą marzeń sennych? Niektóre z tych wątpliwości zostają rozwiane przez samych twórców (na przykład krwawienie w trakcie kąpieli), ale zgodnie z medialnymi zapowiedziami reżysera i współscenarzysty „Fałszywego trafu”, resztę pozostawiono w gestii widza (na przykład akcja podejrzana z niedoskonałej kryjówki w pokoju hotelowym; co prawda niezbyt charakterystyczny moment, ale jakoś zapachniało mi „Psychozą” Alfreda Hitchcocka).

Jak mniemam „Fałszywy traf” Johna Lee miał być jednym z tych dreszczowców czy horrorów, które starają się przyprawić widza o iście paranoiczny zawrót głowy. W stylu tak zwanej Trylogii Apartamentowej Romana Polańskiego, którą tworzą
„Wstręt” (1965), „Dziecko Rosemary” (1968) i „Lokator” (1976). Tak myślę, choć prawie tego nie czułam. W zasadzie gdyby nie logo A24 na „dzień dobry” (jak to się stało, że taki gigant kina grozy zaopiekował się tą pozycją? To mnie najbardziej w tej ekranowej operacji zastanawia), pewnie nie potrzebowałabym dużo czasu, by dojść do wniosku, że trafiłam na kolejny produkt z telewizyjnej taśmy. Gdzie ilość przeważnie jest ważniejsza od jakości. W zasadzie nie jestem uprzedzona do takich patrzydełek - zawsze to jakiś towarzysz w bezsenne noce, tj. lepsze to, niż gapienie się w sufit – ale parasol A24 tym razem mocno mnie zmylił. Nielicho skonfundowana, mimo że dobrze wiedziałam, iż „Fałszywy traf” po jednym festiwalowym pokazie trafił bezpośrednio do strefy VOD, którą na dobrą sprawę można nazwać „telewizją nowej generacji”. Ugrzeczniony, przegadany spektakl, którego chyba mogłabym postawić w jednym rzędzie z „Dzieckiem Rosemary”, z miniserialem Agnieszki Holland z 2014 roku. Tak, to mniej więcej ten klimat, ten wdzięk kontuzjowanej baletnicy. John Lee jest kojarzony głównie z podwórkiem komediowym, które to w jego ocenie jest chyba kimś w rodzaju dobrego sąsiada mroczniejszej przestrzeni gatunkowej. Z opowieści Johna Lee o jego „Fałszywym trafie” wnioskuję, że klasyfikuje go jako horror, nie thriller, w którym to kierunku ja mam czelność się skłaniać, i że świadomie przemycił do tej opowieści akcenty humorystyczne. Pewności nie mam, ale zgaduję, że z przymrużeniem oka należy traktować nienaturalne, „teatralne” oblicza badanej. Przejaskrawione uduchowienie odmalowujące się na jej twarzy. Najmocniej rzuciło mi się to w oczy podczas wstępnych badań w klinice Johna Hindle'a. Pierwsze oględziny ciała kandydatki (jednej z wielu) do programu tego śliskiego jegomościa. Nie miałam powodów sądzić, że to leczenie eksperymentalne, niedopuszczone do powszechnego użytku - wręcz przeciwnie! - ale tak czy owak, już przy kontakcie z Hindle'em zapaliła mi się w głowie wielka czerwona lampa. Może i powinnam trochę wstrzymać się z wydawaniem wyroków, nie oceniać „(nie)książki po okładce”, bo to może być sprytne pogrywanie na oczekiwaniach wdrukowanych przez podobne historie. Burzyciel czy wybawca? Takie pytanie może i będzie kołatało się w głowie jakiejś części odbiorców, ale ja nie poświęciłam nawet minuty na takie rozważania. Wiedziałam swoje i nikt mnie nie przekona... że czarne jest czarne, a białe jest białe? Mówi się, że pycha kroczy przed upadkiem i pewnie jest w tym sporo racji; powiem więcej, jakąś tam wywrotkę na pewno zaliczyłam. Nie spodziewałam się takich prawych i lewych sierpowych na ostatnim odcinku tej nierównej drogi. Same w sobie nadzwyczaj mocne nie były, ale po takiej lekkiej przeprawie nawet kuksańce mogą zaboleć. Człowiek może uwrażliwić się na najlżejsze bodźce po tak długim bezowocnych wypatrywaniu czegokolwiek na czym można by oko zawiesić. No dobrze, jakieś tam przebłyski były. Choćby tło społeczno-obyczajowe (tutaj dodam jeszcze potworną samotność ciężarnej kobiety, otoczonej „do bólu życzliwymi” ludźmi; pomijam już tak często poruszane w debacie publicznej komplikacje w sferze zawodowej) oraz pojedyncze oniryczne wstawki, które równie dobrze mogą albo rozgrywać się w umownym czasie rzeczywistym, albo być wyśnionym przypomnieniem wcześniej zaistniałych i wypartych zdarzeń. Sekwencje silniej zorientowane na podnoszenie napięcia prowadzono jakby z doskoku. Filmowcom widać bardzo się śpieszyło do nieważne czy cokolwiek wnoszących do fabuły, w większości niemiłosiernie mi się dłużących rozmów w pełnym świetle dziennym. Najgorzej znosiłam spotkania Lucy z rozszczebiotaną Corgan kreowaną przez Sophię Bush, która dała z siebie wszystko, ale ta postać to scenarzystom według mnie najmniej wyszła. Co nie znaczy, że miała silną konkurencję.

Śmiem przypuszczać, że drugie pełnometrażowe osiągnięcie w reżyserskiej karierze Johna Lee, prędko osunie się w otchłań zapomnienia. Niecałkowitego, bo najzacieklejsi eksploratorzy grozowej ziemi w mniej czy nawet bardziej odległej przyszłości zapewne „Fałszywy traf” wykopią. I niektórym to znalezisko z pewnością się spodoba. Farciarze. Mnie w każdym razie ta współczesna wariacja na temat „Dziecka Rosemary” (że pozwolę sobie użyć takiego górnolotnego określenia) nie porwała. Niemroczny amerykański dreszczowiec, czy jak kto woli horror, o depresji przedporodowej albo oburzającej zmowie za plecami kobiety spodziewającej się dziecka. Nie polecam.

czwartek, 17 listopada 2022

Elina Backman „Kiedy znikają ślady”

 

Na terenie rezerwatu przyrody w Vanhankaupunginlahti zostaje odnalezione ciało studenta Johannesa Järvinena. W sprawę od początku zaangażowana jest inspektor dochodzeniowa z Helsinek Heidi Nurmi, która po przejęciu śledztwa przez Centralne Biuro Kryminalne dołączą do zespołu kierowanego przez jej przyjaciela Jana Leino, od niedawna spotykającego się z dziennikarką Saaną Havas. Zainteresowanie tej ostatniej wzbudza świeża sprawa zaginięcia studenta Jeremiasa Silvasta, który wraz z Johannesem Järvinenem i jeszcze jednym kolegą w ramach szkolnego projektu pracowali nad filmem dokumentalnym o Royu Kuusisto, nagradzanym dokumentaliście, od jakiegoś czasu prowadzącego pustelniczy żywot na wyspie Kuusiluoto. Saana postanawia zrobić podcast na temat tego tajemniczego zaginięcia, mogąc przy tym liczyć na pomoc starszego brata Jeremiasa.

„Kiedy znikają ślady” (oryg. „Kun jäljet katoavat”) to druga odsłona kryminalnego powieściowego cyklu fińskiej autorki Eliny Backman, która swoją światową premierę miała w roku 2021. Część pierwsza „Kun kuningas kuolee” (pol. „Kiedy umiera król”, Czarna Owca 2021) pierwotnie ukazała się w roku 2020 i została wyróżniona Storytel Audiobook Award za najlepszą powieść kryminalną oraz Elisa Audio Book Award za najlepszy debiut. Ponadto otrzymała nominację do Martin Beck Award, przyznawanej przez Szwedzką Akademię Twórców Literatury Kryminalnej. Mroczne przygody między innymi dziennikarki Saany Havas i policyjnego detektywa Jana Leino, które dotąd sprzedały się już w przeszło pięćdziesięciu tysiącach egzemplarzy, niebawem mają doczekać się swojego serialowego odpowiednika – projekt wdrożony przez fińską firmę Aurora Studios. W 2022 roku światło dzienne ujrzała trzecia odsłona przebojowej serii Backman, którą w oryginale zatytułowano „Ennen kuin tulee pimeää”. W tym samym roku na polski rynek wydawniczy wkroczyła część druga – edycja Czarnej Owcy w cudnym tłumaczeniu Bożeny Kojro w zaadaptowanej z oryginalnego wydania, poruszającej wyobraźnię, diabelnie klimatycznej, a przy tym przyjemnie minimalistycznej miękkiej okładce zaprojektowanej przez Elisę Konttinen.

Powrót do magicznej Finlandii. Z królestwa Hartoli na wyspy w Helsinkach Lammassaari i Kuusiluoto. Gdzie gęgają gęsi, a w trzcinowiskach podobno mieszkają niezwykłe istoty. W takiej scenerii trzech studentów szkoły filmowej spędziło sporą część letnich wakacji. Głównym obiektem ich zainteresowania był pustelnik Roy Kuusisto, legendarny dokumentalista, który jakiś czas temu przerwał karierę i przeniósł się na Kuusiluoto. Do jedynego domu stojącego na tej malowniczej wyspie, będącego własnością bliżej nieznanej Fundacji Asio. Najbliższymi, sezonowymi, sąsiadami Roya byli ludzie odpoczywający od miejskiego zgiełku na Lammassaari, dumni posiadacze domków letniskowych rozsianych na tym przepięknym terenie. Spośród nich Elina Backman wyróżni niezbyt towarzyską - ale nie aż tak jak Roy Kuusisto – emerytkę, która może być w posiadaniu ważnych informacji na temat kryminalnej sprawy z pierwszych stron gazet. Wygląda na to, że kobieta coś ukrywa. Takie wrażenie przez długi czas będzie jednak towarzyszyło jedynie odbiorcom „Kiedy znikają ślady”. Jeśli starsza pani faktycznie nie mówi śledczym wszystkiego, to oni, w przeciwieństwie do czytelników, nie mają powodów ją o to podejrzewać. Początkowo najnowsze śledztwo Jana Leino i Heidi Nurmi (rzecz jasna też z udziałem innych osób, policjantów z Centralnego Biura Kryminalnego), nadzorowane przez nową szefową, dotyczy wyłącznie potencjalnego zabójstwa młodego mężczyzny Johannesa Järvinena, jednego ze studentów pracujących nad filmem dokumentalnym z Royem Kuusisto w roli głównej. Właściwie wszystko wskazuje na to, że to był jedyny członek ich obsady, nie licząc zwierzęcych mieszkańców magicznych wysp w Helsinkach. Tak czy owak, śledztwo szybko obejmie również inne ogniwo małej studenckiej grupy, która zawiązała współpracę ze stroniącym od ludzi alkoholikiem, niegdyś wielką gwiazdą dokumentalizmu. Utalentowanym skandalistą, można by rzecz. Leino nie wierzy w przypadki, a w każdym razie za mało prawdopodobne uznaje to, że śmierć Johannesa Järvinena nie ma żadnego związku z zaginięciem jego kolegi Jeremiasa Silvasta. Instynkt i doświadczenie w zawodzie podpowiadają mu, że te sprawy są ze sobą ściśle połączone. Problem w tym, że ilekroć jego zespół skupia się na nienaturalnej śmierci Johannesa, zamiast przybliżać się do Jeremiasa, jak na złość się od niego oddalają. A przynajmniej takie wrażenie można odnieść. Prawdę mówiąc ze strony Jana Leino i jego ekipy w końcu przestałam spodziewać się postępów w poszukiwaniach Jeremiasa Silvasta. Żywego lub martwego. Tutaj bardziej liczyłam na Saanę Havas, dziennikarkę prywatnie związaną z Janem Leino. Zbliżyli się do siebie w pierwszym odcinku tej kryminalnej serii Eliny Backman noszącej taki sam tytuł, jak planowany podcast jej bohaterki. Zanim Saana zaangażuje się w sprawę zaginięcia Jeremiasa Silvasta jej myśli będą skupiać się na starej sprawie z miejscowości, w której mieszka jej ukochana cioteczka, tj. z królestwa Hartoli (patrz „Kiedy umiera król” Eliny Backman). Potem dojdzie do wniosku, że to może poczekać, na razie ustąpić miejsca osobistej tragedii majętnej rodziny Silvasto. Ze wskazaniem na starszego brata zaginionego, Samuliego, grafika w firmie, w której Saana właśnie zaczęła pracę w charakterze dziennikarki. Kobieta szczerze współczuje temu, naturalnie, zrozpaczonemu mężczyźnie, który, ku jej zaskoczeniu, od razu zapala się do jej pomysłu. Podcast o chłopaku, który przepadł jak kamień w wodę. I tak na naszych oczach równolegle będą się toczyć dwa śledztwa, które prawdopodobnie w końcu spotkają się w tym samym punkcie. Innymi drogami do nie tak znowu zaskakującego rozwiązania zagadki niejednej przedwczesnej śmierci i przynajmniej jednego zaginięcia.

„Człowiek nie żyje poza przyrodą […] Człowiek nie może wybrać, czy będzie z nią związany, czy nie. Jesteśmy jej częścią, nie różnimy się od niej.”

Hikikomori: izolowanie się od społeczeństwa zazwyczaj przez młode osoby płci męskiej. Martwy chłopak znaleziony w rezerwacie przyrody, zdaniem śledczych, mógł być jednym z takich przypadków. Dopiero jego (i jego bardziej luźnych znajomych niż przyjaciół) „Blair Witch Project”, czy raczej „Roy Kuusisto Project” skłonił go do częstszego opuszczania własnego pokoju, odklejenia się od komputera. Samotność w połączeniu ze stanem zwłok Johannesa Järvinena, przynajmniej w pierwszej fazie śledztwa, nie pozwala odrzucić możliwości samobójstwa. Na cele młodzieńca nie ma żadnych widomych oznak przemocy – zupełnie jakby położył się na łonie Matki Natury i zasnął na wieki – ale jeśli przyjrzeć się bliżej można odnieść wrażenie, że odbył się tu jakiś rytuał. Czyżby Johannes oddał się w ofierze jakiemuś leśnemu bóstwu? Pogańskie wierzenia, w których tragicznie zatracił się człowiek na progu dorosłości? Zrobił to sam czy pozwolił, by śmierć sprowadził na niego ktoś inny? Pozwolił czy padł ofiarą ordynarnej zbrodni? W „Kiedy znikają ślady” Eliny Backman myśli Jana Leino nader szybko – zastanawiająco szybko – powędrują w stronę seryjnego mordercy terroryzującego olśniewające wyspy w obrębie stolicy Finlandii. Obok rozdziałów, w większości niedługich, reprezentowanych przez Saanę Havas i Jana Leino (każde oznaczone jednym imieniem) mamy między innymi fragmenty skoncentrowane na wspominanej już emerytce, zazdrośnie strzegącej swojej prywatności właścicielce jednego z domków letniskowych na wyspie Lammaassari oraz wycieczki w nieodległą przeszłości, gdzie rolę przewodnika pełni Jeremias Silvasto. Wypada też wspomnieć o sesjach terapeutycznych prowadzonych przez przyjaciela Jana Leino, które długo mogą się wydawać kompletnie oderwane od fabuły „Kiedy znikają ślady”. Bo jaki związek z domniemanym samotnym drapieżnikiem grasującym w „fińskiej dziczy” i „wyparowaniem” ucznia wyższej szkoły filmowej, może mieć młoda kobieta z niskim poczuciem własnej wartości, która desperacko poszukując jakiejś bratniej duszy dotarła do istnego grzęzawiska? Kiedy miłość miesza się ze strachem. Kiedy wiążesz się z typem spod ciemnej gwiazdy. Pikanterii tym intrygującym spotkaniom dodaje postawa terapeuty. Powiedzmy, coraz mniej profesjonalna, choć to może zbyt daleko idące określenie. Wydaje się jednak, że idzie ku niedobremu. Budzą się „zakazane żądze” (jak w „Nagim instynkcie 2” Michaela Catona-Jonesa?), na horyzoncie pojawia się widmo rozpadu szczęśliwej rodziny, ale nie wiemy na pewno, czy właśnie tak to się skończy. Nic nie wskazuje na to, by pacjentka podzielała uczucia psychiatry, by nawiedzały ją podobne myśli (zabarwione erotycznie). Wszystkie znaki na niebie i ziemi świadczą raczej za tym, że jest ślepo zapatrzona w innego. Wierna swojemu rycerzowi w czarnej zbroi. Życie miłosne Saany Havas też jakby zaczynało się lekko komplikować. Ta niezależna młoda dama, której w przeciwieństwie do tajemniczej pacjentki jej znajomego, samotność nigdy specjalnie nie doskwierała, przeważnie dobrze się czuła także kompletnie sama w swoim niedużym mieszkaniu w Helsinkach, teraz zaczyna tęsknić za towarzystwem. Wychodzi na to, że Jan Leino, chcący czy nie, sprawił, że druga czołowa postać poczytnego cyklu Eliny Backman, zaczęła doceniać bliskość drugiego człowieka. Myślała, że to idealny układ dla niej – on pracoholik, ona lubiąca mieć dużo przestrzeni tylko siebie – ale coraz częściej zastanawia się nad tym, czy jednak nie wolałaby spędzać więcej czasu... ze swoim ukochanym? Miłość czy chwilowe zauroczenie? A jeśli ktoś inny zdążył już skraść jej serce? Jak przyjmie to bez pamięci zakochany detektyw z Centralnego Biura Kryminalnego? Niewtajemniczony w najnowszy internetowy projekt swojej upartej wybranki, która jest świadoma ryzyka, ale nie potrafi stać bezczynnie w obliczu cierpień, jakie niejednej osobie przysporzyło nagłe zniknięcie młodego mężczyzny. Jej determinacja nie osłabnie nawet wtedy, gdy jej obawy nabiorą bardziej realnego kształty. Ktoś cię obserwuje? Tylko kto? Według mnie to najbardziej zaniedbany przez Backman wątek w tej całkiem złożonej sprawie. Po wielu nitkach do dość skromnego kłębka. Niespecjalnie efektywnego (obyło się bez silniejszych wstrząsów), ale poszczególne elementy tej dużej układanki, jak na moje oko, idealnie wskoczyły na wyznaczone przez Backman miejsca. Nienaciągana, spójna opowieść kryminalna, która na szczęście dla mnie, nie odeszła od najbardziej charakterystycznego aromatu „Kiedy umiera król”. Twardy kryminał w magicznej otoczce. Zielona Kraina Czarów. Zapierająca dech w piersiach, ale i niesamowicie mroczna, groźna przyroda. Te niezwykle plastyczne obrazki w „Kiedy znikają ślady” okazały się dla mnie jeszcze bardziej przydatne niż w „Kiedy umiera król”, ponieważ zarówno śledztwo policyjne, jak i prywatna działalność dziennikarki i grafika, nieraz utykały jakby w martwym punktach. Męczące przestoje, ale nie aż tak jak romantyczne chwile głównych postaci. Niemniej zdecydowana większość tego owocu pracy pani Backman upłynęła mi w stanie umiarkowanego zainteresowania, poprzetykanego zainteresowaniem wzmożonym. Jak dla mnie nie tak smaczne jak „Kiedy umiera król”, ale daleko od poprzeczki to na pewno bym tego dokonania nie postawiła. Całkiem interesujące dzieło fińskiej powieściopisarski ponad wszelką wątpliwość szczerze kochającej niezabetonowane, naturalne, zielone przestrzenie na tym okrutnie sponiewieranym globie, a już zwłaszcza w jej ojczyźnie. Nie mam wątpliwości, że Elina Backman wielką patriotką jest; miłość do kraju wprost emanuje z jej bogatych w szczegóły, niemal hipnotycznych opisów.

Mogło być lepiej, ale nie jest źle. Druga odsłona kryminalnego cyklu zdolnej Finki, Eliny Backman, z dziennikarką Saaną Havas i policyjnych detektywem Janem Leino, raczej nie zawiedzie dobrych przyjaciół tej dwójki. Czytelników, którzy mieli niekłamaną przyjemność poznać ich wcześniej. Znajomość „Kiedy umiera król” nie jest konieczna do pełnego zrozumienia treści „Kiedy znikają ślady”, więc zachęcam do lektury tych amatorów gatunku, którzy w tej chwili dysponują jedynie tą drugą literacką pozycją. Nie że jakoś szczególnie gorąco, ale przecież nie mogę nie polecić. Jakiś - mam nadzieję, że niezłośliwy - głosik w mojej głowie dość zawzięcie się o to dopomina.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 15 listopada 2022

„They/Them” (2022)

 

Witajcie na Whistler Camp, w miejscu, które odmieni wasze życie. Odmieni was. Postarają się o to właściciele tego małego raju na ziemi, Owen i Cora Whistlerowie oraz ich pracownicy. Ludzie, których życiowym powołaniem jest naprawianie młodych, straszliwie pogubionych ludzi. Nie lękajcie się, ten obóz konwersyjny różni się od innych. Tutaj nie stosuje się inwazyjnych metod leczenia. Nie straszy ogniem piekielnym, nie odziera z godności. Wszystkich nieheteronormatywnych obozowiczów czekają najlepsze wakacje w ich życiu. W przepięknej leśnej scenerii, w przyjaznej atmosferze starannie podtrzymywanej przez profesjonalnych wychowawców. A to wszystko pod czujnym okiem zamaskowanego zabójcy.

Reżyserski debiut Johna Logana, między innymi scenarzysty „Sweeneya Todda: Demonicznego golibrody z Fleet Street” Tima Burtona i współscenarzysty „Obcego: Przymierza” Ridleya Scotta. Historię spisał sam Logan, pod roboczym tytułem „Whistler Camp” - potem została przemianowana na „Rejoice”, by ostatecznie stać się „They/Them” (czyt. „They slash Them”) - z myślą o zagospodarowaniu według niego zaniedbanego terenu w jego ulubionym podgatunku horroru. Nieuleczalny fan kina grozy od niepamiętnych czasów, któremu już w okresie dorastania najbardziej brakowało w nim osób nieheteronormatywnych – tj. w zdecydowanej większość filmowych przypadków, na jakie nastoletni Logan natrafiał, postaci queerowych nie było wcale, ale drobne wyjątki od tej reguły bardziej go raniły, niż cieszyły. Albo ofiary, albo pole do niewybrednych żartów. Długa działalność w branży filmowej bardziej zniechęcała, niż zachęcała go do wszczęcia jakiegoś własnego projektu. Obserwując przy pracy między innymi takie wielkie gwiazdy na reżyserskim nieboskłonie, jak Martin Scorsese, Ridley Scott, Tim Burton i Sam Mendes, John Logan sporo o reżyserowaniu filmów się nauczył, a już przede wszystkim tego, że to bardzo ciężka praca. Wyzwanie, którego nie miał ochoty podejmować, aż pojawił się Jason Blum, właściciel Blumhouse Productions, amerykańskiej firmy najbardziej parającej się kinem grozy. Blum lekko go popchnął, a wręcz można powiedzieć, że wszczął małą kampanię obliczoną na nakłonienie autora scenariusza gueerowego slashera do zajęcia także krzesła reżyserskiego. Porównywane głównie do „Piątku trzynastego” Seana S. Cunninghama i „God's Law” Herba i Joego Cremerów pierwsze „pełnoprawne” dzieło Johna Logana po raz pierwszy zostało pokazane w lipcu 2022 roku w Los Angeles, na festiwalu filmowym Outfest, organizacji non-profit zorientowanej na środowisko LGBTQIA+, a już w następnym miesiącu obraz „They/Them” został uwolniony w internecie na platformie Peacock.

Tęczowy camp slasher w wesołym miasteczku dla homofobów. Obozie konwersyjnym od pokoleń zarządzanym przez szanowany ród Whistlerów. Przez kogo szanowany, przez tego szanowany. Rodzice młodych bohaterów „They/Them” Johna Logana najwyraźniej mają pełne zaufanie do charyzmatycznego Owena Whistlera i jego małego zespołu. A przynajmniej na tyle duże, by powierzyć mu swoje rozczarowujące latorośle. Pokolenie Z w całym „przerażającym” kształcie. Ofiary przeklętego liberalizmu, największej zarazy w całej historii ludzkości. Tęczowa propaganda skutecznie mieszająca w głowach bezbronnym boskim stworzeniom. Zgniły Zachód gorszy od faszyzmu. Ale na szczęście są jeszcze tacy ludzie jak Owen i Cora Whistlerowie, niezłomni rycerze potrafiący odkręcić to, co wysłannicy Rogatego zakręcili. Mają panaceum na nieheteronormatywność. Bo homoseksualizm, transseksualizm i inne „wynalazki Zgniłego Zachodu” to choroby, w dodatku takie, które nietrudno zwalczyć. Trzeba tylko chcieć. Chcieć stać się kimś. Kevin Bacon był pierwszym i jak się okazało ostatnim wyborem Johna Logana do roli Owena Whistlera. „They/Them” łączy coś w rodzaju duchowego związku z kultowym „Piątkiem trzynastego” Seana S. Cunninghama, gdzie Bacon miał jeden ze swoich pierwszych filmowych występów. Reżyser i scenarzysta nazwał to „wisienką na torcie”, ale ten fakt nie odegrał żadnej roli w wyborze właśnie tego aktora. Logan potrzebował kogoś, kto w mgnieniu oka potrafi przeistaczać się z misia w węża, z sympatycznego, czarującego osobnika w jadowite stworzenie z morderczym błyskiem w oku. A według niego Kevin Bacon na tym polu spisuje się wprost wyśmienicie. Prawdziwy ekspert od błyskawicznego zmieniania masek. À propos masek. John Logan dokładnie rzecz omówił z Tonym Gardnerem, zdolnym twórcą efektów specjalnych. Zgadzali się co do tego, że przykrycie twarzy tutejszego mordercy powinno być nie tylko upiorne, ale i symboliczne. UWAGA SPOILER Odbicie charakteru, odzwierciedlenie roztrzaskanej psychiki, przepołowionego ducha: jedna połowa twarzy spokojna i pogodna, a druga niepokojąca KONIEC SPOILERA. I odbicie scenerii, którą ta tajemnicza zmora właśnie nawiedziła: maskę wykonano z drewna. Jak to określił John Logan, nie jest to tak elegancki ubiór jak choćby w kultowej slasherowej serii „Krzyk”. Inny styl, inna tekstura. Chropawa, makabryczna, smutna. W szybkich krótkich ujęciach wyglądała mi zupełnie jak ulubiona maska Jasona Voorheesa, ale po dokładniejszych oględzinach zrozumiałam, że uległam nieprawdopodobnemu złudzeniu. Przypadek? Nie sądzę. Myślę, że to była świadoma gra z widzem, który choćby raz w życiu odwiedził Camp Crystal Lake. Wystarczy spojrzeć na bramę wjazdową, czy jak kto woli drewnianą konstrukcję z nazwą i rzekomym mottem pseudoterapeutycznego leśnego ośrodka Whistlerów, by porzucić wątpliwości. Ale na wszelki wypadek w scenariusz uwzględniono jedną wypowiedź na temat niesławnego Jasona. „They/Them” z jednej strony wydaje się być jak najgorszą propozycją dla osób uprzedzonych do LGBTQIA i innych takich, ale z drugiej mam podejrzenie graniczące z pewnością, że to miejsce wprost skrojone pod wymagania przynajmniej niektórych z nich. Czułam się jak w mokrym śnie najzagorzalszych homofobów. Nie, to nie sen. Tak zwana terapia konwersyjna to autentyczna metoda szkodzenia, oj przepraszam, leczenia niesłusznych orientacji seksualnych. Słuszny jest tylko heteroseksualizm; jedyny dopuszczalny model przez jakąś część globalnej populacji.

Powitalne przemówienie Owena Whistlera to coś w rodzaju środka na odstresowanie. Odkłamywanie mitów na temat terapii konwersyjnej. Ciepły człowiek, który naprawdę rozumie i potrafi zwalczyć problemy młodych ludzi z seksualnością. Okaże im szacunek, jakiego zapewne nie zaznali we własnych czterech ścianach. Sprawi, że pokochają siebie. Takich, jakimi są? Prędzej takich, jakimi chcąc ich widzieć inni. Na przykład ich rodzice, których nadzieje sromotnie zawiedli. Jordan, osoba niebinarna i transseksualna (w tej przekonującej kreacji Theo Germaine, który w rzeczywistości też jest transseksualistą), czołowa pozytywna postać „They/Them” Johna Logana, najwyraźniej nie daje się zwieść tym gładkim słówkom. W każdym razie nie opuszcza gardy, zachowuje czujność w kontaktach właściwie ze wszystkimi pracownikami Whistler Camp. Z „dobrym wujaszkiem”, „złą ciotką”, narcystycznym mięśniakiem, „jego” zołzowatą Barbie, a nawet z wrażliwą pielęgniarką. Sęk w tym, że Jordan nie żyje w zgodzie z samym sobą. Nie jest wyemancypowany, a niewykluczone, że Owen i spółka faktycznie potrafią go wspomóc w osiągnięciu tego celu. Może powinien dać im szansę? Czy Jordan przypadkiem nie dokonuje swoistego autosabotażu? Rozmowa z doktor Corą najbardziej da mu do myślenia. Jestem nikim na własne życzenie. A zatem to był wybór? Nie, tak, może. Ten mętlik w głowie może rozwiązać utwór z repertuaru Pink. Scenka jak z taniego musicalu, jeden z najbardziej krytykowanych elementów „They/Them”. A mnie oczarował. Zabawny, ale i ładnie wpasowany w koncepcję spontaniczny występ we wspólnej sypialni (nie tylko) chłopców. Wszystkie domki są drewniane, ale obozowicze mają zdecydowanie mniej prywatności od opiekunów obozu. Co prawda nie wszyscy zapalili się do tego pomysłu, ale reżyser uparł się, aby zarówno w sypialni chłopców, jak i dziewcząt zamontować więcej szkła. Tak żeby widzowie czuli się trochę jak w akwarium i oczywiście mieli oko na mroczny las, po którym najpewniej cały czas krąży zamaskowany intruz. Niełatwo było kręcić w takich warunkach, co przyznał John Logan, ale moim zdaniem wysiłek się opłacił. Przeżyłam naprawdę niekomfortowe chwile w tych bezwstydnie odkrytych wnętrzach. Nie wiem co gorsze: zero intymności, stale na widoku pracowników Whistler Camp czy nieodstępujące mnie przekonanie, że już zaraz, już za chwilę za oknem zmaterializuje się opętany żądzą mordu człowiek w upiornej masce? Powiedziałabym, że „They/Them” ma wszystko, czego szukam w kinie slash, gdyby nie jeden szczegół. Ot, bagatela – długo przyszło mi czekać na zagęszczenie ruchów przez tego, który nieśpiesznie (a jakże!) kroczy po tym już i tak mało gościnnym terenie. Nie powiem, z otwartymi ramionami przyjmowałam jego nieśmiałe wejścia (najwięcej niewidzialnych mrówek przebiegło mi po plecach podczas przymusowego nocowania naszych obozowiczów bezpośrednio pod rozłożystymi koronami drzew, na gołej ziemi, gdzie musi aż roić się od robactwa), ale myślę, że środkowa partia nie ucierpiałaby, gdyby nieco szczodrzej pochlapać ją sztuczną krwią. Dodać choć jedno zabójstwo, tak dla rozruszania towarzystwa:) jeśli już nie tego na ekranie, to chociaż bezsilnych obserwatorów nieubłaganie postępującego koszmaru w odizolowanym zielonym zakątku, w którym rzecz jasna nie mogło też zabraknąć, nazwijmy to, młodszego braciszka Crystal Lake. Ani to szczególnie kreatywne, ani nadzwyczaj drastyczne - kamera ma frustrujący zwyczaj uciekania z miejsc właśnie dokonujących się zbrodni. Śmierć często przychodzi poza kadrem, a na pocieszenie, jakkolwiek dziwnie to brzmi, dostajemy nie tak znowu wstrętne zdjęcia zakrwawionych, upiornie bladych, mogłabym przysiąc, że przeraźliwie zimnych zwłok. Kto zobaczy ten na pewno odgadnie, która z tych w zamierzeniu odrażających ekspozycji zrobiła na mnie największe wrażenie. Niepokojąca inscenizacja. „They/Them” Johna Logana w mojej ocenie lepiej się spisuje w przestrzeni społeczno-obyczajowej. Do tego zgrabne operowanie światłem i cieniem, cierpliwe i konsekwentne intensyfikowanie napięcia w zwodniczo bajecznym krajobrazie. Podskórna obawa, która na wierzch wypełza głównie nocą, ale tak naprawdę nawet w pełnym świetle dziennym ciężko mi się tutaj oddychało. Po namyśle chyba mogę ekipie od „They/Them” wybaczyć ostrożne przemykanie na palcach po szkarłatnej glebie, asekuranckie obchodzenie się ze zbukiem zwanym gore. A postacie? Też powyżej oczekiwań. Zauważyłam, że ostatnio idzie ku lepszemu, ale ten podgatunek horroru jeszcze nie zdążył przyzwyczaić mnie do tak bliskich spotkań z ludźmi. Suchych informacji niewiele, żadne tam wyczerpujące biografie – halo, to nadal slasher – ale to już nie są te papierowe sylwetki, z których ten nurt horroru (nie)słynie. Nie tak zdystansowane spojrzenie na ludność danego świata przedstawionego. Intymniej.

Skoro jest tak dobry, to dlaczego mówią, że jest tak zły? Pierwsze reżyserskie osiągnięcie Johna Logana, amerykański camp slasher „They/Them” nie zaskarbił sobie wielu sympatyków. Można śmiało powiedzieć, że póki co zbiera potężne cięgi od publiki. Jest i trochę przychylnych spojrzeń, ale właśnie tylko trochę. Najbardziej znienawidzony tegoroczny film grozy? Istnieje takie niebezpieczeństwo. A ja jak zwykle w mniejszości. Pogratulowałam sobie wyboru i nabrałam ogromnego apetytu na kolejne gatunkowe owoce Johna Logana. Nie, to nie jest żart.

niedziela, 13 listopada 2022

Zakupy

 
Kupka ostatnio zakupionych książek. „Tygrys tu, tygrys tam...” antologia opowiadań między innymi Stephena Kinga, Richarda Mathesona, R.L. Stine'a, Ambrose Bierce'a, Raya Bradbury'ego, Roberta Blocha, Ramseya Campbella i Joan Aiken; pierwsza część „Kroniki Blackstone” Johna Saula, autora choćby upiornej „Rzezi niewiniątek”; głośny „Pokój Naomi” irlandzkiego powieściopisarza Denisa M. MacEoina opublikowany pod pseudonimem Jonathan Aycliffe; „Imperium lęku” Briana Stableforda, na który po raz pierwszy zwróciłam uwagę w dzieciństwie – przyciągnęła mnie okładka (cudna, nieprawdaż?), pamiętam jednak, że nie dobrnęłam do końca, ale może teraz się uda; i niewiele, niewiele innych.
 

Antologia „Tygrys tu, tygrys tam...”
Jonathan Aycliffe „Pokój Naomi” 
Isabel Abedi „Whisper. Nawiedzony dom”
James Herbert „Nikt naprawdę”
John Saul „Oko za oko: Lalka”
Brian Stableford „Imperium lęku”
 

 
John Wyndham „Przebudzenie Krakena”
John Wyndham „Kłopoty z nieśmiertelnością”
Jeff Noon „Wurt / „Okruchy z Pałacu Snów: trzy piórka Wurta”
Jonas Winner „Murder Park. Park morderców”
Victoria Aveyard „Niszczyciel królestw”
Peter Gallert, Jörg Reiter „Wiara, miłość, śmierć”