Stronki na blogu

niedziela, 17 marca 2019

„Nie bój się ciemności” (1973)

Sally i Alex Farnham niedawno wprowadzili się do domu, który kobieta odziedziczyła po swojej zmarłej babci. Udało im się już przeprowadzić część prac remontowych, ale sporo jeszcze przed nimi. Sally od jakiegoś czasu intryguje zamknięty pokój, którego teraz wreszcie może otworzyć. W środku znajduje zamurowany kominek, którego chce przywrócić do stanu używalności. O pomoc prosi pana Harrisa, stolarza, który wcześniej pracował dla jej dziadków, a teraz wykonuje drobne prace dla niej i jej męża. Mężczyzna jednak stanowczo odmawia, dając jej jednocześnie jasno do zrozumienia, że dla własnego bezpieczeństwa powinna zrezygnować z tego planu. Po jego wyjściu Sally postanawia sama usunąć cegły. Nie zajmuje jej to wiele czasu, ale okazuje się, że to nie wystarczy, by móc korzystać z kominka. Wraz z mężem dochodzi do wniosku, że lepiej go zostawić, bo czyszczenie byłoby zbyt drogie i czasochłonne. Wkrótce Sally nabiera pewności, że w domu są jacyś intruzi starający się ją skrzywdzić.

Horror nastrojowy „Nie bój się ciemności” w reżyserii nieżyjącego już Johna Newlanda, powstał w oparciu o scenariusz Nigela McKeanda, którego natchnął kominek z jego ówczesnego domu. Realizacja filmu trwała trochę ponad dwa tygodnie, a pierwsza emisja odbyła się w październiku 1973 roku na kanale ABC. W 2010 roku ukazał się remake „Nie bój się ciemności” w reżyserii Troya Nixeya i na podstawie scenariusza Matthew Robbinsa oraz Guillermo del Toro. Ten ostatni w jednym z wywiadów zdradził, że w dzieciństwie oryginał wywarł na nim ogromne wrażenie. Wraz z braćmi zabawiali się udawaniem istot z „Nie bój się ciemności” - chodzili po domu nawołując Sally. Z istot tych nie był natomiast zadowolony Nigel McKeand, który to twierdził, że w jego wersji były one większe, szybsze i bardziej demoniczne.

„Nie bój się ciemności” Johna Newlanda zaczyna się jak klasyczna ghost story – dowiadujemy się, że małżeństwo Farnhamów niedawno wprowadziło się do XIX-wiecznego domu skrywającego jakąś mroczną tajemnicę. Już wówczas nie ma się żadnych wątpliwości, że niebezpieczeństwo tkwi w kominku, który to przed laty został zamurowany przez mężczyznę o nazwisku Harris, pracującego obecnie dla Farnhamów. Film trwa siedemdziesiąt parę minut, a więc wszystko rozgrywa się stosunkowo szybko – nie ma czasu na długie wprowadzenie, powolne budowanie atmosfery tajemniczości wypływającej ze starego kominka znajdującego się w domu odziedziczonym przez Sally Farnham po babci. Główna bohaterka „Nie bój się ciemności” już na wstępie nieświadomie uwalnia zło gnieżdżące się w kominku. My, widzowie, nie mamy żadnych wątpliwości, że pozbywając się cegieł sprowadziła na siebie i być może innych ogromne niebezpieczeństwo, że, jak to zwykle w horrorach bywa, nie należało ignorować ostrzeżeń, bez względu na to jak wariacko one brzmiały. Do motywu przeprowadzki do nowego domu (a ściślej urządzania się w nowym lokum) szybko więc dołącza kolejny dobrze znany miłośnikom gatunku motyw przestrzegania bohaterów przed jakimś niebezpieczeństwem przez, w tym przypadku starszego człowieka, stolarza nazwiskiem Harris. Zaskakujące dla żadnego, choćby tylko średnio zaznajomionego z gatunkiem, odbiorcy „Nie bój się ciemności”, nie powinno być też to, że Sally nie bierze sobie do serca przestróg pana Harrisa. I w sumie trudno się jej dziwić, bo czy ktokolwiek z nas uwierzyłby w to, że w kominku żyje coś, czego dla swojego własnego bezpieczeństwa lepiej nie uwalniać? Stolarz nie mówi co tam jest, ale Sally z jego słów wnioskuje, że chodzi mu duchy jej przodków, w które oczywiście, tak samo jak jej mąż, zwyczajnie nie wierzy. Też bym nie wierzyła, ale to w realu – wstępne sceny „Nie bój się ciemności” śledziłam w przekonaniu, że nie słuchając Harrisa, Sally popełnia ogromny błąd. Błąd, który byłam tego pewna (i każdy, kto sięgnie po omawiany film od początku będzie tak myślał), sprawi, że nie będzie już mogła czuć się bezpiecznie we własnym domu. Podczas gdy ona będzie zmagać się z narastającym poczuciem zagrożenia, jej męża Alexa będzie zaprzątać głównie praca. Mężczyzna wkrótce może zostać wspólnikiem w firmie, w której od lat ciężko pracuje. Musi tylko jeszcze tej jeden raz się wykazać, wykorzystać szansę, którą właśnie dostał, a która wiąże się z koniecznością wyjazdu z miasta na dwa dni. Wcześniej jednak on i jego żona wydają kameralne przyjęcie, na które został zaproszony między innymi szef Alexa. Farnhamowi bardzo zależy na tym, by wszystko przebiegło gładko. Wszystkimi przygotowaniami ma zająć się jego żona, która to chętnie bierze na siebie to zadanie. W „Nie bój się ciemności” mamy tradycyjny podział ról w małżeństwie – mężczyzna pracuje, a kobieta zajmuje się domem – co nie jest niczym nadzwyczajnym, jeśli weźmie się pod uwagę wiek rzeczonej produkcji. Niektórzy odbiorcy filmu Johna Newlanda dopatrzyli się w niej wręcz ech lęku ówczesnego społeczeństwa przed zmianami, jakie już wówczas zachodziły w Stanach Zjednoczonych, obaw przed zmianą roli kobiety w małżeństwie. Ja takiego podtekstu w „Nie bój się ciemności” nie dostrzegłam (co nie znaczy, że go nie ma) – odnotowałam za to, bo i ciężko tego nie zauważyć, że Sally ma coraz mniej zrozumienia dla pracoholizmu męża. Marzy o tym, by Alex więcej czasu spędzał w domu, żeby poświęcał jej więcej uwagi, co według niego nastąpi gdy zostanie wspólnikiem. Mężczyzna przekonuje ją, że wówczas nie będzie już musiał tyle czasu spędzać poza domem. To działa na Sally mobilizująco – wie, że od wydawanego przez nich przyjęcia wiele zależy, że jeśli chce zmienić swoje życie na lepsze musi się postarać. Okazuje się jednak, że przed Farnhamami stoi jeszcze jedno nieporównanie większe wyzwanie, próba, w której stawką jest życie Sally.

Nie dziwi mnie rozczarowanie scenarzysty „Nie bój się ciemności”, Nigela McKeanda, na widok zagrożenia, które wylazło z kominka. Istoty niechcący uwolnione przez Sally niektórym kojarzą się z meenlockami, postaciami z gier RPG, ja natomiast patrząc na nie myślałam o gnomach. W każdym razie czymś w ten deseń. Nie mogę zrozumieć, dlaczego zdecydowano się na coś takiego, dlaczego nie pchnięto fabuły w bardziej tradycyjnym kierunku. „Nie bój się ciemności” w moich oczach jest bowiem kolejnym dowodem na to, że silenie się na oryginalność (ewentualnie coś mniej powszechnego) zazwyczaj przynosi więcej szkody niż pożytku. Gdy pomyślę jak, może niekoniecznie wspaniale, ale przynajmniej dobrze by się ten film prezentował, gdyby postawiono na jedno z najbardziej wyeksploatowanych zagrożeń w kinie grozy, to ogarnia mnie wściekłość. Myślę oczywiście o duchach wrogo nastawionych do osób żyjących, do nowych właścicieli leciwego domostwa, w którym to te pierwsze gnieździłyby się od dawien dawna. Od momentu gdy po raz pierwszy zobaczyłam te pokurcze, nie mogłam się nadziwić postawie Sally. Dlaczego ta dorosła kobieta tak bardzo bała się tak małych istot? Mnie momentami zmuszały do śmiechu (sekwencja z wieszakiem i pułapką zastawioną u szczytu schodów), ale najczęściej czułam zażenowanie, zupełnie jakbym to ja odpowiadała za stworzenie czegoś tak strasznie tandetnego. Chociaż z drugiej strony z remake'u pamiętam coś jeszcze gorszego... W każdym razie najbardziej szkoda mi było tego magicznego klimatu, w budowaniu którego ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Billy'ego Goldenberga odgrywała nie mniej ważną rolę niż zdjęcia autorstwa Andrew Jacksona. Obraz co prawda miejscami był zbyt ciemny (tak bardzo, że prawie nic nie było widać), ale przez zdecydowaną większość czasu mogłam sycić oczy takimi zdjęciami, które w latach 70-tych XX wieku były na porządku dziennym, takimi, których we współczesnym kinie, niestety, ze świecą można szukać (teraz w modzie jest przede wszystkim plastik). Jest mglisto, ponuro, posępnie, nawet w pełnym świetle dziennym, dlatego że zdjęcia są wyblakłe: wyglądają trochę tak jak stare fotografie, często przeglądane przez sentymentalne dusze. Och, jak ja uwielbiam tę magię starego kina grozy – tę, którą „Nie bój się ciemności” również tchnie, aczkolwiek nie z aż taką siłą, do jakiej przyzwyczaiło mnie kino grozy z lat 70-tych i 80-tych. A wszystko przez te cudaczne stworki hasające po wybudowanym w XIX wieku domostwie zajmowanym obecnie (tj. w okresie, w którym osadzono tę opowieść) przez małżeństwo Farnhamów. Jim Hutton według mnie dużo lepiej odnalazł się w roli Alexa niż Kim Darby w postaci Sally. W grze tej ostatniej raz boleśnie brakowało mi emocji (marmurowe oblicze nieadekwatne do sytuacji), a innymi razy wpadała w tak denerwującą egzaltację, że aż tęskniło się za tą jej daleko idącą powściągliwością w ukazywaniu jakichkolwiek uczuć. W największą przesadę Sally wpada podczas przyjęcia, które ona i mąż wydają we własnym, nie do końca jeszcze wyremontowanym domu. Doprawdy niezapomniany widok – tak groteskowy, tak rażąco sztuczny, że na pewno szybko nie uda mi się wyrzucić go z pamięci. Tak samo jak tych kiczowatych stworków, którym to Sally, nie wiedzieć czemu, wzdragała się stawić czoła, których tak bardzo się obawiała. Bo wydaje mi się, że pozbycie się tychże byłoby łatwiejsze niż pozbycie się szczura, który zadomowił się w domu. Tak, szczury są zdecydowanie sprytniejsze... i słodkie, czego na pewno nie mogę powiedzieć o potworkach z „Nie bój się ciemności”. Lęku ani wstrętu nie budzą, demonicznie się nie prezentują, nie mamy tutaj do czynienia z tego typu szkaradami, które wydają się wyrastać z najgorszych koszmarów sennych. Nie są śliczne owszem, ale nie jest to takie szkaradzieństwo, które doskonale pasuje do pełnokrwistego horroru. Moim zdaniem stworki te lepiej by się sprawdziły w jakimś horrorze komediowym albo filmie fantasy skierowanym głównie do młodszych widzów. Bo na ten obraz moim zdaniem zadziałały szkodząco, chociaż nie w aż takim stopniu, żebym nie czerpała absolutnie żadnej przyjemności z atmosfery panującej w domu Farnhamów (gdzie zamknięto większą część tej historii) i poza nim, włącznie ze scenami kręconymi w słoneczne dni. A finał nawet mnie zaskoczył. Z lekka, ale zawsze. UWAGA SPOILER Bo po tak ugrzecznionym horrorze, po filmie grozy kręconym dla telewizji spodziewałam się mdłego happy endu, a tutaj proszę: mamy zgubę. I to nie byle kogo, bo pierwszoplanowej bohaterki KONIEC SPOILERA.

Oryginał czy remake? Oto jest pytanie, co? Powiem tak: na żadnym z tych filmów nie bawiłam się przednio, ale jako że wyżej cenię sobie praktyczne efekty specjalne od CGI i preferuję, że tak to ujmę, starsze klimaty, zwłaszcza te spotykane w horrorach z lat 70-tych i 80-tych XX wieku, to wybieram „Nie bój się ciemności” w reżyserii Johna Newlanda. Stawiam na pierwowzór, chociaż zachwycona nim nie jestem. Absolutnie nie jest to ten poziom kina grozy siódmej dekady XX wieku, do którego zdążyłam się przyzwyczaić. Spodziewałam się czegoś dużo lepszego, a więc tak na dobrą sprawę spotkało mnie rozczarowanie. A mimo to wolę oryginał od wersji współczesnej...

piątek, 15 marca 2019

Zakupy

Poniżej przedstawiam te z zakupionych przeze mnie książek, które zostały skazane na leżakowanie. Niektóre z nich już od kilku miesięcy czekają na półce na swoją kolej, która to przecież w końcu musi nadejść... Niestety, nie ma kiedy tego przeczytać, ale ten fakt bynajmniej nie powstrzymuje mnie przed sporządzaniem listy dalszych zakupów książkowych. Bo trzeba mieć co czytać w sezonie ogórkowym, prawda? A póki co mogę co najwyższej sycić oczy widokiem tomików spokojnie leżących sobie na półeczce.

czwartek, 14 marca 2019

Tara Isabella Burton „Obsesja”

Louise Wilson przyjechała do Nowego Jorku, by otworzyć sobie drzwi do kariery pisarskiej, ale jej życie w tym ogromnym mieście ułożyło się zupełnie inaczej. Większość jej czasu pochłaniały nisko płatne prace. Dręczyła ją samotność i ledwo wiązała koniec z końcem. Aż poznała Lavinię Williams, młodą kobietę wywodzącą się z bogatej rodziny, która prowadziła rozrywkowy tryb życia. Przyjaźń z nią nie jest łatwa, ale Louise bardzo ją sobie ceni. Właściwie to trudno jej już wyobrazić sobie życie bez Lavinii. Przy niej Louise staje się zupełnie inną kobietą. Lavinia wprowadza ją do swojego towarzystwa i pokazuje jak wygląda nocne życie Nowego Jorku. Suto zakrapiane alkoholem imprezy i spełnianie wszystkich zachcianek Lavinii to nowa rzeczywistość Louise. Ma ona swoje wady, ale Louise i tak nie zamieniłaby jej na żadną inną. A już na pewno nie chciałaby wrócić do dawnego trybu życia. Pytanie, jakie granice jest gotowa przekroczyć, aby utrzymać się w tym nowym dla niej świecie?

„Obsesja” to debiutancka powieść Amerykanki Tary Isabelli Burton, która wcześniej zajmowała się pisarstwem podróżniczym. Jej prace na temat religii i kultur z różnych rejonów świata publikowano między innymi w „National Geographic”, „The Wall Street Journal” i „The Telegraph”, a obecnie pracuje dla kanału informacyjnego Vox. Jej pierwsza powieść została przetłumaczona na wiele języków i doceniona przez krytykę. Znalazła się między innymi na listach polecanych książek sporządzonych przez Barnes and Noble, „The New York Times” i „New York Post”. Na 2019 rok zaplanowano wydanie jej książki non-fiction, zatytułowanej „Strange Rites: cults and Subcultures After the Death of God”.

Nie od dziś wiadomo, że imprezowy styl życia ma właściwości uzależniające. Bardzo łatwo się w nim zatracić, trudniej go porzucić. Louise Wilson przekona się o tym na własnej skórze. Ta dobiegająca trzydziestki kobieta wkrótce pozna uroki nocnego życia w Nowym Jorku, gdzie wszystko wydaje się być możliwe, zwłaszcza jeśli przy swoim boku ma się charyzmatyczną osobowość, która nie musi przejmować się pieniędzmi. Lavinia Williams nie musi pracować, bo rodzice dbają by niczego jej nie brakowało. Ta dwudziestotrzyletnia kobieta może szastać pieniędzmi, zaspokajać wszystkie swoje zachcianki, ale i zapewniać wygodne życie kobiecie, która nigdy nie mogła sobie pozwolić na nieprzemyślane zakupy. Przyjaźń z Lavinią poniekąd daje Louise swobodę finansową. „Poniekąd”, bo stosunkowo szybko okazuje się, że tryb życia niejako narzucony jej przez Lavinię mimo wszystko naraża Louise na spore wydatki. Tara Isabella Burton na kartach „Obsesji” tworzy obraz toksycznej przyjaźni dwóch młodych kobiet, które przynajmniej na początku znacznie się od siebie różnią. Louise Wilson jest rozważną, odpowiedzialną, ciężko pracującą osobą, która marzy o zostaniu pisarką, ale kiepska sytuacja materialna już jakiś czas temu mocno osłabiła jej determinację. Chroniczny brak czasu i nieustanne zmęczenie natchnęły ją poczuciem beznadziei, odebrały chęci do realizowania planu, z którym przybyła do Nowego Jorku. Louise bynajmniej nie jest pierwszą i na pewno nie ostatnią ambitną młodą osobą, którą po przyjeździe do tej wiele obiecującej metropolii spotkało okrutne rozczarowanie. Można powiedzieć, że Nowy Jork ją przeżuł i wypluł... A potem na drodze Louise pojawiła się kilka lat młodsza od niej Lavinia Williams, która w krótkim czasie odmieniła jej życie. Tylko czy aby na pewno na lepsze? Ta szastająca pieniędzmi rodziców, robiąca wszystko na co ma ochotę i przyciągająca do siebie ludzi jak magnes, młoda kobieta, wciąga Louise do swojego świata i bynajmniej nie musi do tego używać siły. Louise bowiem wydawała się tylko czekać na taką szansę, tęsknić za swobodą, której tak naprawdę nigdy nie miała. Co innego Lavinia – ona z kolei nigdy nie musiała zmagać się z problemami dnia codziennego dobrze znanymi tzw. zwykłym śmiertelnikom. Lavinia tak na dobrą sprawę nigdy nie dorosła, bo i nie musiała. Krótko mówiąc Burton przedstawia nam rozpieszczonego dzieciaka w ciele dwudziestokilkuletniej kobiety, która wprost uwielbia być w centrum uwagi i jest przyzwyczajona do tego, że inni są gotowi zrobić wszystko, o co ich poprosi. Autorka „Obsesji” czyni trochę starań, by ocieplić wizerunek Lavinii – daje do zrozumienia, że jej osobowość jest bardziej złożona, że nosi ona w sobie cechy postaci tragicznej, że nie jest tak zepsuta, jak może się wydawać na początku książki. Początkowo Lavinia jawi się niczym zwykła egoistka, wyrachowana manipulantka, bezlitośnie wykorzystująca ludzi, którym na niej zależy, po czym bez mrugnięcia okiem wyrzucająca ich ze swojego życia. Jeśli jednak wejrzeć w nią głębiej, można dostrzec w niej cechy, które do pewnego stopnia przeczą temu pierwszemu wrażeniu. Trudno jednak przedrzeć się przez tę zewnętrzną skorupę, wniknąć w jej umysł w stopniu, który można by uznać za w pełni satysfakcjonujący. Obraz Louise jest bardziej szczegółowy, tę postać Burton pozwoliła mi lepiej poznać, ale to nie znaczy, że jej portret choćby zbliżył się do doskonałości. W sensie, że on również nie był kompletny, a i przedzieranie się przez te warstwy jej osobowości, które autorka „Obsesji” zechciała omówić, nie było dla mnie łatwe. Męczył mnie styl obrany przez Tarę Isabellę Burton – nazbyt uproszczony język oraz niewygodna konstrukcja tj. mnóstwo zbędnych akapitów i budowanie fabuły przede wszystkim za pośrednictwem dialogów (fragmentów opisowych dla mnie było tutaj zdecydowanie za mało). Dialogów, które nie obfitują w detale i co jeszcze gorsza część z nich wydawała mi się niedopasowana do sytuacji. Wpychanie w to cytatów z ponadczasowych dzieł różnych poetów także nie ułatwiało mi przechodzenia przez kolejne etapy historii wymyślonej przez Burton, głównie dlatego, że mocno gryzło mi się to z prostackimi odzywkami poszczególnych postaci, z tym ich zwyczajowym językiem.

Nie potrafię jednoznacznie ocenić debiutanckiej powieści Tary Isabelli Burton. Mam do niej ambiwalentny stosunek, bo na jednej szali jest styl, który nielicho mnie wymęczył, a na drugiej interesujące ramy fabularne, wzbudzający ciekawość zarys opowieści, który w dodatku zawiera czytelny i trafny komentarz społeczny oraz w w miarę makabryczny zwrot akcji. Chociaż chyba bardziej pasuje tutaj słowo „makabreska”, ponieważ nawet z tak tragicznej serii wydarzeń wypływa trochę czarnego humoru. „Nawet”, bo Burton często pozwala sobie na ironiczne, całkiem zabawne komentarze, które pomijając wszystko inne podkreślały groteskowość niektórych sytuacji. Szkoda, że autorka „Obsesji” nie poszła dalej, że nie pchnęła akcji w kierunku UWAGA SPOILER obranym chociażby w „Mrocznym instynkcie” w reżyserii Joego D'Amato, bo nadzieję na coś w ten deseń we mnie wzbudziła (pomyślałam też o przechowywaniu jakiejś części ciała w mieszkaniu, jak w pewnym filmie Lamberto Bavy, tytułu którego nie podam na wypadek, gdyby czytał to ktoś, kto jeszcze tego filmu nie widział) KONIEC SPOILERA. Ale i taki (łagodniejszy) przebieg wydarzeń przyniósł mi trochę emocji, które jednak byłyby zdecydowanie silniejsze, gdyby spisano to w bardziej wyczerpujący sposób. I gdyby akcja nie była tak boleśnie porwana – według mnie wkradł się w to niemały chaos, wyglądało mi to trochę tak, jakby autorka nie mogła się zdecydować, czy chce mówić przede wszystkim o imprezowym stylu życia w Nowym Jorku, czy snuć klasyczną opowieść o niszczącej obsesji, uzależnieniu od drugiej osoby i od bezproduktywnego stylu życia. Są w „Obsesji” wątki osadzone w konwencji thrillera, wyrastające z tradycji tego gatunku, ale i doprawione odrobiną inwencji autorki, jednakże historia ta nader często i nazbyt gwałtownie zbacza na doprawdy nużące tory, którymi są suto zakrapiane alkoholem imprezy w gronie niewzbudzających sympatii ludzi, którzy zwykli zachowywać się tak jakby jutro miało nigdy nie nadejść. Romanse, pijackie wynurzenia, huczne balangi, wspólne wypady na miasto nieustannie nęcące fałszywymi obietnicami i kupowanie wszystkiego, czego tylko dusza zapragnie – o takim życiu rozpisuje się tutaj Tara Isabella Burton, i samo w sobie nie byłoby to takie złe, gdyby tak często nie pozwalała, by te wątki przykrywały wszystko inne. Nawet motyw przewodni nierzadko jest tutaj spychany poza margines – zamiast bardziej skoncentrować się na budowaniu napięcia w związku ze stopniowym grzęźnięciem jednej z postaci „Obsesji” w istnym bagnie, Burton miota się w tym odmóżdżającym imprezowym życiu, które (i to ma być jeden z morałów) zawsze ma identyczny przebieg. Z drugiej jednak strony pozwala by wspomniany wyżej trafny komentarz społeczny wybrzmiał nader głośno. To całkiem ciekawa, i mam nadzieję, że co poniektórym da ona trochę do myślenia, podwalina pod tę opowieść o niszczącym uzależnieniu, o niespodziewanym wkroczeniu na zbrodniczą ścieżkę i uporczywych staraniach w kierunku uniknięcia, jak pewnie będzie się wydawać czytelnikom, nieuchronnej kary. UWAGA SPOILER Co w tych naszych skomputeryzowanych czasach nie jest znowu takie trudne – zwłaszcza jeśli mówimy o osobach, które prowadzą tak intensywne wirtualne życie, że wielu ludziom może się ono wydawać bardziej prawdziwe od życia w realu. A więc wychodzi na to, że powołać do życia można dowolnie wybraną wymyśloną, czy niegdyś faktycznie żyjącą osobę. Wystarczy założyć jej profile na portach społecznościowych i voila: człowiek jak żywy. Nawet sam Frankenstein nie powstydziłby się takiego dzieła KONIEC SPOILERA.
 
Myślę, że „Obsesją” Tary Isabelli Burton powinni zainteresować się przede wszystkim ci miłośnicy literackich thrillerów psychologicznych, do których przemawia maksymalnie uproszczony styl, którzy nie mają nic przeciwko budowaniu akcji w większym stopniu za pośrednictwem dialogów niż przy pomocy dłuższych fragmentów opisowych. Ale i ci fani wspomnianego gatunku, którzy potrafią przymknąć oko na te, z ich punktu widzenia, mankamenty, według mnie mogą zaryzykować lekturę debiutanckiej powieści Burton, choćby dla niektórych składników fabularnych, tj. tych wątków, które egzystują w ramach klasycznego thrillera, bo niestety przewijają się też tutaj wydarzenia, które jeśli nawet mają w sobie jakieś znamiona dreszczowca, to są one mało dostrzegalne/odczuwalne. Ja znalazłam tutaj co nieco dla siebie. Chociaż tyle, bym nie musiała jakoś mocno przymuszać się do lektury, ale do dosyć szerokiego grona sympatyków „Obsesji” Tary Isabelli Burton dopisać się nie mogę. Jakoś się to czytało, ale nie aż tak dobrze, żeby dołączyć do chóru tych wszystkich zachwytów płynących z różnych stron świata, nie tylko z rodzimych autorce Stanów Zjednoczonych.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 12 marca 2019

„The Clovehitch Killer” (2018)

Szesnastoletni Tyler Burnside mieszka wraz z rodzicami i młodszą siostrą w małym miasteczku w stanie Kentucky. Jego ojciec Don prowadzi miejscową drużynę skautów, do której Tyler również należy, a ponadto chłopak jest wolontariuszem w lokalnym kościele, często odwiedzanym także przez jego bliskich. Szokujące odkrycie dokonane w samochodzie należącym do Dona burzy szczęśliwe dotychczas życie nastolatka. Tyler zaczyna podejrzewać, że jego ojciec jest seryjnym mordercą zwanym Clovehitchem, który ma na sumieniu co najmniej dziesięć istnień. Od dziesięciu lat nie dał znaku życia, ale rówieśnica Tylera, Kassi, nie traci nadziei, że uda jej trafić na jego trop. Chłopak łączy z nią siły, w nadziei, że jego podejrzenia względem własnego ojca okażą się bezpodstawne.

Amerykański thriller psychologiczny „The Clovehitch Killer” został wyreżyserowany przez Duncana Skilesa, na podstawie scenariusza Christophera Forda, między innymi współscenarzysty „Klauna” Jona Wattsa. Film kręcono w stanie Kentucky, w którym to również rozgrywa się akcja filmu, a pierwszy jego pokaz odbył się we wrześniu 2018 roku na Los Angeles Film Festival. W listopadzie tego samego roku film trafił na ekrany amerykańskich kin (w ograniczonym zakresie), i chociaż zebrał wiele pozytywnych recenzji, również od krytyków, to komercyjnego sukcesu nie odniósł. Wpływy z biletów sprzedanych w Stanach Zjednoczonych oszacowano na trochę ponad osiem tysięcy dolarów.

„The Clovehitch Killer” to kolejny filmowy thriller, który tchnął we mnie wiarę w to, że serial killer movies jeszcze mogą się odrodzić, że niekoniecznie jest tak, że lata świetności tego typu kina minęły bezpowrotnie. Takie myśli nader często mnie ogarniają, ponieważ zdecydowana większość nowszych filmowych dreszczowców o seryjnych mordercach w moim oczach, delikatnie mówiąc, nie wytrzymuje porównania z tymi starszym, nakręconymi w XX wieku. Ale na szczęście istnieją wyjątki, które rozniecają we mnie iskierkę nadziei na lepsze jutro serial killer movies. „The Clovehitch Killer” jest jednym z tych wyjątków, psychothrillerem, który każe mi sądzić, że jeszcze nie wszystko stracone, że klimatyczne dreszczowce o seryjnych mordercach nadal są w zasięgu filmowców. Duncan Skiles pokazał tym wszystkim twórcom plastikowych thrillerów (horrorów zresztą również), jak powinno się do tego podchodzić. To kolejny reżyser, który udowadnia, że wcale nie potrzeba drogich, wymyślnych środków, by przykuć uwagę widza. Do ekranu mój wzrok przyśrubowały już pierwsze ujęcia – wtopiłam się w tę historię zanim ta na dobre się zaczęła, zanim zapoznano mnie z postaciami i porządnie wprowadzono w temat. Zadbał o to przede wszystkim Luke McCoubrey, człowiek odpowiadający za te doprawdy zachwycające zdjęcia. Wygląda to tak, jakby dążono do uzyskania klimatu zbliżonego do tego, który kojarzy się z kinem z dawnych lat – powiedzmy, że ostatnimi trzema dekadami XX wieku, chociaż gdybym miała coś z tego obstawić, to postawiłabym na lata 70-te. Zdjęcia wyglądają tak, jakby były po paru praniach – kolory zblakły tak bardzo, że oglądając to dziełko czułam się tak, jakbym patrzyła na stare pocztówki, delikatnie trącące sepią. Na początku seansu założyłam więc, że akcja filmu nie toczy się w czasach współczesnych, że oto przeniesiono mnie do drugiej połowy XX wieku, do jakiegoś małego amerykańskiego miasteczka sprzed paru dekad. A potem odkryłam Internet i... Nie napiszę, że wrażenie prysło, bo choć nie mogłam mieć już wątpliwości, że historia ta toczy się w czasach współczesnych (ewentualnie nie jest od nich zbyt odległa), to i tak czułam się jakbym tkwiła w latach 70-tych. Oczywiście, to złudzenie nie było kompletne – filmu nie zrealizowano w dokładnie taki sam sposób, jak to zazwyczaj czyniono niegdyś, nie ma się złudnego wrażenia obcowania z thrillerem nakręconym w którejś z trzech ostatnich dekad XX wieku, ale smaczek retro jest na tyle wyraźny, że łatwo zapomnieć, iż akcja filmu rozgrywa się w czasach współczesnych. Kolorystyka zdjęć to jedno, ale nie bez znaczenia był dla mnie również sposób opowiadania tej historii. Powolna, skupiona na szczegółach narracja, która ani razu (powtarzam: ani razu) nie otarła się o marazm. Niby nic się nie dzieje, niby nie ma w tym gwałtowności, niby trzyma się nas z dala od graficznej przemocy (gore), ale to na co patrzymy, nie jest tożsame z tym co czujemy. Towarzyszymy głównie szesnastoletniemu Tylerowi Burnside'owi, pobożnemu chłopcu, któremu przyjemność sprawia pomaganie innym. Chyba nie sposób nie polubić tego młodego człowieka, bardzo wiarygodnie wykreowanego przez Charliego Plummera, a więc i trudno nie odbierać jego niedoli niemalże osobiście. Chłopak ma dosyć nietypowy problem, chociaż to pewnie zbyt mało powiedziane. Jego życie nagle zaczyna trząść się w posadach, na skutek podejrzeń, jakie zaczyna żywi względem swojego własnego ojca. Człowieka, którego darzy bezgraniczną miłością, który jest mu przyjacielem, którego dotychczas uważał za swój autorytet, i który zawsze mocno go wspierał. Don (doskonała kreacja Dylana McDermotta), bo tak ma na imię ojciec Tylera, cieszy się szacunkiem w miasteczku, w którym mieszka wraz ze swoją rodziną. Ludzie, którzy go znają mają o nim jak najlepsze zdanie - wzorowy obywatel Stanów Zjednoczonych, przykładny ojciec, pomocny sąsiad, krzewiący chrześcijańskie wartości, wielce sympatyczny człowiek, który chętnie działa na rzecz miasteczka. Istny wzór cnót można by rzec... Na tym obrazie pojawiają się jednak pewne rysy. Nic ważnego – ot, całkiem możliwe, że w przeszłości człowiek ten pozbawił życia co najmniej dziesięć kobiet, po tym jak już napatrzył się na ich związane ciała, które uwieczniał również na zdjęciach... Takie podejrzenia względem ojca wkrótce zacznie żywić nastoletni Tyler. Możliwe jednak, że chłopak wyciąga błędne wnioski, że zanadto ponosi go wyobraźnia, na co zresztą mocno liczy.

W Internecie można znaleźć informację, że „The Clovehitch Killer” mógł zostać zainspirowany przypadkiem Dennisa Radera, zwanego BTK, autentycznego seryjnego mordercy działającego w latach 1974-1991. Ale nawet jeśli, to widz będzie musiał trochę poczekać na danie mu jasnej odpowiedzi na to, czy podobieństwa Dona Burnside'a do Dennisa Radera nie były aby zmyślnym fortelem, chwytem mającym potęgować podejrzenia względem tej postaci rozpisanej przez Chrisophera Forda, po to by zaskoczyć publiczność w finale innym obliczem mordercy. Bez względu na to, jakie będzie rozwiązanie tej zagadki, „The Clovehitch Killer” ma w sobie coś z „Niepokoju” D.J. Caruso. Podczas seansu omawianego filmu często nawiedzały mnie myśli o tamtej produkcji, bo i tutaj miałam do czynienia z nastolatkiem, który zaczyna podejrzewać, że w jego pobliżu znajduje się seryjny morderca kobiet. Tyler znajduje się jednak w gorszym położeniu niż Kale z „Niepokoju”, bo ma powody przypuszczać, że to jego własny ojciec dopuścił się tych wszystkich ohydnych zbrodni, które przed laty wstrząsnęły lokalną społecznością. Ta makabryczna seria skończyła się dziesięć lat temu – zbrodnie nieoczekiwanie ustały, ale lokalna społeczność nadal je rozpamiętuje. Co roku oddaje cześć ofiarom mordercy zwanego Clovehitchem, a przynajmniej jedna z mieszkanek tego miasteczka w stanie Kentucky nadal wierzy, że można jeszcze rozwikłać tę sprawę. Jest nią rówieśnica Tylera Burnside'a, imieniem Kassi, w którą w bardzo dobrym stylu wcieliła się Samantha Mathis (w ogóle, moim zdaniem, cała obsada tego filmu spisała się na medal). Postać według mnie jeszcze bardziej interesująca od Tylera. Typ dziewczyny, która nie daje sobie w kaszę dmuchać, która ma w głębokim poważaniu co mówią o niej inni, która wydaje się pokazywać środkowy palec plotkarzom, których (wiem to z autopsji) w małych miasteczka nie brakuje. Wygadana, inteligentna nastolatka, która niemało przeżyła, ale to bynajmniej jej nie złamało. Wręcz przeciwnie: wygląda na to, że tylko ją wzmocniło, zahartowało. To właśnie z tą dziewczyną Tyler połączy siły, gdy zacznie go gnębić przeczucie, że jego ojciec ma na sumieniu co najmniej dziesięć istnień. Chłopak wesprze ją w tym amatorskim śledztwie, którym Kassi zajmuje się już od jakiegoś czasu. Niczego niezwykłego nie widziałam w tym, że Tyler zwrócił się do niej zamiast pobiec na policję zaraz po znalezieniu pierwszego obciążającego Dona dowodu (i nie chodzi mi tutaj o zdjęcie znalezione w samochodzie głowy rodziny Burnside'ów), bo twórcy aż nadto wyraźnie dali mi do zrozumienia, że główny bohater „The Clovehitch Killer” nie ma absolutnej pewności, co do winy swojego ojca. Może nie tyle w tę winę nie wierzy, ile nie chce wierzyć. Rozpaczliwie czepia się nadziei, czemu trudno się dziwić, czego nie sposób potępić, bo tutaj przecież chodzi o jego ojca, o człowieka, którego Tyler kocha nad życie. Nie mogę powiedzieć, że fabuła ta dostarczyła mi jakichś większym niespodzianek, że wersja, której praktycznie od początku twardo się trzymałam okazała się błędna. Bo na to najważniejsze pytanie zadane już na wstępie z łatwością sobie odpowiedziałam (trafnie), ale to nie znaczy, że absolutnie cały przebieg „The Clovehitch Killer” bezbłędnie przewidziałam. W drugiej połowie filmu zastosowano interesujący zabieg narracyjny, zaraz po zdetonowaniu dla mnie pierwszej (małej, ale zawsze) bombki – w rozumieniu „zwrot akcji”. A i udało się wtedy i potem, może niekoniecznie mną wstrząsnąć, ale na pewno z lekka mnie poruszyć, spotęgować emocjonalny dyskomfort, który tak naprawdę czułam od początku seansu. Krótko mówiąc: mało który współczesny film tak mocno trzymał mnie w napięciu jak to oto minimalistyczne dzieło, które jednak w każdym calu wypada nad wyraz profesjonalnie.

Skromne środki i maksimum emocji. Tak mogę podsumować to elektryzujące osiągnięcie Duncana Skilesa. Gdyby współczesna kinematografia oferowała mi więcej tak zrealizowanych thrillerów psychologicznych, to moje zdanie na jej temat byłoby nieporównanie lepsze. Może nawet z czasem doszłabym do wniosku, że prawie nie ustępuje ona tej sprzed lat, czyli tej, która zajmuje specjalne miejsce w moim sercu. Duncan Skiles dał mi coś, za co pozostaje mi tylko ładnie podziękować i rzecz jasna wyrazić nadzieję, że nakręci jeszcze coś w ten deseń, thriller albo jeszcze lepiej horror, utrzymany w podobnym klimacie, dostarczający mi porównywalnych, w ilości i natężeniu, emocji, i opowiadający prostą, nieprzekombinowaną, ale i niebanalną historię, w której zatopię się bez reszty tak jak w przypadku „The Clovehitch Killer”. No po prostu gorąco polecam wszystkim miłośnikom filmowych thrillerów!

niedziela, 10 marca 2019

Christina Dalcher „Vox”

W Stanach Zjednoczonych od roku panuje nowy porządek. Kobietom wolno wypowiadać tylko sto słów dziennie. Nadgarstek każdej z nich opasuje bransoletka wyświetlająca liczbę wypowiedzianych słów, która zeruje się o północy i która razi ich ciała prądem w przypadku przekroczenia dziennego limitu słów. Kobietom nie wolno posługiwać się językiem migowym, pisać, korzystać z Internetu i zaglądać do książek. Nie wolno im pracować, brać udziału w wyborach, ani nawet odbierać poczty. Ich rola w społeczeństwie ogranicza się do zajmowania się domem i dziećmi oraz podporządkowywania się woli swoich mężów. Lingwistka doktor Jean McClellan, mieszkająca z mężem i czwórką ich dzieci, przed rokiem została zmuszona do przerwania badań naukowych i tak jak pozostałe kobiety, których nie odizolowano od społeczeństwa, sprowadzona do pozycji gospodyni domowej niemającej prawa głosu. Teraz żałuje, że nie interesowała się polityką, że nie walczyła o prawa kobiet, nie stawiała oporu każdej próbie ograniczenia wolności płci żeńskiej. Jednakże nieoczekiwanie dostaje szansę na naprawienie swojego błędu. Ale czy wystarczy jej odwagi, by ją wykorzystać?

„Vox” to debiutancka powieść Amerykanki Christiny Dalcher, posiadającej doktorat w dziedzinie lingwistyki teoretycznej. Część swojego życia Dalcher poświęciła badaniom naukowym na uniwersytecie w Londynie (City, University of London). Dużo podróżowała i napisała trochę opowiadań, ale jej nazwisko rozsławiła pierwotnie wydana w 2018 roku feministyczna powieść „Vox”. Dystopijna wizja Stanów Zjednoczonych, która przez wielu czytelników, z krytykami włącznie, została potraktowana jako ważny głos w nieustannie toczącej się debacie o prawach kobiet. „Vox” to fikcja literacka, powieściowy thriller mówiący o tym, jak może, ale nie musi być w przyszłości, trudno jednak nie dopatrzeć się w nim faktów czerpanych z życia. Bo najbardziej przerażające w tej fikcji jest to, że jest ona tak niebezpiecznie bliska rzeczywistości...

Kobieta jako maszynka do robienia dzieci, całkowicie podporządkowana woli męża gospodyni domowa, każdego dnia mogąca wypowiedzieć jedynie sto słów. Dla jednych brzmi to jak istny koszmar, a dla innych jak przepiękny sen, z którego nigdy nie chcieliby się wybudzić. „Vox” jest powieścią amerykańską, ale debata na temat praw kobiet, w którą Christina Dalcher nas wciąga zapewne każdemu wyda się nader znajoma. Przerażająco znajoma... Świat kreowany przez Dalcher na kartach omawianej powieści dla mnie był ni mniej, ni więcej, jak urzeczywistnieniem marzeń niektórych znanych mi z polskich telewizyjnych programów publicystycznych konserwatystów. Mężczyzn i, czego chyba nigdy nie zrozumiem, kobiet. Autorka „Vox” nie pozostaje ślepa na to kompletnie niezrozumiałe dla mnie zjawisko, na to tkwiące w niektórych kobietach pragnienie posiadania mniejszych praw od mężczyzn. Zawsze powtarzam, że każdy powinien sobie budować życie rodzinne, jak mu pasuje (pomijam tutaj różnego rodzaju patologie) – sprzeciw we mnie budzi się dopiero wtedy, gdy ktoś stara się narzucić swój styl życia innym. W powieści Dalcher to skrajna prawica narzuca całemu amerykańskiemu społeczeństwu taki model życia, jaki uważa za słuszny, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że w autorce tej książki też tkwi przymus, że tak to ujmę, „przeciągania ludzi na swoją stronę”. Być może się mylę, ale naprawdę nie mogłam oprzeć się nieprzyjemnemu dla mnie wrażeniu, że Dalcher zależy na „wyciąganiu kobiet z domów”, nawet tych, którym zajmowanie się domem i dziećmi daje szczęście, które spełniają się w roli gospodyń domowych. Dlaczego więc im to szczęście odbierać? Pochwalić muszę jednak Dalcher za to, że udało jej się przedstawić to przeciąganie liny toczące się w prawdziwym życiu i oczywiście za tę dającą do myślenia próbę odpowiedzi na pytanie, co by się stało, gdyby ową wojnę wygrał obóz skrajnej prawicy. W „Vox” na czele zwycięzców stoi (jakżeby inaczej) maniak religijny, wielebny Carl Corbin, który ma to szczęście, że u władzy jest prezydent podzielający jego poglądy. Dalcher nie zdradza, czy w Kongresie ostali się jacyś demokraci, ale republikanów bez wątpienia jest tam na pęczki. Bo taki ustrój raczej nie mógłby zostać wprowadzony przez demokratów... Ale kto ich tam wie – w końcu w polityce mówi się jedno, a robi drugie. Właściwa akcja książki toczy się rok po wprowadzeniu w Stanach Zjednoczonych nowego porządku, w którym to kobiety tak naprawdę są niewolnicami, bo nawet te, których mężowie nie pochwalają nowego ustroju, nie korzystają z niemalże nieograniczonej władzy, jaką im nad nimi dano, to i tak trudno nie poczuć się jak niewolnica, gdy nie można nawet porozmawiać z ludźmi. O niezależności finansowej już nie wspominając. Nie bardzo przekonuje mnie to, że po pozbyciu się z amerykańskiego rynku pracy wszystkich kobiet gospodarka się nie załamała (Dalcher przyznaje, że nie jest tak wydajna jak dawniej, ale jakoś się kręci), natomiast w to, że bez większego trudu udało się tak drastycznie ograniczyć prawa człowieka (konkretnie kobiet, pełnoletnich i małoletnich) łatwo mi było uwierzyć. Tak jak stwierdza tutaj Dalcher: bierność społeczeństwa jest gwarantem sukcesu osobowości autorytarnych, które jak to się ładnie mówi, dorwały się do koryta. Większość z nas woli się nie wychylać, poddać się bez walki, wmawiając sobie, że jakoś to będzie. Jeśli nie wszyscy, bo machanie transparentami i czynny udział w demokratycznych wyborach, do czego Dalcher zachęca nas w swojej książce, może i daje korzyści w Stanach Zjednoczonych, ale wedle moich obserwacji w Polsce nie ma większego sensu. „Vox” w każdym razie pokazuje, co może się stać, jak władza uzna, że nie musi bać się obywateli, jak dotrze do niej, że jest silniejsza od tak zwanego szarego tłumu. Wówczas wprowadzenie dyktatury stanie się już tylko formalnością. Przerażające? Niestety, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nie dla wszystkich... Tak, niektórzy z całą pewnością w takim świecie, jaki kreuje „Vox”, czuliby się jak w raju.

Nie pozabijają nas z tego samego powodu, dla którego zabraniają aborcji. Stałyśmy się złem koniecznym, pozbawionymi głosu przedmiotami służącymi do pieprzenia.”

Christina Dalcher nie wyjawia, w którym roku toczy się akcja „Vox”. Mówi tylko, że ustrój zainicjowany przez wielebnego Carla Corbina panuje w Stanach Zjednoczonych od roku i że niesławny mur na granicy amerykańsko-meksykańskiej już stoi, więc wedle moich przypuszczeń nie jest to odległa przyszłość, a bo nie sądzę, żeby realizacja tego planu aktualnie panującego prezydenta Stanów Zjednoczonych zajęła dużo czasu. Ale ja jestem pesymistką, więc... Więc nie mogłam nie dać się przekonać dystopijnej wizji Dalcher rozsnutej na kartach jej debiutanckiej, głośnej powieści pt. „Vox” (z wyłączeniem paru szczegółów). Miałam uwierzyć w to, że kobietom już wkrótce może być wolno wypowiadać jedynie sto sów dziennie? W to że każde przekroczenie tego limitu będzie niosło im ogromny ból, który nie ominie nawet dzieci? Miałam uwierzyć w to, że między innymi za życie w homoseksualnych związkach, czy zdradzenie męża (to działa w jedną stronę, mężczyzna bowiem ma prawo do skoków w bok) będzie się karało więzieniem (a właściwie to obozem pracy), w których osadzonych będzie obowiązywał całkowity zakaz wypowiedzi (dzienny limit: zero)? Miałam wziąć na wiarę to, że każda kobieta stanie się istną niewolnicą męża, maszynką do robienia dzieci i na dodatek niektórym z tychże kobiet taki tryb życia będzie pasował? Nic prostszego. Inna sprawa, czy Dalcher udało się wzbudzić we mnie złość, doprowadzić do szewskiej pasji poprzez te wszystkie dosyć obrazowe opisy (chociaż styl mógłby być bardziej rozbudowany, zdania bardziej złożone, nieco dłuższe, przekazujące jeszcze więcej szczegółów)? Przyznaję, że nie bardzo. Trochę tak, ale jako że nasłuchałam się już (głównie od tzw. gadających głów w telewizji) sporo o (ekstremalnie) tradycyjnym podziale ról, że (to zabrzmi strasznie wiem) zdążyłam przywyknąć do tych, dla wielu tak szokujących, poglądów. Już dawno wyrobiła w sobie przekonanie, że niektórzy marzą o tym, by życie rodzinne wyglądało tak, jak w „Żonach ze Stepford” Iry Levina - swoją drogą sama Dalcher porównała swoją powieść do tego dziełka. I nie dotyczy to tylko mężczyzn, bo w tej odwiecznej wojnie nie walczą ze sobą kobiety z mężczyznami. Podział nie jest taki prosty, o czym niektóre feministki zdają się zapominać, ale Dalcher bynajmniej się do nich nie zalicza. Bardzo zależało mi na uczciwości autorki w tej kwestii, bo dość się już nasłuchałam kłamstw o tym, że jakoby każdy mężczyzna nic tylko pragnie mnie zniewolić. Autorka „Vox” ma trzeźwy ogląd na tę sprawę. Nie stosuje w niej podziału na płeć. W „Vox”, tak jak w życiu, są mężczyźni, którzy ochoczo korzystają z nowych przywilejów, z prawie niczym nieograniczonej władzy jaką mają nad kobietami, ale są i tacy, którzy nie zamierzają patrzeć na płeć żeńską z góry. A część kobiet w pełni popiera ten patriarchalny system i chyba nikt nie powie, że tego także nie zainspirowało samo życie. Niektórym może wydać się nieprawdopodobne to, że inne kraje, te demokratyczne państwa, zdecydowanie, zbrojnie wręcz, nie występują przeciwko takiemu zniewoleniu kobiet przez rząd amerykański, ale jako że ja już dawno utwierdziłam się w przekonaniu, że Stanom Zjednoczonym wolno absolutnie wszystko (włącznie z torturowanie i zabijaniem niewinnych ludzi), że większość świata zdaje się nie dostrzegać niczego złego w ich polityce międzynarodowej, to i łatwo było mi wziąć na wiarę to, że nikt nie interweniuje, gdy polityka wewnętrzna Stanów Zjednoczonych zostaje ukierunkowana na ciemiężenie nie tylko kobiet, ale i niektórych mniejszości społecznych. Zostaje więc tylko rewolucja – wystąpienie części społeczeństwa amerykańskiego przeciwko „własnemu” rządowi. Tak, tylko jak się do tego zabrać w tak dalece zindoktrynowanym świecie? W rzeczywistości, w której nie brak ludzi z wypranymi mózgami, ale też takich, którzy od dawna czekali na ten moment, którzy całe życie marzyli o takim systemie? Trzeba więc zakładać, że każdy z nich zrobi wszystko, by stłumić wszelkie zalążki buntu, by zgasić rewolucyjny płomień zanim zdąży się on na dobre w ludziach rozpalić. „Vox” spisano w pierwszej osobie, z punktu widzenia doktor Jean McClellan, lingwistki, która rok wcześniej została zmuszona do porzucenia swojej pracy nad produkcją serum przeciwko afazji Wernickego, ale właśnie dostaje szansę odzyskania choćby tylko namiastki życia, które toczyła, zanim pewien fanatyk religijny zdecydował się po swojemu ułożyć życie Amerykanom. Wydarzenia, które to za sobą pociągnie nie były dla mnie tak pasjonujące, jak tło tej opowieści, jak ta dosyć przerażająca, ale tylko trochę oburzająca, wizja świata, która wykluła się w głowie Christiny Dalcher, fanki prozy między innymi Stephena Kinga, bo jak dla mnie wszystko działo się zbyt szybko, a przez to nie trzymało mnie w napięciu tak mocno jak bym chciała. Ale i nie mogę powiedzieć, żebym musiała się zmuszać do brnięcia w tę opowieść. W historię, która według mnie powinna czym prędzej znaleźć się na ekranach kin – to niemalże gotowy scenariusz na superprodukcję. Nieogłupiającą, dającą do myślenia, mającą szansę czegoś ludzi nauczyć, ale i mogącą budzić niemałe kontrowersje. Tak samo jak książka.

Nie mogę powiedzieć, że „Vox” Christiny Dalcher to najlepsza powieść feministyczna, jaką w życiu dane mi było przeczytać, bo „Gry Geralda” Stephena Kinga w mojej opinii ta dosyć śmiała, a zarazem niepokojąco prawdopodobna wizja przyszłości Stanów Zjednoczonych (która spokojnie mogłaby się rozprzestrzenić na cały świat) nie przebija. Thriller „Vox” nie rozemocjonował mnie aż tak bardzo, jak wspomniane dzieło niekoronowanego króla współczesnej literatury grozy, ale i nie przeszłam obok tego utworu obojętnie. Bo to chyba niemożliwe. Mam tylko nadzieję, że zdecydowana większość odbiorców debiutanckiej powieści Dalcher będzie się denerwować, a nie cieszyć na myśl o trumfie takiego systemu, jaki wykreślono na kartach „Vox. Mam nadzieje, że taka wizja zadziała na czytelników przygnębiająco, a nie rozweselająco, że Dalcher uda się co poniektórym dać do myślenia, wyplenić z nich tęsknotę za światem, w którym kobiety nie mają prawa głosu. Może jestem naiwna, ale właśnie na to liczę...

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 8 marca 2019

„The Devil's Doorway” (2018)

Rok 1960. Ojciec Thomas Riley i ojciec John Thornton zostają wysłani przez Watykan do zakonnego ośrodka „dla upadłych kobiet”, by zbadać figurę Najświętszej Maryi Panny płaczącą krwawymi łzami. Ojciec John filmuje śledztwo, które ma dać odpowiedź na pytanie, czy doszło tutaj do cudu. Długoletnie doświadczenie w tego typu sprawach ojcu Thomasowi nie pozwala brać pod uwagę takiej możliwości. Ksiądz skłania się ku jakiejś naturalnej przyczynie, nie odrzucając przy tym próby oszustwa ze strony człowieka. Już na początku swojego pobytu w tym miejscu księża zauważają, że prowadzące ośrodek zakonnice bardzo źle traktują swoje podopieczne. Ale największe oburzenie u ojca Thomasa budzi widok niejakiej Kathleen O'Brien, zamkniętej w izbie klasztornej, ciężarnej nastolatki, mającej objawy choroby psychicznej bądź, jak wolą myśleć siostry, opętania przez demona. Ojciec Riley sceptycznie podchodzi do tej drugiej ewentualności, tak samo jak do opowieści księdza Thorntona o jego nocnych spotkaniach z duchami dzieci. Wydarzenia, którym będzie świadkował z czasem zmuszą go do zweryfikowania swojego wstępnego osądu.

Angielsko-brytyjski horror religijny wykonany techniką found footage, „The Devil's Doorway” został wyreżyserowany przez debiutującą w pełnym metrażu Aislinn Clarke, która na to przedsięwzięcie potrzebowała zaledwie pół miliona dolarów (szacunkowo). Scenariusz Clarke napisała wespół z Martinem Brennanem i Michaelem B. Jacksonem, czerpiąc inspirację z afery, która wybuchła w Irlandii w latach 90-tych w związku z odkryciem ludzkich szczątek oraz skandalicznych praktyk, do jakich dochodziło w tamtejszych tzw. azylach dla upadłych kobiet, prowadzonych przez zakony Kościoła katolickiego (tzw. siostry magdalenki). Wedle zeznań kobiet przetrzymywanych w tych ośrodkach (komercyjnych pralniach) stosowano tam na nich przemoc fizyczną, psychiczną i seksualną.

„The Devil's Doorway” w większości został nakręcony na 16-milimetrowej taśmie filmowej. To przede wszystkim przyczyniło się do uzyskania przez twórców klimatu retro, ale nie bez znaczenia jest też znikoma ilość obrazów generowanych komputerowo, udźwiękowienie i takie bajery, jak wstawki imitujące miejscowe uszkodzenia taśmy. Jako że akcja filmu rozgrywa się na początku lat 60-tych XX wieku, filmowcom zależało na wytworzeniu atmosfery nasuwającej skojarzenia z produkcjami kręconym w tym okresie, ale mnie osobiście najbardziej przypominało to kino grozy z lat 70-tych XX i nie mogę powiedzieć, żebym miała to twórcom za złe. Wręcz przeciwnie! Ziarniste, przyblakłe obrazy, które wydają się być brudne, mocno zanieczyszczone, co zawdzięczałam nie tylko technice filmowania, ale również obskurnym pomieszczeniom, w których zamknięto akcję omawianego horroru. Mój zapał z lekka studziło jednak tzw. kręcenie z ręki. Metoda, która ma wielu zwolenników, bodaj głównie dlatego że wzmaga realizm i w przypadku „The Devil's Doorway” do pewnego stopnia tak jest, ale nie brakuje też nadmiernie rozchwianych obrazów, które, jak to często u mnie z tego typu filmami bywa, utrudniały mi odbiór. Kamera zataczająca koła po dosyć ciasnym wnętrzu ośrodka „dla upadłych kobiet”, chaotyczne rejestrowanie ścian i podłóg, wytrącało mnie z rytmu. W takich chwilach zamiast w napięciu wyczekiwać nieuchronnego skierowania kamery na jakieś w zamiarze twórców niepokojące zjawisko, na jakąś robiącą upiorne wrażenie istotę, przygotowywałam się na mdłości i ból głowy, które nie nadeszły, ale chyba tylko dlatego, że starałam się nie wypatrywać usilnie czegokolwiek w tym rozgardiaszu, nie zagłębiać się zbytnio w te co bardziej chaotyczne fragmenty koszmarnych przejść dwóch księży w przybytku prowadzonym przez siostry zakonne (poza scenami z dziećmi). Na szczęście dla mnie te sekwencje nie zdominowały owej produkcji, stateczniejszych obrazów było więcej, dzięki czemu mogłam w całkiem zadowalającym stopniu zaangażować się w fabułę. Opowieść ta nie jest wyszukana – scenarzyści zauważalnie nie starali się niczego przynajmniej nadmiernie komplikować (przynajmniej, bo możliwe, że niektórzy odbiorcy zarzucą im zbyt dużą enigmatyczność) ani odchodzić od utartych w horrorze ścieżek. „The Devil's Doorway” korzysta z dobrze znanych fanom gatunku motywów i według mnie robi to z niemałym wyczuciem. Widać, że Aislinn Clarke wie z czym to się je: że nie tylko zna prawidła, jakimi rządzi się filmowy horror, ale co ważniejsze potrafi wykorzystać tę wiedzę na tyle, żebym przynajmniej ja wyszła ze spotkania z jej pierwszym pełnometrażowym filmem w całkiem dobrym nastroju. Poszukiwaczy oryginalności „The Devil's Doorway” najprawdopodobniej mocno rozczaruje, bo nie wydaje mi się, żeby motyw katolickiego ośrodka dla tzw. upadłych kobiet uznali oni za wystarczająco duży przejaw kreatywności. Ale mogę się mylić, ponieważ niełatwo jest mi wejść w skórę poszukiwaczy innowacji w horrorze, jako że sama nie przynależę do tej grupy. Konwencjonalność mi nie przeszkadza, jeśli tylko twórcy podejdą do niej w odpowiedni dla mnie sposób. Na przykład taki, jak w tym oto horrorze religijnym zrealizowanym techniką found footage. „The Devil's Doorway” ma w sobie trochę z nunsploitation – zakonnice znęcające się nad osobami, którymi miały się opiekować, młodymi kobietami, wśród których są między innymi prostytutki, sieroty i osoby chore psychicznie. W nunsploitation zazwyczaj jednak epatuje się przemocą fizyczną, psychiczną i seksualną, „The Devil's Doorway” natomiast większą wagę przykłada do budowania sfery nadprzyrodzonej, dręczenie biednych kobiet przez zdemoralizowane zakonnice spychając na dalszy plan. Przemoc względem kobiet wykorzystywanych do pracy w pralni należącej do Kościoła katolickiego w filmie Aislinn Clarke zostaje wyraźnie zaakcentowana, aczkolwiek nie w aż takim stopniu, żeby można było podciągnąć to pod exploitation. Pewne naleciałości podgatunku tego rodzaju filmów (nunsploitation) w „The Devil's Doorway” są, ale w mojej ocenie to mało, by uznać owe przedsięwzięcie za jednego z przedstawicieli tego typu kina.

Jeśli wierzyć danym krążącym w Internecie, Aislinn Clarke na swój debiutancki pełnometrażowy film wydała tylko w przybliżeniu pół miliona dolarów. Dla porównania wypuszczona w tym samym roku, co „The Devil's Doorway” „Zakonnica” Corina Hardy'ego kosztowała (szacunkowo) dwadzieścia dwa miliony dolarów. I teraz niech ktoś mi powie, że im wyższy budżet, tym większa szansa na udany horror... Omawiany film moim zdaniem bije na głowę tę hollywoodzką papkę i jestem przekonana, że nie będę w tej opinii osamotniona, że przynajmniej niektórzy odbiorcy obu tych filmów przyznają mi rację. Wspomniany już brudny klimat „The Devil's Doorway” uważam za najsilniejszą składową tej produkcji, ta obskurna atmosfera wręcz niesie całe to przedsięwzięcie, dodaje mu takich skrzydeł, jakich boleśnie brakuje we współczesnym kinie grozy. W latach 70-tych i 80-tych XX wieku powstawało mnóstwo filmów utrzymywanych w takiej albo podobnej aurze, ale XXI-wiecznych obrazów uderzających w taki bądź zbliżony klimat jest bardzo mało. Z otwartymi ramionami witam więc każdy horror starający się przywołać wspaniałego ducha kina grozy z dawnych lat (nie tylko z dwóch wyżej wymienionych dekad dwudziestego stulecia), aczkolwiek zdarza się i tak, że to gorące przywitanie okazuje się na wyrost, bo nie każde takie starania filmowców dają wymierne efekty, a i bywa i tak, że atmosfera retro nie rekompensuje w moich oczach licznych mankamentów produkcji. W „The Devil's Doorway” atmosfera, chociaż znakomita, nie była w stanie w całości wynagrodzić mi tych wszystkich nadmiernie chaotycznych wstawek „kręconych z ręki” oraz dosyć ubogiej fabuły. Do scenariusza nie mam tak poważnych zastrzeżeń, jak do tej okropnej techniki found footage, bo jako że prostota w filmie na ogół działa na mnie ujmująco, to udało mi się wejść w tę opowieść, ale nie tak dalece, jakbym tego chciała. Przez motyw domniemanego opętania przez demona scenarzyści na dobrą sprawę ledwie się prześlizgują. Według mnie poświęcają mu zbyt mało uwagi, chociaż wątek ten nie jest bez znaczenie dla tej historii. Myślę, że jest na tyle ważnym składnikiem rzeczonej opowieści, że zasługiwał na trochę więcej miejsca, na nieco większe rozwinięcie. Za to sceny z potencjalnymi duchami dzieci to niemalże (za wyjątkiem chwil, kiedy kamera „zanadto interesuje się” ścianami i podłogami) kwintesencja nastrojowego horroru. Nawet niewywierające na mnie spodziewanego skutku prymitywne próby nie tyle straszenia, ile zaskakiwania, te jakże modne w dzisiejszych czasach jump scenki nie były w stanie odebrać mi czystej radości płynącej z obserwowania w miarę upiornie się prezentujących widmowych dzieciaków. Minimalistyczna i dzięki temu nieporównanie bardziej realistyczna niż w tych wszystkich dużo droższych XXI-wiecznych straszakach, charakteryzacja domniemanych duchów plus umiejętne budowanie napięcia, intensyfikowanie dosyć mrocznej atmosfery nadnaturalnego zagrożenia za pomocą bardzo skromnych środków, które mają dużo większą siłę rażenia niż te przeklęte efekty komputerowe, których pełno we współczesnych horrorach. I te białe oczy opętanych... Po prostu uwielbiam takie widoki w horrorze. Podobała mi się też postać księdza Thomasa Rileya, chociaż odtwórca tej roli, Lalor Roddy, niebyt się postarał. Jego warsztat pozostawia wiele do życzenia, ale zaciekawiła mnie sama postać księdza sceptyka; duchownego nie tylko dostrzegającego wady Kościoła, również głośno sprzeciwiającego się haniebnym praktykom od lat stosowanych przez tę uświęconą organizację. Człowieka wierzącego w Boga, ale już dawno wyzbytego wiary w Kościół, w czystość intencji grubych ryb z Watykanu, według niego samego, pławiących się w bogactwie zyskanego kosztem najbardziej potrzebujących. Zakończenie filmu też uważam za (w miarę) udane, bo pozostawia miejsce na domysły, nie podaje wszystkiego na przysłowiowej tacy, aczkolwiek wolałabym, żeby jeszcze bardziej to utrudniono, żeby sfinalizowano to w jeszcze bardziej zagadkowy sposób, bo myślę, że to i tak dla części widzów będzie stanowczo zbyt łatwe, że mało kto będzie miał problemy z poskładaniem wszystkich wrzuconych w scenariusz informacji w logiczny ciąg wydarzeń, który doprowadził dwóch księży... zobaczycie gdzie, choć podejrzewam, że akurat to będziecie przeczuwać praktycznie od początku „The Devil's Doorway”.

Polecam nie tylko fanom nastrojowych horrorów zrealizowanych techniką found footage, a nawet nie przede wszystkim im. Debiutancki pełnometrażowy film Aislinn Clarke najgoręcej rekomenduję miłośnikom kina grozy z lat 70-tych, bo chociaż akcja filmu toczy się w 1960 roku, to mnie osobiście warstwa techniczne kojarzyła się z tą późniejszą dekadą. „The Devil's Doorway” moim zdaniem nie jest horrorem idealnym, do tego jeszcze całkiem sporo mu brakuje, ale ta jego obskurność, to duże wyczucie gatunku twórców, ten realistycznie i dosyć upiornie się prezentujący minimalizm, od którego filmowcy nie odchodzą nawet podczas dosyć licznych, bardziej zdecydowanych, dosłowniejszych prób straszenia widzów - myślę, że choćby z tych powodów na angielsko-irlandzki „The Devil's Doorway” warto zwrócić uwagę miłośników kameralnego, niskobudżetowego, diablo klimatycznego kina grozy o (domniemanych) zjawiskach nadprzyrodzonych zachodzących w jakimś przybytku. W tym przypadku takim, które zainspirowało samo życie.

środa, 6 marca 2019

Phoebe Locke „Człowiek z Lasu”

W 2000 roku Sadie Banner opuściła swoją nowo narodzoną córkę Amber i jej ojca Milesa, ponieważ była przekonana, że pośrednio stanowi zagrożenie dla swojego dziecka, że przebywając w pobliżu Amber ściąga na nią uwagę tajemniczej istoty zwanej Człowiekiem z Lasu. Szesnaście lat później Sadie wróciła do swojej rodziny, wierząc, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Wszystko wskazywało na to, że Człowiek z Lasu przestał się nią interesować, więc kobieta nareszcie mogła rozpocząć życie rodzinne, za którym tak bardzo tęskniła. Tak jej się wydawało... 
W 2018 roku grupa filmowców kręci film dokumentalny, którego główną bohaterką jest osiemnastoletnia Amber Banner, która uniknęła kary za morderstwo popełnione dwa lata wcześniej. Produkcja ma przybliżyć widzom wydarzenia, które doprowadziły do tej zbrodni, przedstawić ostatnie lata wspólnego życia trzyosobowej rodziny Bannerów i przyjrzeć się legendzie o Człowieku z Lasu, w istnienie którego, być może słusznie, wierzy wielu ludzi.

Phoebe Locke to pseudonim pisarski angielskiej autorki książek dla młodzieży Nicci Cloke. Dotychczas wydano pięć książek pod jej własnym nazwiskiem, „Człowiek z Lasu” jest natomiast pierwszą powieścią Cloke opublikowaną pod pseudonimem. I pierwszą pisaną z myślą o dorosłych czytelnikach, a ściślej wielbicielach thrillerów psychologicznych. Pierwotnie wydany w 2018 roku „Człowiek z Lasu” został bardzo dobrze przyjęty przez czytelników, z krytykami włącznie (choć oczywiście w tym gronie znalazło się też trochę rozczarowanych odbiorców). O książce pisano między innymi, że to najstraszniejszy thriller lata 2018, świetnie skonstruowany nadprzyrodzony thriller, którego nie należy czytać przed snem i najbardziej godny polecenia thriller psychologiczny 2018 roku.

Gdyby Stephen King obecnie pisał tak jak Phoebe Locke w „Człowieku z Lasu”, to byłabym przeszczęśliwa. Bo według mnie nowsza twórczość tego autora zwanego mistrzem współczesnego literackiego horroru nie może się równać z pierwszą powieścią Nicci Cloke opublikowaną pod pseudonimem Phoebe Locke. Właściwie to nie mogę sobie przypomnieć ani jednego tytułu powieści z ostatnich lat, która w mojej ocenie w równie doskonały sposób łączyłaby thriller psychologiczny z horrorem. Może „Apartament” Sarah Lotz i Louisa Greenberga...? Nie, jednak nie. „Człowiek z Lasu” zachwycił mnie jeszcze bardziej, a przecież wciąż jestem pod ogromnym wrażeniem tamtej publikacji. Sięgając po omawianą powieść absolutnie nie spodziewałam się aż tak wysokiej jakości, bo kto zakłada, że autorka książek dla młodzieży tak wspaniale odnajdzie się w mroczniejszych klimatach? Podczas lektury „Człowieka z Lasu” moja złość na tę autorką rosła wprost proporcjonalnie do zachwytu nad jej pisarstwem. To pierwsze wyrastało z tego drugiego, bo jak tu nie wściekać się, gdy się widzi tak wysoki poziom, i thrillera psychologicznego, i horroru, mając przy tym świadomość, że autorka tego niezwykłego spektaklu przez lata realizowała się w innego rodzaju powieściach. Z całym szacunkiem dla literatury młodzieżowej, ale według mnie miejsce tej pani jest w światku grozy. Co prawda nie czytałam żadnej powieści dla młodszych czytelników pióra tej angielskiej pisarki, ale to nie umniejsza mojego przekonania, że literatura grozy jest jej domeną. I że Stephen King powinien się bać, bo oto na rynku pojawiła się autorka, która ma dużą szansę zająć jego miejsce – zepchnąć go z podium, na którym stoi od dawien dawna. Zdaję sobie sprawę z tego, że wielu uzna to za przesadę, że mało kto (jeśli w ogóle ktoś) przyzna mi rację w tej kwestii, ale tak naprawdę tylko czas może to zweryfikować. Przyszłość pokaże czy niekoronowany król istotnie zostanie zdetronizowany przez tę oto Angielkę. Ja w każdym razie już teraz wiem, że od czasu „Ręki mistrza” Stephen King nie napisał ani jednej powieści, która (w mojej ocenie) prezentowałaby sobą wyższy poziom od tego, z którym spotkałam się w „Człowieku z Lasu”. Więcej: uważam, że nie stworzył chociażby czegoś równie porywającego. Więc bój się Królu, bo oto nadchodzi Phoebe Locke! Swojego „Człowieka z Lasu”, to nie do wiary, ale stawiająca pierwsze kroki w literaturze grozy, angielska autorka, skonstruowała w popularny ostatnimi czasy sposób, polegający na przeplataniu różnych straf czasowych. Bodaj częściej można się spotkać z mieszaniem różnych perspektyw, snuciem danej opowieści z punktu widzenia kilku osób, ale zasada jest podobna. No i tak jak to zazwyczaj w powieściach bywa tutaj także perspektywy są różne (najczęściej w trzeciej osobie), tyle że poszczególne rozdziały nie są tytułowane imionami postaci występujących w książce. Tutaj zdecydowaną większość rozdziałów opatrzono datami. Głównie dwiema: rokiem 2016 i 2018. Ponadto mamy parę wstawek z dzieciństwa Sadie Banner i fragmentów dziennika jednej z postaci spoza kręgu rodziny Bannerów. Bo to właśnie ta familia zajmuje centralne miejsce owej opowieści, nawet w umownej teraźniejszości (rok 2018), w której to Locke skupia się przede wszystkim na jednej z członkiń ekipy kręcącej film dokumentalny o Bannerach. Filmowcy polegają głównie na osiemnastoletniej Amber. Towarzyszą jej z kamerą w nadziei, że uda im się wycisnąć z tej młodej kobiety coś nowego, coś, co rzuciłoby nowe światło na głośną sprawę morderstwa popełnionego przez Amber przed dwoma laty. Morderstwa, za które odpowiadała przed sądem, ale uniknęły kary. Czy słusznie? Tego być może dowiemy się później. Tak, „być może”, bo w „Człowieku z Lasu” tak na dobrą sprawę absolutnie nic nie jest pewne. Phoebe Locke pisze w sposób aż nadto wyraźnie dający do zrozumienia, że nie zamierza niczego czytelnikom ułatwiać, że tajemnica jest dla niej bardzo ważna – być może aż tak, by zrezygnować z jej rozwiania, nie podać jasnych odpowiedzi na wcześniej zadane pytania nawet w finale. Miałam nadzieję, że tak zrobi, że pozostawi mnie z tym zamętem w głowie, który sama stworzyła, że po przeczytaniu ostatniej stronicy będę mogła pomyśleć „wiem, że nic nie wiem”. Czyli raz jeszcze powtórzę w myślach to zdanie, które wcześniej ciągle przewijało się przez moją głowę. Danych mi nie brakowało, ale na kluczowe pytania stawiane w „Człowieku z Lasu” odpowiedzi one nie dawały. A wręcz przeciwnie: tylko potęgowały zamęt w mojej głowie.

Fabuła „Człowieka z Lasu” składa się z motywów przystających przede wszystkim do thrillera psychologicznego oraz takich, które wyrastają z tradycji horroru o zjawiskach nadprzyrodzonych. Jedna z głównych bohaterek powieści, Sadie Banner, wierzy, że od lat prześladuje ją mityczny Człowiek z Lasu, nadnaturalna istota, która „zabiera córki”. Sadie po raz pierwszy zetknęła się z nim w dzieciństwie, to właśnie wówczas w swoim mniemaniu została obłożona tą straszną klątwą, przed którą wiele lat później starała się uchronić swoje jedyne dziecko. Uciekła więc od swojej nowej rodziny, od ukochanego mężczyzny Milesa i córeczki Amber. Dziewczynka była więc wychowywana tylko przez ojca, który nie tracił nadziei, że Sadie w końcu do nich wróci. I tak też się stało, tyle że na jej powrót trzeba było czekać szesnaście długich lat. Tyle trwało zanim kobieta nabrała pewności, że jej obecność w życiu Amber nie sprowadzi na nastolatkę śmiertelnego niebezpieczeństwa w postaci tajemniczego Człowieka z Lasu. Mamy więc motyw potencjalnej klątwy i jakiejś nadnaturalnej istoty porywającej wybrane dziewczynki, ale na tym bynajmniej nie kończą się ukłony w stronę nastrojowego horroru, z tak znakomitym wyczuciem gatunku czynione przez Phoebe Locke na kartach „Człowieka z Lasu”. Oprócz tego mamy cienie – tak Sadie zwykła nazywać nadzwyczajne zjawiska, którym świadkuje, a które tak na dobrą sprawę zwiastują obecność Człowieka z Lasu i ducha (?) jakiejś dziewczynki. Cienie są dla tej kobiety dowodem na to, że wciąż tkwi w szponach tytułowej istoty. I jak można się spodziewać jakiś czas po jej powrocie na łono rodziny (rok 2016) Sadie znowu zacznie je widywać. A to może oznaczać, że życie jej szesnastoletniej córki jest zagrożone. My, czytelnicy, wiemy, że Amber przeżyje, że wyjdzie cało z tragedii, do której wkrótce dojdzie. Locke wcale tego nie ukrywa. Tak samo jak tego, że Amber odbierze komuś życie. Przez długi czas jednak ukrywa tożsamość jej ofiary – autorka właściwie przez cały czas każe nam zastanawiać się nad tym, kogo ta młoda dziewczyna zabiła i dlaczego zdecydowała się na tak drastyczny krok. Czyżby maczał w tym palce legendarny Człowiek z Lasu? A może od początku był on tylko wytworem wyobraźni jej matki. Być może Sadie przez wszystkie te lata borykała się z chorobą psychiczną, a w roku 2016 jej stan uległ pogorszeniu – wpadła w otchłań szaleństwa, stając się tym samym ogromnym zagrożeniem dla swojej jedynej córki. Phoebe Locke nie pozwala nam kategorycznie odrzucić żadnej z tych możliwości. To samo można zresztą powiedzieć o trzeciej opcji – o sugestii, że to Amber Banner jest tą złą, że mamy tutaj do czynienia z zimnokrwistą, wyrachowaną, biegłą w sztuce manipulacji młodą kobietą, która z premedytacją wkroczyła na ścieżkę zbrodni, na którą najprawdopodobniej pchnęła ją przede wszystkim nienawiść do własnej matki. Na początku obawiałam się, że takie mieszanie stref czasowych wprowadzi denerwujący chaos i zaowocuje powierzchownością, zwłaszcza że książka ta jest stosunkowo krótka. Innymi słowy: wyszłam z założenia, że na tak niewielkiej przestrzeni i przy wykorzystaniu takiej konstrukcji nie da się zbudować wiarygodnych, dogłębnych rysów osobowościowych najważniejszych postaci, w szczegółowy sposób unaocznić wszystkich wydarzeń, które doprowadziły do czyjegoś morderstwa, dbając przy tym o odpowiedni klimat dla tej historii i pilnując, by po drodze przypadkiem zbyt wiele nie zdradzić, tj. niechcący nie naprowadzić czytelnika na rozwiązanie tej, czy tylko pozornie, czy faktycznie, bardzo złożonej zagadki. Balansowanie pomiędzy sferą nadprzyrodzoną i paranoiczną, schizofreniczną, zręczne przeplatanie konwencji horroru i thrillera psychologicznego w przypadku tak krótkiej powieści wydawało mi się mało możliwe, ale praktycznie z każdą przeczytaną stroną coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że te moje złe przeczucia są stanowczo nieuzasadnione. Moje obawy się nie ziściły – Phoebe Locke z całą mocą udowodniła mi, że nie potrzebuje dużo przestrzeni na rozsnucie opowieści, której według mnie nie brak absolutnie niczego. Diablo klimatycznej, tajemniczej, nieprzewidywalnej, w pewnym sensie zmuszającej do myślenia historii, spisanej dojrzałym, barwnym stylem, w którym aż roi się od szczegółów (myślę, że brawa należą się również tłumaczce Aleksandrze Wolnickiej), najdrobniejszych detali, które sprawiły, że weszłam w tę opowieść całą sobą. Świat przedstawiony w „Człowieku z Lasu” Locke traktowałam jak swój własny, jak prawdziwą rzeczywistość. Bo ona była prawdziwa, gdy pochylałam się nad tą książką. Tylko ona, bo o realnym świecie całkowicie zapomniałam.

Bomba! Istny fenomen współczesnej literatury grozy! Perfekcyjna mieszanka thrillera psychologicznego i horroru nastrojowego, której nie boję się nazwać bezcennym skarbem, perłą, która może z powodzeniem konkurować z niezliczonymi utworami napisanymi przez doświadczonych twórców gatunku. Ta oto stawiająca dopiero pierwsze kroki w literaturze grozy angielska pisarka Nicci Cloke, pisząca tutaj pod pseudonimem Phoebe Locke, w moich oczach przebiła nawet Stephena Kinga – wiele z jego dzieł, aczkolwiek nie wszystkie – i prawdę mówiąc już teraz nie mam większych wątpliwości, że jeśli zdecyduje się zostać w światku literatury grozy, to zyska dozgonną miłość przynajmniej większości wielbicieli mrocznej, trzymającej w napięciu beletrystyki. Zgromadzi wokół siebie rzeszę fanów zarówno literackiego horroru, jak i thrillera, zawojuje rynek może nawet równie mocno, co Stephen King. W każdym razie jeśli nie obniży poziomu, to moim zdaniem na to zasługuje. Mówcie co chcecie, ale dla mnie „Człowiek z Lasu” to absolutny hit, jedno z najbardziej wartościowych dzieł, jakie w ostatnich latach dane mi było przeczytać. To znaczy wartościowych dla mnie: zwyczajnej fanki literatury grozy.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 4 marca 2019

„Studenckie życie” (2018)

Córka policjanta z wydziału zabójstw, Riley, rozpoczyna naukę na uczelni, na której studiowała jej matka. Kobieta zginęła w pożarze, gdy Riley była kilkuletnim dzieckiem, a ojciec nigdy nie zechciał przychylić się do jej próśb i przekazać jej wystarczająco dużo informacji o mamie. Teraz Riley zyskuje możliwość dowiedzenia się czegoś więcej o swojej rodzicielce, bo okazuje się, że należała ona do żeńskiego stowarzyszenia studenckiego, którego członkinie są chętne udostępnić jej wszystkie materiały na jej temat, które posiadają. Zależy im jednak na tym, by Riley dołączyła do ich stowarzyszenia. Jej najlepszej przyjaciółce, Becks, również na tym zależy, chce żeby razem weszły do tego stowarzyszenia. Riley nie trzeba długo namawiać, bo czuje, że to sposób na zbliżenie się do matki. Nie zmienia decyzji nawet wtedy, gdy jedna z członkiń tego stowarzyszenia pada ofiarą tajemniczego mordercy, który upodabnia jej ciało do lalki.

„Studenckie życie” to drugi, po „Alien Abduction” (2014), film w reżyserskiej karierze Matty'ego Beckermana, który to ponadto współtworzył scenariusz „American Satan” (2017), był jednym z producentów wykonawczych „Eksperymentu” Paula Scheuringa, remake'u thrillera Olivera Hirschbiegela pod tym samym tytułem oraz jednym z producentów „Isolation” (2011) i wspomnianych już „Alien Abduction” i „American Satan”. Kanadyjsko-amerykański thriller z elementami slashera, „Studenckie życie”, ponoć kosztował w przybliżeniu cztery miliony dolarów. Taką informację można znaleźć w Internecie, ale szczerze powiedziawszy trudno mi w to uwierzyć...

„Studenckie życie” to jeden z tych filmów, który wygląda, jakby został nakręcony przez bandę amatorów dysponujących groszowym budżetem, traktujących ten projekt, jako formę rozrywki nieprzeznaczoną do sprzedaży. Pomyślałam sobie: ot, grupa znajomych postanowiła pobawić się prywatnymi kamerkami, nawet nie marząc o tym, że owoc ich pracy (albo raczej zabawy) kiedykolwiek trafi do dystrybucji. Ale traf chciał, że ktoś z branży filmowej dostrzegł w tym potencjał, którego, jestem o tym przekonana, mało kto zdoła wychwycić, i uznał, że da się na tym zarobić. A potem, już po zakończeniu seansu, dowiedziałam się, że byłam w błędzie, że „Studenckie życie” kręcono z myślą o dystrybucji i w dodatku kierował tym człowiek, który ma już pewne doświadczenie w branży filmowej. Niewielkie, ale zawsze. I że przeznaczono na to aż cztery miliony dolarów! Nie, to nie może być prawda. Ktoś musiał się pomylić, bo tak na oko trudno wycenić budżet tej produkcji na więcej niż milion. Osobiście dałbym jeszcze mniej – może z pół miliona, a i takiej sumy na miejscu filmowców nie zdecydowałabym się spożytkować na coś takiego. Już sama akceptacja tego scenariusza autorstwa Sarah Scougal to prawie science fiction, bo już nawet z polskiego sejmu wychodzą lepszej jakości teksty, a patrząc na pracę naszych polityków to naprawdę niemały wyczyn... Ale do rzeczy. Na pierwszym planie postawiono Lalę Kent, aktorkę, która według mnie radzi sobie tutaj najlepiej, co nie znaczy, że dysponuje wielce zadowalającym warsztatem. Po prostu pozostali członkowie obsady są tak nieprzekonujący, że nie trzeba było dużego talentu, by ich przyćmić. Kent wciela się tutaj w postać młodej kobiety imieniem Riley, która właśnie rozpoczęła studia na uczelni, na której niegdyś kształciła się jej nieżyjąca już matka. Towarzyszy jej długoletnia przyjaciółka Becks, która to początkowo wydaje się być kompletnym przeciwieństwem głównej bohaterki „Studenckiego życia”. Wstępne sceny kazały mi przypuszczać, że wzorem wielu slasherów postawiono na przyjaźń rozsądnej, stroniącej od używek i przygodnego seksu młodej kobiety (final girl) z rozrywkową, puszczalską wręcz panną, która najpewniej bardzo szybko pożegna się z życiem. Ale nie, tak dobrze to nie jest. Riley szybko wkracza w świat hucznych imprez, na których alkohol leje się strumieniami, a i narkotyków jest pod dostatkiem. Półnagie kobiety godzinami odurzają się wszystkim, co tylko im się podsunie, a mężczyźni starają się dotrzymać im tempa. Tańce-obściskiwańce, wymiotowanie gdzie popadnie, pijackie gadki, chwiejny krok, a nazajutrz potężny kac, ale i satysfakcja tym, że zaliczyło się boską balangę. A więc może to powtórzymy? Może czym prędzej rozpoczniemy kolejną popijawę? Czemu nie? Przecież taki szczególik jak brutalne morderstwo koleżanki nie może nas przed tym powstrzymać. No bo dlaczego mielibyśmy z tak prozaicznego powodu odmawiać sobie chlania i ćpania w gronie znajomych? Toż to święte prawo studenta i jakiś tam morderca nie może przecież nam go odebrać. Nigdy nie podejrzewałabym, że tak się stanie, ale postacią, która jako jedyna zyskała odrobinę mojej sympatii w tym oto filmiku był policjant tego typu, z którym w rzeczywistości spotykam się najczęściej i bynajmniej nie poprawia to mojego zdania o tej grupie zawodowej. Detektyw Cole, bo tak nazywa się ojciec Riley, zauważalnie wychodzi z założenia, że policyjna odznaka czyni z niego boga. „Uważaj sobie, bo mam odznakę”, „nie podskakuj mi, bo mam spluwę”, „trzymaj się z dala od mojej córki, jeśli nie chcesz narazić się (ekm) stróżowi prawa” - co prawda nie padają dokładnie takie słowa, ale właśnie taki przekaz wypływa z jego postawy względem „maluczkich”, którzy go zdenerwują. Tak, facet ewidentnie ma Kompleks Boga, który to uważam, że jest częstą przypadłością mundurowych, nie zdziwiłabym się więc, gdyby okazało się, że budując postać detektywa Cole'a Sarah Scougal inspirację czerpała przede wszystkim z życia, nie zanurzała się zbytnio w świat fantazji. Ojciec Riley w każdym razie nie jest postacią, którą z łatwością można polubić, ale jako że alternatywą są skrajnie nieodpowiedzialni młodzi ludzie, którym w głowie tylko balangi (no dobrze, Riley jest jeszcze zainteresowana zdobywaniem informacji o swojej matce), to wybór chyba może być tylko jeden. A przynajmniej ja zdołałam wykrzesać z siebie odrobinkę sympatii (zdecydowanie za mało) jedynie względem tego gburowatego policjanta.

„Studenckie życie” nakręcono w sposób, który co poniektórych może przyprawić o mdłości. I bynajmniej nie chcę przez to powiedzieć, że wystarano się o jakieś odrażające efekty specjalne, że sceny mordów członkiń pewnego studenckiego żeńskiego stowarzyszenia mają szansę zniesmaczyć odbiorców, bo oprócz nienaturalnie obficie bryzgającej substancji niezdarnie udającej krew i widoku sprofanowanych zwłok nic z tej materii nie rzuciło już mi się oczy. Wspomniana profanacja, jakkolwiek nieodpowiednio to zabrzmi, jest dosyć ciekawa. Modus operandi mordercy w całkiem niezłej masce, był jedynym elementem „Studenckiego życia” utrzymującym mnie przed ekranem. Otóż, czarny charakter z powodu, który zostanie objaśniony później, pozbawia swoje ofiary kończyn (każdej odcina co innego), a w ich miejsce stawia prymitywne protezy, które mają upodabniać je do lalek. Robi im również makijaż, który stanowi dopełnienie tego obrazu, jest ważnym składnikiem tej dziwacznej stylizacji, a pozyskane części ciała... No cóż, niektórzy myślą, że je zjada, ale czy tak jest w istocie okaże się dużo później. Pod warunkiem oczywiście, że zdoła się wytrwać do tego momentu... Szczerze wątpię, żeby znalazło się wiele osób, które zdobędą się na taki wyczyn. Ponadto myślę, że przynajmniej większość z tych widzów, którym się to uda najpewniej sobie tego nie pogratuluje. Poczują się oni jak przegrani, nie zwycięzcy. Myślę, że takie poczucie wzbudzi w nich przede wszystkim wyżej wspomniana warstwa techniczna – przyprawiająca o zawrót głowy praca kamer (zdjęcia latają jak chcą) i przejaskrawione barwy, tak nienaturalne że aż boli. To dość, by wielu widzów zniechęcić do dalszego oglądania. A dla tych, których już te pierwsze ujęcia nie przekonają, że nie warto tracić na to czasu, twórcy przygotowali jeszcze bardziej tandetne „atrakcje”. Rozciągane do granic możliwości, nieudolnie zmontowane wstawki ze studenckich imprez, takie przeciąganie w czasie stosunku seksualnego, że aż przemknęło mi przez głowę, że będzie to trwało, aż do napisów końcowych i „prawdziwe mistrzostwo świata”, które to „miałam przyjemność” zobaczyć już na początku tej oto wesołej twórczości. Pamiętacie „Wredne dziewczyny” Marka Watersa? Matty Beckerman mógł inspirować się tym filmem podczas kręcenia jednaj z bardziej kiczowatych sekwencji. Widzimy oto kilka popularnych dziewcząt przemierzających kampus w iście groteskowej oprawie, bo nie wiedzieć czemu zdecydowano się tchnąć w to trochę patosu. Do „Wrednych dziewczyn” jeszcze by to pasowało, bo to w końcu komedia, ale nawet tam nie dostrzegłam takiego przejaskrawienia, jak w tym konkretnym momencie tegoż thrillera. Thrillera, którego twórcy zauważalnie dążyli do stworzenia filmu slash. Takie wrażenie odnosiłam i jeśli faktycznie tak było to w moich oczach te starania nie przyniosły rezultatu. Nie w całości, bo jednak elementy slashera ten dreszczowiec posiada. Zabawny dreszczowiec jakkolwiek paradoksalnie to brzmi – zabawny, ale i skrajnie irytujący, mocno przewidywalny, rażąco naiwny, żeby nie rzec głupkowaty thriller błądzący w oparach takiej tandety, jaką ciężko znaleźć nawet w amatorskich filmikach nakręconych smartfonami.

Uwaga: gniot! Takie ostrzeżenie czuję się w obowiązku wystosować do każdego, kto rozważa seans „Studenckiego życia” Matty'ego Beckermana. Jeśli zaś ktoś bardzo chce zobaczyć prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy, filmowy twór, który pod niemalże każdym względem wypada nie tyle słabo, ile wręcz tragicznie, to proponuję zacząć od tego tutaj. Myślę, że trudno będzie mu znaleźć równie tandetny thriller, nawet wśród współczesnych dreszczowców kręconych na potrzeby telewizji. Aż tak niski poziom to prawdziwa rzadkość. Toż to prawie że unikat jest... szkoda, że w takim sensie, ale to w końcu też jakieś dokonanie:) Nie ośmielicie się chyba powiedzieć, że Matty Beckerman żadnego rekordu nie pobił albo chociaż, że nie był tego bardzo bliski...