W
2000 roku Sadie Banner opuściła swoją nowo narodzoną córkę
Amber i jej ojca Milesa, ponieważ była przekonana, że pośrednio
stanowi zagrożenie dla swojego dziecka, że przebywając w pobliżu
Amber ściąga na nią uwagę tajemniczej istoty zwanej Człowiekiem
z Lasu. Szesnaście lat później Sadie wróciła do swojej rodziny,
wierząc, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Wszystko
wskazywało na to, że Człowiek z Lasu przestał się nią
interesować, więc kobieta nareszcie mogła rozpocząć życie
rodzinne, za którym tak bardzo tęskniła. Tak jej się wydawało...
W 2018 roku grupa filmowców kręci film dokumentalny, którego
główną bohaterką jest osiemnastoletnia Amber Banner, która
uniknęła kary za morderstwo popełnione dwa lata wcześniej.
Produkcja ma przybliżyć widzom wydarzenia, które doprowadziły do
tej zbrodni, przedstawić ostatnie lata wspólnego życia
trzyosobowej rodziny Bannerów i przyjrzeć się legendzie o
Człowieku z Lasu, w istnienie którego, być może słusznie, wierzy
wielu ludzi.
Phoebe
Locke to pseudonim pisarski angielskiej autorki książek dla
młodzieży Nicci Cloke. Dotychczas wydano pięć książek pod jej
własnym nazwiskiem, „Człowiek z Lasu” jest natomiast pierwszą
powieścią Cloke opublikowaną pod pseudonimem. I pierwszą pisaną
z myślą o dorosłych czytelnikach, a ściślej wielbicielach
thrillerów psychologicznych. Pierwotnie wydany w 2018 roku „Człowiek
z Lasu” został bardzo dobrze przyjęty przez czytelników, z
krytykami włącznie (choć oczywiście w tym gronie znalazło się
też trochę rozczarowanych odbiorców). O książce pisano między
innymi, że to najstraszniejszy thriller lata 2018, świetnie
skonstruowany nadprzyrodzony thriller, którego nie należy czytać
przed snem i najbardziej godny polecenia thriller psychologiczny 2018
roku.
Gdyby
Stephen King obecnie pisał tak jak Phoebe Locke w „Człowieku z
Lasu”, to byłabym przeszczęśliwa. Bo według mnie nowsza
twórczość tego autora zwanego mistrzem współczesnego
literackiego horroru nie może się równać z pierwszą powieścią
Nicci Cloke opublikowaną pod pseudonimem Phoebe Locke. Właściwie
to nie mogę sobie przypomnieć ani jednego tytułu powieści z
ostatnich lat, która w mojej ocenie w równie doskonały sposób
łączyłaby thriller psychologiczny z horrorem. Może „Apartament”
Sarah Lotz i Louisa Greenberga...? Nie, jednak nie. „Człowiek z
Lasu” zachwycił mnie jeszcze bardziej, a przecież wciąż jestem
pod ogromnym wrażeniem tamtej publikacji. Sięgając po omawianą
powieść absolutnie nie spodziewałam się aż tak wysokiej jakości,
bo kto zakłada, że autorka książek dla młodzieży tak wspaniale
odnajdzie się w mroczniejszych klimatach? Podczas lektury „Człowieka
z Lasu” moja złość na tę autorką rosła wprost proporcjonalnie
do zachwytu nad jej pisarstwem. To pierwsze wyrastało z tego
drugiego, bo jak tu nie wściekać się, gdy się widzi tak wysoki
poziom, i thrillera psychologicznego, i horroru, mając przy tym
świadomość, że autorka tego niezwykłego spektaklu przez lata
realizowała się w innego rodzaju powieściach. Z całym szacunkiem
dla literatury młodzieżowej, ale według mnie miejsce tej pani jest
w światku grozy. Co prawda nie czytałam żadnej powieści dla
młodszych czytelników pióra tej angielskiej pisarki, ale to nie
umniejsza mojego przekonania, że literatura grozy jest jej domeną.
I że Stephen King powinien się bać, bo oto na rynku pojawiła się
autorka, która ma dużą szansę zająć jego miejsce – zepchnąć
go z podium, na którym stoi od dawien dawna. Zdaję sobie sprawę z
tego, że wielu uzna to za przesadę, że mało kto (jeśli w ogóle
ktoś) przyzna mi rację w tej kwestii, ale tak naprawdę tylko czas
może to zweryfikować. Przyszłość pokaże czy niekoronowany król
istotnie zostanie zdetronizowany przez tę oto Angielkę. Ja w każdym
razie już teraz wiem, że od czasu „Ręki mistrza” Stephen King
nie napisał ani jednej powieści, która (w mojej ocenie)
prezentowałaby sobą wyższy poziom od tego, z którym spotkałam
się w „Człowieku z Lasu”. Więcej: uważam, że nie stworzył
chociażby czegoś równie porywającego. Więc bój się Królu, bo
oto nadchodzi Phoebe Locke! Swojego „Człowieka z Lasu”, to nie
do wiary, ale stawiająca pierwsze kroki w literaturze grozy,
angielska autorka, skonstruowała w popularny ostatnimi czasy sposób,
polegający na przeplataniu różnych straf czasowych. Bodaj częściej
można się spotkać z mieszaniem różnych perspektyw, snuciem danej
opowieści z punktu widzenia kilku osób, ale zasada jest podobna. No
i tak jak to zazwyczaj w powieściach bywa tutaj także perspektywy
są różne (najczęściej w trzeciej osobie), tyle że poszczególne
rozdziały nie są tytułowane imionami postaci występujących w
książce. Tutaj zdecydowaną większość rozdziałów opatrzono
datami. Głównie dwiema: rokiem 2016 i 2018. Ponadto mamy parę
wstawek z dzieciństwa Sadie Banner i fragmentów dziennika jednej z
postaci spoza kręgu rodziny Bannerów. Bo to właśnie ta familia
zajmuje centralne miejsce owej opowieści, nawet w umownej
teraźniejszości (rok 2018), w której to Locke skupia się przede
wszystkim na jednej z członkiń ekipy kręcącej film dokumentalny o
Bannerach. Filmowcy polegają głównie na osiemnastoletniej Amber.
Towarzyszą jej z kamerą w nadziei, że uda im się wycisnąć z tej
młodej kobiety coś nowego, coś, co rzuciłoby nowe światło na
głośną sprawę morderstwa popełnionego przez Amber przed dwoma
laty. Morderstwa, za które odpowiadała przed sądem, ale uniknęły
kary. Czy słusznie? Tego być może dowiemy się później. Tak,
„być może”, bo w „Człowieku z Lasu” tak na dobrą sprawę
absolutnie nic nie jest pewne. Phoebe Locke pisze w sposób aż nadto
wyraźnie dający do zrozumienia, że nie zamierza niczego
czytelnikom ułatwiać, że tajemnica jest dla niej bardzo ważna –
być może aż tak, by zrezygnować z jej rozwiania, nie podać
jasnych odpowiedzi na wcześniej zadane pytania nawet w finale.
Miałam nadzieję, że tak zrobi, że pozostawi mnie z tym zamętem w
głowie, który sama stworzyła, że po przeczytaniu ostatniej
stronicy będę mogła pomyśleć „wiem, że nic nie wiem”. Czyli
raz jeszcze powtórzę w myślach to zdanie, które wcześniej ciągle
przewijało się przez moją głowę. Danych mi nie brakowało, ale
na kluczowe pytania stawiane w „Człowieku z Lasu” odpowiedzi one
nie dawały. A wręcz przeciwnie: tylko potęgowały zamęt w mojej
głowie.
Fabuła
„Człowieka z Lasu” składa się z motywów przystających przede
wszystkim do thrillera psychologicznego oraz takich, które wyrastają
z tradycji horroru o zjawiskach nadprzyrodzonych. Jedna z głównych
bohaterek powieści, Sadie Banner, wierzy, że od lat prześladuje ją
mityczny Człowiek z Lasu, nadnaturalna istota, która „zabiera
córki”. Sadie po raz pierwszy zetknęła się z nim w
dzieciństwie, to właśnie wówczas w swoim mniemaniu została
obłożona tą straszną klątwą, przed którą wiele lat później
starała się uchronić swoje jedyne dziecko. Uciekła więc od
swojej nowej rodziny, od ukochanego mężczyzny Milesa i córeczki
Amber. Dziewczynka była więc wychowywana tylko przez ojca, który
nie tracił nadziei, że Sadie w końcu do nich wróci. I tak też
się stało, tyle że na jej powrót trzeba było czekać szesnaście
długich lat. Tyle trwało zanim kobieta nabrała pewności, że jej
obecność w życiu Amber nie sprowadzi na nastolatkę śmiertelnego
niebezpieczeństwa w postaci tajemniczego Człowieka z Lasu. Mamy
więc motyw potencjalnej klątwy i jakiejś nadnaturalnej istoty
porywającej wybrane dziewczynki, ale na tym bynajmniej nie kończą
się ukłony w stronę nastrojowego horroru, z tak znakomitym
wyczuciem gatunku czynione przez Phoebe Locke na kartach „Człowieka
z Lasu”. Oprócz tego mamy cienie – tak Sadie zwykła nazywać
nadzwyczajne zjawiska, którym świadkuje, a które tak na dobrą
sprawę zwiastują obecność Człowieka z Lasu i ducha (?) jakiejś
dziewczynki. Cienie są dla tej kobiety dowodem na to, że wciąż
tkwi w szponach tytułowej istoty. I jak można się spodziewać
jakiś czas po jej powrocie na łono rodziny (rok 2016) Sadie znowu
zacznie je widywać. A to może oznaczać, że życie jej
szesnastoletniej córki jest zagrożone. My, czytelnicy, wiemy, że
Amber przeżyje, że wyjdzie cało z tragedii, do której wkrótce
dojdzie. Locke wcale tego nie ukrywa. Tak samo jak tego, że Amber
odbierze komuś życie. Przez długi czas jednak ukrywa tożsamość
jej ofiary – autorka właściwie przez cały czas każe nam
zastanawiać się nad tym, kogo ta młoda dziewczyna zabiła i
dlaczego zdecydowała się na tak drastyczny krok. Czyżby maczał w
tym palce legendarny Człowiek z Lasu? A może od początku był on
tylko wytworem wyobraźni jej matki. Być może Sadie przez wszystkie
te lata borykała się z chorobą psychiczną, a w roku 2016 jej stan
uległ pogorszeniu – wpadła w otchłań szaleństwa, stając się
tym samym ogromnym zagrożeniem dla swojej jedynej córki. Phoebe
Locke nie pozwala nam kategorycznie odrzucić żadnej z tych
możliwości. To samo można zresztą powiedzieć o trzeciej opcji –
o sugestii, że to Amber Banner jest tą złą, że mamy tutaj do
czynienia z zimnokrwistą, wyrachowaną, biegłą w sztuce
manipulacji młodą kobietą, która z premedytacją wkroczyła na
ścieżkę zbrodni, na którą najprawdopodobniej pchnęła ją
przede wszystkim nienawiść do własnej matki. Na początku
obawiałam się, że takie mieszanie stref czasowych wprowadzi
denerwujący chaos i zaowocuje powierzchownością, zwłaszcza że
książka ta jest stosunkowo krótka. Innymi słowy: wyszłam z
założenia, że na tak niewielkiej przestrzeni i przy wykorzystaniu
takiej konstrukcji nie da się zbudować wiarygodnych, dogłębnych
rysów osobowościowych najważniejszych postaci, w szczegółowy
sposób unaocznić wszystkich wydarzeń, które doprowadziły do
czyjegoś morderstwa, dbając przy tym o odpowiedni klimat dla tej
historii i pilnując, by po drodze przypadkiem zbyt wiele nie
zdradzić, tj. niechcący nie naprowadzić czytelnika na rozwiązanie
tej, czy tylko pozornie, czy faktycznie, bardzo złożonej zagadki.
Balansowanie pomiędzy sferą nadprzyrodzoną i paranoiczną,
schizofreniczną, zręczne przeplatanie konwencji horroru i thrillera
psychologicznego w przypadku tak krótkiej powieści wydawało mi się
mało możliwe, ale praktycznie z każdą przeczytaną stroną coraz
bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że te moje złe
przeczucia są stanowczo nieuzasadnione. Moje obawy się nie ziściły
– Phoebe Locke z całą mocą udowodniła mi, że nie potrzebuje
dużo przestrzeni na rozsnucie opowieści, której według mnie nie
brak absolutnie niczego. Diablo klimatycznej, tajemniczej,
nieprzewidywalnej, w pewnym sensie zmuszającej do myślenia
historii, spisanej dojrzałym, barwnym stylem, w którym aż roi się
od szczegółów (myślę, że brawa należą się również
tłumaczce Aleksandrze Wolnickiej), najdrobniejszych detali, które
sprawiły, że weszłam w tę opowieść całą sobą. Świat
przedstawiony w „Człowieku z Lasu” Locke traktowałam jak swój
własny, jak prawdziwą rzeczywistość. Bo ona była prawdziwa, gdy
pochylałam się nad tą książką. Tylko ona, bo o realnym świecie
całkowicie zapomniałam.
Bomba!
Istny fenomen współczesnej literatury grozy! Perfekcyjna mieszanka
thrillera psychologicznego i horroru nastrojowego, której nie boję
się nazwać bezcennym skarbem, perłą, która może z powodzeniem
konkurować z niezliczonymi utworami napisanymi przez doświadczonych
twórców gatunku. Ta oto stawiająca dopiero pierwsze kroki w
literaturze grozy angielska pisarka Nicci Cloke, pisząca tutaj pod
pseudonimem Phoebe Locke, w moich oczach przebiła nawet Stephena
Kinga – wiele z jego dzieł, aczkolwiek nie wszystkie – i prawdę
mówiąc już teraz nie mam większych wątpliwości, że jeśli
zdecyduje się zostać w światku literatury grozy, to zyska dozgonną
miłość przynajmniej większości wielbicieli mrocznej, trzymającej
w napięciu beletrystyki. Zgromadzi wokół siebie rzeszę fanów
zarówno literackiego horroru, jak i thrillera, zawojuje rynek może
nawet równie mocno, co Stephen King. W każdym razie jeśli nie
obniży poziomu, to moim zdaniem na to zasługuje. Mówcie co
chcecie, ale dla mnie „Człowiek z Lasu” to absolutny hit, jedno
z najbardziej wartościowych dzieł, jakie w ostatnich latach dane mi
było przeczytać. To znaczy wartościowych dla mnie: zwyczajnej
fanki literatury grozy.
Za
książkę bardzo dziękuję wydawnictwu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz