Stronki na blogu

niedziela, 16 czerwca 2019

„Perfekcja” (2018)

Charlotte przed laty uczęszczała do prestiżowej akademii w Bostonie, prywatnego ośrodka dla młodych wiolonczelistów, prowadzonego przez szanowanego w światku muzycznym Antona. Gdy jej matka zachorowała Charlotte przerwała naukę, żeby się nią zaopiekować. Teraz, po śmierci rodzicielki, kobieta postanawia udać się do Szanghaju, by dołączyć do jury konkursu organizowanego przez Antona, w którym do wygrania jest nieodpłatne miejsce w jego akademii. Tam zaprzyjaźnia się z inną członkinią jury, pobierającą nauki w szkole Antona, utalentowaną wiolonczelistką Lizzie, która przez kilka najbliższych tygodni ma zamiar podróżować po Szanghaju. Zaprasza na tę wycieczkę Charlotte i tak po zakończeniu konkursu dla młodych wiolonczelistek, obie kobiety ruszają w drogę. Beztroska przygoda szybko jednak przeradza się w istny koszmar.

Wyprodukowany i sfinansowany przez firmę Miramax amerykański thriller z elementami horroru zatytułowany „Perfekcja” został wyreżyserowany przez człowieka, który kojarzony jest między innymi z serialem komediowym „Brzydula Betty”. Za odcinek pilotażowy Richard Shepard, bo o nim mowa, otrzymał między innymi Nagrodę Emmy. Ale nie same seriale mu w głowie. W swojej filmografii ma również filmy - m.in. „Zabójczy warunek” (1999), „Kumple na zabój” (2005), „W pogoni za zbrodniarzem” (2007) i „Dom Hemingway” (2013) – i nie ogranicza się tylko do reżyserii. Jest również producentem i scenarzystą. W „Perfekcji” objął wszystkie te trzy funkcje, przy czym tylko na krześle reżyserskim siedział sam. Scenariusz napisał razem z Erikiem C. Charmelo i Nicole Snyder. W Stanach Zjednoczonych po raz pierwszy „Perfekcję” pokazano we wrześniu 2018 roku na Fantastic Fest. Niedługo potem prawa do dystrybucja kupiła firma Netflix i tak oto „Perfekcja” w 2019 roku trafiła do szerokiego obiegu.

Główna rola w „Perfekcji” przypadła w udziale Allison Williams, która to pracowała już z Richardem Shepardem przy serialu „Dziewczyny” (2012-2017). Tutaj kreuje Charlotte, byłą uczennicę prywatnej szkoły dla młodych wiolonczelistów z Bostonu, która po latach przerwy spowodowanej chorobą matki, jedzie do Szanghaju, by dołączyć do jury konkursu organizowanego przez właściciela owej prestiżowej akademii. Gra Williams to moim zdaniem jeden z mocniejszych punktów tego filmu. Tak samo kreacja partnerującej jej Lizzie w wykonaniu Logan Browning i oczywiście Antona, w którego to wcielił się Steven Weber (m.in. Jack Torrance z miniserialu „Lśnienie” i Steve Adams z „Desperacji”). Ale na silnej obsadzie bynajmniej nie kończą się superlatywy „Perfekcji”. Produkcję tę cechuje dosyć zaskakująca żonglerka dobrze znanymi miłośnikom kina grozy konwencjami – całkiem kreatywne podejście do tylko pozornie wyświechtanych motywów i swego rodzaju flirt z przemocą. Do tego ostatniego lepiej podchodzić z dystansem, bo choć w omawianym filmie przewija się trochę drastycznych scen, to wątpię żeby zrobiły one jakieś większe wrażenie na osobach choćby tylko średnio zaznajomionych z kinem gore. A i nie sądzę, żeby twórcom szczególnie zależało na szokowaniu widzów plastycznymi obrazami krwawej przemocy. Brutalizm często jest jedynie sugerowany – zlepki wiele mówiących, dynamicznie zmontowanych, w domyśle odrażających ciągów wydarzeń, to jedno, ale agresja drzemie także w tych scenach, które na pierwszy rzut oka jawią się zupełnie niewinnie. Weźmy na przykład kiełkujący romans głównych bohaterek – niby dobrze im ze sobą, niby każda z nich jest wdzięczna losowi za to, że ich ścieżki w końcu się skrzyżowały, że mogły zbliżyć się do swojej bożyszczy (Lizzie wyznaje Allison, że od dawna jest jej fanką, a ta odwdzięcza jej się takim samym wyznaniem), ale praktycznie od początku tej relacji czuje się, że coś tu jest mocno nie tak. Pierwszą jaśniejszą wskazówką jest zbliżenie na maciupki tatuaż na plecach Allison – wiemy już, że dokładnie taki sam ma Lizzie, ale nie w tym rzecz. Alarmistycznie działa oprawa muzyczna owego, bądź co bądź, zastanawiającego widoku. Wcześniej niczego w ten deseń nie dostałam, ale mimo wszystko już wtedy ogarnęły mnie złe przeczucia co do tej damsko-damskiej relacji. Toksyczna przyjaźń/zgubny romans? Tak się wydaje, nie wiadomo tylko, która z tych pań będzie agresorką, a która ofiarą? Jeśli w ogóle taki podział w „Perfekcji” zaistnieje. Równie prawdopodobne jest to, że każdą z nich kieruje zamiar zniszczenia tej drugiej. Albo... Wkrótce po rozpoczęciu ich wspólnej podróży po Szanghaju, w fabułę zostaje wprowadzony motyw, który nie tyle całkowicie zmienia spojrzenie na ową historię, ile wprowadza dodatkowe pytania. I każe sądzić, że Richard Shepard i jego ekipa w „Perfekcji” chcieli wykorzystać więcej niż jedną konwencję, na dodatek egzystującą w ramach więcej niż jednego gatunku. W pierwszej fazie seansu łatwo o pewność, że „Perfekcja” jest kolejnym typowym, acz niezbyt grzecznym thrillerem o toksycznej przyjaźni/romansie. Jednakże w trakcie wycieczki Allison i Lizzie ta pewność zdecydowanie słabnie. Sytuacja się komplikuje. Osoba, której nieobce są reguły, jakimi zwykle rządzą się filmowe thrillery i horrory najpewniej wówczas zrozumie, że scenarzyści „Perfekcji” postanowili je zmiksować. I nie byłoby w tym niczego osobliwego, gdyby nie to, że wybrano pozornie kompletnie niepasujące do sobie motywy. UWAGA SPOILER Bo co może łączyć opowieść o niebezpiecznym związku dwóch kobiet z motywem zarazy, dziwnej choroby, którą jedna z bohaterek filmu, jak wtedy się wydaje, zaraziła się od jednego z mężczyzn goszczących na konkursie dla młodych wiolonczelistów? Choroby sportretowanej tak, że nie sposób nie myśleć o skręcie w stronę body horroru KONIEC SPOILERA. W każdym razie mnie ten związek umykał, nie potrafiłam wyczuć kierunku obranego przez twórców „Perfekcji”. I dobrze, bo w takim wypadku nie pozostało mi nic innego, jak uznać, że to jeden z tych obrazów, w którym dosłownie wszystko może się wydarzyć. W którym znajomość konwencji kina grozy na niewiele się przyda, bo Richard Shepard, Eric C. Charmelo i Nicole Snyder mieli własny pomysł na ich podanie.

(źródło: https://anz.newonnetflix.info/)
Z jednej strony podróż Allison i Lizzie po Szanghaju, obok końcowych ujęć, jest najmocniejszym punktem „Perfekcji”, w kontekście dosadności makabry. Z drugiej jednak strony to wówczas dochodzą do głosu przeklęte efekty komputerowe, które jak to zazwyczaj z nimi bywa, skutecznie niszczą realizm. Patrząc na zmagania jednej z bohaterek filmu byłam jednocześnie zaintrygowana kierunkiem obranym przez twórców i zawiedziona jego wykonaniem. Sam ten motyw odkrywczy co prawda nie jest, ale w połączeniu z tym, co pokazano mi wcześniej, w moich oczach prezentował się dosyć świeżo. Bo ja wiem... dostał coś na kształt nowego życia? W każdym razie na pewno wprowadził frapującą zagadkę, której według mnie jedynym felerem było pogwałcenie realizmu tandetnym efekciarstwem. Jest taki niepokojący i bardzo pouczający serial dokumentalny, w którym nieraz widziałam (i nie tylko tam) podobne, ale o niebo lepiej zrealizowane, przypadki , do tego pokazanego w „Perfekcji”. To znaczy podczas konstruowania tajemnicy. UWAGA SPOILER Sugerowania, że jedna z bohaterek filmu padła ofiarą zarazy, że pod jej skórą kłębią się robaki. Skoro już jesteśmy przy spoilerze to od razu zdradzę, że wspomniany serial dokumentalny nosi tytuł „Obcy wewnątrz nas” („Monsters Inside Me”), na wypadek gdyby ktoś zechciał się z nim zapoznać, do czego oczywiście gorąco zachęcam KONIEC SPOILERA. Scenarzyści „Perfekcji” wykorzystali jeszcze jedną doskonale znaną miłośnikom kina grozy konwencję. Z czasem podpięli się pod nurt, który należy do moim ulubionych, w pewnym siebie wpadając przy tym w zastawioną przez siebie pułapkę. Dlaczego? Otóż, wcześniejsze zwroty akcji pokazały mi jak czytać tę opowieść. Wyczułam proces myślowy twórców, wkroczyłam na odpowiednią ścieżkę i nawet nie musiałam nią podążać, bo „miałam przy sobie lornetkę, przez którą zobaczyłam prawie wszystko”. Prawie, bo nie o szczegółach tutaj mowa, tylko o ramach fabularnych, o ogólnym zarysie wydarzeń, które dopiero nastąpią. To, że część zamysłu twórców przewidziałam nie przeszkadzało mi jednak tak bardzo, jak myśl, która w dalszej partii filmu mnie nawiedziła i... nie chciała odejść. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że twórcy mają mnie za idiotkę. Gdyby jeszcze o mnie im chodziło, to w porządku, może i ich osąd byłby właściwy, ale to przecież dotyczy całej grupy docelowej „Perfekcji”. Fani kina grozy naprawdę potrafią sami myśleć – nie trzeba im wszystkiego tłumaczyć, nie trzeba aż takich starań, by zrozumieli „co autorzy mieli na myśli”. Wśród nich nie brakuje też osób, którzy dużą przyjemność odnajdują w znajdowaniu różnych interpretacji danego dzieła. Ta historia pozwalała na otwarcie kilku takich furtek, właściwie to aż prosiła się o pozostawienie jakichś (jakichkolwiek!) niejasności, które pozwalałyby obracać tę opowieść w głowie jeszcze po zobaczeniu napisów końcowych. Nie upieram się przy tym, że twórcy „Perfekcji” faktycznie nie wierzyli w inteligencję odbiorców tejże. Wcale nie musiało tak być, dlatego właśnie starałam się pozbyć ten natrętnej myśli. Tym bardziej, że moja sympatia nie jest ukierunkowana jedynie na te produkcje, które nie podają wszystkiego na tacy. Sęk w tym, że... Nie mogłam po prostu oprzeć się wrażeniu, że „Perfekcja” miała być czymś głębszym, jednym z tych obrazów pełnych mniej czy bardziej zawoalowanych symboli. Realizacja na to wskazywała – nie tyle to przewijanie a la „Funny Games” Michaela Hanekego, ile eksponowanie różnego rodzaju szczegółów. Zbliżenia okraszone charakterystycznymi (rodzącymi niejasne napięcie) dźwiękami oraz swego rodzaju eksperymentowanie z barwami. Feerie żywych kolorów przeplatają się tutaj z niezbyt mocno zagęszczonym, ale jednak mrokiem. I, też raczej umiarkowaną, ponurością. No cóż, może faktycznie jest w tym jakaś ukryta głębia, jakieś drugie dno, którego ja po prostu nie widzę – co wskazywałoby na to, że w gronie fanów kina grozy jest przynajmniej jedna osoba, w inteligencję której lepiej nie wierzyć.

„Perfekcja” Richarda Sheparda według mnie wychodzi ponad przeciętność. Pomimo swoich wad. Albo inaczej: pomimo tych elementów, które negatywnie wpływały na mój odbiór tego dosyć pomysłowego thrillera z elementami horroru. Bo chociaż niektórych z nich drobnym potknięciami nazwać nie mogę, to sytuację podratowało to, co w „Perfekcji” dobre. Pomysł na tę historię i jej dosyć ciekawy przebieg (tj. w większości), solidna obsada i do pewnego stopnia warstwa techniczna. Ścieżka dźwiękowa, wciągająca narracja i po części kolorystyka zdjęć. Częściowo, bo ta różnobarwność, zabawa odcieniami miała coś w sobie, aczkolwiek miałaby więcej, gdyby dodano temu czerni i szarości. Więcej mroku i ponurości, ale bez rezygnacji z ujęć skąpanych w żywszych kolorach. Summa summarum jestem z tego spotkania zadowolona. Nie jakoś mocno, ale to już coś. Grunt, że nie przepełnia mnie świadomość, że nie było warto, że niepotrzebnie się nad tą pozycją pochyliłam. Ważne (dla mnie), że coś dla siebie w „Perfekcji” znalazłam, że jakkolwiek nieodpowiednio to brzmi w przypadku takiego filmu, całkiem nieźle się bawiłam. Tyle, ile dał mi Richard Shepard (i reszta ekipy pracującej nad tym obrazem) do umiarkowanej satysfakcji mi wystarczy, co nie znaczy, że wystarczy każdemu miłośnikowi kina grozy, który po ten film sięgnie. Bo to w sumie dosyć specyficzny, a w każdym razie niezbyt typowy obraz jest. I co ważniejsze nie jest on pozbawiony elementów, które mogą się nie podobać – choćby efekty komputerowe, których na szczęście nie ma zbyt wiele i podawanie wszystkiego na tacy w dalszej partii seansu. Ale równie dobrze to i wszystko inne może się podobać. To już zależy od widza. Szansę, tak czy tak, radzę „Perfekcji” dać, bo to niewielkie przecież ryzyko moim zdaniem może się niejednemu odbiorcy opłacić. Wielu już się opłaciło, więc sami zadajcie sobie pytanie: czemu nie?

piątek, 14 czerwca 2019

„451 stopni Fahrenheita” (1966)

Guy Montag żyje w świecie, w którym posiadanie książek jest zabronione. Poszukiwaniem i paleniem ich zajmują się strażacy, a Montag jest jednym z nich. Mężczyzna mieszka ze swoją żoną Lindą, która większość czasu spędza na wgapianiu się w ekran ścienny, karmiąc się ogłupiającą papką telewizyjną. To ulubiona rozrywka zdecydowanej większości społeczeństwa, ale nie Montaga. On pragnie czegoś więcej, choć uświadamia to sobie dopiero po poznaniu mieszkającej w sąsiedztwie młodej kobiety imieniem Clarisse. Rozmowy z tą ciekawą świata osobą sprawiają, że Montag zaczyna dostrzegać ogromną pustkę w swoim życiu. Ukradkiem gromadzi w domu książki, zakazane owoce, które jeszcze niedawno z taką przyjemnością niszczył. Montag wie, jakie konsekwencje mogą go za to spotkać, ale pragnienie posiadania ich jest silniejsze od strachu przed karą.

W 1953 roku ukazało się pierwsze wydanie jednej z najwartościowszych powieści science fiction w historii literatury. Mowa o „451 stopni Fahrenheita” autorstwa Raya Bradbury'ego – krótkiej opowieści rozgrywającej się w bliżej nieokreślonej przyszłości, w dystopijnym świecie, w którym posiadanie książek jest surowo wzbronione. Wizjonerska historia Bradbury'ego po raz pierwszy została przełożona na ekran przez francuskiego, nieżyjącego już twórcę Francois Truffauta. Scenariusz napisał on wespół z Jeanem-Louisem Richardem. Film nakręcono w Anglii, a jego budżet oszacowano na półtora miliona dolarów. Obraz ukazał się w 1966 roku, ale na uznanie krytyki przyszło mu trochę poczekać. Choć film nominowano do nagrody Hugo i Złotego Lwa (udział w konkursie głównym Francois Truffauta) recenzje tak zwanym znawców kina w dużej części nie były przychylne tej produkcji. Filmowa wersja „451 stopni Fahrenheita” w końcu zyskała uznanie krytyki, ale co ważniejsze przemówiła do kolejnych pokoleń widzów, z fanami fantastyki naukowej na czele. Autor literackiego pierwowzoru wprawdzie znalazł w filmie Truffauta trochę wad, ale ogólnie był zadowolony z tej... ekranizacji? adaptacji? Ciężko orzec, bo wprawdzie scenarzyści trochę pozmieniali, ale nie wpłynęło to na wydźwięk opowieści Bradbury'ego. Co więcej większość wydarzeń z książki wiernie przeniesiono na ekran. To samo można powiedzieć o myślach autora fenomenalnego pierwowzoru i zaludniających go postaciach.

„Głupim narodem łatwiej się rządzi” - to prawda znana chyba każdemu, ale nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że nawet w demokratycznych krajach proces ukierunkowany na ogłupianie narodu trwa od wieków. I nic nie wskazuje na to, by kiedykolwiek miało się to zmienić. Bo sztuka samodzielnego myślenia to w pewnym sensie broń wymierzona w polityków pretendujących „do tronu”. Marzących o nieograniczonej władzy w danym kraju. W swoim kraju, jak to zwykli podkreślać ci opętani żądzą panowania nad innymi osobnicy. Tak, tak, wiem to nieprawda. To cechy dyktatorów, których przecież w demokratycznych państwa nie ma. Ani my, ani Ray Bradbury piszący wiele dekad wcześniej jeden ze swoich najbardziej znanych utworów (z czego zapewne jeszcze wtedy nie zdawał sobie sprawy, chociaż biorąc pod uwagę jego niemal prorocze zdolności, chyba jednak należałoby się nad tym porządnie zastanowić) nie żyjemy w totalitarnym ustroju, prawda? Etykietka „państwa demokratycznego” jest dla nas gwarantem bezpieczeństwa, nieograniczonego dostępu do wiedzy, prawa do prywatności, szeroko pojętej wolności, egzystencji wolnej od obaw przed rządem, bo ten kieruje się troską o nasze dobro. Bradbury tak nie myślał, on nie pozwalał sobie na komfort takiego idealistycznego myślenia, bo... na wskroś przeniknął ludzką naturę. „451 stopni Fahrenheita” to pierwszy film Francois Truffauta zrealizowany w kolorze (Technicolor), który to tak samo jak jego literacki pierwowzór można nazwać przestrogą przed nami samymi. Haniebny system, w którym w tej bliżej nieokreślonej przyszłości przyszło żyć głównemu bohaterowi tej historii, Guy'owi Montagowi, został zbudowany niejako za zgodą większości społeczeństwa. Ludzie przy tak zwanym korycie, nie musieli się zbytnio wysilać, by przekonać naród (narody), że książki są szkodliwe. Film co prawda nie artykułuje tego z taką mocą, jak zrobił to Bradbury na kartach „451 stopni Fahrenheita”, ale spokojnie da się i stąd odczytać taką oto przerażająco prawdziwą myśl: to my sami zabijamy słowo pisane. Po co nam one skoro mamy obrazki? Montag ma komiksy bez tekstu i programy telewizyjne. A ja myślę, że w ten trend idealnie wpisują się również memy, których w omawianym obrazie (i powieści, na kanwie której on powstał) oczywiście nie znajdziemy. To przyniesie przyszłość i chyba nie powiedziecie, że idealnie nie wpasowuje się to w analizę (w sam ten destrukcyjny prąd) dokonaną przez Bradbury'ego już w latach 50-tych XX wieku. Główna rola w, no niech będzie, ekranizacji „451 stopni Fahrenheita” przypadła w udziale krnąbrnemu Oskarowi Wernerowi. Krnąbrnemu, bo o jego niesnaskach z reżyserem i zarazem współscenarzystą omawianego filmu było dosyć głośno. Nieporozumienia pomiędzy tymi dwoma panami brały się z ich rozbieżnych spojrzeń na postać Guya Montaga. Francois Truffaut w przeciwieństwie do Wernera chciał by w Montagu więcej było skromności niźli heroizmu. Pomimo usilnych starań nie udało mu się skłonić aktora do przyjęcia jego (i poniekąd również Raya Bradbury'ego) spojrzenia na ową postać. Oskar Werner zrobił to po swojemu, niekoniecznie jednak po lepszemu. Bo trudno nie odczuć chłodu bijącego od filmowego Montaga – buty, pychy, która przynajmniej mnie nieco zdystansowała od tego bohatera. Partnerująca mu Julie Christie natomiast wypadła wręcz zjawiskowo. I to w obu rolach, w które się wcieliła (jedną z nich zaproponowano jednej z moich ulubienic Tippi Hedren, ale Alfred Hitchcock, który to „ją odkrył” poinformował Truffauta, że aktorka jest obecnie niedostępna). Twórcy bowiem ostatecznie uznali, że dwie tak skrajnie różne kobiety z otoczenia Montaga, powinna kreować tylko jedna aktorka. Padło na Julie Christie, która w mojej ocenie „skradła ten film”. Ilekroć pojawiała się na ekranie, czy to jako jedna z ofiar systemowego prania mózgu, czy jako trochę mniej widowiskowa rewolucyjna dusza, cała moja uwaga koncentrowała się tylko na niej. Tak obłędna to była gra.
 
W pierwszej filmowej wersji „451 stopni Fahrenheita” pozwolono sobie na dosyć sporo mniejszych i większych zmian w stosunku do literackiego oryginału. Do tych drobnych można zaliczyć poprzestawianie w czasie i czasami w miejscu niektórych wydarzeń. Na przykład przełożony Guya Montaga, kapitan oddziału strażackiego, do którego główny bohater filmu przynależy, w książce „edukuje” swojego pracownika w domu tego drugiego, w filmie natomiast robi to partiami w czasie pracy (w różnych dniach). „Wieczorek czytelniczy” w domu Montagów odbiorcom książki pewnie wyda się przedwczesny, ale ta zmiana wyjaśni się później, gdy dotrze do nas, że (i to moim zdaniem jest największe odstępstwo od powieści) pominięto jednego z bohaterów książki. I to w dodatku takiego, który w wersji Raya Bradbury'ego nie jest bez znaczenia. Okazuje się jednak, że można było go wyciąć bez szkody dla fabuły. A przynajmniej bez potężnej szkody, bo jednak koncepcja literacka miała w sobie więcej tragizmu. Zamiast ścianowizji mamy (z punktu widzenia współczesnego widza) nierobiącą żadnego wrażenia plazmę. To znaczy z wyglądu, bo jej funkcje to już zupełnie co innego (mowa o roli widza, nie propagandzie i żenującej wręcz miałkości lejącej się z ekranu). A robotów tropiących będących na uposażeniu prawie wszystkich oddziałów strażackich w kraju (i na świecie?) nie ma w ogóle. Oba te odstępstwa od literackiego oryginału można chyba tłumaczyć ograniczeniami technologicznymi – w latach 60-tych XX wieku nie można było wszak pozwolić sobie na tyle, co teraz. I nie mogę napisać, że mi to przeszkadzało. Główne myśli autora zostały natomiast zachowane. Nie wszystkie wyartykułowano wprost, ale bez trudu da się je odczytać z fabuły. UWAGA SPOILER Poza niszczycielką albo budującą, zależy jak na to spojrzeć, wizją roztoczoną na końcu powieści – tego w filmie nie ma KONIEC SPOILERA. „451 stopni Fahrenheita” Francois Truffauta, tak jak książka, nie jest tylko opowieścią o życiu w totalitarnym systemie, o reżimie narzucanym przez rząd i większość społeczeństwa (bo nie zapominajmy, że u Bradbury'ego to ta „demokratyczna większość” jest największym zagrożeniem), ale również, jeśli nie przede wszystkim o nazwijmy to odstawaniu od ogółu. O ludziach, którzy nie potrafią i nawet nie chcą przystosować się do społeczeństwa, w którym żyją. O nonkonformistach, którzy tak naprawdę są ostatnią deską ratunku dla ludzkości. „451 stopni Fahrenheita” dla mnie jest przede wszystkim oskarżycielskim palcem wymierzonym w konformizm i zarazem pochwałą dla tak zwanych mniejszości. Można sobie dopowiadać, że różnego rodzaju mniejszości, ale i Ray Bradbury i twórcy pierwszej filmowej wersji „451 stopni Fahrenheita” wprost mówią o tej mniejszości, która rozumie, jak bezcennym skarbem jest wiedza i wie gdzie jej szukać. Ale też o ludziach, którzy zdają sobie sprawę z tego, że wiedza też może przyczynić się do upadku ludzkości. Bo, i to może co poniektórych zaskoczyć, ale nie sadzę by ktokolwiek dopatrzył się tutaj przekłamania, Ray Bradbury, a za nim Francois Truffaut i Jean-Louis Richard dali jasno do zrozumienia, że tak zwane jednostki oczytane często przepełnia pycha. A ta jak wiadomo kroczy przed upadkiem. Otóż, Bradbury zauważył (co mnie nie dziwi, bo był wnikliwym obserwatorem tak ludzi, jak rzeczywistości, w której żyjemy), a scenarzyści to po nim powtórzyli, że intelektualiści (choć pewnie nie miał na myśli wszystkich z nich) zwykli patrzeć na innych z góry, uważać się za lepszych od innych tylko dlatego, że w swoim życiu przeczytali więcej książek, i również w związku z tym posiedli większą wiedzę. A przecież nie o to chodzi, nie taka jest rola książek. Zdobytej wiedzy nie należy wykorzystywać do okładania nią innych, tylko do poprawiania kondycji otaczającego nas świata. Do zmieniania życia na lepsze, a nie nadmiernego rozbudowywania własnego ego. Na początek wystarczy zacząć wyciągać wnioski z błędów naszych antenatów (które pokazują nam przecież książki), zamiast w kółko je powtarzać. Bo cały czas to robimy. Zupełnie jakbyśmy byli zaprogramowani na samozniszczenie – o tym też mówi ta jakże gorzka historia. 
 
„451 stopni Fahrenheita” to wielowarstwowa opowieść o człowieku, który nagle zmienia front. Poznajemy go jako strażaka. W tym świecie strażak nie jest osobą zajmującą się gaszeniem pożarów, tylko ich wzniecaniem. A konkretniej paleniem książek, które wedle władzy (i większości społeczeństwa) są źródłem wszelkich nieszczęść. Bez nich ludzie są szczęśliwsi... Ale czy na pewno? Choćby na przykładzie Lindy, żony głównego bohatera „451 stopni Fahrenheita”, Guya Montaga widać, że nie do końca. Kobieta niby nie ma żadnych trosk, a jednak targa się na swoje życie (rozbawiło mnie zdziwienie Montaga na wieść o tym, że karetka nie przywiozła lekarza – toż to polska norma!). Dlaczego to robi? Może kobieta nie jest tak wydrążona, tak brzydko mówiąc pusta, jak wydaje się na pierwszy rzut oka. Może gdzieś tam, w podświadomości tlą się potrzeby inne od tych, które codziennie z taką gorliwością zaspokaja. Może Linda po prostu jeszcze nie wie, że jej umysł nie zadowala się tym chłamem, który spływa na nią z ekranu ściennego. Może nawet nie wie, że w ogóle ma jakiś umysł... W przeciwieństwie do Clarisse, młodej sąsiadki Guya, która diametralnie zmienia jego sposób myślenia. Albo po prostu przyśpiesza to, co i tak było nieuniknione, daje mu lekkiego kuksańca, dzięki któremu mężczyzna już teraz zaczyna się budzić ze „strasznego snu” zgotowanego nie tyle przez rząd, co większość społeczeństwa. Przez nas samych – ludzi zabijających słowo pisane. Pod tym względem film ów w najmniejszym stopniu się nie zestarzał (moim zdaniem nawet realizacja nie trąci zbytnio myszką). My, gatunek ludzki, tak naprawdę robimy to samo, co strażacy z „451 stopni Fahrenheita”. Czy się to komuś podoba, czy nie ten film, tak samo jak książka, rzuca nam tę i wiele innych prawd o nas samych, prosto w twarz. Prawdy dobrze znane, ale nie przez wszystkich akceptowane. Co ciekawe w filmie tekst widać tylko w książkach – również tych trawionych przez ogień, na co szczerze mówiąc trudno było mi patrzeć. Aż ciarki przechodziły. Tekst pojawia się też na planszy końcowej filmu. Czołówka natomiast, co uważam za genialne w swojej prostocie, jest odczytywana przez głos z offu. Muszę dodać coś jeszcze. Bernard Herrmann. Wystarczy? Nie? No to przypominam, że to ten sam artysta, który skomponował między innymi muzykę do „Psychozy” Alfreda Hitchcocka. Niezapomnianą, szarpiącą nerwy, legendarną, no wielką po prostu, ścieżkę dźwiękową dla jednego z najwybitniejszych thrillerów w historii kina. W „451 stopni Fahrenheita” aż tak się nie popisał – nie ta liga – niemniej i tak się zasłuchałam. Zresztą wiedziałam, że tak będzie, bo to przecież Bernard Herrmann. Rozumiecie? BERNARD HERRMANN!

Film znany wielu, oparty na ponadczasowej powieści - w pewnym sensie wizjonerskiej, a na pewno diablo przerażającej wizji Raya Bradbury'ego. Zawierający dosyć sporo zmian w stosunku do oryginału, ale nie aż takiej wagi, żeby nie dało się nazwać tego ekranizacją. Adaptacja może... Nie, raczej skłonię się w tę drugą stronę. Francuski twórca Francois Truffaut moim zdaniem na tyle wiernie odwzorował tę nietuzinkową historię na planie, żeby nie dawać większych powodów do narzekań osobom sprzeciwiającym się swobodnym podejściom filmowców do literackich materiałów źródłowych. Chociaż z drugiej strony... Nie każdy, kto zna rzeczone nieśmiertelne dzieło Raya Bradbury'ego przeszedł do porządku dziennego nad zmianami zastosowanymi w jego pierwszej ekranizacji. Niemniej takich niezadowolonych czytelników i widzów nie jest znowu tak dużo. Można więc chyba spokojnie polecić to dzieło Francois Truffauta również tym, którzy powieść nie tylko znają, ale i kochają. Tak, myślę, że powinni zaryzykować spotkanie z tym kultowym obrazem, jeśli jeszcze do niego nie doszło. A jak doszło to pewnie wiedzą (a przynajmniej wielu z nich), że prędzej czy później trzeba je powtórzyć.

środa, 12 czerwca 2019

Zapowiedź: gra „Metamorphosis”

"Franz Kafka był w pewnym sensie pierwszym projektantem gier". Twórcy “Metamorphosis” opowiadają o swojej produkcji łączącej literaturę z cyfrową rozrywką.

Warszawskie studio Ovid Works przedstawia wideo na temat swojej gry “Metamorposis”, opartej na twórczości praskiego pisarza.


Ovid Works ogłosiło swoją grę “Metamorphosis” w lutym. Od tego czasu skupiła na sobie zainteresowanie wielu mediów w Polsce i poza nią. Napisały o niej największe zachodnie serwisy. Game Informer uznał ją za jedną z najlepszych produkcji pokazanych na konferencji GDC 2019 w San Francisco, a Gamespot wskazał jako tytuł, który nie powinien być przeoczony w tym roku. Dobrą passę “Metamorphosis” podkreśla awans do grona finalistów tegorocznego Nordic Game Discovery Contest, czyli najlepszych gier niezależnych.

W swoim pierwszym “pamiętniku developera” twórcy opowiadają o prozie Franza Kafki, inspiracjach stojących za grą i niezwykłej perspektywie, z której graczom przyjdzie obserwować akcję - perspektywie insekta.

 
Zobacz Pamiętnik Developera [napisy PL]

"Franz Kafka był w pewnym sensie pierwszym projektantem gier" - mówi game director Zaq Chojecki. Proza Kafki pozwala precyzyjnie odtworzyć klimat czeskiej Pragi sprzed 100 lat, pozwalając studiu Ovid Works realizować swój główny cel - opowiadać pobudzającą do refleksji historię poprzez ciekawą rozgrywkę.


Więcej o Metamorphosis

Metamorphosis opowiada historię Gregora Samsy, który pewnego dnia budzi się - ku własnemu zdumieniu i przerażeniu - w ciele insekta. Opowiadanie stało się przedmiotem wielu dyskusji i interpretacji.

Ta niezwykła historia powstała w studiu Ovid Works na potrzeby gry z gatunku puzzle platforming adventure, w której poza inspiracją znaną opowieścią pojawia się oryginalna rozgrywka. Gregor trafia do świata, który przytłacza go rozmiarami. Podstawą gry jest eksploracja i rozwiązywanie zagadek środowiskowych.

To niezwykła wędrówka przez trzy światy. Jeden to ten prawdziwy, doskonale nam znany, choć przytłaczający dla robaka - powierzchnia stołu czy wnętrze szuflady. Drugi to ukryty, tajemniczy świat owadów - zapomniane przestrzenie między ścianami i pod podłogą, zakurzone przesmyki, dziwne obszary zamieszkane przez inne insekty. I wreszcie trzeci, stworzony przez abstrakcyjne miejsca, takie jak automatycznie sortująca się szafa z dokumentami. Na swej drodze Gregor napotka wiele wyzwań, pułapek, ale i niezwykłych stworzeń, których pomoc może okazać się nieodzowna.


Kluczowe cechy gry:

- Tajemnicza metamorfoza - Gregor Sansa musi odkryć, dlaczego stał się insektem i jak może wrócić do swojej właściwej postaci.
- Ręcznie malowane tekstury - wszystko, co widać na ekranie, jest dziełem ludzkiej ręki.

- "Dwuwarstwowa" narracja - jedna rozgrywająca się "wewnątrz" świata Gregora i jedna tocząca się "na zewnątrz". Gracz nie może wchodzić w interakcje z postaciami z tej drugiej, ale wpływając na pierwszą decyduje o ich losach.
- Oryginalne łamigłówki logiczne - kluczem do ich rozwiązania jest uważna obserwacja i wykorzystanie dodatkowe kamery pokazującej miejsce z pewnego oddalenia.
- Swobodna eksploracja - w ramach kolejnych miejsc gracz ma dużą swobodę poruszania się, ale musi sobie pomóc - umiejętne wykorzystanie plamy miodu pozwala "posmarować" śliską powierzchnię, po której można się dostać we wcześniej niedostępne miejsce.
- Świat w mikroperspektywie - główny bohater stawia czoła światu, który go dosłownie przerasta i przytłacza 

“Metamorphosis” ukaże się na PC, PlayStation 4, Xbox One i Nintendo Switch.

Więcej informacji można znaleźć na
oficjalnej stronie internetowej oraz karcie Steam.

O Ovid Works  
Ovid Works to niezależne warszawskie studio produkujące gry wideo, specjalizujące się w tworzeniu angażujących projektów na PC, konsole i wirtualną rzeczywistość. Jego pierwszą grą była absurdalna przygodówka VR Interkosmos, w której gracz trafiał do kokpitu sowieckiej kapsuły pędzącej w kierunku Ziemi. Kolejną, nową grą jest Metamorphosis, puzzle-platformer z perspektywy pierwszej osoby inspirowany twórczością Franza Kafki. By dowiedzieć się więcej, odwiedź www.metamorphosisgame.com.

Źródło: wszystkie materiały od Better. Gaming Agency

„I Trapped the Devil” (2019)

Matt i jego żona Karen przyjeżdżają na Święta Bożego Narodzenia do brata mężczyzny, Steve'a. Gospodarz nie jest zadowolony z tej niezapowiedzianej wizyty. Mówi nieproszonym gościom, że nie mogą zostać w jego domu, ale Matt jest nieugięty. Po namyśle Steve decyduje się nakreślić bratu swoją sytuację. Okazuje się, że Steve więzi w piwnicy kogoś, kogo uważa za Diabła. Zaniepokojony Matt dzieli się tą informacją ze swoją żoną. Kobieta chce zawiadomić policję, ale mąż przekonuje ją, żeby się z tym wstrzymała. Mężczyzna tak samo jak ona nie wierzy, że Steve więzi Lucyfera. Wychodzi z założenia, że na dole tkwi człowiek będący ofiarą szaleństwa jego brata. Woli jednak poszukać innego sposobu na uporanie się z tym problemem. Takiego, który pozwoliłby Steve'owi uniknąć kary za ten czyn.

„I Trapped the Devil” to niskobudżetowy amerykański horror psychologiczny/satanistyczny w reżyserii debiutującego Josha Lobo, który poza tym napisał scenariusz, razem ze Spence'em Nicholsonem zmontował film i został jednym z jego producentów. Budżet rzeczonej produkcji oszacowano na milion dolarów, a pierwszy jej publiczny pokaz odbył się 12 kwietnia 2019 roku na Imagine Film Festival. W Holandii, ale jeszcze w tym samym miesiącu rozpoczęto dystrybucję w jej rodzimych Stanach Zjednoczonych. Film trafił do amerykańskich kin i na platformę VOD.

Czołówka „I Trapped the Devil” każe przygotować się na obraz w stylu retro, utrzymany w duchu XX-wiecznego kina grozy. Oczywiście nie całego stulecia, ale jeszcze wtedy ciężko zgadnąć, która to będzie dekada, ewentualnie dekady. Równie dobrze mogą być to lata 50-te i 60-te, jak i 70-te i 80-te. Podczas zawiązywania fabuły doszłam do wniosku, że Josh Lobo skłania się ku temu późniejszemu przedziałowi czasowemu, aczkolwiek duch tamtych czasów nie uwidacznia się jakoś szczególnie mocno. Powiedziałabym raczej, że bardziej się go wyczuwa, niż widzi. W mrocznych zdjęciach Bryce'a Holdena jest jakaś nieuchwytna niedzisiejszość – zabierają nas one w sentymentalną podróż do okresu, w którym filmowy horror miał się dużo lepiej niż dziś. Albo inaczej: przywołują wspomnienia starych, dobrych filmów grozy. Nie do końca wiem jednak dlaczego tak się dzieje (a przynajmniej dlaczego ja tak to odbierałam). Cóż takiego jest w tych obrazach? Są mroczne, są z lekka pobrudzone i tak jakby przyblakłe. Zdjęcia nie są wyprane z kolorów, ale i barwy nie są jaskrawe. Twórcy co prawda pobawili się trochę kolorowymi światłami (lampki świąteczne, czerwień w piwnicy), ale bynajmniej nie ocieplały one aury panującej w domu Steve'a. Z tego wszystkiego tylko w kolorowych światełkach uwidaczniał się styl retro – był przeze mnie odbierany zmysłem wzroku. W pozostałych pierwiastkach nie widziałam tej stylizacji (a przynajmniej nie tak wyraźnie). We współczesnym, zwłaszcza niskobudżetowym kinie grozy z łatwością można znaleźć identyczne albo podobne klimaty, ale w przypadku „I Trapped the Devil” czuje się, niejako odbiera szóstym zmysłem, że ekipa techniczna pozostawała pod wpływem horrorów nastrojowych z dawnych lat. Wrócę na chwilę do kolorowych światełek. Otóż, wprowadzają one dokładnie taki kicz, z jakim długoletni miłośnicy gatunku pewnie niejednokrotnie już się spotkali w kinie z lat 80-tych XX wieku. To jest dobry kicz – ta magiczna jarmarczność, ta paradoksalnie nader smaczna tandeta, bo wprowadzająca w iście sentymentalny nastrój. Z rzeczy uchwytnych, tym co jasno wskazuje na inspirację twórców starszymi filmami grozy, jest ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Bena Lovetta, a ściślej sposób, w jaki wykorzystuje się tutaj płaszczyznę audio. W czołówce wybrzmiewa parę dźwięków, które silnie skojarzyły mi się z niezapomnianym soundtrackiem „Koszmaru z ulicy Wiązów” nieodżałowanego Wesa Cravena (właściwie to całej tej serii), aczkolwiek niewykluczone, że uległam tutaj złudzeniu, że Lovett wcale nie wzorował się na tym legendarnym muzycznym motywie przewodnim. W każdym razie jego wkład w ten film w przeciwieństwie do większości znanych mi XXI-wiecznych horrorów, został wyeksponowany. Choć w filmie nie brakuje scen bez akompaniamentu, w wielu momentantach Josh Lobo tak samo, jak twórcy kina grozy z poprzedniego stulecia stawia muzykę na równi z obrazem. Oczywiście, takie podejście do procesu tworzenia horroru nie zostało całkowicie odrzucone w czasach nam współczesnych, ale nie jest to już tak powszechne, jak było niegdyś. I wreszcie miejsce akcji. Prawie cała ta historia rozgrywa się w niewielkim domu Steve'a, w trakcie jednej nocy w okresie bożonarodzeniowym. W środku panuje więc mrok, gdzieniegdzie rozpraszany mdłym światłem z żarówek, ale i reflektory spoza świata przedstawionego w „I Trapped the Devil” (tj. sprzęt dzierżony przez członków ekipy technicznej) od czasu do czasu są wykorzystywane. Bardzo oszczędnie, dzięki czemu cienie praktycznie nas nie odstępują. Ale nie to według mnie jest największą siłą miejsca akcji – jeszcze większą satysfakcję dawała mi ciasnota domu Steve'a. W rzeczywistości poszczególne pomieszczenia w tym budynku może i są obszerniejsze, ale jeśli nawet, to tym bardziej doceniam pracę twórców omawianego filmu, bo to by oznaczało, że poczucie klaustrofobii, które dosłownie przez cały seans mi towarzyszyło, wynikało z manipulacji kamerami i światłami, a nie trafnego wyboru miejsca akcji. Czyli, że bardziej zawdzięczam to profesjonalizmowi ekipy technicznej niźli nieruchomości, w której kręcono „I Trapped the Devil”. To znaczy zdecydowaną większość tego filmu.

Po tych wszystkich peanach pod adresem debiutanckiego dzieła Josha Lobo stwierdzam, że... prawie usnęłam. Film jest bardzo dobrze zrealizowany, ale że tak to ujmę, pusty w środku. Zawodzi fabuła, i to według mnie prawie na całej linii. Josh Lobo wychodzi od całkiem ciekawego pomysłu, który delikatnie skojarzył mi się ze „Sztormem stulecia” Craiga R. Baxleya. I Stephena Kinga, bo nie należy zapominać o wpuszczonym na rynek literacki scenariuszu jego autorstwa. Chodzi o koncepcję uwięzienia kogoś, kogo uważa się za zło wcielone, w tym przypadku za samego Szatana. Akcent należy tutaj położyć na „uważa się”, bo takie przekonanie od początku żywi tylko jedna z trójki postaci przebywających w mrocznym domu. Dobrze wykreowany przez Scotta Poythressa (zresztą to samo mogę powiedzieć o partnerujących mu AJ Bowenie i Susan Burke) Steve, który to zamknął potencjalnego Diabła w swojej własnej piwnicy. No może nie do końca tylko w swojej, bo z ust Matta w pewnym momencie pada stwierdzenie, które każe sądzić, że on też posiada jakieś prawa do tego domu. Ciężko jednak o całkowitą pewność i to nie tylko co do tego. Postacie zaludniające ten film są... bo ja wiem... zamazane? Niewiele o nich wiemy – Lobo w swój scenariusz wrzucił kilka faktów na ich temat i praktycznie odpuścił sobie zagłębianie się w ich wnętrza. W psychikę każdej z tej trójki postaci mierzącej się właśnie z niecodziennym problemem. Scenarzysta i zarazem reżyser w tym aspekcie wykazał się trudną do wytrzymania powierzchownością. Tym bardziej denerwującą, wziąwszy pod uwagę ramy owej historii. Josh Lobo ewidentnie celował w horror psychologiczny zmiksowany z obrazem satanistycznym (czy to tylko w teorii Steve'a, czy w praktyce). Co więcej miał do dyspozycji ekipę, która potrafi zadbać o intensywny przekaz, świadczy o tym bowiem audiowizualna oprawa „I Trapped the Devil”. Choćby tylko z tych dwóch powodów miało się więc prawo oczekiwać „wchodzenia w umysły postaci”, które notabene też (tak samo jak człowiek? Diabeł? tkwiący w piwnicy) w jakimś sensie są więźniami tego mrocznego domu. Tym bardziej, że cała ta historia jedzie tak naprawdę na jednym wątku. Film trwa prawie półtorej godziny, a materiału moim zdaniem starczyło na nie więcej niż pół godziny. Byłoby inaczej, gdyby Steve, Matt i Karen w dużo większym stopniu koncentrowali na sobie moją uwagę. Gdyby mieli więcej do powiedzenia i pokazania. Gdyby dbano o nie tak, jak dbano o klimat tego filmu. Steve co prawda wprowadza z lekka paranoiczny klimat, potem dochodzi jeszcze do tego coś na kształt zbiorowej histerii, aluzja, że szaleństwo Steve'a może być zaraźliwe. Przy tym wszystkim nie pozostaje się jednak nieczułym na demoniczne emanacje, naturalnie najmocniej przebijające z sekwencji nakręconych w piwnicy (i ze śnieżącego telewizora a la „Duch” Tobe'a Hoopera). Widok drzwi z przybitym doń dużym drewnianym krucyfiksem. Drzwi za którymi przebywa tajemniczy jegomość, który równie dobrze może być Szatanem, co zwyczajnym mężczyzną - kochającym ojcem i mężem, godną współczucia ofiarą szaleństwa Steve'a. To wszystko przemawia na korzyść „I Trapped the Devil”, ale czy wypełnia pustkę w scenariuszu? Czy to wystarczy, by przykuć uwagę miłośników nastrojowego horroru? Zaangażować ich w tę ubogą w treść opowiastkę, w centrum której stoją po macoszemu wykreślone osobowości? Z recenzji „I Trapped the Devil” wnoszę, że tak. Ale wynika z nich też to, że takich ludzi, jak ja, osób, których ta opowieść, delikatnie mówiąc nie porwała, też już trochę jest. I tych, i tych pewnie będzie więcej – chociaż prawdopodobnie ogromnej liczby odbiorców nie przyciągnie, bo „I Trapped the Devil” to w gruncie rzeczy horror niszowy. Żaden tam mainstream. Efekty specjalne (na szczęście praktyczne) pojawiają się właściwie dopiero pod koniec. Goszczą na ekranie bardzo krótko i nie podkopują realizmu, ale bardziej istotne w tej ostatniej partii jest jej zwieńczenie. Z całej tej historii finał zaciekawił mnie najbardziej. I trochę rozbawił, ale był to śmiech życzliwy, absolutnie nie był on zabarwiony negatywnymi emocjami.

I teraz nie wiem, jak się zachować. Czy polecać debiutancki film Josha Lobo fanom horrorów nastrojowych, czy zachować w tej kwestii wstrzemięźliwość. Bo z jednej strony „I Trapped the Devil” w mojej ocenie odznacza się naprawdę solidną realizacją – może się poszczycić mrocznym, klaustrofobicznym, paranoicznym i demonicznym klimatem, wytworzonym zarówno przez obraz, jak i muzykę – ale z drugiej strony mocno kuleje na płaszczyźnie fabularnej. Właściwie to fabuła nie ma miała mi prawie nic do zaoferowania. Bo interesujący motyw przewodni (i jego jeszcze ciekawsze zamkniecie), powiedziałabym wręcz że jedyny wątek skonstruowany na kartach tego scenariusza (cała reszta została co najwyżej słabiutko zawiązana) nie był w stanie utrzymywać mnie w stanie wzmożonej uwagi przez cały czas. A nawet nie przez większość seansu. Senność, z raczej średnim skutkiem, starałam się zwalczyć wgapianiem się i wsłuchiwaniem w otoczkę tej historii, w oprawę audiowizualną, bo losy tych rażąco papierowych postaci tak naprawdę były mi kompletnie obojętne. A mogło być tak pięknie. Gdyby tylko dopracowano scenariusz, ze szczególnym wskazaniem na portrety psychologiczne ludzi niejako uwięzionych w domu z... Szatanem? Naprawdę?

poniedziałek, 10 czerwca 2019

„Polaroid” (2019)

Nastoletnia Bird Fitcher dostaje polaroida od kolegi, z którym pracuje w antykwariacie. Model trudny do zdobycia i w dodatku w bardzo dobrym stanie. Bird robi zdjęcie swojemu darczyńcy i zabiera aparat na domową imprezę organizowaną przez znajomą ze szkoły. Tam uwiecznione na zdjęciach zostają kolejne osoby, w tym najbliżsi przyjaciele Bird i chłopak, w którym dziewczyna się podkochuje. Jeszcze tego samego wieczora posiadaczka polaroidu dowiaduje się o śmierci kolegi z pracy, który obdarował ją starym aparatem. Nazajutrz ma już pewność, że śmierć sprowadza jej polaroid. Każda osoba, która została nim sfotografowana wkrótce umrze. Chyba że Bird i jej przyjaciele znajdą sposób na powstrzymanie tajemniczej siły, która opętała stary aparat.

W 2015 roku ukazał się piętnastominutowy filmik wyreżyserowany przez Norwega Larsa Klevberg na podstawie jego własnego scenariusza, zatytułowany „Polaroid”. Twórca ten nie miał żadnego doświadczenia w pełnym metrażu, do czasu rozpoczęcia prac nad projektem firmy Dimension Films. Polegał on na stworzeniu mniej więcej półtoragodzinnego obrazu opartego na pomyśle Klevberga wykorzystanym w jego krótkim „Polaroidzie”. Scenariusz pełnometrażowego „Polaroidu” napisała Blair Butler, między innymi współautorka scenariusza „Parku grozy” Gregory'ego Plotkina. Zdjęcia ruszyły w 2017 roku w Nowej Szkocji (Kanada). W pierwotnym założeniu pełnometrażowy reżyserski debiut Larsa Klevberga miał ukazać się jeszcze w tym samym roku, ale wyszło inaczej. Po kilkukrotnym przekładaniu planowanej daty premiery, film wstrzymano na czas nieokreślony. Ponoć z powodu skandalu Harveya Weinsteina. „Polaroidowi” na ujrzenie światła dziennego przyszło czekać aż do 2019 roku.

Kanadyjsko-norwesko-amerykański kinowy teen horror o zjawiskach nadprzyrodzonych pt. „Polaroid” jest porównywany do jednego z odcinków serialu „Czy boisz się ciemności?”, którego tytuł brzmi „The Tale of the Curious Camera”. Historie te faktycznie są do siebie podobne – na tyle, by rodzić podejrzenia, że twórcy „Polaroidu” świadomie czerpali z tego źródła. Piętnastominutowy filmik Larsa Klevberga pod tym samym tytułem również mógł powstać z tej inspiracji. Oczywiście nie mam pewności, czy epizod „The Tale of the Curious Camera” rzeczywiście grał tutaj jakąś rolę, ale... No powiedzmy, że wcale bym się nie zdziwiła, gdyby tak było. Nie zaskoczyłoby mnie też, gdyby co poniektórym omawiany film nasunął na myśl takie utwory, jak „Polaroidowy pies” (minipowieść autorstwa Stephen Kinga ze zbioru „4 po północy”, wydanego też pod tytułem „Cztery po północy”) oraz „Zdjęcie” (minipowieść/nowela Joego Hilla zamieszczona w zbiorze „Dziwna pogoda”). Bo w końcu wszystkie te dziełka koncentrują się na polaroidzie o nadnaturalnych właściwościach. I nic to, że owe właściwości różnią się od siebie – skojarzenia i tak się pojawiają, a przynajmniej ja o wspomnianych dziełach ojca i syna pomyślałam oglądając pełnometrażowy „Polaroid” Larsa Klevberga. Główna rola przypadła tutaj w udziale Kathryn Prescott, której moim zdaniem udało się udźwignąć tę rolę. Inna sprawa, że nie musiała się zanadto wysilać, bo Bird Fitcher to w gruncie rzeczy niewymagająca postać. Do takich bohaterek miłośnicy filmowego horroru już przywykli – zresztą to samo można powiedzieć o ludziach z jej otoczenia. Bird nie jest osobą rozrywkową. Śmierć ojca w wypadku, do którego doszło przed paroma laty sprawiła, że dziewczyna, że tak to ujmę szybciej dorosła. A w każdym razie zmieniła tryb życia – zaczęła unikać imprez, może nie tyle stronić od towarzystwa rówieśników, ile takie kontakty ograniczać. Teraz uczęszcza do szkoły średniej i pracuje w antykwariacie. Ma paru przyjaciół, ale nie spędza z nimi dużo czasu. A przynajmniej nie tyle, ile oni by chcieli. Po szkole najczęściej widuje się z niejakim Tylerem, ale tylko dlatego, że razem pracują. To właśnie od niego Bird dostaje tytułowego polaroida, model SX-70 produkowany od 1972 do 1981 roku. Bardzo rzadki i w dodatku w prawie doskonałym stanie. Aparat ma tylko jeden feler. Nic wielkiego, ot malutka niedogodność. Tylko tyle, że ów polaroid sprowadza śmierć na każdego, kto zostanie nim sfotografowany... Przeklęte aparaty w horrorze nie są co prawda żadnym novum, ale i nie sadzę, by komuś zdążyły się już przejeść. Nie są aż tak powszechne, czego nie można powiedzieć o ramach rzeczonej opowieści. Myślę, że z takim schematem fani kina grozy spotykają się co najmniej kilka razy w roku – co rok ten sam obyczaj, i tak aż do obrzy... yyy... wymiotów. No dobrze, opowieści grozy o nastolatkach zmagających się z nadnaturalnymi siłami zaskakująco rzadko niemożebnie mnie męczą, pomimo tego że trzymanie się przezeń utartych ścieżek determinuje przewidywalność. W „Polaroidzie” prawie wszystko wiadomo już na początku UWAGA SPOILER (prawie, bo znając tendencje filmowców scena z psem pozytywnie mnie zaskoczyła. Poza tym nierobiąca większego wrażenia historia przeklętego aparatu, w szczegółach przynajmniej na początku była nie do przeniknięcia) KONIEC SPOILERA i to z zakończeniem włącznie. Musiałam raz po raz napominać się, że protagoniści myślą wolniej ode mnie z racji pozycji, jaką zajmują, ażeby nie posądzać ich o nadmierną głupotę. Bird Fitcher i jej przyjaciele (nie aktorzy, żeby nie było) nie wiedzą, że są bohaterami sztampowego horroru. Widz tak, więc nic dziwnego w tym, że może „zaglądać w przyszłość”, wyprzedzać bohaterów „Polaroidu”. Oczywiście pod warunkiem, że zna reguły, jakimi rządzą się tego typu filmy. Straszaki z młodymi ludźmi w rolach głównych. Teen horrory tego typu, które kina sobie upodobały, które rokrocznie są wyświetlane na wielkich ekranach i to w niemałych ilościach.

Myślę, że Larsowi Klevbergowi zależało na przywołaniu w swoim pełnometrażowym debiucie ducha kina grozy lat 70-tych i 80-tych XX wieku, co by nawet pasowało zważywszy na wiek tytułowego „antybohatera”. Plansza tytułowa i końcowa oraz retrospekcje to oczywista oczywistość, ale pozostałe ujęcia, wprawdzie już nie tak mocno, ale też pachniały mi tamtym lepszym dla kina grozy okresem. Akcję „Polaroidu” osadzono w czasach współczesnych, o czym świadczą chociażby smartfony, ale zdjęcia odbiegają od tych, które najczęściej oglądamy w dzisiejszym mainstreamie. Nie chcę przez to powiedzieć, że przygaszona kolorystyka jest czymś niespotykanym we współczesnym horrorze. Najłatwiej znaleźć takie filmy poza głównym nurtem, ale i w kinach od czasu do czasu są pokazywane, dystrybuowane na szeroką skalę, ale to nie zmienia faktu, że taki styl kojarzy mi się przede wszystkim z filmami z lat 70-tych i 80-tych. Lars Klevberg i jego ekipa portretując zmagania Bird Fitcher i jej przyjaciół ze śmiercionośną siłą, która opętała stary aparat fotograficzny, nie poszli na całość z tą retro stylówą - zaledwie się o nią otarli, a szkoda, bo myślę, że w dobrym kierunku to szło. Wystarczyło zrobić jeszcze parę kroczków w tę stronę, by z całą mocą przywołać ducha kina grozy z dawnych lat. Tak by nikt nie miał wątpliwości, że to jeden z celów przyświecających Larsovi Klevbergowi, bo obawiam się, że w takim wypadku nie każdy o tym pomyśli. O ile oczywiście mu na tym zależało, o ile nie odniosłam podczas seansu „Polaroidu” błędnego wrażenia. Ale wróćmy do fabuły. Do tej konwencji, którą pewnie bardzo dobrze znacie. Więc tak mamy grupę nastolatków, która mierzy się z przeklętym przedmiotem. W tym przypadku jest to polaroid. Śmiercionośne przedmioty w horrorze przewijają się nader często – no wiecie różnego rodzaju nieożywione rzeczy, które opętuje jakaś nadprzyrodzona siła (duchy, demony etc.). Wybór aparatu umożliwił twórcom wprowadzenie dodatkowej, nazwijmy to, atrakcji. Nieoryginalnej, ale zawsze to jakiś dodatek, ekstra właściwość przeklętego przedmiotu, opętanego przez... Cóż, „Polaroid” to kolejny horror utwierdzający mnie w przekonaniu, że współcześni filmowcy (nie wszyscy) nie potrafią zrozumieć, że w tym gatunku mniej znaczy więcej. Albo inaczej: w przeciwieństwie do mnie (i wiem, że nie jestem w tym przekonaniu odosobniona) nie uważają, że efekty komputerowe zabijają realizm. Tak ważny w tym gatunku, i dotyczy to także horrorów o zjawiskach nadprzyrodzonych. Grunt w tym, by zmusić widzów do zawieszenia niewiary, a jak przepraszam odbiorca ma to zrobić, gdy atakuje się go sztucznie się prezentującymi wklejkami, w postaci CGI? Ja w każdym razie tego nie potrafię, ale przynajmniej mogłam się trochę pośmiać. To znaczy potem, bo wcześniej zdążyłam (głupia!) nabrać nadziei, że „Polaroid” ucieknie od nadmiernego efekciarstwa, że wszystkie ataki tajemniczej istoty będą przebiegały w taki sposób, jak na początku. Czyli, że zagrożenie nie będzie miało twarzy, że twórcy nie wybiegną poza cień i nienaturalnie się prezentującą dłoń. Nie chcę pisać „upiorną”, bo chyba lepiej unikać tego słowa w recenzji „Polaroidu” Larsa Klevberga – nie tylko w kontekście wzmiankowanej dłoni, ale w ogóle całej tej produkcji. Pomimo tego, że klimat nie jest najgorszy (przynajmniej nie ma plastiku) i że twórcy wykazują pewne starania w kierunku budowania napięcia - widać to zwłaszcza w momentach bezpośrednio poprzedzających ataki tajemniczej istoty – ale efekt jest taki sobie. Trochę to za lekkie, jak na mój gust i trochę za bardzo efekciarskie (gwoli sprawiedliwości, istnieje mnóstwo XX-wiecznych horrorów, w które powpychano nieporównanie więcej cyfrowych „bajerów”). Nieskutecznych jump scenek zresztą też tutaj nie brakuje, ale nie mogę powiedzieć, że z trudem przez to przebrnęłam. Dało się to oglądać, nawet zdołałam się w to zaangażować. Nie jakoś mocno, ale zawsze. Kibicowałam też stereotypowym bohaterom, pomimo tego, że praktycznie od początku, od momentu ich wprowadzenia, wiedziałam, jak potoczy się ich historia. Przez co będą musieli przejść i jak to się dla nich skończy. Bo to taki film, co to wszystko człowiek prawie od razu wie. Upraszczam. Niemożliwe jest natychmiastowe odkrycie wszystkich szczegółów, ale kierunek, całą tę ramę fabularną, miłośnicy horrorów z całą pewnością doskonale znają.

Taki średniawy ten film. Nic szczególnego tutaj nie ma, ale tak na odprężenie można sobie „Polaroid” zaserwować. Tuż po zakończeniu seansu, jeśli nie już w jego trakcie, w umysłach wielu fanów kina grozy pewnie będzie się on zlewał z innymi współczesnymi teen horrorami, a ściślej ze straszakami o młodych ludziach walczących z jakąś nadnaturalną siłą w sposób niezbyt emocjonalny. Ale i niezbyt męczący. To znaczy pod warunkiem, że ma się cierpliwość do tak konwencjonalnych i tak lekkich straszaków, w których nie brakuje jump scenek, jest trochę nowoczesnej (czytaj: sztucznej) technologii, ale nie jest jeszcze plastikowo. Odrobinka mroku, krztyna napięcia, przygaszone kolory, delikatnie zarysowana aura retro (zazwyczaj, ale znalazło się tu też parę wstawek silnie wionących tym magicznym duchem), stary polaroid i dający się lubić bohaterowie. Mimo, albo może dzięki temu, wpasowania ich w często wykorzystywane w kinie grozy modele osobowościowe. Czy dla tych atutów warto sięgnąć po pełnometrażowy debiut Larsa Klevberga? Ujmę to tak: mnie seans tego straszaka „dla grzecznych dzieci” uprzyjemniły, ale gdybym odpuściła sobie tę pozycję też nic by się nie stało. Innymi słowy: obejrzeć można, ale nie ma musu. To znaczy bynajmniej nie nazwałabym tego pozycją obowiązkową dla fanów nastrojowego horroru, tylko zapychaczem wolnego czasu dla tych co to akurat nie mają nic ciekawszego do zrobienia. Chociaż pewnie trochę wielkich sympatyków „Polaroid” jeszcze znajdzie – to pewne, jak to, że już wkrótce do kin trafi kolejny straszak o nastolatkach zmagających się (w podobny sposób) z jakąś nadprzyrodzoną siłą. A potem następny i kolejny, i...

sobota, 8 czerwca 2019

„Assimilate” (2019)

Nastoletni przyjaciele Zach Henderson i Randy Foster mieszkają w małym amerykańskim miasteczku o nazwie Multon. Prowadzą kanał internetowy, na który aktualnie wrzucają filmiki o mieszkańcach tego miejsca. Pewnego wieczora są świadkami dziwnego wydarzenia, które najpewniej zostało sprowokowane przez miejscowego pastora. Wszystko wskazuje na to, że podrzucił on jakieś stworzenie, prawdopodobnie szczura, jednej z mieszkanek miasteczka, która następnie została przezeń zaatakowana. Zach i Randy informują tutejszego policjanta Josha Haywooda o zaistniałym wydarzeniu, ale oficer nie bierze na poważnie ich słów. Nie mija dużo czasu, jak chłopcy dostrzegają poważne zmiany w niektórych mieszkańcach Multon. Wyglądają tak samo, ale zachowują się inaczej. Zach, Randy i ich koleżanka Kayla Shepard nabierają przekonania, że miasteczko jest opanowywane przez kopie wcześniej żyjących tu ludzi. Bezuczuciowe klony, które nie spoczną dopóki nie zastąpią wszystkich mieszkańców Multon.

„Assimilate” to amerykański horror science fiction w reżyserii Johna Murlowskiego, twórcy między innymi takich filmów, jak „Amityville Horror – Następne pokolenie” (1993), „Wirus” (2002) i „Czarny Cadillac” (2003). I po części na podstawie jego scenariusza – napisał go wespół ze Stevenem Palmerem Petersonem. Obaj bezsprzecznie pozostawali pod silnym wpływem „Inwazji porywaczy ciał”. „Assimilate” to tak naprawdę kolejna wariacja na temat historii przelanej na papier przez Jacka Finneya, która po raz pierwszy została przeniesiona na ekran w 1956 roku przez Dona Siegela. I to jest ta wierniejsza oryginałowi wersja, ale w „Assimilate” widać też wpływy adaptacji Philipa Kaufmana z 1978 roku. 
 
„Porywacze ciał” Abela Ferrary, „Oni” Roberta Rodrigueza, „Inwazja” Olivera Hirschbiegela i Jamesa McTeigue'a, „Inwazja zabójczych klonów” Justina Jonesa, to przykłady obrazów czerpiących z „Inwazji porywaczy ciał”, ale niebędących jej ekranizacjami. „Inwazję” i „Porywaczy ciał”, słusznie czy nie, uważa się za adaptacje kultowej powieści Jacka Finneya, ale do pozostałych już na pewno takie miano nie pasuje. Bardziej na miejscu wydaje mi się tutaj określenie „wariacja”. Twórcy filmu „Oni” równie silnie inspirowali się „Władcami marionetek” Roberta A. Heinleina, którą to historię scenarzyści „Assimilate” również mogli mieć gdzieś z tyłu głowy (robale, niebędące jednak pasożytami, jak u Heinleina). John Murlowski i Steven Palmer Peterson najwięcej jednak zapożyczyli z „Inwazji porywaczy ciał”, od siebie dodając doprawdy niewiele. Tak jak „Oni” i poniekąd „Porywacze ciał” „Assimilate” jest teen horrorem, ale bynajmniej nie celuje w taką tonację, jak ten pierwszy. Szkoda, bo życzyłabym sobie, żeby było więcej takich filmów jak „Oni” Roberta Rodrigueza. Inna sprawa, czy taka lekkość, jak w przypadku tamtego obrazu, dla ekipy pracującej nad „Assimilate” byłaby osiągalna. I w ogóle taka jakość... Nie, to raczej nie byłoby możliwe. John Murlowski to nie Robert Rodriguez, a „Assimilate” nie powstał w latach 90-tych XX wieku, tylko pod koniec drugiej dekady XXI wieku, bo to według mnie też robi różnicę. Najlepiej pokazują to efekty specjalne. W omawianym filmie wprawdzie nie ma ich wiele (na szczęście dla mnie), ale te które są, delikatnie mówiąc nie robią takiego wrażenia, jak te wykorzystane w obrazie „Oni”. Zarówno te praktyczne, jak i komputerowe efekty były oszczędnie dawkowane, ale o ile te pierwsze przyjmowałam prawie beznamiętnie, to tym drugim i tak udało się mnie rozdrażnić. Pomimo tego, że każdorazowo gościły na ekranie bardzo krótko. Tak uderzająco sztuczne to było. Ale nie to zaalarmowało mnie jako pierwsze. Tym, co sprawiło, że weszłam w tę historię z obawą było tak zwane kręcenie z ręki. Gwoli ścisłości kamerkami przypiętymi do Zacha i Randy'ego. Mieszało się to z tradycyjną realizacją, bałam się jednak, że ta z czasem zostanie wyparta przez materiały pozyskiwane przez bohaterów filmu. Nie chciałam tego nie tylko dlatego, że zdecydowanie bardziej wolę tradycyjną pracę kamer. Również dlatego, że te niesubiektywne fragmenty były niezgorzej prowadzone. Z dbałością o napięcie i małomiasteczkowy klimat, zabiegające o uwagę widza wprawnie konstruowaną, przystępną, prostą historią, w centrum której postawiono dwóch, a właściwie to trzech sympatycznych młodych ludzi. Nastolatków, którzy mierzą się z dobrze znanym wielu (jeśli nie wszystkim) fanom horroru zagrożeniem. Ucieszyło mnie, że scenarzyści nie zdecydowali się przenieść miejsca akcji Finneyowskiej „Inwazji porywaczy ciał” do wielkiego miasta, jak zrobiono to chociażby w „Inwazji łowców ciał” wyreżyserowanej przez Philipa Kaufmana. Raz, że wolę małomiasteczkowe klimaty, ale przede wszystkim dlatego, że obrana przez twórców „Assimilate” kolorystyka idealnie wpasowała się w tę scenerię. Przygaszone barwy oddawały charakter Multon. W ogóle charakter małych miasteczek. Zach i Randy na początku filmu mówią wprost jak wygląda życie w takich miejscach, a zdjęcia autorstwa Damiana Horana tylko ich słowa podkreślają. Senność, nuda, monotonia, brak większych perspektyw i ciekawych rozrywek, za to mnóstwo znajomych twarzy, ludzi, o których wie się prawie wszystko i którzy mają też dużą wiedzę na nasz temat. Według mnie twórcy „Assimilate” nie tylko w słowach, ale i w obrazach oddali istotę małych miasteczek. I co więcej w początkowych scenach udało im się zawrzeć niesprecyzowane, jeszcze niewidoczne, acz mocno wyczuwalne zepsucie wkradające się w to dotychczas zaciszne miejsce. W miasteczko, w którym dotąd tak naprawdę nie pojawiały się prawdziwe problemy, choć pewnie niejeden mieszkaniec Multon żył w zupełnie innym przekonaniu.

Zach Henderson wykreowany przez Joela Courtneya, Randy Foster, w którego wcielił się Calum Worthy i Kayla Shepard odegrana przez Andi Matichak, robią dosyć sympatyczne wrażenie, pomimo tego, że niewiele o nich wiemy. Scenarzyści „Assimilate” bardzo pobieżnie przedstawili protagonistów, trzymając się przy tym utartych wzorców. Tak więc Zach i Randy są długoletnimi przyjaciółmi, którzy wspólnie prowadzą kanał internetowy. Ten pierwszy od jakiegoś czasu podkochuje się w koleżance ze szkoły, Kayli, która w przeciwieństwie do niego za parę miesięcy zacznie studiować z dala od Multon. A przynajmniej taki ma plan, z jego realizacją może jednak być problem. A wszystko przez atak klonów. Osobom znającym „Inwazję porywaczy ciał” nie trzeba mówić nic więcej. No może poza tym, że w „Assimilate” proces zastępowania ludzi ich bezuczuciowymi replikami jest nieco bardziej... hmm... skomplikowany? John Murlowski i Steven Palmer Peterson do pomysłów Jacka Finneya dodali swoje własne, przy okazji te pierwsze trochę modyfikując. W „Assimilate” zło nie dokonuje się we śnie, trzeba natomiast uważać na wygenerowane komputerowo stworzenia, których celem nie jest zabicie tylko ugryzienie danego delikwenta. Jak im się to uda to biorą małe nóżki za pas – jeśli nie uda ci się takiego złapać, to mówiąc kolokwialnie masz przekichane. Nie wiem, czy scenarzyści sami to wymyślili, czy zaczerpnęli z jakiegoś innego dzieła, ale na pewno odbiegli w tym miejscu od głównego materiału źródłowego. Bo nie mam najmniejszych wątpliwości, że takowym była dla nich „Inwazja porywaczy ciał” powieść i/lub ekranizacja Dona Siegela. Ale adaptacja rzeczonej książki Jacka Finneya w reżyserii Philipa Kaufmana również („Porywacze ciał” w sumie też mogły mieć na to wpływ), a i z „Nocą żywych trupów” George'a A. Romero może się to skojarzyć. Mowa o scenie szturmowania lokum należącego do jednej z drugoplanowych postaci, co zresztą nie tylko przeze mnie zostało zauważone. Klimat „Assimilate” w mojej ocenie traci po zapadnięciu zmroku, bo choć dosyć zręcznie operuje się tu światłem i cieniem (ciemności nie są ani zanadto rozproszone sztucznym oświetleniem, ani tak gęste, żeby nie można było zarejestrować wszystkich szczegółów), to paradoksalnie więcej, nazwijmy to, grozy moim zdaniem emanuje ze zdjęć zrobionych za dnia. W pewnym sensie strata przygaszonych barw to jedno, ale myślę, że „Assimilate” najbardziej zaszkodziła dosłowność. Akcja rozpędza się nazbyt szybko – wiele się dzieje, ale niewiele można o tym powiedzieć. Moje obawy, że subiektywne filmowanie zdominuje tę produkcję nie ziściły się (było odwrotnie), ale gdy wszystko się wyklarowało i zaczęła się bieganina, napięcie opadło. Nie opuściło mnie całkowicie, ale to już nie było to, co wcześniej. Co nie znaczy, że przedtem moje nerwy były jakoś bardzo mocno napięte. Aż tak dobrze to nie było. Ale emocje na pewno były wyrazistsze niż później, gdy prym zaczęła wieść nijakość. Sceny z postacią kreowaną przez Cama Gigandeta oraz wątek z młodszym bratem Kayli, trochę mi ten seans urozmaiciły. Nie było to nic nadzwyczajnego, można chyba nawet powiedzieć, że banalnego, ale te banały zdecydowanie najlepiej mi się oglądało. I oczywiście finał. Takiego obrotu spraw się nie spodziewałam, a chyba powinnam, bo nie jest to jakiś wyszukany bądź niepasujący do całości pomysł. Chociaż z drugiej strony, wcześniej nie pokazano mi niczego, co kazałoby mi przygotować się na jakiś bardziej charakterystyczny, dosadniejszy akcent. Na coś, co nie byłoby przedłużeniem nijakości rozprzestrzeniającej się w Multon od chwili uświadomienia sobie przez nastoletnich protagonistów, ze ich miasteczko opanowują bezuczuciowe duplikaty, organizmy tylko wyglądające jak ludzie. W istocie będące czymś zupełnie innym.

„Assimilate” Johna Murlowskiego to jeden z tych horrorów, które ogląda się bez większych cierpień, ale i bez ogromnego natężenia poszukiwanych w tego typu kinie emocji. Ten silnie inspirowany „Inwazją porywaczy ciał” teen horror science fiction według mnie nie ma najmniejszych szans na wybicie się z tłumu. Myślę, że to jeden z tych filmów, które ogląda się jakoś, ale szybko się o nich zapomina. Ot, taki skromny, niepozorny, w miarę strawny obraz, jakich wiele w tym gatunku. Tak ja się na „Assimilate” zapatruję, ale to nie znaczy, że nie znajdą się osoby, którym ta propozycja dostarczy nieporównanie silniejszych wrażeń. Trochę sympatyków na pewno znajdzie, ale czy zapisze się złotymi literami w historii kina? Nie, moim zdaniem na to nie ma szans. Ale przecież nie tylko takie filmy warto mieć na uwadze. Tak, myślę że spokojnie można na to zerknąć – nic szczególnego tutaj nie znalazłam, ale na nudny wieczorek może się nadać.

czwartek, 6 czerwca 2019

„Ucieczka z domu obłąkanych” (2019)

Rok 1887. W szpitalu psychiatrycznym na Blackwell's Island przebywa młoda kobieta imieniem Nellie cierpiąca na amnezję. Nie pamięta kim jest ani jak się tutaj znalazła, ale zachowała wspomnienia z kilku ostatnich dni. Ma więc już dużą wiedzę o haniebnych praktykach stosowanych w tym ośrodku. Nie każda kobieta, która tu trafia jest chora psychicznie, ale wiele traci zmysły w trakcie pobytu w tym miejscu. A wszystko przez politykę siostry przełożonej Grady, starszej kobiety, która torturami wymusza posłuszeństwo na pacjentkach. Z pomocą podległych jej pielęgniarek i sanitariuszy. Sojusznika Nellie znajduje w pracującym tu od niedawna doktorze Josiahu robiącym wszystko, co w jego mocy, by kobieta odzyskała pamięć. On w przeciwieństwie do siostry Grady stara się zapewnić jak największy komfort swoim pacjentkom.

Thriller psychologiczny „Ucieczka z domu obłąkanych” został nakręcony na potrzeby kanału Lifetime, gdzie po raz pierwszy wyświetlono go w styczniu 2019 roku. Film wyreżyserowała Karen Moncrieff mająca na koncie między innymi takie filmy, jak „Niesłusznie oskarżona” (2013), „Płatki na wietrze” (2014) i „The Keeping Hours” (2017). Scenariusz natomiast napisała Helen Childress, w oparciu o prawdziwą historię, opisaną w książce „Ten Days in a Mad-House”, która posłużyła też za kanwę filmu Timothy'ego Hinesa z 2015 roku (tytuł: „10 Days in a Madhouse”) . W przedostatniej dekadzie XIX wieku o tej sprawie rozpisywała się też amerykańska prasa, a wszystko dzięki Nellie Bly, autorce wspomnianej książki i kimś jeszcze. Personalia tej pani zawarto w oryginalnym tytule omawianego filmu („Escaping the Madhouse: The Nellie Bly Story”), choć w scenariuszu prawdziwe nazwisko głównej bohaterki przez dosyć długi czas jest ukrywane. Poza tym na oficjalnej stronie kanału Lifetime znajduje się nazbyt wiele mówiący opis. O ile oczywiście nie słyszało się jeszcze o tej historii – tym, którym znana jest sprawa szpitala psychiatrycznego/azylu dla kobiet z nowojorskiej wyspy Blackwell's informacje te pewnie nie zaszkodzą.

Helen Childress nie trzymała się uporczywie faktów. Przeżycia Nellie Bly w ośrodku psychiatrycznym/azylu dla kobiet na nowojorskiej wyspie Blackwell's w rzeczywistości były trochę inne. Największą zmianą poczynioną przez autorkę scenariusza jest amnezja głównej bohaterki filmu, w którą w przekonujący sposób wcieliła się Christina Ricci. Historyczna postać posługująca się pseudonimem Nellie Bly nie miała kłopotów z pamięcią podczas swojego dziesięciodniowego pobytu w tamtym strasznym miejscu. Ponadto pozwolono sobie na sporą swobodę w kwestii haniebnych praktyk stosowanych przez personel tego feralnego ośrodka, co nie znaczy, że żadne z zaprezentowanych przez twórców „Ucieczki z domu obłąkanych” tortur, w rzeczywistości nie miały miejsca. Odbiegająca od faktów amnezja Nellie najwidoczniej została wprowadzona przede wszystkim po to, by zaskoczyć te osoby, które jeszcze nie słyszały o tej postaci. Tych, którzy już o niej słyszeli też może to zaskoczyć, ale z innego powodu. Podczas gdy tych pierwszych mogą zdziwić podane w dalszej części filmu rewelacje na jej temat, to tych drugich zdumieć może co najwyżej wprowadzona już na początku obrazu informacja, że Nellie straciła pamięć. Nie zamierzam krytykować twórców „Ucieczki z domu obłąkanych” za to dosyć swobodne podejście do tego kawałka biografii Nellie Bly, z którego czerpali inspirację. Z faktami mogłam się zapoznać dzięki Internetowi (co nie znaczy, że nie chciałoby się przeczytać książki Nellie Bly, w której zrelacjonowała swój pobyt w ośrodku dla kobiet osadzonym na Blackwell's Island, obecnie noszącą nazwę Roosevelt Island). A film.. cóż, bez trudu zaakceptowałam zmiany w stosunku do prawdziwej historii, z tego prostego powodu, że były dosyć interesujące. Poza tym na ogół z dużym dystansem podchodzę do tzw. obrazów opartych na faktach. Nauczyłam się już nie oczekiwać od takich produkcji idealnego odwzorowywania danej z życia wziętej historii. Oczywiście, zmiany stosowane przez twórców nie zawsze mnie cieszą, ale nie przez to, że są. Sam pomysł, by coś pozmieniać nie budzi mojego sprzeciwu wtedy, gdy owe modyfikacje nie są nieciekawe. „Ucieczka z domu obłąkanych” nie bazuje na oryginalnych motywach. Przynajmniej jedna z tortur wymierzona przez siostrę Grady (moim zdaniem doskonała kreacja Judith Light), ta z wykorzystaniem pijawki, istotnie tchnie dużą świeżością, ale w ogólnym rozrachunku „Ucieczka z domu obłąkanych” mocno trzyma się znanej konwencji. Fundamentem jest prawdziwa historia kobiety, która spędziła dziesięć dni w szpitalu psychiatrycznym/azylu dla kobiet na wyspie Blackwell's, ale choćby taka amnezja, czy relacja głównej bohaterki filmu z doktorem Josiahem zawiadującym tą placówką, to jedne z tych wątków, które pokrycia w faktach nie znajdują, ale i nie są z gatunku tych niespotykanych w kinie. Twórcy „Ucieczki z domu obłąkanych” postawili na sprawdzone motywy (z wyjątkiem tej pijawki), nie wypuścili się na jakiś szeroki dotychczas niezbadany teren, ale myślę, że sympatycy filmów o szpitalach psychiatrycznych (w sumie to różnego rodzaju placówkach), w których niewinni, skrzywdzeni przez los ludzie poddawani są przeróżnym torturom, powinni zwrócić uwagę na tę pozycję. I niech nie zniechęci ich fakt, że „Ucieczka z domu obłąkanych” powstała na potrzeby telewizji.

(źródło: https://discopclub.com/)
Co prawda nie widziałam wiele produkcji od Lifetime, ale póki co jeśli chodzi o produkcje z tej stajni, to „Ucieczka z domu obłąkanych” Karen Moncrieff w moich oczach mocno się wyróżnia. Właściwie to wyróżnia się na tle wszystkich znanych mi thrillerów telewizyjnych nakręconych w ostatnich latach. Już dawno nie widziałam tak solidnej roboty z przeznaczeniem na mały ekran. Niewielka wyspa, na której stoi posępnie prezentujący się szpital psychiatryczny, gdzie uwięziona jest między innymi główna bohaterka filmu, naturalną koleją rzeczy potęguje poczucie wyobcowania. Pragnąca wydostać się z tego miejsca Nellie Bly nie tylko musi znaleźć sposób na wyjście z budynku, ale również na dotarcie do drugiego brzegu. Tam jest cywilizacja, tam znajduje się główne terytorium Nowego Jorku, i tam dużo mówi się o tajemniczej kobiecie imieniem Nellie, która to niedawno trafiła na Blackwell's Island. Opinia publiczna nie zna tożsamości tej kobiety, sama zainteresowana zresztą również nie wie kim tak naprawdę jest. Nie ma za to wątpliwości, że myśli trzeźwo, że nie jest chora psychicznie. Nellie pamięta jedynie kilka ostatnich dni (wszystkie spędzone w szpitalu psychiatrycznym) – nie może sobie natomiast przypomnieć niczego, co działo się w jej życiu przedtem. Wspomnienia z czasem zaczną powracać, Nellie stopniowo będzie je odzyskiwać. I będzie się to odbywać w warunkach delikatnie mówiąc trudnych. Zdjęcia, jak na telewizyjny thriller, są całkiem mroczne. Bije z tego też niemała ponurość i oczywiście ogromna wrogość uosabiana przede wszystkim przez siostrę przełożoną Grady. Jeśli zaś chodzi o odwzorowanie XIX-wiecznych realiów, to ujmę to tak: mnie całkowicie film przekonał. Sceneria, ubrania noszone przez aktorów, wystroje wnętrz, nawet dialogi pasowały mi do tych czasów – muszę tutaj jednak zaznaczyć (choć to pewnie zbędne), iż jako że nie żyłam w tamtych czasach nie jestem w stanie ocenić tego w pełni obiektywnie. Mogę powiedzieć tylko tyle, że obraz drugiej połowy XIX wieku przedstawiony w „Ucieczce z domu obłąkanych” całkowicie mnie przekonał. No dobrze, przydałoby się więcej brudu, poszczególne pomieszczenia w szpitalu psychiatrycznym, w którym jest uwięziona Nellie Bly mogłyby być bardziej obskurne, a zdjęcia mniej „wypieszczone”. Ale w sumie niezbyt mi to przeszkadzało. Współczesne filmowe thrillery rzadko dają mi chociaż tyle. Tak naprawdę to jeśli chodzi warstwę techniczną dostałam dużo więcej niż się spodziewałam. Nie nastawiałam się na tak profesjonalną realizację. Jedyne co skłoniło mnie do obejrzenia tego filmu to skrótowy opis fabuły (i co za tym poszło informacje na temat Nellie Bly bez trudu znalezione w Sieci). Założyłam, że w najlepszym wypadku film jako tako będzie bronił się treścią, a i to niezbyt zaciekle. Rzeczona materia też mnie więc pozytywnie zaskoczyła, bo nie liczyłam na aż tak wciągającą opowieść. Zaangażowałam się w to już w pierwszych minutach seansu, a potem moje zainteresowanie już tylko wzrastało. Chociaż nie: relacja Nellie z doktorem Josiahem (przeciętna kreacja Josha Bowmana) momentami trochę mnie nużyła. Nie jakoś szczególnie, bo i nie poświęcono jej aż tyle miejsca, żebym zdążyła się porządnie wynudzić, ale i tak nieprzyjemnie wybijała mnie z rytmu narzuconego przez pozostałe aspekty fabuły. Znęcanie się nad nieszczęsnymi kobietami osadzonymi w placówce stojącej na wyspie Blackwell's oczywiście są nośnikiem najsilniejszych emocji. Ale fakty na temat największego postrachu tego miejsca, siostry przełożonej Grady, relacja Nellie z nową pacjentką, młodą kobietą wywodzącą się z szacownej rodziny, stopniowe odkrywanie przez główną bohaterkę filmu swojej tożsamości i wreszcie jej sojusz z kimś jeszcze, kimś innym niż jej psychiatra, to wszystko naprawdę dobrze się oglądało. Gwoli ścisłości nie skreślam całego wątku z doktorem Josiahem – z czasem nabrał on charakteru, nie był już tak mdły, tak nijaki, jak na początku.

„Ucieczka z domu obłąkanych” to całkiem emocjonujący telewizyjny thriller psychologiczny, którego siłą jest oparta na faktach fabuła i co niektórych może mocno zaskoczyć dosyć solidna realizacja. Karen Moncrieff zgromadziła dobrą ekipę, którą potrafiła właściwie pokierować – na tyle dobrze, żeby wyszło z tego w miarę klimatyczne, całkiem silnie trzymające w napięciu widowisko. Spektakl osadzony w XIX-wieku, na nowojorskiej wyspie, w szpitalu psychiatrycznym, który został zamieniony w istne piekło przez zgorzkniałą, sfrustrowaną siostrę przełożoną. Według mnie dobrze oddający tamtejsze realia, ale jeszcze lepiej krzywdę bezbronnych kobiet. Twórcy podeszli do tego z dużą empatią. Patrząc na cierpienia tych kobiet trudno im nie współczuć, ale i ciężko oprzeć się bezsilnej wściekłości, nie wspominając już o narastającym przekonaniu, że sytuacja ze sceny na scenę będzie się tylko zaogniać. Trudno też nie podziwiać Nellie Bly. Tej filmowej też, tej cierpiącej na amnezję młodej kobiety niebojącej się stawiać czoła nawet niemiłościwie panującej siostrze przełożonej. Ale przede wszystkim autentycznej postaci, która posłużyła twórcom tego filmu (bądź tylko scenarzystce) za wzór podczas budowania bohaterki zajmującej centralne miejsce w tej historii. Nie byli co prawda całkowicie wierni oryginałowi, ale i nie odeszli od niego całkowicie. Tym, którym nie są znane przeżycia Nellie Bly w szpitalu psychiatrycznym/azylu dla kobiet zalecam najpierw obejrzeć „Ucieczkę z domu obłąkanych”, a dopiero potem zapoznać się z faktami, które z łatwością można znaleźć w Sieci (więcej pewnie jest w książce „Ten Days in a Mad-House” napisanej przez samą Nellie Bly), bo tylko w takim wypadku największy zwrot akcji zastosowany w tym filmie może zadziałać. Inne sprawa, czy dla kogoś będzie to ogłuszające uderzenie – niespodzianka może ich spotkać, i to nie jedna, ale wątpię, żeby kogoś w fotel to wgniotło. Pod tym kątem „Ucieczka z domu obłąkanych” raczej się nie sprawdza, ale myślę, że warto to obejrzeć. A w każdym razie, ja nie żałuję ani jednej minuty poświęconej temu przedsięwzięciu Karen Moncrieff.