Stronki na blogu

środa, 17 lipca 2019

„Topielisko. Klątwa La Llorony” (2019)

Rok 1973, Los Angeles. Pracownica socjalna Anna Tate-Garcia przybywa do domu samotnej matki dwójki dzieci, Patricii Alvarez, aby przeprowadzić kontrolę. Odkrywa wówczas, że kobieta więzi swoich chłopców w ciasnym pomieszczeniu. Dzieci zostają odseparowane od matki i umieszczone w tymczasowym domu opieki. Niedługo potem Anna odbiera wiadomość o tragicznej śmierci chłopców i rusza na miejsce zdarzenia, wraz z dwójką swoich dzieci, Chrisem i Samanthą, nad którymi od śmierci męża sama sprawuje opiekę. Z czasem odkrywa, że chłopcy Alvarez padli ofiarami legendarnej La Llorony, demonicznej istoty, która snuje się po świecie w poszukiwaniu dzieci, które zastąpiłyby jej własne. W 1673 roku kobieta utopia je w gniewnym amoku, a gdy uświadomiła sobie co zrobiła, popełniła samobójstwo. Anna ma powody, by przypuszczać, że jej dzieci będą następne, że jeśli nic nie zrobi La Llorona zabierze jej Chrisa i Samanthę.

Amerykański horror nastrojowy„Topielisko. Klątwa La Llorony” to szósty z kolei film wchodzący w skład „The Conjuring Universe”, po dwóch częściach „Obecności” i „Annabelle” oraz „Zakonnicy” z 2018 roku. Scenariusz w oparciu o meksykańską legendę o La Lloronie (Płaczącej Kobiecie) napisali Mikki Daughtry i Tobias Iaconis, a na krześle reżyserskim zasiadł Michael Chaves, który wcześniej nie stworzył ani jednego pełnometrażowego filmu. Ale wiadomo już, że na „Topielisku. Klątwie La Llorony”” jego przygoda z długim metrażem się nie skończy. Na 2020 rok zaplanowano bowiem premierę drugiego pełnometrażowego filmu Michaela Chavesa, trzeciej odsłony głośnej „Obecności” Jamesa Wana, która zapoczątkowała franczyzę „The Conjuring Universe”. Budżet „Topieliska. Klątwy La Llorony” oszacowano na dziewięć milionów dolarów, a dotychczasowe wpływy z całego świata wyliczono na trochę ponad sto dwadzieścia dwa miliony dolarów.

„Topielisko. Klątwa La Llorony” nie jest jedynym filmem zainspirowanym meksykańską legendą o upiornej istocie, skazanej na wieczną wędrówkę po świecie w poszukiwaniu swoich dzieci. Wystarczy wspomnieć takie pozycje, jak chociażby „La maldicion de la Llorona” (1963) w reżyserii Rafaela Baledóna i „J-ok'el” (2007) Benjamina Williamsa. Na pewno jednak pełnometrażowy debiut Michaela Chavesa jest filmem najmocniej rozreklamowanym na arenie międzynarodowej, spośród wszystkich, mniej czy bardziej zainspirowanych legendą o Płaczącej Kobiecie, dotychczas nakręconych produkcji filmowych. Szeroka dystrybucja, szumna kampania reklamowa i dopisanie tego tytułu do jakże popularnej franczyzy funkcjonującej pod nazwą „The Conjuring Universe” zaowocowały jego dosyć sporym komercyjnym sukcesem. Film ów tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że zmętnianie tego źródełka, którym jest „The Conjuring Universe” trwa w najlepsze. Nie mam żadnych wątpliwości, że franczyza ta będzie się rozrastała o kolejne luźno ze sobą związane tytuły. Horrory tylko z lekka nawiązujące do jednego lub więcej obrazów z uniwersum „Obecności” i niemające nic wspólnego ze sprawami prowadzonym przez Eda i Lorraine Warrenów. Innymi słowy, moim zdaniem robi się z tego kolejna hollywoodzka maszynka do robienia kasy, która najpewniej szybko nie zostanie zatrzymana (jeśli w ogóle). „Topielisko. Klątwa La Llorony” jest pierwszym obrazem dopisanym do „The Conjuring Universe”, który nie nawiązuje bezpośrednio, bardzo wyraźnie (bo niektórzy dopatrzyli się tutaj jakichś szczególików) do cyklu „Obecności” (póki co mamy dwie części, ale w przygotowaniu jest już kolejna), tylko filmu, który, że tak to ujmę, z niej wyrósł. Scenariusz autorstwa Mikki Doughtry i Tobiasa Iaconisa nawiązuje do „Annabelle” Johna R. Leonettiego. W „Topielisku. Klątwie La Llorony” pojawia się postać księdza Pereza, kreowana przez Tony'ego Amendolę. Bohater ten, odegrany przez tego samego aktora, pojawił się pięć lat wcześniej w „Annabelle”. W omawianym filmie tę szkaradną lalkę (tj. Annabelle) też zobaczymy – pojawi się dosłownie na moment, w sekwencji retrospektywnej. Antybohaterką pełnometrażowego reżyserskiego debiutu Michaela Chavesa jest jednak tytułowa La Llorona, wywodząca się z meksykańskiej legendy, która wygląda... No cóż, trzeba pamiętać, że „Topielisko. Klątwa La Llorony” to horror hollywoodzki pełną gębą. Straszak nakręcony w zgodzie z dzisiejszymi trendami, stawiający na sprawdzone „metody straszenia” i doskonale znane fanom kina grozy motywy, podawane w prawie całkowicie beznamiętny sposób. Akcję filmu osadzono w 1973 roku, o czym szczerze mówiąc ciągle zapominałam. Poza paroma archaicznymi sprzętami gospodarstwa domowego, nie dostrzegałam w „Topielisku. Klątwie La Llorony” żadnych składników retro. Klimat tego filmu jest na wskroś współczesny, w najgorszym znaczeniu tego słowa. Mowa o boleśnie wręcz plastikowych zdjęciach made in Hollywood, zmontowanych tak, by widz „nie miał czasu na głębszy oddech”. Akcja pędzi na łeb na szyję po utartym torze poprzetykanym niezbyt realistycznie się prezentującymi efektami specjalnymi. Komputerowi spece dostali dosyć szerokie pole do popisu i... się popisali. La Llorona wyrasta na ekranie nader często, autentycznie strasząc swoim ewidentnie przejaskrawionym wyglądem. Ależ ta facjata mnie odrzucała – żywy dowód na to, że Michael Chaves nie jest wyznawcą zasady „w horrorze mniej znaczy więcej”. I nie dotyczy to tylko wyglądu tytułowej antybohaterki, ale również częstotliwości jej pojawiania się na ekranie. W mojej ocenie tylko dwie tego rodzaju scenki poprzedzono budowaniem w miarę odpowiedniego napięcia: samotną nocną wędrówkę chłopców Alvarez po mrocznych (ach te migające światła) korytarzach placówki socjalnej i akcję nad przydomowym basenem, której główną bohaterką była mała Samantha, córka Anny Tate-Garcii. Ta ostatnia niechcący sprowadziła na siebie i swoje dzieci nadnaturalne zagrożenie w postaci przedobrzonej upiorzycy La Llorony. I zrobiła to już na początku filmu, bo przecież w dzisiejszych czasach powolne budowanie opowieści grozy absolutnie się nie sprawdza. Z takiego właśnie założenia zdają się wychodzić scenarzyści i reżyser „Topieliska. Klątwy La Llorony”. No bo po co nam poznawać bohaterów i plątać się w jakimś szerszym kontekście fabularnym, skoro można całą historię streścić w jednym zdaniu i cieszyć się tym, co w nastrojowym horrorze najlepsze. Czyli efekciarskimi wejściami (najczęściej w formie jump scenek, dla mnie w całości nieskutecznych) demonicznej istoty, której oczywiście w końcu będzie trzeba zdecydowanie stawić czoło.

Mimo tego, że akcja „Topieliska. Klątwy La Llorony” zawiązuje się w błyskawicznym tempie, że życie pewnej pracownicy socjalnej komplikuje się nader szybko, to muszę przyznać, że jeszcze wtedy szczególnie zniechęcona nie byłam. Nie żebym śledziła to z jakimś ogromnym zainteresowaniem, licząc na silne emocje, ale wówczas przynajmniej nie musiałam walczyć z pokusą przerwania seansu. To przyszło później. Na początku nie mogłam oprzeć się skojarzeniom z „Przypadkiem 39” Christiana Alvarta i nie tylko przez to, że główna bohaterka omawianej produkcji też jest pracownicą socjalną. A nawet nie przede wszystkim dlatego. Jeszcze bardziej uderzyło mnie podobieństwo sytuacji, które zapoczątkowały koszmary obu kobiet. Każda z nich mimowolnie sprowadziła na siebie niebezpieczeństwo poprzez odebranie dziecka/dzieci rodzicom/samotnej matce. Anna Tate-Garcia podobnie jak Emily Jenkins z „Przypadku 39” podejrzewa, że Patricia Alvarez stanowi poważne zagrożenie dla swoich dzieci. W przekonaniu, że robi to dla ich dobra, umieszcza chłopców Alvarez w tymczasowym domu socjalnym. Dzieci zostają odseparowane od matki, która tymczasem upiera się, że nie chciała skrzywdzić swoich synów, tylko przed czymś ochronić. O ile w „Przypadku 39” to obiekt ataku rodziców rodził w pełni uzasadnione podejrzenia widzów, o tyle w „Topielisku. Klątwy La Llorony” alarmistycznie nie działają dzieci Alvarez wydobyte przez Annę z ciasnego pomieszczenia w ich mieszkaniu, tylko opowieści ich matki o istocie, która dybie na ich życie. Oczywiście Anna, tak samo jak Emily Jenkins i w przeciwieństwie do nas, początkowo nie daje wiary tym fantastycznie brzmiącym słowom Patricii. Ale kobieta bardzo szybko się z nami zrówna – posiądzie tę wiedzę, którą my, odbiorcy tego filmu, mieliśmy przez cały czas. Wtedy już naznaczone przez La Lloronę będą jej własne dzieci, Chris i Samantha (przekonująco wykreowani przez Romana Christoua i Jaynee-Lynne Kinchen. W ich matkę natomiast w nie mniej przyzwoitym stylu wcieliła się Linda Cardellini)). Anna znajdzie się więc w identycznej sytuacji, w której jeszcze niedawno tkwiła rodzina Alvarezów. Kobieta doskonale wie, jak to się dla nich skończyło – do czego dąży demoniczna istota, która teraz prześladuje jej rodzinę. Wie, że jeśli nie znajdzie sposobu na powstrzymanie La Llorony, jej dzieci podzielą tragiczny los chłopców Alvarez. Zwraca się więc – tadam – do księdza Pereza. Bez bożego wojownika w końcu by się nie obyło prawda? Tak, tylko że... Powiedzmy, że scenarzyści przygotowali drobną niespodziankę – nie, nie, nie myślcie, że zrezygnowano z tak integralnego motywu współczesnych hollywoodzkich straszaków, jak duchowa (fizyczna zresztą również) walka dobra ze złem. Przebiegająca w sposób tak banany i także w związku z tym przewidywalny, że już bardziej chyba nie można. No dobrze, takie wykorzystanie krzyża nie zdarza się często, UWAGA SPOILER a i zabrakło klasycznego opętania. Nauczona doświadczeniem czekałam i na ten motyw, ale zamiast niego dostałam zrobienie z Samanthy swego rodzaju marionetki. Swoją drogą, może mi ktoś wytłumaczyć, jak dziewczynka wcześniej wyrwała się spod wpływu La Llorony? Bo według słów bożego wojownika Rafaela Olvera taki efekt miało przynieść dopiero unicestwienie upiorzycy) KONIEC SPOILERA. W dodatku konfrontację ową niemiłosiernie wręcz rozciągnięto w czasie – cały ten nadmiernie dynamiczny, beznamiętny zlepek ogranych motywów, na tym większą więc próbę wystawił moją cierpliwość. Ale się udało. Ledwo, bo ledwo, ale – jupi! - dobrnęłam do napisów końcowych. Nie, nie, tak naprawdę to wcale się z tego nie cieszę. To jeden z tych przypadków (dosyć licznych niestety), gdzie wytrwałość mi się nie opłaciła. Jednak powinnam ulec dużo wcześniej narosłej pokusie przerwania seansu, bo zaoszczędziłabym trochę czasu, ale jak to się mówi mądry Polak po szkodzie. Chociaż z drugiej strony trochę się pośmiałam, a przecież mówi się też, że śmiech to zdrowie...

Tym, którzy myśleli, że „Zakonnica” w reżyserii Corina Hardy'ego uświadomi filmowcom, że wcielanie do „The Conjuring Universe” horrorów znacznie odbiegających od żelaznej podstawy tej franczyzy – obrazów spod znaku „Obecności” – nie jest dobrym pomysłem, to po obejrzeniu „Topieliska. Klątwy La Llorony” debiutującego w pełnym metrażu Michaela Chavesa, prawdopodobnie wyzbędą się tych złudzeń. Zamiast wzorować się na sprawach Eda i Lorraine Warrenów, a całkowicie fikcyjne fabuły konstruując ewentualnie na użytek serii o lalce Annabelle, twórcy wolą kombinować, jak te konie pod górę. Wymyślać płytkie historie, które wydają się być jedynie pretekstem do popisywania się nowoczesną technologią. A straszenie? No przecież macie mnóstwo jump scenek. Czego jeszcze chcecie? Napięcia? Proszę Was, powolne budowanie nastroju już dawno wyszło z mody. Teraz tak to się robi! I powiem Wam, że to działa. „Obecność 3” dopiero jest w przygotowaniu, a ja już czuję lekki strach. Jeszcze filmu nie widziałam, a już się niepokoję. Bo w końcu reżyser ten sam... Oby jednak moje czarnowidztwo się nie spełniło, oby Michael Chaves nie zepsuł jeszcze tego, oby okazało się, że „Topielisko. Klątwa La Llorony” to jednorazowe potknięcie. To jest w mojej ocenie. Tego (nie ukrywam, że również z egoistycznych pobudek) mu życzę.

poniedziałek, 15 lipca 2019

„Lizzie” (2018)

Rok 1892. Do domu rodziny Bordenów przybywa nowa pokojówka Bridget Sullivan. Najmłodsza członkini familii, trzydziestodwuletnia Lizzie, zaprzyjaźnia się z nią, wbrew żądaniom ojca, by nie bratała się z osobami z niższych warstw społecznych. Relacja Lizzie z jej rodzicielem już od dawna jest mocno napięta. Ze swoją starszą córką, Emmą, Andrew Borden nie ma najmniejszych problemów, ale zachowanie młodszej nierzadko wyprowadza go z równowagi. Lizzie nie zamierza podporządkowywać się woli ojca i znienawidzonej macochy, czego z kolei Andrew ani myśli akceptować. Sytuacja w domu Bordenów coraz bardziej się zaognia, w czym swój mimowolny udział ma również Bridget Sullivan. Pewnego letniego dnia Lizzie znajduje w domu zmasakrowane zwłoki swojego ojca, a niedługo potem na piętrze zostaje odnalezione ciało jej macochy. Główną podejrzaną staje się Lizzie.

Trzeci pełnometrażowy film Craiga Williama Macneilla, po „The Afterlight” z 2009 roku (współreżyser i współscenarzysta) i „The Boy” z roku 2015, pt. „Lizzie” został oparty na autentycznej głośnej sprawie podwójnego morderstwa w Fall River w stanie Massachusetts, dokonanego 4 sierpnia 1892 roku na bogatym deweloperze Andrew Bordenie i jego drugiej żonie Abby. Za zbrodnie te oskarżono młodszą córkę Andrew, Lizzie, którą ława przysięgłych uznała za niewinną zarzucanych jej czynów. Wokół tej sprawy narosło wiele mniej czy bardziej prawdopodobnych teorii. Jedną z nich spopularyzował amerykański pisarz i scenarzysta Ed McBain, posługujący się też nazwiskiem Evan Hunter, w swojej książce z 1984 roku zatytułowanej „Lizzie”. Scenarzysta filmu pod tym samym tytułem, Bryce Kass, oparł fabułę na owej niepotwierdzonej teorii, co może wskazywać na to, że zainspirował się książką Huntera. Mogło tak być, ale wcale nie musiało, gdyż to jedna z najczęściej roztrząsanych hipotetycznych wersji wydarzeń w dom Bordenów. Swoją drogą łatwiej byłoby mi to rozstrzygnąć, gdybym wspomnianą książkę Evana Huntera przeczytała, ale niestety takiej możliwości nie mam.

Cztery lata przed premierą (na Sundance Film Festival) „Lizzie” w reżyserii Craiga Williama Macneilla, ukazał się telewizyjny thriller Nicka Gomeza oparty na tej samej autentycznej sprawie pt. „Lizzie Borden chwyta za siekierę”, gdzie tytułowa rola przypadła w udziale Christinie Ricci. Dużo wcześniej, bo w 1975 roku, ukazał się natomiast, również telewizyjny, film Paula Wendkosa pt. „The Legend of Lizzie Borden”, którego w przeciwieństwie do „Lizzie Borden chwyta za siekierę” nie miałam jeszcze okazji obejrzeć. W każdym razie choć obraz Macneilla skupia się na tej samej sprawie, nad którą pochylili się twórcy obrazu z Christiną Ricci w roli głównej, to nie należy spodziewać się powtórki z rozrywki. W „Lizzie” przyjęto inne spojrzenie między innymi na relacje w domu Bordenów. Film otwiera odkrycie zmasakrowanych zwłok państwa Borden w ich własnym domu i rozmowa jednego z policjantów przybyłych na miejsce zbrodni z młodszą córką denata, Lizzie, która sprawia wrażenie, jakby była w głębokim szoku. Faktycznym czy udawanym, to okaże się później. Najpierw jednak przyjrzymy się wcześniejszym relacjom panującym w domu Bordenów, które w rzeczywistości mogły, ale wcale nie musiały przebiegać tak, jak je tutaj przedstawiono. Po krótkim prologu akcja zostanie cofnięta o pół roku. Do domu Bordenów przybywa właśnie nowa pokojówka, Bridget Sullivan, której pani domu, Abby Borden, z miejsca nadaje imię Maggie. Lizzie będzie jedyną osobą, w tym skromnym domu, używającą jej prawdziwego imienia. Widać bowiem, że kobieta uważa za niepoważne nadawanie przyjezdnym służącym nowych imion przez jej ojca i macochę. Ale bardziej istotne jest to, że Lizzie zdaje się być jedyną osobą w tym domu, która nie zwykła patrzeć z góry na osoby z niższych warstw społecznych. Jej ojciec Andrew mimo zgromadzonego bogactwa żyje bardzo skromnie (i taki styl życia narzuca całej swojej rodzinie), ale to nie znaczy, że akceptuje bratanie się z gawiedzią. Nie podoba mu się, że jego młodsza córka obraca się w takich kręgach. Mężczyzna uważa, że przynosi tym wstyd rodzinie. Andrew Borden, przekonująco wykreowany przez Jeffa Perry'ego, w thrillerze „Lizzie” został przedstawiony jako czarny charakter. Despota, któremu nikt, z wyjątkiem Lizzie, nie ma śmiałości zdecydowanie się przeciwstawić. I który od jakiegoś czasu odbiera anonimowe listy z pogróżkami. To skłania go do spisania testamentu, z treści którego najbardziej niezadowolona jest Lizzie. W tę centralną postać filmu wcieliła się Chloe Sevigny, której warsztat w moich oczach był tylko odrobinę mniej „drewniany” od gry Kristen Stewart, kreującej Bridget Sullivan. Lepiej według mnie wypadły drugoplanowe postacie, z których, poza wspomnianym już Jeffem Perrym, muszę wyróżnić Fionę Shaw i Kim Dickens. W każdym razie tytułowa postać filmu Craiga William Macneilla została skonstruowana tak, by budzić sympatię u odbiorcy. Nie maksymalną, bo jednak podszytą podejrzliwością. Nawet ci, którzy o autentycznej sprawie podwójnego morderstwa w domu Bordenów z 1892 roku, dotychczas nie słyszeli, z biegiem trwania filmu coraz bardziej będą skłaniać się ku temu, że to właśnie ona wkrótce splami swoje ręce krwią ojca i macochy. Co nie znaczy, że tak będzie... Budzenie w odbiorcach ambiwalentnych uczuć w stosunku do postaci filmowych (książkowych zresztą też) nie jest zabiegiem nowym, ani nawet niezbyt powszechnym, ale w profesjonalnych rękach niezmiennie przynosi mi niemało korzyści. Bo o ile bardziej interesująca staje się historia, gdy potencjalną morderczynię darzy się pewną dozą sympatii, gdy nie patrzy się na nią jedynie z niekłamaną wrogością, ale ma się dla niej niemało współczucia i... podziwu? To chyba za mocne słowo, niemniej sposób bycia tej bogatej panienki może do pewnego stopnia imponować. Jej podejście do ludzi z niższych sfer społecznych i uparte niepodporządkowywanie się okrutnej głowie rodziny Bordenów, w czasach, w których takie zachowanie kobiet względem utrzymujących je mężczyzn było praktycznie nie do pomyślenia, to cechy, które najbardziej ocieplają wizerunek Lizzie. Z tej postaci bije jednak też pewien chłód. Patrząc na nią trudno oprzeć się wrażeniu, że to ktoś znajdujący się na skraju wytrzymałości, że mamy tutaj do czynienia z „tykającą bombą”, która wybuchnie w znany nam już sposób. Tak, ale jednocześnie ciężko odrzucić możliwość, że w tej produkcji Lizzie Borden zostanie przedstawiona, jako osoba nieponosząca żadnej odpowiedzialności za śmierć Andrew i Abby, niemająca absolutnie nic wspólnego z tymi odrażającymi morderstwami. Z których jedno... Cóż wcale nie ubolewałam nad losem, jaki spotkał filmowego Andrew. O autentycznym Andrew Bordenie się nie wypowiem, bo ciężko odsiać prawdę od przekłamań o właściwie wszystkich członkach rodziny Bordenów i innych osobach mniej czy bardziej uwikłanych w tę sprawę. Podkreślam tutaj, że nie traktuję „Lizzie” w kategoriach obrazu, który bezsprzecznie trzyma się wszystkich faktów, który jest bardzo wiernym odzwierciedleniem kawałka dziejów rodu Bordenów. Nie wiem jak było naprawdę i wziąwszy pod uwagę liczne spekulacje na ich temat krążące w przestrzeni publicznej, chyba nikt nie może dzisiaj powiedzieć, że zna całą prawdę o tej rodzinie i podwójnej zbrodni, jaka dokonała się w domu Bordenów feralnego 4 sierpnia 1892 roku.

Od strony technicznej „Lizzie” Craiga Williama Macneilla prezentuje się solidniej od „Lizzie Borden chwyta za siekierę” Nicka Gomeza. Przygaszone barwy, z przewagą szarości, tworzą całkiem ponury klimacik, który w moich oczach bardzo smacznie wkomponował się w dawno minione realia, w których to toczy się akcja tego filmu (i w których rozegrała się jedna z głośniejszych spraw kryminalnych w Stanach Zjednoczonych). Miasto Fall River w stanie Massachusetts w drugiej połowie XIX wieku – umownie, bo „Lizzie” kręcono w Savannah w stanie Georgia, co zajęło w sumie dwadzieścia trzy dni – tchnie atmosferą retro, nie tylko dzięki przyblakłym zdjęciom. Stroje z epoki i wystroje wnętrz też pracują na to wrażenie. A muzyka skomponowana przez Jeffa Russo, dosłownie wszystkie atrakcje dźwiękowe, dla mnie stanowiła najcenniejszy pierwiastek płaszczyzny technicznej. Co jest niemałym komplementem z mojej strony, zważywszy na fakt, że sfera wizualna, jak na standardy współczesnego kina, jawiła mi się całkiem klimatycznie. Fabuły natomiast nie potrafię ocenić tak jednoznacznie. Scenariusz „Lizzie Borden chwyta za siekierę” był dla mnie bardziej emocjonujący – tamto spojrzenie na sprawę Bordenów silniej osadzono w ramach thrillera od tego tutaj. „Lizzie” posiada też dosyć mocno rozbudowaną warstwę dramatyczną, która, ogólnie rzecz biorąc, całkiem nieźle koegzystuje z tą drugą płaszczyzną, osadzoną w gatunku dreszczowca, ale produkcja Craiga Williama Macneilla niestety nie ustrzegła się nużących momentów. Z jednej strony takie spojrzenie na dzieje rodu Bordenów, ze szczególnym wskazaniem na Lizzie, było dla mnie pewnym urozmaiceniem – jakoś nie pociągała mnie perspektywa oglądania w pewnym sensie tego samego, co pokazał mi już Nick Gomez w swoim telewizyjnym thrillerze pt. „Lizzie Borden chwyta za siekierę”. Ale z drugiej strony nie wszystkie wątki wykorzystane w omawianym obrazie dostarczały mi pożądanych emocji. Najgorzej przyjmowałam jedną z najważniejszych (jeśli nie najważniejszą) relacji rozpisanych przez Bryce'a Kassa. Mowa o przyjaźni Lizzie z pokojówką Bridget, która jak przeczuwamy z czasem może przekuć się w coś więcej. Obie te role dla mnie nie zostały obsadzone fortunnie, przez co zwyczajnie tej relacji nie czułam. Mam jednak wątpliwości czy bardziej przekonujące kreacje (z mojego punktu widzenia) znacznie poprawiłyby mój odbiór tego wątku. Bo powiedzmy sobie szczerze: nie jest to coś, czego w kinie (literaturze zresztą również) wypatruję. UWAGA SPOILER Chodzi o romanse, bez względu na to, czy są one hetero-, czy homoseksualne KONIEC SPOILERA. Gwoli sprawiedliwości jednak, owa relacja najmłodszej członkini rodziny Bordenów i ich nowej pokojówki niosła jedną korzyść. A mianowicie zapowiedź rychłych kłopotów, problemów nawet większych od tych dotychczasowych. Co zrobi despotyczny ojciec Lizzie, gdy dowie się, że jego młodsza córka ma tak bliską relację ze służącą, którą on i jego małżonka niedawno zatrudnili? Z tego, co wiemy o tym filmowym Andrew Bordenie nie mamy powodów, by wątpić w to, że delikatnie mówiąc, nie będzie z tego faktu zadowolony. I w ten oto sposób przechodzimy do według mnie najciekawszej relacji zawartej w „Lizzie”. Do stosunków ojca i jego młodszej córki. Burzliwych stosunków, które rodziły we mnie wiele całkiem silnych, nieprzyjemnych emocji – z gatunku tych, których od thrillera się oczekuje. Chociaż poszukiwacze oryginalności mogą zgoła inaczej na to zareagować, bo co jak co, ale innowacyjności temu aspektowi scenariusza „Lizzie” raczej nie można oddać. Ot, typowe, aczkolwiek bardzo poważne niesnaski pomiędzy apodyktycznym mężczyzną i niezamierzającą mu ulegać kobietą. Ulec w sensie podporządkować się woli ojca, zachowywać się tak, jak tego od niej oczekuje. A oczekuje przede wszystkim dbania o podtrzymywanie dobrej opinii, jaką cieszy się w tych stronach (stan Massachusetts) majętny ród Bordenów, bo według Andrew Lizzie zdaje się robić wszystko, by ową opinię im wszystkim zepsuć. Ale z punktu widzenia odbiorcy omawianego obrazu to zapewne on będzie tą osobą, która ciężko pracuje na kompromitację rodu Bordenów. Największa niegodziwość, której nierzadko dopuszcza się w swoim skromnym domku, budzi wstręt, pomimo tego, że „rozgrywa się to poza wzrokiem widza”. Ale to nie znaczy, że twórcy uciekają od wszystkich mocniejszych scen. Przez morderstwa też nie zostaniemy przeprowadzeni w sposób porażająco szczegółowy, ale już obraz zmasakrowanej twarzy jednej z ofiar za takowy można już uznać. Najbardziej bolesna była jednak dla mnie inna scena – akcja, która rozegrała się w szopie, gdy Andrew wpadł w istny szał. Szał wywołany pewnym wybrykiem Lizzie, szał, na który naprawdę trudno mi było patrzeć. Tak straszny to był widok. Zakończenie natomiast... Ujmę to tak: nic niespodziewanego w kontekście tego scenariusza, ale przynajmniej UWAGA SPOILER nie powielono najpowszechniejszej teorii na temat morderstwa Andrew i Abby Bordenów. Co nie znaczy, że ponad wszelką wątpliwość trzymano się faktów. Gdyby żadnych wątpliwości odnośnie tej sprawy nie było, to zapewne już dawno temu osunęłaby się ona w całkowite zapomnienie KONIEC SPOILERA.

Muszę przyznać, że całkiem nieźle mi się ten film oglądało. „Lizzie” Craiga Williama Macneilla z całą pewnością nie jest jakimś wybitnym osiągnięciem artystycznym, chociaż oprawa audiowizualna może stanowić niemałą ucztę dla zmysłów nie tylko miłośników filmowych thrillerów, ale również dramatów. Nie wszystkich oczywiście, może i nawet nie zdecydowanej większości, bo co by o „Lizzie” nie mówić, to raczej nie jest to tego typu pozycja, która pędzi za dzisiejszymi trendami, która za wszelką cenę stara się wejść do mainstreamu. Ale też nie jest to kino ukierunkowane na ekstremalnie wąską grupę odbiorców, żadna tam niszówka, o której mało się słyszy, tylko obraz dystrybuowany na dosyć szeroką skalę, ale nakręcony w sposób odbiegający od tego, do czego przyzwyczaiły nas współczesne thrillery głównego nurtu. Nieszczególnie dalece odbiegający, ale jednak. I dobrze, bo w przeciwnym wypadku prawdopodobnie mój odbiór tego filmu byłby gorszy. Ale poszukiwaczom dynamicznych, efekciarskich i/lub pełnych zaskakujących zwrotów akcji dreszczowców, tej pozycji na pewno bym nie zarekomendowała.

sobota, 13 lipca 2019

Oferta wydawnictwa Zysk i S-ka

Vincent Bugliosi, Curt Gentry „Helter Skelter. Prawdziwa historia morderstw, które wstrząsnęły Hollywood”

Światowy bestseller i arcydzieło literatury faktu!
Kronika jednej z najgłośniejszych zbrodni w historii USA

9 sierpnia 1969 roku w posiadłości przy Cielo Drive w zamożnej dzielnicy Los Angeles została zamordowana piękna aktorka, żona reżysera Romana Polańskiego, Sharon Tate, a wraz z nią ich nienarodzone dziecko. Oprócz Tate zginęli jej goście: słynny fryzjer hollywoodzkich gwiazd Jay Sebring, przyjaciel Polańskiego z czasów studiów w łódzkiej filmówce Wojtek Frykowski i jego narzeczona, córka potentata kawowego, Abigail Folger. Piątą, przypadkową ofiarą był Steven Parent, 18-letni znajomy dozorcy. Za tymi morderstwami stał Charles Manson i członkowie jego grupy religijnej zwanej Rodziną. Dzień później z ich rąk zginęły dwie kolejne osoby.

Dlaczego młodzi ludzie zabijali na rozkaz Mansona? Co wspólnego z tą okrutną zbrodnią ma piosenka zespołu The Beatles Helter Skelter?
Vincent Bugliosi, główny oskarżyciel w najgłośniejszym w dziejach amerykańskiego sądownictwa procesie, odpowiada na pytania, które dziś nadal nie przestają intrygować.

Książka już w księgarniach


Cornelia Funke, Guillermo del Toro „Labirynt fauna”

Zbliża się premiera powieści długo wyczekiwanej przez fanów pióra Cornelii Funke (autorki serii „Atramentowy świat”) i sympatyków Guillermo del Toro, reżysera nagrodzonego przez Akademię Filmową za „Kształt wody”. Mistrzowie kreowania baśniowości przed oczami i w umysłach odbiorców połączyli siły, by ponownie zabrać nas w niezapomnianą podróż do świata fantazji. Przeżyjmy jeszcze raz historię 11-letniej Ofelii, która ucieka przed rzeczywistością w świat magii.

Mroczna i nastrojowa, bogato ilustrowana baśń oparta na nagrodzonym trzema Oscarami filmie Guillermo del Toro

Guillermo del Toro, zdobywca Oscara za najlepszy film za „Kształt wody”, wraz z Cornelią Funke, autorką bestsellerowych powieści „Atramentowe serce” i „Król złodziei”, stworzyli epicką i mroczną powieść fantasy dla czytelników w każdym wieku, wzbogaconą poruszającymi poetyckimi ilustracjami.

Ta czarowna historia zabiera czytelników do złowrogiego, magicznego i rozdartego wojną świata, zapełnionego wyraziście narysowanymi postaciami, takimi jak nieuczciwe fauny, zawzięci żołnierze, potwory zjadające dzieci czy dzielni buntownicy. Jak przystało na prawdziwą baśń, jest też dawno zaginiona księżniczka, która ma nadzieję na powrót do rodziny...

Premiera 16 lipca 2019 roku


Ambrose Parry „I sprawisz, że wrócę do prochu”

Edynburg, 1847. Na Starym Mieście giną młode kobiety, które spotyka makabryczna śmierć. Na drugim krańcu miasta student medycyny Will Raven rozpoczyna asystenturę u znanego i błyskotliwego doktora Simpsona.
Pacjenci Simpsona wywodzą się z najbogatszych i najuboższych kręgów podzielonego miasta. Dom lekarza jest nietypowy, odwiedzają go luminarze i prowadzi się tam śmiałe eksperymenty z nowej dziedziny medycznej, jaką jest anestezja. W domu tym Raven poznaje Sarę Fisher, pokojówkę i pielęgniarkę obdarzoną intuicją, która uniemożliwia jej przychylne traktowanie przybysza. Sara jest równie inteligentna jak Raven, ale nie cieszysię takimi jak on przywilejami i nie może studiować medycyny.

Każde z nich ma własne powody, by przyjrzeć się dokładniej podejrzanym zgonom w mieście, więc chcąc nie chcąc, zagłębiają się razem w mroczny półświatek Edynburga. Będą musieli pokonać dzielące ich różnice, aby wydostać się stamtąd żywi.

Premiera 23 lipca 2019 roku


Źródło: materiały od wydawnictwa Zysk i S-ka

piątek, 12 lipca 2019

„Strange Nature” (2018)

Była piosenkarka pop Kim Sweet po latach wraca do swojego rodzinnego miasta Duluth w stanie Minnesota, mając nadzieję, że ona i towarzyszący jej jedenastoletni syn Brody zdołają ułożyć sobie życie w tym miejscu. Kim zamierza też wesprzeć swojego ojca Chucka w jego walce z rakiem. Ona i Brody wprowadzają się do niego. Do jego niewielkiego, drewnianego domu położonego na uboczu, nieopodal którego wkrótce grupka dzieci z podstawówki i ich nauczycielka dokonują zastanawiającego odkrycia. Znajdują zdeformowane żaby, które zostają przekazane do zbadania miejscowemu nauczycielowi przyrody Trentowi. Sprawa ta najbardziej interesuje Kim. Z obawy przed eskalacją tego niepokojącego zjawiska, kobieta rozpoczyna amatorskie śledztwo, w którym pomaga jej Trent.

W 1995 roku grupa uczniów odkryła setki zdeformowanych żab w pobliżu Henderson w stanie Minnesota. Do 1996 roku zgłoszenia o takich anomaliach napłynęły z trzydziestu pięciu stanów USA i trzech prowincji Kanady. Choć sprawa była intensywnie badana przez naukowców, nie udało się znaleźć przyczyny deformacji płazów. Amerykański eko horror „Strange Nature” w reżyserii i na podstawie scenariusza, w tych rolach debiutującego w pełnym metrażu, Jamesa Ojali (jako Jim Ojala), powstał z inspiracji tą głośną sprawą. Ten zajmujący się głównie tworzeniem efektów specjalnych filmowiec pochodzi z Duluth w stanie Minnesota, przyglądał się więc całej tej sprawie niejako od środka (w Minnesocie zdeformowanych żab było najwięcej). W jednym z wywiadów zdradził, że widząc zdjęcia zmutowanych płazów na pierwszych stronach gazet on i inni mieszkańcy tego regionu czuli się, jakby przenieśli się do jakiegoś horroru science fiction. Scenariusz „Strange Nature” James Ojala napisał w pierwszej dekadzie XXI wieku, nie opierając się jedynie na swoich własnych wspomnieniach i doniesieniach prasowych. Sięgnął także do książki Williama Soudera pt. „A Plague of Frogs”, zgłębiającej zjawisko deformacji żab. Ojala był bardzo zdziwiony tym, że filmowcy jeszcze nie pochylili się nad tym tematem, że w momencie kiedy on rozpoczynał pracę nad swoim pierwszym pełnometrażowym filmem nie było żadnych produkcji na ten temat. Ani tych fabularnych zainspirowanych autentyczną sprawą deformacji żab w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, ani filmów dokumentalnych traktujących o tejże. „Strange Nature” jest produkcją niezależną, częściowo sfinansowaną dzięki kampanii Kickstarter. Akcję promował magazyn „Fangoria”, co bardzo pomogło w uzbieraniu potrzebnej sumy pieniężnej. Jamesowi Ojali było łatwiej pozyskać fundusze niezbędne do zrealizowania tego filmowego projektu, ze względu na doświadczenie w branży – jest osobą dość rozpoznawalną, dzięki swojej wieloletniej pracy nad efektami specjalnymi.

Główne zdjęcia do „Strange Nature” powstawały w 2014 roku w stanie Minnesota (z przewagą miasta Duluth), ale co nieco dokręcono potem w Los Angeles. Światło dzienne film ujrzał dopiero cztery lata później – we wrześniu 2018 roku w końcu ukazał się w Stanach Zjednoczonych, zbierając mieszane recenzje. „Strange Nature” to jeden z tych współczesnych horrorów idących niejako pod prąd. Podczas prac nad tym filmem James Ojala nierzadko spotykał się ze sceptycyzmem kolegów z branży – niektórzy producenci doradzali mu złagodzenie dramatycznego tonu scenariusza i dodanie modnych w dzisiejszych czasach horrorowych trików. Decyzja reżysera i zarazem scenarzysty filmu o zatrudnieniu aktorów z Minnesoty, postawianie na nazwijmy to lokalną obsadę (nie w całości) oraz kręcenie w takim „niepopularnym” miejscu jak Duluth też zostały przyjęte dosyć powątpiewająco przez niektórych ludzi filmu. Ale Ojala nic sobie z tego nie robił. Chciał nakręcić to po swojemu. Chociaż musiał zdawać sobie sprawę z tego, że pozwala sobie na niemałe ryzyko. Bo jego nieproszeni doradcy, jakkolwiek by się to komuś nie podobało, mieli sporo racji. Horrory bez jump scenek, bez dużej ingerencji komputera i na dodatek cechujące się tak wolnym rozwojem fabularnym, w dzisiejszych czasach nie mają łatwego żywota. Takie podejście do kina grozy święciło triumfy w minionym wieku – teraz duża część kinomaniaków oczekuje czegoś zgoła innego. „A co mnie to obchodzi?” - zdaje się mówić James Ojala swoim pełnometrażowym debiutem. Takie wrażenie odnosiłam oglądając ten „niemodny” horror i... chwała za to. „Strange Nature” otwiera przyjazd głównej bohaterki filmu, byłej skompromitowanej wokalistki pop Kim Sweet i jej jedenastoletniego syna Brody'ego do Duluth w stanie Minnesota. To ponoć niepopularne miejsce, jeśli chodzi o kino, już wówczas poraża swoją dzikością i naturalnym pięknem. Mieniące się żywą zielenią gęste lasy, jeziora, bagna, pola uprawne i urocze domki porozsiewane w tej zacisznej scenerii. Trochę dalej wyrasta niezbyt gęsto zaludnione miasto. Jak wynika ze słów jednego z bohaterów filmu, to jedna z tych tak zwanych wymierających aglomeracji, bowiem wielu młodych ludzi ucieka stąd tak szybko, jak tylko może. Duluth w „Strange Nature” odmalowuje się jako miasto bez perspektyw dla praktycznie każdego, kto swojej przyszłości nie wiąże z rolnictwem. Kim Sweet, całkiem przyzwoicie wykreowana przez Lisę Sheridan, też przed laty opuściła to miasto. Zostawiła swojego ojca i znajomych, by robić karierę w branży muzycznej. I początkowo faktycznie odnosiła sukcesy, ale ta „bajka” nie trwała długo. Kim zakończyła swoją przygodę z muzyką w atmosferze kompromitacji, a potem urodziła syna, który to teraz, w wieku jedenastu lat, po raz pierwszy zawita w Duluth. Jonah Beres, w mojej ocenie, w tej roli radzi sobie jeszcze lepiej niż jego filmowa matka, ale Bruce Bohne wcielający się w postać Chucka, zmagającego się z nowotworem złośliwym ojca Kim i dziadka Brody'ego, w niczym mu nie ustępuje. Przebojowy, żyjący chwilą, wygadany dziadunio, to zdecydowanie najbarwniejsza postać „Strange Nature”, ale ja ze wszystkich osób zaludniających scenariusz „Strange Nature” i tak najbardziej upodobałam sobie Kim. Z tego prostego powodu, że wprost przepadam za silnymi, nieustępliwymi, jak lwice walczącymi o swoje, kobietami, stawianymi w centrum scenariuszy filmowych. A taka właśnie jest Kim Sweet. Co więcej, jest to osoba, która nie zwykła przechodzić obojętnie obok krzywdy innych, której nie jest obojętny los zarówno innych ludzi, jak i zwierząt. Jej syn też taki jest, u chłopca również mocno uwidacznia się ta niezwykle cenna cecha, ta potrzeba stawania w obronie słabszych. Choć nie zawsze w sensie dosłownym. Najwięcej przykrości w Duluth spotyka bowiem bardzo silnego, rosłego mężczyznę samotnie wychowującego córkę, rówieśnicę Brody'ego, która również jest obiektem ludzkiej złośliwości. Dlaczego ci najbliżsi sąsiedzi Chucka są tak traktowani? Otóż, dlatego że mają wrodzone wady twarzy, James Ojala dotyka tu więc problemu nienawiści, nierzadko podszytej strachem względem osób pokrzywdzonych przez los. Ludzi, których wygląd, jak to się mówi, odbiega od normy – jakkolwiek głupio to brzmi (bo przepraszam, jak niby wygląda ta norma?). Wkurzył mnie ten film. Ponieważ kazał mi (znowu) myśleć o potwornym zjawisku obecnym w prawdziwym życiu, jednej z tych ludzkich postaw, która niezmiennie wywołuje we mnie mdłości. Ciężki żywot najbliższych sąsiadów Chucka też spotykał się z taką reakcją z mojej strony. Czułam ogromny wstręt, ale absolutnie nie do nich, tylko do ich krzywdzicieli. Nie tylko tych, którzy pozwalali sobie na bardziej zdecydowane ataki względem tej dwójki, ale również tych którzy omijali ich szerokim łukiem, rzucając w ich kierunku wrogie i/lub zalęknione spojrzenia. Zupełnie jakby mieli się od nich czymś zarazić... Po wybuchnięciu afery z deformacjami organizmów żywych ta ich postawa była w pewnym sensie uzasadniona. Otóż, w Duluth zapanowało przekonanie (oczywiście, nie wśród wszystkich), że owa osobliwa zaraza wzięła się od tych ludzi, że to oni zarażają różne stworzenia deformacjami ciała. Czy to prawdopodobne widz sam będzie musiał ocenić. Przynajmniej do pewnego momentu, do czasu aż twórcy może zechcą sprawę wyjaśnić.

Powolny rozwój akcji moim zdaniem jest zarazem dobrodziejstwem, jak przekleństwem scenariusza „Strange Nature”. Ma to swoje plusy, ale i minusy z czasem z tego wyrastają. Doceniam, nazwijmy to, niezbyt nowoczesną konstrukcję fabularną. Nieśpieszne przeprowadzania widza przez kolejne etapy tej nieskomplikowanej opowieści zainspirowanej prawdziwymi wydarzeniami. Nieskomplikowanej i na pewno nieodkrywczej w szeroko pojętym horrorze. Za to dosyć niecodziennej, jeśli mówimy o „muzie” Jamesa Ojali. Czyli twardej rzeczywistości. Oczywiście twórca ten obudował to fikcyjnymi cegiełkami. Nie poprzestał na zagadkowych deformacjach żab, w tym sensie nie ograniczał się też do samych płazów. Poszedł z tym dalej i ciężko powiedzieć, że przedstawił to na modłę horroru. Widok zdeformowanych istot budził we mnie przede wszystkim smutek. UWAGA SPOILER Tak na marginesie, w pewnym momencie naszły mnie skojarzenia z „A jednak żyje” Larry'ego Cohena KONIEC SPOILERA. Niemniej myślę, że efekty specjalne, współtworzone przez samego Jamesa Ojalę, można nazwać odrażającymi (co w horrorze jest zaletą, nie wadą). Wszystkie bez wyjątku wypadają bardzo realistycznie i cechuje je dosyć duża śmiałość. Miejscami co prawda trochę przeszkadzały mi szaleńce ruchy kamer, sceny śmierci cechował nadmierny dynamizm, z gatunku tych, który znacznie utrudnia, jeśli nie uniemożliwia, zarejestrowanie wszystkich makabrycznych szczegółów. Ale jak na współczesny horror, płaszczyzna gore jest dosyć rozbudowana (a bo odnoszę wrażenie, że w uogólnieniu kino grozy nie jest już tak odważne, jak było niegdyś). Dostajemy zróżnicowane, umiarkowanie krwawe sceny okaleczeń i mordów oraz wymyślne cielesne deformacje organizmów żywych (w filmie wykorzystano również żywe żaby dotknięte takimi anomaliami), których myślę nie powstydziłby się żaden body horror. Elementy tego podgatunku w takiej postacie się ujawniają, ale „Strange Nature” egzystuje przede wszystkim w ramach eko horroru. I dramatu, bo narracja, jaką Ojala narzucił pierwszej i środkowej partii filmu zdaje się właśnie w tym kierunku popychać ową opowieść. Odbiera się to jako dramat, ewentualnie thriller ekologiczny z elementami horroru, ale tylko do pewnego momentu i tylko na, że tak to ujmę, jednym poziomie świadomości. Bo choć przez długi czas przyglądamy się dosyć prozaicznym czynnościom niektórych mieszkańców Duluth w stanie Minnesota, znajdującym się w niepospolitej sytuacji (o czym jeszcze nie wszyscy wiedzą), to właściwie przez cały czas czujemy nieuchronnie zbliżające się zło. Alienacja bohaterów filmu, ta zwarta ściana lasu otaczająca domek Chucka, usytuowany nieopodal potencjalnie skażonego jeziora, naturalną koleją rzeczy stwarza wrażenie pozostawania w swego rodzaju klatce, w której jak wskazują liczne i dobitne sygnały wysyłane przez scenarzystę, znajdują się również śmiertelnie niebezpieczne stworzenia. Niebezpieczne, ale i budzące litość, co nie jest żadnym novum w eko horrorze. Nowością nie jest też sugerowanie, że to członkowie gatunku ludzkiego odpowiadają za katastrofę ekologiczną, która w filmie Jamesa Ojali niepowstrzymanie szerzy się w Minnesocie. Do takiego wniosku dochodzi Kim, a pomagający jej nauczyciel przyrody z podstawówki imieniem Trent, to zdanie zdaje się podzielać. Winne mogą, ale wcale nie muszą, być pestycydy (czyli rzecz bardzo na czasie) stosowane przez tutejszych rolników (to jest w świecie przedstawionym w „Strange Nature”) i produkowane przez potężną, bardzo wpływową firmę. Mamy więc oto kolejną cegiełkę, która w eko horrorze nie jest czymś nietypowym. A mianowicie oskarżenie za to nieszczęście, które dotknęło między innymi Duluth pewnej bezdusznej korporacji. Burmistrzowi tego miasta (to znaczy nie temu prawdziwemu, tylko filmowemu) też się obrywa. Uparte ignorowanie problemu, przedkładanie zysku ponad bezpieczeństwo obywateli, dbałość głównie o intratne znajomości, a maluczcy niech radzą sobie sami i przypisywanie sobie zasług innych... Brzmi znajomo? Nie? A ja tam powiedziałabym, że to taki polityk z krwi i kości, typowy przedstawiciel tego środowiska. Polityk jakich wielu. James Ojala najwidoczniej w swojej twórczości nie ma zamiaru zakłamywać realiów:) Myślę jednak, że dobrze byłoby, gdyby trochę bardziej ożywił środkową partię filmu. Nie tyle efektami specjalnymi, ale rozbudowaniem osobistych dramatów niektórych mieszkańców Duluth, z jednoczesnym uszczegółowieniem ich rysów psychologicznych. Życie szkolne Brody'ego, los najbliższych sąsiadów Chucka (mężczyzny i jego jedenastoletniej córki dotkniętych wrodzonymi wadami fizycznymi) i rozwój choroby nowotworowej Chucka, rozbudziły we mnie wszak większe zainteresowanie niż amatorskie śledztwo Kim i Trenta, któremu poświęcono dosyć sporo miejsca, w sposób, który mnie wydał się zwyczajnie przegadany. Myślę, że na fundamentach tamtych wątków można by wznieść więcej, niż zaoferowała mi działalność na rzecz ogółu w wykonaniu Kim i jej nowego „kolegi”. Ta spokojnie mogłaby zostać skrócona, a pozostałe z wymienionych wątków obudowane jeszcze bardziej dramatycznymi, złowrogimi, ale i tragicznymi momentami. A tak miejscami (tylko od czasu do czasu) robiło się nudnawo, żeby nie rzec trochę męcząco.

Myślę, że James Ojala ma powody do satysfakcji, bez względu na to, czy jego film dobrze się sprzeda, czy nie. Bo jak na razie do szerokiego grona odbiorców nie trafił, co w pewnej, być może głównej mierze, jest spowodowane lichą dystrybucją. Ale i opinie innych widzów, w tym krytyków, mogą na co poniektórych działać zniechęcająco. Trochę sympatyków „Strange Nature” też zdążył już znaleźć, ale moim zdaniem może być ich dużo więcej, jeśli tylko miłośnicy XX-wiecznego kina grozy, ze szczególnym wskazaniem na eko horrory i body horrory dadzą mu szansę. Nie mówię, że wszystkich ich ta propozycja przekona, ale to nie zmienia faktu, że głównie w tych szeregach upatruję najbardziej podatnego gruntu dla pełnometrażowego debiutu, w roli reżysera i scenarzysty, Jamesa Ojali. Fani animal attacków i monster movies też jednak mogliby na to zerknąć... A co tam, niechaj obejrzą to wszyscy fani filmowych horrorów! Jak szaleć to szaleć.

środa, 10 lipca 2019

Amy Lloyd „Niewinna żona”

Dwadzieścia jeden lat temu małym miasteczkiem Red River w Stanach Zjednoczonych wstrząsnęła wiadomość o okrutnej śmierci jedenastoletniej dziewczynki Holly Michaels. Mniej więcej w tym samym czasie zaginęło parę innych dziewcząt, ale w przeciwieństwie do Holly ich ciał nie znaleziono. O zbrodnię tę oskarżono Dennisa Dansona, miejscowego siedemnastoletniego chłopaka pochodzącego z biednej rodziny, który od lat sprawiał kłopoty. Został uznany za winnego i skazany na karę śmierci. Jego sprawą zainteresowała się ekipa filmowa z Los Angeles, która nakręciła głośny dokument sugerujący niewinność Dennisa. Nauczycielka z Anglii imieniem Samantha za sprawą tego materiału zaczęła żywo interesować się sprawą Dennisa Dansona, coraz bardziej utwierdzając się w przekonaniu, że mężczyzna został niesłusznie skazany. Listowna korespondencja z osadzonym w celi śmierci Dennisem jeszcze bardziej zbliżyła ją do tego człowieka. A teraz Samantha decyduje się przenieść ich znajomość na kolejny poziom. Udaje się do Stanów Zjednoczonych, by spotkać się z mężczyzną, który ma zostać stracony. I na jednym spotkaniu się nie kończy. Sporą część pozostałego czasu Samantha spędza z twórcami filmu, który zmienił jej życie. Teraz kręcą serial dokumentalny o Dennisie Dansonie, mając nadzieję, że pomoże on w nieustannie trwającej walce o uniewinnienie go. Ratunek przychodzi jednak z nieoczekiwanej strony. Dennis po przeszło dwudziestu latach wychodzi na wolność, wówczas będąc już mężem Samanthy. Ich życie nie wygląda jednak tak, jak kobieta by chciała. Samantha jest coraz bardziej zaniepokojona zachowaniem Dennisa. Nie może oprzeć się wrażeniu, że mężczyzna po wyjściu na wolność zmienił swój stosunek do niej. A jakby tego było mało kobieta podejrzewa, że mąż coś przed nią ukrywa. Nie odrzuca jednak możliwości, że problem tkwi w niej.

Pierwotnie wydana w 2018 roku „Niewinna żona” („The Innocent Wife”) jest debiutem literackim Brytyjki Amy Lloyd. Absolwentki Cardiff Metropolitan University (studiowała literaturę angielską i kreatywne pisanie), która mieszka w Cardiff wraz ze swoim partnerem. Powstała z inspiracji dokumentami „Paradise Lost: The Child Murders at Robin Hood Hills” (1996) i „West of Memphis” (2012), powieść „Niewinna żona” została laureatką konkursu Daily Mail Bestseller Competition i weszła na listę bestsellerów „Sunday Timesa”. W 2019 roku wydano drugą powieść Amy Lloyd zatytułowaną „One More Lie”, również bardzo entuzjastycznie przyjętą przez czytelników.

Thriller psychologiczny „Niewinna żona” to spisana prostym, acz treściwym językiem opowieść o podejrzanej kobiecie, która za męża bierze sobie jeszcze bardziej podejrzanego mężczyznę. Samantha jest zakompleksioną kobietą po trzydziestce, która bardzo chciałaby wreszcie znaleźć „swoją drugą połówkę”. Od jakiegoś czasu czuje, że tą osobą jest Dennis Danson, Amerykanin, osadzony w celi śmierci. Mężczyzna skazany przed przeszło dwudziestoma laty, w wieku siedemnastu lat, za zabójstwo jedenastoletniej dziewczynki. Domniemany seryjny morderca, wiele osób bowiem żyje w przekonaniu, że parę dziewcząt, które zaginęły w czasie zbliżonym do zabójstwa Holly Michaels w ich rodzinnym Red River, również padło ofiarami Dennisa. Samantha w to nie wierzy – ona nie ma żadnych wątpliwości, że człowiek ten został niesłusznie skazany, bo... obejrzała sugerujący to film dokumentalny i zanalizowała wszystkie informacje na ten temat, jakie udało jej się znaleźć w Internecie. Amy Lloyd na kartach swojej debiutanckiej powieści opisuje zjawisko, które doskonale znamy z życia. Wydawanie wyroków w oparciu o fakty, domniemania, półprawdy i kłamstwa wyszperane z przepastnej gardzieli Internetu, we współczesnym świecie jest na porządku dziennym. Tak samo jak wyrabianie sobie opinii na temat jakiejś kryminalnej sprawy pod wpływem stronniczych filmów i seriali. Takim obrazem w „Niewinnej żonie” jest „Fałszowanie prawdy: Morderstwo Holly Michaels” - film dokumentalny stworzony przez ekipę z Los Angeles, w szeregach której jest między innymi Carrie, przebojowa homoseksualistka, która stała się jedną z najważniejszych osób w życiu Dennisa. Kobietą tą nie kieruje przede wszystkim chęć zysku i pragnienie rozsławienia swojego nazwiska, tylko troska o Dennisa. Carrie nie ma absolutnie żadnych wątpliwości, że Dennis został niesłusznie skazany, a obok takiej niesprawiedliwości obojętnie nie zamierza przechodzić. Od wielu lat Carrie zaciekle walczy o uniewinnienie człowieka, z którym połączyła ją nierozerwalna przyjaźń. Film, który już nakręciła i serial, który właśnie kręci są stronnicze – sugerują, że Dennis został wrobiony w zbrodnię, której nie popełnił – ale Carrie i jej ekipa nie czują, żeby oszukiwali opinię publiczną. Według nich tak przedstawia się prawda, na którą tak zwany wymiar sprawiedliwości od przeszło dwóch dekad pozostawał kompletnie ślepy. „Fałszowanie prawdy” odniosło jednak inny skutek – dokument ten sprawił, że grono sojuszników Dennisa znacznie się powiększyło. Praktycznie na całym świecie są spore grupy osób, które ten film napełnił przekonaniem, że w amerykańskiej celi śmierci tkwi mężczyzna, który nie zasłużył sobie na taki los. Jedną z tych osób jest Samantha, mieszkająca w Anglii nauczycielka, która ma istną obsesję na punkcie „chłopaka z Red River”. Można powiedzieć, że główna bohaterka bądź antybohaterka (to się jeszcze okaże) rzuca się na głęboką wodę przyjmując propozycję małżeństwa od Dennisa Dansona, że pozwala sobie na niezwykle ryzykowny krok. W oczach opinii publicznej od tego momentu uchodzi za żałosną groupie. Jednych głębokim wstrętem napawa uczucie, jakim darzy mordercę dzieci, inni natomiast uważają, że chce ona wybić się na plecach przystojnego mężczyzny, który zasługuje na kogoś lepszego. W zależności od tego, jaki ma się pogląd na sprawę Dennisa Dansona. Opinia publiczna jest wszak podzielona, a czytelnik... zagubiony? Tak, to chyba odpowiednie słowo. Bo „Niewinna żona” to istna sinusoida nastrojów. Myślę, że Amy Lloyd na kartach tej powieści pokazuje, jak szybko można pogubić się w domysłach. I przede wszystkim do czego może doprowadzić błyskawiczne ferowanie wyroków. Ten kij ma dwa końce. Z jednej strony to może doprowadzić do skazania niewinnego człowieka, a z drugiej do wypuszczenia na wolność człowieka jak najbardziej winnego. Jest jeszcze jedna możliwość i Amy Lloyd takową też wprowadza. Otóż, istnieje prawdopodobieństwo, że uniewinniony w końcu Dennis Danson faktycznie nigdy na zbrodniczą ścieżkę nie wkroczył, ale w oczach dużej części społeczeństwa zbrodniarzem będzie zawsze. Bez względu na to, ile mocnych dowodów świadczących o jego niewinność się jej przedstawi. Bo niektórzy tacy po prostu są – osądzają szybko i na zawsze. Podejrzewam jednak, że podczas lektury „Niewinnej żony” niejedna osoba nabierze przekonania, że w tym przypadku lepiej wstrzymać się z osądem.

Wnikliwa analiza tendencji dużej części ludzkości do wydawania wyroków pod wpływem emocji, często niesprawdzonych informacji oraz stronniczych filmów i książek (bez gruntownego zapoznania się z kompletnym materiałem dowodowym), to według mnie jeden z najmocniejszych punktów „Niewinnej żony”. Ale nie jest to jedyny problem współczesnego świata, nad którym pochyla się tutaj Amy Lloyd. Autorka dosyć szybko daje nam do zrozumienia, że Dennis Danson mógł paść ofiarą systemu, że mógł zostać w całą sprawę zwyczajnie wrobiony, między innymi przez policjanta, który od zawsze żywił do niego ogromną niechęć. Wcale nie musiało być to celowe działanie, obliczone na pozbycie się z miasteczka chłopaka, który jak dobrze wiedział nikomu życia nie odebrał. Może ten prowincjonalny gliniarz faktycznie był i nadal jest przekonany, że Dennis jest mordercą (może nawet wielokrotnym). Może prowadząc sprawę morderstwa jedenastoletniej Holly Michaels mimowolnie interpretował dowody przez pryzmat swojego negatywnego nastawienia do Dennisa. A prokuratura? A sąd? Amy Lloyd w te odnogi amerykańskiego systemu sprawiedliwości tak bardzo się już nie zagłębia – nie odkrywa przed nami wszystkich szczegółów procesu Dennisa Dansona. Nie wiemy, czy coś zostało celowo zatajone przed ławą przysięgłych, nie znamy całego materiału dowodowego ani motywacji wszystkich osób w tym sensie zamieszanych w ową sprawę. Ale Amy Lloyd daje nam do myślenia. To mógł być spisek, ale równie dobrze o losie Dennisa mogły przesądzić fałszywe przekonania największej słabości władzy sądowniczej: czynnika ludzkiego. Najprostsza ewentualność jest natomiast taka, ze Dennis Danson zabił Holly i inne nieletnie dziewczęta, które oficjalnie zostały uznane za zaginione. Że ten świeżo upieczony mąż Samanthy jest seryjnym mordercą. To najprostsze, ale i najbardziej alarmistyczne wyjaśnienie, dlatego że Dennis wychodzi na wolność. I wraca w rodzinne strony – do małego miasteczka o nazwie Red River, w którym prawie nikt nie wierzy w jego niewinność. Towarzyszy mu żona, która ma za sobą jakąś niepokojącą przeszłość. Amy Lloyd daje nam jasno do zrozumienia, że kobieta ta ma na sumieniu poważny grzech, że w jej życiu zdarzyło się coś, co bynajmniej nie stawia jej w dobrym świetle. Co dokładnie dowiemy się później i być może ta rewelacja okaże się kluczowa w wyjaśnieniu intrygi skonstruowanej przez debiutującą powieściopisarkę. Ale już wcześniej będziemy brać pod uwagę możliwość, że źródłem zagrożenia wcale nie jest małżonek Samanthy, tylko ona sama. I bynajmniej nie dlatego, że to ten typ kobiety, który bez głębszego zastanowienia rzuca się w ramiona osoby skazanej za potworną zbrodnię (i przez wielu posądzaną o dopuszczenie się też paru innych, równie ohydnych morderstw). A przynajmniej nie tylko dlatego. Wspomniana wcześniej, w domyśle mroczna tajemnica Samanthy, najprawdopodobniej dużo bardziej uczuli czytelników na tę postać. Ale jej aktualne zachowanie – obsesja na punkcie Dennisa Dansona, chorobliwa zazdrość o niego, różnego rodzaju działania wbrew sobie celem uszczęśliwienia go, okłamywanie policji znowu węszącej wokół Dennisa i heroiczne wręcz przyjmowanie wszystkich przykrości, jakie sprawia jej mąż. Im bardziej on się od niej dystansuje, tym bardziej ona do niego lgnie. Jak ten piesek całkowicie oddany swojemu panu, który niczym na taką bezgraniczną wierność i miłość sobie nie zasłużył. Bo i nie zawsze trzeba sobie na nią zasłużyć. Czasami (niektórzy powiedzą pewnie, że zawsze tak jest) miłość jest zupełnie bezwarunkowa i taki mniej więcej przypadek Amy Lloyd w „Niewinnej żonie” odmalowuje. Samantha oczekuje od Dennisa tylko tego, by przy niej trwał, by ją kochał, również w sensie fizycznym, bo przed tym mężczyzna z jakiegoś powodu się wzdraga i jej nie zdradzał. Chciałaby też, by nie miał przed nią tajemnic, żeby całkowicie jej ufał, ale jest gotowa przymknąć oko na to, że nie mówi jej wszystkiego, jeśli pozwoli jej czuć się kochaną. Bo Samantha ma poważne wątpliwości, czy Dennis odwzajemnia jej uczucia, czy faktycznie jest mu tak niezbędna, jak on jej. Co gorsza niedługo po ich przyjeździe do Red River zaczynają docierać do niej też inne, dużo bardziej niepokojące sygnały. Amy Lloyd konsekwentnie będzie potęgować w nas podejrzenia względem Dennisa Dansona, ale i jego żony. Które z nich okaże się oprawcą, a które ofiarą? A może niebezpieczeństwo przybędzie z innej, zupełnie nieoczekiwanej strony? Bo że w końcu przyjdzie, jest pewne właściwie od początku tej historii. Niezbyt wyszukanej, dosyć pospolitej, w dużej mierze bazującej na ogranych schematach, ale tak skonstruowanej, że trudno przejść obok tego zupełnie obojętnie. A przynajmniej ja beznamiętnie się w to nie zagłębiałam – każdy kolejny etap tej historii odkrywałam z niesłabnących zainteresowaniem. Z narastającym napięciem oczekiwałam rozwiązania tej zagadki, a gdy już je poznałam... No cóż, troszkę się zawiodłam. Nie tyle przez to, że po części okazało się przewidywalne (a ściślej w bardzo ogólnym zarysie była to jedna z ewentualności, którą zakładałam i pewnie każdy odbiorca „Niewinnej żony” będzie brał to pod uwagę), ale przez zbytni pośpiech, jaki Amy Lloyd sobie wówczas narzuciła. W efekcie zamknięcie tej historii prezentuje się trochę niechlujnie, bałaganiarsko i ogólnikowo. A najgorsze było dla mnie to, że w tym pośpiechu Lloyd zapomniała o dopięciu ważnego dla mnie wątku. O wyjaśnieniu co stało się z pewnymi jakże istotnymi (z mojego punktu widzenia) bohaterami książki – jednym dorosłym osobnikiem i kilkoma maluchami. Wiem, że to dziwne, ale strasznie mnie to męczy...

Literacki debiut brytyjskiej powieściopisarki Amy Lloyd to jeden z tych nielicznych thrillerów psychologicznych, któremu w moich oczach prosty język nie szkodzi. Głównie dlatego, że nie idzie on w parze z małą ilością fragmentów opisowych. Portrety psychologiczne ważniejszych postaci, poszczególne miejsca i wydarzenia oraz analiza pewnych znanych nam z życia zjawisk (choć fabuła jest fikcyjna) – wszystko to Amy Lloyd przedstawiła w na tyle wyczerpujący, wnikliwy, ale i emocjonalny sposób, żebym bez żadnego wysiłku ze swojej strony wsiąknęła w tę opowieść. Dosyć mocno trzymającą w napięciu, w pewnym sensie smutną historię o niełatwej egzystencji pewnego wielce podejrzanego małżeństwa. Małżeństwa, w skład którego wchodzi mężczyzna, za którym ciągnie się, zgodna z prawdą bądź nie, opinia seryjnego mordercy dzieci i pełna kompleksów kobieta, która ewidentnie coś ukrywa. Małżeństwa, które prawdopodobnie zechcecie rozłożyć na czynniki pierwsze – zagłębić się w to niezwyczajne pożycie i w ogóle w całą tę zagadkową intrygę zbudowaną na kartach tej powieści przez początkującą powieściopisarkę. W każdym razie ja do tego spotkania fanów literackich thrillerów psychologicznych zachęcam.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 8 lipca 2019

„Klub kanibali” (2018)

OSOBY NIEPEŁNOLETNIE PROSZĘ O OPUSZCZENIE TEGO TEKSTU

Bogate małżeństwo, Otavio i Gilda, mają w zwyczaju zabijać i zjadać niektórych swoich pracowników. Mężczyzna ponadto jest jednym z członków sekretnego klubu prowadzonego przez kongresmena Borgesa. To nieformalne stowarzyszenie tworzy garstka majętnych, wpływowych ludzi, który rozsmakowali się w ludzkim mięsie. Gilda, ku swojemu ogromnemu niezadowoleniu, nie „dostąpiła zaszczytu” wstąpienia w te szeregi, ale pewnego wieczora odkrywa coś, o czym wie jeszcze mniej ludzi. Poznaje inną tajemnicę kongresmena Borgesa, którą początkowo z nikim się nie dzieli, nawet z Otaviem. Sytuacja jest dosyć niezręczna, ale Gilda nie widzi powodów do niepokoju. Zamiast wypatrywać zagrożenia ze strony Borgesa, wraz z mężem oddaje się przygotowaniom do kolejnej uczty.

„Klub kanibali” to brazylijski horror w reżyserii i na podstawie scenariusza Guto Parente, który gościł na wielu festiwalach filmowych, zbierając mieszane recenzje od widzów, w tym krytyków. Oficjalnie obraz został sklasyfikowany jako horror komediowy, ponieważ jest on między innymi satyrą społeczną, ale nie powiedziałabym, że zostało to posunięte na tyle daleko, aby uzasadnione było doklejanie „Klubowi kanibali” etykietki komedii. Film kosztował niespełna dwieście pięćdziesiąt tysięcy euro, a do szerszego obiegu wszedł dopiero w 2019 roku, wcześniej goszcząc jedynie na festiwalach.

Do obejrzenia „Klubu kanibali” zachęciły mnie recenzje. A konkretnie te głoszące, że film ten nie patyczkuje się z widzem – przekracza granice dobrego smaku, szokuje, zniesmacza, i tym podobne. Film istotnie otwiera w miarę mocne uderzenie. Poznajemy oto majętne małżeństwo, Otavia i Gildę, którzy zastawiają pułapkę na swojego ogrodnika. Pan domu informuje go, że wyjeżdża i jednocześnie prosi o pilnowanie domu oraz jego żony. Ale tak naprawdę zostaje i najpierw obserwuje stosunek seksualny Gildy i swojego ogrodnika (bynajmniej niebiernie, bo jego ręka w tym czasie pracuje pełną parą...), a potem wchodzi do sypialni i zabija kochanka swojej żony. Otavio właśnie w tym momencie przeżywa orgazm (twórcy nie omieszkali pokazać nam kapiącego nasienia, swoją drogą z takich niby-odważnych detali można jeszcze wyróżnić późniejsze korzystanie z toalety i wymiotowanie), a Gilda z rozkoszą rozmasowuje krew ofiary po swoim nagim ciele. Potem mamy ćwiartowanie zwłok, które nie trwa długo, ale i tak zwraca uwagę realistycznymi efektami specjalnymi. Już podczas zabójstwa ogrodnika dało się zauważyć dużą dbałość twórców o ten aspekt filmu, ale podczas sztukowania mięsa rzuca się to w oczy dużo silniej. Scenę tę kończy uczta – romantyczna kolacja Otavia i Gildy, gdzie daniem głównym jest dopiero co zamordowany przez nich ogrodnik. Radzę jednak nie spodziewać się wkładania do ust surowych organów wyjętych z zakrwawionego ciała, bo Otavio i Gilda nie są przecież dzikusami rodem z włoskiego kina kanibalistycznego, tylko wytwornymi smakoszami. Zauważycie może, że Hannibal Lecter też był szykowny, ale jego filmowy odpowiednik przed czymś w ten deseń wcale się nie wzdragał (pamiętna sekwencja z konsumpcją mózgu przez samą ofiarę z „Hannibala” Ridleya Scotta). Tak, ale Guto Parente chciał inaczej. Zdecydował się podejść do ludożerstwa w sposób mocno ocenzurowany – ot, pokażemy upieczone mięso, już wcześniej dając jasno do zrozumienia, że jest ludzkie i niechaj wyobraźnia widza pracuje. U niektórych odbiorców filmu pewnie zda to egzamin, ale ja niestety nie czuję wstrętu na widok idealnie przyrządzonego dania mięsnego podawanego na czyściutkich talerzach. Chyba że to powodowane myślą o zwierzęciu, które „straciło życie, żeby można było nakręcić te sekwencje”. Innymi słowy, mojej wyobraźni te scenki nie uruchamiały w sposób, o który twórcy „Klubu kanibali” zabiegali. Inna sprawa, że było ich niewiele. Tak samo zresztą jak krwawych mordów. Te aspekty ustępują warstwie erotycznej. Seksu jest więcej i co ciekawe pełni on różne role. Twórcom zdecydowanie nie chodziło tylko o świecenie golizną, czy że tak to ujmę, o seks dla samego seksu - ażeby było bardziej pikantnie. Nie, stosunki seksualne są ważnymi składnikami fabuły „Klubu kanibali”, mają niebagatelne zadania do wypełnienia. To znaczy ważkie w kontekście tego moim zdaniem mizernego scenariusza. Otavio i Gilda „zakazanymi” uciechami cielesnymi wabią swoje ofiary. Seks z elegancką panią domu w czasie nieobecności jej męża służy sprowadzeniu upatrzonego mężczyzny w konkretne miejsce i uśpieniu jego czujności. Ale jest też źródłem podniet Otavia i Gildy, bo to tak zwani swingersi są. W sekretnym klubie prowadzonym przez kongresmena Borgesa organizowane są erotyczne pokazy, które filmuje się „dla potomności”. Starsi mężczyźni w ciszy i prawie w kompletnym bezruchu przyglądają się swoim przyszłym ofiarom znajdującym się w niedwuznacznej sytuacji i doskonale zdają sobie sprawę z tego, że uczestniczą w publicznym pokazie. Guto Parente nie zgłębia tego tematu, ale można wywnioskować, że Otavio zapożyczył sobie ów modus operandi, że przeniósł ten zbrodniczy sposób działania w domowe pielesze. I że nie są to dobrowolne publiczne pokazy, że członkowie klubu porywają kobiety i mężczyzn, a potem jakimiś nieznanymi nam sposobami zmuszają ich do seksu. Nie muszą usypiać ich czujności, mogą ich po prostu zabić, ale to byłoby przecież marnotrawstwo. Napełnić nimi brzuchy można później, po nacieszeniu się podniecającymi i być może zaostrzającymi apetyt widokami. Najistotniejszy dla rozwoju akcji będzie jednak homoseksualny stosunek – niepozostawiający niczego wyobraźni widza seks dwóch mężczyzn zajmujących różne pozycje w tak zwanej hierarchii społecznej. Jeden obrzydliwie bogaty i wpływowy, a drugi pracujący jako ochroniarz dla bardzo wymagającego człowieka. To ma znacznie z tego względu, że Guto Parente pozwolił sobie na skomentowanie społecznej i politycznej sytuacji w swoim kraju. Na krytyczne, do pewnego stopnia satyryczne spojrzenie na współczesną Brazylię. Ot, taki krytycyzm w lekko krzywym zwierciadle.

Dosyć przekonująco wykreowani przez Tavinha Teixeira i Anę Luizę Rios, Otavio i Gilda, to bogate małżeństwo, w którym co prawda często pojawiają się tarcia, ale w sumie bardzo się kochają. Łączą ich nietypowe gusta kulinarne, silny pociąg do zbrodni, preferencje seksualne, dosyć osobliwy światopogląd (nie cały) i zamiłowanie do wystawnego, wygodnego życia. Za to dzieli ich przynależność Otavia do tytułowego klubu oraz nieposłuszeństwo Gildy. To znaczy Otaviowi przeszkadza to, że jego żona nie chce mu się podporządkować – facet najwidoczniej ma skrajnie konserwatywny pogląd na pożycie małżeńskie. Według niego żona powinna być całkowicie podległa mężowi. Gildę natomiast nie tyle denerwują, ile bawią tego rodzaju żądania męża. Bo to tak zwana kobieta wyzwolona... Choć bardziej adekwatne byłoby tutaj stwierdzenie, że to kobieta do szczętu zepsuta, zresztą tak jak jej konserwatywny mąż. A najzabawniejsze jest w tym to, że ci oto mordercy i kanibale mają się za szacownym reprezentantów brazylijskiego społeczeństwa. Koledzy z sekretnego klubu, w którego skład wchodzi Otavio, też mają takie mocno wypaczone spojrzenie na siebie samych. Nienawidzą brazylijskiego rządu między innymi za to, że nie walczy skutecznie z wszelkiej maści przestępstwami i nie stara się zatrzymać nieustannie postępującego rozwarstwienia społecznego, przeciwdziałać szerzeniu się skrajnego ubóstwa. Takie płomienne mówki głoszą, a co robią? Nadużywają swojej wysokiej pozycji w hierarchii społecznej, twardą ręką trzymają służbę, z góry patrzą na osoby, którym w życiu się nie powiodło, zabijają własnymi bądź cudzymi rękami (zlecanie morderstw), w domyśle porywają ludzi i zmuszają ich do odbywania stosunków seksualnych na ich oczach oraz spożywają mięso osób, które w bestialski, bezduszny sposób mordują. Jeden z członków klubu wypomina rządowi to, że przymyka oczy na tak zwanych pederastów. W Polsce ta nazwa (choć nie przez wszystkich) zwykła być rozumiana jako pejoratywne określanie homoseksualistów i myślę, że właśnie o nich tutaj chodziło. I to kolejny przejaw hipokryzji, o tyle niecodzienny (bo przecież o zjawisku udawanej homofobii krypto homoseksualistów słyszeli już chyba wszyscy), że przez jakiś czas wygląda to tak, jakby ów człowiek nie przyjmował do wiadomości tego, że sam jest gejem. Jakby wypierał ten fakt ze świadomości, nie zdawał sobie sprawy z tego, z kim zdradza żonę albo po zakończeniu każdego stosunku z mężczyzną natychmiast o nim zapominał. Co do pozostałych przekonań członków klubu kanibali i Gildy, to nie miałam już absolutnie żadnych wątpliwości, że oni naprawdę wierzą, w swoje słowa, że mają się za praworządnych, uczciwych, dobrotliwych obywateli, którzy całym sercem kochają swój kraj i są gotowi zrobić wszystko, co w ich mocy, by zapobiec całkowitemu upadkowi Brazylii. Bo ci oto „patrioci” są święcie przekonani, że jak niczego się nie zrobi, to ich państwo upadnie, pogrąży się w deprawacji, występku i biedzie. Warstwa fabularna swoje smaczki więc ma. Nic szczególnie zajmującego, ani tym bardziej wyszukanego, czy złożonego, ale choćby konstrukcja czarnych charakterów (pozytywnych postaci jest nieporównanie mniej), czy krytyczne i w pewnym stopniu satyryczne komentarze Guto Parente na temat kondycji politycznej i społecznej Brazylii oraz te niestety nieliczne, bardzo realistycznie się prezentujące umiarkowanie krwawe efekty specjalne, przynajmniej utrzymały mnie przed ekranem. Silnych emocji nie wzbudzały, ale dzięki nim albo przez nie (zależy jak na to spojrzeć) wytrwałam do napisów końcowych (w ich trakcie jest jeszcze jedna scenka). Do plusów mogę dodać ścieżkę dźwiękową, za którą odpowiada Fernando Catatau. Ale to już taki malutki plusik. Za to ogromny minus za zdjęcia. Zdecydowanie za dużo żywych kolorów, a mroku prawie wcale. No cóż, być może Guto Parente chciał pochwalić się malowniczymi krajobrazami Brazylii i w przyciągający wzrok sposób skontrastować to z haniebnym trybem życia czołowych postaci filmu. Mnie jednak ten kontrast mocno drażnił – w moich oczach nie malowało się to dobrze, nie grało mi to tak, jak grać w takich przypadkach powinno. Uważam, że ten niełatwy przecież, nieraz już przeprowadzany w kinie grozy (również w efektywny sposób), eksperyment, przerósł twórców owego filmu. I to z przytupem, bo ta mdląca wręcz jaskrawość przynajmniej mnie najbardziej psuła odbiór „Klubu kanibali”. Bardziej nawet niż warstwa tekstowa, którą znaczy duża naiwność, banalny i przewidywalny przebieg akcji (ta cała a la intryga) i niesprzyjający silnym emocjom nadmierny pośpiech. Dynamizm, którego nie powstydziłaby się hollywoodzka superprodukcja.... No nie, bo trzeba by jeszcze powpychać w to multum drogich efektów komputerowych.

„Klub kanibali” co poniektórym może nasuwać skojarzenia z „Hostelami” (dotychczas nakręcono trzy części: dwie stworzył Eli Roth, a jedną Scott Spiegel) i to nie tylko przez sekretny klub istnych zwyrodnialców – Gilda kąpiąca się w ludzkiej krwi do złudzenia przypomina pewną kobietę, która w drugiej odsłonie „Hostelu” chciała poczuć się jak Elżbieta Batory. Ale nie sądzę by znalazło się wiele osób, które przyznają brazylijskiemu „Klubowi kanibali” w reżyserii Guto Parente wyższość nad wspomnianymi przedsięwzięciami Eliego Rotha. Nad „Hostelem 3” prędzej, ale ciężko to uznać za duży komplement. Fani horrorów kanibalistycznych, i być może kina gore w ogólności, pewnie tak czy inaczej to obejrzą (jeśli tylko będą mieli możliwość). Inna sprawa, ile z tych osób wyjdzie z rzeczonego spotkania z jako taką satysfakcją. Cóż, jakoś nie potrafię uwierzyć (abstrahuję tutaj od przynajmniej na razie niezbyt dużej dostępności tego filmu) w istny wysyp takich szczęściarzy.