Stronki na blogu

niedziela, 19 kwietnia 2020

Zapowiedź: Michelle Kaminsky „Seryjni mordercy. Wstrząsajace wydarzenia. Okrucieństwa. Narzędzia zbrodni”


Ich czyny budzą odrazę. W społecznej świadomości uchodzą za przykład tego, jak zły może być człowiek. Jednak w seryjnych mordercach jest też coś, co nas intryguje. Jakie mają IQ? Kim najczęściej są z zawodu? Według jakiego klucza wybierają ofiary? Na jaką potrawę decydowali się w ramach ostatniego posiłku, gdy czekali na wykonanie kary śmierci? Na te i wiele innych pytań odpowiada Michelle Kaminsky w książce „Seryjni mordercy. Wstrząsające wydarzenia. Okrucieństwa. Narzędzia zbrodni”, która do polskich księgarń, nakładem wydawnictwa MUZA, trafi wiosną.


Torturowali, gwałcili, mordowali. Każde z nich pozbawiło życia co najmniej trzy osoby, przy czym każda ze zbrodni miała miejsce innego dnia i w innym miejscu. Prowadzą podwójne życie i tej jego dziedziny pomiędzy morderstwami nie ukrywają przed otoczeniem. Wśród przyjaciół i sąsiadów uchodzą zazwyczaj za kulturalnych, miłych ludzi. Fachowo nazywa się to „maską zdrowego umysłu” – i na tym, między innymi, polega fenomen seryjnych zabójców.

W jaki sposób najczęściej pozbawiają życia? Co popycha ich do zbrodni? Kim był dr Śmierć? Kto zabił dwoje dzieci – w wieku 3 i 4 lat – a po odsiedzeniu wyroku legalnie otrzymał nową tożsamość, by… chronić własne dziecko przed prześladowaniem? Czy wiesz, do czego zdolna była siostrzenica króla Polski, która do dziś uważana jest za najgorszą zabójczynię w historii? Kto i dlaczego trzyma w piwnicy mózg jednego z najgroźniejszych seryjnych morderców?

Na łamach książki „Seryjni mordercy. Wstrząsające wydarzenia. Okrucieństwa. Narzędzia zbrodni” Michelle Kaminsky odsłania najciemniejszą stronę ludzkiej natury. Odziera z tajemnicy anioły śmierci i czarne wdowy. W gęstwinie ciekawostek i nieznanych dotąd faktów stara się udzielić odpowiedzi na pytania o to, jak rodzi się morderca, jak wybiera swoje ofiary, dlaczego przez tak długi czas zostaje niezauważony i wreszcie – czy możemy go w porę rozpoznać?

Michelle Kaminsky – od piętnastu lat jest niezależną autorką i redaktorką. Od 2004 roku pisze dla „Forbesa” i „LegalZoom”. Ukończyła studia prawnicze w Temple University Beasley School of Law. Specjalizuje się w prawie karnym i gospodarczym.


Źródło: wszystkie materiały od Business & Culture oraz wydawnictwa MUZA

sobota, 18 kwietnia 2020

„Wyspa Fantazji” (2020)


Grupa ludzi przybywa na wyspę należącą do tajemniczego pana Roarke'a. Zwabiła ich tutaj obietnica ziszczenia wybranej fantazji, która w zaskakujący dla nich sposób szybko zostaje spełniona. Ich fantazje dosłownie się urzeczywistniają. Okazuje się jednak, że w tym miejscu trzeba być ostrożnym z życzeniami, bo marzenia łatwo mogą się tutaj zamienić w istne koszmary. Cudowne chwile szybko dobiegają końca, a goście pana Roarke'a zostają zmuszeni do walki o przetrwanie w tym odizolowanym miejscu, w którym nie ma rzeczy niemożliwych.

„Wyspa Fantazji” (oryg. „Fantasy Island”) w reżyserii Jeffa Wadlowa, twórcy między innymi „Kłamstwa” (2005) i „Prawda czy wyzwanie” (2018), powstała z inspiracji serialem przygodowym kanału ABC z lat 1977-1984 pod tym samym tytułem. Scenariusz filmu Wadlow napisał wespół z Jillian Jacobs i Christopherem Roachem, z którymi pracował nad „Prawda czy wyzwanie”. Kręcąc ten kosztujący w przybliżeniu siedem milionów dolarów obraz twórcy mieli też przed oczami takie dzieła, jak „Dom w głębi lasu” Drew Goddarda i serial „Westworld”. Film kręcono głównie w Navodo Bay na Fidżi, a dotychczasowe wpływy z całego świata przekroczyły czterdzieści siedem milionów dolarów.

Filmowa wersja „Wyspy Fantazji” to gatunkowe pomieszanie z poplątaniem. Mamy tu horror, thriller, fantasy, komedię, film przygodowy, film akcji, a nawet film wojenny. I wszystko byłoby pięknie, gdyby twórcy wiedzieli jak zgrabnie to połączyć... Zaczyna się całkiem znośnie. Na malowniczej wyspie ląduje samolot, z którego wychodzi niewielka grupa ludzi. To najnowsi goście kurortu prowadzonego w tym zakątku świata przez enigmatycznego pana Roarke'a, w którego w nieprzekonującym stylu wcielił się Michael Pena. Pozostali członkowie obsady zresztą moim zdaniem lepsi nie byli. Przybysze to bizneswoman Gwen Olsen (Maggie Q), policjant Patrick Sullivan (Austin Stowell), przyszywane rodzeństwo JD Weaver (Ryan Hansen) i Brax Weaver (Jimmy O. Yang) oraz młoda, wygadana kobieta nazwiskiem Melanie Cole (Lucy Hale, która miała już okazję pracować z Jeffem Wadlowem nad „Prawda czy wyzwanie”). Formuła, zapożyczona ze starego serialu ABC pod tym samym tytułem, jest dość obiecująca. Wsypa, na której urzeczywistniają się ludzkie fantazje. Na takim fundamencie można zbudować trzymający w napięciu obraz z sukcesem bazujący tak na sprawdzonych motywach, jak kreatywniejszych rozwiązaniach. W sumie chyba o to twórcom „Wyspy Fantazji” chodziło. Nad skutecznością to jednak według mnie powinni popracować. Najlepiej powściągając przy tym pragnienie eksploatowania aż tylu gatunków. Bo nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że mocno się w tym pogubili. Łączenie przeróżnych konwencji ewidentnie ich przerosło – przypomina to gar pełen niepasujących do siebie składników, z których powstaje niezbyt zdatna do spożycia zupka. W każdym razie ja tak to odebrałam. „Wyspa Fantazji” to niestaranny zlepek nieefektywnych scenek, z udziałem pobieżnie wykreślonych postaci. To ostatnie pewnie by mi nie przeszkadzało, gdyby w „Wyspie Fantazji” było więcej tak ciekawych postaci, jak Melanie Cole. Niezbyt pogłębionych, ale posiadających trochę wyrazistych cech. Przy Melanie pozostali jawią się niczym statyści. Robią za jej tło... No może niezupełnie aż tak, ale blisko. Ta przebojowa, wygadana młoda kobieta przybywa na wyspę pana Roarke'a z najbardziej złowieszczą fantazją. Bo jako jedyna z tego grona pragnie kogoś skrzywdzić – odpłacić pięknym za nadobne. Wszystko wskazuje jednak na to, że Melanie chciałaby to uczynić w bezpiecznych, kontrolowanych, wyreżyserowanych warunkach. Myśli, że swojej zemsty dokona w czymś w rodzaju rzeczywistości wirtualnej, ale gdy okazuje się, że może poznęcać się nad swoją niegdysiejszą prześladowczynią, nie jest już tak skora do wendety. Tymczasem bracia Weaver trwają w fantazji tylko jednego z nich. Płytkiej, jak i oni: huczna impreza nad basenem, pełna roznegliżowanych osób zawsze chętnych im dogadzać, spełniać wszystkie ich zachcianki. Wydaje się, że szansę daną przez pana Roarke'a najlepiej wykorzystuje Gwen Olsen, która to pragnie cofnąć się w czasie, by naprawić jeden z największych błędów w swoim życiu. A Patrick Sullivan? On wreszcie może spełnić swoje marzenie o zostaniu żołnierzem, a właściwie to może pobawić się w żołnierza. Ale nie to jest dla niego najwartościowszym przeżyciem. Wyspa przygotowała dla niego dodatkową niespodziankę. Najlepszą. Taką, o którą nawet nie ośmielił się prosić w kwestionariuszu, jaki każdy z gości tego niezwykłego kurortu musiał wypełnić jeszcze przed przybyciem na wyspę. „Wyspa Fantazji” rozwija się błyskawicznie. Więcej o bohaterach dowiadujemy się w trakcie tego sprintu po na siłę poupychanych, coraz to bardziej męczących wydarzeniach, niźli tuż po ich przybyciu do kurortu pana Roarke'a, który ma na swoich usługach garstkę lojalnych pracowników, tak jak on stale tu przebywających. Prześlizgujemy się przez dość pospolite modele osobowościowe z takim samym pośpiechem, z jakim jesteśmy zmuszeni przechodzić przez kolejne etapy tej nieskomplikowanej opowiastki. Prostej i zaskakująco banalnej. Pomysł wyjściowy może wszak dawać nadzieję na mniejszą pospolitość, na coś mniej skostniałego od tego tutaj. Bo tak na dobrą sprawę „Wyspa Fantazji” nie tylko świeżością nie tchnęła, ale co gorsza rzeczy nieświeże prezentowano w sposób, w którym pomimo usilnych starań nijak nie potrafiłam się odnaleźć.
 
Biegniemy, biegniemy, biegniemy... Przedzieramy się przez opary plastiku i jakoś na horyzoncie nie chce pojawić się nic, na czym chciałoby się zawiesić wzrok. Bieganina, strzelanina, niepotrzebne silenie się na dowcip (o ile takie durnowate teksty i sytuacje można w ogóle nazwać żartobliwymi), do tego trochę życiowych rozterek, niełatwych wyborów i znowu walka na śmierć i życie z cudacznymi kreaturami, a to wszystko podane w tak nienaturalnym stylu, że zastanawiałam się, czy to aby nie miał być teatrzyk – spodziewałam się nawet, że po wszystkim aktorzy staną w szeregu, nisko mi się ukłonią i kurtyna wreszcie opadnie. „Kłamstwo”, „Po prostu walcz!”... Gdzie podział się tamten Jeff Wadlow? Artysta, który potrafił opowiadać, który zamiast skakać po wątkach należycie je rozwijał. Może i obiektywnie patrząc nie były to opowieści jakoś szczególnie wyszukane, a na pewno nie mocno rozbudowane, ale w przeciwieństwie do „Wyspy Fantazji” w tamte światy przedstawione, ilekroć do nich wracam, bez trudu i z niekłamaną przyjemnością praktycznie cała wchodzę. W omawianym przedsięwzięciu sama opowieść miała najwidoczniej drugorzędne znaczenie. Mniej liczyło się „co”, a bardziej „jak”. A najbezpieczniej gonić za dzisiejszymi trendami, prawda? Więc tak: musi być mnóstwo jaskrawych kolorów i trochę metalicznej czerni (uwaga: nie może być przygniatająca, ażeby przypadkiem jakiś widz nie poczuł się nieswojo: nie, tego byśmy przecież nie chcieli), a akcja ma koniecznie pędzić na łeb na szyję. Na złapanie oddechu przewiduje się tylko absolutne minimum. Powolne budowanie napięcia jest niewskazane, ale litościwie możemy dodać nieliczne zalążki tego staroświeckiego podejścia do kina grozy. Ażeby tradycjonaliści za bardzo nie narzekali. Do tego efekty specjalne – nie za dużo i bez nadmiernych kombinacji, bo przyjęliśmy już do wiadomości, że niemała część zwyczajowych odbiorców horrorów jest już zmęczona takimi popisami. Więc zachowajmy umiar. To samo tyczy się jump scenek – one są oczywiście nieodzowne, ale bez szaleństw proszę, bo zalew tychże generalnie też nie jest już mile widziany. Toż to już przeżytek! Ale odpicowanych aktorów nigdy dość. I żeby tyko za bardzo się nie pobrudzili, bo ludzie nie chcą patrzeć na jakichś kocmołuchów. W ogóle wszystkie zdjęcia mają być podobnie odszykowane, jak członkowie obsady. Żadnego naturalizmu – ma być czyściutko i piękniutko. Jak z żurnala. To jest realizm, Proszę Państwa, a nie jakaś tam pobrudzona, wyblakła amatorszczyzna. Żyjemy w kolorowym świecie, więc i horrory muszą takie być. Oczywiście „Wyspy Fantazji” tak zupełnie pod tę kategorię podciągnąć nie można, bo jak już nadmieniłam twórcy urządzają sobie tutaj przejażdżkę po najróżniejszych gatunkach, które w moich oczach niezbyt dobrze się tu zazębiały. Delikatnie mówiąc. Plusy: pomysł wyjściowy, który jednak nie pochodzi bezpośrednio od pomysłodawców tego projektu, Melanie Cole i jedna finalna niespodzianka, która wprawdzie w fotel mnie nie wgniotła, ale faktem jest, że takiego obrotu spraw się nie spodziewałam. Minusy: cała reszta. Pogratulowałabym sobie wytrwałości, gdybym znalazła w tym niezgrabnym, karykaturalnym wręcz miszmaszu gatunkowym coś, cokolwiek, dla czego warto było poświęcić czas.. Bo te plusy, które odnotowałam jakoś nie rekompensują mi owej straty. Ale sama jestem sobie winna: w każdej chwili mogłam przerwać ten nudnawy, toporny, nijaki i strasznie męczący spektakl, ale nie, musiałam się uprzeć. No to mam za swoje. Niecałe dwie godziny wyjęte z kalendarza... Niemniej myślę, że osoby, które mają więcej tolerancji, jeśli już nie sympatii, do szybkich, ale nie mocnych survivalowych opowieści podanych w barwnej, wypieszczonej oprawie, nie powinni sugerować się moją opinią. Ale tylko jeśli nie są negatywnie nastawieni do produkcji łączących w sobie wiele gatunków, do scenariuszy opartych na różnych, przynajmniej pozornie niepasujących do siebie konwencjach (również spoza kina grozy). W mojej ocenie zaproponowane tutaj rozwiązania nie tylko pozornie, ale faktycznie boleśnie się gryzą, ale to tylko moje zdanie. Coś takiego może się podobać – tak, „Wyspa Fantazji” może przemawiać do wyobraźni, a już na pewno może dostarczyć niemałej frajdy, nielicho człowieka rozerwać. Ale absolutnie nie każdego. To kino tylko dla wybranych. A mnie niestety nie spotkał ten zaszczyt, żeby być jedną z nich. To bezsprzecznie nie moja bajka.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią mi, że Jeff Wadlow zakończył już ten etap swojej kariery, którym przykuł moją uwagę, który kazał mi mieć baczenie na jego twórczość. Już jego poprzedni horror „Prawda czy wzywanie” dał mi do zrozumienia, że powinnam zacząć żegnać się z wizją wyhodowania przez niego jeszcze chociaż jednego owocu jakościowo zbliżonego do „Kłamstwa”. Seans „Wyspy Fantazji” tylko wzmocnił to poczucie. I na dodatek dał mi powody, by przypuszczać, że w innych gatunkach też nie ma mi już wiele do zaoferowania. Cóż, może Wadlow jeszcze mile mnie zaskoczy, może coś dla mnie jeszcze z siebie wyciśnie, ale póki co... O „Wyspie Fantazji” chciałabym jak najszybciej zapomnieć. Po prostu wyrzucić tę pozycję z głowy.

czwartek, 16 kwietnia 2020

Abbie Greaves „Ciche dni”


Pół roku temu Frank Hobbs zamilkł. Jego żona Margot 'Maggie', z którą spędził czterdzieści lat życia, nie mogąc dłużej wytrzymać jego ciszy w końcu targa się na swoje życie. Trafia do szpitala, gdzie wkrótce zostaje wprowadzona w stan śpiączki farmakologicznej. Rokowania nie są najlepsze. Bardzo możliwe, że dni Maggie są już policzone, Frank ma więc ostatnią szansę na wyjawienie swojej tajemnicy. Ale najpierw relacjonuje śpiącej żonie wybrane chwile z ich wspólnego życia, przy okazji dzieląc się z nią myślami, których jeszcze nigdy nie ubierał w słowa. Przez cały czas ma jednak świadomość, że najtrudniej będzie mu wyjawić powód swojego długiego milczenia. Potworne wyrzuty sumienia, rozpacz, złość na samego siebie i wreszcie obawa, że Maggie go znienawidzi. Wszystko to dręczyło go przez ostatnie ciche miesiące, które były istną, acz niezamierzoną torturą dla jego ukochanej.

Pochodząca z Wielkiej Brytanii Abbie Greaves jest absolwentką University of Cambridge. Po studiach przez parę lat pracowała w agencji literackiej, gdzie nabrała pewności, że może spełnić swoje marzenie o zostaniu powieściopisarką. Inspirację do pierwszej, wydanej w 2020 roku powieści, „The Silent Treatment” (pol. „Ciche dni”), przyniósł jej artykuł w gazecie o chłopcu z Japonii, który nigdy nie słyszał, żeby jego rodzice ze sobą rozmawiali. W ten sposób narodziła się historia, która znalazła się między innymi w pierwszej dziesiątce najlepszych debiutanckich powieści według dziennika „The Independent”. Opowieść o miłości, udręce, rozpaczy i destrukcyjnym milczeniu.

Powieść psychologiczna. Powieść egzystencjalna. Powieść obyczajowa. Dramat. Romans. Wszystkie te określania moim zdaniem pasują do „Cichych dni”, gorącego debiutu brytyjskiej autorki, Abbie Greaves. Książkowego mola, który udowadnia, że w pospolitości też tkwi siła. Może nawet większa niż w wymyślnych, niecodziennych motywach, bo tamte są bliżej nas. To, co przydarzyło się Hobbsom, mogłoby spotkać każdego. Ich życie mogłoby być naszym. Ich radosne wzloty i bolesne upadki, ich heroiczne zmagania i rozczarowujące kapitulacje, to generalnie standardowy zbiór ludzkich doświadczeń. Oczywiście konkrety mogą się różnić, ale nawet jeśli, to myślę, że każdemu odbiorcy „Cichych dni” będzie towarzyszyć przeświadczenie, że w życiu Franka i Maggie nie wydarzyło się nic, co nie mogłoby spotkać i jego. Jeżeli już nie spotkało. Zainspirowane autentyczną historią długie milczenie jednego z małżonków to bądź co bądź najmniej trywialny składnik pierwszej książki Abbie Greaves. Najbardziej charakterystyczny element „Cichych dni”. Niosący ważne przesłanie. Powszechnie znane, ale raczej nieczęsto praktykowane. Gdybyśmy częściej zdobywali się na to, na co zdobył się Frank po próbie samobójczej swojej małżonki, to z pewnością uniknęlibyśmy wielu problemów. Gdybyśmy częściej znajdowali w sobie tę odwagę, by podzielić się z drugim człowiekiem swoimi myślami i emocjami, wstydliwymi tajemnicami, najintymniejszymi przeżyciami, to nasze życie prawdopodobnie byłoby prostsze. Łatwo powiedzieć, trudniej przekuć teorię w praktykę. Wiemy, że Frank wybrał najgorszą ścieżkę z możliwych decydując się na uporczywe milczenie. Nie tylko dlatego, że to w końcu zmusiło jego ukochaną do targnięcia się na własne życie, ale także przez katusze, które przeżywał on sam. Pół roku w samotności zmagał się z ogromnymi wyrzuty sumienia, przez pół roku patrzył na siebie z najprawdziwszym wstrętem, przez cały ten czas uważał się za potwora, który zawiódł osoby, na których najbardziej mu zależało. Czy faktycznie czymś zawinił, a jeśli tak to czy zostanie mu przebaczone? Zobaczymy. Ale bez względu na odpowiedź, jaką zaserwuje nam Greaves jedno jest pewne: szczere wyznanie przyniesie Frankowi przynajmniej częściowe wewnętrzne oczyszczenie. Może i kobieta, z którą spędził czterdzieści lat, i którą darzy bezgraniczną miłością, go znienawidzi. Ale podzielenie się z kimś brzemieniem, jakie przez dość długi czas w pojedynkę się dźwigało, z definicji trochę człowieka odciąża. A Frank bardzo potrzebuje odrobiny wytchnienia. Jeszcze usilniej pragnie by jego żona wygrała walkę o życie, bo nie wyobraża sobie świata bez niej. Rozczulające, co? Wzruszająca opowiastka o ludziach, którzy przeżyli razem czterdzieści lat, a teraz być może nadszedł czas, by się pożegnać. Frank jest tego świadom, ale naturalnie zamierza zrobić wszystko, co w jego mocy, by nie dopuścić do śmierci Maggie. Będzie walczył o jej istnienie na tym padole tak długo, jak się da. Nie pozwoli odłączyć jej od aparatury podtrzymującej życie. I będzie mówił. Podzieli się z pozostającą w śpiączce farmakologicznej ukochaną wszystkim tym, co jak już wie, powinien dzielić się z nią wcześniej. Tama wreszcie pękła. Sześciomiesięczne milczenie Franka dobiegło końca. Mężczyzna zaczął mówić i nie zamierza przestać dopóki nie powie wszystkiego. Włącznie z tym, co w ostatnim półroczu odbierało mu mowę. W ten sposób będziemy cofać się w czasie, ale nie tylko. Bo później swoją historię opowie Maggie. Jej relacja powstała, zanim kobieta trafiła do szpitala, zanim dokonała zamachu na własne życie. Dwie perspektywy, dwie narracje pierwszoosobowe, spięte fragmentami spisanymi w trzeciej osobie. I jeden ciąg wydarzeń. Katastrofalne, ale i niepozbawione zwykłego ludzkiego szczęścia dzieje rodziny niby z życia wziętej. Zwyczajnych ludzi, których spotkało wiele dobrego, ale i niestety wiele złego.

Zapytacie, skąd ten wybór? Co sprawiło, że sięgnęłam po lekturę dość odległą od moich zainteresowań literackich? Powieść egzystencjalna, psychologiczna, to jeszcze. Ale romans? Unikam jak pająków. A tu proszę: powieść, która bezsprzecznie posiada płaszczyznę romantyczną... Odpowiedź jest prosta: nie wiedziałam, na co się porywam. Nie zadałam sobie trudu zapoznania się z innymi informacjami na temat tej pozycji poza skrótowym opisem fabuły, który zasugerował mi przynależność „Cichych dni” Abbie Greaves do gatunku thrillera psychologicznego. I dobrze, bo inaczej umknęłaby mi naprawdę wartościowa pozycja. Bazująca na emocjach i to w stylu, którego nie powstydziłby się ktoś dużo bardziej doświadczony w pisarstwie od Greaves. Stawiam dolary przeciwko zapałkom, że niejeden od dawna działający na rynku literackim autor, i niejedna autorka, pozazdroszczą tej debiutantce. Jestem przekonana, że wielu pisarzy/wiele pisarek chciałoby mieć w swojej bibliografii tak emocjonującą rzecz. Tym bardziej, że jej zasięg wydaje się naprawdę bardzo szeroki. To jedna z tych raczej rzadkich powieści, która może spodobać się dosłownie każdemu, bez względu na preferencje literackie. Chociaż może nie od początku. W każdym razie u mnie proces zatapiania się w tej lekturze trochę potrwał. Jej otwarcie zaintrygowało, ale podczas pierwszej fazy związku Franka i Margot, mocno się niecierpliwiłam. Słodkie chwile szczęścia młodej pary, to nie jest coś, o czym chciałoby mi się czytać. Więc walczyłam. Walczyłam z przemożną potrzebą przerwania lektury, ponieważ wiedziałam, że jak ulegnę to już nigdy do tej opowieści nie wrócę, że nie znajdę już w sobie motywacji do podjęcia przerwanego wątku. A chciałam wiedzieć, dlaczego emerytowany nauczyciel akademicki postanowił milczeć. Co doprowadziło owego sympatycznego człowieka do tej nietypowej postawy. Jak się okazało od zawsze małomównego, z trudem nawiązującego przyjaźnie, ale też bezgranicznie oddanego miłości swojego życia. Najwyraźniej jego zupełnego przeciwieństwa – kobiety gadatliwej, towarzyskiej, ale niechętnie dzielącej się informacjami o sobie. Paradoksalnie to na co dzień mniej wylewny Frank chętniej zapoznawał ją z własną biografią. Z natury rozmowna Maggie zwykle unikała takich zwierzeń. Wolała skupiać się na czasie teraźniejszym. Na budowie życia z Frankiem. Można powiedzieć, że ci ludzie to bratnie dusze – dwie połówki tego samego jabłka. Co nie znaczy, że nie mają przed sobą tajemnic, że dzieje każdego z nich nie są naznaczone obszarami, o których to drugie nie wie. Początkowo przy „Cichych dniach” trzymał mnie jedynie sekret Franka (ale z czasem argumenty przemawiające za tą książką się rozmnożyły). Sekret, który na sześć miesięcy dosłownie odebrał mu mowę. Mężczyzna nadal okazywał miłość, oddanie, maksymalne przywiązanie i troskę Maggie, tyle że bez słów. To jednak jej nie wystarczało. Ta straszna cisza w końcu doprowadziła ją do ostateczności. Ale być może nie tylko ona. Bo w życiu Hobbsów wydarzyło się dość, by złamać nawet najsilniejszą psychikę. „Ciche dni” mówią między innymi o tym, że czasem dobre intencje mają iście tragiczne skutki, że nie zawsze działanie w dobrej wierze przynosi pożądane owoce. To również opowieść o trudach rodzicielstwa. O szczęściu, jakie daje kochającym rodzicom dziecko, ale też o przygniatającej odpowiedzialności, jaka przychodzi wraz z jego narodzinami. I nieprzewidzianych, niezależnych od nas czynnikach, które niszczą wszystko, na co z takim poświeceniem przez lata pracowaliśmy. Powoli wyniszczają osobę, którą kochamy najbardziej na świecie, dla której zrobilibyśmy wszystko, gdyby tylko dała nam szansę. Cały tragizm sytuacji w jakiej znaleźli się Hobbsowie, krótko przed zapanowaniem milczenia Franka, zasadza się na niemocy. Chcieli pomóc, a tylko zaszkodzili. Tak, tylko czy dało się inaczej? Czy mogli zrobić coś lepiej? Być może tak. Być może Frank ma słuszność obwiniając siebie. Albo winna jest jego żona. Albo ich córka. Albo nikt. Abbie Greaves każe nam dogłębnie się nad tym zastanowić. Zmusi nas do refleksji, do długiej zadumy nie tylko nad życiem bohaterów jej poruszającego pisarskiego debiutu, ale i nad życiem w ogóle. Ile zależy od przypadku? Ile od zewnętrznych czynników? Ile od środowiska, a ile od wychowania? Choćbyśmy nie wiadomo jak się starali, cierpienia i tak nie unikniemy. Możemy zawsze działać w dobrej wierze, możemy wiele energii poświecić na budowanie bezpiecznego rodzinnego gniazdka, możemy kochać i być kochanymi, ale to nie wystarczy, by uniknąć katuszy istnienia. Historia Hobbsów wyciska łzy z oczu, ale i trzyma w nieznośnym wręcz napięciu. W oczekiwaniu na promyk nadziei w tym niemiłosiernie przedłużającym się czarnym okresie życia kochających się ludzi, którzy nie mieli dużych wymagań. Ale czasami nawet niewielkie wymagania to za dużo. Nawet niewygórowane potrzeby mogą doprowadzić do niezwykle bolesnego upadku. Takiego, z którego być może już nigdy się nie podniesiemy. „Ciche dni” to niezwykle intymna opowieść, która rozwija się dość wolno (choć książka jest stosunkowo krótka: trochę ponad trzysta stron), ale gdy już nabiera rozpędu, to... rani z całą mocą. Miejscami podnosi wprawdzie na duchu, ale uczuciem, które będzie w Was dominować najprawdopodobniej będzie rozdzierający smutek. Depresyjna to opowieść, która z pospolitości czyni coś niezapomnianego. Zwyczajna opowiastka, przez którą nabawiłam się swoistego psychicznego kaca. Za co, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, jestem Abbie Greaves niezmiernie wdzięczna.

Bolesna to rzecz. Rozstrajająca podróż w głąb człowieczego istnienia. Przeprawa przez dolę i niedolę kochających się osób, którzy być może już za chwilę będą musieli się rozstać. „Ciche dni”, debiutancka powieść Abbie Greaves, gwiazdy wschodzącej nie tylko na jej rodzimym, brytyjskim podwórku wydawniczym, to piękna i zarazem straszna historia o ludziach, którzy rozpaczliwie starają się wydostać z matni, w jakiej się znaleźli albo ze swojej winy, albo nie. Prosta opowieść prawie w całości zbudowana z niewyszukanych, niecharakterystycznych motywów. Nie wierzycie, że to może być klucz do Waszych serc? To gorąco zachęcam do sprawdzenia się właśnie z tą pozycją. Myślę, że to doświadczenie Wam się opłaci.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 14 kwietnia 2020

Louise Candlish „Na progu zła”


Recenzja przedpremierowa

Fiona 'Fi' Lawson po powrocie z kilkudniowego wyjazdu odkrywa, że jej piękny dom na przedmieściach Londynu już nie należy do niej. Wszystkie rzeczy jej, jej męża Abrahama 'Brama', z którym od jakiegoś czasu jest w separacji i ich dwóch synów, zniknęły, a w ich miejsce wstawiono inne. Nowi właściciele domu, państwo Vaughanowie, zdają się być równie zaskoczeni tą sytuacją, co Fiona, utrzymują jednak, że skorzystali z oferty sprzedaży Lawsonów. Fi z kolei upiera się, że o żadnej ofercie nie wiedziała. Na dodatek jej próby skontaktowania się z Bramem nie przynoszą efektów, co każe jej podejrzewać, że jej mąż jest w całą tę sprawę jakoś zamieszany. Co gorsza, ich dzieci ostatnio przebywały pod jego opieką. I wszystko wskazuje na to, że zniknęły wraz ze swoim ojcem.

Pochodząca z Wielkiej Brytanii była redaktorka książek ilustrowanych i copywriterka. Autorka kilkunastu powieści, w tym (jak na razie) trzech thrillerów psychologicznych: „The Swimming Pool” (2016), „Those People” (2019) i „Our House” (pol. „Na progu zła”), która swoją światową premierę miała w 2018 roku, i która została uhonorowana British Book Award 2019 w kategorii „Crime & Thriller”. Louise Candlish studiowała anglistykę na University College London, a teraz mieszka w południowym Londynie z mężem, nastoletnią córką, psem i kotem. I nie przestaje pisać.

Wyobraźcie sobie, że wracacie do domu, a tam wita Was jakiś obcy człowiek i informuje, że to jego dom. Od takiego pomysłu wyszła Louise Candlish w swoim bestsellerowym thrillerze psychologicznych, w Polsce nazwanym „Na progu zła”. Genialnym w swojej prostocie, natychmiast wprowadzającym aurę niebezpiecznej tajemnicy, niezwykle intrygującą zagadkę, w centrum której stoi zdezorientowana kobieta w średnim wieku. Aż chce się zakrzyknąć: „Witamy w Strefie Mroku!”. I pewnie nie oparłabym się tej pokusie, gdyby autorka poszła dalej poprzez sugestię, że nikt w sąsiedztwie nie kojarzy Fiony Lawson. To dopiero byłoby szaleństwo, prawda? Ale nie, Candlish, obrała zgoła inny kierunek. Mniej frapujący, mniej dezorientujący i nie budzący aż takiego dyskomfortu emocjonalnego, ale trzeba jej oddać, że sytuacja i tak jest nader osobliwa. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek wcześniej spotkała się z takim pomysłem, żebym wcześniej czytała książkę bądź oglądała film bazujący na motywie „nieoczekiwanej wymiany właścicieli domu”. Wszystko wskazuje na to, że tak naprawdę dokonano ordynarnej kradzieży, ale nie jest powiedziane, że ostatni nabywcy problematycznego domu na przedmieściach Londynu z premedytacją wzięli w tym udział. Owszem, kupili dom, który został wystawiony na sprzedaż bez wiedzy jego współwłaścicielki, ale nic nie wskazuje na to, że wcześniej mieli taką wiedzę. Co innego Abraham 'Bram' Lawson, mąż Fi, z którym od jakiegoś czasu jest w separacji i zarazem drugi właściciel przedmiotu nader podejrzanej transakcji handlowej. Właściwie to nielegalnej, chyba że... Będziemy się cofać. Zajrzymy w przeszłość Lawsonów, dokładnie zapoznamy się z wszystkimi okolicznościami, które doprowadziły do tej unaocznionej już na pierwszych stronicach „Na progu zła”, sprawy domniemanej kradzieży domu. Tradycyjnej narracji radzę się jednak nie spodziewać. Louise Candlish nie tylko motywem przewodnim porywa się na niemałą świeżość – sposób snucia opowieści jest równie niepospolity. Zwyczajowa narracja w trzeciej osobie miesza się z zajmującymi większą część rzeczonej publikacji, rozdziałami podanymi w pierwszej osobie. Dostajemy zarówno punkt widzenia Fiony, jak i Abrahama. Ta pierwsza dochodzi do głosu w umownym występie w popularnych podcaście, w którym ofiary różnych przestępstw dzielą się z internautami swoimi strasznymi przeżyciami. Bram natomiast zabiera głos w pożegnalnym liście, który spisuje w Wordzie daleko poza Londynem, w którym zostawił swoją ukochaną rodzinę. Mężczyzna zamierza popełnić samobójstwo, ale nie bez pozostawienia wyjaśnień. Dla niego to coś w rodzaju spowiedzi, bez nadziei na przebaczenie. Candlish wchodzi w konwencję marriage thrillera – kreśli szczegółowy portret rozpadającego się małżeństwa, które jednak znajduje sposób na oszczędzenie cierpień swoim pociechom. Bólu związanego z rozstaniem, jak się wydaje, wzorowych rodziców. Ale jest jeszcze obsesja – nie na punkcie swoich latorośli tylko domu. Przytulnej, nietaniej nieruchomości ulokowanej na rozchwytywanym przez lepiej sytuowaną klasę średnią, pozornie bezpiecznym, zacisznym przedmieściu. Wśród internautów komentujących podcastową relację Fi są tacy, którym nie umyka prawdopodobnie niezdrowe przywiązanie narratorki do niedawno utraconego domu. Z drugiej strony trudno o pewność, że Fiona niezmiennie stawia ową nieruchomość na pierwszym miejscu. Nawet przed własnymi dziećmi. Coś jednak było z nią nie tak... Patrząc na nią nie mogłam oprzeć się skojarzeniom z „Żonami ze Stepford” Iry Levina. Wzór matki, żony i sąsiadki. Kobieta, na której zawsze można polegać, której zależy na jak najlepszym wizerunku, i która robi wszystko, co w jej mocy, by dusić w zarodku tak rodzinne, jak sąsiedztwie niesnaski. Kobieta skrzywdzona (i to nie raz) przez mężczyznę, któremu oddała wiele lat swojego życia. Ostatnia zdrada przelała czarę goryczy – Fiona wreszcie postanowiła rozstać się z niewiernym mężem, ewidentnie mającym autodestrukcyjne zapędy. To zrozumiałe, ale niewiele kobiet na jej miejscu zdobyło się na coś takiego, jak „czuwanie przy gnieździe”. Niewiele osób na jej miejscu zaproponowałoby taki układ, jak naprzemienne spędzanie czasu z dziećmi we wspólnym domu. Wymienianie się w owym gnieździe z Bramem, człowiekiem, z którym w najbliższej przyszłości Fi planuje się rozwieść. Gdy jedno z rodziców przebywa z dziećmi, drugie pomieszkuje w wynajętej kawalerce. Taka dojrzała postawa Fiony z jednej strony mi zaimponowała, ale z drugiej nie była pozbawiona naiwności. W innym przypadku pewnie byłabym wolna od podejrzeń, ale wiedząc do czego to wszystko doprowadziło... To znaczy, chyba to. Bo jakoś nie mogłam tak do końca uwierzyć, że Bram tak brutalnie wykorzystał zaufanie, jakim żona wspaniałomyślnie go obdarzyła. Zaufanie, na które jak w duchu przyznawał, absolutnie sobie nie zasłużył. Czyżby był aż takim egoistą? Tak porażająco bezduszną kreaturą? Czy Bram naprawdę nie ma w sobie ani krztyny empatii? A co jeśli to Fiona jest właśnie taką osobą? Czy to możliwe, że to Bram jest tutaj większą ofiarą? Z tymi pytaniami będziemy musieli się mierzyć, podczas tej trzymającej w napięciu opowieści o toksycznym związku z nie tak znowu sielskiego przedmieścia.

Najgorsza porażka to taką, którą człowiek zgotuje sobie sam.”

Mroczne tajemnice, intrygujący punkt wyjścia, pozornie przytulne czołowe miejsce akcji, z którego emanuje groźba, która prawdopodobnie tylko w części już się dokonała oraz niepospolita narracja, której największym atutem jest to, że daje nam dokładny wgląd w umysły dwóch stron tego nader poważnego konfliktu. Louise Candlish nie szczędzi nam szczegółów na temat integralnych uczestników tej niezwykłej sprawy, którą z takim polotem roztoczyła na kartach swojej poczytnej powieści. „Na progu zła” to w mojej ocenie thriller psychologiczny z wyższej półki. Pozycja, której uważam niewiele brakuje do doskonałości, która może się pochwalić wieloma najlepszymi cechami tego gatunku, podanymi z taką dbałością o suspens, że przypuszczam, iż sam Alfred Hitchcock byłby pod niemałym wrażeniem. Zaskoczenie w tradycyjnym rozumieniu tego słowa spotykało mnie z rzadka – Candlish celowa raczej w chwilowe zawieszenie spodziewanej akcji. Wrzucała jakąś wiadomość zaogniającą i tak już niełatwą sytuację, po czym przechodziła do innego wątku. Potem oczywiście wracała do zarysowanego dramatu. Rozwijała, dopieszczała i jednocześnie dokładała kolejne piętra do między innymi nadzwyczaj uciążliwej wspinaczki osaczonego Brama. Zaszczutego człowieka, który może i nie zasługuje na współczucie, ale... Muszę przyznać, że wczułam się w jego sytuację. Niejako weszłam w jego skórę, co niezmiernie mnie zaskoczyło, bo generalnie dobrego zdania o nim nie miałam. Umysł kazał mi go znienawidzić, ale Candlish podstępnie innym językiem przemawiała do mojej sfery emocjonalnej. Poniekąd omijała mózg. Niezupełnie, ale naprawdę często łapałam się na tym, że kibicuję Bramowi w wychodzeniu na prostą. Chciałam, by udało mu się przezwyciężyć wszelkie przeciwności losu... I przekroczyć kłody, które, jak by na to nie patrzeć, sam sobie wrzucił pod nogi. Dręcząca ambiwalencja. Uwierający dysonans. Zupełnie jakbym stała w rozkroku i przechylała się raz w jedną, raz w drugą stronę. Strasznie niekomfortowe to uczucie: utożsamiać się z człowiekiem takiego pokroju, jak Bram. Uczucie, za które jestem Candlish głęboko wdzięczna, bo czego jak czego, ale wygody emocjonalnej od dreszczowców nie oczekuję. O to właśnie chodzi! Rozbicie, roztrojenie, a nawet chwilowe zwątpienie w solidność swoich przekonań. Powiedzieć, że Bram niewiniątkiem nie jest, to mało. Ale o ilu ludziach tak z ręką na sercu można to powiedzieć? Ideałów pewnie nie ma, ale ludzi mających na koncie aż takie grzechy? A więc to zatwardziały kryminalista? Powiedzmy, że to człowiek popełniający poważne błędy – błędy, które mogą zaważyć nie tylko na majątku Lawsonów, ale także życiu i śmierci. Bram nie zwykł ważyć ryzyka. To typ człowieka, który najpierw działa, potem myśli. Ma w sobie coś z dziecka. Czai się w nim też jakaś bezrozumna agresja, która skierowana jest głównie w niego samego. Rykoszetem dostaje się jednak też innym, włącznie z najbliższymi mu osobami. Fiona tymczasem jawi się niczym jego zupełne przeciwieństwo. Zorganizowana, uporządkowana, unikająca kłopotów kobieta, która nie szuka zemsty... Tak, istna oaza spokoju i zrozumienia drugiego człowieka. I właśnie dlatego tak mnie ta postać alarmowała. Ta odznaczająca się pewną naiwnością, przesadną wręcz ufnością kobieta wydawała mi się żywcem wyjęta z dawno minionej epoki. Tak niedzisiejsza, że aż podejrzana? Nie, to nie tak. Fiona ma w sobie jakąś ukrytą siłę, jakiś upór i być może jakąś diabelską przebiegłość. Niby nic takiego się nie krystalizuje (a przynajmniej nie przez dłuższy czas), ale takie sygnały również od niej odbierałam. Nie mam pewności, czy był to wykalkulowany, celowy zabieg autorki „Na progu zła”, czy faktycznie zależało jej na tym, bym prawie od początku tej historii tak bardzo podejrzliwym okiem spoglądała na czołową żeńską postać, ale przypadek bądź nie sprawił, że właśnie tak się na nią zapatrywałam. Na tę potencjalnie okrutnie skrzywdzoną kobietę albo wyrachowaną, mściwą femme fatale. Jeśli to drugiego, to autorce albo niezbyt zależało na finalnym elemencie zaskoczenia, albo po prostu nie udało jej się należycie przykryć ciemniejszego oblicza tej rzekomo praworządnej, bezgranicznie oddanej rodzinie postaci. A jeśli to pierwsze, to powinnam się wstydzić, prawda? Tak czy inaczej na deser dość bolesne uderzenie Candlish mi zaserwowała. Bez względu na to jaką tak naprawdę rolę w owej historii odgrywa Fiona Lawson, końcówka powinna Was roztroić nie mniej od bombowego otwarcia. Zresztą cała ta podróż to istny róg obfitości. Emocjonujące, pełne zawirowań dzieje niekoniecznie zwyczajnego nieuchronnie kończącego się małżeństwa, które, co już nie ulega wątpliwości, znalazło się w niecodziennej sytuacji.

Moja szklana kula mówi mi, że to będzie hit. „Na progu zła” pióra dość płodnej brytyjskiej powieściopisarki, Louise Candlish, która ostatnio odnosi spore sukcesy na poletku thrillera psychologicznego, według mnie w Polsce również bez echa nie przejdzie. Tak, o tej książce u nas też będzie głośno, wspomnicie moje słowa. Innej możliwości nie widzę. Miejsce tak pasjonujących, tak solidnie skonstruowanych, wyczerpująco rozpisanych, opartych na tak sprytnych, niepowszechnych pomysłach, tak magnetycznie stylowych thrillerów psychologicznych, jest na górze. Na samym szczycie osobiście „Na progu zła” bym nie zamieściła, ale i tak jestem pod ogromnym wrażeniem ten publikacji. Powieści skazanej na sukces!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 12 kwietnia 2020

„W otchłani lęku” (2019)


Studentka Siobhan wybiera się w rejs z rybakami, celem zebrania materiałów do swojej pracy doktorskiej. Przesądna załoga trawlera nie przyjmuje jej serdecznie, ponieważ wierzą, że rudowłose kobiety na pokładzie przynoszą pecha. Niedługo po wypłynięciu na pełne wody do ich kutra przyczepia się nieznany organizm, który jak później się okazuje ma właściwości pasożytnicze. Rozległa wiedza Siobhan o stworzeniach morskich pomaga im w nierównej walce z tajemniczym stworzeniem, ale finalnie może okazać się niewystarczająca. Poza tym członkowie załogi nie uznają za stosowne wykonywać co bardziej restrykcyjnych zaleceń młodej kobiety.

„W otchłani lęku” (oryg. „Sea Fever”) to pełnometrażowy debiut fabularny Irlandki Neasy Hardiman, oparty na jej własnym scenariuszu, w którym zdążono już znaleźć ukłony w stronę „Obcego - 8. pasażera Nostromo” Ridleya Scotta, „Coś” Johna Carpentera, „Planety wampirów” Mario Bavy oraz kultowych body horrorów Davida Cronenberga. Hardiman przyznaje, że czerpała inspirację ze znanych horrorów science fiction, ale osobiście klasyfikuje swój film jako thriller psychologiczny z elementami fantastyki naukowej. Irlandzko-amerykańsko-brytyjsko-szwedzko-belgijski obraz w reżyserii Neasy Hardiman swoją premierę miał we wrześniu 2019 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto, a do szerszego obiegu (VOD) trafił w kwietniu 2020 roku.

„Lewiatan” George'a P. Cosmatosa i „Obcy z głębin” Seana S. Cunninghama. O tych pozycjach przede wszystkim myślałam podczas zaskakująco przyjemnego seansu „W otchłani lęku”. Choć podobieństwa nie są szczególnie duże. Ośmielę się nie zgodzić z reżyserką i zarazem scenarzystką tego obrazu w kwestii jego klasyfikacji gatunkowej. Horror, nie thriller – tak uważam. Horror science fiction/eko horror, dość mocno skoncentrowany na postaciach. Na ludziach, którzy nieoczekiwanie znaleźli się w śmiertelnie groźnym położeniu, spowodowanym przez nieznane biologom stworzenie żyjące w oceanicznych głębinach (w Atlantyku). Neasa Hardiman chciała przede wszystkim zwrócić naszą uwagę na ogromną odpowiedzialność, jaka spoczywa na całym gatunku ludzkim. Odpowiedzialność za planetę, na której wszyscy żyjemy. Czasem wystarczy tylko jedna nieodpowiedzialna osoba, by zagrozić tysiącom, milionom, a może nawet miliardom ludzkich istnień. Podczas prac nad tą produkcją Hardiman myślała o kryzysie klimatycznym, ale niedługo po jej premierze przyszła pandemia COVID-19 i... niektórym mocno się skojarzyło. Mnie również, ale nie nazwałabym tego filmu proroczym. W przeciwieństwie do „Bastionu” Stephena Kinga (supergrypa), w „W otchłani lęku” nie znajdujemy szczególnie mocnych podobieństw do szalejącego koronawirusa – jedynie ogólny zarys fabularny (postępowanie w sytuacji kryzysowej), który w sumie można odnieść do każdej zarazy, która w szybkim czasie uszczupla populację ludzką. Zaznaczyć jednak muszę, że scenariusz omawianego obrazu nie skupia się na masowej eksterminacji ludzkości. Skala mikro ze złowieszczą zapowiedzią skali makro – z czymś takim zderza nas Neasa Hardiman w swoim fabularnym pełnometrażowym debiucie filmowym. Los ludzkości prawdopodobnie zależy od załogi kutra rybackiego. Decyzje, jakie podejmą przesądzą o życiu lub śmierci, jeśli już nie wszystkich przedstawicieli gatunku ludzkiego, to na pewno sporej części. Altruizm zderza się na ekranie z egoizmem. Tę drugą postawę trudno całkowicie potępić, bo zasadza się na naturalnym imperatywie przetrwania. Na początku, owszem, chodzi o pieniądze, ale gdy już dla wszystkich załogantów trawlera jasnym staje się to, że mogą zagrażać innym, włącza się najzwyczajniejsza w świecie chęć przeżycia. Nie ma w tym filmie klasycznych czarnych charakterów – są tylko ludzie, którzy robią to, co w danej chwili uważają za słuszne. Co nie znaczy, że takie jest. Chcą ocalić życie swoje i innych załogantów, naiwnie wierząc w omylność młodej studentki imieniem Siobhan. W bardzo dobrym stylu wykreowana przez Hermione Corfield czołowa bohaterka „W otchłani lęku” stara się uświadomić reszcie, jak wielka odpowiedzialność na nich spoczęła. Jak ogromne zagrożenie mogą sprowadzić na całą ludzkość, ale oni wolą myśleć, że jej czarny scenariusz się nie ziści. Wiara kontra nauka. Myślenie życzeniowe kontra racjonalizm. I wreszcie zamykanie oczu na potężne ryzyko w starciu z jego akceptacją i gotowością do poświęcenia. Siobhan jest gotowa zaryzykować własne życie dla dobra reszty ludzkości, ale wydaje się, że tylko ona potrafi zdobyć się na tak bohaterską postawę. Racje jej oponentów też jednak można zrozumieć, choć zauważalnie to po stronie Siobhan w tym jakże ważkim konflikcie Hardiman starała się postawić widza. Myślę, że jedną z największych zalet tego scenariusza jest należyte umotywowanie wszystkich posunięć bohaterów. Nie odnotowałam tutaj tak często spotykanego w kinie grozy, gwałtu na logice. Ani jednego nieuzasadnionego posunięcia. Każde podjęte działanie wynikało z jakiejś przesłanki. Nie chcę przez to powiedzieć, że wszystkie postacie, obiektywnie patrząc, postępują racjonalnie. Z ich subiektywnego punktu widzenia pewnie tak jest, ale w istocie to Siobhan przoduje w takim myśleniu. Przeprowadza chłodne kalkulacje, wyciąga logiczne wnioski, nie kieruje się przede wszystkim potrzebą ocalenia własnego życia, ani nawet życia swoich kompanów w tej nader uciążliwej oceanicznej podróży. Jest gotowa poświęcić jednostki, w tym siebie, dla dobra ogółu. Czy wszystkich załogantów jednostki pływającej, na której rozgrywa się prawie cała akcja „W otchłani lęku” czeka śmierć, to się dopiero okaże. Pewne jest jednak to, że Siobhan zrobi wszystko co w jej mocy, by nie dopuścić do rozprzestrzeniania się zarazy, która niekoniecznie dotknie każdego z nich. Tak się stanie, tylko jeśli nie uda im się znaleźć i zahamować źródła zakażenia. Bo jakimś niepojętym dla mnie sposobem umyka im coś, co myślę dla wielu widzów będzie aż nazbyt oczywiste.

Świecące kiczowatym białym światłem, nieznane ludzkości stworzenie osiadłe w atlantyckich głębinach, którego ogromu wzrokiem objąć niepodobna. Dostrzegamy jedynie fragmenty tej monstrualnej istoty (najczęściej macki), co było celowym zagraniem. Miała to być metafora niezbadanej części Natury. Symbol tego wszystkiego, co jeszcze nie zostało odkryte. Trochę to pachnie twórczością H.P. Lovecrafta – tajemnicze, groźne stworzenie morskie, które jednakowoż nie oddziaływało na mnie tak silnie, jak bestie, które narodziły się w mrocznej wyobraźni tego legendarnego pisarza. Nadzieję na odrażające widoki gąbczastego, pokrytego śluzem, pulsującego cielska na wzór najśmielszym kreatur z horrorów science fiction/body horrorów z lat 70-tych i 80-tych XX wieku, dał mi pierwszy kontakt załogantów feralnego trawlera z nieznanym. Lepka substancja wnikająca pod pokład przez drewniany kadłub w miejscach styku, jak się wkrótce okaże, macek świecącego stwora, z tą jednostką pływającą. I jeszcze ta paszcza... Szkoda, że twórcy nie poszli w tę stronę, że zamiast makabry dali mi tandetnie się prezentujące światła i w ogóle plastikową anatomię stwora. W moich oczach lepiej wypadały ujęcia okaleczeń, śmierci i wreszcie zakrwawionych ludzkich zwłok, chociaż przydałoby się tak szybko z kamerą od tych widoków nie uciekać. Tyle pracy twórcy efektów specjalnych widać w to włożyli, a operatorzy pod wodzą Neasy Hardiman nie uznali za konieczne dokładnie nam tego wszystkiego zaprezentować. Umiarkowanie krwawe migawki nie są tak znowu szybkie, żeby łatwo było to przegapić, ale trochę dłuższych zbliżeń w moich oczach przysłużyłoby się tej produkcji. No dobrze, poharatanej skórze jednego z załogantów można się przyjrzeć – dokładnie widzimy krew wypływającą z wielu miejsc w jego ciele, ale dokładnego widoku tych brzydkich ran postanowiono nam oszczędzić. To już śmielsze są szybkie akcje z oczami. W każdym razie widać, że Hardiman nie zamierzała epatować elementami gore, że bardziej zależało jej na stworzeniu wiarygodnego portretu spodziewanych zachowań ludzi postawionych w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia. Różnych zachowań w kontakcie z nieznanym, acz niewątpliwie śmiertelnie niebezpiecznym. Z istotą, która nie czuje do nich nienawiści, nie kieruje się pragnieniem unicestwiania innych organizmów żywych dla własnej przyjemności, z chęci zemsty etc. To czysta biologia. Taka już jej natura, że musi (nie chce) odbierać życie innym, by przedłużać swój gatunek. To coś w rodzaju pasożyta, ale nie takiego, który żywi się innymi organizmami. Wykorzystuje je do czegoś innego, czegoś równie naturalnego, jak potrzeba zdobywania pożywienia. Można więc powiedzieć, że potwór wykreowany na użytek „W otchłani lęku” nie jest zły w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Jest po prostu częścią złożonego ekosystemu – morskim drapieżnikiem postępującym tak jak Matka Natura chciała, a nie on sam sobie wybrał. Podobnie jak Siobhan istota ta działa w interesie swojego gatunku, ale bez wątpienia sytuacja tego gargantuicznego morskiego stwora jest bardziej komfortowa. Bo w przeciwieństwie do Siobhan nie wisi nad nim konieczność zaryzykowania własnego istnienia dla dobra ogółu. Na to tajemnicze stworzenie w tym biologicznych konflikcie interesów pewnie nie będzie się musiało porywać, ale już ta sympatyczna studentka taką presję odczuwa. Co więcej, na szali musi położyć również życie reszty osób przebywających na trawlerze, na którym rozszalała się tajemnicza zaraza. Klimat nie jest szczególnie mroczny, ani silnie klaustrofobiczny, ale myślę, że jak na standardy współczesnego kina „W otchłani lęku” od tej strony prezentuje się całkiem nieźle. Tak, można było to przyciemnić i ścieśnić. Tak, chciałoby się nieporównanie gęstszej atmosfery grozy, odbierającego dech poczucia przebywania w pułapce bez wyjścia, w „niewielkiej puszcze” przemierzającej depresyjny ocean kryjący niebezpieczne tajemnice. Chciałoby się przybrudzonych, przyblakłych zdjęć, które bardziej zdecydowanie intensyfikowałyby emocje przewidziane w tekście. Tak, można było to podkręcić, ale grunt, że nie jest kolorowo, że jakiś mrok z tego spoziera, że nie musiałam zmagać się z przyjaznymi żywymi barwami (one są, ale nie dominują), maksymalnie dopieszczonymi, czyściutkimi, malowniczymi, plastikowymi ujęciami, które nijak nie odzwierciedlałyby ciężkiej sytuacji, w jakiej znaleźli się bohaterowie „W otchłani lęku”. Udało się delikatnie to podkreślić – alienacja, zamknięcie na niewielkiej przestrzeni przemierzającej ogromny błękitny obszar i potencjalne zgubny czynnik ludzki, wszystko to odbija się w klimacie. Ale oczywiście nie tak silnie, jakbym sobie tego życzyła. To jednak nie jest powtórka z „Lewiatana” George'a P. Cosmatosa i „Obcego z głębin” Seana S. Cunninghama. Zbieżności fabularne są, ale jakość na pewno nie ta sama. Według mnie dużo słabsza, niemniej nie żałuję, że ten, bądź co bądź dość interesujący, spektakl obejrzałam. Zwłaszcza, że nawiązałam bliską znajomość z tak pięknie rozpisaną i odegraną postacią, jaką moim zdaniem jest Siobhan.

Pierwszy pełnometrażowy fabularny obraz irlandzkiej artystki Neasy Hardiman broni się wyrazistą pierwszoplanową postacią, ale i całkiem zgrabnie poprowadzonymi pozostałymi załogantami trawlera, na którym rozgrywa się niemal cała akcja tego, nie mam co do tego wątpliwości, horroru science fiction (jego reżyserka i scenarzystka bardziej skłania się ku thrillerowi) z całkiem zadowalająco rozwiniętą płaszczyzną psychologiczną. A przynajmniej mnie taki stopień rozwinięcia tego ostatniego w tym konkretnym przypadku satysfakcjonuje. W kontekście takiej historii. Nieszczególnie klimatycznej, niedostatecznie makabrycznej, ale jakoś wciągającej opowieści o rybakach i jednej studentce walczących z nadzwyczajnym stworzeniem żyjącym w Atlantyku. Myślę, że fani horrorów science fiction powinni sprawdzić „W otchłani lęku”. Zwłaszcza ci z nich, którzy wygórowanych oczekiwań nie mają. Ja tam całkiem nieźle to małe dziełko przyjęłam.

piątek, 10 kwietnia 2020

„Małgosia i Jaś” (2020)


Szesnastoletnia Małgosia i jej ośmioletni brat Jaś zostają zmuszeni do opuszczenia rodzinnego domu i poszukania nowego lokum. Takiego, w którym nie musieliby już tak bardzo martwić się o jadło. Wędrując przez las natykają się na samotnie stojący domek, w którym znajduje się mnóstwo pożywienia. Okazuje się, że nieruchomość należy do kobiety w podeszłym wieku imieniem Holda, która chętnie przyjmuje ich w swoich progach. Małgosia, w przeciwieństwie do swojego brata, podchodzi do nieznajomej z rezerwą, ale sytuacja zmusza ją do skorzystania z jej hojnej propozycji zatrzymania się na dłużej w jej przybytku. Małgosia w zamian oferuje staruszce pomoc w pracach domowych, a Jaś zamierza wykorzystać ten okres na przyuczanie się do wymarzonego zawodu drwala. Niby wszystko układa się po myśli rodzeństwa, ale wiele wskazuje na to, że ich wybawicielka coś przed nimi ukrywa.

Oz Perkins, syn Anthony'ego Perkinsa, odtwórcy kultowej roli Normana Batesa w serii „Psychoza”, twórca „Zło we mnie” (2015) i „I Am the Pretty Thing That Lives in the House” (2016), tym razem wziął na warsztat scenariusz Roba Hayesa zainspirowany jedną z najpopularniejszych baśni braci Grimm. „Małgosia i Jaś” (oryg.Gretel & Hansel”) to kanadyjsko-irlandzko-amerykańsko-południowoafrykańskie dziełko zrealizowane za mniej więcej pięć milionów dolarów, które zostało pomyślane jako odsłona „Jasia i Małgosi” dla osób dorosłych. Horror o mocach drzemiących w kobietach, które mogą być niszczące, ale mogą też służyć dobru. O tajemnym kobiecym pierwiastku, który od dawna intryguje Oza Perkinsa. Utalentowanego reżysera, który stara się, by nieznane było integralnym składnikiem jego filmów grozy. Czego wyraz daje również w „Małgosi i Jasiu”, dobrze przyjętym przez krytyków nastrojowym horrorze, który odniósł umiarkowany sukces finansowy (wpływy z całego świata oszacowano na przeszło dwadzieścia jeden milionów dolarów).

Dawno, dawno temu żyło sobie rodzeństwo, któremu głód nieustannie zaglądał w oczy. Mamusia zmusiła ich więc do poszukania lepszego życia. Wysłała do mrocznego lasu, w którym w końcu znaleźli ratunek. A przynajmniej tak im się wydawało... Inspiratorka tej historii, „Jaś i Małgosia”, to jedna z wizytówek braci Grimm, która niejednemu dziecku zapewniła koszmarne sny. Zła wiedźma mieszkająca w środku lasu i porywająca zagubione dzieci. Doprawdy milusia bajeczka. Zwłaszcza, gdy pozna się cel działalności wiedźmy. Zdawać by się mogło, że taki materiał bez trudu można przekuć na horror dla dorosłych. Nastrojowy, ale i makabryczny obraz, tak oddziałujący na starszych widzów, jak oryginał na młodszych. Tym bardziej, że tego wyzwania podjął się twórca, moim zdaniem, udanego horroru „Zło we mnie”. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie... scenariusz. Dość wierny oryginalnej baśni braci Grimm, ale badający też na inne obszary fabularne, eksponujący składniki, których w pierwowzorze nie znajdujemy. Nic w tym zaskakującego – wiadomym było, że materiału nie wystarczy na pełnometrażowy film, że trzeba tę mroczną bajkę rozbudować. Wznoszenie nowej budowli na wiekowych fundamentach w moim odbiorze gładko nie przebiegało. Dla konstruktorów „Małgosi i Jasia” może i nie był to żmudny wysiłek, ale dla mnie już niestety trochę tak. Uważam, że proces rozwijania tej znanej opowieści to zarazem proces jej zmętniania. W pewnym zakresie, bo wyraźniejsze kontury też z tej historii przebijają. Niemniej nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że generalnie potraktowano to nazbyt zachowawczo, że zaledwie liźnięto historię ukrytą w ponadczasowej historii braci Grimm. Na pierwszym planie postawiono gwiazdę dwuczęściowej readaptacji znakomitej powieści Stephena Kinga pt. „To”, Sophię Lillis, która wciela się oczywiście w postać Grety, naszej Małgosi. Partneruje jej kilkuletni Samuel Leakey w roli Hansela, czyli Jasia, a ostatnią centralną postacią jest naturalnie wiedźma, mieszkająca w środku lasu wyzwolona kobieta imieniem Holda, w którą w dość widowiskowym stylu wcieliła się Alice Krige (m.in. „Lunatycy” z 1992 roku i „Silent Hill” z roku 2006). Lillis i Leakey też moim zdaniem pokazali się od dobrej strony, ale uważam, że nie dano im maksymalnie rozwinąć skrzydeł. Potencjału drzemiącego w antagonistce w sumie też w pełni nie wykorzystano, ale w porównaniu do Małgosi i Jasia... Powiedzmy, że wiedźma więcej mi zaoferowała. Oz Perkins przenosi nas do dalekiej przeszłości. Do epoki szalejącego głodu, który zmusza do nadludzkich poświeceń. Zmusza kochające matki do wypychania swoich dzieci z gniazd, zmusza do świadczenia usług seksualnych za przysłowiową kromkę chleba, zmusza nieletnich do błądzenia po nieprzyjaznym lesie w poszukiwaniu lepszego życia. Małgosia od losu niewolnicy seksualnej woli niepewną przyszłość, bo w niej zawiera się przynajmniej jakaś nadzieja. Nadzieja na lepsze jutro, która naturalnie w trakcie owej ciężkiej przeprawy przez bezkresny las, stopniowo słabnie. Co gorsza, ta młodziutka dziewczyna ma pod opieką młodszego brata, którego darzy bezgraniczną miłością. Brata, który na niej polega, który wierzy, że jego zaradna siostra będąca dla niego istnym wzorem, znajdzie sposób na poprawienie ich bytu. Napełnienie skurczonych z nieomal nieustannego głodu żołądków i znalezienie jakiejś bezpiecznej przystani w tym bezwzględnym świecie, w którym silniejsi pożerają słabszych. Takim azylem staje się dla nich osamotniony leśny domek, kryjący w swoich trzewiach pomieszczanie bardziej pasujące do Davida Cronenberga („Zbrodnie przyszłości” z 1970 roku) niźli braci Grimm (przyjemny kontrast). Domek należący do staruszki imieniem Holda, której nieszkodliwa aparycja zapewne żadnego widza nie zwiedzie. Ale już jej światopogląd...

„Małgosia i Jaś” to opowieść o dojrzewaniu. Dojrzewaniu kobiet w czasach szczególnie im nieprzyjaznych. Opowieść o tym, jak bliscy nam ludzie, osoby, które kochamy, mogą nas ograniczać. To też opowieść o emancypacji, której patronuje nie kto inny, jak zła wiedźma mieszkająca w głębi lasu. Oz Perkins nie uważa, że jest to historia o feminizmie sensu stricto. Nie zaprzecza, że rzecz traktuje między innymi o upodmiotowieniu kobiet, i że zawsze stara się obierać feministyczny punkt widzenia (rozumiany jako potrzebę równego traktowania płci), ale nie jest przekonany do tożsamego rozumienia uwypuklonego w „Małgosi i Jasiu” upodmiotowienia kobiet z feminizmem. Niemniej jego trzeci film przez niektórych został odczytany, jako przedstawienie dwóch rodzajów feminizmu. Dwóch ścieżek wyrastających z jednego trzonu, dwóch trybów życia wynikających z naturalnej potrzeby pozbycia się kajdan założonych przez mężczyzn. Niektórych mężczyzn, trzeba zaznaczyć, bo męski pierwiastek nie został w „Małgosi i Jasiu” potraktowany zgodnie z powszechnie panującą modą na demonizowanie absolutnie wszystkich mężczyzn. Oczywiście z jednoczesnym gloryfikowaniem wszystkich kobiet, czego również tutaj uniknięto. Bez generalizowania, ale i bez zagłębiania się w tę istotną przecież materię. To przede wszystkim opowieść o pogoni za wolnością, która różnie jest tutaj rozumiana. Małgosia kieruje się przede wszystkim potrzebą pozyskania dóbr niezbędnych do życia. Pożywienie, dach nad głową i poczucie bezpieczeństwa dla siebie i młodszego brata: to wszystko, czego oczekuje od życia przed wejściem w bliższą relację z Holdą. Ta ostatnia daje jej jasno do zrozumienia, że życie oferuje jej też inne możliwości. Jeśli tylko zechce Małgosia może toczyć tak luksusowy żywot, jak ona sama. Pod warunkiem, że cena nie wyda jej zbyt wysoka... Czarownica w „Małgosi i Jasiu” ma wiele wspólnego z archetypem Lucyfera. Wodzącego na pokuszenie upadłego anioła, demona obiecującego wszelkie uciechy, można powiedzieć reklamującego hedonistyczny tryb życia, który pociąga też Małgosię, ale... Podmiot wzmożonego zainteresowania Holdy, ta szesnastoletnia dziewczyna dopiero szukająca swojej drogi życiowej, nie przyjmuje bezwarunkowo filozofii swojej mentorki. Zasadniczo czarownica nie wychodzi od złej koncepcji istnienia, a w każdym razie nie takiej, która zasługiwałaby na potępienie. Prowadzi pustelnicze życie, ale nie doskwiera jej samotność. Wystarcza jej własne towarzystwo. To kobieta wyzwolona i samowystarczalna. Chociaż... Ci, którzy znają „Jasia i Małgosię” braci Grimm powinni wiedzieć, że ta pani potrzebuje czegoś jeszcze. A właściwie to kogoś. Że ma potrzeby, które absolutnie dobrą kobietą jej nie czynią. Czy twórcy „Małgosi i Jasia” uwypuklili ten makabryczny wątek? Tego bym nie powiedziała. Rzecz została zaledwie muśnięta, co zabolało mnie tym bardziej, że właśnie z tym skrętem wiązałam największe nadzieje. Tak, pozwoliłam sobie na nadzieję i teraz tego żałuję. Bo gdybym jej nie miała, to bym się nie zawiodła. Muszę jednak podkreślić, że zupełnym rozczarowaniem omawiana produkcja dla mnie nie była. Marazm fabularny rekompensowała mi warstwa techniczna, choć całkowicie smaku „Małgosi i Jasia” poprawić nie mogła. Atmosfera jak w dark fantasy i jak w koszmarnym śnie kogoś obdarzonego magiczną wyobraźnią. Oniryczny jest dosłownie każdy kadr, nie tylko dość liczne sekwencje alarmistycznych snów Małgosi. Niezbyt upiornych, jeśli już o to chodzi, ale ewidentnie starano się porządnie nimi nastraszyć zwłaszcza tych widzów, dla których proces straszenia w horrorze nie sprowadza się do jump scenek. Tutaj tego „wspaniałego” efektu buuu! nie dostajemy. W zamian oferuje się nam powolne, acz niezbyt intensywne budowanie napięcia i w większość jedynie fragmenty upiorności, które notabene mają moc poruszania wyobraźni. Ale poza scenką z trupami przykrytymi całunami oraz najdosadniejszą akcją z (przepraszam, ale takie dla niektórych pewnie niesmaczne skojarzenie mnie napadło) diabelskim wydaniem biblijnego cudu z Kany Galilejskiej, właściwie nic z tego jakoś szczególnie mnie nie poruszyło. Ale i nie drażniły, jak to często bywa z filmowym „nowoczesnym straszeniem”. A raczej nieudolnymi próbami w tym kierunku. Dyskomfort emocjonalny był raczej lichy, ale grunt że dało się na to patrzeć bez złości. Gdyby tylko jeszcze fabuła była bardziej zajmująca...

A myślałam, że to będzie coś. Że Oz Perkins zabierze mnie w pełną silnych doznań podróż po mrocznym świecie braci Grimm i swoim własnym. Naprawdę miałam nadzieję na solidny horror zgrabnie rozbudowujący znaną baśń o Jasiu i Małgosi na użytek osób starszych od zwyczajowych odbiorców twórczości Grimmów. Pamiętających to uczucie, gdy po raz pierwszy zetknęli się z tą mroczną baśnią. Ten dreszczyk grozy zmieszany z fascynacją na widok (w wyobraźni) okropnej wiedźmy robiącej kuku niewinnym dzieciom. Cóż, tragedii nie było. Zachwytu niestety też nie. Kolejna niewiele wnosząca do mojej przygody z horrorem opowieść, którą obejrzałam bez potężnych emocjonalnych zgrzytów, ale i bez większego zaangażowania. Klimat niezły, fabuła gorsza. Tak „Małgosię i Jasia” sobie podsumowałam.

środa, 8 kwietnia 2020

Fiona Barton „Podejrzany”


Brytyjską opinię publiczną obiega wiadomość o zaginięciu osiemnastoletnich Alex O'Connor i Rosie Shaw, które spędzały wakacje w Tajlandii. Sprawą zajmuje się między innymi reporterka „Daily Post” Kate Waters, której udaje się zjednać sobie bliskich zaginionych dziewcząt. W sprawę angażuje się też policyjny detektyw, komisarz Bob Sparkes, który przeżywa psychiczne katusze powodowane świadomością zbliżającej się śmierci swojej chorującej na raka żony. Kate tymczasem martwi się o swojego pierworodnego syna, Jake'a, który przed dwoma laty rzucił studia i wybrał się w podróż po świecie.

Była dziennikarka „Daily Mail”, redaktorka wiadomości w „Daily Telegraph” i główna reporterka „The Mail”, Brytyjka Fiona Barton, międzynarodową sławę zyskała dzięki swojej debiutanckiej powieści, „The Widow” (pol. „Wdowa”), która swoją premierę miała w 2016 roku. Oszałamiający sukces książki utwierdził Barton w słuszności wyboru kariery powieściopisarskiej. Rok później pojawiło się pierwsze wydanie jej kolejnej powieści „The Child” (pol. „Dziecko”), drugiej odsłony cyklu z reporterką Kate Waters i detektywem policyjnym Bobem Sparkesem. „Podejrzany” (oryg. „The Suspect”, światowa premiera: 2019) to następna cegiełka tej poczytnej serii, która została zainspirowana głośną sprawą brytyjskich dziennikarzy, którzy w interesie publicznym łamali prawo. Fiona Barton zaczęła zastanawiać się nad tym, jak czują się ci konkretni przedstawiciele mediów i szerzej nad coraz częstszymi atakami wymierzanymi w dziennikarzy. W ten sposób powstał najcięższy z dotychczasowych etapów w życiu stworzonej przez nią bohaterki, Kate Waters.

Thriller „Podejrzany” pióra Fiony Barton to tylko po części opowieść o zaginięciu dwóch młodych turystek. Z tego wątku autorka wychodzi, ale jak można się spodziewać sytuacja szybko się skomplikuje. Jej zasięg znacznie się poszerzy. Autorka poruszy niektóre problemy współczesnego świata na fundamencie wyświechtanego motywu, który jednakowoż kryje parę niespodzianek. W „Podejrzanym” spotykanym się ze swoistym odwróceniem ról. Z reporterki w obiekt wzmożonego zainteresowania mediów – w takim położeniu znajdzie się znana czytelnikom Fiony Barton, reporterka „Daily Post”, Kate Waters. Kobieta przekona się, jak czują się osoby, które znalazły się na celowniku dziennikarzy. Od bohatera do zbrodniarza – i tak bywa z ludźmi, którzy stają się przedmiotem takiego, czy innego medialnego cyrku. Barton sercem jest z dziennikarzami, ale z „Podejrzanego” wnioskuję, że nie jest bezkrytycznie nastawiona do tego środowiska, że dostrzega też złe strony dziennikarstwa. Albo raczej ułomności niektórych jego przedstawicieli. W „Podejrzanym” pisze i o rzetelnym, wyważonym dziennikarstwie oraz potrzebie dochodzenia do prawdy, i o niebezpiecznym pędzie za tanią sensacją. Niebezpiecznym, bo niszczącym reputację niewinnych jednostek. Kate Waters ewidentnie nie zasłużyła sobie na nagonkę, jaką jej zgotowano. UWAGA SPOILER Oczywiście, inne zdanie na ten temat pewnie będą mieć wyznawcy teorii „jaki rodzic, takie dziecko” KONIEC SPOILERA. Inna sprawa, czy to przekonanie się w nich utrzyma. W każdym razie Barton porusza na kartach swojej trzeciej powieści problem zabawiania się w sędziów. Przez głowę detektywa Boba Sparkesa w pewnym momencie przemyka tak oto myśl: „Na szczęście to nie oni (dziennikarze i internauci) wydadzą wyrok. Strach pomyśleć, co by było, gdyby oficjalnie założyli peruki i togi”. Oficjalnie nie, ale kiepskie to pocieszenie dla osób sądzonych na łamach gazet, w telewizji i oczywiście na portalach społecznościowych. Domniemanie niewinności? A cóż to takiego? Ano jedno z tych praw obywatelskich, które w obecnych czasach praktycznie bezkarnie i porażająco notorycznie się łamie. I jakoś mało która osoba z taką lubością na prawo i lewo ferująca wyroki, zakłada, że ona może być następna. Nie, nas to nie dotyczy. Sądzić to my, a nie nas. Kate Waters wprawdzie nie jest typem reporterki parającej się „medialnymi linczami”, ale goniąc za sensacyjnymi sprawami niejednej osobie życie już trochę uprzykrzyła. Bo przecież nie każdy ceni sobie towarzystwo natrętnych dziennikarzy. Nie każdy czuje się komfortowo, gdy przedstawiciele mediów wszelkimi sposobami starają się skłonić go do rozmowy, której prywatną nazwać nie można. Kate co prawda wyspecjalizowała się w pozyskiwaniu zaufania ludzi w taki czy inny sposób zamieszanych w kryminalne sprawy, którymi zwykle się zajmuje. I robi wszystko, co w jej mocy, by ich nie zawieść. To znaczy ofiary i świadków, ale i osób, które okazują się winne nawet najcięższych zbrodni nie zwykła nie przebierając w słowach dokumentnie mieszać z błotem. Kate w swojej pracy zawsze starała się być maksymalnie rzetelna. Przekazywać tylko sprawdzone informacje i uparcie dążyć do prawdy, zamiast wzorem niektórych swoich kolegów zadowalać się soczystymi plotkami, które wprawdzie przyciągają czytelników i widzów, ale ze stanem faktycznym wiele wspólnego nie mają. Niemniej sytuacja, w jakiej niespodziewanie (dla niej samej, ale już raczej nie dla odbiorców książki, bo szczerze mówiąc już ze skrótowego opisu fabuły można ten zwrot akcji wywnioskować) się znalazła, zmusza ją do zrobienia swego rodzaju rachunku sumienia. Dostrzeżenia nie tyle własny wad, ile skutków ubocznych swojej pracy. Wad niejako wpisanych w zawód reportera śledczego. Bo pisząc o sprawach kryminalnych, choćby nie wiem, jak się starało by tego uniknąć, zawsze (a przynajmniej często) ktoś jest poszkodowany. Niekoniecznie bezpośrednio przez Kate, ale wystarczy, że nagłośni jakąś sprawę... i już zbiega się cała masa dziennikarzy zgoła inaczej podchodzących do tej pracy. Mających zupełnie inny stosunek do owej profesji od Kate Waters.

Do rozbudowy głównego wątku „Podejrzanego”, w pewnym sensie wchodząc na wyższy poziom tej kryminalnej sprawy wymyślonej na użytek tej powieści, Fiona Barton stosuje duży zbieg okoliczności. Co prawda nie nieprawdopodobny, ale to nie zmienia faktu, że w tego typu utworach wszelkie zbiegi okoliczności są przeze mnie niemile widziane. Ot, pójście po linii najmniejszego oporu. Znaczne ułatwienie sobie zadania przez pisarza/pisarkę. Tak to zazwyczaj odbieram i nie inaczej przyjęłam to tutaj. Co więcej już od zapoznania się z zarysem sprawy zaginięcia dwóch nastoletnich Brytyjek w Tajlandii, byłam właściwie pewna takiego rozwoju akcji. Aczkolwiek po cichu liczyłam na inną ścieżkę fabularną. W tej kwestii spotkał mnie więc lekki zawód, ale gdy już to nieprzyjemne odczucie przeminęło, zaczęłam dostrzegać korzyści płynące z tego, bądź co bądź, prymitywnego zagrania. Otóż, dzięki niemu mogłam bardziej zagłębić się w dużo ciekawsze aspekty tej nie tak znowu złożonej sprawy kryminalnej. Ciekawsze od zwyczajowych szczegółów na temat śledztwa prowadzonego tak przez policjantów, jak dziennikarzy. Działalność detektywa Boba Sparkesa i jego podwładnych, z sierżant Zarą Salmond na czele, w sprawie Alex O'Connor i Rosie Shaw przeplatają się z adekwatnym dochodzeniem Kate Waters i jej protegowanego Joego Jacksona, którym po piętach depczą koledzy po fachu. Motywacje Kate jednak tylko na początku pokrywają się z motywacjami pozostałych osób goniących za prawdą. Kobieta nadal chce wiedzieć co stało się w Bangkoku z Alex i Rosie, ale można powiedzieć, że interes ich rodzin nie jest już dla niej priorytetem. Główna bohaterka „Podejrzanego” zostaje zmuszona do nie tyle zmiany frontu, ile przeformułowania swoich celów. Nadal chce odkryć prawdę, ale... Chwilami nie można oprzeć się wrażeniu, że Kate kieruje się myśleniem życzeniowym, że zamiast starać się poznać prawdę, robi wszystko, co w jej mocy, by dopasować dowody i poszlaki do bardziej litościwej dla siebie wersji wydarzeń. Czy w „Podejrzanym” Fiona Barton obnaża przed fanami swojej twórczości taką stronę Kate Waters, jakiej jeszcze nie znają? Czy ta dzielna reporterka zderzy się tutaj ze sprawą, która nie tylko nam, ale również jej pokaże, że nosi w sobie cechy, o które dotychczas się nie podejrzewała? Czy Kate Waters odkryje tutaj nową, gorszą siebie? Czy może jako jedyna podąża właściwą ścieżką? Może jej uparte, acz w pełni zrozumiałe niedopuszczanie do siebie jednej z czołowych teorii śledczych i innych dziennikarzy, przysłuży się rozwiązaniu kryminalnej zagadki roztoczonej w „Podejrzanym”? Może to jeden z tych przypadków, w którym dowody i/lub poszlaki należy traktować tak swobodnie, jak z przyczyn osobistych traktuje je Kate? Tego zdradzić nie mogę, ale muszę zaznaczyć, że przewidziane przez Fionę Barton niespodzianki w tej „tajlandzkiej sprawie” spodziewanego efektu na mnie nie wywarły. Przewidywalna rzecz. Ale zdecydowanie więcej niedogodności rodził u mnie język, jakim ową rzecz spisano. Maksymalnie uproszczony i, czy to bardziej z inicjatywy tłumaczki, Agaty Ostrowskiej, czy samej autorki, poprzetykany potocznymi słowami, których ogromu wprawdzie nie odnotowałam, ale to wespół z niedbałymi opisami miejsc, wydarzeń i sytuacji wystarczyło bym musiała porządnie się postarać, aby należycie wejść w tę opowieść. Tak zupełnie wsiąknąć w „Podejrzanego” szczerze mówiąc mi się nie udało (najlepiej przyswajało mi się retrospektywne fragmenty z pobytu nastoletnich Alex O'Connor i Rosie Shaw w Bangkoku). Fiona Barton w swojej pisarskiej twórczości celuje w tematy bliskie zwykłym ludziom. Stara się i można powiedzieć, że osiąga na tym polu sukcesy, budować intrygi nieomal zwyczajne. Takie, które niekoniecznie wbiją kogoś w fotel, które raczej trudno uznać za mocno wyróżniające się w zalewie współczesnych literackich thrillerów. Nie jeśli idzie o ogólną koncepcję i narracyjne zabiegi ukierunkowane na zaskakiwanie czytelników. Warstwa obyczajowa w „Podejrzanym” też wyszukana nie jest, bo nie miała taka być. Barton znowu pisze o zwyczajnych ludziach, o fikcyjnych postaciach, które niczym nadzwyczajnym się nie odznaczają i to stanowi o ich sile. Byłaby ona jednak dużo większa, gdyby autorka poszerzyła płaszczyznę psychologiczną, jednocześnie uszczuplając warstwę kryminalną, bo niektóre kawałki z pracy śledczych wydawały mi się niepotrzebne. Takie nudnawe krążenie wokół tematów. Może i istotnych wątków w śledztwie komisarza Boba Sparkesa i jego zespołu, ale sporo z tego moim zdaniem lepiej byłoby streścić w paru zdaniach, a „zaoszczędzoną energię” przeznaczyć na pogłębienie sylwetek pierwszo- i drugoplanowych postaci. Co nie znaczy, że Barton zupełnie je zaniedbała. Da się wczuć w dynamiczną sytuację przynajmniej większości z nich. Z niektórymi bez trudu będziecie sympatyzować, a może nawet się z nimi utożsamiać, ale obawiam się, że czytelnicy nastawiający się na wnikliwe, szerokie, obfitujące w detale portrety psychologiczne swoich apetytów tak do końca nie zaspokoją. Niemniej myślę, że nawet oni zdołają co nieco w „Podejrzanym” dla siebie znaleźć.

„Podejrzany” Fiony Barton w mojej ocenie nie dorównuje jej „Wdowie” i „Dziecku”, ale też rzeczona przygoda nie okazała się dla mnie szczególnie uciążliwa. Chociaż uważam, że pazur tej brytyjskiej powieściopisarki się stępił, to nie mogę powiedzieć, że musiałam się z tym utworem dosłownie mocować. Bywały nudnawe chwile, co nieco działało na mnie drażniąco, ale w ogólnym rozrachunku nie było tragicznie. Ot, takie czytadełko, wprawdzie niepozbawione głębszych treści, ale i niebędące jakąś szczególnie wnikliwą analizą niektórych problemów współczesnego świata oraz zachowań ludzi znajdujących się w niewygodnym położeniu. To wszystko znajdujemy w „Podejrzanym”, ale moim zdaniem autorka nie wyczerpujące potencjału drzemiącego w tych tematach. Taki zwyczajny dreszczowiec, który przeze mnie zapamiętany nie zostanie, ale jako taka przeciętna rozrywka na jeden raz w sumie się nadał. Ujdzie w tłoku.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Zakupy


Przyszedł mój ulubiony dzień tygodnia (tak, tak, poniedziałek), a wraz z nim wyczekiwana paczuszka. Trochę późno się szarpnęłam, ale grunt, że już są. Powieść „Babski wieczór” Jacka Ketchuma i zbiorek opowiadań pt. „Zaburzenia snu” stworzony przez Jacka Ketchuma i Edwarda Lee. Nic, tylko zostać w domu:)