Stronki na blogu

środa, 16 września 2020

„The Barge People” (2018)

 

Mark organizuje weekend na angielskiej wsi dla siebie, swojej dziewczyny Kat oraz jej siostry Sophie i jej nowego chłopaka Bena. Nocować mają na wynajętej barce, którą podróżują. Po drodze narażają się miejscowej parze, a wieczorem udają się do podrzędnego pubu prowadzonego przez starszą kobietę. Nie wiedzą jeszcze, że okolica, w którą się zapuścili jest zamieszkana przez zmutowane stworzenia żywiące się ludzkim mięsem. Po części ludzi, po części ryby, szkaradne istoty, które już niebawem przypuszczą zmasowany atak na niczego nieświadomych turystów.

Niskobudżetowy brytyjski survival horror „The Barge People” (inny tytuł: „Mutant River”) to dziełko Charliego Steedsa, twórcy między innymi „Escape from Cannibal Farm”, filmu inspirowanego „Teksańską masakrą piłą mechaniczną”. Tym razem scenariusz napisał początkujący w pełnym metrażu Christopher Lombard, który podobnie jak podczas kręcenia Steeds, znajdował się pod silnym wpływem „Wzgórza mają oczy”, oryginału Wesa Cravena i remake'u Alexandre'a Aja, oraz „Długiego weekendu” Colina Egglestona. Reżyser „The Barge People” wyjawił, że w pierwotnej wersji scenariusza mutanty były skrojone na modłę „Drogi bez powrotu” Roba Schmidta. On postanowił jednak odejść od tej koncepcji na rzecz czegoś mniej spotykanego. Czyli nadać antybohaterom rybi wygląd. Film kręcono na wiejskich terenach Kornwalii przy zdradliwej pogodzie, która niepozostała bez wpływu na ostateczny kształt filmu. Ujęcia kanału powstawały w Bradford Upon Avon w hrabstwie Wiltshire.

Charlie Steeds o swoim „The Barge People” mówi, że to horror klasy B w stylu retro, który ma przypominać czasy, gdy najlepsze filmy grozy „znajdowano w zniszczonych pudełkach VHS na zakurzonych górnych półkach wypożyczalni wideo”. I rzeczywiście, niniejsza pozycja przywołuje ducha tanich horrorów z lat 70-tych i 80-tych XX wieku. Czołówka i napisy końcowe wyglądają jak żywcem wyjęte z produkcji z tamtych dekad, ale to szczegół. Ważniejsze to, co pomiędzy. Utrzymana w dość obskurnym klimacie opowieść, która poniekąd przenosi nas do złotej ery niskobudżetowych horrorowych rąbanek. Przybrudzone zdjęcia, patetyczne przemówienia manierycznych, często boleśnie egzaltowanych postaci, gumowe maski i prościutka opowieści osadzona na angielskiej prowincji. Kolejna tragiczna w skutkach wycieczka grupy osób, która chciała tylko przyjemnie spędzić weekend. Backwoods horror, survival o zmutowanych osobnikach żywiących się ludzkim mięsem. Steeds i jego ekipa nie próbowali ukryć niedostatków finansowych. Starali się raczej zrobić z tego walor. A przynajmniej chcieli, by tak to wypadło w oczach fanów XX-wiecznych tanich rąbanek, ceniących sobie te niechlujne klimaty. Duszne, brudne, wyprane z żywych kolorów, niezapomniane widowiska, z których wiele złotymi literami zapisało się w historii gatunku. Czy starania filmowców pracujących nad „The Barge People” dały mi zadowalające efekty? I tak, i nie. Bo choć rzeczony obraz istotnie przywoływał cenne wspomnienia siekaniny z dawnych lat, to ów pozorowany powrót do przeszłości, zakłócała denerwująca maniera spotykana w nowszych obrazach nakręconych niewielkim kosztem. Nie wszystkich, ale ten rodzaj technicznej tandety, podobne kadrowanie i montaż, prędzej znajdziemy we współczesnym kinie grozy klasy B niż w XX-wiecznych obrazach. Kolorystyka zdjęć, przyblakłe, dość obskurne kadry wraz ze zróżnicowaną, celowo niezharmonizowaną ścieżką dźwiękową (wesołe, sielankowe kompozycje i nerwowe, groźne nuty zwiastujące rychłe nieszczęścia, ale i akompaniujące bezpośrednim starciom ludzi z ludźmi-rybami) owszem tworzą jak najbardziej pożądany przeze mnie retro klimacik. Do tego praktyczne i trochę kiczowate efekty specjalne oraz prościutki scenariusz. Tak, można się poczuć, jakby oglądało się tani horror z dawnych lat. Gdyby jeszcze raz po raz nie wybijano mnie z tego rytmu zdecydowanie bardziej dzisiejszymi technicznymi niedociągnięciami. Te kąty nachylenia kamer, to chaotyczne podawanie właściwie każdej walki na śmierć i życie, która rozegra się w przeciągu tych niespełna osiemdziesięciu minut, bo zaledwie tyle zajmuje ta standardowa historyjka. Chyba że za przejaw kreatywności uznać mutantów mieszkających i żerujących w pobliżu kanału, którym podróżują stereotypowi bohaterowie „The Barge People”. Którzy oczywiście już wkrótce będą musieli zmierzyć się z rybimi ludźmi. Kazirodczą rodzinką. UWAGA SPOILER Wszystko wskazuje jednak na to, że za mutacje ich genów (swoją drogą wśród nich jest też człowiek-szczur) odpowiadają odpady biochemiczne, nieodpowiedzialnie wyrzucane w lasach przez jakiegoś przedsiębiorcę, co można potraktować jako komentarz na temat destrukcyjnego wpływu człowieka na środowisko. „The Barge People” jest więc także eko horrorem, ale na pewno nie tak pełnokrwistym, jak jeden z inspiratorów owego dziełka, czyli „Długi weekend”, ponadczasowy horror Colina Egglestona KONIEC SPOILERA. W „The Barge People” odnajdujemy również krytykę konsumpcjonizmu i konformizmu. Pochwałę wiejskiego, prostego życia, bez tego nieustającego pędu za mamoną, tak powszechnego w wielkich miastach państw kapitalistycznych. I otaczania się rzeczami, których tak naprawdę nie potrzebujemy, ale wiadomo kolorowe reklamy robią swoje, tak samo zresztą jak i presja środowiska i bezrozumne współzawodnictwo (muszę mieć więcej od sąsiada). Twórcy nie zagłębiają się wprawdzie w te aspekty scenariusza, ale Mark artykułuje to na tyle dobitnie, by można było potraktować owe słowa jako przesłanie od twórców. Jedno z dwóch, przy czym to drugie niewątpliwie pozostaje w związku z obserwacjami Marka na temat życia w kapitalistycznych metropoliach, poczynionymi na barce jeszcze przed spodziewaną rzezią.

Zaprzyjaźniona z reżyserem „The Barge People” Charliem Steedsem, aktorka Kate Davies-Speak (która wcześniej zagrała w jego „Escape from Cannibal Farm”) wciela się tutaj w postać Kat, domniemanej final girl, która w przeciwieństwie do swojego chłopaka Marka, nie marzy o życiu na wsi. Jest mieszczuchem z krwi i kości, ale entuzjastycznie podchodzi do pomysłu mężczyzny na spędzenie weekendu na prowincji. Jej młodsza siostra, Sophie, podziela jej entuzjazm, ale już jej chłopak Ben nie ukrywa, że wolałby być gdzie indziej. Podczas gdy przyjaźnie usposobiony Mark jest zdecydowanym przeciwnikiem tak zwanego „wyścigu szczurów”, Ben z ochotą bierze w nim udział. Ot, yuppie, któremu w głowie przede wszystkim robienie kariery, i który nie ogląda się na innych. Zależy mu co prawda na Sophie, ale najwyraźniej nie jest typem człowieka, który potrzeby partnerki stawia ponad własnymi. Dba przede wszystkim o siebie, ale zdarza mu się iść też na małe ustępstwa. Ta wycieczka na przykład. Ben chciał spędzić ten weekend inaczej (tylko z Sophie i gdzie indziej), ale uległ jej namowom, bo bardzo zależało mu na jej towarzystwie. A ona była zdecydowana spędzić ten czas z dawno niewidzianą siostrą. Poukładaną, odpowiedzialną Kat (jak w archetypowym modelu final girl), która robi wszystko, co w jej mocy, by dusić w zarodku wszelkie konflikty na barce. Zachowanie Bena nawet dla niej, specjalistki od wprowadzania dobrej atmosfery w grupie, okazuje się sporym wyzwaniem. Nawet jej zdarza się tracić cierpliwość w kontaktach z tym narcystycznym, konfliktowym, aroganckim nowo poznanym człowiekiem. I to w zasadzie byłoby tyle, jeśli chodzi o grupę ludzi, która wybiera się na wycieczkę. Dobrze, trochę informacji pominęłam, ale nie spodziewajcie się znacznego poszerzenia ich portretów. W tym punkcie twórcy „The Barge People” także, widać, chcieli być wierni tradycji. Albo inaczej: skorzystać ze sprawdzonych już w XX-wiecznym kinie - głównie slasherowym, ale nie tylko - modeli osobowości postaci, które mają stać się zwierzyną łowną. Tym razem dla zmutowanych osobników, które raczej nie przypominają kanibali ze „Wzgórza mają oczy”, pierwowzoru Wesa Cravena i remake'u Alexandre'a Aja, które to stanowiły jedne z głównych źródeł inspiracji scenarzysty „The Barge People”, Christophera Lombarda, ale i reżysera Charliego Steedsa. Szkielet fabularny jest jednak dość podobny: żywiąca się ludzkim mięsem zmutowana rodzinka żerująca na zacisznym terenie. Nie pustynnym, tylko leśnym, co z kolei pasuje do innej produkcji, z której Lombard bez wątpienia też czerpał. A mianowicie „Drogi bez powrotu” Roba Schmidta, która na tyle mocno przypomina „Wzgórza mają oczy”, że przez jakiś czas tej pewności mi brakowało. Ale scena z kierowcą pozbawiła mnie wątpliwości. Obiektywnie rzecz biorąc nieszczególnie charakterystyczny to akcent, ale w połączeniu z leśną głuszą, wystarczyło bym nabrała przekonania, że twórcy mieli na uwadze nie tylko „Wzgórza mają oczy” (i jak twierdzi reżyser „Długi weekend”, ale ja tam dobitnych skrętów w tę stronę nie odnotowałam), ale również „Drogę bez powrotu”. UWAGA SPOILER Tym, co łączy „The Barge People” ze „Wzgórza mają oczy” są też jaskinie i - tutaj jest też połączenie z franczyzą „Drogi bez powrotu” - współpraca mutantów tym razem z dwójką niezmutowanych ludzi, czy to tylko uważających się za ich krewnych, czy w istocie nimi będących. To chyba miał być zaskakujący zwrot akcji... bez komentarza KONIEC SPOILERA. Z kolei otwarcie, zdjęcia stylizowane na archiwalne, nasunęły mi na myśl remake „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” (2003). Ach, i jeszcze jedna z zasad Randy'ego z „Krzyku” Wesa Cravena („zaraz wracam”). Zasad doskonale znanych chyba każdemu oddanemu miłośnikowi krwawych/umiarkowanie krwawych horrorów. Po w miarę klimatycznym „wieczorku zapoznawczym”, także z paroma tubylcami przychodzi pora na rzeź, na wstępie zdaje się, też inspirowaną filmem „Wzgórza mają oczy”. Z lekka. W każdym razie od tego momentu moje i tak nie za wielkie zainteresowanie tylko słabło. Pościgi, natchnione, wymuszone i zupełnie nie na miejscu przemówienia zaszczutych postaci i trochę gore. W sumie to mam na myśli gównie chlapanie czerwoną substancją niezbyt dobrze imitującą krew i troszkę odciętych kończyn, którym nie można się dokładnie przyjrzeć, bo zamyka się to w nader szybkich migawkach. A widok podziurawionych zwłok? Pełno czerwonych plam i tyle. Ran nie zauważyłam. Większość śmiertelnych uderzeń „nie załapało się w kadr”, ale nie to było dla mnie największym problem. Gorsza była zawrotna prędkość, jaką nadano dalszej partii „The Barge People”. Wcześniej jeszcze docierało do mnie jakieś tam niewielkie, ale zawsze, napięcie. Uwidaczniała się też jakaś dbałość twórców o stosowną oprawę wizualną - przybrudzoną, przymgloną atmosferę nawiązującą do starych dobrych horrorowych rąbanek - a kiedy „zrobiło się gorąco”, po nastaniu ciemności, ostała się już tylko beznamiętna bieganina po lesie i dość oszczędna, a przy tym nieprzekonująca siekanina. Na marginesie: z ran zadanych ludziom-rybom wydobywa się zielonkawa substancja, zazwyczaj tryska jak z gejzeru.

Szkoda, że wyszło jak wyszło, bo początkowe sceny survival horroru „The Barge People” Charliego Steedsa obiecywały znośny filmik utrzymany w klimacie retro. Nie zaraz doskonały, ale przynajmniej dający się bez bólu obejrzeć, dość obskurny obraz o zmutowanej rodzince polującej głównie na przyjezdnych, na pewnej angielskiej prowincji. Prosta to opowieść pomyślana jako hołd dla między innymi oryginału i remake'u „Wzgórza mają oczy”. Prosta i trochę naiwna, miejscami boleśnie patetyczna historia o ludziach walcząc o życie w leśnej głuszy i przy tym nie zawsze działających w zgodzie z logiką (panika w końcu nie sprzyja myśleniu), co pewnie także miało być ukłonem w stronę tradycji. To w końcu znany, ale już niestety mniej lubiany (nie przeze mnie) element konwencji horrorowych rąbanek, ze wskazaniem na slashery. Tak czy inaczej nie poleciłabym tej brytyjskiej niskobudżetówki nawet wielkim fanom takich brudnawych klimatów w stylu retro. Za bardzo się na tym umęczyłam, żeby chcieć to komukolwiek rekomendować. A przecież potencjał był...

poniedziałek, 14 września 2020

„The Owners” (2020)

 

Nathan, Gaz i Terry włamują się do domu starszego małżeństwa, Richarda i Ellen Hugginsów, w czasie ich nieobecności. Chcą opróżnić sejf, który jak wiedzą, znajduje się gdzieś w budynku. Udaje im się odnaleźć sejf, ale nie potrafią go otworzyć, decydują się więc zaczekać na właścicieli i zmusić ich do wyjawienia kodu. Dołącza do nich przez cały czas czekająca na zewnątrz Mary, dziewczyna Nathana, która jest przeciwna całej tej akcji. Kiedy Hugginsowie przybywają do domu, Nathan i Gaz groźbą próbują uzyskać od Richarda pożądane informacje, a kiedy to nie przynosi rezultatów, zaczynają rozważać bardziej zdecydowane środki. Sterroryzowani przez nich starsi ludzie tymczasem zachowują się dość osobliwie i coraz bardziej podejrzanie.

Brytyjsko-kanadyjski pełnometrażowy debiut reżyserski Juliusa Berga, thriller z nurtu home invasion pod tytułem „The Owners”, powstał na podstawie pierwotnie wydanego w 2011 roku komiksu „Une Nuit de pleine lune” Harmanna Huppena i jego syna Yvesa Huppena. Scenariusz napisali Julius Berg, Mathieu Gompel i Geoff Cox, zmieniając między innymi zakończenie na, jak twierdzi reżyser, bardziej zaskakujące. Zdjęcia rozpoczęto w maju 2019 roku. Większość scen powstawała w wiktoriańskiej rezydencji w hrabstwie Kent, w odludnej okolicy. Pytany o ulubione filmy, Julius Berg wymienia „Obcego – 8. pasażera Nostromo” Ridleya Scotta, „Szczęki” Stevena Spielberga oraz „Suspirię” - oryginał w reżyserii Dario Argento i remake Luki Guadagnino.

Niektórzy widzowie w „The Owners” Juliusa Berga dopatrzyli się podobieństw do „Nie oddychaj” Fede Alvareza. Ja natomiast podczas seansu omawianego obrazu myślałam o „Złoczyńcach” Dana Berka i Roberta Olsena. Nie ośmielę się jednak zarzucać twórcom „The Owners” kopiowania z tamtego obrazu, ponieważ nie wiem, w jakim stopniu trzymano się treści komiksu „Une Nuit de pleine lune”, który został wydany lata przed „Złoczyńcami”. I „Nie oddychaj”, skoro już o tym mowa. W każdym razie „The Owners” to kolejny dreszczowiec oparty na motywie bezpardonowego wejścia grupy ludzi do cudzego domu, tym razem w celach rabunkowych. Oczywiście widzieliśmy to już choćby we wspomnianym „Nie oddychaj”, więc Julius Berg i Mathieu Gompel nie zawiązują akcji w niekonwencjonalny sposób. Właściwie to cała ta opowieść podąża utartym już w kinie torem. Buduje się na motywie, który w home invasion już zdążył się zadomowić, co nie znaczy, że scenarzyści czerpali z podobnych filmów, bo ten wątek został zaczerpnięty z komiksu „Une Nuit de pleine lune”. Młodzi ludzie włamują się do domu starszego małżeństwa po to, by dobrać się do zawartości ich sejfu. Po krótkich poszukiwaniach – połączonych z niszczeniem cudzego mienia - odnajdują sejf w piwnicy, gdzie trochę później zaciągną właścicieli w przekonaniu, że szybciutko wyjawią im kod dostępu. Z jakiegoś jednak powodu doktor Richard Huggins nie chce spełnić żądania włamywaczy. Nawet pod groźbą okaleczenia jego ukochanej żony, bez wątpienia chorej psychicznie Ellen. Dlaczego porywa się na takie ryzyko? Czyżby pieniądze były dla niego ważniejsze od kobiety, którą ponad wszelką wątpliwość darzy miłością? A może on też nie jest okazem zdrowia psychicznego – może Richardowi, tak jak Ellen, też wszystko się miesza? Wątpliwości, wątpliwości... UWAGA SPOILER Pod warunkiem, że nie widziało się „Złoczyńców” Dana Berka i Roberta Olsena, bo obawiam się, że osoby, którym ten film jest znany natychmiast rozszyfrują „tajemnicę sejfu Hugginsów” KONIEC SPOILERA. Największym wabikiem na część widzów była Maisie Williams – aktorka wcielająca się w postać Mary – ale według mnie Sylvester McCoy i Rita Tushingham zostawili daleko w tyle wszystkich pozostałych członków obsady. Role Richarda i Ellen niewątpliwie dawały największe pole do popisu, ale nie da się zaprzeczyć, że wymagały też sporego talentu. Wiele zależało od warsztatu aktorów wcielających się w Hugginsów, bo łatwo było popaść w śmieszność, sprowadzić te barwne osobowości do niepotrzebnego absurdu. Stworzyć irytujące karykatury, żałosne parodie tej dwójki (swoją drogą film ów mimo wszystko ma w sobie jakieś delikatne komediowe zacięcia – nie wiem, czy zamierzone, ale nie powiem, że źle to przyjmowałam: takiego wariactwa nigdy dość). Pary, moim zdaniem, niosącej tę opowieść. Bez nich, co zresztą można zauważyć w pierwszym „akcie”, „The Owners” najprawdopodobniej porażałby nijakością. Julius Berg powiedział, że zależało mu na wszechstronnych postaciach, że budując charaktery państwa Hugginsów miał przed oczami między innymi Kathy Bates w jej oscarowej kreacji Annie Wilkes z „Misery” Roba Reinera, kultowego filmu opartego na powieści Stephena Kinga pod tym samym tytułem. Tak daleko idących porównań wprawdzie bym nie czyniła, ale Richard i Ellen moją uwagę absolutnie skradli. A gdybym już miała ich do kogoś przyrównać, to postawiłam na George'a i Glorię ze wspomnianych już „Złoczyńców”. Na pewno nie szaloną byłą pielęgniarkę z „Misery”. Ale o ile w „Złoczyńcach” po obu stronach tej umownej barykady miałam dość widowiskowe sylwetki, to już młodzi włamywacze z „The Owners” okazali się zbyt płascy. No może poza Terrym, który, podobnie jak Mary, nie pali się do pomysłu obrobienia starszego małżeństwa, które zatrudnia jego matkę w charakterze sprzątaczki. Otyły młody człowiek, któremu „dobrze z oczu patrzy”, ale który niestety nie ma siły przebicia w grupie. Liderem w teorii jest Nathan, chłopak Mary, ale w praktyce zazwyczaj ulega zgubnym podszeptom Gaza. Najbardziej agresywnego gościa w tej niewesołej ferajnie. Człowieka, który zdaje się zrobi absolutnie wszystko, by uzyskać kod dostępu do sejfu Hugginsów.

Prawie całą akcję „The Owners” zamknięto w położonym na odludziu, przestronnym domu, w którym zgodnie z tradycją znajduje się, przynajmniej w zamyśle, jeden sekretny punkt. A mianowicie wnętrze sejfu, cenna zawartość skrytki znajdującej się w nie tak znowu mrocznej piwnicy. Mrok w „The Owners” Juliusa Berga nie jest bowiem mocno zagęszczony. Klimat raczej nie okaże się duszący dla długoletnich miłośników kina grozy, a i pewnie niektórzy tak zwani niedzielni odbiorcy thrillerów i horrorów nie poczują się szczególnie nieswojo w tej stonowanej aurze. Niezbyt intensywnej, aczkolwiek nie można powiedzieć, że ciemności i ponurości w ogóle nie zaglądają do domostwa Hugginsów. Z lekka klaustrofobicznie można się tutaj poczuć, ale efekt byłby dużo lepszy, gdyby celowano, że tak to ujmę, w mniej trywialną kolorystykę. Plastikowej oprawy wizualnej na szczęście udało się uniknąć, ale i takimi, bądź co bądź, też ugrzecznionymi (choć już nie tak bardzo) klimatami współczesne kino również obfituje. Mimo wszystko jakieś tam emocje „The Owners” mi dostarczył. W pewnym (niewysokim) napięciu pierwszy pełnometrażowy film Juliusa Berga w sumie trzymał. Ale, z wyjątkiem naprawdę widowiskowych kreacji Sylvestra McCoya i Rity Tushingham, niczego ta przygoda w moje życie nie wniosła. Doświadczenie jakich wiele w szeroko pojętym kinie grozy. Pospolite home invasion, jedynie wyżej wyszczególnionymi aktorskimi występami pretendujące do czegoś, co miałoby szansę ostać się w pamięci widzów. W każdym razie tych, którzy mają już za sobą trochę produkcji spod znaku home invasion, bo wydaje mi się, że pozostali mają większą szansę chociażby na zaskakujący rozwój sytuacji. Nie mówię o odwróceniu ról, bo Julius Berg nawet w swoich wypowiedziach na temat filmu nie ukrywał, że z tego rodzaju, wykorzystywaną już w home invasion, sytuacją zderzy nas w swoim pełnometrażowym debiucie. Zresztą już chwilę po przekroczeniu przez Hugginsów progu ich domu, gdzie zastają grupkę doprawdy nieudolnie zamaskowanych intruzów, staje się jasne, że coś z tymi ludźmi jest mocno nie tak. Że nie są oni tak zupełnie bezbronni, jak zakładają ich oprawcy. I w pełni władz umysłowych. Już wcześniej dowiadujemy się, że ich jedyna córka zmarła jakiś czas temu, a z zachowania Ellen można wywnioskować, że właśnie ta tragedia pomieszała jej zmysły. Negatywnie odbiła się na jej psychice. Doprowadziła ją do jakiejś choroby psychicznej, która sprawia, że jest całkowicie zdana na swojego męża Richarda. Tak się wydaje. Wygląda też na to, że jej jedyny opiekun, ukochany małżonek i czynny lekarz, też jest trochę niezrównoważony. A przynajmniej nie zachowuje się, jak ktoś godny najwyższego zaufania. Jak typowa ofiara przemocy. Bo właściciele feralnego domu przycupniętego w malowniczej, zielonej okolicy, gdzie w zasięgu wzroku nie ma innych zabudowań, faktycznie stają się ofiarami przemocy. Włamywacze związują ich i coraz bardziej zdecydowanie starają się ich zastraszyć. A to obcięciem palca Ellen nożem technicznym (do kartonów, do tapet), a to potraktowaniem jej piłą obrotową... Warstwa gore, jak na współczesny thriller przystało, nie jest zbyt rozbudowana, ale też nie można nazwać „The Owners” filmem bezkrwawym. Trochę substancji udanie imitującej posokę się poleje. Do tego parę (niewiele) szybkich zbliżeń na przekonująco się prezentujące rany, które jednak nie powinny wzbudzić słusznego wstrętu przynajmniej u osób zaprawionych w krwawych obrazach. Może poza zmiażdżoną czaszką... Nie, obawiam się, że nawet ten najbardziej makabryczny widok, nie wstrząśnie osobami, które przywykły do drastyczniejszego kina. Ale czy będą tego wymagać? Ja w każdym razie nie tęskniłam do jeszcze śmielszych rozwiązań. Nie odczuwałam uciążliwego braku makabrycznych efektów specjalnych, bo i nie tego spodziewam się po home invasion. Pragnęłam tylko trzymającego w napięciu, klimatycznego i wciągającego widowiska. Już niekoniecznie nieprzewidywalnego, ale to chyba lekka przesada. No dobrze, wątek Terry'ego tchnął może nie od razu świeżością, ale... może poprzestańmy na tym, że była to jedyna odnoga w scenariuszu poświęcona młodym włamywaczom, która mocniej przykuła mnie do ekranu. Bo na wszystko inne, włącznie z szarżami Mary, patrzyłam w sumie bez większych wzruszeń. Ot, prawie beznamiętne klepanie ogranych formułek. Schematycznych rozwiązań, stereotypowych, jednowymiarowych postaci, do których jednakże nie włączyłabym Richarda i Ellen Hugginsów oraz Terry'ego, ale w tym ostatnim przypadku już nie tak zdecydowanie. W „The Owners” najbardziej jednak brakowało mi tajemniczości. Jakiejś intrygującej zagadki, nad którą mogłabym się zastanawiać podczas tej dość standardowej potyczki właścicieli domu z nieproszonymi gośćmi. Bo jedyną zagadką było przyjęcie niestandardowych proporcji obrazu w przedostatnim „rozdziale”. Nie znajduję uzasadniania dla tego zabiegu. Poza tym, że twórcy chcieli się czymś wyróżnić. Poeksperymentować (pokazać jacy to jesteśmy artyści?), choćby nawet nie miało to sensownej podstawy. To znaczy ja takowej nie dostrzegam, ale może komuś uda się znaleźć lepsze uzasadnienie dla tego, jak by nie patrzeć, dezorientującego posunięcia.

Gdyby nie widowiskowe występy Sylvestra McCoya i Rity Tushingtam w doprawdy ciekawie rozpisanych rolach, to powiedziałabym, że „The Owners”, debiutancki pełnometrażowy obraz Juliusa Berga to jeden z tych thrillerów, który można sobie spokojnie odpuścić. A tak... Nie bardzo wiem, jak to ugryźć. Bo z jednej strony mamy tu raczej przewidywalną, schematyczną historyjkę. Nieszczególnie mroczną, niezbyt emocjonującą opowieść spod znaku home invasion. Ale z drugiej strony możemy zobaczyć, nawet jeśli nie oryginalne, to i tak nieprzeciętne dwie postacie, które chyba trzeba poznać. Tak mi się wydaje, ale poza tym cudów chyba lepiej się nie spodziewać. Zwłaszcza jeśli zdążyło się już zobaczyć trochę filmowych pozycji spod szyldu home invasion.

sobota, 12 września 2020

Camilla Läckberg „Srebrne skrzydła”

 

Recenzja przedpremierowa

Zawiera spoilery „Złotej klatki” Camilli Läckberg


Faye Adelheim szykuje się do wprowadzenia na rynek amerykański założonej przez siebie prosperującej firmy kosmetycznej o nazwie Revenge. Nieoczekiwanie dowiaduje się, że ktoś jest w trakcie przeprowadzania wrogiego przejęcia jej działalności gospodarczej. Nie wie, kto spiskuje przeciwko niej i dlaczego, ale wszystko wskazuje na to, że nie ma wiele czasu na przedsięwzięcie kroków, które zapobiegną utracie jej biznesowego dziecka. Ale to nie koniec jej problemów. Okazuje się bowiem, że policjantka ze Sztokholmu, Yvonne Ingvarsson, nie wierzy w wersję, którą Faye jakiś czas temu przedstawiła policji w sprawie rzekomej śmierci jej córki Julienne. Posiada też inne drażliwe informacje na jej temat i najwyraźniej szuka dowodów na poparcie swoich podejrzeń. Jeśli takowe znajdzie, Faye straci wszystko.

Srebrne skrzydła” (oryg. „Vingar av silver”) to druga odsłona cyklu pióra popularnej szwedzkiej pisarki, Camilli Läckberg, funkcjonującego pod nazwą „Faye” (oryg. „Fayes hämnd”), zapoczątkowanego w 2019 roku powieścią „Złota klatka”. Powieścią zemsty, która miała być hołdem dla szczególnie popularnej w latach 80-tych XX wieku literatury zwanej tantsnusk: utworów romantyczno-obyczajowych charakteryzujących się dość szczegółowymi opisami aktów miłosnych. Imię głównej bohaterki miało być ukłonem w stronę Fay Weldon, autorki między innymi feministycznej powieści „Diablica”, przeniesionej na ekran w 1989 roku przez Susan Seidelman. Książki, do której Läckberg nawiązuje w „Złotej klatce”. Planowo „Faye” miała być dylogią, ale finał „Srebrnych skrzydeł” - po raz pierwszy wydanych w 2020 roku – wskazuje na to, że Faye Adelheim jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa.

Thriller psychologiczny z nurtu revenge, powieść feministyczna i historia miłosna w jednym. Taki jest dalszy ciąg opowieści o Faye Adelheim, kobiecie, która po latach piekła zgotowanego przez męża Jacka - bogatego finansistę, właściciela potężnej firmy i ojca ich kilkuletniej córeczki Julienne - wreszcie zaczęła oddychać pełną piersią. Jej misterny plan się powiódł: Jack trafił do więzienia za zbrodnię, której nie popełnił, a założona przez nią firma kosmetyczna odniosła ogromny sukces. Córka i matka są bezpieczne we Włoszech, a Faye koncentruje się na wprowadzeniu swojego biznesu na rynek amerykański. Wymaga to powrotu do Sztokholmu, gdzie znajduje się siedziba jej firmy. Firmy, którą założyła, i na czele zarządu której stoi. Nie ma jednak większości udziałów, bo wspaniałomyślnie obdzieliła nimi mnóstwo kobiet, którym zaufała. A teraz może tego gorzko pożałować, bo ktoś zaczął skupować całe pakiety udziałów firmy Revenge. Faye i jedyna jej pracownica wtajemniczona w jej mroczny sekret dotyczący Jacka, nie mają wątpliwości, że celem wroga jest przejęcie biznesu stworzonego od zera przez główną bohaterkę „Srebrnych skrzydeł”. Albo antybohaterkę, bo różnie można Faye, a wcześniej Matildę odbierać. W drugiej odsłonie swojego feministycznego cyklu literackiego Camilla Läckberg przybliża nam traumatyczne dzieciństwo czołowej postaci w miejscowości Fjällbacka, gdzie sama się wychowała i gdzie umieściła akcję swojej poczytnej powieściowej serii kryminalnej z Patrikiem Hedströmem i Ericą Falck. Od czasu do czasu przenosimy się w przeszłość, by dzielić smutki z małą dziewczynką wzrastającą w patologii. Nadużywający alkoholu ojciec od kiedy Matilda, później Faye, sięga pamięcią, maltretował jej ukochaną matkę. Mając trzynaście lat Matilda myślała, że poznała już wszystkie odcienie życia, że wejrzała już w taki mrok, z jakim zapewne już nigdy się nie zetknie. Ten rok pokaże jej jednak, zawsze może być gorzej. Tego roku przejdzie przez jeszcze większe męki niż dotychczas. Przeżyje koszmar, który w pewnym sensie ją ukształtuje. To w tej małej miejscowości, wiele lat wcześniej, w głównej bohaterce „Srebrnych skrzydeł” dokona się zmiana. Zostaną położone fundamenty, na których dużo później wyrośnie „szwedzka ikona feminizmu”. Najpierw, jak wiemy ze „Złotej klatki” Camilli Läckberg, Faye Adelheim przeżyje kolejne piekło zgotowane jej przez własnej męża, Jacka. Następnego mężczyznę w jej życiu, który osłabił jej wiarę w cały rodzaj męski. Ale teraz, gdy Jack na skutek jej odwetowych (i nielegalnych) działań siedzi w więzieniu, Faye dostaje wreszcie szansę na odzyskanie dawno utraconej wiary w mężczyzn. Nie wszystkich, to jasne, ale czołowa postać „Srebrnych skrzydeł” teraz może przynajmniej na własnej skórze przekonać się, że nie wszyscy faceci to despoci. Nowo poznany David Schiller zdaje się być zupełnym przeciwieństwem jej ojca i męża. Troskliwy, kochający człowiek, dla którego równość płci jest czymś zupełnie naturalnym, który nie potrafi sobie nawet wyobrazić, że mógłby patrzeć z góry na jakąkolwiek kobietę. Nic więc dziwnego, że Davidowi udaje się zdobyć serce tak okrutnie przecież doświadczonej przez paru mężczyzn kobiety. Zaprzysięgłej feministki, która nauczyła się, że aby przetrwać w męskim świecie, czasami trzeba działać wbrew prawu. W każdym razie w takim przekonaniu żyje ona: kobieta, która zapewniła swojemu mężowi odsiadkę, za zbrodnię, której nie popełnił. I bynajmniej nie było to największe przestępstwo w jej życiu. Co więcej, możliwe, że już wkrótce Faye będzie musiała znowu zaryzykować konflikt z wymiarem sprawiedliwości. Bo problemy się piętrzą i każdy kolejny jest większy od poprzedniego. Życie Faye trzęsie się w posadach i wystarczy najmniejszy błąd z jej strony, żeby stracić wszystko, na co tak ciężko pracowała. Firmę, bliskich i wolność.

Srebrne skrzydła” to kolejny, po „Złotej klatce”, donośny głos Camilla Läckberg w odwiecznej debacie na temat pozycji kobiet i mężczyzn w niby postępowym świecie. Kolejne zdecydowane wejście, w formie powieści, szwedzkiej pisarki w tak zwaną wojnę płci. Zajęcie jasnego stanowiska - oczywiście stanięcie po stronie kobiet. Kobiet niemiłosiernie krzywdzonych przez mężczyzn, którzy mają powody sądzić, że ujdzie im to na sucho. Bo system, jak wspomina Läckberg, jest niewydolny w kwestii przemocy mężczyzn wobec kobiet. Faye Adelheim w każdym razie żyje w takim przekonaniu właściwie od zawsze. Już w dzieciństwie bowiem miała okazję przekonać się, że społeczeństwo wyspecjalizowało się w odwracaniu wzroku od przemocy domowej. W tamtych czasach, w jej rodzinnej miejscowości, panowała właśnie taka znieczulica społeczna. Zmowa milczenia, która można spokojnie założyć, doprowadziła do eskalacji przemocy w rodzinie Faye. Wprawdzie przydałoby się rzecz pogłębić, zdecydowanie bardziej rozwinąć, ale muszę przyznać, że operującej prostym stylem Läckberg i tak udało się wykreślić wzruszający obraz nieletniej dziewczynki i jej ukochanej matki zamkniętych w spirali przemocy, z której zdaje się nikt z zewnątrz nie zechce ich wyrwać. Obraz społecznej znieczulicy, który w świecie przedstawionym w „Srebrnych skrzydłach” dotyczy przeszłości głównej postaci. Retrospekcje spisano w pierwszej osobie, z perspektywy tejże jeszcze dziewczynki, podczas gdy umowna rzeczywistość Faye została podana w trzeciej osobie. Wątków w omawianej publikacji jest dość sporo – od traumatycznego dzieciństwa Faye, przez obecnie przeprowadzane wrogie przejęcie jej firmy, które wraz ze swoimi sojuszniczkami stara się powstrzymać oraz jej romans z nowo poznanym Davidem Schillerem, po prywatne śledztwo policjantki ze Sztokholmu, która stara się znaleźć dowody na poparcie swoich, skądinąd słusznych, podejrzeń względem Faye oraz inne śmiertelnie groźne następstwa nielegalnych poczynań Faye kosztem między innymi Jacka. Nielegalnych, ale bez wątpienia rozgrzeszanych przez autorkę. To znaczy Läckberg stara się zmusić czytelnika do stanowczego opowiedzenia się po stronie pierwszoplanowej postaci. Kobiety wyzwolonej, która wreszcie trafiła na odpowiedniego mężczyznę. I choć David w niczym nie przypomina Jacka, Faye zaczyna przypominać dawną siebie. Kobietę bezgranicznie oddaną mężczyźnie, poświęcającą mu tyle uwagi, że być może nie starczy już jej na firmę, którą stworzyła od zera. Zamiast koncentrować się przede wszystkim na ratowaniu Revenge - jak chce jej najnowsza, dość niespodziewana sojuszniczka, nowa pracownica firmy, którą Faye możliwe, że niedługo straci - główna bohaterka „Srebrnych skrzydeł” coraz bardziej zatraca się w romansie z żonatym mężczyzną. Traci czujność, jej perspektywa coraz bardziej się zawęża i raczej trudno jej się dziwić, skoro po tylu latach wreszcie trafiła na odpowiedniego mężczyznę. Bratnią duszę. Człowieka, który myśli podobnie i jest w stanie zrobić wszystko dla swojej ukochanej. Czy Faye wyjawi mu swoje mroczne sekrety i czy wciągnie go w jakiś kolejny wielce ryzykowny plan? Bo niewykluczone, że jedynym wyjściem z podbramkowej sytuacji, wyjściem znajdującym się w polu widzenia Faye znowu będzie działalność z pogwałceniem prawa. Tak czy inaczej akcja „Srebrnych skrzydeł” toczy się w nader szybkim tempie. Jest dynamicznie i jak dla mnie trochę zbyt powierzchownie, aczkolwiek oszczędność w słowach moim zdaniem nie osłabia zbytnio dręczących przekazów tej publikacji, dotyczących społecznych i prawnych ułomności w kwestii przemocy względem kobiet i dzieci. Poważnych problemów, z którymi demokratyczne państwa co najwyżej tylko pozornie dobrze sobie radzą („Bo są sprawy, z którymi państwo prawa sobie nie radzi, chociaż politycy zawsze twierdzą, że tak”). Problemów ludzi, w imieniu których Faye lubi myśleć, że działa. Czy faktycznie tak jest, nie jestem przekonana, bo choć owszem prowadzi bezlitosną wendetę na oprawcach płci męskiej, to wbrew słowom Läckberg, jakoś nie zauważyłam, żeby z taką samą determinacją walczyła o dobro obcych, jak walczy o siebie i swoich najbliższych. Ludzi z nią spokrewnionych. Ale i tak podejrzewam, że gdyby na drodze Faye stanęła jakaś maltretowana kobieta, to bez namysłu przypuściłaby na jej oprawcę równie druzgocący atak, jak na mężczyzn, którzy ośmielili się skrzywdzić ją i najważniejsze osoby w jej doprawdy trudnym życiu. Bo taka właśnie jest ta nasza Faye, bynajmniej niesamotna mścicielka, której prawdziwą przyjemność sprawia udowadnianie zapatrzonym w siebie mężczyznom, że świat wcale nie jest ich wyłączną własnością. Że skończyła się już era ich niepodzielnej dominacji, nawet jeśli wielu z nich uparcie odrzuca od siebie tę prawdę. Camilla Läckberg pozwala sobie na dużą generalizację – wrzuca prawie wszystkich mężczyzn do jednego worka z napisem „tyran, osobnik z kompleksem Boga, uważający płeć przeciwną za niższą formę życia”, panie natomiast stawiając „po jasnej stronie mocy”. Faceci to ci źli, a kobiety to te dobre. Niesprawiedliwy to podział, ale to w końcu powieść feministyczna... I pamiętajmy o Davidzie Schillerze – promyku nadziei dla rodzaju męskiego w świecie Faye. Tak czy inaczej, mimo wszystko „Srebrne skrzydła” to godne przedłużenie „Złotej klatki”. Powieść zachowująca jakość swojej poprzedniczki. W mojej ocenie niezbyt wysoką, ale też nie mogę powiedzieć, że męczącą, nawet wziąwszy pod uwagę dużą przewidywalność. W miarę emocjonująca, w sumie dość odprężająca lektura, ukierunkowana głównie na panie pragnące w taki oto bezpieczny sposób wyładować swoją złość na panów. Ale mogąca też przemówić do tych panów, którzy są boleśnie świadomi dominacji mężczyzn, nierównomiernego rozkładu sił pod względem płci w tym niby oświeconych świecie, w którym tak naprawdę wszyscy żyjemy.

Kolejny feministyczny manifest szwedzkiej powieściopisarki Camilli Läckberg. Dalszy ciąg losów Faye Adelheim, kobiety, którą różnie można oceniać, ale na pewno nikt nie odmówi jej determinacji w realizowaniu swoich celów. Odważnego stawiania czoła problemom, jak się okazuje, w niezupełnie męskim świecie. Bo Faye udowadnia im, że w biznesie kobiety też doskonale się odnajdują. Są nawet bardziej skuteczne od wielu mężczyzn. „Srebrne skrzydła” odsłaniają przed nami zaledwie kawałek tego bezwzględnego światka, ale tyle w zupełności wystarczy, by naświetlić problemy wielu kobiet. W biznesie, ale i w życiu prywatnym, bo możecie być pewni, że w tej sferze kłopoty Faye jeszcze się nie skończyły. Bynajmniej. Powtórzę: moim zdaniem druga odsłona serii spod znaku „Faye” plasuje się na tym samym poziomie, co pierwsza. A przynajmniej mocno zbliżonym. Nie mam więc powodu, by nie polecać tej pozycji sympatykom „Złotej klatki” tej samej autorki. Pozostałych zainteresowanych namawiam natomiast do zachowania chronologii, bo bez znajomości pierwszej odsłony, w tejże można się trochę pogubić.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 10 września 2020

„Odwyk” (2019)

 

Decyzją sądu weteranka wojenna, Ronnie Price, trafia do ośrodka odwykowego, gdzie szybko wychodzi na jaw, że kobieta poza uzależnieniem od heroiny zmaga się z zespołem stresu pourazowego. Jej niekontrolowane napady agresji stanowią zagrożenie dla personelu i pozostałych pacjentek. Zarządzający ośrodkiem doktor Taylor uznaje więc, że najlepiej będzie ją odesłać. Ale ze względu na śnieżycę właśnie przechodzącą nad okolicą, odkłada to w czasie. Z jego decyzji nie jest zadowolona doktor Jessica Barnes, ponieważ uważa, że Ronnie należy się specjalistyczna pomoc. Kiedy jednak zaczynają ginąć ludzie, Jessica jest zmuszona przyznać rację swojemu przełożonemu. Bo żadne z nich nie ma wątpliwości, że to sprawka Ronnie.

W 2013 roku John Liang i Scott Rashap wpadli na pomysł horroru o zespole strasu pourazowego i uzależnieniu od narkotyków. Zależało im na klaustrofobicznej, odizolowanej scenerii, więc po namyślne zdecydowali się umieścić akcję filmu w ośrodku odwykowym. Scenariusz napisali razem, lekką inspirację czerpiąc z „Lśnienia” Stephena Kinga i/lub Stanleya Kubricka, „Coś” Johna Carpentera i serialu „Hannibal” (2013-2015), ale reżyserii John Liang podjął się w pojedynkę. „Recovery” (pol. „Odwyk”), bo taki tytuł nadano temu projektowi, to pierwszy pełnometrażowy obraz w filmowej karierze Johna Lianga. Amerykański slasher zrealizowany niewielkim kosztem, którego dystrybucja (w Stanach Zjednoczonych) rozpoczęła się w 2019 roku: DVD i VOD.

Ośrodek leczenia uzależnień od narkotyków, oddział żeński. Śnieżyca i tajemniczy morderca urządzający sobie polowanie na personel i pacjentki. A w centrum tej opowieści w mojej ocenie przekonująco odegrana przez Stephanie Pearson, Ronnie Price: w przeszłości biorąca udział w trzech misjach w Afganistanie, a obecnie zmagająca się z PTSD (zespołem stresu pourazowego), co zwykła tłumić heroiną. Przepełniona słusznym gniewem kobieta, która w przeciwieństwie do pozostałych pacjentek nie znalazła się z wyboru w ośrodku prowadzonym przez niejakiego doktora Taylora. Trafiła tutaj decyzją sądu. Wcześniej odsiadywała wyrok za jakieś niesprecyzowane przestępstwo, który został skrócony pod warunkiem zaliczenia terapii odwykowej. Jeśli będzie się źle sprawować, wróci do więzienia. I taka właśnie decyzja zapada już pierwszego dnia pobytu Ronnie w ośrodku. Wydaje ją doktor Taylor po pobiciu przez nią innej pacjentki. Wybuchy agresji u czołowej postaci filmu determinuje PTSD, zaburzenie psychiczne będące wynikiem koszmaru, jaki przeszła na misji w Afganistanie. Pewnego skonkretyzowanego wydarzenia. Traumatycznego przeżycia, z którym nie potrafi sobie poradzić. Koszmary senne i halucynacje wcześniej zwalczała heroiną, ale naturalnie w ośrodku zarządzanym przez doktora Taylora nie może szukać ratunku w narkotykach. To znaczy, to Ronnie traktuje heroinę jak lekarstwo na PTSD, ale widz zapewne przyzna rację doktor Jessice Barnes, cierpliwe tłumaczącej, że narkotyki nie rozwiązują problemu, tylko same stanowią problem. John Liang i Scott Rashap wyraźnie nie kierowali się potrzebą opowiedzenia banalnej historyki o tajemniczym mordercy przypuszczającym atak na grupę ludzi znajdującą się w chwilowo odciętym od reszty świata budynku. Chcieli wycisnąć z tego więcej. Można chyba powiedzieć: dodać głębi slasherowej opowiastce za pośrednictwem fikcyjnej postaci Ronnie Price. Fikcyjnej, ale toczącej żywot doskonale znany niejednemu weteranowi wojennemu. Mówiąc wprost: twórcy „Odwyku” poruszają poważny problem systemowy, polegający na pozostawianiu samym sobie wielu amerykańskich żołnierzy po ich powrocie z wojny. Przelewaj krew, swoją i cudzą, dla ojczyzny, a potem radź sobie sam. Bo jak rzekł George Fitzgerald Kennedy: nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla ciebie, zapytaj, co ty możesz zrobić dla swojego kraju”. Jeśli więc poświęcasz się dla kraju, nie oczekuj potem, że kraj (czytaj: rząd) pomoże ci, jeśli doznasz w związku z tym jakiegoś uszczerbku na psychice. No dobrze, uogólniam, bo nie każdego weterana wojennego spotyka taki los, jak pierwszoplanową postać „Odwyku” Johna Lianga. Ale taki problem bez wątpienia istnieje, i to nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Rękę do Ronnie Price (wyłącznie z własnej inicjatywy) wyciąga psychiatra Jessica Barnes (boleśnie sztuczne wykonanie Hope Quattrocki). Zamiast, wzorem swojego przełożonego, doktora Taylora, wykorzystać pierwszą okazję do pozbycia się kłopotu, naprawdę stara się pomóc Ronnie. Pozyskać jej zaufanie, po to by wyeliminować źródło właściwie wszystkich jej problemów. Czyli wyleczyć ją z zespołu stresu pourazowego, które zaprowadziło ją w szpony uzależnienia od heroiny. Pacjentka jednak uparcie odmawia przyjęcia oferowanej pomocy. Może dlatego, że zdążyła się nauczyć, iż najlepiej liczyć na siebie. Jest sfrustrowana, przepełniona złością na system, który sromotnie ją zawiódł. A może po prostu wrodzona duma nie pozwala jej przyjąć pomocy z zewnątrz. Może wychodzi z założenia, że sama powinna rozwiązywać swoje problemy. Albo nie. Albo po prostu się poddać, i niech się dzieje, co chce. Tak czy inaczej Ronnie poznajemy jako osobę nieskorą do nawiązywania jakichkolwiek relacji z innymi ludźmi. Wręcz wrogo nastawioną do otoczenia, a przynajmniej z pozoru, bo już pierwszy papierosek z dwiema innymi pacjentkami sugeruje, że tak naprawdę jest w niej jakaś tłumiona przez nią potrzeba nawiązania porozumienia z drugim człowiekiem. Muszę przyznać, że John Liang i Scott Rashap przykuli moją uwagę tą dość złożoną postacią. Domniemaną final girl, zdecydowanie mocniej opartą na nowszym modelu tej postaci. Nie na archetypie tejże, czyli jej grzeczniejszej, bardziej wycofanej odsłonie. Ronnie od początku „nie daje sobie w kaszę dmuchać”. Mówi co myśli, a zwykle nie ma najlepszego zdania o innych. Z premedytacją rani słowami i już bardziej nieświadomie pięściami. A mimo to da się lubić. Współczułam jej, podzielałam jej (czytane głównie gdzieś między słowami) antysystemowe zacięcie, podziwiałam odważne stawianie czoła zagrożeniu. Podejmowanie walki nawet w sytuacjach, które wydawały się skazane na niepowiedzenie. A najlepsze w tym wszystkim było to, że choć niezmiennie emanowała z niej ogromna siła, imponujący hart ducha, to i nie dało się nie zauważyć jej słabości. I tego, o czym w pewnym momencie zresztą sama wspomina, czyli zagubienia w świecie, który stał się jej obcy – wojenna rzeczywistość stała się dla niej bardziej naturalnym środowiskiem. A więc Ronnie Price, i to w niej najbardziej cenię, nie jest postacią jednowymiarową. Nie jest ani niezniszczalną wojowniczką, ani tym bardziej szarą myszką, pozwalającą innym ludziom „wchodzić sobie na głowę”.

Kino slash nie jest znane z tak szerokich portretów psychologicznych, jaki widać w „Odwyku” Johna Lianga. Oczywiście na tle całego gatunku obraz Ronnie Price raczej się nie wyróżnia, ale w kategoriach slashera, którym omawiany film w moim pojęciu jest, jawi się dość zaskakująco. Jako taki eksperymencik polegający na wzbogaceniu tradycyjnej horrorowej rąbanki psychologiczną głębią. Nie za głęboką, ale wystarczającą, bym z zapałem towarzyszyła potencjalnej final girl w jej zmaganiach z zespołem stresu pourazowego. Bo efekt odstawienia heroiny w jej przypadku praktycznie nie zachodzi. W każdym razie nie rzuca się w oczy tak mocno, jak u innych pacjentek doktora Taylora i doktor Jessiki Barnes. Szczerze mówiąc, warstwa psychologiczna bardziej mnie ciekawiła od zbrodniczej działalności tajemniczego osobnika. Bardziej nawet byłam zainteresowana tym, czy Ronnie Price uda się pokonać wewnętrzną traumę niźli tożsamością zabójcy. Bo w ogóle nie brałam pod uwagę możliwości, że to ona może być sprawczynią mordów, do których dochodzi w ośrodku odwykowym podczas śnieżycy. Nie zdradzę jednak, czy owo założenie okazało się trafne. À propos śnieżycy, szkoda, że właściwie sprowadzono ją jedynie do słów. Kamera z rzadka zaglądała na zewnątrz, a jak już, to po to, by przedstawić boleśnie oszczędny widok żywiołu, który to odciął ośrodek zarządzany przez doktora Taylora od reszty świata. Domyślam się, że „Odwyk” kręcono w dużo lepszych warunkach pogodowych i brakło już funduszy na efekty specjalne. Te, które potęgowałyby w widzach poczucie izolacji, odcięcia od reszty świata w sytuacji, gdy jakiś psychopatyczny morderca właśnie urządza sobie rzeź. W obiektywnie dość przestronnym gmaszysku, ale dzięki staraniom filmowców dopadało mnie lekkie wrażenie ciasnoty. Mogło być dużo bardziej klaustrofobicznie, ponuro i mrocznie. Właściwe to powinno, ale w porównaniu choćby do niektórych współczesnych horrorów mainstreamowych w mojej ocenie klimat, w jakim utrzymano „Odwyk”, wypada całkiem znośnie. Nie zachwycał, ale też nie mogę powiedzieć, że nie generował absolutnie żadnych pożądanych emocji. Owszem, trochę mi ich dostarczył, tyle że w niezbyt silnym natężeniu. Pierwszy pełnometrażowy obraz Johna Lianga, jak już wspomniałam dostrzegalnie dużego budżetu nie miał, ale pozwolę sobie zauważyć, że nie emanuje taką techniczną tandetą, jaką potrafią współczesne horrory nakręcone niewielkim kosztem. Widać realizatorskie niedociągnięcia (niewprawny montaż, momentami irytujące kadrowanie, niecharakterystyczna ścieżka dźwiękowa, nieprzekonujący warsztat niektórych członków obsady), ale te niedoróbki nie były znowu tak wielkie, żeby jakoś szczególnie zakłócać mój odbiór „Odwyku”. Do pewnego stopnia udało mi się wciągnąć w tę opowieść. Zaangażować w coraz to cięższe przejścia w położonym na odludziu ośrodku odwykowym, w którym po przyjściu śnieżycy ktoś zaczyna przelewać krew. Na śnieżycę pieniędzy może i zabrakło, ale na szczęście wyskrobano co nieco na warstwę gore. Niezbyt to zdecydowane podejście – krew nie leje się obficie, wielu zbliżeń na odniesione rany, te mniej groźne i te śmiertelne, też w „Odwyku” nie odnajdujemy – ale to w końcu slasher, nie torture porn. Ważne, że efekty specjalne (praktyczne) zachowują dość wysoki stopień realizmu. A przynajmniej w moich oczach wypadły całkiem przekonująco, co nie znaczy, że przyjmowałam to ze wstrętem. Za mało szczegółów. Zbyt szybko przez tę makabrę oko kamery się prześlizgiwało. Ale nie ukrywam, że śledziłam tę historię z narastającym napięciem. Co prawda emocje ani razu nie sięgnęły zenitu, twórcy w tym względzie, przynajmniej na moim przykładzie, nie sięgnęli wyżyn, ale do trochę niższego pułapu adrenaliny dolali. Co więcej, dużej przewidywalności też nie mogę scenariuszowi Johna Lianga i Scotta Rashapa zarzucić. UWAGA SPOILER Tożsamość morderczyni udało mi się rozszyfrować, choć miałam nadzieję, że wybór będzie inny, że padnie na najcięższy przypadek w ośrodku, młodą kobietę często tracącą kontakt z rzeczywistością (skłonności autystyczne?), bo wydawał mi się po postu najmniej prawdopodobny. Miałam nadzieję, ale to nie znaczy, że ją obstawiałam. Wciągnięcia w zbrodnie drugiej osoby już się nie spodziewałam, ale nie to najbardziej mnie zaskoczyło. Większa rewelacja przyszła później, bo jak to tak zabić kogoś, kto w slasherze doprawdy rzadko ginie? Powiem więcej: nie wiem, czy to dobrze, czy źle, bo choć zazwyczaj wolę nieszczęśliwe zakończenia, to w tym przypadku... Naprawdę bardzo polubiłam tę postać, ale cóż, sequel - jakieś kolejne makabryczne przejścia tej kobiety - pewnie i tak zdawałby się naciągany, więc może jednak dobrze się stało, że w ten oto przykry (napawający mnie szczerym smutkiem) sposób zahamowano potencjalnie zgubne zakusy na przyszłość. Chętkę żeby ciągnąć to dalej. Z drugiej strony nie takie dziwy gały widziały. Również w slasherach, bo tutaj takie chwyty jak zmartwychwstanie też przecież są jak najbardziej dozwolone... KONIEC SPOILERA.

Chociaż nie mam krytycznego stosunku do pierwszego pełnometrażowego filmu Johna Lianga, slashera, jak na ten rodzaj horroru, wykazującego się niemałą dbałością o płaszczyznę psychologiczną, nie mam wątpliwości, że nie jest to propozycja dla szerokiego grona widzów. Powiedziałabym wręcz, że nawet nie dla wielu fanów gatunku, bo to w końcu slasher, a te w dzisiejszych czasach, wydaje mi się, nie cieszą się jakimś ogromnym poważaniem. A już zwłaszcza te zrealizowane tańszym kosztem, te niemogące poszczycić się szeroką kinową dystrybucją i gwoli sprawiedliwości te, w których doskonale widać mniej czy bardziej poważne, dość liczne niedociągnięcia. „Odwyk” Johna Lianga technicznie trochę na pewno niedomaga. Tekst zresztą też można było doszlifować, ale jak na współczesne kino klasy B, moim zdaniem nie jest źle. Co oczywiście w największej mierze zawdzięczałam głównej bohaterce: niepowierzchownie wykreślonej, dość złożonej domniemanej final girl bądź oszalałej morderczyni. Naszej Ronnie Price.

wtorek, 8 września 2020

Zakupy

 

Zakupy, zakupy. Kolejna garść tytułów z gatunku „nie wiadomo czy do recenzji”. Tak czy inaczej może ktoś coś dla siebie wypatrzy.

Jeff Strand „Słabość serca”

Amy Engel „Dziewczyny z Roanoke”

Nuala Ellwood „Kości mojej siostry”

Wendy Walker „Nie wszystko zostało zapomniane”

Jane Harper „Susza”

Graham Masterton „Śpiączka”

Jenny Blackhurst „Czarownice nie płoną”

Alex Marwood „Najmroczniejszy sekret”

Madeline Miller „Kirke”

 

Przy okazji. Słyszeliście, że zbliża się Czerwonoręki?

„Co się stało z Solange?” (1972)

 

Londyn. Uczennica żeńskiej szkoły katolickiej, szesnastoletnia Hilda Erickson, zostaje zamordowana nieopodal miejsca, w którym jej koleżanka, Elizabeth Seccles, w tym samym czasie przebywa ze swoim sekretnym kochankiem, jednym z ich nauczycieli, żonatym Enrico Rossenim. Elizabeth co nieco udaje się zobaczyć, ale Enrico nie wierzy w jej opowieść o człowieku z nożem. Kiedy inspektor Barth ze Scotland Yardu rozpoczyna śledztwo w sprawie śmierci Hildy, Rosseni przekonuje Elizabeth, by nie zgłaszała policji, że jest świadkiem, ponieważ obawia się, że przy tej okazji na jaw wyjdzie ich romans. Tymczasem inspektor Barth zaczyna bacznie przyglądać się Rosseniemu. Śledczy jest przekonany, że mężczyzna coś ukrywa i daje mu to jasno do zrozumienia. Wkrótce morderca uderza ponownie, a jego ofiarą pada kolejna uczennica Enrico Rosseniego.

Co się stało z Solange?” (oryg. „Cosa avete fatto a Solange?”, międzynarodowe: „What Have You Done to Solange?”, „Who Killed Solange?”) to bardzo luźno oparty na powieści Edgara Wallace'a pt. „The Clue of the New Pin” (według przypuszczeń niektórych badaczy powiązanie tego filmu z powieścią Wallace'a było jedynie chwytem marketingowym) obraz z nurtu giallo w reżyserii Massimo Dallamano, który napisał również scenariusz, wraz z Bruno Di Geronimo i niewymienionym w czołówce Peterem M. Thouetem. Koprodukcja Włoch i RFN nakręcona w Londynie, która otwiera trzyczęściowy, niepowiązany fabularnie, cykl o nazwie „Schoolgirls in Peril”. Drugą cegiełkę tegoż, film „La polizia chiede aiuto” (1974), także wyreżyserował Massimo Dallamano. Miał też zasiąść na krześle reżyserskim przy ostatnim projekcie spod znaku „Schoolgirls in Peril”, ale plany pokrzyżowała jego śmierć. Ostatnią cegiełkę, „Enigma rosso” (1978), wyreżyserował więc Alberto Negrin. W 2016 roku Nicolas Winding Refn, twórca między innymi „Drive” (2011) i „Neon Demon” (2016), ogłosił, że ma w planach wyprodukowanie remake'u „Co się stało z Solange?” Massimo Dallamano.

Akcja „Co się stało z Solange?” toczy się w Londynie, gdzie językiem ojczystym jest włoski... To znaczy wszystkie postacie, z umownymi rodowitymi Anglikami włącznie, porozumiewają się w języku włoskim (oryginalna wersja językowa), choć jak podkreślono w scenariuszu tylko jeden uczestnik tej intrygi, Enrico Rosseni, pochodzi z Włoch. Film otwiera miłosna schadzka szesnastoletniej Elizabeth Seccles i jej nauczyciela języka włoskiego oraz wychowania fizycznego, Enrico Rosseniego, który pozostaje w związku małżeńskim z Niemką Hertą Rosseni, wykładającą w tej samej szkole, co on. „Zakazana randka” nie kończy się po myśli mężczyzny, bo Elizabeth nieoczekiwanie przerywa grę wstępną, plotąc coś o człowieku z nożem. W każdym razie Rosseni uznaje to za brednie wymyślone naprędce przez dziewczynę, która nie jest jeszcze gotowa na seks. Widz naturalnie od początku wie, że Elizabeth sobie tego nie wymyśliła, że faktycznie widziała akt mordu. Nie cały i wygląda na to, że to było coś w rodzaju wizji (poza wcześniejszym widokiem postaci przemykających przez las), ale trudno o pewność, bo to niepokojące przeżycie Elizabeth przedstawiono dość mętnie. W każdym razie jej kochanek szybko dostanie dowód na poparcie jej słów. Już niebawem Londyn obiegnie bowiem wstrząsająca wiadomość o śmierci szesnastoletniej Hildy Erickson. Koleżanki Elizabeth ze szkoły i zarazem uczennicy Enrica Rosseniego. Katolickiej szkoły dla dziewcząt, która znajdzie się na celowniku śledczych. Modus operandi, jak się okaże, seryjnego mordercy grasującego w Londynie, jest wyjątkowo okrutne. Nad wyraz bestialskie i jakkolwiek dziwnie to może zabrzmieć, genialne w swojej prostocie. Otóż, tajemniczy oprawca, którego nie zapomniano zaopatrzyć w czarne skórzane rękawiczki, tak charakterystyczne dla nurtu giallo, wbija swoim ofiarom długi nóż... w pochwę. I zostawia, by się wykrwawiły. Dziewczęta umierają więc długo w niewyobrażalnych mękach. To jego zwyczajowy sposób działania, ale zdarzy się odstępstwo od tej reguły. Zanim to nastąpi, dokładnie zapoznamy się z sytuacją Enrico Rosseniego, który znalazł się w kręgu zainteresowania inspektora Bartha prowadzącego sprawę zabójstwa Hildy Erickson, a później i innych dziewcząt, które łączy to, że wszystkie uczęszczały do tej samej szkoły i nie były sobie zupełnie obce. Łączyły ich stosunki, jeśli nawet nie przyjacielskie, to przynajmniej koleżeńskie. Główny bohater bądź antybohater „Co się stało z Solange?”, Enrico Rosseni, wielkiej sympatii odbiorców kultowego filmu Massimo Dallamano raczej nie wzbudzi, ponieważ poznajemy go jako człowieka zdradzającego swoją żoną z jedną ze swoich uczennic. Możliwe, że nie tylko z jedną... W roli Enrico wystąpił Fabio Testi, który na tle całej obsady w sumie pozytywnie się wyróżnia, nie najgorsi są też kreujący inspektora Bartha, Joachim Fuchsberger oraz Karin Baal jako Herta.. Odtwórczyni postaci Elizabeth Seccles, Cristina Galbó, też pewnie zwróci uwagę zwłaszcza męskiej części widowni. Ale obawiam się, że wyłącznie ładną buzią, bo z jej aktorskiego warsztatu przebija drażniąca egzaltacja. Tak czy inaczej wszystkich przyćmiła Camille Keaton (Jennifer Hills z „Pluję na twój grób” Meira Zarchiego i jego sequela z 2019 roku). Wspaniały występ, trzeba jednak zaznaczyć, że miała ona o tyle ułatwione zadanie, że UWAGA SPOILER w bardziej pamiętnych momentach, jeśli chodzi o jej kreację, już niekoniecznie fabułę (czyli w umownej teraźniejszości, nie w retrospekcjach) nie wypowiedziała ani słowa. Ta nasza tytułowa Solange, bo właśnie ta rola przypadła tutaj w udziale Camille Keaton. Wejście Solange następuje bardzo późno – w sumie przez dość długi czas nawet się o niej nie mówi – a w ślad za nią rozwiązanie całej tej szczegółowo sportretowanej zagadki kryminalnej. Zagranie nie fair, bo oto zachęca się widza do z góry skazanego na porażkę poszukiwania tożsamości sprawcy, a nie daje się mu absolutnie żadnych szans na przedwczesne rozwiązanie tej zagadki. Czyli przed wprowadzeniem nieoczekiwanego, długo nawet niewzmiankowanego (chyba że w tytule filmu) wątku z Solange KONIEC SPOILERA.

Na tle znanych mi obrazów z nurtu giallo, „Co się stało z Solange?” Massimo Dallamano wypada dość łagodnie. Twórcy nie przeprowadzają nas przez krwawą działalność seryjnego mordercy z poszanowaniem najdrobniejszych szczegółów. Właściwie, poza jednym bezkrwawym zabójstwem, nie widzimy samych mordów tylko chwile bezpośrednio je poprzedzające: pościg w lesie, a niedługo potem uniesienie w górę wyjątkowo długiego noża. Potem mamy porwanie i wleczenie po ziemi dziewczyny, która już za moment na naszych oczach zostanie odarta z odzienia i już nie na naszych oczach „śmiertelnie zgwałcona błyszczącym żelastwem”. Ale choć nie zobaczymy momentów wbijania noża w pochwy nastoletnich nieszczęśnic, to na widok ich ciał post mortem fani kina gore mogą liczyć. Na szybkie rzuty oka na ich okrutnie potraktowane krocza. Przypuszczam, że w dzisiejszych czasach niewielu twórców odważyłoby się coś takiego pokazać, więc mimo wszystko czuję, że wypada oddać „Co się stało z Solange?” bezkompromisowe podejście do publiczności. W ograniczonym zakresie - na całość Massimo Dallamano bez wątpienia nie poszedł, ale też nie jestem przekonana, czy większa brutalizacja była tutaj potrzebna. No dobrze, pewnie więcej gore by nie zaszkodziło, ale czy ta konkretna wizja przez to subtelniejsze podejście twórców została jakoś szczególnie pokrzywdzona? Czy wiele straciła w moich oczach? W sumie nie i jeśli spojrzeć na reakcje innych odbiorców „Co się stało z Solange?” widać, że mało komu to przeszkadzało. Może dlatego że same widoki okaleczonych narządów rozrodczych młodych kobiet wwiercają się w pamięć głębiej od wielu nieporównanie bardziej krwawych obrazów. Poza tym intryga jest na tyle pomysłowa i w tak wciągający sposób poprowadzona, że prawie nie zauważa się względnie oszczędnego obrazu zbrodniczego procederu niezidentyfikowanego seryjnego mordercy grasującego w brudnym Londynie. Brudnym, bo zdjęcia autorstwa mistrza Joego D'Amato, twórcy między innymi „Mrocznego instynktu” (1979) i „Ludożercy” (1980), generują taki właśnie klimat. Szczerze mówiąc zdziwiłabym się, gdyby było inaczej, bo raczej trudno znaleźć obraz, no powiedzmy, gore z tego okresu (lata 70-te XX wieku), który nie cechowałby się podobną aurą wszechobecnego rozkładu. A to nie koniec technicznych atrakcji, bo za ścieżkę dźwiękową „Co się stało z Solange?” odpowiadał sam Ennio Morricone. Muzyczny tytan, który i tutaj nie zawodzi. Jak zwykle czaruje dźwiękiem – przeróżnymi kompozycjami (od wesołych, przez melancholijne, po jawnie złowieszcze), ale moje uszy najbardziej pieścił muzyczny motyw przewodni, tj. utwór, który w świecie przedstawionym uchodzi za jeden z ulubionych Elizabeth Seccles. Szesnastoletniej dziewczyny, która zakochała się w jednym ze swoich nauczycieli, Enrico Rossenim. Czy z wzajemnością? Nad tym można się zastanawiać. Czy Enrico aby nie wlewa w Elizabeth fałszywej nadziei na wspólną przyszłość tylko po to, by się z nią przespać? I czy to jedyna kochanka tego żonatego mężczyzny? Czy wykorzystuje też inne uczennice katolickiej szkoły dla dziewcząt, w której pracuje także jego żona Herta? Kobieta, która ponad wszelką wątpliwość nie pozostaje ślepa na haniebne poczynania męża, ale robi wszystko, by nie dopuścić do konfrontacji. Ciekawa sytuacja: on widać chce podzielić się z nią swoim brudnym sekretem, ale ona konsekwentnie ucina wszystkie takie podejścia męża. Wie, że ukochany mężczyzna ją zdradza, ale woli, żeby jej tego nie mówił. Co więcej, Herta nie stara się udaremniać tych jego umówionych spotkań z Elizabeth, o których wie. Jest bierna, zupełnie jakby pogodziła się z tym, że musi dzielić się nim z inną kobietą. W pewnym stopniu, bo widać, że ta sytuacja budzi w niej jak najbardziej słuszną wściekłość. Wściekłość na niewiernego męża, której jednak z całą mocą mu nie okazuje i nie wygląda na to, by zamierzała od niego odejść. Jeśli nie ona, to możliwe, że on w końcu wystąpi o rozwód. O ile faktycznie kocha Elizabeth, a nie chce jedynie się z nią przespać. Jednocześnie z tym wątkiem przebiega wątek kryminalny, czyli śledztwo w sprawie zabójstwa nastoletniej dziewczyny, które z czasem stanie się śledztwem w sprawie seryjnego mordercy. Bo tajemniczy sprawca jeszcze nie raz uderzy i zawsze w to samo miejsce. Katolicką szkołę dla dziewcząt, w murach której detektywi ze Scotland Yardu, z inspektorem Barthem na czele, stosunkowo szybko zaczną wypatrywać winnego. A głównym podejrzanym stanie się Enrico Rosseni, niewierny mąż, który być może spał ze wszystkimi szesnastolatkami, które zostały zamordowane. I tymi, których kolej dopiero nadejdzie. Jeśli policja nie zdoła wcześniej schwytać oprawcy. Policja albo Enrico Rosseni, bo to jego własne śledztwo wysuwa się na pierwszy plan. Śledztwo, które wprawdzie może być tylko sprytną zasłoną dymną – pozorowaną działalnością mającą odsunąć od niego podejrzenia – ale pamiętając wstępne sekwencje „Co się stało z Solange?” można w to wątpić. Jakkolwiek się to wyjaśni (motyw bardzo interesujący, abstrahując już od zastosowanego w tym miejscu nieczystego chwytu), możecie być pewni, że scenarzyści nie podeszli do tego na pół gwizdka. Oba, rzecz jasna przecinające się śledztwa, a już zwłaszcza pogoń za prawdą (przynajmniej udawana) w wykonaniu Enrico i kogoś jeszcze, kogoś raczej niespodziewanego, wyłuszczono w sposób nadzwyczaj drobiazgowo. Nawet, jak na giallo warstwa kryminalna zdaje się nadzwyczaj szeroka, tj. obfitująca w detale. A całość cechuje się naprawdę dużą dbałością o napięcie – istna sinusoida, idealnie obliczone wzloty i lekkie spadki (nigdy niecałkowite) napięcia, które oczywiście apogeum osiągnie dopiero w ostatnim „akcie” tego silnie angażującego dokonania nieodżałowanego Massimo Dallamano. Włoskiego twórcy, któremu chyba żaden fan nurtu giallo nie odmówi poruszającego wyczucia stylu spopularyzowanego przez jego rodaków. Najsławniejszego „dziecka włoskiego kino grozy” - bardziej nawet rozchwytywanego, przez kolejne pokolenia widzów, od kina kanibalistycznego. Aha, i jeszcze jedna chyba ważna rzecz: w „Co się stało z Solange?”, jak to zazwyczaj w giallo, przewija się trochę golizny – momentami panie (tylko panie) są kompletnie nagie.

Spokojnie mogę rzecz polecić. „Co się stało z Solange?” w reżyserii Massimo Dallamano, który także współtworzył scenariusz tego dość cennego nabytku nurtu giallo. Scenariusz, któremu początek podobno dała powieść Edgara Wallace'a pt. „The Clue of the New Pin”, i który z kolei zapoczątkował w sumie trzyczęściowy cykl funkcjonujący pod nazwą „Schoolgirls in Peril”: filmy, które łączy pewien mało charakterystyczny motyw. Wracając do meritum: oglądajcie „Co się stało z Solange?”. Wszyscy sympatycy nurtu giallo, ale też fani typowych kryminałów. Również tych mniej brutalnych, aczkolwiek muszę przestrzec przed drastycznymi widokami. Niewiele ich i na dodatek każde takie ujęcie gości na ekranie stosunkowo krótko. Ale tyle wystarczy, żeby chyba już na zawsze zapamiętać owe potworności. Mimo wszystko... tak, miłośników (na wszelki wypadek dodam: pełnoletnich) łagodniejszych klimatów, mniej brutalnych obrazów skoncentrowanych głównie na poszukiwaniach jakiegoś niebezpiecznego przestępcy (tutaj seryjnego mordercy celującego w nastoletnie dziewczęta z jednej szkoły), także zachęcam do seansu „Co się stało z Solange?”. Najwyżej czeka Was trochę koszmarów sennych:)

niedziela, 6 września 2020

„Aszura” (2018)

 

W dzieciństwie Nadia, Stéphane, Ali i jego brat Samir zmierzyli się z najprawdziwszym potworem, ale nie wszyscy tak to zapamiętali. Wychowująca syna poczętego z pracującym w wydziale zabójstw Alim, Nadia, jest przekonana, że przed dwudziestoma laty ona i jej przyjaciele zostali zaatakowani przez niebezpiecznego mężczyznę, który porwał Samira. Stéphane i wytrwale poszukujący brata Ali, pamiętają jednak straszliwą bestię, która prawie pozbawiła ich życia. A teraz potwór wrócił, by zapolować na kolejne dzieci. I tylko ich czwórka, która przeżyła już jedno spotkanie z bestią, może przerwać ten krwawy proceder.

Marokańsko-francuski (francuskojęzyczny) horror pt. „Aszura” (oryg. „Achoura”) został wyreżyserowany przez pochodzącego z Francji twórcę „Mirages” z 2010 roku, Talala Selhamiego w oparciu o scenariusz, który stworzył we współpracy z Jawadem Lahlou i Davidem Villeminem. Droga była nadzwyczaj ciężka – od zmarnotrawienia czasu i pieniędzy na, jak się okazało, nieakceptowalne efekty specjalne po batalię o prawa do tego projektu po ogłoszeniu upadłości przez firmę produkcyjną Metaluna, która to wcześniej objęła nad nim pieczę. Prawa udało się odzyskać po roku wytężonej walki, wedle słów samego Talala Selhamiego, głównie dzięki zaangażowaniu jednej z producentek „Aszury”, Lamii Chraibi. Zdjęcia powstawały głównie w Maroko (poza jedną scenką, która to została nakręcona w Paryżu), ale wbrew przewidywaniom niektórych, Selhami, jak to ujął „zakazał sobie jakiejkolwiek egzotyki”.

Aszura to muzułmańskie święto, obchodzone również w Maroku. Różnie jest kultywowane, ale w Maroku to czas dla dzieci. A w filmie Talala Selhamiego także dla potwora zwanego Bougatate. Reżyser „Aszury” powiedział, że starał się tutaj zachować równowagę między kinem rozrywkowym i czymś bardziej wymagającym, wyrażanym w podtekstach, odbieranym intuicyjnie. O ile cechy kina rozrywkowego, i to takiego w iście hollywoodzkiej specyfice, w jego drugim pełnometrażowym filmie bez trudu można odnaleźć, o tyle to obiecywane przez Selhamiego ambitniejsze podejście do kina grozy, prawdopodobnie tylko nieliczni będą w stanie wychwycić. Ja w każdym razie niczego takiego nie odnotowałam. „Aszura” tak naprawdę w nader agresywny, natarczywy sposób stara się wlać w widza pożądane emocje. Dzieje się szybko i w zdecydowanej większości scen bez polotu. Porażający sztucznością (duża ingerencja komputera) i stanowczo przekombinowany potwór polujący na dzieci wyskakuje to tu, to tam, najczęściej bez przygotowania odpowiedniego gruntu. Zamiast poświęcić chwilę na budowanie napięcia, zamiast dłużej popychać widza ku spodziewanemu spotkaniu z bestią, twórcy „Aszury” wolą stawiać na jedną kartę. Na potwora, jakiego świat jeszcze nie widział. Bougatate wyglądem istotnie nie przypominał mi niczego, co dotychczas na ekranie dane mi było zobaczyć. Ale już z motywem bestii polującej na dzieci nieraz w kinie grozy się spotkałam. Nie przypominam sobie jednak takiego, którego można uwięzić we wnętrzu ludzkiego ciała, i który szczególnie upodobał sobie tytułowe święto. Jeśli tylko ma taką możliwość (to znaczy, jeśli akurat nie jest zamknięty w ciele jakiegoś nieszczęśnika) w tym okresie zwykle przypuszcza zmasowany atak na niczego nieświadome, bawiące się, świętujące dzieci. Za to doskonale pamiętam historię o dzieciach zawierających pakt po zakończonym połowicznym sukcesem starciu z potworem, którzy z biegiem lat utracili wspomnienia z nim związane. Pamięć o ich niezwykłych przeżyciach z dzieciństwa wróciła do nich po wielu latach, a wraz z nią świadomość strasznego obowiązku, jaki spoczął na ich drżących barkach. Pamiętacie to? Pamiętacie „To”? Talal Selhami nie ukrywa, że ta kultowa opowieść Stephena Kinga miała wpływ na scenariusz „Aszury” (swoją drogą mówi też o inspiracji twórczością Davida Cronenberga, ale ja szczerze mówiąc nic w tym stylu nie zauważyłam). Gdyby się wypierał to pewnie i tak mało kto by mu uwierzył. Bo podobieństwa są doprawdy jaskrawe. Samo zapożyczanie od Kinga mi nie przeszkadzało, ale już sposób przedstawienia tychże zapożyczeń w najmniejszym nawet stopniu do mnie nie przemówił. Jak i większość pozostałych składników tej zasadniczo banalnej historyjki. Poszarpana, tak nieskoordynowana, że chwilami wręcz dezorientująca, narracja, nieprzekonujące efekty specjalne, papierowe postaci, męcząca beznamiętność emanująca z prawie każdej sceny, pomimo dość mrocznej oprawy wizualnej. I wyróżniającej się na tle współczesnych straszaków ścieżki dźwiękowej. Selhami chciał, żeby muzyka odgrywała w „Aszurze” taką rolę, jakiej w XXI-wieku najczęściej się jej odmawia. Chciał by pod kątem muzycznym film ten bardziej przypominał starsze horrory, a więc żeby ścieżka audio miała swój niezbywalny udział w opowiadaniu tej historii, a nie jak to zwykle bywa we współczesnych straszakach, cichutko brzęczała gdzie w tle. Zróżnicowana muzyka Romaina Paillota i jego orkiestry tak dyskretna z całą pewnością nie jest. Można powiedzieć, że warstwa audio pracuje na tą opowieść na praktycznie równych prawach ze sferą wizualną. I moim zdaniem z lepszym efektem, bo nieraz się zasłuchałam. A to pomagało przetrzymać rozpędzoną do granic możliwości akcję, co, jak to zazwyczaj w takich przypadkach bywa, działało na mnie zniechęcająco. Podejrzewam, że gdyby nie ta zachwycająca muzyka klasyczna, nie dotrwałabym do napisów końcowych. Nie wiem więc, czy powinnam być wdzięczna Romainowi Paillotowi za jego porządny wkład w to marne widowisko, czy raczej złościć się na niego za dostarczanie impulsów, które kazały mi trwać przed ekranem. Po to tylko, bym zakończyła to doświadczenie z poczuciem zmarnowanego czasu.

Myślę, że dwie sceny „Aszury” Talala Selhamiego zasługują na wyróżnienie. Nie nazwałabym ich wprawdzie jakimś ogromnym dokonaniem, tak na polu technicznym, jak tekstowym, ale jeśli porównać je z całą resztą wypadków zachodzących w tym filmidle, można dojść do wniosku, że starania twórców w tych przypadkach przyniosły najsmaczniejsze owoce. Najpierw akcja z kilkuletnim chłopcem niespokojnie układającym się do snu. Dzieciak nie czuje się komfortowo, bo obawia się potwora, który może chować się pod łóżkiem albo w szafie. Prosi więc matkę o skontrolowanie tych newralgicznych miejsc. A kiedy już wszystko zostaje sprawdzone, coś zaczyna się dziać. Tak w pokoju chłopca, jak piętro niżej, przed drzwiami frontowymi domu, w którym mieszka wraz z rodzicami. W tej scenie, według mnie, najmocniej zaznacza się jedna z myśli przewodnich tego straszaka, czyli nieraz już przedstawiany na ekranie (uważam, że zwykle z lepszym skutkiem) obraz dziecięcych lęków, które przybierają realną formę. Lęków, które mają przede wszystkim przypomnieć niektórym dorosłym tamten magiczny okres ich życia. Świat przebogatej wyobraźni, którą w końcu wyparł racjonalizm, szara codzienność dorosłego człowieka. Wolałabym wprawdzie żeby dłużej rzecz rozwijano, a przy tej okazji mocniej koncentrowano się na zagęszczaniu atmosfery nadnaturalnego zagrożenia, które niewątpliwie już zwietrzyło krew następnego dziecka, ale coś poczuć zdążyłam. Coś nareszcie we mnie drgnęło. Drugi raz nastąpił trochę później. W scenie roztoczonej w prawie całkowicie opustoszałej szkole. Po zajęciach, wieczorem, kiedy to w budynku została już tylko Nadia (nauczycielka) i jedna z uczennic. Mała dziewczynka, która wchodzi do sprawiającej dość upiorne wrażenie (głównie dzięki migającym żarówkom) toalety, gdzie jak przeczuwamy prędzej czy później (niestety okazuje się, że prędzej) pojawi się przedobrzony potworek, co się zowie Bougatate. Z wyjątkiem prologu akcja „Aszury” toczy się dwutorowo. Umowna teraźniejszość od czasu do czasu jest przerywana retrospekcjami z życia protagonistów. A ściślej, cofamy się o dwadzieścia lat, do pierwszego spotkania bohaterów filmu z Bougatate. Upalny, beztroski dzień oddany w pastelowych kolorach (retro klimacik trochę czuć). Czwórka dzieciaków bawi się blisko pola kukurydzy, za którym wznosi się opuszczone domostwo. A potem następuje noc, która, górnolotnie rzecz ujmując, zmieni wszystko. Szkoda, że więcej czasu spędzałam z dorosłymi protagonistami, bo w „tamtych czasach” trochę lepiej się odnajdywałam. Umowna teraźniejszość była mroczniejsza - nocne ciemności gęstsze - ale ujęły mnie te żywe kolory w scenach dziennych, a do głosu doszła pewna nostalgia. Nie trwało to długo i nie było zbyt silne, a przecież mogło, gdyby większe pole oddano małoletnim bohaterom. A jeszcze lepiej całość. Portretowane dzieje dorosłych bohaterów niepotrzebnie plątano. Jeśli dobrze odczytuję intencje scenarzystów, chciano w ten sposób zachęcić widza do składania porozrzucanych przez nich puzzli. Problem w tym, że nie brzmi to tajemniczo. Właściwie to już pierwsza partia - a może nawet sam prolog - wiele naświetla. Można więc powiedzieć, że twórcy w najgorszy możliwy sposób, bo niepozwalający w zadowalającym stopniu zaangażować się w tę opowieść (przynajmniej nie mnie), starają się odwrócić naszą uwagę od rzeczy oczywistych (zakończenie może jednak z lekka zaskoczyć, niektórzy mogą je nawet uznać za dość odważne, ale długoletni fani gatunku pewnie mają na to mniejszą szansę). Prawie wszystkie wydarzenia toczą się w pewnym sensie na siłę. Topornie, kwadratowo. Z nutką irytującego patosu, mnóstwem wymuszonych grymasów od niektórych członków obsady (zwłaszcza dorosłych), ale mistrzostwo świata w tej niechlubnej dziedzinie przyznałabym Ivánowi Gonzálezowi za szeroki uśmiech na modłę Grincha z kultowej animacji. Tak sobie myślę, czy to nie był celowym zabieg:) „Aszurę” inspirowało między innymi „To” Stephena Kinga. W pierwszej filmowej (właściwie to miniserialowej) wersji tej opasłej powieści, klauna Pennywise'a odegrał Tim Curry, aktor znany z tego uśmiechu, w którym już dawno dostrzeżono podobieństwo (nie jestem pewna, ale możliwe, że pierwsi zwrócili na to uwagę twórcy komedii „Kevin sam w Nowym Jorku”) do wspomnianego zielonego stworka niecierpiącego Świąt Bożego Narodzenia.

Marokańsko-francuski horror o „strasznie strasznym” potworze polującym na dzieci. Nawiązujący, nie tylko tytułem, do święta obchodzonego w Maroku i wywodzącego się z kultury arabskiej, ale nakręcony na hollywoodzką modłę. Jest dynamicznie, jest efekciarsko, ale już mniej klimatycznie. Oprawa audiowizualna jak najbardziej na tak, ale naprawdę niewiele z tego wynika - boleśnie brakuje napięcia. Reżyser i współscenarzysta „Aszury”, Talal Selhami, w mojej ocenie nie stanął tutaj na wysokości zadania. Stworzył miałki horror, który próbuje stwarzać pozory czegoś bardziej ambitnego. A moim zdaniem jest kolejnym pozbawionym polotu, banalnym straszakiem, trochę wprawdzie dodającym od siebie, ale najchętniej wykorzystującym sprawdzone motywy i modne chwyty obliczone na przestraszenie widza. Tyle że ktoś tu chyba coś źle policzył...

piątek, 4 września 2020

„The Rental” (2020)

 

Charlie, jego żona Michelle oraz młodszy brat Josh i jego dziewczyna Mina wynajmują na weekend domek na wybrzeżu Pacyfiku. Właściciela nieruchomości, Taylora, poznają dopiero po przyjeździe na miejsce i choć mężczyzna stara się to ukryć, nie mają wątpliwości, że jest ksenofobem. Kiedy Taylor wreszcie odjeżdża, przybysze oddają się beztroskiej zabawie. Wszyscy z wyjątkiem Michelle, która woli wypocząć przed wyprawą, którą zaplanowała na następny dzień. W pewnym momencie sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli i nie tylko dlatego, że dwójka wczasowiczów ma powody przypuszczać, że wszyscy są obserwowani przez właściciela domu.

Aktor Dave Franco, młodszy brat Jamesa Franco i mniej doświadczonego w show-biznesie Toma Franco, we współpracy z Joem Swanbergiem napisał scenariusz „The Rental”, thrillera z niewielkim dodatkiem horroru, pod wpływem swoich osobistych przemyśleń na temat dość niefrasobliwego korzystania niektórych osób z domów innych ludzi. Dave zadał sobie pytanie, dlaczego w tak podzielonym kraju, jak Stany Zjednoczone, w kraju, w którym ludzie są raczej nieufanie do sobie nastawieni, tak chętnie wynajmuje się na czas określony domy kompletnie obcych ludzi? Od tego się zaczęło, inspirację w kształtowaniu swojej wizji Dave Franco czerpał natomiast z twórczości Ariego Astera, Jordana Peele'a, Davida Roberta Mitchella, Jeremy'ego Saulniera, Amy Seimetz i Seana Durkina, który to został producentem wykonawczym „The Rental”. Pełnometrażowego debiutu reżyserskiego Dave'a Franco nakręconego w 2019 roku w Bandon i Portland w stanie Oregon. Film w 2020 roku trafił do wybranych kin w Stanach Zjednoczonych, ale główna dystrybucja odbywa się w Internecie. Przez pierwsze dwa tygodnie gościł na samym szczycie listy najczęściej wypożyczanych filmów na amerykańskich platformach VOD.

Dave Franco wyznał, że bardziej ceni sobie powolne narracje w kinie grozy, filmy mocno skoncentrowane na klimacie i detalach, niźli produkcje bazujące na tanich jump scenkach. I wyraz tego zamiłowania dał w swoim pierwszym pełnometrażowym obrazie. Thrillerze ze szczyptą horroru, wykorzystującym sprawdzone motywy, ale i przedstawiającym koncepcję, którą można odebrać jako lekki powiew świeżości. Lekki, bo z podobnym pomysłem mogliśmy się już spotkać choćby w UWAGA SPOILER „13 Cameras” Victora Zarcoffa i „14 Cameras” Setha Fullera i Scotta Hussiona KONIEC SPOILERA. „The Rental” otwiera motyw wypadu poza miasto w celach rekreacyjnych. Charlie, jego żona Michelle (dobre występy Dana Stevensa i Alison Brie, małżonki Dave'a Franco), młodszy brat Josh i jego dziewczyna Mina (również satysfakcjonujące kreacje Jeremy'ego Allena White'a i Sheili Vand) decydują się spędzić weekend w wynajętym domu na wybrzeżu Pacyfiku. Całkiem imponującej nieruchomości, jak się okazuje należącej do człowieka niechętnie nastawionego do cudzoziemców. A przynajmniej przybyszów z Bliskiego Wschodu - komentarz do ksenofobicznych i rasistowskich nastrojów wciąż panujących w niby postępowych Stanach Zjednoczonych (i nie tylko). Zważywszy na fakt, że Taylor (przyzwoity występ Toby'ego Hussa), właściciel problematycznego domku nad Oceanem Spokojnym jest wrogo nastawiony do noszącej bliskowschodnie nazwisko Miny, można domniemywać, że scenarzyści chcieli wyrazić swój krytyczny stosunek zwłaszcza do nieustannie rozprzestrzeniającego się skrajnie niesprawiedliwego zjawiska determinowanego głównie strachem przed terrorystami. Bo terrorystami są tylko przybysze z Bliskiego Wschodu. Wszyscy, bez wyjątku... Takie wąskie, błędne myślenie może przyświecać również Taylorowi. Albo po prostu jest to typ przepełniony nieuzasadnioną nienawiścią do różnych mniejszości. Mogę tylko snuć domysły na ten temat, bo scenarzyści nie zagłębiają się w filozofię tego osobnika. Sugerują, ale nie wdają się w szczegóły. Niemniej starają się uczulić widzów na Taylora. Nie tylko poprzez jego nieudolnie skrywaną ksenofobię. Zresztą samo to pewnie by nie wystarczyło, zważywszy na to, że wielu w pewnym stopniu podziela jego poglądy. W każdym razie w tym celu wykorzystują też subtelniejsze środki. Wrogie spojrzenia, nadskakiwanie gościom, serdeczność wyglądająca na wymuszoną – długoletni fani kina grozy z pewnością bez trudu wyłapią te i inne sygnały świadczące na niekorzyść właściciela domu wynajętego przez bohaterów „The Rental”. Poza tym doświadczenie uczy, że w horrorach i thrillerach, tak jak w życiu, należy ostrożnie podchodzić do nieznajomych. Pod żadnym pozorem nie ufać obcym, a przynajmniej odczekać z wyrobieniem sobie przychylniejszej opinii. W „The Rental” o to raczej trudno, bo coraz więcej będzie świadczyć przeciwko Taylorowi. Ale jego gościom też coraz dalej będzie do niewiniątek. Czy wszystkim, to się zobaczy. Sytuacja będzie komplikować się stopniowo i co więcej zaczątek tego destrukcyjnego procesu przejdzie niezauważony przez połowę tego towarzystwa. Będziemy śledzić rozpaczliwe próby ukrycia pewnych informacji przed pozostałymi domownikami. Z punktu widzenia owych spiskowców to jedyne wyjście z wielce kłopotliwej sytuacji. Ale odbiorca „The Rental” zapewne nie będzie miał wątpliwości, że w ten sposób tylko pakują się w większe tarapaty. Wiedzą, że ktoś ich obserwuje (naturalnie skłaniają się ku Taylorowi), ale decydują się nie wszczynać alarmu. Siedzieć cicho i czekać do końca weekendu. A potem jakby nigdy nic, wrócić do domu i zapomnieć o tym nieprzyjemnym przeżyciu. Zastanawiająca, dziwna, niecodzienna postawa? Niezupełnie. Bo ta dwójka ma mocne podstawy do obrania właśnie takiej strategii. Strategii, w powodzenie której prawdopodobnie żaden odbiorca „The Rental” nie będzie wierzył. W sumie, aż dziw, że jej autorzy (a ponoć bardzo kreatywni to ludzie...) uwierzyli, że to może się udać. Z drugiej strony nie można wykluczyć, że zagrożenie przyjdzie z wewnątrz, a nie, jak sugerują twórcy, z zewnątrz. To znaczy, możliwe, że wypatrywać niebezpieczeństwa winniśmy w gronie przyjezdnych, zamiast spodziewać się go ze strony osoby, która najwyraźniej kręci się w pobliżu wynajętego przez nich domu. Szukać zagrożenia wśród osób, które mogliśmy już całkiem nieźle poznać. Dave Franco i Joe Swanberg w swoim scenariuszu wznieśli raczej niepapierowe postaci – wprawdzie niezbyt złożone to osobowości, ale te nieliczne cechy, którymi obdarzono każdego z nich wystarczyły, by skraść moją uwagę. Z tego prostego powodu, że nie przedstawiono ich po macoszemu. „The Rental” to opowieść skoncentrowana przede wszystkim na postaciach i klimacie. Na narastającym zagrożeniu w zacisznej scenerii. Zagrożeniu, którego źródła przez długi czas nie możemy być pewni, ale twórcy niejako zmuszają nas, byśmy za najbardziej prawdopodobne uznawali uderzenie ze strony człowieka przyglądającego się czwórce wczasowiczów.

The Rental” Dave'a Franco to skromny spektakl, który wymaga od widza trochę cierpliwości. Fabuła buduje się powoli w całkiem sugestywnej oprawie wizualnej (muzyczny akompaniament jest bardzo oszczędny – twórcy chętnie i umiejętnie grają też ciszą, może nawet chętniej niż dźwiękiem): nowoczesny, przestronny dom na wybrzeżu Pacyfiku. Na zupełnym odludziu i w dodatku będący własnością podejrzanego osobnika. Dom, pod którym znajduje się pomieszczenie zamknięte na zamek elektroniczny. Sekretny pokój – motyw spotykany już w kinie grozy, a więc choćby dlatego potęgujący obawy o życie osób, które na swoje nieszczęście postanowiły spędzić weekend w domu niejakiego Taylora. Tajemnica związana z tym imponującym i tylko pozornie przytulnym obiektem to jedno, ale w tej intrydze dużą rolę odgrywają też relacje wczasowiczów. Destrukcja, która zaczyna toczyć tę gromadkę właśnie w trakcie owego weekendu. Przemilczenia jednych przed drugimi. Grzech, który pęcznieje na skutek decyzji podjętej przez ludzi postawionych pod ścianą. A przynajmniej tak im się wówczas wydaje, bo jeszcze przekonają się co znaczy znaleźć się w sytuacji, z której nie ma dobrego wyjścia. Można tylko wybierać pomiędzy mniejszym i większym złem. Co by się nie zrobiło, i tak się oberwie. Tak czy inaczej przynajmniej niektórzy z nich pewnie wyjdą z tego poturbowani. Ale nawet jeśli tak się stanie, to prawdopodobnie będą mogli uznać się za szczęściarzy. Dziękować opatrzności za to, że udało im się przeżyć ten koszmarny weekend. Winę za to mogą ponosić oni sami albo dzielić ją z niekoniecznie tajemniczym (Taylor?) osobnikiem, który wybrał ich na swoje ofiary. Zwykły podglądacz czy bezwzględny morderca? Bo że ktoś czai się w ukryciu wiemy ponad wszelką wątpliwość. Nie znamy tylko jego/jej zamiarów względem Charliego, Miny, Josha i Michelle. Doceniam skupienie scenarzystów „The Rental” na warstwie obyczajowej/psychologicznej, na zagęszczaniu się atmosfery wśród aktualnych najemców domu Taylora. Dość zwyczajna, można powiedzieć życiowa sytuacja, podkręcana czymś mniej powszednim (acz nie niespotykanym w tym strasznym świecie, w jakim tak naprawdę wszyscy żyjemy). Początkujący reżyser i jego ekipa całkiem zręcznie dawkują emocje, ale według mnie nie trafiają w najwyższe tony. Spokojnie można to było jeszcze wzmocnić. Daleko bardziej intensyfikować nastrój na tej drodze... ku zatraceniu? Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że wydarzy się coś strasznego. Że tragedii nie da się uniknąć. Ona musi nastąpić, a jedyne co mogą zrobić bohaterowie to podjęcie kroków, które zminimalizują szkody. Znowu muszą dokonać trudnego wyboru, od którego być może będzie zależało ich być albo nie być na tym padole. W wyobrażeniu widza najprawdopodobniej żadna z dostępnych dróg usłana różami nie będzie. Podobnie, jak w poprzednim wielkim dylemacie, tak i tutaj każdy krok wiąże się z ryzykiem. My to wiemy, ale tkwiących w tym bagnie wczasowiczów (choć nie wszystkich) mimo wszystko nie opuszcza nadzieja na wyjście z niego suchymi stopami. „The Rental” właściwie przez cały czas trzymał mnie w napięciu. Co prawda nie tak wysokim, jak bym chciała, ale na pewno nieustępliwym i w sumie wystarczającym do utrzymywania wzroku na ekranie bez poczucia marnotrawienia czasu. Dobrze się to przyswajało, pomimo że emocje nie były jakoś nadzwyczaj potężne, a końcówka przyniosła delikatne rozczarowanie. Ale też jeszcze trochę plusów. UWAGA SPOILER Później wkracza slasher, co oczywiście dopisuję do walorów „The Rental” (niezła maska mordercy, przydałoby się jednak więcej inwencji w wykańczaniu ofiar, ale te mgliste sceny wprost wyborne). Tak jak i dalej ujawniony proces przygotowawczy przeprowadzany przez teraz to dopiero tajemniczego oprawcę przed, jak się domyślamy, każdym planowanym atakiem. I właśnie rozczarowała mnie ta... przypadkowość zabójcy? Chyba tak to można nazwać. Ktoś, kto był i pozostał obcy. Jest w tym metoda – zostawienie nas z uwierającą zagadką – ale raczej w fotel nikogo to nie wbije. A po takiej konstrukcji fabularnej (tajemnice, sekreciki) spodziewałabym się raczej akcji bardziej zdecydowanie ukierunkowanej na zaskoczenie publiczności KONIEC SPOILERA.

Dave Franco zdradził, że ma pomysł na drugą odsłonę „The Rental”, jego pełnometrażowego debiutu reżyserskiego, opartego na scenariuszu, który napisał razem z Joem Swanbergiem. Powiedział, że jeśli tylko nadarzy się okazja, zabierze się za ten projekt. A zanim to nastąpi: cieszcie się jego „pierwszym dzieckiem”, bo ten thriller z dodatkiem horroru naprawdę może się podobać. Zwłaszcza zwolennikom tzw. nowej fali kina grozy. Nieśpiesznych narracji, produkcji skoncentrowanych na klimacie i//lub (w tym przypadku na pewno) stosunkach międzyludzkich. Filmów minimalistycznych w formie, żonglujących (nie)wygodnymi emocjami, obrazów stopniowo wybijającymi nas ze strefy komfortu. Fabuła „The Rental” nie jest szczególnie wyszukana, a i jestem pewna, że miłośnicy filmowych thrillerów i horrorów widzieli już niejeden zdecydowanie bardziej szargający nerwy obraz utrzymany w podobnym (wolniejszym) tempie, ale myślę, że warto zerknąć i na to. Żadne wielkie dokonanie, ale mnie tam całkiem dobrze się oglądało.