Stronki na blogu

poniedziałek, 17 stycznia 2022

H.P. Lovecraft, August Derleth „Obserwatorzy spoza czasu”

 

Obserwatorzy spoza czasu” (oryg. „The Watchers Out of Time and Others”) to zbiór szesnastu opowieści inspirowanych prozą Howarda Phillipsa Lovecrafta, który swoją światową premierę, w tym kształcie, miał w roku 1974. Autorem zasadniczo jest amerykański nieżyjący już pisarz August Derleth, który jednakże opierał się na materiałach pozostawionych przez swojego wieloletniego korespondencyjnego przyjaciela z Providence. Po śmierci Lovecrafta Derleth wraz z innym amerykańskim pisarzem, Donaldem Wandreiem, po nieudanych próbach nakłonienia wydawców do publikacji dzieł Lovecrafta, założyli własne wydawnictwo, Arkham House (nazwa pochodzi od miejscowości wymyślonego przez Samotnika z Providence na potrzeby jego prozy), którego głównym celem było wydanie wszystkich tekstów mistrza literatury grozy w twardych oprawach. Można powiedzieć, że to Arkham House wyniósł na salony twórczość za życia niedocenianego, a niewątpliwie Wielkiego Pisarza. Czy, jak kto woli, ta inicjatywa dwóch pisarzy, którzy należycie zaopiekowali się literacką spuścizną ojca Mitologii Cthulhu, nie pozwoliła, by dzieła Howarda Phillipsa Lovecrafta zagubiły się w mrokach historii. Podobno Lovecraft w swoich listach do Augusta Derletha zachęcał go do rozbudowania jego mitologii, ale dopiero po śmierci tego pierwszego, Derleth postanowił, nie tyle dołożyć swoją cegiełkę do kosmologii swojego korespondencyjnego przyjaciela, ile z elementów tego świata przedstawionego stworzyć nową gałąź Lovecraftowskiego drzewa. To zrodziło kontrowersje – nie wszystkim spodobało się to, co August Derleth skomponował ze spuścizny Samotnika z Providence. Tym bardziej, że Arkham House wypuszczało teksty Derletha także pod nazwiskiem H.P. Lovecrafta (mniejsza, że niektóre z nich zawierają słowa skreślone przez Lovecrafta; jedynie jakieś tam fragmenty) – Derleth nazwał się „pośmiertnym współpracownikiem” Howarda Phillipsa, czym też naraził się na krytykę. Jeden z najbardziej zasłużonych badaczy twórczości Samotnika z Providence, S.T. Joshi, tę fazę zawodowej działalności Augusta Derletha nazwał być może najbardziej haniebną w jego życiu. Dołączył do obozu oburzonych, zniesmaczonych, czy po prostu niezadowolonych z tego konkretnego podpięcia się pod dokonania Lovecrafta. Zdaje się, że największe zastrzeżenia budzi styl, w jakim Derleth włączył się w ów ogromny przecież projekt. Mnóstwo wszak pisarzy i pisarek dołożyło swoją cegiełkę do tego wybitnego świata przedstawionego. (Nawiasem mówiąc, Cthulhu Mythos to nazwa wymyślona przez Derletha, Lovecraft natomiast stosował nazwę Yog-Sothothery). Treść oczywiście też ma znaczenie, ale być może wokół tej działalności Augusta Derletha, nie narosłoby tyle kontrowersji, gdyby nie podpisywał swoich tekstów także nazwiskiem H.P. Lovecrafta i nie nazywał się jego pośmiertnym współpracownikiem. Być może.

Piętnaście opowiadań, w tym jedno nieukończone oraz jedna minipowieść w Polsce po raz pierwszy wydana w 2000 roku przez wydawnictwo Zysk i S-ka (seria Kameleon). W 2021 roku to samo wydawnictwo wypuściło edycję w twardej oprawie (pobudzającą, przynajmniej moją, wyobraźnię grafikę na froncie zaprojektował Paweł Hordyniak) w tłumaczeniu (jak poprzednio) Roberta P. Lipskiego. Muszę przyznać, że miałam problem z tą publikacją. Niektórych może zaskoczę, ale nie polegał on na tym, że August Derleth poważył się, miał czelność, dopisać swój rozdział do kosmologii Samotnika z Providence, stworzyć coś w rodzaju drugiej płaszczyzny Mitologii Cthulhu, czy jak to tam nazwiemy. Krótko rzecz ujmując: historie zamieszczone w tej książce w moim odbiorze były na tyle wyrównane, że ułożenie ich od subiektywnie najlepszych do najsłabszych było tutaj pewnym wyzwaniem. Dumałam, przestawiałam, a potem wracałam do wcześniejszego ułożenia, żeby za niedługo znowu „łobuza” przenieść. Aż w końcu zdecydowałam się na...

dwóch zwycięzców i całą gromadę dosłownie depczących im po piętach „szybkich i wściekłych”. Otwierająca niniejszy zbiór (nie licząc słów wstępnych od April Derleth, córki Augusta) minipowieść pod tytułem „Czyhający w progu” opowiada o owianym złą sławą tak zwanym lesie Billingtona w stanie Massachusetts. Poznajemy Ambrose'a Dewarta, który właśnie odziedziczył tę podobno przeklętą ziemię, wraz ze stojącą na niej starą nieruchomością. Motyw przeklętego dziedzictwa będzie często spotykany w tym zbiorku – widać, że Derleth szczególnie go sobie upodobał. To samo można powiedzieć o amatorskich badaniach burzliwej, niezwykłej historii przodków – takiemu zajęciu odda się Dewart niedługo po przeprowadzce do tak zwanego domu Billingtona. Czarna magia (to też jeden z ulubionych motywów Derletha), tajemnicze morderstwa i zaginięcia, wrzaski rozlegające się w niektóre noce w owianym złą sławą lesie, gdzie od dawien dawna stoi emanująca jakąś złowrogą mocą wieżyczka. Uwagę zwraca też struktura tej opowieści, jej forma - trzy części i tak jakby trzy opowieści. Na początek narracja trzecioosobowa, z Ambrose'em Dewartem w centrum, a w dwóch kolejnych działach już bezpośrednie (w pierwszej osobie) relacje innych postaci. Szerokie objęcie Mitologii Cthulhu (oczywiście na gałęzi Derletha - będzie więc też o konflikcie złych Wielkich Przedwiecznych z dobrymi Starszymi Bogami). Klimatyczna, choć miejscami może trochę przegadana (niektóre opisy według mnie zbędne, jakby powielane, powtarzane), ale już końcówka poprowadzona nazbyt pośpiesznie. Drobne zgrzyty w niesamowicie intensywnym doznaniu zgotowanym mi przez człowieka nazywanego protegowanym Howarda Phillipsa Lovecrafta.

Zamknięty pokój” odnajdujemy w krainie na obrzeżach Dunwich. W domostwie, które zgodnie z ostatnią wolą jego dziadka, stało się wyłączną własnością Abnera Whateleya, który wychował się w tych stronach, a teraz wraca na stare śmieci. W domu znajduje list od swojego nieżyjącego już dziadka, który przekazał mu cały ten najpewniej przeklęty majątek. List z osobliwą prośbą, czy raczej żądaniem, które Abner ma zamiar wypełnić. I odkryć bodaj największy sekret swojego dziadka. Dowiedzieć się więcej o tytułowym pokoju, w którym, jak wie, przed laty zamknięto jego ciotkę. Ciotkę, która prawdopodobnie wróciła odmieniona z nadbrzeżnego miasteczka Innsmouth. Gęsty, lepki klimat, nieodstępujące poczucie przyczajonego zagrożenia nie z tego świata. Lekki zapaszek degeneracji, gnilny odorek, mgiełka obrzydliwości i soczysty sekrecik rodzinny. Doprawdy interesujący trupek w szafie. Niecodzienny okaz, aczkolwiek swoje istnienie chyba bardziej zawdzięczający Lovecraftowi niż Derlethowi.

Opowiadania moim zdaniem niemal równie dobre. Rewelacyjne. „Spadkobierca”, czyli opowieść o człowieku, który NIE odziedziczył straszliwego majątku. Antykwariusz Alijah Atwood wynajął nieruchomość w Providence, która wpadła mu w oko. Poprzedni właściciel tego domu zmarł, a jego spadkobierca jeszcze się nie odnalazł. Cała ta sprawa jest na tyle tajemnicza, żeby nie powiedzieć osobliwa, aby rozbudzić ciekawość Atwooda. Stara się rozwiązać zagadkę, która dla współczesnego czytelnika prawdopodobnie będzie oczywista. Przewidywalna opowieść o odwiecznej pogoni człowieka za... Prawie na pewno się domyślicie. Niezbyt kreatywna, ale znakomicie się wchłaniająca – rytmiczna melodia – stosownie mroczna opowieść o UWAGA SPOILER ubłaganym upływie czasu KONIEC SPOILERA.  
W „Dziedzictwie Peabodych” August Derleth pokazuje nam kolejną przeklętą schedę. Wielki dom na prowincji w stanie Massachusetts, w pobliżu miejscowości Wilbraham. Może i trochę wtórne, ale na mnie podziałało. Okultyzm, alarmujące koszmary senne, niebezpieczne sekrety antenata głównego bohatera, Zgniły klimat i nader tragiczna otoczka. Mocno przygnębiająca rzecz.
Przodek” skupia się na młodym mężczyźnie, który dostaje propozycję nie do odrzucenia. Jego mieszkający w lesie w stanie Vermont kuzyn oferuje mu dobrze płatną i na pozór niezbyt wymagającą pracę. Ów kuzyn prowadzi badania ukierunkowane na odzyskanie utraconych wspomnień własnych, ale też jak szybko się okaże, zamierza dotrzeć do wspomnień swoich przodków. Interesująca koncepcja: niemożliwe, ale chwytliwe! Cuchnące opowiadanko – prawie czuć ten ohydny zapach dobywający się z laboratorium szalonego naukowca. Naukowca opętanego zgubną ideą. Niezdrową obsesją na punkcie... historii.
Cień z przestworzy” to (umownie) opowieść psychoanalityka Nathaniela Coreya o jednym z jego pacjentów. Niezwyczajny przypadek niekoniecznie chorobowy. Tak czy inaczej, jego problemy zaczęły się od zagadkowego ataku, po którym zapadł w śpiączkę. Stosunkowo szybko odzyskał przytomność, ale stracił pamięć. Błyskawicznie uzupełnił dane w swoim banku pamięci i dodał nowe. Nowe zainteresowania i właściwie nowa osobowość. I uciążliwe koszmary senne. Okiem Coreya, pacjent zatracił zdolność odróżniania jawy od snu, ale czytelnik zapewne nie będzie podzielał tego, bądź co bądź, zdroworozsądkowego przekonania. Głos nauki w tego rodzaju opowieściach nie powinien być zbyt uważnie słuchany. O czym może na własnej skórze przekona się także Nathaniel Corey. Być może boleśnie. To opowiadanie wydało mi się ambitniejsze od pozostałych. Bardziej kręta droga ku straszliwej Prawdzie. Podskórny, pełzający niepokój. Lekka paranoja.
Wiedźmi Jar”. Na zachód od Arkham leży dzika kraina, w której mieszka pewna dziwna rodzina (że tak sobie zrymuję). Ludzie ci stronią od innych, prowadzą wręcz pustelniczy żywot. Najmłodszy członek wypełnia wprawdzie swój szkolny obowiązek, ale dystansuje się od pozostałych uczniów. Nowy nauczyciel, człowiek, który dopiero co przybył w te strony, człowiek z zewnątrz, niewtajemniczony w sprawy tego zakątka Massachusetts, postanawia pomóc temu ponad przeciętnie inteligentnemu chłopcu. Płynna, rozbudzająca ciekawość narracja. Krótko, acz treściwie. Dobre tempo, ciekawa, choć niezbyt wymyślna, raczej standardowa opowieść o rodzinnym przekleństwie, klątwie.
W „Cieniu na poddaszu” August Derleth znowu przedstawia nam nieszczęsnego dziedzica. A właściwie prawie dziedzica, bo żeby nasz narrator, mężczyzna imieniem Adam, stał się pełnoprawnym właścicielem domostwa przepisanego mu przez wuja, najpierw musi spędzić w nim co najmniej trzy miesiące. Przed sprzedażą, jeśli taka będzie jego wola. Wujek ten parał się czarną magią... i wszystko jasne:) Nawiedzone, przesiąknięte złą aurą domiszcze, zagrożone ja w gruncie rzeczy sympatycznego bohatera, sprawnie zagęszczający się mrok, (nie)uchwytna groza i nocny intruz-pedant. Standard, ale cieszy.
W „Ciemnym bractwie” poznajemy nocnego wędrowca z Providence, Arthura Phillipsa, który niebawem znajdzie sobie wierną towarzyszkę. Podczas jednego z tych wspólnych wypadów – noce w Providence – natkną się na dziwnego jegomościa, jak zakładają miłośnika twórczości nieodżałowanego Edgara Allana Poego. Taka trochę „Inwazja porywaczy ciał” w wersji Augusta Derletha. Iście paranoiczna atmosfera. O przerażającym spisku bez pardonu prącym w jak najlepszym kierunku. A przynajmniej ja lepszego zakończenie dla takiego utworu wymyślić nie potrafię.
Glina z Innsmouth” to umowna relacja przyjaciela rzeźbiarza Jeffreya Coreya. Po zrzuceniu przez marynarkę wojenną bomb głębinowych do wód w pobliżu Innsmouth, fale wyrzuciły na brzeg między innymi niezwykłą glinę. Z tej gliny Jeffrey Corey ulepił dosyć szkaradną rzeźbę, tym samym sprowadzając na siebie poważne niebezpieczeństwo. Ale czy na pewno? Ciekawy, choć w pewnym zakresie znany mi już z innych źródeł, wątek, A do tego lovecraftowskie rybopodobne istoty, degeneracja, plugastwo, jak to w Innsmouth. I tylko finału żal.

Kroczek za powyższymi stawiam:

Dzień Wentwortha”, czyli prawdopodobnie najgorsze doświadczenie w życiu komiwojażera Freda Hadleya. Wracając z Dunwich, gdzie przybył w interesach, mężczyzna wybiera drogę przechodzącą przez dolinę leżącą na północ od wspomnianej fikcyjnej osady wymyślonej przez Howarda Phillipsa Lovecrafta. Pogoda zmusza naszego bohatera do poszukania jakiegoś schronienia. Kto szuka, ten znajdzie... ale niezupełnie to, czego szukał. Samotnie mieszkający mężczyzna, który ugości Hadleya wyraźnie z obawą wyczekuje niemożliwego. Sam siebie próbuje przekonać, że jego strach jest całkowicie irracjonalny, ale to nie pomaga. Facet ma porządnego pietra. Prosta historia z „milusim” zakończeniem. I ta atmosfera oczekiwania. Nieznośna. Czekasz na nieuniknione, dobrze wiesz na co, czy raczej na kogo. Suspens jak u Hitchcocka, nie sądzicie?
Okno na poddaszu” to... Tak, tak, jest spadkobierca! Po śmierci swojego kuzyna młody mężczyzna, zgodnie z jego ostatnią wolą, staje się jedynym właścicielem nieruchomości otoczonej wzgórzami nieopodal Aylesbury Pike. Niby standardowa opowieść, ale przy tak zręcznej żonglerce napięciem nudzić się niepodobna. Lovecraftowski klimat, przyczajona, nienazwana groza, która niebawem, już za moment najpewniej w całości się nam objawi. W całej swojej z pewnością ultrapotwornej postaci.
Koszmar z przeszłości” i kolejny dziedzic. Domostwo w pobliżu Dunwich, którego poprzedni właściciel, wuj narratora, świeżo upieczonego właściciela tej ponad wszelką wątpliwość felernej schedy, zaginął dawno temu. Klimatycznie, jak zawsze (czytaj: w całym omawianym zbiorze), ale fabuła trochę nijaka. Mało wyrazista, pozbawiona charakterystycznych elementów. Dobrze się czytało, ale podejrzewam, że w pamięci błyskawicznie się zatrze. Schowa się za bardziej pomysłowymi przeżyciami innych członków „skażonych rodów” z kronik Augusta Derletha, które nie powstałyby, gdyby pewien samotnik z Providence miast pisaniem zajął się czymkolwiek innym.

Teraz dwie tylko niezłe historyjki. „Lampa Alhazreda”, która może być wariacją na temat życia samego Howarda Phillipsa Lovecrafta. Główny bohater nazywa się Ward Phillips (przypadek? Nie sądzę) i – jakżeby inaczej! - właśnie odziedziczył dom z całym wyposażeniem. To ze zwykłych rzeczy, ale jest i „mały” bonus. Ten dodatkowy prezent to tytułowa lampa (tak, tego Alhazreda). Magiczna lampa, bo w jej świetle odsłaniają się inne światy. Opowieść bijąca tęsknotą za starymi, lepszymi czasami. Za dzieciństwem. Zdecydowanie bardziej nostalgicznie niż upiornie. Mnóstwo żywych kolorów – nieco znużyły mnie te szczegółowe, powiedziałabym kwieciste opisy bajkowych krain – i mało, dla mnie stanowczo za mało, czerni. Właściwie to tyle, co nic. 
Rybaka z Sokolego Przylądka” czyta się jak legendę, ewentualnie krótką baśń, bajkę dla niegrzecznych, albo po prostu spragnionych mocniejszych doznań, dzieci. Był sobie pewien rybak, który niedaleko miasteczka Innsmouth złowił niezwykłą istotę, która mogła, ale nie musiała, być najprawdziwszą syreną. Darował jej życie, a w zamian coś zostało mu obiecane. Jak na poziom tego zbiorku to trochę mało. Krótka historyjka skąpana w jako takiej atmosferze tajemniczości, ale właściwie pozbawiona jakichś zapadających w pamięć akcentów.

Tekst poza konkurencją, nie biorący udziału w tym moim wyobrażonym wyścigu – nie wystawiłam mu oceny w swoim zeszyciku. Wyobraźcie sobie, że oglądacie film. Już zdążyliście rozgościć się w świecie przedstawionym, zaangażowaliście się w losy bohaterów, gdy nagle akcja zostaje przerwana, a na ekranie pojawiają się słowa „produkcja nie została dokończona z powodu nagłej śmierci reżysera”. Dobrze, w świecie filmowym coś takiego może i by nie przeszło (może nie, może tak, nie wiem), ale w światku wydawniczym taki ruch nikogo dziwić nie powinien. Raczej. Choć wiedziałam, że „Obserwatorzy spoza czasu” (wspomina o tym April Derleth w swojej przedmowie do tej publikacji) to tekst, którego August Derleth nie zdążył dokończyć przed swoją śmiercią, to i tak poczułam się... nietęgo. Myślę, że jakaś dłuższa historia się tu kluła. Może nawet (mini)powieść. O niejakim Nicholasie Waltersie, Angliku, który dziedziczy niewielką posiadłość w pobliżu Dunwich w stanie Massachusetts. Wie, że jego ojciec miał rodzinę w Stanach Zjednoczonych, ale nigdy mu o niej nie opowiadał. Niedługo po przybyciu Waltersa do nowego-starego domu w podejrzanej okolicy, autor przykuwa naszą (i swojego bohatera) uwagę do dekoracji na ścianie nad kominkiem. Coś niepojętego, zastanawiającego się tu wyprawia. Kolejny ruch czołowej postaci? Oczywiście szukanie informacji o starym, herbowym rodzie z Dunwich. Mroczne sekrety... I koniec. A z taką wyraźną pieczołowitością, maniakalną wręcz, wspaniałą skrupulatnością August Derleth budował tę historię. Klimat boski, tylko czasu zabrakło. Szkoda. Z drugiej strony dalej równie dobrze mogło się popsuć...

Przepiękne wydanie (Zysk i S-ka, rok 2021), wyborne opowieści. Czternaście opowiadań, jedna minipowieść i jedno nieukończone dzieło Augusta Derletha, moim zdaniem pojętnego ucznia Howarda Phillipsa Lovecrafta. Tak, to nie to samo. Tak, to trochę inna mitologia. Są różnice, ale i są podobieństwa. Wspólne elementy. Derleth stworzył coś w rodzaju równoległego świata, gdzie moim zdaniem panuje podobna atmosfera i gdzie żyją też stwory stworzone przez Samotnika z Providence, ale cała otoczka... Zbiór „Obserwatorzy spoza czasu” w mojej domowej biblioteczce stanie obok wydań zbiorczych utworów Howarda Phillipsa Lovecrafta. Gdybym musiała wybierać, to bez wahania poszłabym za tym drugim, ale na szczęście nie muszę. Na szczęście mogę z radością przenosić się do mrocznych światów wykreowanych przez obu tych panów. Na szczęście dla mnie u Augusta Derletha też mi wygodnie. Takie moje najnowsze, choć pewnie mocno spóźnione, odkrycie. Ale jak to mówią: lepiej późno niż wcale.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


sobota, 15 stycznia 2022

„Wyspa przetrwania” (2019)

 

Na brzeg bezludnej wyspy fale wyrzucają młodą kobietę nazwiskiem Jennifer Remming. Dziewczyna szybko odkrywa, że w przeszłości przebywali tutaj inni ludzie, ale Jen jest zdana tylko na siebie. I radzi sobie całkiem dobrze. Bez większego trudu zdobywa pożywienie. Odpowiednie nawadnianie organizmu też nie jest problemem. Dni na wyspie zwykle są upalne, ale nocami to miejsce często nawiedzają ulewne deszcze. Na wyspie nie brakuje też kokosów, jednakże ogień już wkrótce może stać się problemem. Tymczasem Jen ma inne zmartwienie. Problem nieporównywalnie większej wagi. W postaci jakiejś agresywnej istoty, która nocami wynurza się z morskich głębin i rusza na żer.

Wyprodukowany przez Blumhouse Productions amerykański survival horror i monster movie w reżyserii J.D. Dillarda, który pracował też nad scenariuszem, razem z Alexem Hynerem i Alexem Theurerem. Pomysł na tę historię zrodził się w głowie Dillarda podczas pobytu w Virginia Beach w stanie Wirginia. Kiedy stał na plaży w towarzystwie paru przyjaciół i wpatrywał się w morze nagle przyszło mu do głowy, że najstraszniejsza rzecz, jaka mogłaby się teraz wydarzyć to wyjście z wody jakiegoś stwora. Najpierw podzielił się tą niepokojącą wizją z przyjaciółmi, którzy stali obok niego, a zaraz potem opisał to w SMS-ach do Hynera i Theurera, którzy też dostrzegli w tym potencjał na dobry film grozy. Ponadto twórcy czerpali z takich filmów jak „Cast Away - poza światem” Roberta Zemeckisa, serii „Obcy” (zapoczątkowanej przez Ridleya Scotta w 1979 roku filmem „Obcy - 8. pasażer Nostromo”) i „183 metry strachu” Jaume'a Colleta-Serry, a także z tak zwanej wyprawy Kon-Tiki. Oryginalny tytuł - „Sweetheart” (w Polsce dystrybuowany pod tytułem „Wyspa przetrwania”) - może wydawać się kompletnie bez związku z fabułą, ale to przemyślany ruch. Widzowie nie byli przygotowani (w każdym razie nie ci zgromadzeni na Sundance Film Festival, gdzie odbył się pierwszy pokaz filmu: w styczniu 2019 roku) na taki rozwój fabuły. I o to chodziło.

Wyspa przetrwania” to obraz oparty na sprawdzonym motywie, który pozwolę sobie nazwać syndromem Robinsona Crusoe. Czyli utknął człowiek na bezludnej wyspie. Tutaj jest to młoda kobieta, Jennifer Remming, którą na samym początku filmu fale wyrzucają na plażę, za którą rozciąga się gęsty las. Zapierający dech w piersi widok – soczyście zielona kraina niekoniecznie mlekiem i miodem płynąca. Główne zdjęcia powstawały na Fidżi – na ten czas (czyli niecały miesiąc) filmowcy właściwie „przejęli” (wynajęli) to miejsce. Niezbyt dużą, ale i nie najmniejszą prywatną wyspę w obrębie Wysp Mamanuca. Główną rolę powierzono Kiersey Clemons (m.in. „Linia życia” Nielsa Ardena Opleva oraz późniejsze „Antebellum” Gerarda Busha i Christophera Renza), której ekspresja mnie osobiście nie przekonuje, aczkolwiek ze wszystkich dotychczasowych kreacji tej pani, jakie dotychczas widziałam, niniejszy występ uważam za najbardziej udany. A zgaduję, że nie było to najłatwiejsze zadanie w jej karierze. Clemons, podobnie jak jej bohaterka, przez długi czas była bowiem zdana wyłącznie na siebie. Mało mówić, dużo robić. Namęczyła się dziewczyna, ale przypuszczalnie nie tak jak Andrew Crawford, Neomorph z „Obcego: Przymierza” Ridleya Scotta, który znowu mógł „poczuć się jak potwór”. Spocić się w ciężkim kostiumie (waga: 180 funtów), naturalnie mocno krępującym ruchy. Crawford musiał się bardzo pilnować, uważać, żeby nie porwały go fale, bo wtedy prawie na pewno by się utopił. Strój natychmiast pociągnąłby go na dno, a ekipa nie mogła mieć pewności, że w takim wypadku odsiecz przybyłaby na czas. Ich kolega mógł zginąć! Tak czy inaczej, stres był, ale na szczęście nikt nie otarł się o śmierć na tym rajskim planie. Niektórzy widzowie potraktowali „Wyspę przetrwania” jako polityczną alegorię – stwór z oceanicznych głębin to uosobienie ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, strach Jennifer Remming to swego rodzaju odbicie strachu, jaki ogarnął część obywateli tego kraju po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich przeprowadzonych w 2016 roku. Inni w tej opowieści o kobiecie zaszczutej przez agresywną bestię widzieli opowieść o kobiecie ubezwłasnowolnionej, dręczonej fizycznie i psychicznie przez mężczyznę (męża, narzeczonego, chłopaka), z którym mieszka. Pierwsza partia „Wyspy przetrwania” to opowieść z cyklu „samotne życie na wyspie”. Twórcom zależało na tym, by Jennifer była, że tak to ujmę „postacią myślącą”. Chcieli, żeby odbiorca obserwował ją z przekonaniem, że na jej miejscu robiłby dokładnie to samo. Chcieli też uniknąć skojarzeń z jakąś komandoską. Jen miała być po prostu zaradną dziewczyną, która nie przeszła żadnych szkoleń przydatnych w takich sytuacjach. Choćby kursu samoobrony. Tak, Jennifer jest kompletnie nieprzygotowana do życia na dzikiej wyspie z morderczą istotą w najbliższym sąsiedztwie (czyżby?). Ale szybko się uczy. Nie załamuje się, nie traci woli życia, ani myśli się poddać, siąść i płakać. I czekać na stwora, który skróci jej męki. Trochę jednak potrwa zanim bohaterka odkryje tę cuchnącą obecność. Zanim zorientuje się, że wyspa, na której utknęła jest miejscem żerowania, muszę przyznać, ciekawie się prezentującej istoty (cóż za „urocze” stworzenie – jaszczuropodobne coś, które może przywieść na myśl twórczość Howarda Phillipsa Lovecrafta; jakby urwało się z Innsmouth), twórcy powoli przeprowadzą nas przez etap, który pozwolę sobie nazwać urządzaniem się na nowych śmieciach. Mówią, że człowiek do wszystkiego się przyzwyczai. Gdziekolwiek los go rzuci, przy „odrobinie” wysiłku i samozaparcia prędzej czy później się zaadaptuje. To albo śmierć, więc... Tak, domyślam się, że dla iluś tam ludzi byłaby to jakaś alternatywa, że nie każdy tak uparcie trzymałby się życia, gdyby zamienił się miejscami z tą dzielną dziewczyną. Niektórzy - jedni prędzej, inni później – przypuszczalnie „złożyliby broń”. Zarzucili walkę o dalszy żywot na tym nędznym padole. Nie takim znowu nędznym, bo widoki cudowne. Tyle dobrego.

(źródło: https://www.moviebreak.de/)

Wyspa przetrwania” J.D. Dillarda jest kojarzona głównie z kultowym „Predatorem” Johna McTiernana. Mnie przypomniał się jeszcze (pomijam „Cast Away - poza światem” i inne o rozbitkach próbujących przetrwać na nieucywilizowanych, samotnych wyspach) „Prey” w reżyserii Francka Khalfouna, który swoją premierę miał w tym samym, 2019, roku (parę miesięcy po „Wyspie przetrwania”). Według mnie, nie tylko fabuła, ale i jakość bliższa temu drugiemu. Bliższa, ale nie powiedziałabym, że to dokładnie ten poziom budowania napięcia. Lepsza dramaturgia, oprawa wizualna, a już zwłaszcza potwór. W mojej ocenie lepsza „Wyspa przetrwania”. Ale tak sobie myślę, czy twórcy nie popełnili błędu powierzając tak dużą przestrzeń jednemu człowiekowi. Czy fabuła nie byłaby bardziej zajmująca, gdyby dokonać pewnego przesunięcia. Wtedy można by rozwinąć wątek, który w takim ustawieniu został zaledwie muśnięty. Niby standardowa opowieść o UWAGA SPOILER toksycznym, zatrutym związku kobiety i mężczyzny, o związku pseudomiłosnym KONIEC SPOILERA. Nic wyszukanego, ale i tak myślę, że to dodałoby trochę mocy tej opowieści. Rozumiem i w sumie pochwalam silne postanowienie Dillarda, by niczego nadmiernie nie komplikować. Właściwie w ogóle nie komplikować. Reżyser „Wyspy przetrwania” w swoich wypowiedziach na temat tego przedsięwzięcia dał do zrozumienia, że zmęczyły go już te wszystkie nowomodne produkcje, które zamiast najprostszą drogą zmierzać do napisów końcowych, wybierają te najbardziej pokrętne ścieżki. Na przykład zamiłowanie do retrospekcji – takich „udziwnień” w „Wyspie przetrwania” nie będzie i basta! Tak zadecydował Dillard i owszem ma to swoje plusy, ale też nie sądzę, żeby rozwinięcie tego jednego wątku, wypchnęło scenariusz z prostej drogi, którą Dillard sobie upatrzył. Pewnie pogłębiła by się nieco sfera psychologiczna, a przynajmniej zyskałaby warstwa obyczajowo-dramatyczna, ale myślę, że spokojnie dałoby się ująć ten temat w sposób akceptowalny dla filmowca stęsknionego za nie(prze)kombinowanymi opowieściami. Jak widać na „załączonym obrazku” tyczy się to także, jeśli nie przede wszystkim, opowieści z dreszczykiem. Survival horror i monster movie w jednym o kobiecie uwięzionej na samotnej wyspie. Dookoła bezkresny ocean, w środku gęsty las - nie można wykluczyć, że zamieszkały przez jakieś groźne dzikie zwierzęta - okolony węższym pasmem plaży, na której (ewenement) parawaning nie jest i prawdopodobnie nigdy nie był uprawiany. Jen ma cały ten piach do swojej wyłącznej dyspozycji. Chociaż pewnie z najwyższą radością przywitałaby turystów spragnionych wypoczynku na tej rajskiej plaży. Teraz to chciałoby się powalczyć o miejsce z miłośnikami opalania, czyż nie? Główną bohaterkę, tak czy inaczej, czeka walka, ale zaryzykuję twierdzenie, że dużo krwawsza od starć turystów na mniej dzikich plażach. To będzie walka na śmierć i życie, w to raczej nikt nie będzie wątpił. Chociaż... Był taki moment, który kazał mi wziąć pod uwagę też inny scenariusz. Wszystko zaczyna się od pierwszego udanego połowu Jennifer – potem zrobi się jeszcze, hmm, ciekawiej. W każdym razie przy drugim takim posunięciu dziewczyny, którą w duchu dopingowałam w tej niezwykłej próbie, na jaką wystawiła ją złośliwa, podstępna Opatrzność, zaczęłam się zastanawiać, czy aby ta nasza Jennifer nie wkupuje się w łaski potwora gniazdującego w oceanie i najwyraźniej tylko po zmroku wychodzącego na ląd. Nocne stworzenie polujące na wsypie, na której tak się nieszczęśliwie złożyło utknęła całkiem sympatyczna młoda kobieta. Kobieta, która już zdążyła się przekonać (a przy okazji i nas, biernych obserwatorów tego koszmaru, z jakim przyszło jej się mierzyć), że jest w stanie przetrwać w tak ekstremalnych warunkach – sama na wyspie – przynajmniej dopóki zdrowie jej dopisuje. Nie wiadomo też jak to będzie, gdy skończą się zapałki. Cóż, jest szansa, że wcześniej uda jej się zwrócić uwagę pilota, czy pasażera któregoś ze śmigłowców przelatujących nad tym niegościnnym kawałkiem ziemi. Tak czy owak, na razie Jen daje radę, choć mogłaby też pomyśleć o jakimś schronieniu. Zbudować sobie szałas, kryjówkę przed deszczem. W takich warunkach trzeba szczególnie uważać, coby się nie przeziębić. Powikłania mogą być zabójcze. Z drugiej strony taki szałas prawdopodobnie przyciągnąłby uwagę czegoś straszniejszego od zapalenia płuc. Upiora nad upiorami. Faceta w fantazyjnym kombinezonie. Cześć i chwała praktycznym efektom specjalnym! Wieść niesie, że scenariusz „Wyspy przetrwania” liczy sobie zaledwie sześćdziesiąt osiem stron, a to dlatego, że w tym świecie przedstawionym przez większość czasu nie ma do kogo się odezwać. Na początku mamy jeden króciutki dialog, potem Jennifer tylko sporadycznie będzie rzucać pojedynczymi słowami, czy krótkimi zdaniami. Rzecz jasna do nikogo ich nie kierując (…). Ot tak, na rozładowanie emocji. I tak to się będzie nieśpiesznie rozkręcać. Bez zdumiewających zwrotów akcji, bez większych wstrząsów, chyba że za takowy uznać wygląd stałego mieszkańca tego szalenie pięknego zakątka, w którym raczej nie chciałoby się zamieszkać. Miejscówka zdecydowanie niezdatna do życia.

Mało krwisty, niewymagający, na swój sposób odprężający survival horror i monster movie. O przymusowym pobycie na dzikiej wyspie regularnie odwiedzanej przez potworną istotę mieszkającą pod dnem oceanu. Przeżycia młodej kobiety w urokliwym miejscu, gdzie rzecz jasna nie sposób czuć się komfortowo. Nie tylko dlatego, że za sąsiada ma się prawdziwą bestię, która nie pogardzi ludzkim mięskiem. Przede wszystkim, ale nie tylko. „Wyspa przetrwania” w reżyserii J.D. Dillarda opowiada również o mierzeniu się z nieprzyjaznym środowiskiem, zupełnie nową rzeczywistością - sama na dzikim terytorium w silnych objęciach nieubłaganego Pacyfiku. Nauka samodzielności, wychodzenie z ciasnej klatki, nabieranie sił niezbędnych do samodzielnego życia także tam, gdzie cywilizacja już dotarła. Prosta, umiarkowanie emocjonująca historyjka, która pewnie szybko wywietrzeje mi z głowy. Ale jakiejś tam rozrywki dostarczyła. Nie było niemiło.

piątek, 14 stycznia 2022

Nagrodzony na festiwalach w Wenecji i Sitges thriller MOSQUITO STATE od dziś w Premium VOD

 
 Fascynujący thriller Filipa Jana Rymszy „Mosquito State” od dziś w Premium VoD
 
Połączenie twórczości Cronenberga i Kafki”
The Hollywood Reporter

Techniczny majstersztyk”

Nie dziwią międzynarodowe sukcesy tej utrzymanej na światowym poziomie produkcji” 
Interia.pl

Fascynuje właściwie już od pieczołowicie wykonanej czołówki”

Onet.pl

Pięknie nakręcona, świetnie zagrana, fascynująca ciekawostka, która jest inna niż wszystko”

Movies in Focus

Ekscytująco dynamiczny”

Guardian

Przykuwa uwagę jak ukąszenie, po którym nie możesz przestać się drapać”

Indiewire

Mosquito State © prod. WFDiF, Royal Road Entertainment, dystr. Kino Świat 2022

Imponujący wizualnym rozmachem, hipnotyczny i trzymający w napięciu thriller przywodzący na myśl wybitne dzieła Davida Cronenberga i Darrena Aronofsky’ego. Film miał światową premierę na 77. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji, gdzie otrzymał wyróżnienie Bisato d’Oro za najlepsze zdjęcia. Obraz ten został również nagrodzony na 53. edycji MFF w Sitges za najlepsze efekty specjalne oraz brał udział w Konkursach Głównych festiwali filmowych w Genewie i na Nowych Horyzontach we Wrocławiu. W rolach głównych tej polsko-amerykańskiej produkcji wystąpiły gwiazdy międzynarodowych hitów w tym m.in.: m.in.: Beau Knapp („Super 8”), Jack Kesy („Deadpool 2”) i Charlotte Vega („[Rec] 3: Geneza”). Za stworzenie wysmakowanej warstwy wizualnej na planie odpowiedzialni są polscy twórcy: scenografia – Marek Warszewski („Rojst’97”, „Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa”, „Miasto 44”), dekoracja wnętrz – Anna Marzęda („Rojst”, „Obce niebo”), kostiumy – Katarzyna Lewińska ( „W głębi lasu”, „1983”, „Cicha noc”). Film prezentowany w Konkursie Głównym na 46. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. 

Richard mieszka w odciętym od świata ekskluzywnym apartamencie w samym centrum Nowego Jorku z imponującym widokiem na Central Park. Mężczyzna jest geniuszem matematycznym i pracuje jako analityk finansowy na Wall Street, gdzie obsesyjnie śledzi przewijające się na ekranie skomplikowane ciągi danych. W pewnym momencie obserwowane przez niego algorytmy wykazują niepokojące anomalie a on sam przeczuwa nadchodzące widmo krachu finansowego. Jako samotnik rzadko opuszcza biuro i mieszkanie, ale pewnego dnia udaje się na ekskluzywną imprezę firmową pełną bogatych ludzi z wyższych sfer. Poznaje tam piękną i tajemniczą Lenę. Zafascynowany atrakcyjną kobietą, zaprasza ją do swojego domu. Lena nie zdaje sobie sprawy z tego, że Richard cierpi na poważne zaburzenia psychiczne, a jego zainteresowanie jej osobą balansuje na pograniczu obsesji. W przepełnionym niepokojącą atmosferą mieszkaniu samotnego mężczyzny, Lena pozna skrywany przez niego mroczny sekret.

Mosquito State © prod. WFDiF, Royal Road Entertainment, dystr. Kino Świat 2022

GDZIE MOŻNA OBEJRZEĆ „MOSQUITO STATE”?
Film od 14 stycznia będzie dostępny w ramach usługi Premium VOD na platformach: Premiery CANAL+, Canal+, nc+ GO, Player, VoD.pl, Polsat Box Go, Orange, Play, Multimedia Polska, Vectra, Chili, Rakuten, Netia, Inea, Toya, Nowe Horyzonty VOD.
 

Premiera Premium VOD: 14 stycznia 2022

Oficjalny zwiastun filmu: https://youtu.be/ORrh8c8yzDM
 
Gatunek: thriller
Polska, USA 2020
Produkcja: Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych, Royal Road Entertainment
Koprodukcja: Lightcraft, Bottleship VFX
Współfinansowanie: Polski Instytut Sztuki Filmowej
Reżyseria: Filip Jan Rymsza
Scenariusz: Filip Jan Rymsza, Mario Zermero
Producenci: Włodzimierz Niderhaus, Filip Jan Rymsza, Alyssa Swanzey
Zdjęcia: Eric Koretz
Obsada: Beau Knapp („Nice Guys. Równi goście”, „Nocny pościg”, „Super 8”), Charlotte Vega („[Rec] 3: Geneza”, „American Assassin”), Jack Kesy („Deadpool 2”, „Baywatch. Słoneczny patrol”), Audrey Wasilewski („RED”, „Siedem dusz”, „Czego pragną kobiety”), Dominika Kachlik („Ultraviolet”, „BoJack Horseman”, „Wojenne dziewczyny”)

Źródło: wszystkie materiały od Kino Świat Sp. z o.o.

czwartek, 13 stycznia 2022

„Uczta” (2021)

 

W nowoczesnym domu w walijskich górach szykuje się wystawna kolacja. Gospodarze, zamożne małżeństwo Glenda i Gwyn, zaprosili tylko dwie osoby, nie licząc swoich dorosłych synów, Guto i Gweirydda, mając nadzieję na zawarcie umowy biznesowej. Do pomocy w kuchni Glenda zatrudniła nowo poznaną miejscową dziewczynę imieniem Cadi, która przybywa do jej domu parę godzin przed zaplanowaną ucztą. Cadi sprawia wrażenie bardzo nieśmiałej. Niewiele mówi i, w przeciwieństwie do nich, nie wykazuje chęci zaprzyjaźnienia się z mieszkańcami tego imponującego domu na odludziu. Z rodziną, która nie zdaje sobie sprawy, że najbliższa kolacja może być ostatnią w ich życiu.

W całości nakręcony w języku walijskim pełnometrażowy fabularny debiut reżyserski Lee Havena Jonesa, który wcześniej pracował głównie nad serialami. Przy niektórych projektach współdziałał z Rogerem Williamsem, który, podobnie jak on, marzył o zrobieniu filmu fabularnego. „Uczta” (oryg. „The Feast” aka „Gwledd”) jest więc spełnieniem pragnień ich obu (Williams napisał scenariusz), a właściwie pierwszą próbą wyrwania się z czegoś, co Jones nazwał „telewizyjnym gettem”. Horror wybrali z dwóch powodów: po pierwsze od dzieciństwa są fanami tego gatunku, a po drugie uznali, że w ten sposób zwiększą swoją szansę na trafienie do szerszej publiczności. Zdążyli bowiem zauważyć, że horror na świecie cieszy się dużą popularnością. W „Uczucie” dali też wyraz innej pasji, która ich łączy – kultura i dziedzictwo Walii. Tak zwana nowa fala kina grozy: powolne historie, często przekazujące jakieś ważkie, głębsze treści. Horrory z przesłaniem, poruszające różne problemy współczesnego świata. Jeśli chodzi o XXI-wieczne kino grozy, to Lee Haven Jones szczególnie ceni sobie właśnie takie produkcje i chciał, żeby jego pierwszy film fabularny dołączył do tego szacownego grona. Premierowy pokaz „Uczy” odbył się w marcu 2021 roku na South by Southwest Film Festival w Stanach Zjednoczonych.

Wystawna uczta w horrorze. I wszystko jasne. Kanibalizm murowany. Z takim nastawieniem podchodziłam do tej brytyjskiej produkcji stworzonej pod kierownictwem zakochanego w Walii Lee Havena Jonesa. W tym przepięknym regionie z długą historią. Także wyzysku. Nadmierna eksploatacja zasobów naturalnych, z tanią siłą roboczą w postaci rodowitych mieszkańców Walii. Eksploatacja, na której zyskiwał głównie Londyn. Tako rzecze reżyser „Uczty”. W wypowiedziach medialnych, ale nie jestem pewna, czy równie donośnie wybrzmiewa to w jego pierwszym długometrażowym filmie fabularnym. W wywiadach przeprowadzonych z okazji tego, dla Lee Havena Jonesa na pewno wielkiego wydarzenia, z jego opowieści o Walii przebija gorycz, przekonanie, że niektórzy potężni ludzie z wielkiego miasta nie tylko niesprawiedliwie obchodzili się z mieszkańcami tej krainy, ale też poczynili ogromne szkody dla planety. A już na pewno dla walijskiej ziemi. Zysk ponad wszystko. Oczywiście można to tłumaczyć tym, że kiedyś ludzie nie wiedzieli, co czynią, nie mieli takiej wiedzy, jaką mamy my. Oświeceni ludzie, wśród których też nie brakuje osób zawsze chętnych wzbogacić się na krzywdzie Matki Ziemi... Historyczne tło, wbrew sugestiom czynionym przez reżysera w przestrzeni publicznej, do mnie w „Uczucie” się nie przebiło. To znaczy, spodziewałam się dosadniejszych, wyrazistszych nawiązań do czasów minionych. Bardziej klarowny wykład historyczny od ludzi (Lee Haven Jones i Roger Williams), „których serca biją w walijskim rytmie”. Horror, alegoria, przypowieść, współczesna bajka – według Jonesa wszystkie te określania pasują do „Uczty”. Nieoczywistego, trochę zwariowanego, z lekka kuriozalnego eko horroru/folk horroru w całości rozgrywającego się w nowoczesnym domu i w jego pobliżu. Przykuwająca uwagę nieruchomość „schowana” za górami i lasami. Z dala od innych zabudowań. Glenda, jej mąż Gwyn i ich dorośli już synowie, Guto oraz Gweirydd, większą część roku spędzają w Londynie, ale jak stwierdza gospodyni, regularnie wracają do swojego zacisza. Tutaj zwykle odpoczywają, relaksują się... Nie wszyscy. Nie synowie tych majętnych ludzi. Czynnego polityka i jego energicznej, zaganianej małżonki. Guto nie ukrywa, że jest tu niejako z przymusu, że gdyby to od niego zależało, gdyby pozwolono mu decydować o sobie, to zostałby w Londynie. Jest pełnoletni, więc zasadniczo nie musi żyć pod dyktando rodziców, ale wówczas zapewne zostałby odcięty od źródełka. Musiałby poszukać pracy, a do tego zdecydowanie mu się nie śpieszy. Lepiej żyć na garnuszku rodziców, nawet jeśli wiąże się to z nieprzyjemnymi obowiązkami. Guto właśnie tak zdaje się traktować te rodzinne wypady do Walii – jak smutny obowiązek. Tak, to musi być istna męka dla tak imprezowego, towarzyskiego młodego człowieka. Gweirydda też nie cieszą te regularne „odcięcia od cywilizacji”, ale w przeciwieństwie do swojego brata, wykorzystuje ten czas z pożytkiem dla siebie. Zamiast narzekać, trenuje. Gweirydd jest sportowcem, a Guto trochę brzdąka na gitarze, ale tylko ten pierwszy jest zdeterminowany, by zarabiać na swojej pasji. Właściwie Gweirydd poczynił już trochę starań w tym kierunku. Guto to jedna z tych osób, które wychodzą z założenia „czy się stoi, czy się leży, kasiora się należy” (owoce socjalizmu). Obibok, ale sympatyczniejszy od swoich krewnych. Gweirydd natomiast to (nie)klasyczny przypadek „królewicza, który chce się usamodzielnić”. Przy finansowym wsparciu ojca coś w życiu osiągnąć. I tym sposobem odciąć się od rodziców? Bardzo możliwe. O ile przetrwa tytułową ucztę.

Czy moje przeczucia się sprawdziły i w menu przewidziano dania z ludzkiego mięsa? Zdradzę tylko tyle, że przepyszna wieczerza to na pewno nie będzie. Nie dla nas, choć ludziom zgromadzonym przy tym stole najwidoczniej potrawy przygotowane przez Glendę i Cadi smakują. Może z jednym wyjątkiem. Można odnieść wrażenie, że w tym gronie jest jedna osoba, która zmusza się do jedzenia. Trudno powiedzieć, czy dlatego, że wyczuła nieprzyjemnie kwaśną nutkę, czy raczej zaczęła się domyślać, jaki jest prawdziwy cel tego spotkania. Domyśliła się, po co ją tu sprowadzono. Pierwsze skrzypce w tej historii gra Cadi, miejscowa młoda kobieta, zatrudniona przez nowo poznaną miastową damę do pomocy przy organizacji małego przyjęcia. Glenda i Gwyn zaprosili tylko dwie osoby. Ich synowie oczywiście też będą musieli wziąć udział w tym wydarzeniu. Wyczekiwanym przez perfekcyjną panią domu, której nie zraża ogromna nieśmiałość jej pomocnicy. Gada jak najęta, nie zwracając najmniejszej uwagi na to, że dziewczyna uparcie milczy. Nie interesuje jej nawet, czy Cadi wsłuchuje się w jej słowa. Później od Guta usłyszymy, że otaczają go ludzie, którzy dużo mówią, nawet wtedy gdy nie mają nic ciekawego do powiedzenia. I Glenda widać jest jedną z tych postaci – o wiele bardziej woli mówić, niż słuchać. Taka towarzyszka jak Cadi to dla niej trochę jak wygrana na loterii. Może gadać, ile dusza zapragnie bez obaw, że dziewczyna będzie przerywać jej wywody. Wchodzić jej w słowo, jak to zapewne mają w zwyczaju jej znajomi. I mąż, człowiek, który w kółko może opowiadać o polowaniach na niegrubą zwierzynę. Tak naprawdę Cadi nie pasuje do tego towarzystwa. Ani trochę. Nie dlatego, że oni to wyższa sfera, a ona przynależy do klasy robotniczej, zwykle ordynarnie okradanej przez takich ludzi jak Gwyn. W każdym razie szybko stało się dla mnie jasne, że ich odmienny stosunek do przyrody ma tutaj większe znaczenie niż stan konta. Najdobitniej wskazuje na to powrót Gwyna z polowania. Reakcja Cadi na jego łowieckie zdobycze. Ale już wcześniej, gdy padły strzały, Cadi poczuła się aż nadto niekomfortowo. Jak w okopach. Tak czy inaczej, nie ma wątpliwości, że dziewczyna nie akceptuje ulubionej rozrywki pana domu. W przeciwieństwie do jego bliskich nie odbiera tego jako nieszkodliwe zajęcie. W dodatku można zaoszczędzić trochę grosza. Co prawda nie muszą sobie niczego odmawiać, pieniędzy najwyraźniej mają aż nadto, ale im ciągle mało. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Im więcej masz, tym więcej chcesz. W świecie przedstawionym przez ekipę „Uczty” w takim świetle ukazano tych majętnych ludzi. Chciwi i skąpi. Ale przyjaźnie nastawieni do pomocy w gotowaniu i kelnerowaniu przy dosłownie jednej kolacji. Od strony technicznej „Uczta” w mojej ocenie prezentuje się całkiem solidnie. Można narzekać na to, że twórcy za dużo pozostawiają wyobraźni widza (chociaż pewnie nikomu nie umkną perypetie pewnej nogi, czy nawet taki standard w kinie grozy jak podcięcie gardła). Weźmy choćby okaleczenie, z jakim, jeśli mnie pamięć nie myli, dotychczas się nie spotkałam. Ani w kinematografii, ani w literaturze. Akcja ze szkłem, której finał dla niektórych może się okazać mocno rozczarowujący. Przyznaję, że też nie miałabym nic przeciwko większej śmiałości choćby w tym jednym momencie. Ale nawet w takim kształcie ta chwila na pewno zapisze się w mojej pamięci. Zgniła wisienka na ciekawie udekorowanym, ale niezbyt dobrze smakującym torcie. Ładne opakowanie, ale fabuła nie do końca do mnie przemówiła. Kierunek obiecujący, ale wydaje mi się, że twórcy „Uczty” nie za bardzo wiedzieli jak to ugryźć. Postacie, nie dość, że nieprzekonująco odegrane (włącznie z Annes Elwy, odtwórczynią roli głównej), a przynajmniej mnie te aktorskie kreacje nie kupiły, to jeszcze chadzają po planie jakby bez celu. A może to tylko ja za nimi nie nadążałam? Na początku - potem twórcy, według mnie zupełnie niepotrzebnie, przystąpili do zacierania tych wizerunków: nie było już tak przejrzyście, bezwładna plątanina z tego wyszła - czteroosobowa rodzina, u której ma odbyć się tytułowa uczta przypominała typową bandę cudaków. Jedną z tych zwariowanych, negatywnie zakręconych familii, na jakie z łatwością można natknąć się w wielkim świecie horroru. Najbardziej jaskrawym przykładem jest, dla jednego nieprzyjemne, a dla drugiego wprost przeciwnie, „zderzenie” dwóch braci na początku tej opowieści (podglądactwo). Ale zastanawiać też może choćby takie, wydawać by się mogło, zupełnie nieistotne spotkanie Gwyna i Cadi – on oferuje jej przyjaźń, a ona długo wpatruje mu się w oczy bez choćby jednego słowa. Po czym w milczeniu, nietaktownie, się oddala. I jego to nie dziwi. Lee Haven Jones chciał, żeby milczenie Cadi i w ogóle te wszystkie ciche chwile coś wyrażały. Można powiedzieć, że cisza miała krzyczeć. Poruszać jakieś czułe struny w odbiorcach. Ta cisza miała po prostu przekazywać emocje, obok tej ciszy widz nie miał przechodzić obojętnie. I moim zdaniem filmowcy dość umiejętnie grali na tym instrumencie, a to niełatwa sztuka – przekaz bez słów. Trzeba tutaj zaznaczyć, że cisza w „Uczucie” rzadko, jeśli w ogóle, jest całkowita. W tle przeważnie słychać różne dźwięki – czy to domowa krzątanina, czy odgłosy Natury, czy wreszcie przepiękna oprawa dźwiękowa. Smutne utwory pasujące do tonu scenariusza. Tragicznej opowieści; najpierw powolnej, statecznej, bardziej zrównoważonej, potem już mniej obliczalnej, rozgorączkowanej. Na tej nowej fali horroru reżyser płynął do opery. Taką wizję w każdym razie miał Jones. I faktycznie na późniejszym etapie filmowcy dostrzegalnie uderzają w teatralne struny. Etapie tej nie najlepiej zorganizowanej, ale i niemączącej mnie, wyprawy do smętnej krainy. Jest mglisto, ponuro, cicho i z całą pewnością niebezpiecznie. Coś złego wisi w powietrzu, czuć to na dosłownie każdym kroku w tym klaustrofobicznym, choć przecież niemałym domu (ach te ciasne korytarze i jeszcze ta niby cela, właściwie ulubiony kącik Glendy) i pod tym ciężkim niebem. Podejrzewam, że będą co najmniej dwie interpretacje tego całego zmieszania w Walii. UWAGA SPOILER Zemsta młodej kobiety za śmierć ojca i szkody wyrządzane jej małej ojczyźnie. Lub, i ku temu się skłaniam, zemsta nadnaturalnej istoty, istoty niechcący przebudzonej podczas „wykopków”, która przejęła ciało dziewczyny zatrudnionej przez państwo z miasta KONIEC SPOILERA.

Eko horror, który prawie na pewno nie zyska wielu sympatyków. Tygryski nie to lubią najbardziej. Tego jestem pewna, mimo że sama jakiegoś większego urazu do pierwszego fabularnego filmu Lee Havena Jonesa nie żywię. Tej brytyjskiej, w całości nakręconej w języku walijskim, propozycji. Od fanów dla fanów gatunku. A przynajmniej jego ekstremalnej strony. Z tą brutalnością to w sumie też radzę uważać. Nie nastawiać się na jakieś szczególnie krwawe dziwowisko. Bywałam na lepszych, ale szczerze mówiąc myślałam, że ta „Uczta” upłynie mi w dużo gorszej atmosferze. Zjadliwa.

wtorek, 11 stycznia 2022

Louise Candlish „Ostatnie piętro”

 
Recenzja przedpremierowa

Projektantka oświetlenia, Ellen Saint, przed paroma laty straciła dziewiętnastoletniego wówczas syna Lucasa. I nigdy nie zwątpiła w to, że winę za jego śmierć ponosi Kieran Watts, chłopak, z którym Lucas zaprzyjaźnił się jeszcze w szkole średniej. Ellen nie akceptowała tej przyjaźni, podobnie jak jej poprzedni partner, biologiczny ojciec Lucasa, Vic Gordon. Oboje byli przekonani, że Kieran sprowadza ich chłopca na złą drogę i zważywszy na tragiczny koniec tej historii prawdopodobnie mieli rację. Ellen naturalnie nigdy nie pogodziła się ze śmiercią syna, ale z czasem nauczyła się żyć z nieodstępującą bolesną tęsknotą za dzieckiem, które nie wróci. Pomogła jej świadomość, że człowiek, który w jej przekonaniu przyczynił się do śmierci Lucasa także zniknął. Ale teraz powrócił. Ellen nie ma wątpliwości, że to właśnie jego widziała na tarasie na najwyższym piętrze londyńskiego budynku mieszkalnego o nazwie Heights. Mężczyznę, który wedle jej wiedzy zmarł jakiś czas temu.

Powieść autorki między innymi thrillerów psychologicznych „Tuż za ścianą” (oryg. „Those People”) i uhonorowanego British Book Award „Na progu zła” (oryg. „Our House”), który już wkrótce doczeka się swojej ekranowej wersji w reżyserii Sheree Folkson – prawdopodobnie to będzie miniserial. „Ostatnie piętro” (oryg. „The Heights”) swoją światową premierę miało w roku 2021, a powstało w czasie lockdownu tłumaczonego pandemią COVID-19. Pochodząca z Northampton w Midlands absolwentka University College London, obecnie mieszkająca w Londynie, Louise Candlish, której pisarska kariera nabrała rozpędu po przerzuceniu się z romansów na psychologiczne dreszczowce, postanowiła podpiąć się pod sprawdzony motyw zemsty. Przeprowadzić coś w rodzaju analizy tego zagadnienia – bardziej komentarz społeczny niż tradycyjna krwawa zemsta na człowieku, który dopuścił się niewybaczalnej zbrodni. Czołowa postać i zarazem częściowa narratorka „Ostatniego piętra” od Louise Candlish „przejęła” przypadłość zwaną zewem otchłani/pustki oraz fenomenem wysokich miejsc (niektórzy mogą bardziej kojarzyć francuską nazwę l'appel du vide). Autorka zdradziła również, że „Ostatnie piętro” pisała pod natchnieniem swojego ukochanego filmu z 2001 roku: „Za drzwiami sypialni” w reżyserii Todda Fielda.

Opowieść o nienawiści. Zgubnej obsesji, poczuciu niesprawiedliwości, skrzywdzenia przez system, toksycznej przyjaźni (taki trochę „Chłopak z sąsiedztwa” Roba Cohena, tyle że bez groźnego zauroczenia), łaknieniu zemsty przysłaniającym wszystko inne. I sile narracji. Forma ma znaczenie. Forma w „Ostatnim piętrze” zasadniczo wpływa na rozwój fabuły. Nadaje jej kształt, jakiego oczekuje się od powieściowych dreszczowców. Najczęściej głos zabiera Ellen Saint, kobieta w średnim wieku i ze średniej klasy, obecnie mieszkająca w Londynie właścicielka małej firmy zajmującej się projektowaniem oświetlenia. Większa część utworu w tym świecie przedstawionym funkcjonuje jako książka autobiograficzna pod tytułem „Święta czy grzesznica”. Książka napisana przez Ellen Saint, kobietę, która bezpowrotnie straciła swoje pierworodne dziecko i poprzysięgła zemstę. To oczywiście w pierwszej osobie, ale później dostaniemy też „krótką opowieść” innej postaci, a właściwie wgląd w jej teraźniejszość i przeszłości od tak zwanego narratora wszystkowiedzącego (w trzeciej osobie). Jest też artykuł Michaeli Ross, dziennikarki z „Sunday Times”, który Louise Candlish podaje we fragmentach, w starannie odmierzonych dawkach – komentarze, objaśnienia, uzupełnienia umownie dla czytelników gazety, którzy w przeciwieństwie do czytelników książki mogą już znać tę sprawę. Opinia publiczna w świecie Ellen Saint już wcześniej była bombardowana informacjami na temat tego, co przydarzyło się tej kobiecie. I tego, co ona sama mogła spowodować. Umowna teraźniejszość w „Ostatnim piętrze” przeplata się (nierównomiernie) z niezbyt odległą przeszłością. O śmierci Lucasa Gordona, syna Ellen Saint i jej poprzedniego partnera Vica Gordona (potem bohaterka weszła w związek małżeński z Justinem Saintem, z którym doczekała się córki Frei) wiemy praktycznie od początku. Candlish nie robi z tego tajemnicy, zdecydowanie nie jest to jeden z elementów obliczonych na zaskoczenie odbiorcy. Wiemy, że chłopak zginął, a jego biologiczni rodzice nie mieli wątpliwości, że przeżyłby gdyby jego przyjaciel zachował się inaczej. Kieran Watts: przekleństwo Ellen. Ciężko doświadczony przez los młodzieniec, który wkroczył w życie jej ukochanego syna, gdy obaj uczęszczali do szkoły średniej. A było to w Beckenham, średniej wielkości mieście w Greater London (Wielki Londyn), gdzie Ellen uwiła sobie wygodne gniazdko ze swoim mężem i dwójką dzieci. I gdzie mieszkał również jej poprzedni partner, biologiczny ojciec Lucasa, Vic Gordon, z którym Ellen utrzymywała stały kontakt. Pozostali przyjaciółmi, a po pojawieniu się Kierana Wattsa stworzyli maleńki, bo zaledwie dwuosobowy oddział, uparcie, ale nieefektywnie pracujący na rozbicie tej nastoletniej przyjaźni. Ellen przedstawia nam obraz chłopca, który miał przed sobą świetlaną przyszłość. Wzorowy uczeń prestiżowego liceum, który w ramach szkolnego programu wspierania wybranych jednostek z niższych klas społecznych, został wyznaczony na kogoś w rodzaju opiekuna Kierana. W każdym razie Lucas miał mu ułatwić start w nowej szkole. Nauczyciele pewnie mieli nadzieję, że Lucas będzie miał na niego dobry wpływ, że dzięki niemu Kieran wyzbędzie się złych nawyków, które mogły być czymś w rodzaju mechanizmu obronnego. Kieran wiele przeszedł, ale pomocną dłoń wyciągnęła do niego kobieta z Beckenham. Adoptowała go i najwyraźniej przymykała oko na jego wybryki. W które, zdaniem Ellen, Kieran wciągał jej doskonałego syna. Szkolny program w tym przypadku przyniósł efekt odwrotny od (w domyśle) zamierzonego – zamiast pozytywnego wpływu pilnego ucznia na ucznia z problemami, obserwujemy raczej negatywny wpływ tego drugiego na pierwszego. Co więcej, najwyraźniej jedynymi osobami, które przywiązują do tego należytą wagę są biologiczni rodzice potencjalnie poszkodowanego chłopca. Nawet mąż Ellen, mężczyzna, który traktuje Lucasa jak własnego syna (Vic nie ma nic przeciwko temu), a przynajmniej tak twierdzi, uważa, że to minie. Ot, zwyczajny nastoletni bunt. Justin próbuje przetłumaczyć swojej małżonce, że jej misja ratowania Lucasa przed Kieranem do niczego dobrego nie doprowadzi, że powinna dać synowi większą swobodę. Pozwolić mu się wyszaleć. Oczywiście w granicach rozsądku. Trudno jednak nie stanąć po stronie Ellen w tym zaogniającym się konflikcie. W jej batalii z nastoletnim chłopcem...

Tak, trudno się dziwić matce, która jak lwica walczy o zawrócenie swojego dziecka z niewłaściwej ścieżki. Bo chyba nikt nie będzie miał wątpliwości, że Lucas niszczy sobie życie. Ellen nie umyka przy tym fakt, że Kieran, w przeciwieństwie do Lucasa, zwykle suchą stopą wychodzi z mokradeł, w jakie wpadają ci niegrzeczni chłopcy. Nasza narratorka podejrzewa, że nad Kieranem rozpostarto parasol ochronny, że jest traktowany ulgowo (na przykład przez nauczycieli), ponieważ miał w życiu dużo gorzej od Lucasa. Chłopca z tak zwanego dobrego domu, dorastającego w ładnej nieruchomości w spokojnej dzielnicy, w sąsiedztwie innych rodzin szczycących się statusem „klasy średniej”. Louise Candlish, jak to zresztą ma w zwyczaju, mówi o obłudzie, jaką można zaobserwować w tych kręgach. Nie generalizuje, nie imputuje tej brzydkiej cechy całej warstwie społecznej. Mówi po prostu, że w tej grupie nie brakuje ludzi, którzy głośno mówią o potrzebie pomagania innym, ale gdy trzeba osobiście się zaangażować, gdy Opatrzność powie „sprawdzam”, część z nich odpowiada „dlaczego ja? Niech ktoś inny się tym zajmie”. Rozprawiać o pomaganiu jest łatwo, gorzej, kiedy przychodzi do działania. Wtedy już nie tak łatwo znaleźć chętnych. Stara prawda o ludziach. Nie tylko z klasy średniej. I nie wszystkich, ale niewykluczone, że Ellen Saint, kobieta, której trudno nie współczuć, nie polubić, jest jedną z takich osób. Magia narracji. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Opowieść rozwija się nieśpiesznie – dynamika w sumie zbliżona do tej obranej w „Na progu zła” i „Tuż za ścianą” tej samej autorki – i co ciekawe w poczuciu, że najistotniejsze fakty są nam już znane. Śmierć młodego Lucasa Gordona, kampania medialna rozkręcona przez jego zrozpaczonych rodziców, a nawet bodaj ostatni rozdział tragicznej historii sprzed lat – do tych punktów świadomie będziemy zmierzać w obszarze retrospektywnym. Takie widoki mamy przed sobą, gdy Ellen przybliża nam wszystkie okoliczności tej sprawy. Już bardziej szczegółowo przeprowadza nas przez okres, w którym jej dotychczas tak uporządkowane, szczęśliwe życie zaczęło się walić. To, co legnie w gruzach przypuszczalnie za sprawą działalności, czy raczej bierności, Kierana Wattsa, nigdy już się nie odbuduje. W sercu Ellen i najpewniej też wszystkich pozostałych osób z bliskiego otoczenia Lucasa, powstanie wyrwa, bolesna rana, która nigdy się nie zagoi. Cierpienie rodziców, którzy stracili swoją ukochaną latorośl, swoją dumę i radość, a już zwłaszcza nieutulona tęsknota, czarna rozpacz matki, na kartach „Ostatniego piętra” są wręcz namacalne. Właściwie cała ta opowieść jest utrzymana w iście depresyjnym tonie. Tym bardziej, że autorka każe nam podejrzewać, że jedynym sposobem na zmniejszenie bólu jest... skok na główkę z ostatniego piętra londyńskiego wieżowca. Pragnienie zemsty w omawianej historii pełni jednocześnie funkcję koła ratunkowego dla topiącej się w smutku kobiety oraz ciężkiego kamienia przywiązanego do jej nogi. Samo to pragnienie, obsesja na punkcie odpłacenia się pięknym za nadobne, bardziej jednak zdaje się działać na nią destrukcyjnie niż budująco. Jeśli (podkreślam: jeśli) Ellen dopnie w końcu swego, jeśli wypuści ten ostateczny cios, niewykluczone, że zostanie uleczona, uśmierzy ból, którego Kieran Watts jej przysporzył. Odżyje. Nareszcie będzie mogła wspominać swoje kochane dziecko bez nieznośnego poczucia tak naprawdę podwójnej krzywdy. Nie dość, że odebrano jej syna, to na dodatek winny nie został przykładnie ukarany. Tak zwany system sprawiedliwości obszedł się z nim wyjątkowo łaskawie. Z punktu widzenia Ellen. Kobiety wprost przepełnionej nienawiścią. Uzasadnianą albo nie. Wszystko na to wskazuje, że pani Saint ma powód, a na pewno pełne prawo, nienawidzić Kierana Wattsa. Zgadzam się z Michaelą Ross, że zdanie, którym Ellen rozpoczyna swoją opowieść (spowiedź?), swoją autobiografię, jest niesamowite. Przykuwa uwagę ta nasza Louise Candlish już na samym początku tej, jak się okaże, niepozbawionej niespodzianek powieści o zwyczajnych ludziach, których spotkało coś strasznego. Ludziach ani dobrych, ani złych. Nieidealnych, bo tacy prawie na pewno nie istnieją. Ludziach mających swoje słabości, nie zawsze zachowujących się w „odpowiedni” sposób, popełniających błędy, jak myślę każdy z nas, ale w swoim przekonaniu robiących to, co należy zrobić. Starających się postępować słusznie, utrzymać jakoś na powierzchni, ale też idących za zewem otchłani. Wzniecających niszczycielski ogień, poddających się złudnej obietnicy, że gdy ten ogień się wypali, pokaże się wreszcie długo niewdziane słońce. Louise Candlish w „Ostatnim piętrze” zaprasza nas do swego rodzaju pogadanki na temat brania sprawiedliwości we własne ręce. Skłania do refleksji. Pod różnymi kątami przygląda się temu palącemu pragnieniu głównej postaci tego emocjonującego rodzinnego thrillera spod znaku revenge (raczej niepospolite podeście do tematu - o zemście trochę inaczej). Doprawdy istny kalejdoskop niewygodnych, ale chyba pożądanych od psychologicznych dreszczowców, emocji: smutek, złość, gorycz, trwoga, zdumienie, nawet wstrząs. Działalność, którą trudno potępić, ale i chwalić jakoś nie za bardzo ma się ochotę. Candlish, moim zdaniem, już do perfekcji opanowała budowanie postaci, których nie mam najmniejszej ochoty osądzać. Niezmiernie łatwo wejść w ich skórę, a zatem współodczuwać, zrozumieć ich motywację, także tę najwyraźniej ukierunkowaną na coś zdrożnego. Szkodliwego dla innych, ale i całkiem możliwe, że także dla nich samych.

Zajmujące postacie, przemyślana, nie tak prosta jak może się wydawać na pierwszym etapie tej drogi, frapująca intryga i pieczołowicie wykreślone krajobrazy wielkiego i mniejszego miasta w Anglii. Spotyka się klimat wielkomiejski z klimatem – w odczuciu – małomiasteczkowym, a ściślej: zupełnie jak na jednym z tych „zwariowanych” przedmieść, jakie z pewnością można spotkać też w Stanach Zjednoczonych (literatura, kinematografia). Na pierwszy rzut oka, jak z pocztówki, a po bliższym przyjrzeniu jedna wielka moralna zgnilizna. Taką Louise Candlish lubię! „Ostatnie piętro” to już trzeci pasjonujący thriller psychologiczny od tej brytyjskiej autorki, z jakim miałam niekłamaną przyjemność się zapoznać. Zwolennikom tego typu prozy sugeruję więc zwiedzić to nieszczęsne piętro. Nie ma co się ociągać:)

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 9 stycznia 2022

„Świadomość krwi” (2021)

 

Dziewiętnastoletni Kevin, jego starsza siostra Brittney i jej chłopak Tony przybywają do drewnianego domku nad jeziorem. Kevin i Brittney zwykle spędzali tutaj letnie wakacje ze swoimi rodzicami, którzy teraz też mają im towarzyszyć. Sezon już się skończył, przybyszy niespecjalnie więc dziwi, że miejsce jest wyludnione. W domku nie zastają jednak rodziców Keva i Bee, choć wszystko wskazuje na to, że przyjechali przed nimi. Postanawiają przeszukać okolicę i w ten sposób natrafiają na zwłoki rodziców Kevina i Brittney oraz właścicieli paru innych tutejszych domków letniskowych. Na domiar złego z ukrycia wychodzi mężczyzna, który najprawdopodobniej odpowiada za te zbrodnie. I wygląda na to, że działał w przekonaniu, iż ma przed sobą nie ludzi, a najprawdziwsze demony.

Świadomość krwi” (oryg. „Blood Conscious”) to pełnometrażowy debiut Timothy'ego Covella zarówno w roli reżysera, jak scenarzysty. Niskobudżetowy amerykański horror psychologiczny/nadnaturalny, klasyfikowany też jako thriller, w który zaangażowała się również małżonka Covella, Christina Behnke: producentka, casting, kostiumy. A wszystko zaczęło się od „Martwego zła 2” Sama Raimiego. Lata temu, podczas seansu tego obrazu, Covellowi w pewnym momencie - jedno z krwawych starć głównego bohatera, legendarnego Asha, z demonami – przyszło na myśl inne podejście do motywu podpatrzonego u Raimiego. Scenariusz „Blood Conscious” powstał w roku 2014. Covell dość długo szukał odpowiedniej lokalizacji. Zwiedził niejeden zaciszny zakątek w stanie w Nowy Jork zanim zdecydował się na jedno z miejsc nad jeziorem Ontario. Zmienił zdanie, gdy jeden z członków ekipy, Alexander Lane, znalazł według niego dużo lepszą miejscówkę w Adirondack. Leśny obszar wypoczynkowy, który w rzeczywistości – jeśli wierzyć słowom Covella – jest bardziej rozległy, rozbudowany niż w jego filmie. Wytworzenie takiego złudzenia oczywiście było jak najbardziej zamierzone. Po raz pierwszy obraz został pokazany w marcu 2021 roku w ramach internetowej edycji Kosmorama Trondheim International Film Festival. W Stanach Zjednoczonych zadebiutował w następnym miesiącu na Panic Fest, a w Polsce w listopadzie tego samego roku na Splat!FilmFest.

Utrzymany w klimacie retro, ale rozgrywający się w czasach współczesnych „pudełkowaty” obraz (format 4:3), który, podejrzewam, nie zyska wielu zwolenników. Co prawda zebrał już trochę pochwalnych recenzji, także, jeśli nie głównie, od krytyków, ale to pojedyncze głosy w morzu rozczarowania. Czasami podszytego zdumieniem, niedowierzaniem, że znaleźli się tacy – i to jeszcze krytycy! - którzy zachwycają się taką tandetą. Zgadzam się, „Świadomość krwi” Timothy'ego Covella nie prezentuje się zbyt okazale. Niechluj, szkarada, „ramota”, tanizna. Budżet istotnie był niewielki, ale w mojej ocenie twórcy w pewnym sensie przekuli to na korzyść produkcji. Skorzystali z wypróbowanej „sztuczki”. Wybrnęli w sposób, z którym nie raz mogli się już spotkać zwolennicy kina grozy. „Zróbmy z tego horror w starym dobrym stylu”: pomyśleli. A przynajmniej wydaje się, że taki kierunek obrali. Weźmy choćby czołówkę: jakby żywcem wyjęta z lat 70-tych lub 80-tych XX wieku. Obstawiam, że Timothy Covell i jego ekipa skłaniali się ku tej drugiej z wymienionych dekad. I nie dlatego, że niniejszą historię zainspirował horror powstały właśnie w tym okresie („Martwe zło 2” Sama Raimiego). Samo to o niczym jeszcze nie świadczy, wszak można było inaczej to opakować. Nie tak „po staremu”. Nie w tak gęstych oparach „Martwego zła”. Oczywiście to niedokładnie to samo, ale nie mam wątpliwości, że w „Świadomości krwi” jest zaklęty duch tego bezcennego wkładu Sama Raimiego w gatunek. W tym miejscu muszę przyznać, że obserwując przeżycia Kevina, Brittney i Tony'ego w leśnej scenerii myślałam wyłącznie o pierwszej odsłonie „Martwego zła”. Może dlatego, że to moja ulubiona, a zatem najczęściej odświeżana. Wierzcie lub nie, ale przysięgam, że oglądałam ten film bez znajomości źródła, z którego czerpał Timothy Covell. Byłam blisko, a że nie należę do najbardziej domyślnych osób... Cóż, to tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że ekipie „Świadomości krwi” udało się nadać temu koloryt podobny do tego zapamiętanego z najważniejszego dokonania Sama Raimiego w gatunku horroru (jedynka, dwójka, trójka, czy po prostu cała trylogia „Martwe zło”? Zależy kogo zapytać, w każdym razie fani gatunku od lat debatują nad tą niezwykle ważką kwestią). Ponure, jakby przyblakłe zdjęcia, za które odpowiada Sung Rae Cho i rzecz jasna sceneria – tym razem nie jeden, a parę (w polu widzenia) drewnianych domków w leśnej głuszy. Tym razem nad jeziorem. Z bohaterami „Świadomości krwi”, Afroamerykanami, spotykamy się w samochodzie – gdy po raz pierwszy ich widzimy są już w drodze do chatki, w której mają spotkać się z rodzicami dwójki z nich. Prowadzi mężczyzna o imieniu Tony (przeciętny występ Lenny'ego Thomasa, w sumie według mnie nieodstający od pozostałych członków obsady), który z miejsca zraził mnie do siebie. Jeden z tych gości uważających się za pępek świata. Wszędzie byłem, wszystko widziałem i wszystko mam. Najmądrzejszy, najsprytniejszy, najobrotniejszy człowiek na świecie. Takie przekonanie emanuje z tej postaci, która nie zamierza zachowywać swojej „rozległej wiedzy” dla siebie. Co to to nie! Tony aż pali się do tego, by wziąć pod swoje skrzydła dziewiętnastoletniego Kevina (Oghenero Gbaje), młodszego brata swojej dziewczyny Brittney (DeShawn White). Nauczyć go tego i owego. Zrobić z niego takiego człowieka sukcesu jakim, przynajmniej we własnym mniemaniu, jest on, Wielki Tony. Problem w tym, że dzieciak nie jest zainteresowany jego cenną wiedzą. Młody się opiera, młody się stawia. Ale Tony nie zamierza tak łatwo się poddać. Już jego w tym głowa, by chłopak „wyszedł na ludzi”.

Dla nas jazda do drewnianego domku nad jeziorem będzie krótka, ale myślę, że nawet niezbyt uważny widz zauważy, że Timothy Covell wykorzystuje wstęp do zaakcentowania ról, jakie przypadną jego postaciom w zbliżającym się koszmarze. To znaczy już w samochodzie widać od jakich, myślę znanych miłośnikom horrorów, szablonów scenarzysta i zarazem reżyser „Świadomości krwi” odrysowywał pierwszoplanowe sylwetki. Mamy tu klasycznego zadufanego typka - co to wszystkie rozumy pozjadał - który przypuszczalnie nie będzie wsłuchiwał się w żaden głos rozsądku. Nawet jeśli taką dobrą radą będzie służyć jego życiowa wybranka, kobieta, która tak jakby jest między młotem a kowadłem. „Między walczącymi kogutami”. Kocha obu, a przynajmniej tak jej się wydaje, więc najlepsze co może w takiej sytuacji zrobić, to wszelkimi możliwymi sposobami studzić negatywne emocje każdego z nich. Łagodzić nastroje. W „Świadomości krwi” to mężczyźni są tymi, którzy bardziej kierują się emocjami niż rozumem. Rasowa final girl? Poniekąd. W tej wymarłej krainie nader trudno wybrać najbardziej zaufaną osobę. Najlepszego przewodnika po tym grząskim, zbroczonym krwią, niekoniecznie niewinnych, terenie. Wjazd trochę jak w „Desperacji” Stephena Kinga: trupy i jakiś szaleniec... Mężczyzna bredzący coś o demonach, który najwidoczniej powystrzelał wszystkich wczasowiczów przebywających na tym odludnym kawałku ziemi, jeszcze zanim na miejscu zjawili się Kevin, Brittney i Tony. Sęk w tym, że niezwykle łatwo uwierzyć w jego opowieści o jakichś demonicznych istotach, które przejęły ciała najprawdopodobniej jego znajomych. W tym rodziców Kevina i Brittney. I tak zaczyna się zabawa w „a jeśli...”. A jeśli nieznajomy (Nick Damici) ma rację i w tutejszych lasach zagnieździły się jakieś szatańskie pomioty, które kradną ludzkie ciała? Jak chociażby w „Inwazji porywaczy ciał” Jacka Finneya. Warto mieć to na uwadze, tak na wszelki wypadek. Właściwie to znając reguły gatunku, trudno nie uznać nieznajomego za jednego z tych, co to zwykle ostrzegają innych przed zagrożeniem (przykład: „Piątek trzynastego” Seana S. Cunninghama). I przeważnie nie są słuchani, nierzadko dlatego, że brzmią właśnie jak szaleńcy. Wypada zatem dać temu panu kredyt zaufania. Zaufajmy. Idźmy tą drogą, ale zastanówmy się dobrze czy... A jeśli udziela się nam paranoja „jedynego ocalałego”? Co jeśli, tak jak on, doszukujemy się w tym rzeczy, a raczej istot, których nie ma? Uwierzyliśmy w demony, bo tak nam doradził potencjalny masowy zabójca? Serio? No tak, ale Kevin dal się przekonać. On przyjął wersję nieznajomego, więc może coś w tym jest. Aha! Dziewiętnastoletni chłopak, student, który sam ma się jeszcze za dzieciaka. Ej, to nieelegancko czepiać się wieku! To jeszcze o niczym nie świadczy. Dobrze, w takim razie pomyślmy skąd to nagłe przekonanie Kevina, że zagraża im jakaś nadnaturalna siła. Nie jakaś, tylko istoty z piekła rodem. Demony, a raczej ich dusze, które szukają wygodnych ciał w leśnym zakątku gdzieś w Stanach Zjednoczonych. Otóż, wygląda na to, że sceptycyzm Kevina znacznie osłabł po pierwszej dłuższej wymianie zdań z człowiekiem, którego, zwróćcie uwagę, miał za mordercę między innymi swoich ukochanych rodziców. Podejrzany nie zaprzeczał, raczej starał się wytłumaczyć młodym ludziom dlaczego zrobił to, co zrobił. Usprawiedliwić mordy, jakich dokonał na tym malowniczym, choć jakby pobrudzonym, zanieczyszczonym, skażonym obszarze - zdjęcia jakby zalatują zgnilizną, jakiś trupi odór się z tego wydobywa. I nie, nie chodzi o ludzkie zwłoki porozrzucane na tym zdecydowanie nieprzyjaznym terenie. W każdym razie Kevin do wersji nieznajomego całkowicie przekona się chwilę po tej wymianie zdań, po zejściu do piwnicy razem z Tonym. Ale jego niewiara niewątpliwie zostaje nadwątlona już tą rozmową z człowiekiem, którego pozostali mają za niespełna rozumu. Tony i Brittney nie wykluczają też, że to przemyślane działanie mordercy, że usiłuje ich zmanipulować, wmówić im coś w co sam tak naprawdę nie wierzy. Dla mnie największą siłą „Świadomości krwi, obok atmosfery mocno pachnącej niskobudżetowymi krwawymi/umiarkowanie krwawymi horrorami z lat 80-tych XX wieku, był właśnie ten utrzymujący się brak pewności co do natury zagrożenia. Dosłownie każdą komórką swojego ciała czułam, że rzeź, do jakiej doszło w tym leśnym zakątku przed przybyciem „świeżego mięska”, ludzi, którzy zostaną zmuszeni do spędzenia przynajmniej najbliższej nocy w otoczeniu martwych, pewnie już rozkładających się ciał (niewiele widać – trochę pochlapano substancją udanie imitującą krew, poza tym będziemy mogli przyjrzeć się fragmentom mózgu„dekorującym” podłogę - praktyczne efekty specjalne, swoją drogą obrazów wygenerowanych komputerowo nie odnotowałam) jeszcze nie dobiegła końca, że Kevin, Brittney i Tony będą musieli ostro zawalczyć o swoje życie. Z demonami, mężczyzną, który prawdopodobnie zabił też innych wczasowiczów, którzy na swoje nieszczęście postanowili poszukać relaksu, „naładować baterie” w swoich letnich domkach poza sezonem albo z jednym z nich. A może wszystkim odbije? Haha, włącznie z publicznością. Nie wiesz kto, nie wiesz co, ale na pewno nic dobrego się w tym mrocznych lesie pełnym martwych ludzi nie wydarzy. Ciasnym, niebezpiecznym, zagadkowym, dusznym miejscu, w którym bardzo łatwo oszaleć. Dialogi moim zdaniem przydałoby się doszlifować – nie wszystkie kwestie brzmiały mi naturalnie, w sumie niektóre spokojnie, z pożytkiem dla filmu, można by wyciąć. Do finału żywię natomiast ambiwalentne uczucia. Cieszy mnie, że moje obawy się nie ziściły UWAGA SPOILER - czyli wszystko rozjaśniamy, obdzieramy z całej tajemnicy, tym samym zatrzaskując furtkę do domysłów widza - KONIEC SPOILERA, ale też wydaje mi się, że można było trochę bardziej namieszać. Bardziej narozrabiać w mojej, nie ukrywam, i tak skołowanej głowie. Lekko.

Pierwszy długometrażowy reżyserski występ Timothy'ego Covella - także w roli scenarzysty - uznaję za całkiem udany. Mam jednak przeczucie graniczące z pewnością, że takich usatysfakcjonowanych „Świadomością krwi” wielu nie będzie. W każdym razie podejrzewam, że to będzie mniejszościowy obóz. Co tam podejrzewam, ja to wiem! Zwolennikom kina grozy w stylu retro i oczywiście oryginałów z dekad relatywnie dawno minionych (według mnie horror, ale film jest też określany jako thriller), ze wskazaniem na niskobudżetowe siekaniny z lat 80-tych XX wieku, mimo wszystko radziłabym pochylić się nad tym pozycją. Wydaje mi się, że Wam najłatwiej będzie się w tym ponurym, wypranym z żywych kolorów, przybrudzonym, klaustrofobicznym, na swój magiczny sposób niechlujnym świecie przedstawionym odnaleźć. Albo nie. Nic nie obiecuję.