Stronki na blogu

poniedziałek, 20 czerwca 2022

Gorące zapowiedzi od wydawnictwa Albatros

 
Thomas Olde Heuvelt „Echo”
Polska premiera: 29 czerwca 2022

Wyczekiwana powieść niderlandzkiego młodego pisarza, którego debiutancką książkę sam Stephen King uznał za genialną.

Wyprawa w alpy, która zamieniła się w piekło.

Są rzeczy gorsze od śmierci.
Zobaczył ją na starej fotografii w szwajcarskim pubie. Maudit, górę, o której nie pisano w przewodnikach i nikt nie chciał o niej mówić. Mimo to – a może właśnie dlatego – nie mógł się jej oprzeć. Jeszcze nie wiedział, że nie zawsze, kiedy natura przyzywa, należy słuchać jej głosu.
Wędrówce po Alpach młodego Holendra, Nicka Grevesa, i jego niemieckiego kolegi, Augustina, już od samego początku towarzyszyły złe znaki, lecz nie zawrócili. I drogo za to zapłacili: Augustin śmiercią w szczelinie lodowca, a Nick potwornymi okaleczeniami twarzy. Wrócił na dół, ale nie wydostał się z objęć Maudit, wziął tę górę ze sobą… w sobie. I każdy, kto ma z nim kontakt, ulega jej zgubnemu oddziaływaniu. Także Sam Avery, chłopak Nicka. Sam musi podjąć decyzję: albo uciec do Ameryki, skąd pochodzi, i chronić życie oraz swój stan umysłu, albo pokonując własne lęki, trwać przy ukochanym, w którym chwilami widzi potwora zdolnego do największej zbrodni.
Decyduje się na to drugie i razem z Nickiem wraca do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło, bo tylko w ten sposób może mu pomóc wyzwolić się od mrocznej siły, która nim zawładnęła.
Tylko czy można walczyć z górą?

Powieść autora HEX

 

Stephen King „Baśniowa opowieść”

Polska premiera: 7 września 2022

Nowa, fantastyczna powieść Stephena Kinga! 
Pierwsza powieść fantasy od czasu cyklu Mroczna Wieża.

Siedemnastolatek otrzymuje w spadku niezwykłe dziedzictwo – klucz do równoległego wymiaru, w którym toczy się wojna między dobrem i złem; walka o najwyższą stawkę: przetrwanie zarówno tamtego świata, jak i tego, który znamy.

Historia klasyczna jak baśń czy mit. Zaskakująca i świeża, lecz jednocześnie pełna motywów, które w twórczości Stephena Kinga lubimy najbardziej. Być może wszyscy tę opowieść znamy, lecz wciąż chcemy ją czytać, gdy opowiadana jest na nowo, przez pisarzy tej rangi, co Stephen King.
Opowieść o zwyczajnym chłopcu, któremu pisane są bohaterskie czyny.
Charlie Reade jest przeciętnym nastolatkiem, świetnym sportowcem i nie najgorszym uczniem. Ale chłopak dźwiga też spory bagaż doświadczeń. Gdy miał dziesięć lat, jego matka zginęła w wypadku. Jego ojciec, pogrążony w rozpaczy i żalu, zaczął pić. Charlie musiał nauczyć się, jak dbać i o siebie, i o niego.
W wieku siedemnastu lat poznał psa, Radara, i jego starzejącego się pana, Howarda Bowditcha, odludka mieszkającego w imponującej rezydencji na szczycie wzgórza. W głębi otaczającego ją rozległego podwórka, za domem, stała zamknięta szopa, z której dochodziły dziwne dźwięki. Jakby jakieś stworzenia próbowały wydostać się na zewnątrz i uciec...
Charlie wykonywał różne, czasami dość niezwykłe, prace dla pana Bowditcha, a po jego śmierci odziedziczył posiadłość na wzgórzu oraz kasetę z nagraną opowieścią – tak dziwną, że wprost niemożliwą do uwierzenia. Bo choć wydaje się to bajką, wewnątrz szopy ukryty jest portal do innego świata, którego mieszkańcom grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. I którego straszliwi przywódcy, o ile nikt nie odważy się ich powstrzymać, skłonni są doprowadzić do zniszczenia zarówno tamtej, jak i naszej rzeczywistości.
Wygląda na to, że na barkach Charliego spoczęła właśnie ogromna odpowiedzialność. Będzie teraz musiał szybko dorosnąć i – czy tego chce, czy nie − podjąć się misji ratowania dwóch równoległych światów. Odważny chłopiec i jego wierny psi towarzysz przewodzić będą siłom dobra w ostatecznym starciu z przeważającymi siłami zła.
Historia pełna światła i mroku, znajoma i obca, prowokująca do myślenia i przyspieszająca bicie serca. Pewne elementy wyimaginowanej rzeczywistości odwołują się do Mrocznej Wieży (granice pomiędzy światami wykreowanymi przez króla horroru nie zawsze są tak wyraziste, jak życzyłby sobie tego on sam). Ale ten świat jest całkowicie odmienny od wszystkiego, co dotąd stworzył King; opowieść nawiedzana jest przez inne upiory, a jej młody bohater Charlie Reade ma wyjątkową naturę i charakter. Baśniowa opowieść to książka zachwycająca i nietuzinkowa. W mistrzowskim popisie wyobraźni King łączy wpływy klasycznych mistrzów wyobraźni: E.R. Burroughsa i H.P. Lovecrafta, Roberta E. Howarda i L. Franka Bauma, tworząc bezpretensjonalną, kipiącą życiem magiczną miksturę, której urokowi wprost nie można się oprzeć.

To opowieść, na którą wszyscy wierni czytelnicy Kinga czekali od lat. Dokładnie taka, jaką zawsze chcieli przeczytać!

Chciałem napisać o innym świecie – nie o Mrocznej Wieży, ale o jakimś baśniowym królestwie – i chciałem wypełnić wiele, wiele stron przygodą. Oczami wyobraźni ujrzałem miasto, ciągnące się po horyzont, opuszczone, lecz pełne ukrytego życia. Pokryte kurzem ulice, strącone z cokołów posągi, zrujnowane budynki, a w końcu imponujący pałac ze szklanymi, sięgającymi nieba wieżami. Moja wyobraźnia zaiskrzyła i wiedziałem już, że to tam rozegra się historia, którą chciałem opowiedzieć.”

Stephen King

Źródło: https://www.wydawnictwoalbatros.com/

niedziela, 19 czerwca 2022

„Knife Under the Throat” (1986)

 

Znane z szokujących zdjęć modelki erotyczne Catherine Legrand i Florence Guerland wspólnie wynajmują mieszkanie na nowoczesnym osiedlu. Pracują dla wymagającej kobiety nazwiskiem Valérie Landis, która zawiązała stałą współpracę z wybuchowym, lubieżnym fotografem J.B. Wszyscy wiedzą, że Catherine jest mitomanką, dobrze znaną miejscowej policji. Mimo że nikt już nie wierzy w jej opowieści o atakach na tle seksualnym na jej osobę, kobieta nie ustaje w wysiłkach, by zwrócić na siebie uwagę mundurowych. Zamiast tego mimowolnie ściąga na siebie wzrok nieznajomego mężczyzny, który nie potrafi okiełznać swojej żądzy. Seksualny maniak ukradkiem obserwuje młodą modelkę i najwyraźniej na tym nie poprzestaje. Zagrożona jest nie tylko Catherine, ale także ludzie z jej najbliższego otoczenia.

Mało znany niskobudżetowy francuski obraz z nurtu giallo w reżyserii i na podstawie scenariusza Claude'a Mulota, znanego też pod pseudonimem Frédéric Lansac, głównie kojarzonego z kinem erotycznym, twórcy między innymi horroru „La rose écorchée” (1970) i dramatu erotycznego/romansu „Black Venus” (1983). „Knife Under the Throat” (oryg. „Le couteau sous la gorge”) to jego ostatni film – dystrybucja, w jego rodzimej Francji, ruszyła w czerwcu 1986 roku, a w październiku czterdziestoczteroletni wówczas Claude Mulot utonął. W swoim czasie „Knife Under the Throat” zebrał głównie nieprzychylne recenzje od krytyków. Zarzucano mu między innymi nazbyt głośną muzykę, aktorstwo na najniższym poziomie, kiepskie oświetlenie i takąż fabułę, która miała być ukierunkowana głównie na goliznę. Co bardziej spostrzegawczy odbiorcy zauważyli, że jeden samochód oddano do użytku dwóm niezwiązanym ze sobą postaciom, co potraktowano jako widomy dowód na to, że filmowcy musieli liczyć się z każdym frankiem.

Noc. Młoda kobieta biegnie przez miasto. W rozpiętym płaszczu. Naga od pasa w dół. Tak otwiera się „Knife Under the Throat” Claude'a Mulota, francuski „wtręt” w nurt giallo spopularyzowany przez Włochów w drugiej połowie XX wieku. Wychodzi więc na to, że nie przesadzali ci krytycy, którzy wyrzucali twórcom niniejszej produkcji stwarzanie sobie okazji do rozbierania aktorek? Gdyby Catherine Legrand (niezbyt przekonujący występ Florence Guérin), bo to ona jest ową roznegliżowaną kobietą, biegła w zapiętym płaszczu, nie miałoby to najmniejszego wpływu na fabułę, ale ośmielę się wysnuć przypuszczenie, że w takim układzie ta sekwencja przeszłaby praktycznie niezauważona. Albo inaczej: w recenzjach co najwyżej by o niej napomykano – ot, wzmianka, nie tyle na temat przebiegającej przez miasto niewiasty, ile jej domniemanej przypadłości. U celu tego niecodziennego maratonu, na posterunku policji, witają ją gromkie śmiechy, pobłażliwe uśmieszki i nieskrywana irytacja detektywa z wydziału zabójstw. Roztrzęsiona kobieta mówi, że padła ofiarą ataku na tle seksualnym, a oni się śmieją. Takie czasy? Nie tym razem. Ta oburzająca reakcja mundurowych i wszystkich innych nieuważanych słuchaczy Catherine (petenci, interesanci, poszkodowani, świadkowie i/lub podejrzani), szybko się wyjaśnia. Otóż, okazuje się, że czołowa postać „Knife Under the Throat” nadzwyczaj często zgłasza podobne zdarzenia. Patologiczna kłamczucha? Takie przekonanie w każdym razie zdążyli wyrobić sobie gliniarze z tego konkretnego posterunku oraz ludzie z jej najbliższego otoczenia. Nawet jej najlepsza przyjaciółka, współlokatorka i współpracownica, Florence Guerland (taka sobie kreacja Natashy Delange), uważa że Catherine ma problem. Ona jedna szczerze się o nią martwi, a przynajmniej do czasu wprowadzenia „rycerza w lśniącej zbroi”. Szefowa Catherine i Florence, Valérie Landis (znowu taka sobie Brigitte Lahaie) ma zdecydowanie mniej cierpliwości do tej dziewczyny. Nie wykazuje takiego zrozumienia dla jej wyskoków, ale w sumie nie robi nic, by jej to wyperswadować. Dopóki to nie koliduje z jej pracą, Valérie nie zamierza robić nic w tej sprawie. To problem policji, nie jej. Ona musi się skupiać na swojej karierze, którą buduje „na plecach” Catherine i Florence. Modelek erotycznych, o uczucia których zupełnie nie dba. Valérie oczekuje, że będą na każde jej skinienie; bez dyskusji wykonywały jej polecenia. Jej i obleśnego fotografa z kontuzjowaną stopą J.B. (muszę przyznać, że całkiem niezła kreacja Jeana-Pierre'a Maurina). Valérie zdążyła już wyrobić sobie pewną markę w światku modelingu. A przynajmniej opinia publiczna kojarzy może niekoniecznie ją, ale na pewno jej modeliki z szokującymi zdjęciami. Jak słusznie zauważy sama Valérie, nie potrzeba wiele, żeby zaszokować społeczeństwo. Wystarczy pikantna sesja zdjęciowa na cmentarzu. Gdzie przyplącze się pewien wielce podejrzany, żeby nie powiedzieć groźny mężczyzna. Catherine jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy, ale ten wieczór przesądzi o jej dalszym losie. Jej i jej znajomych. Jak łatwo się tego domyślić, poleje się krew niekoniecznie niewinnych, najpierw jednak Catherine będzie odbierać niepokojące telefony i przeżyje przynajmniej jeden przerażający incydent w swoim mieszkaniu. Osoby, które ją znają w ogóle się tym nie przejmą, co nie dziwi zważywszy na jej wcześniejsze wybryki. Mitomanka, ot co! Sojusznika Catherine znajdzie w Nicolasie Béraud, nowo poznanym młodym mężczyźnie, który niedawno wprowadził się do jednego z sąsiednich mieszkań. Zajął lokal na tym samym piętrze, co Cartherine i Florence. Ekskluzywne osiedle, gdzie o porządek dba podejrzana kobieta z oszpeconą połową twarzy. W każdym razie twórcy starają się uczulić nas na tę postać – na przykład poprzez złowrogie dźwięki towarzyszące jej wejściom, ale myślę, że nikt też nie będzie miał wątpliwości, że ta bądź co bądź nieszczęsna kobieta, z zazdrością spogląda na Catherine i Florence. Co więcej, wyraźnie zabiega o uwagę tej pierwszej. Wykorzystuje każdą okazję, by spróbować wciągnąć ją w dłuższą rozmowę. Jej wysiłki nie tylko nie przynoszą pożądanych rezultatów, ale wręcz działają na Catherine odpychająco. Choć nie można też wykluczyć, że główna bohaterka „Knife Under the Throat” na wszelki wypadek, asekuracyjnie, na razie woli nie zawiązywać nowych znajomości. Przynajmniej dopóki nie odzyska poczucia bezpieczeństwa. Zakładając, że kiedykolwiek je miała. Prawdę mówiąc ta kwestia jest dla mnie dość niejasna. Kłamie z premedytacją, czy wierzy w swoje kłamstwa? A może nie kłamała? Może faktycznie przyciąga skrajnie nieodpowiednich mężczyzn? A kiedy wreszcie na horyzoncie pojawia się prawdziwy dżentelmen, ktoś wchodzi im w paradę. Catherine przynajmniej na razie musi obejść się smakiem. Jej rycerz wpada w sidła złej królowej, ale to akurat najmniejsze zmartwienie nieszczęśliwie zakochanej księżniczki. Używając słów pewnego klasyka: nie czas żałować róż, kiedy płoną lasy.

Knife Under the Throat” Claude'a Mulota to utrzymana w dość obskurnym klimacie, nieodznaczająca się jakąś wielką brutalnością, jak dla mnie średnio zajmująca opowieść o seryjnym zabójcy w czarnych skórzanych rękawiczkach (a jakże!), który przypuszczalnie działa z pobudek seksualnych. Wszystko wskazuje na mroczną obsesję na punkcie młodej modelki erotycznej, która, że tak to ujmę, rykoszetem odbija się na jej najbliższym otoczeniu. Czyżby mordercy zależało na tym, aby obiekt jego westchnień pozostał sam? Wtedy pewnie łatwiej by mu było – albo jej – zbliżyć się do tej kobiety. A może w swoim mniemaniu usuwa szkodliwe dla niej środowisko? Eliminuje ludzi, którzy w jego/jej przekonaniu przysparzają cierpień Catherine Legrand albo po prostu nie są godni przebywać w jej cudownym towarzystwie? Przyznaję, że dla mnie to był twardy orzech do zgryzienia. Właściwie przerosła mnie ta, bądź co bądź, niezbyt pokomplikowana kryminalna zagadka. Wpadłam w pułapkę zastawioną przez twórców na pierwszym odcinku (nie licząc pamiętnego biegu przez miasto) fabularnej ścieżki. W sumie zabawna rzecz, biorąc pod uwagę fakt, że łamałam sobie głowę nad tym UWAGA SPOILER dlaczego twórcy nagle postanowili ukryć twarz oprawcy? Po co ukrywać coś, co już zostało pokazane? Oblicze człowieka, który na naszych oczach snuł erotyczne fantazje z Catherine, a potem na naszych oczach udusił inną kobietę. Odpowiedź powinna od razu się nasunąć - tym bardziej po głośnym alarmie na drodze, akcji następującej tuż po zabójstwie przypadkowej ofiary, choć może niezupełnie, bo kobieta ponad wszelką wątpliwość przypomina przyszłemu zabójcy Catherine, obiekt jego obsesji – ale u mnie nastąpiło chyba jakieś zwarcie, bo te wielgachne kropy jakoś nie zechciały się połączyć KONIEC SPOILERA. Ponure, przybrudzone zdjęcia i agresywna ścieżka dźwiękowa to główne powody, dla których trwałam przed ekranem. Na pewno ułatwiło mi to przeprawę przez niczym niewyróżniającą się historyjkę o zabójczym prześladowcy. No, chyba że nagromadzeniem golizny. Tak jak przestrzegali niektórzy krytycy, Claude Mulot i jego ekipa zadbali o to, by niektórym paniom nie było za gorąco:) Zwłaszcza Florence Guérin, ale nie mogłam też oprzeć się wrażeniu, że i Brigitte Lahaie miała kilka takich wymuszonych prezentacji. Mnie w każdym razie nie wyglądało to naturalnie. Za dużo tych „zbiegów okoliczności”, tych rozbieranych scenek, żebym mogła długo odrzucać od siebie myśl, że głównym celem reżysera i scenarzysty tego przedstawienia było prezentowanie wdzięków wybranych członkiń obsady. Raz po raz upominałam się w duchu, że przecież zadbano o odpowiednią, a przynajmniej atrakcyjną dla mnie, oprawę audiowizualną, a i widać jakieś nieśmiałe, a na pewno niekonsekwentne próby spenetrowania umysłu bohaterki, która na dodatek nie została dokładnie odmalowana od któregoś z szablonów najchętniej wykorzystywanych w horrorowych/thrillerowych rąbankach. Różnicę robi jej potencjalnie chorobliwa skłonność do konfabulacji. Snucia nieprawdziwych opowieści o ciężkich przeprawach ze zboczeńcami. Gwałcicielami i/lub niedoszłymi gwałcicielami, którzy najwyraźniej się na nią uwzięli. Claude Mulot w moim uznaniu nie poświęcił należytej uwagi temu aspektowi osobowości Catherine. Czy po prostu niemożności, nieumiejętności przekonania innych do tego co faktycznie ją spotyka. Gdybym miała obstawiać - w sumie muszę zgadywać, bo scenarzysta jakby z czasem kompletnie zapomniał o tym frapującym wątku - to wybrałabym wersję z kłamczuchą. Nie z pełnym przekonaniem, a pod przymusem zeznałabym, że Catherine z premedytacją próbowała zwrócić na siebie uwagę. Zrobić z siebie ofiarę odrażających zbrodni (swoich seksualnych fantazji?) aż w końcu to się na niej zemściło. Nie wywołuj wilka z lasu, głupia dziewczyno. Jeśli zaś chodzi o sceny mordów, to czuję się w obowiązku wyróżnić jedynie... właściwie nie sam moment śmierci, ile widok post mortem: wyłupione oko. Poza tym dużo szarpanin i niezmiennie niewiele „czerwonego soczku”, który mi tam nie wyglądał na krew. Zręcznej żonglerki napięciem też oddać temu widowisku nie mogę. Dostrzegałam starania – najjaskrawsze przykłady to oczywiście „okresy ciszy przed burzą”, tuż przed atakiem nieznanego(?) sprawcy, co się wyczuwa – ale bardziej satysfakcjonujących efektów niestety nie odebrałam. Silniejszych doznań „Knife Under the Throat” Claude'a Mulota zdecydowanie mi nie zapewnił. Ale klimacik niezgorszy.

Niniejsze francuskie podejście do włoskiego nurtu giallo, uznaję za niezbyt udane. Dobrze, ostatni film Claude'a Mulota „Knife Under the Throat” (oryg. „Le couteau sous la gorge”) nie okazał się dla mnie jakąś wielką męczarnią, w zasadzie bez większego wysiłku się z nim uporałam, ale na pewno mogłam trafić lepiej. Gdyby nasze drogi się nie skrzyżowały, to nic bym nie straciła. Może poza klimatem, ale bądźmy szczerzy: nie jest to żaden ewenement tamtej epoki. Ubiegłowieczne siekaniny właściwie słyną z takich zapaszków, tj. kolorków. I takich charakternych, niesubtelnych, wręcz wyrywnych, opraw dźwiękowych. W mojej opinii tylko dla „kolekcjonerów” gialli, dla największych pasjonatów tego nurtu. No dobrze, może nie tylko, ale ja nie poważę się polecać tej pozycji osobom spoza tego ścisłego kręgu. Po prostu się boję.

piątek, 17 czerwca 2022

Brian Evenson „Dni ostatnie”

 

Detektyw Kline niedawno został pozbawiony prawej dłoń przez mężczyznę z tasakiem, na oczach którego sam przyżegał sobie ranę. A potem zabił swojego oprawcę i w ramach rekompensaty za poniesioną krzywdę, zabrał jego pieniądze. Od tego czasu Kline rzadko wychodzi z mieszkania, w którym nieoczekiwanie pojawia się dwóch enigmatycznym mężczyzn. Kontaktowali się z nim już wcześniej, próbując namówić go do zajęcia się sprawą, której nie chcieli, albo raczej nie mogli, mu przybliżyć. Kline uparcie odmawiał przyjęcia zlecenia, więc nieznajomi zdecydowali się go do tego przymusić. Detektyw zostaje przetransportowany na pilnie strzeżony teren należący do tak zwanego Bractwa Okaleczonych, sekty złożonej wyłącznie z mężczyzn, którzy wierzą, że poprzez odejmowanie części swoich ciał zbliżają się do Boga. Jeden z wyżej postawionych członków tego nietypowego zgromadzenia oczekuje od swojego niechętnego gościa rozwiązania zagadki śmierci jednego z założycieli bractwa. Ale zwyczaje panujące w tym miejscu czynią to zadanie praktycznie niemożliwym do wykonania. Tak w każdym razie wydaje się Kline'owi.

Brian Evenson (publikujący też jako B.K. Evenson) urodził się w mieście Ames w stanie Iowa, a potem zrobił magisterium i doktorat na Uniwersytecie Brighama Younga oraz University of Washington. W młodości uczestniczył w dwuletniej misji Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, po ukończeniu nauki przez długie lata wykładał fizykę na Uniwersytecie Brighama Younga, później przez jakiś czas pracował w administracji tej uczelni. Kontrowersje jakie wzbudziła jego pierwsza książka, wydany w 1994 roku zbiór opowiadań i nowel pt. „Altmann's Tongue”, doprowadziły do zakończenia jego współpracy z Uniwersytetem Brighama Younga, co zostało poruszone w jednym z raportów The American Association of University Professors (AAUP), jako dowód tłumienia wolności akademickiej na tej uczelni. Po tym nieprzyjemnym dla niego doświadczeniu Evenson przez jakiś czas pracował na Oklahoma State University, Syracuse University, University of Denver i na Brown University, a od 2016 roku wykłada w prywatnej uczelni artystycznej w Santa Clarita w stanie Kalifornia, California Institute of the Arts (CalArts). Jego proza jest porównywana do twórczości między innymi Paula Bowlesa, J.G. Ballarda, Franza Kafki, Williama S. Burroughsa, Cormaca McCarthy'ego, Jorge Luisa Borgesa i Edgara Allana Poego. A jednym z jego ulubionych pisarzy jest Peter Straub, autor między innymi wybitnego horroru pt. „Upiorna opowieść” (oryg. „Ghost Story”), który napisał wstęp do „Dni ostatnich” (oryg. „Last Days”) Briana Evensona (właściwie jego wznowienia z 2016 roku). W pierwszym polskim wydaniu tej minipowieści, czy jak kto woli dwóch połączonych nowel, dodatek Strauba przeniesiono na koniec (posłowie), ponieważ uznano, że zawiera informacje na temat fabuły, które mogą zepsuć lekturę. W tym kształcie „Dni ostatnie” po raz pierwszy opublikowano w roku 2009, ale pierwsza część książki światło dzienne ujrzała już w roku 2003. Pierwszą polską edycję tego dziełka przygotowało wydawnictwo Mag na rok 2022 – w twardej oprawie, w tłumaczeniu Justyny Gardzińskiej, w szacie graficznej Dark Crayona – które na tym nie zamierza kończyć prezentacji prozy Briana Evensona. Następna ma być powieść „Song for the Unraveling of the World”, która swoją światową premierę miała w roku 2019.

Zdobywczyni nagrody The American Library Association (ALA) za najlepszy powieściowy horror 2009 roku, dobrze przyjęta przez krytyków i porównywana głównie do twórczości Raymonda Chandlera (narracja), minipowieść złożona z dwóch nowel, łączących dwie wielkie miłości Briana Evensona (którego polscy czytelnicy mogą kojarzyć choćby z „Panami Salem”, powieścią napisaną wspólnie z Robem Zombie – tak, tym Robem Zombie – jako B.K. Evenson, w oparciu o film tego pierwszego z 2012 roku: „The Lords of Salem”): do horrorów i kryminałów z nurtu hardboiled. Jeśli chodzi o to ostatnie to największą estymą Evenson darzy dzieła Dashiella Hammetta, Jima Thompsona i Andrew Vachssa. „Dni ostatnie” to bardzo specyficzna opowieść, cechująca się tego rodzaju oryginalnością, która jednych zaintryguje, a innych odrzuci. O takich pozycja zwykle mówi się, że z pewnością nie spodoba się wszystkim – jakby istniało jakieś dzieło podobające się wszystkim... Tak czy inaczej, „Dni ostatnie” to istne kuriozum, „przeklęty dziwoląg”, jakby stworzony specjalnie dla Davida Cronenberga. To znaczy chciałabym, żeby ten niekwestionowany mistrz głównie filmowego body horroru, autor między innymi powieści „Skonsumowana”, zekranizował tę zamierzenie absurdalną historię. Horror ekstremalny w klimacie noir. Body horror przytulony do hardboiled. Głównym niebohaterem (określenie Petera Strauba) jest mężczyzna przedstawiony tylko z nazwiska: pan Kline. Autor skąpi nam informacji na jego temat. Prywatny detektyw, który wcześniej pracował w policji, był tajniakiem. Tyle, koniec pieśni? Niezupełnie. Jest coś jeszcze. Coś, co najwyraźniej przesądziło o jego dalszym losie. Wszystko przez niejakiego dżentelmena z tasakiem. Człowieka, który odciął prawą dłoń (w analizie Petera Strauba mowa jest o lewej, ale z tekstu wynika coś innego) Kline'owi i szczęśliwie dla jego ofiary, zdębiał na widok broczącego detektywa, niezwłocznie przystępującego do kauteryzacji rany. Właśnie samoprzyżeganie zaimponowało Bractwu Okaleczonych, sekcie złożonej wyłącznie z mężczyzn, która zazdrośnie strzeże swojej prywatności. Dla Kline'a są jednak gotowi zrobić wyjątek. Wszystko wskazuje na to, że kieruje nimi chęć rozwiązania jakiejś sprawy kryminalnej, a że nie mają w tym doświadczenia, po długich debatach postanowili zaprząc do pracy mężczyznę, który zdążył wzbudzić ich szczery podziw. Tak się wydaje, ale jak szybko przekona się Kline w tej sytuacji niczego nie można być pewnym. W tym pilnie strzeżonym ośrodku, do którego wbrew swojej woli trafił najmniej oderwany od rzeczywistości, tj. najracjonalniej myślący człowiek w tym Evensonowskim piekiełku. Co nie znaczy, że i jego logika nie będzie wymykać się spod kontroli. Czyżby udzielało mu się szaleństwo stałych mieszkańców posiadłości, która dla niego jest ni mniej, ni więcej jak więzieniem? Niezwykłym więzieniem. Rządzącym się własnymi prawami. Cóż, jak to mówią: jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one. Może Kline nie przywiązuje należytej wagi do dziwactw swoich wron, nie roztrząsa tego tak, jak czytelnik, ponieważ doskonale wie, że to do niczego, by go nie doprowadziło. Jeśli już, to przysporzyłoby mu dodatkowych kłopotów. Ci ludzie mają swój świat i swoje zabawki, a Kline być może nie czuje się kompetentny do analizowania takich rzeczy. W końcu wiara to bardzo delikatna sprawa. Zrób jeden nieprzemyślany krok, wrzuć choćby jeden maleńki kamyczek do tego ogródka, a najpewniej wywołasz potężną lawinę. Z sektami lepiej nie dyskutować. I tak nie zrozumiesz, więc po co się trudzić? Już lepiej opracować w myślach plan ucieczki z tego zgromadzenia apotemnofilików. Święcie przekonanych, że amputacje zbliżają ich do Boga. Tytuł książki sugeruje, że autor w rzeczywistości wymierza oskarżycielski palce w stronę mormońskiego Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, z którym zresztą Evenson przez kawał życia był całkiem mocno związany. Mały odwet za przykrości, jakie spotkały go na uniwersytecie założonym w 1875 roku przez członka owego Kościoła, przywódcę religijnego Brighama Younga? Peter Straub w swoim dosyć obszernym komentarzu do „Dni ostatnich” wyraża przekonanie, że to byłoby duże uproszczenie – on w każdym razie przepuszcza tę materię powieści Evensona przez szerszy filtr.

Detektywa Kline'a po raz pierwszy spotykamy w jego mieszkaniu, gdzie leczy rany po bliskim spotkaniu z tajemniczym człowiekiem z tasakiem. Rany nie tyle na ciele, ile na psychice. Tak czy inaczej, wygląda na to, że nasz niebohater zmaga się z lekką depresją, w której pogrążył się po stracie prawej dłoni. Dłoni dominującej. Powrót do pracy to ostatnie o czym myśli. O pieniądze nie musi się martwić, jedyne czego w tej chwili pragnie to święty spokój. Sam w swojej „jaskini”. Niedostępnej dla nikogo innego. Nie przychodzić, nie dzwonić. Najlepiej zapomnieć o jego istnieniu. Wymazać go ze świata. To skromne marzenie pana Kline'a, które jak widzimy już na samym początku tej niepospolitej, makabrycznej, a przy tym zastanawiająco komicznej (makabreska) opowieści, jakoś nie chce się ziścić. Przez dwóch natrętów, z którymi obiekt ich upartych nagabywań, nigdy wcześniej nie miał do czynienia. Obcy ludzie i ich zagadkowe zlecenie. Kline nie chce, ale musi. Wyjaśnić sprawę morderstwa jednego z założycieli Bractwa Okaleczonych. Przywódcy sekty, która w takim układzie niedługo będzie musiała wybrać jego następcę. O ile istnieje jakaś konkurencja dla Borcherta, głównego kontaktu Kline'a w niezwyczajnym śledztwie, jakie jest zmuszony przeprowadzić na terenie tej, delikatnie mówiąc, oryginalnej wspólnoty. Ten tak zwany ośrodek, zresztą podobnie jak mieszkanie czołowej postaci „Dni ostatnich”, nie jest precyzyjnie osadzony na mapie Stanów Zjednoczonych. Nie wiemy gdzie jesteśmy, nie wiemy nawet jak dokładnie wyglądają te i inne miejsca odwiedzane przez pechową i/lub wyjątkową istotę, którą znamy jako detektywa Kline'a. Brian Evenson maluje bardzo ogólny, powierzchowny pejzaż, w który starannie wkomponowuje podobnie wykreślone postaci. Peter Straub nie ma wątpliwości, że to przemyślany zabieg, że uniemożliwienie czytelnikowi zakotwiczenia się w jego rzeczywistości miało wzmagać emocjonalny dyskomfort. Na mnie dokładnie tak to działało – jakby dosłownie ziemia usuwała mi się spod stóp albo jakbym znalazła się w jakiejś równoległej rzeczywistości, która rządzi się niepojętymi prawami.
Obca w obcym kraju. W obcej strefie. W Strefie Mroku. Jak już wspomniałam „Dni ostatnie” składają się z dwóch połączonych nowel – tytułowe „Dni ostatnie” to w zasadzie ciąg dalszy jej starszej koleżanki „Bractwa Okaleczonych”. Księga pierwsza („Bractwo Okaleczonych”) to frapujące połączenie twardego kryminału (hardboiled) z sekciarskim body horrorem. Ten chłód, ta szorstkość, ta tajemniczość, ten klimat... Jak w „Zbrodniach przyszłości” (1970) Davida Cronenberga. Tak mniej więcej się czułam w enklawie Okaleczonych. W której panuje nieścisła hierarchia. Niepisana zasada, którą najwyraźniej wyznaje większość, jak się wydaje, absolutnie dobrowolnych mieszkańców tego nieboskiego miejsca. Ludzie, którzy oddali więcej nie rozmawiają z tymi, którzy póki co zdobyli się na mniejsze poświęcenie. Im więcej dasz sobie odkroić, tym wyższy szczebel na tej wypaczonej drabinie zajmiesz. Chcesz się piąć, to dawaj palce, ręce, nogi, uszy, oczy... i może jeszcze pośladki? Wyścig szczurów w wydaniu Evensona. I potencjalne schody do nieba. Dosłownie. Prestiż prestiżem, ale wydaje się, że głównym celem wszystkich członków tej sekty jest zbliżenie się do Boga. Tak twierdzą, ale czy można im wierzyć? Tak czy owak, Evenson nie wpuszcza nas do ich głów – jakiś wgląd, maleńki, daje nam tylko w myśli Kline'a. Wypalonego detektywa, mężczyzny zgorzkniałego, cynicznego, nieprzejmującego się uczuciami innych, dbającego wyłącznie o własnych interes, chociaż... Niejako wbrew sobie Kline zawiązuje bliższą znajomość, szorstką przyjaźń ze swoimi porywaczami (syndrom sztokholmski? Nie, to tylko kolejne „wariactwo” pana Evensona), dwiema plotącymi trzy po trzy „wronami”. Księga druga to już czysta rozpier... masakra. Potem, a wcześniej nieklasyczne podchody, klasyczne polowanie na „grubego zwierza”. Pozostać człowiekiem w szkarłatnym jeziorze: oto jest wyzwanie. Szczerze mówiąc, trochę znużył mnie ten spektakl gore, ta stosownie niesmaczna uczta, do której byłam zmuszona zasiąść po wielce intrygującym koncercie o Bractwie Okaleczonych i – och, ach - samoprzyżegaczu zmuszonym do przebywania na „skażonej” ziemi dobrowolnych amputantów. Niemniej zaciekawiła mnie konstrukcja, forma tej w gruncie rzeczy powieści/minipowieści. Nie wspominając już o pomysłowej fabule, a przynajmniej pomyśle wyjściowym: sekta bezrękich i/lub beznogich i/lub bezpalczastych itd. Całkiem orzeźwiająca rzecz, jakkolwiek dziwnie to brzmi w przypadku tak krwistego „befsztyka”.

Lubisz rzeczy dziwne, niepokojące i wstrętne? Nielicho pokręcone historie, w których czujesz się jak przybysz z innego świata? Historie ekstremalne, absurdalne i horrendalne? Jeśli tak, to „Dni ostatnie” Briana Evensona są właśnie dla Ciebie. Taki pożądanie szkaradny, a przy tym komiczny dar dla ludzi o niepospolitych gustach:) Milusi dziwoląg, którego moim zdaniem nie powstydziłby się sam David Cronenberg. Minipowieść złożona z dwóch nowel, które z jednej strony ściśle się ze sobą łączą, a z drugiej jakby odpychają. Jak kwaśna woda i morderczy ogień. Jak chłodny dzień i mroźna noc. Tajemniczość, podskórny lęk i dosadność, istny szał części ciał. I ten precyzyjny język. Słowa jak gdyby puszczane z niezacinającego się karabinu maszynowego. No, może trochę. W każdym razie mnie do pełnej satysfakcji trochę zabrakło. Co nie powstrzymuje mnie przed poleceniem tej pozycji sympatykom literackich „odszczepieńców”. Poszukiwaczom oryginalności w ekstremalnym kąciku wielkiej sceny horroru - w tym jego maleńkim punkcie, w którym styka się z czarnym kryminałem i smolistą komedią.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 15 czerwca 2022

Christopher Berry-Dee, Aileen Wuornos „Monster: Aileen Wuornos. Zrozumieć seryjną zabójczynię”

 

Christopher Berry-Dee: brytyjski kryminolog, były komandos Królewskiej Piechoty Morskiej, potomek doktora Johna Dee, nadwornego astrologa królowej Elżbiety I. W 1997 roku, w wieku czterdziestu dziewięciu lat, został właścicielem i redaktorem naczelnym czasopisma The Criminologist, a w 2005 roku został mianowany dyrektorem The Criminology Research Institute (CRI). Pisarz true crime, najchętniej podejmujący tematykę seryjnych morderców (m.in. „Rozmowy z seryjnymi mordercami”, „Rozmowy z psychopatami: Podróż w głąb umysłów potworów”, „Rozmowy z seryjnymi morderczyniami. Królowe zbrodni”), okazjonalnie pracujący dla telewizji, głównie w charakterze doradcy – jak dotąd największy wkład miał w kilkunastoodcinkowy brytyjski serial dokumentalny z 1995 roku pt. „The Serial Killers”. Współpracował z wieloma agencjami prasowymi choćby przy sprawie seryjnego mordercy Johna Martina Scrippsa, agencjami prawniczymi w Rosji, gdzie przeprowadził wywiady z wieloma zabójcami i zabójczyniami, a ponadto prowadził wykłady dla organów ścigania i prestiżowego stowarzyszenia The Oxford Union.

W 2022 roku na polskim rynku wydawniczym zadebiutowała niedługa opowieść Christophera Berry'ego-Dee o amerykańskiej seryjnej morderczyni Aileen Wuornos, z którą przeprowadził liczne wywiady, kiedy przebywała w odosobnieniu. Główny autorem jest Berry-Dee, ale pozycja ta jest nazywaną także autobiografią bodaj najbardziej znanej seryjnej morderczyni czasów najnowszych, ponieważ sławny brytyjski śledczy zawarł w niej liczne i dość obszerne wypowiedzi tytułowej antybohaterki. Światowa premiera książki przypadła na rok 2004 – „Monster: My True Story” (później wydana też pod tytułem „Monster: Inside the Mind of Aileen Wuornos”) - czyli dwa lata po śmierci tutejszego podmiotu rozważań Christophera Berry'ego-Dee. Pierwsze polskie wydanie przygotowało wydawnictwo Mova pod tytułem „Monster: Aileen Wuornos. Zrozumieć seryjną zabójczynię”. Edycja w twardej oprawie, z okładką zaprojektowaną przez Łukasza Werpachowskiego i w tłumaczeniu Roberta J. Szmidta. Bonusy: chronologia wydarzeń i osiem stron z czarno-białymi zdjęciami.

Zrozumieć seryjną zabójczynię” - taki podtytuł może sugerować, że Christopher Berry-Dee będzie się starał usprawiedliwić zbrodniczą działalność osławionej Amerykanki, Aileen Carol 'Lee' Wuornos; zajmie pozycję obrońcy Damy Śmierci. Ale to niezupełnie tak. Główny autor niniejszej publikacji nie tyle starał się wybielić podmiot tej krótkiej (nie licząc bonusów, dwieście pięćdziesiąt parę stron niedrobnym i nieściśniętym drukiem) rozprawy, ile przyjrzeć się szczątkom, z których ulepiono tego potwora nie Frankensteina. Bo Berry-Dee nazywa Lee potworem i w żadnym wypadku nie dał mi odczuć, że według niego amerykański tak zwany wymiar sprawiedliwości potraktował ją zbyt surowo (niezasłużona kara). Zamierzenie czy nie, podaje jedynie w wątpliwość uczciwość procesu. Autor zwraca uwagę na to, że ława przysięgłych nie znała wszystkich faktów na temat pierwszej ofiary Aileen Wuornos, Richarda Mallory'ego. Obrona starała się dowieść, że ich klientka działała w samoobronie, że zabiła tych wszystkich mężczyzn (siedmiu lub, jak uważa autor omawianej książki, ośmiu), ponieważ została przez nich zaatakowana. Rzekomo każdy z nich próbował ją zgwałcić i niewykluczone, że także zabić. A życiorys Richarda Mallory'ego w oczach ławy przysięgłych mógłby uwiarygodnić tę wersję wydarzeń. Decyzją sędziego na rozprawie nie ujawniono, że Mallory był znany organom ścigania – zaliczył nawet przymusowy pobyt w szpitalu psychiatrycznym o zaostrzonym rygorze przez swój nadmierny popęd seksualny. Nie był znany z tego, że obchodzi się delikatnie z kobietami – niejedna prostytutka mogłaby opowiedzieć na sali sądowej o bolesnych przeżyciach, jakie jej zaaplikował ten niewydarzony przedsiębiorca. Gdyby tylko na to pozwolono. Co więcej, Berry-Dee informuje nas, że obrona poruszyła tę kwestię w apelacji, ale druga instancja nie podzieliła jej stanowiska. Innymi słowy, panowie w togach nie widzieli niczego niestosownego w ukryciu istotnych informacji na temat jednej z ofiar. Może obawiali się, że ławnicy dojdą do, zdaniem autora „Monster: Aileen Wuornos. Zrozumieć seryjną zabójczynię” niesłusznego, wniosku, że wszyscy mężczyźni zamordowani przez jasnowłosą prostytutkę postawili ją w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia. Oni albo ona. Oczywiście, nie możemy mieć pewności, jak to było z Richardem Mallorym, ale zdaniem Berry'ego-Dee jest wielce prawdopodobne, że w relacji Wuornos z feralnego spotkania z tym człowiekiem jest najwięcej prawdy. Tutaj kobieta mogła działać w samoobronie. Zastrzeliła seksualnego drapieżnika... i odkryła „swoje powołanie”. Punkt zwrotny w życiu jednostki, która praktycznie od urodzenia miała pod górkę. Szczerze mówiąc trochę pogubiłam się w wywodach Christophera Berry'ego-Dee dotyczących dzieciństwa późniejszej Damy Śmierci. Autor podważa zeznania Lee o agresywnym dziadku poprzez przytoczenie opozycyjnych zeznań jego syna (któremu pisarz zdaje się bardziej wierzyć), a potem (ostatni rozdział, podsumowanie – już mniej obiektywnie, bardziej okiem, bądź co bądź, doświadczonego, zasłużonego kryminologa) nagle skłania się w stronę opowieści Lee. O jej traumatycznym dzieciństwie. Tutaj wypada zaznaczyć, że Wuornos przedstawiła dwie wersje swojego życia z dziadkami. Ich córka urodziła Lee i jej brata Keitha w okresie nastoletnim i nie widząc innego wyjścia (młoda, samotna matka bez widoków na lepsze jutro) podrzuciła swoje młode rodzicom. Aileen przez większość życia utrzymywała, że była maltretowana przez dziadka. Że babcia o wszystkim wiedziała, ale nigdy nie interweniowała. Zupełnie bierna w obliczu agresji męża względem małej dziewczynki. Która szybko zaczęła sprawiać kłopoty. W ostatnich latach życia Wuornos (Berry-Dee wspomina o postępującym szaleństwie wtedy już przebywającej za kratkami seryjnej morderczyni, tym samym sugerując, że to mogły być fałszywe podszepty niemiłosiernie poplątanego umysłu) przedstawiała już swoich niegdysiejszych opiekunów w samych superlatywach. Bez względu na to, która wersja jest bliższa prawdy, Aileen Carol Wuornos tak naprawdę od dzieciństwa świadczyła usługi seksualne (najczęściej płacono jej papierosami). Inicjację seksualną przeszła w wieku dziewięciu lat i już jako nastolatka (zanim osiągnęła pełnoletność) zaczęła żyć na własny rachunek. Wyemigrowała z „bezdusznej mieściny”, w której się wychowała i „rozkręciła swój mały biznes”. To znaczy robiła to, co znała. W czym miała już doświadczenie – z tą różnicą, że teraz za swoje usługi oczekiwała pieniędzy, a nie papierosów.

Zbyt często zastanawiamy się nad prawami człowieka w odniesieniu do morderców – za to niemal nigdy nie słyszymy o prawach przysługujących ofiarom i ich rodzinom, czyli ludziom, którym bezpowrotnie zniszczono życie.”

Tyria Jolene Moore. Christopher Berry-Dee ma poważne wątpliwości względem tej postaci. Z jakiegoś nie do końca znanego mu powodu, prawdopodobnie najważniejsza osoba w życiu Aileen Wuornos, znalazła się poza wszelkim podejrzeniem. W każdym razie nie przedstawiono jej żadnych zarzutów. Świadek koronny? Na pewno główny świadek oskarżenia, który według Berry'ego-Dee miał jakiś układ z niektórymi policjantami pracującymi nad sprawą jej życiowej partnerki. Według autora książki istniały mocne przesłanki, by uważniej przyjrzeć się pani Moore, ale… na przeszkodzie mogły stanąć pieniądze i sława. Czyżby paru śledczych bardziej kierowało się interesem prywatnym niż publicznym? Odpuścili współwinnej zbrodni (domniemane współsprawstwo, pomoc w ukrywaniu dowodów zbrodni Aileen Wuornos), ponieważ dostrzegli w niej szansę dla siebie? Wyglądało mi na to, że Berry-Dee skłania się ku temu rozwiązaniu „zagadki Moore”. Skłania się, ale maksymalnej pewności „w jego głosie” nie słyszałam. Tak czy owak, „Monster: Aileen Wuornos. Zrozumieć seryjną zabójczynię” to kolejna praca pod tytułem: „zbrodnie, którym można było zapobiec”. A przynajmniej zminimalizować ryzyko narodzin Damy Śmierci. Bo zdaniem Berry'ego-Dee Aileen Wuornos nie urodziła się zła. Taka się stała przez splot nader niefortunnych okoliczności. I przez wady amerykańskiego systemu, czy raczej rażące zaniechania integralnych trybików tej maszynerii. Jak to najczęściej bywa w takich przypadkach zawiódł czynnik ludzki. Szkoła, opieka społeczna (jaka opieka? W rodzinnej miejscowości Lee takowej nie było, tj. wedle słów Christophera Berry'ego-Dee), opiekunowie prawni – nikt się nie wyrywał do pomocy tej aż proszącej się o wsparcie dziewczynce. Gwoli sprawiedliwości, autor wspomina o jednej interwencji szkoły, do której uczęszczało to nieszczęsne, a po latach już mordercze stworzenie, a właściwie dobrej radzie skierowanej do jej dziadków. Gdyby jej opiekunie poszli za tą sugestią, albo gdyby w szkole znalazł się choć jeden bardziej uparty pracownik, to zdaniem Berry'ego-Dee wszystko mogło potoczyć się inaczej. Dla Aileen i przynajmniej siedmiu mężczyzn, którzy na swoje nieszczęście znaleźli się na jej drodze. Nieluksusowej prostytutki, która po wielu nieudanych związkach z mężczyznami, skłoniła się w stronę kobiet. Aileen była osobą biseksualną, aczkolwiek z przedstawicielkami własnej płci miała nieporównywalnie mniej kontaktów seksualnych. Za swoją największą miłość Lee uważała Tyrię Moore, ale można chyba bezpiecznie przyjąć, że nawet z nią miała niewiele łóżkowych przygód. Byłam skłonna wierzyć tej, bądź co bądź, patologicznej kłamczusze, kiedy mówiła o bardziej emocjonalnej podstawie ich związku. Więź głębsza od fizyczności. Cielesne rozkosze najwyraźniej nie były szczególnie istotne dla żadnej z nich, a przynajmniej z niniejszego owocu pracy Berry'ego-Dee nie wyniosłam takiego wrażenia. Prawdziwie zakochane czy nie, dziewczyny mocno się do siebie przywiązały. Wspierały się wzajemnie, przy czym nie mogłam oprzeć się poczuciu, że ta gorsza połowa dawała z siebie więcej. Zupełnie pomijam tutaj jej zbrodniczą działalność. Owszem, niewątpliwie czerpała z niej też materialne korzyści – czym szczodrze dzieliła się ze swoją dziewczyną – ale zaryzykuję twierdzenie, że głównym źródłem ich utrzymanie były środki, które Aileen pozyskiwała z nierządu. W każdym razie był taki okres, w którym Tyria nie dokładała się do ich wspólnego budżetu, a Lee bez słowa skargi (czyżby?) pracowała w pocie czoła, czy jak kto woli obsługiwała po kilku mężczyzn dziennie, aby pozyskać środki na wyżywienie, alkohol (produkt pierwszej potrzeby przynajmniej dla Aileen, ale i Tyria nie zwykła wylewać za kołnierz) oraz tymczasowy dach nad głową dla nich obu. Stałego lokum nie miały, prowadziły koczowniczy tryb życia. Może i pragnęły się ustatkować. Zdobyć własne cztery kąty, ale nawet gdyby Aileen nie wdała się w najpoważniejszy konflikt z prawem w swojej dotychczasowej „karierze” (miała już na koncie mnóstwo przestępstw mniejszego kalibru, też wykroczeń), z którego oczywiście nie udało jej się wyjść obronną ręką, to i tak nie wróżyłabym im sukcesu. O ile zmieniłyby swojego podejścia do życia. Hałaśliwe lekkoduchy. Nadużywające alkoholu, zawsze chętne do bitki (a przynajmniej Lee) i wypitki, ubogie włóczykije, żyjące, jakby jutro nigdy miało nie nadejść. Carpe diem, co? Byłabym zapomniała. O filmach opartych na niechlubnej historii Aileen Wuornos też autor przynajmniej napomknął. A najgłośniejszy z nich to oczywiście „Monster” Patty Jenkins z Charlize Theron w roli głównej, za którą aktorka otrzymała między innymi Oscara i Złotego Globa.

Trudno uznać „Monster: Aileen Wuornos. Zrozumieć seryjną zabójczynię” Christophera Berry'ego-Dee za wyczerpujące studium Aileen Wuornos, amerykańskiej seryjnej morderczyni, która w latach 1989-1990 zastrzeliła przynajmniej siedem osób. Autor, czy tam współautor, tej publikacji skupia się na ośmiu denatach. Nie jest to jakaś ogromna skarbnica wiedzy na temat tej, nie wiedzieć czemu, najbardziej osławionej zabójczyni czasów najnowszych (sam autor na początku książki przyznaje, że nie rozumie jej fenomenu, a przynajmniej było tak dopóki uważniej nie przestudiował tego niezdrowego przypadku), a i język Christophera Berry'ego-Dee, choć z gruntu prosty, dla mnie bywał trudny (od Aileen Wuornos nie miałam takich wymagań – możecie to nazwać stosowaniem podwójnych standardów). Ot, czasami skrzywiłam się z niesmakiem (na przykład o człowieku, nie przeczę, typie spod ciemnej gwiazdy: „śmieć”), ale nie mogę powiedzieć, że bez zainteresowania, z mozołem brnęłam przez tę pozycji. Tak na pewno nie było i zaręczam Wam, że autor trochę poszerzył moją wiedzę o Aileen Wuornos. Polecam, choć może nie jakoś nadzwyczaj gorąco, mniej i bardziej namiętnym czytelnikom true crime.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich

poniedziałek, 13 czerwca 2022

„Torn Hearts” (2022)

 

Od niedawna funkcjonujący na scenie muzycznej duet country pop o nazwie Torn Hearts, którego tworzą przyjaciółki Jordan Wilder i Leigh Blackhouse, zdobywa adres swojej idolki, niegdysiejszej gwiazdy muzyki country Harper Dutch. Kobieta występowała ze swoją siostrą Hope, a po jej nagłej śmierci odizolowała się od ludzi. Jordan i Leigh niezwłocznie udają się do stojącego na odludziu domu Harper z zamiarem namówienia jej do wspólnego nagrania piosenki. Kobieta niechętnie wpuszcza je do środka i daje im jasno do zrozumienia, że nie jest zainteresowana współpracą. A potem zmienia zdanie. Jordan i Leigh nie posiadają się ze szczęścia, gdy Harper proponuje stworzenie tria. Dziewczyny spędzają u niej noc, a następnego dnia, tuż po przebudzeniu, Jordan dopadają złe przeczucia. Zachowanie gospodyni niepokoi ją na tyle, że chce wrócić do miasta, ale Leigh stanowczo sprzeciwia się temu pomysłowi. Nie zamierza przepuścić szansy na wielką sławę.

Torn Hearts” to zrealizowany niewielkim kosztem amerykański thriller – oficjalnie klasyfikowany jako horror – wyreżyserowany przez realizującą się głównie w aktorstwie Brea Grant, twórczynię między innymi „12 Hour Shift” (2020) z Angelą Bettis w roli głównej. Scenariusz (wraz z piosenkami) napisała debiutująca w pełnym metrażu Rachel Koller Croft. Tekst zwrócił uwagę ludzi z Blumhouse, którzy znając wrażliwość Brea Grant przekazali go w jej ręce. Po zapoznaniu się z nim Grant przeszła przez tradycyjny proces prezentacji swojej wizji, która szybko została zaakceptowana przez producentów. Historia Rachel Koller Croft zainteresowała Grant przede wszystkim dlatego, że nigdy wcześniej nie widziała połączenia muzyki country z horrorem, a zatem wątpiła, żeby kiedyś jeszcze trafiła jej się szansa na nakręcenie czegoś w tym rodzaju. Nie bez znaczenia było też to, że to opowieść przede wszystkim o kobietach. I o tym, jak bywają traktowane w przemyśle rozrywkowym. Pracując nad „Torn Hearts” Brea Grant miała przed oczami głównie „Misery” Roba Reinera, ale myślała też o „Co się zdarzyło Baby Jane?” Roberta Aldricha, „Bulwarze Zachodzącego Słońca” Billy'ego Wildera i „Szarych ogrodach” Ellen Hovde oraz Alberta i Davida Mayslesów. „Torn Hearts” trafił bezpośrednio do internetu – dystrybucja ruszyła 20 maja 2022 roku.

Torn Hearts” otwiera fragment telewizyjnego wywiadu sprzed lat z duetem country The Dutchess Sisters. W czasach współczesnych towarzyszymy zaprzyjaźnionym dwudziestoparoletnim kobietom, które od niedawna razem występują na scenie. Zastajemy ich w Nashville w stanie Tennessee, amerykańskiej stolicy muzyki country. Jordan Wilder (Abby Quinn) pisze teksty, gra na gitarze i jest drugą wokalistką, a Leigh Blackhouse (Alexxis Lemire) pierwszą – frontmanka. Ich menadżerem jest Richie Rowley Jones (Joshua Leonard), z którym Leigh spotyka się również na gruncie prywatnym. Mężczyzna zdecydowanie gorszą relację ma z Jordan, która nie ukrywa, że trzyma kciuki za rychły rozpad jego związku z Leigh. Nie lubi go i wygląda na to, że z wzajemnością. Tuż po występie w barze w Nashville Jordan wdaje się w pogawędkę z Calebem Crawfordem (Shiloh Fernandez), wschodzącą gwiazdką country, która niebawem ma wyruszyć w trasę koncertową. One też na to liczą, ale koniec końców decydują się zawalczyć o współpracę z Harper Dutch (Katey Sagal, która w moich oczach przyćmiła całą resztę aktorskiej obsady; niemniej odbierałam też ciekawe wibracje – niezła chemia – od Abby Quinn i Alexxis Lemire), połową siostrzanego teamu country przedstawionego w prologu, który rozpadł się jakiś czas temu. Główna wokalistka, Hope Dutch, zmarła, a jej siostra Harper, zaczęła prowadzić samotniczy żywot. Posiadłość na odludziu. Całkiem duży dom niemal po brzegi wypełniony przedmiotami, a zatem jest tu (nie)naturalnie ciasno – mnóstwo mebli, mnóstwo pamiątek z działalności The Dutchess Sisters, mnóstwo zdjęć Hope – i zaniedbane, też niemałe, podwórze. Adres Harper Dutch Jordan dostaje od swojego przygodnego kochanka, Caleba Crawforda, który z jakiegoś sobie tylko znanego powodu, uważa, że dziewczyny nie powinny wchodzić z nią w żadne układy. Ale to przecież Harper Dutch. Ta Harper Dutch! Jordan, pewnie zgodnie z przewidywaniami, nie musi długo namawiać swojej przyjaciółki do odwiedzenia tej legendy muzyki country. Obie są jej fankami, ale Leigh większą. A zatem: w drogę. W pogoń za marzeniami. Jak można się tego spodziewać Harper nie przyjmuje ich ciepło. I nie miałam najmniejszych wątpliwości, że nie chodzi o zakłócenie jej spokoju przez kompletnie obce jej osoby. Ta wyczuwalna niechęć gospodyni do, bądź co bądź, nieproszonych, niechcianych gości, prawie na pewno ma mniej prozaiczną przyczynę. Nie musiałam długo czekać na potwierdzenie tych podejrzeń. Jordan i Leigh spędzą noc – kompletnie pijane – u tej wielce podejrzanej kobiety, a gdy wstanie nowy dzień (właściwie popołudnie, a przynajmniej dziewczyny zgadują, że spały do tej pory – w domu Harper nie widać zegarów, a telefon Leigh gdzieś się zapodział) Jordan usłyszy coś, co każe jej brać nogi za pas. Alarmujący monolog Harper, której najwyraźniej wydaje się, że z kimś rozmawia. Nie z kimś, tylko ze swoją zmarłą siostrą. Zmarłą? Na pewno? Jordan nie ma takich wątpliwości. Nie bierze pod uwagę tego, że Hope może ukrywać się w tym zagraconym domu – właściwie to bardziej muzeum niż dom mieszkalny: pełen zapewne cennych zbiorów z okresu świetności The Dutchess Sisters. Jordan chce natychmiast wracać do miasta, ale Leigh staje okoniem. Sytuację załagadza nie kto inny, jak Harper. Uspokaja Jordan... ale nie na długo. Wytrawna manipulantka? Cóż, na pewno wiedząca, które guziki naciskać, żeby te konkretne dziewczyny podporządkowały się jej woli. Spełniały jej nietypowe zachcianki. A przynajmniej jedną: przyznaję, że z konfuzją przyglądałam się poczynaniom w piwnicy. Naprawdę? Ale serio? Czego to ludzie nie zrobią dla sławy.

(źródło: https://www.heavenofhorror.com/)

Akcja „Torn Hearts” w reżyserii Brea Grant w większości rozgrywa się w samotni Harper Dutch. Twórcy w pewnym sensie zamykają nas w jej niezbyt wygodnym domu razem z jej dwiema fankami. „Teatr trzech aktorek”, kameralne przedstawienie, w którym co prawa przewiną się też męskie postacie, ale w gruncie rzeczy to powieść o kobietach, która łączy miłość do muzyki country. Jordan Wilder i Leigh Blackhouse łączy też marzenie o oszałamiającej karierze w branży muzycznej. Pytanie za sto punktów: czego chce Harper? Powrotu na scenę? Tak twierdzi, a jej rozemocjonowane nowe znajome w to wierzą. A jakże! Widz zapewne będzie mniej ufny. Ostrożniejszy w kontaktach z tą w najlepszym razie ekscentryczną panią domu. Czerpiącą jakąś perwersyjną przyjemność z nastawiania Jordan i Leigh przeciwko sobie – taka tam rozrywka zblazowanej damy – ale nieplanującą niczego gorszego? Zresztą drzwi nie są zamknięte na klucz (ciekawe, jak długo?), Jordan i Leigh w każdej chwili mogą więc wyjść. I odrzucić taką szansę? Pokusa: iście szatański narkotyk. Na pewno w rękach Harper. Wie, jak rozgrywać te marzące o wielkiej sławie dziewczyny, ponieważ dawniej też taka była. Z doświadczenia wie, jak trudno kobietom wybić się w tej branży. Nie to, co mężczyznom. Rachel Koller Croft przekonuje, że w przemyśle rozrywkowym niewiele się zmieniło od czasu Harper Dutch (fikcyjna postać, która w branży muzycznej działała parę dekad wcześniej), że duet Torn Hearts musi się mocno postarać, żeby dostać to, co takiemu Calebowi Crawfordowi jest dawane ot tak. Bez proszenia. Jordan i Leigh przybywają do domostwa Harper w przekonaniu – zapewne słusznym – że współpraca z gwiazdą takiego formatu otworzy im wielgachne wrota do wymarzonej kariery. Wiedzą, że to byłoby wielkie wydarzenie w światku country. Powrót na scenę jednej ze słynnych sióstr. Tak sobie to wymyśliły, ale obiekt ich umizgów prawdopodobnie ma inny plan. Leigh przypomina Harper jej siostrę Hope, a w Jordan widzi siebie. Czyli tą, która w jej przekonaniu pracuje ciężej dla zespołu, ale niezmiennie pozostaje w cieniu swojej scenicznej partnerki. Nawet jeśli Jordan to przeszkadza, to nie daje tego po sobie poznać. Ale Leigh nie ma wątpliwości, że jej przyjaciółka uważa się za zdolniejszą i inteligentniejszą od niej. Ładna buzia i nic ponadto – tak zapewne myśli „ta zołza”, ale Leigh pokaże jej (niekoniecznie nam), jak bardzo się myli. Z nich dwóch to Leigh uporczywie trzyma się dziurawego koła ratunkowego rzuconego przez Harper Dutch. Obie mają klapki na oczach, ale te u Jordan jeszcze coś tam przepuszczają. Właściwie z czasem zaczęłam skłaniać się ku temu, że Jordan w domu Harper trzyma już tylko Leigh. Że nie potrafi zostawić przyjaciółki w szponach kobiety, co do której straciła zaufanie. A zatem porzuciła już wszelką nadzieję na owocną współpracę z tą wokalistką? Tak mi się wydawało, ale pewności nie miałam. Pracując nad „Torn Hearts” Brea Grant starała się nie osądzać żadnej z tych kobiecych postaci. Nie dzielić ich na te dobre i te złe, ale ja nie mogłam oprzeć się tej... pokusie. Nie będę owijać w bawełnę: Leigh działała mi na nerwy. Im dalej w las, tym trudniej było mi znieść jej towarzystwo. „Ja” to chyba najważniejsze słowo w jej słowniku. Jaka jestem piękna, jak utalentowana. Jaka inteligentna... Yhm. A może wyjątkowo naiwna? Płytka? Bezwzględna? Chętnie depcząca po najlepszej przyjaciółce, która na dodatek przetarła jej pierwszą ścieżkę w muzycznej karierze? Tak czy owak z dwojga złego wolałam Jordan. Złego? Nie, to za mocne słowo. Powiedzmy, że moim zdaniem (to tylko moje zdanie) ta inteligentniejsza połówka Torn Hearts, nie wytrącała mnie tak z równowagi. Właściwie z czasem zaczęłam zastanawiać się, czy Leigh jest po prostu mało pojętna, czy chora psychicznie? Mówiąc dosadnie: to jeszcze głupota czy już szaleństwo? I nie zapominajmy o Harper Dutch. Jakżeby można o niej zapomnieć? Kobiecie, która też może mieć poważne problemy zdrowotne. Nieodwracalna strata ukochanej siostry i wieloletnia izolacja – w każdym razie mocno ograniczony kontakt ze światem zewnętrznym, bardzo rzadkie, sporadyczne kontakty z ludźmi – mogły mieć drastyczny wpływ na jej umysł. Zamienić tę niegdyś ambitną i dość nieśmiałą dziewczynę w... kogo właściwie? Zaskoczona raczej nie byłam. W jakimś ogromnym napięciu rozwoju sytuacji w tajemniczym domostwie groźnej i/lub nieszczęsnej kobiety, też nie śledziłam. Ale i nie musiałam się zmuszać do skończenia tego, co zaczęłam. Jeden z tych filmów – według mnie thriller, ale zdania są podzielone; część odbiorców, w tym sama Brea Grant zaklasyfikowało go do horroru – który wlatuje jednym okiem, a drugim wylatuje:) Lekkie zainteresowanie, niewielkie emocje, ot pochłaniacz wolnego czasu. Niemęczący, ale gdyby mnie ta „nie-męka” ominęła to praktycznie na jedno by wyszło. Góra tydzień i nic nie będę z tego pamiętać. Tak przypuszczam.

Były sobie trzy dziewczynki w smutnym domu na odludziu. Dwie marzyły o grzaniu się w blasku sławy, a trzecia miała tajemnicę. Potem przyszedł wilk i... ich nie zjadł. Ale i tak już nieciekawa sytuacja jeszcze bardziej się zaogniła. W tym smutnym domu na odludziu. Taka to niewesoła opowieść od Blumhouse Television. Wyreżyserowany przez Brea Grant na podstawie scenariusza Rachel Koller Croft thriller, czy jak kto woli horror, o desperackiej pogoni za marzeniami, okrutnej (wobec kobiet) branży rozrywkowej oraz potencjalnie niebezpiecznej i niewątpliwie nieperfekcyjnej pani domu, która w swoje nieskromne progi wpuści dwie nieznajome. Ani nie odradzam, ani nie polecam.

sobota, 11 czerwca 2022

Grady Hendrix „Final Girls. Ostatnie ocalałe”

 

W okresie nastoletnim Lynnette Tarkington przeżyła masakrę spowodowaną przez znajomego chłopaka. Obecnie mieszka w wynajętym mieszkaniu w Los Angeles, a jej najlepszym przyjacielem jest roślinka, której nadała imię Ost. Lynnette od wielu lat należy do grupy wsparcia dla kobiet nazywanych ostatnimi ocalałymi, prowadzonej przez doktor Carol Elliott. Kobieta żyje w ciągłej gotowości na atak, w nieustającym strachu przed ludźmi opętanymi żądzą mordu. Najbezpieczniej czuje się we własnym mieszkaniu, w którym wprowadziła różne zabezpieczenia przed intruzami, ale choć rzadko wychodzi z domu, nie wyobraża sobie życia bez regularnych spotkań z kobietami, które przeszły przez podobne piekło. Teraz ich grupa jest jednak mocno zagrożona. Rozwój wydarzeń napawa Lynnette przekonaniem, że ona i jej koleżanki znowu stały się celem maniakalnego mordercy. Albo kilku osób działających w porozumieniu. Tak czy inaczej, Lynnette musi działać. Zrobić wszystko co w jej mocy, by ochronić siebie i sceptycznie nastawione do jej teorii kobiety, który zasłynęły tym, że wygrały starcie na śmierć i życie z wielokrotnymi zabójcami.

Autor między innymi powieści „Horrorstör”, „Moja przyjaciółka opętana”, „Sprzedaliśmy dusze” i „Poradnik zabójców wampirów klubu książki z południa”, tym razem nisko kłania się fanom slasherów. „Final Girls. Ostatnie ocalałe” (oryg. „The Final Girl Support Group”) Grady'ego Hendrixa, amerykańskiego pisarza specjalizującego się w horrorze, jest swoim hołdem dla podgatunku, który największą popularnością cieszył się w latach 70-tych i 80-tych XX wieku. Hołdem dla horrorowych rąbanek z ery VHS-ów. Inne źródła inspiracji Hendrix znalazł w baśniach - i opowieściach Angeli Carter z nich wyrosłych: zbiór opowiadań pt. „The Bloody Chamber and Other Stories”, którego pierwsze wydanie ukazało się w roku 1979 - szczególnie w „Czerwonym Kapturku”, który jego zdaniem jest pierwotnym slasherem. Swoje zrobiła też książka Mariny Warner pt. „No Go the Bogeyman: Scaring, Lulling, and Making Mock”, po raz pierwszy opublikowana w roku 1998. Światowa premiera „Final Girl Support Group” przypadła na rok 2021, ale pewnie pojawiłaby się wcześniej - w nieco innym kształcie; pierwszy szkic książki Hendrix ukończył w 2014 roku – gdyby nie „Ocalałe” Rileya Sagera, którą to powieść Hendrix zresztą gorąco poleca. W planach jest serial na kanwie „Final Girls” Grady'ego Hendrixa – pisarz ma być jednym z producentów wykonawczych. Pierwsze polskie wydanie książki przygotowało wydawnictwo Zysk i S-ka na rok 2022. Przetłumaczyła Agnieszka Brodzik, a okładkę zaprojektował Mariusz Banachowicz. W anglojęzycznym wydaniu audiobookowym powieść przeczytała gwiazda „Piątku trzynastego” Seana S. Cunninghama i „Piątku trzynastego II” Steve'a Minera, Adrienne King.

Jest rok 2010 (gdyby nie pandemia COVID-19 autor pewnie postawiłby na rok 2018, 2019 lub 2020 – nie chciał, żeby czytelnicy czuli się jak w „przededniu apokalipsy”). Boom na kino slash dawno się skończył. Final girl, czy jak kto woli ostatnie ocalałe, cieszą się zdecydowanie większą anonimowością niż w poprzednich dekadach. Filmy zainspirowane ich traumatycznymi przeżyciami z drugiej połowy XX wieku, nie są już tak rozchwytywane. Główna bohaterka i zarazem narratorka „Final Girls. Ostatnich ocalałych” pióra Grady'ego Hendrixa, w przeciwieństwie do fanów podgatunku, z pewnością jest zadowolona z takiego stanu rzeczy. Niepotrzebne jej wzmożone zainteresowanie opinii publicznej. Nie tęskni za statusem wielkiej gwiazdy. Zwracanie na siebie uwagi to prawdopodobnie ostatnie, czego by sobie życzyła. Kiedy miała szesnaście lat ledwo przeżyła masakrę urządzoną w jej własnym domu przez znajomego młodzieńca w okresie Świąt Bożego Narodzenia, co odbiło się na całym jej późniejszym życiu. Paranoja i agorafobia z wyboru (diagnoza jej wieloletniej terapeutki, doktor Carol Elliott) to następstwa tamtych krwawych wydarzeń, które Hendrix podpatrzył w „Cichej nocy, śmierci nocy” Charlesa E. Selliera Jr. Okropne przeżycia jej koleżanek z grupy wsparcia też mają swoich odpowiedników w rzeczywistości. W świecie przedstawionym na kartach „Final Girls” w świadomości slasheromaniaków wprawdzie zapisały się trochę inaczej, ale przynajmniej część odbiorców omawianej pozycji automatycznie skojarzy je z innymi tytułami. Nie tymi wymyślonymi przez Hendrixa na potrzeby tej zwariowanej historii. Masakra w Obozie Red Lake, której główną bohaterką była Adrienne Butler to przeróbka „Piątku trzynastego” Seana S. Cunninghama. Marilyn Torres: „Teksańska masakra piłą mechaniczną” Tobe'ego Hoopera. Dani Shipman: „Halloween” Johna Carpentera i „Halloween II” Ricka Rosenthala. Heather DeLuca: „Koszmar z ulicy Wiązów 3: Wojownicy snów” Chucka Russella. Julia Campbell: „Krzyk” i „Krzyk 2” Wesa Cravena. Christine Mercer: „Bal maturalny” Paula Lyncha. Zwróciliście uwagę na personalia niektórych z final girl wykreowanych przez Hendrixa? A jest tego więcej. Takich sprytnych połączeń ze slasherowymi franczyzami. Organizatorowi tej literackiej gry w skojarzenia naturalnie zależało na tym, by tropiciele z mniejszym „przygotowaniem taktycznym”, tj. mniejszą znajomością podgatunku, też mogli w niej uczestniczyć. Dlatego wybrał (przynajmniej w większości) najgłośniejsze osiągnięcia w tym niepoprawnym politycznie nurcie. Autor pokrótce omawia ten problem w „Final Girls”. Czasy się zmieniły. Opowieści o maniakalnych mordercach uzbrojonych w maczety, noże, siekiery i inne prymitywne narzędzia i ganiących (częściej wolno kroczących) za wrzeszczącymi wniebogłosy, często roznegliżowanymi panienkami, zdaniem wielu deprecjonują płeć żeńską. Czysty seksizm. Zresztą co to za zagrożenie w dobie terroryzmu? Tak czy inaczej, Lynnette Tarkington i pozostałe członkinie grupy wsparcia założonej przed wieloma laty przez doktor Carol Elliott, popadły w zapomnienie. Oczywiście niecałkowite, ale w porównaniu do tego, co działo się wokół nich jeszcze u schyłku XX wieku, ich życie znacznie się uspokoiło. Zeszły z afisza, ale w przekonaniu Lynnette wciąż nie brakuje ludzi, którzy marzą o starciu ich z powierzchni ziemi. Ta trzydziestoparoletnia kobieta zdążyła już przyzwyczaić się do myśli, że jej życie nigdy nie będzie normalne. To znaczy nigdy nie założy rodziny, nigdy nie opuści gardy. Zawsze w strachu, zawsze sama. Nie licząc roślinki, którą traktuje mniej więcej tak, jak główny bohater „Cast Away: Poza światem” w reżyserii Roberta Zemeckisa traktował swoją piłkę. Personifikacja. Hendrix w gruncie rzeczy w moim odbiorze dokonał tego samego, co Zemeckis – udzielił mi się stosunek narratorki do jej ukochanego Osta. Zielonego przyjaciela. Zdecydowanie bardziej szorstka przyjaźń łączy ją z pięcioma innymi kobietami z grupy wsparcia doktor Carol Elliott. Teraz już tylko czterema, bo na początku książki ogłusza je informacja o morderstwie Adrienne Butler, zdaniem Lynnette najlepszej z nich.

Przeżyłyśmy, bo nie jesteśmy głupie. Jesteśmy tymi, które nie zeszły do piwnicy. Nie otworzyłyśmy tych podejrzanych drzwi.”

Główna bohaterka, jedyna niepełnoprawna final girl w tym gronie (niektórzy uważają, że nie zasługuje na to miano, gdyż nie stanęła do walki ze swoim oprawcą, nie pokonała potwora – zwyczajna niedoszła ofiara, której udało się oszukać agresora, ale z opresji wybawił ją ktoś inny, zakochany w sobie „rycerz w lśniącej zbroi”) szybko nabiera przekonania, że na celowniku jest cała ich grupa. Co więcej, istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że sprawców jest kilku. Lynnette wietrzy spisek, ale wygląda na to, że jest w tym sama. Reszta raczej sceptycznie podchodzi do jej „mrocznych przepowiedni”. Wiedzą, że Lynnette to paranoiczka, więc... Mimo wszystko, po final girls można by się spodziewać większej wrażliwości na alarmujące sygnały. Z drugiej strony sporo już czasu upłynęło od koszmarów na jawie, jakie przeżyła każda z nich. Ileż można żyć w ciągłej gotowości bojowej? Nie wszystkie final girls „poszły za przykładem” Laurie Strode z „Haloweenów” Davida Gordona Greena. Nie wszystkie są takie jak Lynnette Tarkington. Jak by nie patrzeć niektórym lepiej się poukładało. W każdym razie główna bohaterka „Final Girls. Ostatnich ocalałych” (swoją drogą podtytuły rozdziałów też mają się kojarzyć) boi się o życie nie tylko swoje i swoich koleżanek, ale też byłej członkini ich grupy wsparcia, która mocno im podpadła. Zdrajczyni ostatnich ocalałych. Fałszywa final girl w rodzaju obiektu chłopięcych westchnień z pewnego slashera z 2006 roku? Drugą potencjalną ofiarą spoza grupy wsparcia jest nastoletnia Stephanie Fugate, która zdążyła już zaliczyć sequel. Nie ona jedna, bo taki już los final girls. Istnych magnesów na zwyrodnialców, w pocie czoła pracujących na swoją niezasłużoną sławę. Mimo widocznych starań Grady'ego Hendrixa, by jego powieść przemawiała nie tylko do, jak przypuszczam, obecnie dość wąskiego grona miłośników slasherów, jeśli już nie wyłącznie, to na pewno przede wszystkim z XX wieku, nie poleciłabym tej pozycji osobom niekochającym tego nurtu. Nie wydaje mi się, żeby ta szaleńczo rozpędzona opowiastka olśniła wielu spoza tej grupy. Więcej: rozczarowanych wśród długoletnich fanów kina slash też się spodziewam. Tym razem Hendrix może trochę rozminąć się z ich oczekiwaniami, bo po takim tytule ma się pełne prawo spodziewać rasowego slasherka. Mocniej osadzonego w konwencji. W twardych ramach sugerowanych, obiecywanych już przez sam tytuł książki. Skrajnie nieprzyjemna przygoda Lynnette Tarkington, to w moim odczuciu połączenie slashera z opowieścią spiskową. Narratorką (Hendrix swoim zwyczajem przygotował też drobne atrakcje, odpowiednio wystylizowane dodatkowe materiały poprzedzające każdy rozdział, na które składają się między innymi artykuły prasowe, transkrypcje policyjnych przesłuchań, wyjątki z archiwum doktor Elliott i dziennika Lynnette) znawca literackiego i filmowego horroru, uczynił kobietę zdiagnozowaną jako paranoiczkę. Tym sposobem Hendrix prawdopodobnie chciał ograniczyć zaufanie czytelnika do tej postaci. Ostrożnego podchodzenia do jej relacji (umownie), nieuznawania za pewnik wszystkiego, co ta biedaczka nam przekazuje. To mogą być tylko rojenia straumatyzowanego umysłu. Zbyt daleko idące wnioski kompletnie pogubionej jednostki, która na dodatek może mieć coś dużego na sumieniu. Są ku temu wyraźne przesłanki. Wyrzuty sumienia zżerające Lynnette mogą nie być bezpodstawne. Co tak naprawdę stało się, kiedy miała szesnaście lat? Czy aby na pewno jedynym winnym masakry w jej własnych domu był niestabilny psychicznie chłopak z tego samego miasteczka? I co takiego Lynnette ujrzała w pokoju Heather w domu Christine Mercer? To jedyna potencjalna niewiadoma, jaką wyłapałam w tej utrzymanej w bardzo szybkim tempie powieści. Wolałabym trochę wolniej i z większym skupieniem na postaciach, ale i tak jestem pod niemałym wrażeniem tego intertekstualnego dziełka, zmyślnej układanki niezbyt szczodrze pokropionej krwią - umiarkowanie krwawa, niestety dość przewidywalna historia – i jak to u Hendrixa, z humorystycznym zacięciem. Ale wracając do jedynej ewentualnej niejasności, z jaką pozostawi nas autor: otóż to, co Lynnette ujrzała w pokoju Heather ma ścisły związek ze sztuczką, jaką ta ostatnia zaprezentuje pod koniec. Heather ma mały sekret, a Hendrix najwidoczniej wierzył, że czytelnik sam go odkryje. Połączy kropki, co będzie możliwe tylko jeśli widział pewien film.

Po paru „Krzykach” przyszły „Final Girls. Ostatnie ocalałe” Grady'ego Hendrixa. Następne wesołe miasteczko dla miłośników slasherów. Ale, ale, nie zakazuje się wstępu dla niewtajemniczonych. Bynajmniej. Architekt tego nęcącego obiektu, zaprasza wszystkich amatorów mocniejszych (ale bez przesady) wrażeń. Ja natomiast odważę się zarekomendować ten park rozrywki wyłącznie fanom kina slash. Rozeznanie w tym terenie przypuszczalnie wzmocni doznania. Nie trzeba być ekspertem w rzeczonej dziedzinie, ale znajomość przynajmniej czołowych przedstawicieli tego podgatunku prawdopodobnie tylko ubarwi Wam tę przygodę. Według mnie kolejny udany (aczkolwiek pozostał lekki niedosyt) eksperyment amerykańskiego znawcy gatunku. Bohaterowie nowszych „Krzyków” pewnie powiedzieliby, że to jest meta. Slasher na miarę naszych czasów? W każdym razie coś slasheropodobnego.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu