niedziela, 10 października 2010

„Pożeracze czasu” (1995)

Grupka obcych sobie osób po wejściu na pokład samolotu zasypia. Po jakimś czasie budzą się, aby skonstatować, że reszta pasażerów zniknęła, zostawiając przy okazji wszystkie rzeczy osobiste. Teraz „ocaleni” muszą znaleźć sposób na bezpieczne lądowanie. Jednak okazuje się, że nie jest to tak proste, jak wydawałoby się na początku, gdyż nie mają oni kontaktu z lądem, który sprawia ważenie kompletnie wymarłego. Poza tym wśród naszych bohaterów znajduje się jeden szaleniec, który nie cofnie się przed niczym, aby dostać się do Bostonu na ważne spotkanie.

Ekranizacja jednego z dłuższych opowiadań Stephena Kinga zatytułowanego „Langoliery”. Powiem szczerze, że osobiście bardzo lubię tę historię Mistrza, więc tym bardziej byłam pełna obaw odnośnie jej filmowej wersji. Otóż, jak to często bywa z twórczością tego pisarza byłam pewna, że i tym razem twórcy ekranizacji wszystko zepsują. Tym bardziej, że sądząc po treści opowiadania domyślałam się, że efekty specjalne są tutaj nieuniknione. W końcu jednak zebrałam się na odwagę i sięgnęłam po tę produkcję. I… byłam pozytywnie zaskoczona. Film jest idealną ekranizacją prozy – wszystkie ważne fakty opisane w opowiadaniu mają tutaj swoje odzwierciedlenie. Niczego nie opuszczono oraz zbyt wiele nie dodano. Oczywiście, jak to zawsze bywa film nie może się równać z opowiadaniem, ale przecież nie chodzi tutaj o analizę porównawczą tylko recenzję horroru, więc powstrzymam się od bezcelowego konfrontowania obu tych dziedzin sztuki.

Już na początku pragnę nadmienić, że „Pożeracze czasu” trwają jakieś trzy godziny, z których tylko przez ułamek czasu całego seansu mamy jakąś bardziej dynamiczną akcję. Dlatego od razu ostrzegam wszystkich anty fanów Kinga oraz wielbicieli innego typu horrorów, że to nie jest film dla nich. Tylko osoba, która w pełni docenia twórczość tego pisarza bądź, chociaż to jedno konkretne opowiadanie, jest w stanie dać porwać się sennej, apokaliptycznej, przepełnionej niezgłębioną samotnością atmosferze filmu. No tak, klimat to główny atut tej produkcji. Ale nie chodzi mi tutaj o beznadziejną atmosferę, naszpikowaną tanimi chwytami, z jaką mamy do czynienia w zetknięciu się ze współczesnymi horrorami nastrojowymi. Tutaj chodzi raczej o lęk człowieka przed tym, że pewnego dnia może zostać sam na świecie. Reżyser, Tom Holland, daje nam niejednokrotnie odczuć, czym jest prawdziwa samotność i za to brawa dla niego.

Gra aktorska niestety zostaje w tyle. O dziwo, nawet tak znany aktor, jakim jest David Morse nie przekonał mnie, co do odgrywanej przez siebie postaci. Ale muszę przyznać, że z bujnym wąsem wyglądał całkiem zabawnie, więc chociaż dał mi okazję do śmiechu:) Niestety, więcej pożytku z niego nie było.

Efekty specjalne… No tak, już na początku wspomniałam, że były nieuniknione, ale na szczęście twórcy ograniczyli je do niezbędnego minimum. Dopiero na końcu można je było odczuć i to niestety z nawiązką, gdyż tytułowe langoliery przypominały mi trochę krwiożercze kuleczki napędzane podwójną dawką niesławnych dopalaczy - takie skojarzenie nasunęło mi się od razu, gdy tylko ujrzałam, w jakim tempie się poruszają:) Fakt, że efekty specjalne są do bani, ale musimy zrozumieć, że film jest dość wiekowy, więc myślę, że można to wybaczyć jego twórcom.

Fabuła, choć dłuży się w nieskończoność w ogóle mnie nie znudziła. Miała w sobie ten potencjał (oczywiście to wyłączna zasługa Kinga), który potrafił mnie zainteresować i dać się ponieść wydarzeniom rozgrywanym na ekranie. Zakończenie nie będzie niespodzianką dla tych, którzy znają opowiadanie, gdyż reżyser widocznie postanowił nawet tego nie zmieniać, choć miałam cichą nadzieję, że jednak mnie czymś zadziwi.

Ogólnie „Pożeracze czasu” to kawał świetnego kina, idealnie reprezentującego swoje czasy. W latach 90-tych było sporo takich horrorowych perełek, ale moim zdaniem ta produkcja zdecydowanie wysuwa się na prowadzenie. Jednak, ostrzegam, że w tym przypadku jestem mocno niesubiektywna, gdyż kieruję się tutaj przede wszystkim sentymentem do pomysłów Kinga. Ludzie, którzy nie czytają bądź nie lubią jego twórczości mogą się mocno zawieść, o ile oczywiście dotrwają do końca seansu.

2 komentarze:

  1. Uwielbiam ten film, oglądałam go mnóstwo razy -pierwszy raz na pewno około 10 lat temu (albo nawet dalej), ale mam do niego sentyment, bo już wtedy byłam nim zachwycona.

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja właśnie w niedzielę obejrzałam go po raz pierwszy. Nie wiem, jak to się stało, że wcześniej go przegapiłam, ale na pewno nie żałuję, że miałam okazję nadrobić braki:) Klasyk po prostu!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...