niedziela, 22 listopada 2020

„Oprawca” (1984)

 

W dzieciństwie Ed Junior przypadkowo zabił swoją matkę. Jego ojciec, duży Ed, nigdy nie pogodził się z tym tragicznym wydarzeniem. Jego stosunki z synem uległy przez to znaczącemu ochłodzeniu, ale nawet, gdy mały Ed dorósł i rozpoczął studia, nie zerwali kontaktów. Traf chce, że ojciec kontaktuje się z nim, kiedy on i jego przyjaciele zastanawiają się nad krótkim, relaksującym pobytem gdzieś poza kampusem. Mężczyzna prosi syna o zabezpieczenie na zimę jego domku przy plaży. Młodszy Ed początkowo próbuje się wymówić, ale za namową kolegów ostatecznie decyduje się wybrać tam razem z nimi. Szóstka studentów ma więc przed sobą perspektywę przyjemnego kilkudniowego pobytu na opustoszałej wyspie, ale jak się okazuje czeka tam już na nich człowiek, który nie spocznie, dopóki nie zabije ich wszystkich.

Oprawca” (oryg. „The Mutilator'” aka „Fall Break”) to jedyne pełnometrażowe fabularne osiągnięcie reżyserskie i Buddy'ego Coopera, i Johna Douglassa. Zrealizowany za (w przybliżeniu) czterysta pięćdziesiąt tysięcy dolarów, nie najlepiej przyjęty przez krytyków amerykański slasher oparty na scenariuszu Buddy'ego Coopera. Stowarzyszenie Motion Picture Association of America (MPAA) odmówiło nadania kategorii wiekowej pierwszej wersji filmu, ponieważ Cooper odmówił wycięcia wskazanych przez nich ujęć (erotycznych). Uległ dopiero później, kiedy zaczęły się problemy w niektórych amerykańskich kinach. Druga, nieco okrojona wersja „Oprawcy” dostała kategorię R. W Wielkiej Brytanii w 2000 roku dopuszczono jeszcze krótszą wersję - o siedem sekund zubożała scena penetracji hakiem - ale i tak dłuższą o dziewiętnaście sekund od poprzedniej, wpuszczonej na brytyjski rynek VHS w 1993 roku.

Jeśli szukacie niczym niewyróżniającego się slashera z okresu ekspansji tego podgatunku, to „Oprawca” Buddy'ego Coopera i Johna Douglassa może się okazać jednym z najcelniejszych trafień. Strzałem w dziesiątkę. Pod warunkiem, że już na wstępie nie odrzuci Was nader tandetna realizacja. To nawet nie jest klasa B. Może C... W każdym razie film otwiera scena z przeszłości. Tragedia, do której nierozmyślnie doprowadził mały chłopiec imieniem Ed, przygotowując urodzinową niespodziankę swojemu ojcu. Chłopiec ów niechcący zastrzelił swoją matkę. Scena kończy się słusznym gniewem i czymś w rodzaju bezsilnej rezygnacji ojca (też Eda) mimowolnego matkobójcy. Potem akcja przeskakuje do czasów studenckich młodszego Eda, który jest związany z potencjalną final girl imieniem Pam. Do ich paczki należą jeszcze dwie inne pary, Sue i Ralph oraz Linda i Mike. Nie będzie trzeba długo czekać na ich wspólny wyjazd na wyspę, do drewnianego jednopiętrowego domu należącego do dużego Eda. Nie potrzeba też dużo czasu na uświadomienie sobie, że ci młodzi ludzie nie grzeszą inteligencją. Powiedziałabym wręcz, że są głupsi, niż ustawa przewiduje. Powiecie: standard w slasherach. Ale nie. Moim zdaniem ten standard jest nieco wyższy. Zgodnie z konwencją scenarzysta najbardziej ulitował się nad Pam. Dał jej więcej rozumu niż jej towarzyszom, co w połączeniu z jej dziewictwem (które jest częstym tematem rozmów, bo przecież nie można było pozwolić, żeby widzom umknął tak zasadniczy fakt) nie pozostawia wątpliwości, że to nasza final girl. I jak to z klasycznymi final girl zwykle bywa, Pam, choć próbuje, zazwyczaj nie potrafi przemówić swoim przyjaciołom do rozsądku. Właściwie nikt, nawet jej chłopak Ed, nie przywiązuje większej wagi do jej słów. Pam nie tylko nie robi z tego wielkiej sprawy, ale przeważanie daje się przekonać argumentom mniej ostrożnych kolegów. Głupszych kolegów, żeby już nie owijać w bawełnę. Tak więc kiedy po dotarciu do letniskowego domu, przed naszymi studentami rozciąga się widok świadczący o wcześniejszym włamaniu do tej nieokazałej, trochę zaniedbanej „męskiej świątyni”, nikt poza Pam nie widzi potrzeby fatygowania policji. Ed tłumaczy to tym, że pobojowisko, które zastali równie dobrze mogło być robotą jego ojca. A nawet jeśli nie, to nic nie zginęło (no, poza jedną „drobną” rzeczą, ale to naprawdę nic, czym warto by się przejmować), a złodziej zapewne jest już daleko stąd, więc nic im nie grozi. Pam, jak to Pam, w końcu zgadza się, że na razie nie ma sensu zawiadamiać policji. Widz, w przeciwieństwie do bohaterów filmu, od początku będzie wiedział, że na wyspie jest ktoś jeszcze. Najpewniej tytułowy oprawca, ale można założyć (choć niewiele na to wskazuje), że współpracuje on z którymś ze studentów. Jeśli już to wiadomo którym, ponieważ twórcy nawet nie starają się ukryć tożsamości przyczajonej postaci. Pokazują kto zacz, ale podejrzewam, że nawet gdyby nie pozwalano nam przyjrzeć się jego twarzy, to i tak nie musielibyśmy zastanawiać się nad tym, kim, u diabła, jest ten człowiek. Tymczasem w domu dużego Eda, trwa sprzątanie i zabawa. I wymuszone, nic niewnoszące rozmowy młodych ludzi. Moją zwyciężczynią w kategorii najbzdurniejszej są pełne zachwytu wspomnienia Eda związane z domkiem na wyspie. Wspomnienia nieuzasadnione jego wcześniejszą postawą (unaocznioną w barze). Wspomnienia związane z ojcem, którego wcześniej jakoś aż tak nie ubóstwiał... Ale to jeszcze nic. Najlepsza jest gra aktorów. Wiarygodności nie ma w tym za grosz – gdyby poprosić kilku przechodniów o zaimprowizowanie paru scen i sfilmować to smartfonem z aparatem o słabszej rozdzielczości, to myślę, że efekt byłby podobny. Z drugiej strony nie sądzę, żeby wielu udało się to, czego dokonał jeden z aktorów w akcji z piłą mechaniczną. Cóż to było za umieranie. Jakiż dramatyzm, jakaż „uduchowiona męka”. Czułam się trochę jakbym oglądała skecz z jakiegoś kiepskiego kabaretu, a chyba nie na tym miało to polegać...

Nie będę oryginalna przyznając największy plus twórcom brutalnych efektów specjalnych. Jak na slasher dość śmiałych. Naturalnie bez większego trudu możemy odnaleźć w tym nurcie kina grozy jeszcze mocniejsze akcje, ale na pewno nie są one na porządku dziennym. W slasherach najczęściej jest jeszcze łagodniej niż w „Oprawcy”. Poza wspomnianym już gwałtem na kobiecie dokonanym sporych rozmiarów hakiem oraz zamierzenie czy nie, ale doprawdy komiczną szarżą połowy człowieka i może jeszcze przebiciem lica, nie odnotowałam w scenach śmierci jakiejś większej inwencji. Utopienie, obcięcie głowy, przebicie szyi widłami i wzmiankowane już cięcia zadane piłą łańcuchową – jak widać nic, z czym osoby jako tako rozeznane w krwawym/umiarkowanie krwawym horrorze dotychczas nie mogły się spotkać. I to więcej niż raz. Nieczęsto jednak w slasherze odnotowuje się taką dokładność – nieczęsto mamy możliwość takiego przyjrzenia się obrażeniom zadawanym filmowym ofiarom. Całkiem realistycznie się prezentującym, trzeba dodać. Szkoda, że tak solidna robota zmarnowała się na tak niewprawnie poprowadzoną opowieść. Nie mam nic przeciwko schematyczności – kocham twardą konwencję filmów slash – ale to tutaj przebiega nader topornie. Nie było w „Oprawcy” tego ładu, tej płynności, która pozwoliłaby mi należycie wczuć się w przeżycia szóstki studentów na niewielkiej wyspie. Celowo niepokomplikowaną historię, bo czuć, że ta propozycja miała być tak ściśle osadzona w ramach tego nurtu, jak tylko się da. Chociaż jest jeden element, który można uznać za drobne odstępstwo od reguły. W każdym razie rzecz rzadziej spotykaną w kinie slash. Mowa o wizerunku zabójcy (albo zabójców, ale jeśli przyjąć, że ma wspólnika, to kandydat jest tylko jeden, a jego poznajemy przecież jeszcze lepiej) – nie ma maski, ani nawet zwykłego worka, czy kominiarki, a jego twarz nie została w żaden sposób oszpecona. Długo przed finałem widzimy jego... jakże zwyczajne oblicze. A skoro już jesteśmy przy tym poznawaniu postaci, to sprawa też przedstawia się dość krucho. Buddy Cooper był aż za bardzo wierny zasadzie mówiącej, że w slasherach nie pogłębiamy sylwetek bohaterów. Najlepiej trzymać się sprawdzonych modeli osobowości i to takich bardzo ogólnych. Nie wszyscy trzymają się tego wyznacznika, a i nawet wśród tych scenarzystów, którzy to robili ciężko znaleźć wielu takich, którzy w aż takim stopniu uprościli charaktery protagonistów. Poza Pam i może Sue (bo o tej ostatniej wiadomo w zasadzie tylko tyle, że jest związana z największym dowcipnisiem, Ralphem, którego zauważalnie stara się „sobie wychować”), wszyscy myślą tylko o dobrej zabawie. A gustują w dość infantylnych grach (no, jedna para woli seks) – jeśli zabrać piwo, które chyba w cudowny sposób się rozmnożyło (zakładając, że nie mieli zapasu przed zakupami w małym sklepiku nieopodal wyspy, co wyraźnie pokazano wcześniej) to spokojnie mogliby zaprosić do zabawy kilkuletnie dzieci. Mówię o zmodyfikowanej zabawie w chowanego, bo Monopoly to już rozrywka dla poważanych, myślących ludzi. Nic więc dziwnego, że wczasowicze szybko tracą zapał do gry i wreszcie - cóż za refleks! - postanawiają poszukać pary przyjaciół, która już od paru godzin nie daje znaku życia. Bardziej jednak przypomina to romantyczny spacer po plaży niż amatorską akcję poszukiwawczą. No bo dlaczego mieliby się przejmować zniknięciem dwóch dorosłych przecież osób? Tym bardziej, że to ci, którzy nie potrafią długo powstrzymywać się od seksu. Już wcześniej można było dostrzec, że hamowanie popędu przychodzi im z największym trudem (w gorszej sytuacji jest jednak Ed – związany z „żelazną dziewicą”). Co długoletnich fanów slasherów prawdopodobnie od razu doprowadzi do wniosku, że ta dwójka pierwsza pójdzie na rzeź. Kto będzie następny, też niezwykle łatwo przewidzieć. Wiadomo, kto musi odejść z tego padołu, a komu przeznaczone jest pokonanie wroga. Chyba że jest ich dwóch. Wtedy sytuacja może się nieco skomplikować. Przygotowanie w walce wręcz może okazać się niewystarczające. UWAGA SPOILER Bo walka z ukochanym to już wyzwanie dużo większego kalibru niż starcie z ogarniętym żądzą mordu człowiekiem, który w innych okolicznościach (gdyby tylko zachował zdrowe zmysły po stracie żony albo jeszcze lepiej, gdyby jego syn nie tykał „zabawek dla dorosłych”) przypuszczalnie rychło zostałby jej teściem KONIEC SPOILERA. I jeszcze ta realizacja. Zdjęcia bywają albo prześwietlone, albo niedoświetlone. Ruchy kamer często nieskoordynowane, montaż trochę chaotyczny, kadrowanie półamatorskie, a ścieżka dźwiękowa albo nadmiernie jazgotliwa, albo tak przesłodzona, że zapewne mniej by mnie mdliło po zjedzeniu (jedną za drugą) trzech tabliczek czekolady. Bo miało być romantycznie. Innymi razy melancholijnie, a jeszcze kiedy indziej złowieszczo. Subtelniej widać się nie dało – subtelności są dla mięczaków. Jak już grać muzyką to z całą agresywnością. Przyprawiającą o ból głowy i żołądka nachalnością.

Mieliście już okazję obejrzeć trochę niskobudżetowych slasherów powstałych w XX wieku? Zasmakować tych mrocznych, przybrudzonych klimatów, w których spotkać można ten unikalny kicz, który rozkochał w sobie całe pokolenia fanów gatunku (w każdym razie całe rzesze spragnionych mocnych wrażeń widzów)? Jeśli tak, to zapewne będzie Wam trochę łatwiej przetrawić „Oprawcę” Buddy'ego Coopera i Johna Douglassa. Ale wątpię, żeby wielu z Was dodało ten obraz do listy ulubionych slasherów z lat 80-tych poprzedniego wieku. Właściwie to nie jestem przekonana, czy wielu oddanych miłośników starych, dobrych slasherów zdoła zaliczyć ten obraz przynajmniej bez większych niedogodności. Może nie zaraz cierpień, chociaż... Ja nie miałam lekko, ale dobrze wykonane gore, to już jakaś rekompensata za oddanie temu koszmarkowi blisko półtorej godziny swojego życia.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza